Czy zawsze trzeba stawiać innych na pierwszym miejscu? „To nie jest rozmowa na telefon” Jakuba Bączykowskiego to ciepła, poruszająca powieść obyczajowa o relacjach rodzinnych i potrzebie życia na własnych zasadach.
Czy dorosłe dzieci wciąż powinny oczekiwać od rodziców poświęcenia?
Odkąd Krystyna Barańska przeszła na emeryturę, z przyjemnością zgłębia tajniki włoskiej kuchni, wraz z mężem pielęgnuje działkę i chętnie zajmuje się dwójką wnuków. Jako była bibliotekarka prowadzi też z powodzeniem kluby czytelnicze.
Powietrze pachnie już wiosną, zbliżają się święta, gdy córka Agnieszka dzwoni, zapowiadając wspaniałą niespodziankę. Krystyna czuje, że powinna być zadowolona. Tyle że tak nie jest. Od jakiegoś czasu rośnie w niej pragnienie, by żyć choć trochę po swojemu, realizując wspólne z mężem marzenia. Oczywiście troszcząc się o najbliższych, ale nie zawsze stawiając ich na pierwszym miejscu.
W tej powieści nie znajdziecie cudownej recepty na szczęście. Ale prawdziwą magię już tak! Ona się dzieje, gdy decydujemy się na szczerość, opartą na czułości i wzajemnym zrozumieniu.
Książka autora bestsellerowej powieści „Zadzwoń, jak dojedziesz”!
To nie jest rozmowa na telefon
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 22 kwietnia 2026
PROLOG
TERAZ
Serce Krysi mocno zadrżało. Dziwne, pomyślała. To, że telefon do córki wywoływał u niej zdenerwowanie, świadczyło o tym, że w ich relacji coś zgrzytało. Bo czy to normalne, że matka denerwuje się przed rozmową z własnym dzieckiem? Przed zwykłą rozmową, w której chce się podzielić przemyśleniem? Dlaczego więc Krysia czuła, że krew coraz szybciej płynie w jej żyłach na samą myśl o reakcji Agnieszki? I w którym momencie ona, matka, w ogóle zaczęła bać się reakcji córki?
– Cześć, mamo, co tam? – Agnieszka odebrała po pierwszym sygnale.
Krysia nie lubiła tego „co tam?”. Ciekawe, czy z koleżankami albo klientami Agnieszka też tak rozmawia.
– Aguś, chciałabym z tobą pomówić.
– A coś się stało? Przecież dopiero się widziałyśmy.
– Nie, nic się nie stało. – Krystyna starała się, żeby jej głos brzmiał spokojnie. – Po prostu chciałam się z tobą podzielić czymś ważnym. Dla mnie ważnym…
Agnieszka westchnęła, jakby się spodziewała kłopotów. Krystyna usłyszała szelest papierów, które córka zaczęła przeglądać. Może czytała gazetę? Albo analizowała jakieś dokumenty? Czy tak miały wyglądać ich rozmowy? Te, które nie dotyczyły wnuków? Bo gdy tematem były dzieci Agnieszki, to ta była zawsze bardzo skupiona. Ale tym razem zdawało się, że myślami jest gdzie indziej, na innym poziomie zaangażowania.
– A więc co się stało? – zapytała córka.
Jej głos był wyraźny, ale chłodny, jakby ktoś wywołał ją do odpowiedzi. Może nawet zniecierpliwiony?
– Kiedy masz czas, żeby się spotkać? – zapytała niepewnie Krystyna.
– Mamo, jesteś chora?
– Nie, kochanie, ale to nie jest rozmowa na telefon.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
KILKA TYGODNI WCZEŚNIEJ
Krystyna zdjęła z gazowego palnika garnek z makaronem i wlała odrobinę wciąż wrzącej wody do spokojnie bulgoczącego na drugim palniku sosu pomidorowego. Wiedziała, że dolanie właśnie takiej wody sprawi, że danie będzie bardziej kremowe dzięki zawartości skrobi. Przecedziła penne nad zlewem i polała je zimną wodą.
Coraz lepiej radziła sobie z kuchnią włoską, w której się zakochała. Jedną z pierwszych rzeczy, którą zapamiętała z programów kulinarnych, było to, że hartowanie zapobiega sklejaniu się i nadmiernemu zmiękczeniu klusek. Ponadto Włosi, gdy tylko odcedzą makaron, natychmiast łączą go z sosem, ponieważ gorący makaron lepiej przyjmuje sos. Podstawą włoskiej kuchni był taki niedogotowany, al dente. Krysia nie wiedziała wcześniej, że jest to aż tak istotne i wpływa na smak całej potrawy. Wszyscy w jej domu uwielbiali miękki, niemal rozgotowany. A makaron powinien być jędrny, sprężysty i stawiać delikatny opór zębom. Podobno organizm zdecydowanie lepiej go trawi niż ten dogotowany.
Do niedawna Krysia rzadko przygotowywała makaron. W jej kuchni przeważały ziemniaki, czasem pojawiała się kasza, zwłaszcza pęczak i jaglana. Najpewniej wyniosła te przyzwyczajenia z domu rodzinnego, w którym tylko raz w tygodniu pojawiały się cienkie kluseczki – i tylko do rosołu. Teraz rozsmakowała się we włoskich makaronach, w ich kształtach, smakach i możliwościach, jakie dawały w przygotowaniu szybkich i dość prostych potraw.
Krysia uśmiechnęła się do siebie. Jak ona mogła kiedyś niemal codziennie przyrządzać tylko ziemniaki, mięso lub rybę i surówki? W niedzielę rosół, a na drugi dzień pomidorówkę z ryżem? Dlaczego wcześniej nie wpadła na pomysł, żeby się rozwijać „przy garach”? Przecież od zawsze wspólne jedzenie posiłków stanowiło dla niej ważną część życiowych relacji. Od kiedy założyła rodzinę, powtarzała, że „Bóg jest tam, gdzie ludzie podczas jedzenia się uśmiechają”. Oczywiście w tradycyjnym polskim posiłku nie widziała nic złego i regularnie przyrządzała schabowego z dodatkami, drób, karkówkę czy potrawy z mięsa mielonego. Szczególnie podczas rodzinnych uroczystości i świąt dawała popis swoich umiejętności. Każdy mógł liczyć na to, że pośród specjałów znajdzie także swoje ulubione danie. Ale odkąd wpadła w sidła włoskiej kuchni, nie wyobrażała sobie, by nadal jeść tylko to, co jadali z mężem przez większość życia. Nieustannie wynajdywała nowe przepisy włoskiej klasyki, coraz częściej i śmielej eksperymentowała, zdając się na doświadczenie i intuicję. Oczywiście nie uniknęła drobnych wpadek. Na przykład wtedy, kiedy do tradycyjnego sosu bolognese wkroiła kawałki zielonej papryki, która zupełnie zepsuła smak potrawy. Zawstydzona, skłamała wtedy mężowi, że widocznie w przepisie od koleżanki był jakiś błąd i stąd ten „niepasujący do całości posmak”… Zrobiła to niepotrzebnie, ponieważ Edkowi smakowało wszystko, co przyrządzała. Nieraz jej zresztą to mówił.
Kiedyś zachwycił się carbonarą, przygotowaną zgodnie z włoskimi zasadami. Powstaje ona z połączenia boczku, żółtek jaj, serów – parmezanu i pecorino romano – oraz wody z gotowania makaronu. Dodanie śmietany, składnika tak częstego w naszych przepisach, uchodzi za barbarzyństwo.
– Niebo w gębie! – Edka wręcz urzekł smak tej pasty w wykonaniu Krysi.
Ale w jej pasji do gotowania nie chodziło tylko o nowe smaki potraw. Dla niej codzienne rytuały przyrządzana jedzenia dla siebie i Edka były czymś więcej niż tylko sposobem na zaspokajanie fizycznego głodu. Była to przestrzeń pełna emocji i kreatywności, wzbogacająca jej życie na wiele sposobów. Gotowanie stało się przyjemnością, w której każda potrawa miała swoje miejsce, a każda przyprawa – znaczenie.
Jednak prawdziwa przygoda Krysi z gotowaniem zaczęła się w dwa tysiące dwudziestym roku, kiedy ograniczenia związane z pandemią koronawirusa zbiegły się z jej przejściem na emeryturę. Dosłownie niespełna miesiąc przed lockdownem oficjalnie została emerytką.
Naturalna pustka, która towarzyszyła odejściu z ukochanej pracy, nasiliła się przez urzędowy zakaz wychodzenia z domu. Przez ponad dwadzieścia lat pracy w bibliotece w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie mieszkała wraz z mężem i dziećmi, przywykła do bezpośrednich kontaktów z ludźmi, do spotkań i spacerów. A tu nagle niczym grom z jasnego nieba spadł na nich lockdown i panika: „Co teraz z nami będzie?”.
Krysia z dnia na dzień stanęła przed problemem nadmiaru wolnego czasu. Wprawdzie pomysł na swój wolny czas miała i udało jej się z sukcesem go zrealizować, ale z powodu ograniczeń pandemicznych – nie od razu.
Był początek lutego dwa tysiące dwudziestego roku, gdy Krysia z wielkim pożegnalnym bukietem i prezentem od koleżanek zamknęła drzwi biblioteki po raz ostatni jako jej pracownica. Kiedy Edek odebrał ją wieczorem i wsiadła do samochodu, niemal natychmiast zalała się łzami.
– Kochanie, dasz… damy sobie radę – powiedział mąż, który już od dwóch lat był spełnionym emerytem i zapalonym ogrodnikiem. – Będziemy mieli więcej czasu, żeby jeździć na działkę, chodzić na długie spacery, może w końcu kupimy kije, pewnie wnuki będą nas częściej odwiedzać i dłużej u nas zostawać. Wszystko sobie ułożymy po swojemu.
– Ale ja nie chcę być już tylko żoną i babcią. Mam dopiero sześćdziesiąt lat… – wyszlochała.
Edek delikatnie położył jej rękę na kolanie.
– Krysiu, masz dobry pomysł na swoją przyszłość – powiedział troskliwym, czułym tonem. – Domyślam się, że w tym momencie jest ci trudno, ale pomyśl o tym wszystkim, co przed tobą. Co przed nami. A to kawał fajnego życia! Intelektualnie i zmysłowo. Będziemy czytać po kilka książek w tygodniu i nie będziesz narzekała, że brakuje ci czasu na gotowanie. Ja będę twoim zaopatrzeniowcem i podkuchennym, jeśli tak sobie zażyczysz. Oczywiście także testerem i degustatorem! – uśmiechnął się.
Łatwo mu mówić, bo sam już zdążył się przyzwyczaić do emerytury, pomyślała Krysia. Od dwóch lat każdą wolną chwilę spędzał na działce, gdzie remontował, budował, siał, sadził, przycinał, kosił i pielił, dużo czytał, a nawet jeździł na rowerze stacjonarnym, gdy padał deszcz. Edek zawsze był wysoki i szczupły, sylwetkę zachował nawet tuż przed siedemdziesiątką. Teraz, z siwizną na skroniach i łagodnym uśmiechem, przypominał nieco aktora Andrzeja Kopiczyńskiego z serialu Czterdziestolatek. Dwadzieścia lat później. Wciąż uchodził za przystojnego, a jego elegancja i zadbanie przyciągały uwagę nie tylko Krysi, lecz także innych kobiet.
Krystyna Barańska przez wiele lat w wypożyczalni dla dorosłych odpowiadała na pytania o klasyczne powieści, wskazywała półki z reportażami, polecała nowości, a wcześniej w dziale dziecięcym podsuwała najmłodszym książki o smokach, dinozaurach i podróżach do wnętrza ziemi. Polecała im również klasyczne serie o Muminkach, Pippi, Doktorze Dolittle, Ani z Zielonego Wzgórza, Winnetou i Tomku Wilmowskim. Była opoką dla czytelników, powierniczką ich czytelniczych sekretów i marzeń. Wcześniej pracowała w szkole, gdzie uczyła młodsze dzieci. Obie prace lubiła, w obu się rozwijała – i bez problemu łączyła je z życiem rodzinnym. Bibliotekę jako miejsce pracy opuszczała teraz z sercem ciężkim, lecz z głową pełną pomysłów na przyszłość. Wyobraźnia podsunęła jej kiedyś wizję spotkań przy kawie i dyskusji o książkach, ze śmiechem i wzruszeniami, które rodzą się wśród ludzi zjednoczonych pasją do literatury. Tak powstał pomysł na czytelniczy Klub Książkowych Dusz – i taką nazwę Krysia zapisała w swoim nieśmiertelnym czerwonym notesiku, który przez lata chronił wiele jej najskrytszych zapisków. Pragnęła spotykać się z koleżankami i znajomymi oraz ich znajomymi co dwa tygodnie lub raz w miesiącu w małej kawiarni na rogu ulicy, gdzie między filiżankami kawy i herbaty można było znaleźć kameralną atmosferę potrzebną do rozmów o książkach. Obejrzała nawet parę filmów o takich inicjatywach i już nie mogła się doczekać, kiedy sama zacznie tworzyć swoją małą gorzowską społeczność.
Tymczasem świat zamknął się w lockdownie niczym książka zdecydowanie zatrzaśnięta przez czytelnika w połowie lektury. Pandemia rozchodziła się po całym świecie jak cicha złowieszcza mgła. Wszędzie wyczuwało się niepokój. Wszystko, w tym oczywiście kawiarnie i księgarnie, zamknięto na głucho, zalecano dystans, a spotkania towarzyskie zaczęły być czymś niebezpiecznym, a nawet zakazanym. Krysia obserwowała, jak jej wymarzony plan na życie po sześćdziesiątce rozpada się na kawałki. Zamiast zapachu kawy, herbaty, czy ciastek czuła w domu duszną ciszę, nie było dyskusji ani szelestu książek. Ludzie, którzy jeszcze niedawno z entuzjazmem odpowiadali na jej zaproszenia, teraz z niepokojem patrzyli w przyszłość, martwiąc się o zdrowie bliskich, swoje sprawy, o cały świat, który drżał w posadach. Pandemia zamknęła Krysię z mężem w ich trzypokojowym mieszkaniu.
Gdy najpierw córka Agnieszka, a potem syn Artur wyfrunęli z rodzinnego gniazda, ich mieszkanie stopniowo zaczęło się zmieniać. Podczas remontu popłynęła niejedna łza sentymentu. Ale zmiany były nieuniknione. Większość nowych aranżacji Krysia wymyśliła sama. Edkowi było to nawet na rękę. Nie widział sensu, by spierać się z żoną o kolor ścian. Zresztą nawet nie miał do tego zmysłu. Skupił się na pracach remontowych. Pokój po córce zamienili w przytulną sypialnię, urządzoną przede wszystkim z myślą o dużym małżeńskim łóżku. W końcu. Wcześniej spali na wygodnej, ale niewielkiej rozkładanej wersalce w salonie. Krysia wybrała do sypialni stonowane, naturalne barwy: szarości, beże i ciepłą biel. W przeróbkach krawieckich pomogła jej siostra. Łóżko, przykryte jasną kapą, było ozdobione kilkoma miękkimi poduszkami. Sprawiało wrażenie, jakby czekało na chwilę sjesty. Drugi pokój, ten po Arturze, przeznaczyli na tak zwane potrzeby organizacyjne, adaptując go na niewielki gabinet do czytania, płacenia rachunków, załatwiana spraw przez internet i jako sypialnię dla gości. Krysia udekorowała okna lnianymi firankami, które wpuszczały łagodne światło. Na parapecie postawiła doniczki z fiołkami.
Przestrzeń salonu, czy też tak zwanego dużego pokoju, serca mieszkania, tętniła wspomnieniami. Stare fotele – jeszcze z czasów, gdy dzieciaki wpadały po szkole, rzucały na nie plecaki lub tornistry i opowiadały, co się wydarzyło w ciągu dnia – nadal tu były, ale teraz obito je miękką, popielatą tkaniną. W rogu salonu stała ulubiona lampa Krysi, z czerwonym abażurem, przy której wieczorami czyta nowości biblioteczne lub wraca do ukochanych powieści. A na ściennych półkach oczywiście panoszyły się liczne książki, miejscami spiętrzone w stosy, niczym małe pagórki. W domu Barańskich książki nie były elementem wystroju, ale codziennym towarzyszem. Te czytane niedawno leżały na stoliku przy fotelu, inne, z dedykacją od zaprzyjaźnionych autorów, zajmowały honorowe miejsce za szkłem starego kredensu.
W całym mieszkaniu panowała harmonia. Agnieszka śmiała się do mamy: „Wszędzie bym poznała, że to wasze mieszkanie”. Stonowane kolory ścian i tekstyliów przenikając się z ciepłem drewnianych mebli, tworzyły atmosferę przytulności i spokoju. Każda rzecz miała tam swoje miejsce i znaczenie. W salonie, na komodzie, stała porcelanowa figurka sowy, którą Krysia dostała na pożegnanie z pracy, obok stare radio i szkatułka z listami i pocztówkami sprzed lat. Zawieszając czasami wzrok na tym pudełku, Krysia z sentymentem wspominała czasy, kiedy na urodziny dostawało się pocztówkę, a nie życzenia w esemesie albo na Facebooku. No, ale życie mknęło do przodu.
To mieszkanie, chociaż przeżyło już wiele, z roku na rok dawało Barańskim coraz większe poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Ale nawet w tym swoim ukochanym miejscu na ziemi nie da się siedzieć miesiącami, bez wychodzenia na zewnątrz.
Chcąc nie chcąc, Krysia albo czytała, albo szukała w telewizji czegoś innego niż komunikaty informujące o liczbie zgonów w każdym województwie i kraju świata. Pewnego wieczoru, gdy próbowała znaleźć ukojenie po kolejnym dniu izolacji, natrafiła w telewizji na zagraniczny program kulinarny, bodajże Jamie gotuje po włosku. Dziś już tego dokładnie nie pamiętała. Obrazy kolorowych pomidorów, oliwy i oliwek, sałat, dojrzewających serów i wędlin, aromatycznych ziół i złocistych makaronów o różnych kształtach i pięknie brzmiących nazwach wręcz ją oczarowały. Niemal czuła zapach bazylii, mięty, tartego parmezanu i świeżo rozgniatanego czosnku. Pomyślała wtedy, że świat kuchni włoskiej jest równie bogaty i pełen przygód jak dobre powieści – tylko zamiast czytać, można go smakować i chłonąć wszystkimi zmysłami.
Wkrótce jej mało ustawna kuchnia zaczęła przypominać malutką trattorię. Krysia cieszyła się, że w kuchni włoskiej tak wiele dań przyrządza się z mąki, bo to nie nadwyrężało ich budżetu, a pozwalało na urozmaicone dania. Z zapałem uczyła się przyrządzać klasyczne makarony we wszystkich odmianach – penne, tagliatelle, gnocchi, a także autorską pizzę. Do tego serwowała lemoniady, uwielbiane zwłaszcza przez dzieci, i tiramisu. Ciągle uczyła się czegoś nowego. Każde nowe danie traktowała jak rozdział ulubionej książki, chciała poznać nie tylko smak, ale i region, z którego pochodzi – jego historię, tradycje, ciekawostki i sekrety przekazywane z pokolenia na pokolenie. I choć już wcześniej niektóre z tych potraw zdarzało jej się przyrządzać, to dopiero kiedy zgłębiła temat, poczuła różnice – w ich smaku i w samym procesie gotowania. Razem z Edkiem uczyli się, jak poprawnie wymawiać nazwy włoskich potraw – i oczywiście, jak właściwie je jeść! Najwięcej zabawy sprawiało im jedzenie spaghetti: ćwiczyli w domu, ucząc się zgrabnie nabierać kilka nitek, formować z nich kłębek tuż przy brzegu talerza i tak przygotowany niewielki kęs umieszczać w ustach. Przy okazji wizyt wnuków robili nawet zawody.
Na rocznicę ślubu kupili sobie ekspres do kawy, by móc delektować się różnymi jej smakami, w tym ulubionymi cappuccino i espresso. Mieli także moki – włoskie kawiarki ciśnieniowe – z których kawa nabierała niepowtarzalnego smaku, pod warunkiem że przestrzegało się wszystkich zasad parzenia: używało się czystej wody mineralnej, nie ugniatało kawy w filtrze, utrzymywało pod kawiarką niewielki ogień i nie doprowadzało naparu do wrzenia. Przed podaniem kawę należało jeszcze zamieszać w górnym czajniczku, a samą kawiarkę myć wyłącznie wodą, bez użycia płynów do naczyń. Oto tajemnice doskonałej kawy.
Krysia testowała różne ich rodzaje, aż w końcu znaleźli dwa ulubione gatunki. Poznała też rozmaite odmiany oliwy i nauczyła się odróżniać ich aromaty. Powoli jej kuchnia zapełniała się przyrządami, które pomagały jej w kulinarnych osiągnięciach – często korzystała z tarki i noża do parmezanu, przecieraka do warzyw, radełka do pizzy, maszynki do makaronu, formy czy też wykrawacza do ravioli i wielu innych.
Rodzina i znajomi nie mieli problemów z prezentami dla Krysi – cieszyło ją wszystko, co dotyczyło włoskiej kuchni, od książek przez produkty spożywcze po przyprawy i sprzęt.
Zafascynowana smakami Italii, Krysia postanowiła pójść o krok dalej i zaczęła uczyć się języka włoskiego przez internet. Wykupiła kurs na czas nieograniczony i kilka razy w tygodniu siadała przed ekranem. Z ciekawością poznawała popularne zwroty i powiedzenia, a andrà tutto bene czy dolce far niente coraz chętniej wplatała w rozmowy z rodziną. Przypomniała też sobie, jak bardzo lubiła kiedyś słuchać Erosa Ramazzottiego, Drupiego oraz Al Bano i Rominy Power. Ich melodyjne ballady i światowe przeboje znów zaczęły towarzyszyć jej w gotowaniu, wprowadzając do kuchni odrobinę nostalgii. Edek czasem porywał ją do tańca w domu, bo i jemu przypominały się młode lata, potańcówki i dyskoteki.
Krysia zainteresowała się także sztuką Włoch, szczególnie tą, w której obecne były motywy kulinarne. Zachwyciła ją twórczość Arcimbolda i jego najbardziej znane obrazy, w tym słynny Ogrodnik – portret człowieka skomponowany z warzyw i ziół, między innymi rzepy, cebuli, chrzanu, cykorii, mięty, a także z grzybów i orzechów laskowych. Edek kupił żonie album poświęcony temu malarzowi.
Ich córka Agnieszka nie mogła się nadziwić, jak wspaniale smakowały i ciekawie wyglądały dania przyrządzane przez mamę. „Czemu tak nie gotowałaś, kiedy tu mieszkałam?” – żartowała. „Jeśli tam jeszcze coś zostało, to poproszę dokładkę”. Kiedyś nawet pochwaliła matkę za doskonały pomysł na emeryturę – bo nie dość, że nadal się uczy, to z efektów jej pasji korzysta cała rodzina.
Również dzieci Agnieszki i Remka, dziesięcioletnia Paulinka i ośmioletni Piotruś, były zachwycone tym, co babcia im serwowała, a właściwie wyczarowywała z kolorowych warzyw i dziwnych rurek, świderków, muszelek i kokardek. Oczywiście najbardziej uwielbiały pizzę. Choć jednego nie udało im się u babci wyprosić.
– Na pizzę z ananasem to niech was rodzice zabiorą gdzie indziej – mówiła Krysia z powagą. – U mnie jest prawdziwa włoska pizza. A tam ananasa na pizzę się nie kładzie.
Zięć Remek nie miał specjalnych oczekiwań. Smakowało mu wszystko, co teściowa przygotowywała z kuchni włoskiej, ale najchętniej zjadał jej tradycyjnego schabowego. Kiedyś nawet odważył się powiedzieć, że jest lepszy niż ten w wykonaniu Agnieszki, za co żona odpłaciła mu skrzywioną miną. Krysia lubiła tego młodego mężczyznę. Był dobrym mężem i ojcem, chętnie oddał Agnieszce inicjatywę w ich rodzinie i widziała, że oboje nadal są w sobie bardzo zakochani. Remek lubił wizyty w domu teściów nie tylko ze względu na dobrą kuchnię, ale i dlatego, że pochodził z małej rodziny – jego rodzice już nie żyli, a u Barańskich miał dom jak z dzieciństwa. Skromny, z tradycyjnym podziałem ról i dobrą atmosferą na co dzień i od święta. Remek z pewnością wypełniał Krysi i Edkowi pustkę, która pojawiła się po wyjeździe ich syna do Irlandii. Artura widywali rzadko, raz, dwa razy w roku. Remek stał się dla nich jak syn. Nawet fizycznie przypominał Artura, miał takie same odstające uszy, co Krysia z uśmiechem zauważała, gdy kiedyś uważniej przyjrzała się mężowi córki. Bardzo dobrze dogadywał się z Edkiem, zwłaszcza na temat samochodów i polityki, ale wędkować z nim nie chciał.
W zasadzie prawda była taka, że z Edkiem nikt nie chciał chodzić na ryby, więc „zarzucił wędkę” i przerzucił się na działkę. A tam tworzył dla żony ogródek z włoskimi ziołami, bo i jemu imponowało jej nowe hobby. Z dumą pielęgnował także glicynię, która teraz wspinała się po werandzie aż na dach altany. W terakotowych donicach hodował pelargonie, które kwitły do przymrozków. Zbudował dla nich specjalne konstrukcje i system nawadniania.
Tymczasem w kuchni Krysi sos do penne się zagęścił, więc wrzuciła do niego odcedzony makaron i wszystko delikatnie mieszała. W całym mieszkaniu pachniało czosnkiem, pomidorami i bazylią. Do kuchni wpadł promień pierwszego kwietniowego słońca, odbijając się od błyszczącego garnka i zalewając ciepłym światłem całe pomieszczenie. Krystyna podniosła głowę i lekko się uśmiechnęła.
– No niby nic, a tak cudownie pachnie – powiedziała cicho, powąchała swoje kulinarne dzieło i urwała kilka listków bazylii z kupionej w markecie wiązki. – Edek, obiad! – krzyknęła radośnie w stronę pokoju, w którym drzemał mąż.
Po chwili ten pojawił się w kuchni, przetarł oczy i z ciekawością spojrzał na talerz z parującym daniem. Zamieszał makaron widelcem i wziął kilka kęsów.
– Ty to się, kochanie, na tej włoskiej kuchni naprawdę znasz – mruknął z wyraźnym uznaniem. – Sos lepszy niż w niejednej restauracji, a do tego wiadomo, że wszystko świeże. I domowe, i światowe! – Uśmiechnął się szeroko i szybko poprosił o dokładkę, nie mogąc się oprzeć aromatowi czosnku i pomidorów.
Po obiedzie Krysia i Edek usiedli w swoim salonie. Za chwilę miał się zacząć jeden z tureckich seriali, który lubili oglądać podczas popołudniowej kawy z mlekiem.
– O jakiej książce będziecie dzisiaj rozmawiały na spotkaniu? – zapytał, ziewając.
– O Słowiku Kristin Hannah – odpowiedziała Krysia po chwili zastanowienia. – To jedna z naszych ulubionych autorek. Omawiamy każdą z jej powieści.
Ostatnio układała plan czytelniczy Klubu Książkowych Dusz na cały maj i kiedy mąż zapytał o bieżącą lekturę, musiała sobie wszystko ustawić w głowie we właściwej kolejności.
– Nie znam. – Wzruszył ramionami.
– Nie znasz, bo czytasz tylko reportaże i biografie. – Krysia uśmiechnęła się do męża, mrugając. – Z mojego doświadczenia w bibliotece wynika, że mężczyźni czytają mało albo wcale. Więc zawyżasz tę waszą niską średnią. Kiedyś zajmiemy się i twoimi lekturami. Dziewczyny też lubią biografie, dużo się ich ostatnio wydaje, są bardzo ciekawe. Ale teraz, kiedy każda wymieniła po trzy swoje ulubione autorki, to mamy tytułów na najbliższych kilka lat.
Mniej więcej przed dwoma laty Krysia z zaskoczeniem zauważyła, że Edek wypożyczał z biblioteki biografie włoskich władców, polityków, bohaterów historii i kultury Włoch. A niedawno czytał też Moją drogę Silvia Berlusconiego. Zaraźliwa była ta jej włoska fascynacja.







