Czy żyjemy w przeddzień globalnego konfliktu? W „Następnej wojnie światowej” Peter Apps prowadzi czytelników od gabinetów władzy w Waszyngtonie i Pekinie po linie frontu na Ukrainie i pola walki w cyberprzestrzeni. To reportaż o świecie, który zbroi się na wielką skalę, o powrocie nuklearnego strachu i nowej wojnie hybrydowej.
Po raz pierwszy od zakończenia zimnej wojny kraje na wszystkich kontynentach przygotowują się do potencjalnych działań wojennych na skalę niespotykaną od 1945 roku. „Następna wojna światowa” odsłania kulisy międzynarodowych napięć: zebrano w niej opinie dowódców, dyplomatów i technologów, którzy już teraz kształtują historię, ale także zirytowanych poborowych oraz zwykłych ludzi bezpośrednio uwikłanych w bieżące wydarzenia.
Wielu osobom – w tym milionom obywateli, którym już nakazano gromadzić zapasy żywności i wody oraz przygotować się na potencjalne perturbacje na masową skalę – zagrożenie nadal nie wydaje się w pełni realne. Jednak dla osi Pekin–Moskwa, na której dochodzi do coraz większych napięć, obecne konflikty stanowią ogromną szansę na przekształcenie świata zgodnie z ich wizją, co może skutkować dla Zachodu katastrofą, jeśli nie zareaguje z wyprzedzeniem na pojawiające się sygnały.
Od powrotu zagrożenia atakiem atomowym w zimnowojennym stylu po nowe formy sabotażu i wojnę hybrydową – walka o globalną dominację trwa. „Następna wojna światowa” pomaga zrozumieć, dlaczego znajdujemy się w coraz bardziej niepewnej sytuacji i jak prowadzić walkę o powstrzymanie eskalacji konfliktu, zanim osiągnie on punkt, z którego nie ma już powrotu.
To rzeczowa, niepokojąca analiza tego, jak kruszy się współczesny globalny porządek.
Następna wojna światowa
Nowa era globalnego konfliktu i walka o jego powstrzymanie
Przekład: Radosław Korda, Urszula Ruzik-Kulińska
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 25 marca 2026
Wstęp i podziękowania
Pod koniec stycznia 2024 roku mój samolot z Bangkoku wylądował na głównym tajwańskim międzynarodowym lotnisku w Taoyuanie, niedaleko stolicy. Po południu było szaro, zimowo i równie dobrze mógłbym znajdować się na Heathrow, Gatwick, we Frankfurcie lub na terenie dowolnego innego dużego portu lotniczego. Gdyby w najbliższych latach wybuchła wojna – a zwłaszcza gdyby się rozpoczęła chińska inwazja na Tajwan – to ultranowoczesne lotnisko wraz z otaczającymi je terenami przemysłowymi stałoby się jednym z pierwszych i najważniejszych pól bitewnych.
Chińscy dowódcy wojskowi zbudowali już jego gigantyczną makietę. Pasy startowe odwzorowano na odległym poligonie szkoleniowym na pustyni Gobi1, podobnie zresztą jak inne potencjalne cele znajdujące się na tajwańskiej wyspie, w tym siedzibę prezydenta. Takiemu atakowi prawie na pewno towarzyszyłby desant na plażę: być może największa taka operacja od czasu alianckiego lądowania w Normandii podczas D-Day w 1944 roku, a kto wie, może w ogóle największa.
Pokonanie niemal 150 kilometrów Cieśniny Tajwańskiej nie byłoby łatwym zadaniem: niektórzy analitycy uważają nawet, że atak jest możliwy tylko na przestrzeni kilku przeważnie spokojnych tygodni w kwietniu lub we wrześniu, gdy nie szaleją ani letnie tajfuny, ani zimowe burze. Kiedy parę dni później jechałem minibusem przystosowanym do przewozu osób niepełnosprawnych wzdłuż wybrzeża, targane sztormem wody wyglądały dość paskudnie i niezbyt gościnnie.
Mała rybacka miejscowość Zhuwei, nieopodal plaży Chu-wei, stanowiła niewielką plamę światła, tętniącą życiem w morzu szarości, nieba, zatoczek i krytych falowaną blachą budynków, które ciągnęły się wzdłuż brzegu – ale żadna z kruchych, jaskrawo pomalowanych łodzi rybackich nie wypuszczała się na wzburzone fale. W małych restauracyjkach, w których nadal nie zdjęto bożonarodzeniowych dekoracji, rodziny gromadziły się wokół ryżu, potrawki oraz gigantycznych ostryg. Postanowiłem nie zakłócać ich nastroju pytaniami, co mogłoby się wydarzyć, gdyby Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza (ChAL-W) wybrała to miejsce na punkt startowy inwazji.
Gdyby doszło do wybuchu wojny, ci ludzie mogliby ucierpieć jaki pierwsi, a na pewno nie jako ostatni. Uliczna straganiarka, która przedstawiła mi się jako pani Chen, otwarcie wyrażała obawy. Najbardziej martwiła się o to, co się stanie z jej dwoma synami. Obaj mniej więcej 30-letni mężczyźni odbyli już służbę wojskową i gdyby doszło do inwazji, pewnie zostaliby zmobilizowani. Przyznała, że nie wierzy, aby Amerykanie zainterweniowali w obronie Tajwanu i włączyli się w walkę, choć przypuszcza, że przysłaliby broń. Gdy spytałem ją, co wówczas zrobi lokalna społeczność, odparła: „Zginiemy albo uciekniemy”2.
Wcześniej tego samego dnia rozmawiałem z młodymi mężczyznami i kobietami, którzy również mogliby zostać zaangażowani w walki: studentami Narodowego Uniwersytetu Tajwańskiego, czyli potencjalnymi przyszłymi rekrutami. I znów – odpowiadali różnie: kobiety, niezobligowane do służby wojskowej, choć mogą zgłaszać się do niej na ochotnika, często mocno przywiązane do ideałów tajwańskiej demokracji, a więc de facto niezależności kraju, przeważnie były najsilniej przekonane, że wyspa powinna stawić opór. Tymczasem młodzi mężczyźni prezentowali całe spektrum postaw. Jeden nawet otwarcie przyznał: „Niektórzy są nastawieni bojowo, inni przerażeni. Ja należę do grupy przerażonych”3.
Nieprzyjemnie przypominało mi to rozmowy, jakie prowadziłem u zarania swojej kariery dziennikarskiej, działając z ramienia Agencji Reutera na Sri Lance niemal dwie dekady temu, kiedy odwiedzałem regiony, które niegdyś znalazły się na linii frontu podczas wojny domowej, i później, gdy doszło do naruszenia zawieszenia broni, znów stanęły w obliczu podobnego zagrożenia. Wyczuwałem w nich wówczas ten sam dyskretnie narastający lęk, a czasami nawet przerażenie, nie dla wszystkich zrozumiałe. Przecież niektórzy ledwo przypominali sobie prawdziwe oblicze konfliktu, bo albo byli zbyt młodzi, albo zbyt potężni i uprzywilejowani, aby zaprzątać sobie nim głowę.
Oczywiście uczucie to nie towarzyszyło wszystkim. Jak przekonywał mnie pewien tajwański urzędnik: „Nie da się na okrągło rozmyślać o wojnie – bo w ogóle przestanie się funkcjonować”. Na Tajwanie mieszkało też dużo osób – może nawet stanowiły wśród mieszkańców większość – które wierzyły, że do konfliktu jednak nie dojdzie, a nawet jeśli, to urzędnicy ze Stanów Zjednoczonych celowo wyolbrzymiają zagrożenie, strasząc, że wojna może wybuchnąć już w 2027 roku. Większość ludności, jak zawsze, po prostu żyła dniem codziennym. Podobnie wyglądało to kilka tygodni później w Estonii, gdzie pełne autobusy, sklepy oraz restauracje nie przystawały do wizji narodu stojącego w obliczu egzystencjonalnego zagrożenia. Ludzie nadal wypełniali swoje obowiązki – nawet jeśli niektórzy po cichu przebąkiwali, że pora kupić nieruchomość w Hiszpanii, bądź planowali inne działania, umożliwiające im dalsze funkcjonowanie na wypadek konfliktu.
Rezerwista amerykańskiej armii, kontraktor wojskowy Rocco Santurri opisywał podobne nastroje w Korei Południowej: „Atmosfera jakby się zagęściła, ale życie toczyło się dalej”4. To samo można powiedzieć o tych, dla których codziennością są znacznie gorsze doświadczenia na Ukrainie, oraz o moich dwóch babciach, które (obie) zostały wcielone do regularnego wojska, gdy zmierzały do pracy podczas bombardowań Liverpoolu oraz miasteczek dystryktu Medway.
Jeszcze pod koniec pierwszej dekady XXI wieku pomysł, że świat naprawdę zmierza ku kolejnej powszechnej wojnie, w najgorszym razie postrzegano jako sianie paniki, choć już wtedy było oczywiste, że napięcie pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami narasta. Wyraźnie też dało się zauważyć, że Rosję Władimira Putina coraz mniej interesuje gra według reguł Zachodu. Z perspektywy czasu można stwierdzić, że aneksja Krymu przez Federację Rosyjską w 2014 roku, coraz bardziej agresywne działania Chin na Morzu Południowochińskim i, co być może najważniejsze, oznaki słabnącej potęgi Stanów Zjednoczonych już wtedy powinny zostać uznane za ważne sygnały ostrzegawcze.
W 2020 roku, na początku pandemii COVID-19, nikt nie wątpił, że idzie ku gorszemu. W 2021 roku w Rosji przeprowadzono mobilizację oraz rozmieszczono wojska wzdłuż granic Ukrainy, aby następnie w lutym 2022 roku rozpocząć pełnoskalową inwazję na to państwo. Zarówno w Azji, jak i w Waszyngtonie szybko pojawiły się głosy „dziś Ukraina, jutro Tajwan”. Tymczasem narody europejskie starały się odnaleźć w sytuacji, gdy poważne wojskowe operacje lądowe znów stały się na ich kontynencie codziennością.
Jak ujął to były naczelny dowódca i ówczesny szef obrony Wielkiej Brytanii generał sir Nick Carter w udzielonym na początku 2025 roku wywiadzie: „To skrajnie niebezpieczna dekada, pod pewnymi względami przypominająca mi lata trzydzieste XX wieku – choć dostrzegam też pewne różnice: [wtedy] nie było broni jądrowej, a świata prawdopodobnie nie oplatała taka sieć powiązań jak obecnie. Ale jeśli spojrzeć na współczesną agresywną retorykę, to wydaje się, że niektórzy już zapomnieli o okropieństwach wojny”5.
Podjęto jednak pewne przygotowania, Stany Zjednoczone oraz inne kraje po cichu zaczęły dawać priorytet temu, co określano jako przygotowania do „operacji wojennych na wielką skalę”. Od początku lat dwudziestych XX wieku osoby odpowiedzialne w NATO za planowanie odkurzały pomysły z okresu zimnej wojny i przekuwały je w nowy koncept, który nazwano Defence and Deterrence for the Euro-Atlantic, od 2022 roku intensyfikując przygotowania do potencjalnego konfliktu6. Dynamika tych działań zdumiewała niemal wszystkich.
W październiku 2022 roku prezydent USA Joe Biden określił zagrożenie eskalacją z użyciem broni atomowej na Ukrainie jako największe od kryzysu kubańskiego z 1962 roku7. Nim minął rok, Jamie Dimon – legendarny prezes JPMorgan Chase, który kierował tym bankiem od 2006 roku – również ostrzegł, że świat wkracza w „najniebezpieczniejszy okres (…) od dziesięcioleci”8.
Współczesne zagrożenia wyglądają jednak w dużej mierze inaczej i wywołują całkiem inne uczucia od tych, z którymi ludzkość się borykała podczas tego, co dziś nazwalibyśmy pierwszą zimną wojną. Perspektywa rozdarcia świata przez liczne wybuchy atomowych ładunków znów nie jest wykluczona, mimo że wciąż daleko nam do doświadczania przejmującego strachu pierwotnego, cechującego najbardziej krytyczne lata zimnej wojny. Z analizy trendów demograficznych wynika, że dziewięć miesięcy po kryzysie kubańskim nastąpił miniboom w zakresie przyrostu naturalnego – ale tylko w tych stanach USA, które znajdowały się w zasięgu kubańskich rakiet. Ludzie, którzy podejrzewali, że zmiecie ich pierwsze uderzenie, z radością pozbyli się wszelkich zahamowań. Z kolei w bardziej oddalonych stanach, gdzie spodziewali się, że przeżyją przynajmniej kilka pierwszych dni po ataku, pary z większą niechęcią niż zwykle sprowadzały nowe dzieci na potencjalnie postapokaliptyczny świat9.
Obecnie nawet w tych państwach, przez które przebiega pierwsza linia ewentualnego frontu, niewielu wydaje się dopuszczać myśl o zdecydowanie katastroficznym rozwoju wypadków. Zakłada się, że większość współczesnych konfliktów rozpocznie się od konwencjonalnych działań, choć wiele wskazuje na to, że prowadzonych na masową skalę, i że prawdopodobnie w takiej formie będą one się toczyły nie tylko w pierwszej fazie starcia, ale także później – całymi tygodniami, miesiącami, a może i latami.
Mimo to kiedy w maju 2025 roku wybuchł konflikt pomiędzy dwoma rywalizującymi potęgami nuklearnymi, Indiami i Pakistanem, wystarczyło kilka dni, aby pojawiły się doniesienia o zakupowej histerii w New Delhi, a niektórzy mieszkańcy tego miasta zaczęli organizować ucieczkę do mieszkających w górach krewnych, obawiając się eskalacji konfliktu10. Było to największe starcie pomiędzy tymi narodami od chwili, gdy oba weszły w posiadanie broni atomowej, co znów nam przypomniało, jak łatwo skruszyć wzmacniane latami przekonanie, że mocarstwa nuklearne będą rozwiązywać konflikty między sobą za pomocą wojen konwencjonalnych.
Wydaje się, że tak jak w pierwszych latach zimnej wojny świat znów wchodzi w cykl, w którym powtarzające się, a czasem też nakładające się na siebie kryzysy mogą nakręcać spiralę eskalacji; choć dziś sytuacja jest bardziej złożona, przypomina serię wydarzeń zachodzących od czasu blokady Berlina w latach 1948–1949, przez organizację mostu powietrznego, będącego odpowiedzią na tę blokadę, po kryzys kubański z 1962 roku. Dopiero gdy ostateczny armagedon był blisko, prezydent USA John F. Kennedy oraz radziecki przywódca Nikita Chruszczow znaleźli sposób, aby zawrócić znad przepaści i zapoczątkować epokę „pokojowego współistnienia” oraz ponad dekadę rozmów, dzięki którym napięcie opadło.
Osoby działające na rzecz globalnej kontroli zbrojeń oraz zmniejszania zagrożeń konfliktami atomowymi już czekają na dogodny moment, obmyślając serię kroków, które będzie należało podjąć w celu odbudowania zaufania po kolejnym kryzysie. Ale jak napisał w raporcie dla think tanku Atlantic Council na początku 2024 roku podpułkownik piechoty morskiej Stanów Zjednoczonych Brian Kerg – szef planowania 3. Ekspedycyjnej Jednostki Piechoty Morskiej na Okinawie – jest całkiem możliwe, że tym razem kryzys przerodzi się w długofalowy, otwarty konflikt. „Wszyscy kochają krótkie, ostro prowadzone wojny”, napisał. „Kończą się w porę, mają zdecydowanego zwycięzcę i umożliwiają prowadzenie narracji, która jasno wspiera historie, które chcemy opowiedzieć”. Według niego trzeba też brać pod uwagę inny, równie prawdopodobny scenariusz, który zakłada, że już na pierwszym etapie walki zbiorą ogromne śmiertelne żniwo rzędu dziesiątek tysięcy osób w regionie Pacyfiku i poza nim oraz pogrążą region w chaosie – a mimo to i tak nie unikniemy eskalacji oraz użycia taktycznej broni jądrowej przez obie strony. A mówimy tu tylko o początku konfliktu. Zakładając jednak, że w ogóle bylibyśmy w stanie nie dopuścić do wspomnianej eskalacji, wojna konwencjonalna mogłaby trwać długo, wyczerpując zapasy zaawansowanej technologicznie broni oraz druzgocząc gospodarki i społeczeństwa, ponieważ wszystkie strony musiałyby angażować się przede wszystkim w walkę o przetrwanie, organizując pobór, mobilizację i ogołacając przemysł z aktywów11.
W raporcie Kongresu z lipca 2024 roku uznano, że bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych jest zagrożone ze względu na niegotowość państwa na szeroko zakrojoną wojnę – zwłaszcza jeśli konieczność podjęcia walki z Chinami zbiegłaby się w czasie z atakiem Rosji na Europę, a może i z działaniami Korei Północnej oraz Iranu. „Amerykańska opinia publiczna pozostaje w dużej mierze nieświadoma zagrożeń”, przestrzega raport. „Nie przewiduje przerw w dostawach prądu, wody ani w dostępie do dóbr, od których na co dzień zależy (…). Po raz ostatni do takiej walki naród był gotów w okresie zimnej wojny (…). Dziś nie jest”12.
W większości krajów dominuje podobne nastawienie. Na początku 2025 roku dzięki łutowi szczęścia zdobyłem fundusze na stworzenie podcastu Facing Coming Storms: Talking International Defence dla think tanku armii brytyjskiej, Centrum Analiz Historycznych i Badań nad Konfliktami, przedstawiającego różne kwestie na użytek zawodowych wojskowych oraz wszystkich innych zainteresowanych osób. Z wielu wywiadów, które powstały w ramach tego projektu, czerpię również na potrzeby tej książki, ale oprócz nich korzystam z wiedzy zdobytej w trakcie podróży oraz z reportaży własnych i prac innych osób (co oczywiście oznaczam w przypisach)13.
Od szczytów władzy we współczesnych siłach zbrojnych po walczących na froncie żołnierzy – wszędzie trwają burzliwe dyskusje, a często też przeprowadzane są symulacje, jak mogłaby wyglądać współczesna wojna. „To bez wątpienia moment otrzeźwienia dla marines (…), gdy uświadamiają sobie, że czasem choć zrobią wszystko, jak należy, i tak stracą część ludzi”, stwierdził w rozmowie ze mną wiosną 2025 roku kapitan Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych Nicholas Royer, opisując, jak wygląda szkolenie. Część ćwiczeń stanowiła symulacja problemów, z jakimi mierzy się młodszy rangą personel, na przykład kiedy musi podjąć decyzję, czy ryzykować ujawnienie własnej pozycji, wysyłając niewielki dron, ale także uczą radzenia sobie z ogarniętym paniką tłumem ludności cywilnej w obliczu ataku. Podczas szkolenia wojskowych przedstawiono również, jak zachowywać się w środowisku, w którym szybka ewakuacja śmigłowcem, częsta opcja na obszarach objętych „wojną z terrorem”, staje się niemożliwa ze względu na zakłócenia elektroniczne oraz działania systemów przeciwlotniczych14. Wielu dowódców oddziałów dostrzegło, że we współczesnym świecie w przeciągu zaledwie jednego dnia konfliktu straty sięgają setek żołnierzy, a zdarzają się i większe – to dramatyczny wzrost w porównaniu do działań prowadzonych niegdyś w Iraku czy Afganistanie, gdzie śmierć zaledwie kilku żołnierzy jednego dnia postrzegana była jako katastrofa15.
Na innych obszarach stąpamy po nieznanym terenie. Ukraina stanowi poligon współczesnej wojny terytorialnej oraz przykład skuteczności działań prowadzonych za pomocą rakiet oraz dronów przeciwko okrętom wojennym na morzu. Od czasu wojny o Falklandy w 1982 roku w morskich bataliach nie stosowano rakiet na taką skalę. Ci, którzy pamiętają tamte zdarzenia, opisują atmosferę totalnego przerażenia i frenetycznych działań, a także szaleńczych zmagań z pożarami, aby ocalić bombardowane bądź ostrzeliwane statki.
Współczesne wojny w powietrzu – toczone za pomocą nie tylko dronów i samolotów, lecz także pocisków zestrzeliwujących pociski oraz zagłuszania elektronicznego – ewoluują z rosnącą wykładniczo prędkością. Każdego roku powstają nowe taktyki i technologie, także kosmiczne. Cyberataki oraz ingerencje w krytyczną infrastrukturę, w tym sieci energetyczne, centra danych, podmorskie okablowanie, transport, a nawet systemy odprowadzania ścieków, niosą różnorodne zagrożenia i również mogą skutkować zniszczeniami na ogromną skalę, pociągającymi za sobą duże straty w ludziach. Można by napisać całą oddzielną książkę o trwającej wojnie hybrydowej oraz często niejawnych konfliktach obejmujących sabotaż, działalność wywrotową oraz inne tajne akcje – wiele ich detali ujrzy światło dzienne dopiero za wiele lat, o ile w ogóle. Jednocześnie w świecie trwa walka o surowce i inne zasoby.
Wraz z powrotem Donalda Trumpa w 2025 roku do Białego Domu wydarzenia przyjęły jeszcze bardziej złożony obrót. Z jednej strony nowa administracja USA hołdowała maksymie „pokój dzięki sile” oraz starała się „powrócić do polityki odstraszania”, prezentując w polityce zagranicznej zdecydowanie siłowe podejście wobec potencjalnych wrogów. Z drugiej strony nie zabrakło „umiarkowanego skrzydła”, które twierdziło, że Ameryka jest nadmiernie obciążona i powinna bezceremonialnie ograniczyć swoje zobowiązania. Wydaje się, że priorytetem nowej administracji będzie skupienie siły militarnej na obronie kraju, choć jej przedstawiciele definiują ten obowiązek coraz szerzej, obejmując nim kwestie ochrony granic, tworzenie obronnego systemu rakietowego oraz przeprowadzanie na morzach ataków na statki handlarzy narkotyków, często kończących się ich wyeliminowaniem, że nie wspomnę o patrolowaniu miast przez żołnierzy.
Sojusznicy Ameryki muszą teraz z niepokojem patrzeć na ogniska potencjalnych konfliktów, bo jeśli USA rzeczywiście się wycofają, to oni sami będą musieli włożyć więcej wysiłku w ich powstrzymywanie. „Znajdujemy się w bardzo niebezpiecznym momencie, ponieważ nasze struktury, konsensus oraz założenia, w jaki sposób części świata tworzą całość, zostały postawione na głowie”, twierdzi na łamach brytyjskiego czasopisma „Big Issue” były oficer brytyjskich sił zbrojnych, obecny poseł z ramienia Liberalnych Demokratów Mike Martin, powołując się na rozmowy z wysokimi urzędnikami, którzy uważają, że zagrożenie wybuchem znaczącego konfliktu do 2030 roku jest duże. „A jeśli uwikłamy się w wielką wojnę, będziemy musieli zarządzić pobór do wojska”.
Nie współgra to z prowadzoną przez Wielką Brytanię polityką obronności, zakładającą zatrudnianie w niepełnym wymiarze godzin rezerwistów – co najwyżej kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy – wdrożenie nowych technologii, przede wszystkim dronów, które mają rekompensować niedostatki na innych polach. Martin twierdzi jednak, że „wciąż nie osiągnęliśmy stanu, w którym zdołalibyśmy zastąpić osoby dronami. Nadal potrzebujemy ludzi, którzy zajmowaliby wioski, przejmowali tereny i wszystko inne. I jeszcze przez jakiś czas sytuacja się nie zmieni”16.
To zdecydowanie pogląd żołnierza praktyka – Martin, który otwarcie krytykował udział Wielkiej Brytanii w wojnie w Afganistanie, jest bardzo wysoko cenionym ekspertem, przy czym dysponuje najnowszymi informacjami na temat walk toczonych na Ukrainie. Po drugiej stronie globu dowódca kalifornijskiej Bazy Sił Powietrznych Edwards generał brygady Doug Wickert powiedział przedstawicielom miejscowej ludności, że jego zdaniem ważniejsze jest utrzymanie technologicznej przewagi amerykańskiej armii.
Wickert należy do grona najbardziej doświadczonych pilotów testujących sprzęt oraz praktyków walki Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych – znaczna część jego oficjalnego życiorysu wojskowego została przeredagowana w celu zachowania tajemnicy. Uważa on obecną erę za bardziej ryzykowną niż okres zimnej wojny po części dlatego, że Chiny są w stanie prześcignąć Stany Zjednoczone pod względem produkcji okrętów wojennych, samolotów i rakiet. Jego zdaniem tylko nieliczne zasoby wojskowe USA, takie jak powstający w pobliskich fabrykach nowy bombowiec stealth B-21 „Raider”, zachowały zdolność odstraszania wroga. W przypadku wojny totalnej kalifornijskie bazy i zakłady lotnicze zostałyby prawdopodobnie zaatakowane za pomocą rakiet, cyberataków i innych środków. „Jeśli do tej wojny dojdzie, to rozegra się ona tutaj – przyjdzie do nas”, ostrzegał przedstawicieli lokalnych władz. „Im lepiej będziemy do niej przygotowani, tym większe prawdopodobieństwo, że przewodniczący Xi się przeliczy”.
Wickert sparafrazował przy tym maksymę prezydenta Dwighta D. Eisenhowera, że „jedynym sposobem na wygranie kolejnej wojny jest zapobieżenie jej wybuchowi”17. Inni – w szczególności sekretarz obrony USA Pete Hegseth – preferują cytat z Wegecjusza, rzymskiego autora dzieła O sztuce wojskowej, z IV wieku, który powszechnie jest tłumaczony następująco: „Pragniesz pokoju, szykuj się do wojny”18. Aby wzmocnić to przesłanie, administracja Trumpa zamierza zmienić oficjalną nazwę Pentagonu z Departamentu Obrony na Departament Wojny, mimo że wymaga to odpowiedniej ustawy Kongresu – w niniejszej publikacji konsekwentnie używam określenia obowiązującego w momencie powstawania tekstu. Prezydent Trump uznał proponowaną nazwę za „znacznie bardziej adekwatną (…) zwłaszcza w bieżącej sytuacji na świecie”. Jego krytycy stwierdzili, że to kolejny przykład rugowania przez nową administrację wszystkiego, co osiągnięto od czasu ostatniej zmiany nazwy w 1949 roku, w tym sojuszów zawartych przez Stany Zjednoczone19. W często przytaczanym powiedzeniu Wegecjusz odnosił się do Rzymu i ogromnych armii, utrzymywanych przez cesarstwo, aby chronić i poszerzać granice, jednocześnie powstrzymując wybuch wewnętrznego niezadowolenia i ataki z zewnątrz. Lecz słowa te równie dobrze pasowałyby do wojowniczo nastawionych plemion germańskich bądź skandynawskich, które opierały się rzymskiej władzy i nie pozwalały się podbić. Wielu współczesnych sąsiadów Rosji i Chin cechuje podobna determinacja i gdy rozrastające się imperia Moskwy i Pekinu próbują wciągać je w swoją orbitę, stawiają im opór – przy czym jedne są znacznie lepiej przygotowane niż inne.
W 1939 roku fińscy żołnierze zawodowi i ochotnicy powstrzymali Armię Czerwoną, gdy próbowała zająć ich kraj podczas tzw. wojny zimowej. Odnieśli pewien sukces: porozumienie pokojowe co prawda zmusiło kraj do oddania znacznej części terytorium, ale jego niepodległość została zachowana. Przez długie lata zimnej wojny Finlandia nieraz bywała zmuszana do deklarowania niezręcznej, neutralnej pozycji – ale wtedy przetrwała.
Na wypadek kolejnego ataku Rosji fińscy poborowi nadal uczą się, jak przeżyć w trudnych warunkach na łonie natury, a w razie potrzeby stosować partyzancką taktykę „uderz i uciekaj”. Rekruci z entuzjazmem opowiadali mi o typowo fińskiej koncepcji „sisu”, czyli niemal berserkerskiej zaciętości, którą można wykorzystać zarówno w walce z wrogiem w ludzkiej postaci, jak i w zmaganiach z niezwykle trudnymi arktycznymi warunkami. W Finlandii wszyscy mężczyźni w wieku od 18 do 60 lat muszą odbyć służbę wojskową, z kolei kobiety mogą się do niej zgłosić ochotniczo. „Dla mnie to kwestia dobrego życia” – tłumaczyła poborowa Veera Remes na początku 2025 roku. „O to właśnie chodzi, o ochronę tego życia. Czasy się zmieniły (…). Dorastaliśmy [wierząc], że wojny należą do przeszłości. Przekonaliśmy się jednak, że tak nie jest”20.
Książka ta dowodzi słuszności fińskiego podejścia. Drugie dwudziestopięciolecie XXI wieku prawdopodobnie okaże się bezlitosne dla tych narodów, które nie mają chęci ani możliwości, żeby bronić tego, co jest dla nich cenne, wszystko jedno, czy chodzi o integralność terytorialną, czy o takie wartości, jak wolność słowa bądź demokracja. Jeśli w nadchodzących latach przywódcy Rosji i Chin uznają, że mogą coś zdobyć siłą, spróbują to zrobić – i być może doprowadzą do katastrofy. Powstrzymać ich może tylko wyraźne uzmysławianie im kosztów podobnych działań, a niestety skłonność administracji Trumpa do wysuwania podobnych w tonie żądań wobec Panamy czy Grenlandii tylko ich zachęca do takich kroków.
Wielu lepszych ode mnie i posiadających większą wiedzę autorów pisało już o odstraszaniu. Jeden z najwybitniejszych z nich, profesor Lawrence Freedman z King’s College w Londynie, zasugerował mi, że odpowiedzi na pytania, jakie pojawiły się w obecnej epoce, będą pochodzić z równowagi pomiędzy „samozadowoleniem a paniką”21. Częściej jednak przytaczam inny cytat, który też świetnie oddaje dualizm i sprzeczności współczesnego sposobu myślenia, leżącego u podstaw funkcjonowania współczesnych wojsk. Zdania te padły z ust jednego ze starszych rangą podoficerów, przełożonego mojego dziadka, szkolącego go w okresie II wojny światowej. Zwykł on pytać poborowych: „Jaki jest pierwszy obowiązek żołnierza?”, a oczekiwana odpowiedź brzmiała: „Utrzymywać pokój”. „A jaki jest jego drugi obowiązek?” – dociekał dalej. „Zabić wroga!”
Jeśli dojdzie do globalnego konfliktu, osoby, których on dotknie, doświadczą go w podobny sposób, jak przed laty ich przodkowie doświadczali poprzednich wojen światowych. W kolejnych rozdziałach pokażę, że co prawda sztuczna inteligencja i systemy bezzałogowe zmniejszają liczbę osób obecnych na froncie, ale zarazem pozwalają na wielokrotne atakowanie licznych celów. Każdy, kto widział nagrania prezentujące drony nad Ukrainą polujące na swoje ofiary, wie, że wraz z nimi terror zyskał nową formę – współistniejącą z dotychczasowymi, związanymi z wojną, źródłami strachu i przerażenia.
Wraz z ostatnimi konfrontacjami zbrojnymi powróciły obrazy rodzin kulących się w piwnicach podczas ostrzału artyleryjskiego i nalotów bombowych, a jeśli dojdzie do wybuchu poważnego konfliktu globalnego, zaburzenia łańcuchów dostaw oraz struktur gospodarczych wpłyną na każdą rodzinę na Ziemi i zapewne skażą na głód najbardziej wrażliwe grupy społeczne. Od czasu II wojny światowej nie byliśmy świadkami morskich starć, w których tonęłoby wiele statków, lecz pojawienie się dronów oraz rakiet nowego typu sprawiło, że w przypadku większego konfliktu będzie to nieuniknione, co z kolei pociągnie za sobą destabilizację globalnego systemu handlowego, niegotowego na takie perturbacje. Pojawią się też straty w ludziach – w ciągu zaledwie kilku godzin wojny z udziałem Stanów Zjednoczonych, Chin oraz państw z nimi sprzymierzonych zdecydowanie przewyższą one wszelkie wcześniejsze. Doświadczenia Rosji na Ukrainie pokazują, że państwa uczą się, jak radzić sobie z takimi stratami – co się udaje, kiedy płacący najwyższą cenę w konflikcie są dobrze wynagradzani i pochodzą z marginesu narodu bądź społeczeństwa. Lecz nawet w sprzyjających okolicznościach taka strategia może zawieść, o czym przypomina podjęta w 2023 roku przez Grupę Wagnera próba zbuntowania się przeciwko wojskowemu dowództwu Rosji.
Kiedy pisałem tę książkę, parę osób zadało mi pytanie, na ile rzeczywiście wierzę, że dojdzie do wojny na wielką skalę. Jestem przekonany, że ryzyko jej wybuchu w nadchodzącej dekadzie wynosi mniej więcej 30–35 procent – a podejmowane w najbliższych latach przez Zachód oraz jego sprzymierzeńców działania będą miały wpływ na to, czy z czasem prawdopodobieństwo jej zaistnienia będzie rosło, czy malało. Wierzę, że czyni to obecną epokę okresem bardziej niebezpiecznym od czasu zimnej wojny, lecz właśnie przykład tej ostatniej dowodzi, że eskalacji konfliktu da się uniknąć, o ile poczyni się odpowiednie przygotowania, a alianci będą trzymać się razem.
Nawet jeśli „następna wojna światowa” nigdy nie nadejdzie, to zagrożenie nią oraz przygotowania i działania, jakie w związku z tym podejmujemy, kształtują świat, i to się nie zmieni jeszcze przez dekady, a może nawet przez wieki. Z czasem punkty zapalne mogą się przenieść z Tajwanu, Ukrainy czy Morza Południowochińskiego na orbitę okołoziemską, bądź na drugą stronę Księżyca, gdzie Zachód, Chiny oraz Indie już rozpoczęły rywalizację w nowej formie – na polu zaawansowanych technologii. Zapewne tamtejsze zmagania uformują kolejne linie frontu, współistniejące z obecnymi.
Kiedy ryzyko wydaje się największe? Najbardziej niebezpieczny okres może nadejść z chwilą przejęcia rządów w USA przez administrację następnego prezydenta, czyli w 2029 roku. Ta książka nie opowiada się ani za Trumpem, ani przeciwko niemu. Właściwie w dużej mierze zgadzam się z argumentacją prezydenta, że jego totalna nieprzewidywalność – jak sam to ujął, fakt, że zagraniczni przywódcy mają go za „szurniętego pojeba” – może stanowić skuteczny środek odstraszający wobec zarówno Putina, jak i Xi. Ale przywódcy ci muszą mierzyć się też ze świadomością starzenia się, wraz z którym maleje prawdopodobieństwo, że pozostawią po sobie coś wyjątkowego, a także z potencjalnym wzrostem znaczenia rywali, którzy w wywołanym konflikcie mogliby dostrzec dla siebie szansę. Współczesność wyraźnie kształtują osobowości – nie powinniśmy jednak mylnie zakładać, że ci, którzy dziś rządzą krajami, będą u władzy również w nadchodzących latach.
Bez względu na to, co obecnie dzieje się w polityce, zachodzi podejrzenie, że ktokolwiek będzie wówczas sprawował władzę w Pekinie czy Moskwie, postanowi sprawdzić nowego prezydenta USA, ledwie przekroczy on próg swojego gabinetu – bez względu na to, czy będzie się wywodził z Partii Republikańskiej, czy Demokratycznej. Kiedy w 2021 roku rządy przejęła ekipa Bidena, nim minęły trzy miesiące, Putin zmobilizował oddziały i zgromadził je przy ukraińskiej granicy i wcale mnie nie zdziwi, gdy coś podobnego wydarzy się po tej stronie świata bądź gdzieś indziej, kiedy tylko do Gabinetu Owalnego wkroczy następca Trumpa – a może nawet będzie się działo za każdym razem, gdy będą w nim zasiadali kolejni prezydenci.
Książka ta analizuje linie podziałów, punkty zapalne i szereg bardzo ludzkich czynników wpływających na to, dokąd zmierzamy, a także szczegółowo opisuje stopniowe pogarszanie się sytuacji międzynarodowej w okresie od stycznia 2024 roku do końca 2025 roku. O ile bieżące reportaże dziennikarskie można nazwać pierwszym szkicem historii, to tę książkę należałoby uznać co najwyżej za drugi jej szkic, kreślony na gorąco i kilkakrotnie modyfikowany wraz z rozwojem wydarzeń i zmianą trendów.
W niektórych częściach świata – szczególnie w Europie Wschodniej – pod koniec 2024 roku zakorzeniło się nawet przekonanie, że nowa wojna światowa w praktyce już się rozpoczęła i trwa, a nawet eskaluje, wykraczając poza granice Ukrainy i obejmując kolejne obszary. W chwili obecnej instynktownie odrzucam ten pogląd – po pierwsze nie jestem zwolennikiem przekonania, że ciągła eskalacja jest nieunikniona, a po drugie śmierć, destrukcja oraz destabilizacja, jakie już widzieliśmy, mimo całego ich horroru, byłyby niczym wobec konsekwencji nowego, rzeczywiście globalnego konfliktu. A jednak nie da się zaprzeczyć, że bezwzględna rozgrywka o przyszłość tego świata już się rozpoczęła.
Mam nadzieję, że ta książka jest wstępem czy też raczej prologiem do wojny, która nigdy nie nadejdzie. Lecz nawet jeśli do niej dojdzie, to – jak zauważył Eisenhower, zwracając się do swojego głównego archiwisty, kiedy w 1951 roku powoływał pierwsze struktury wojskowe NATO – i tak lepiej ją spisać, aby w przyszłości móc ten tekst przeczytać, przeanalizować i na nowo zinterpretować22. To, co się wydarzy, zapisze się na kartach historii, którym przyszłe pokolenia będą się przyglądać, próbując ją zrozumieć. Bo nawet jeśli unikniemy otwartego konfliktu i katastrofy, to nie wątpię, że w najbliższych latach albo i dziesięcioleciach częściej na porządku dziennym będą konfrontacje między krajami niż ich współdziałanie.
Jak zawsze, jestem niezmiernie wdzięczny redaktorom i zarządowi Agencji Reutera, osobom, które w różnych momentach mojej kariery wojskowego rezerwisty odbywały ze mną służbę, oraz wszystkim, którzy ułatwiali mi podróże i pisanie, zwłaszcza znakomitemu zespołowi osobistych asystentów, a także, oczywiście, rodzinie, przyjaciołom i tym, których kocham, bo bez nich moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Nikt z was nie zasługuje na to, aby zmuszano was do stawiania czoła wielkiej wojnie światowej, i mam nadzieję, że ta książka na swój skromny sposób przyczyni się do jej uniknięcia dzięki właściwemu przygotowaniu.
Co rzekłszy, niczym pradawny gawędziarz, chciałbym przenieść cię, czytelniku, w czasie, do pierwszych dni 2024 roku, w samo serce Skandynawii, gdzie król Szwecji i najpotężniejsi ludzie tego kraju zebrali się w zasypanych śniegiem górach, aby się wspólnie zastanowić, dlaczego od dawna pielęgnowany przez nich pokój może się niedługo skończyć.
Peter Apps
Londyn, jesień 2025 roku
1
W sierpniu tego roku nie, ale może w przyszłym
„W sierpniu tego roku nie, ani nie we wrześniu (…).
Nie w sierpniu przyszłego roku, ani też we wrześniu; to wciąż
za wcześnie (…). Lecz w kolejnym roku bądź w jeszcze następnym
zaczną walczyć – i co wtedy stanie się z wami?”
Ernest Hemingway, Notatki o kolejnej wojnie,
„Esquire”, 1 września 1935 roku1
W pierwszym tygodniu 2024 roku w ośrodku narciarskim nieopodal granicy z Norwegią szwedzcy przywódcy zebrali się, aby przedyskutować kwestię rosnącego zagrożenia wojną. Naczelny dowódca szwedzkich sił zbrojnych generał Micael Bydén, ubrany w mundur polowy, rozpoczął swoją prezentację od zdjęć z ogarniętej wojną Ukrainy – przedstawiały zniszczone budynki, zdemolowane pojazdy, systemową przemoc na skalę, która ledwie kilka lat wcześniej była w Europie nie do pomyślenia. „Tak to wygląda”, zwrócił się do słuchaczy, „gdy pozwoli się komuś postawić nasze życie na głowie. Dlatego dziś każdemu z was zadaję pytanie: jak sądzicie, czy mogłoby do tego dojść również w Szwecji?”
W tym kraju niewiele osób miało styczność z podobnymi scenami. Honorowy gość konferencji, 77-letni król Karol Gustaw, urodził się tuż po zakończeniu II wojny światowej, podczas której Szwecja zachowywała neutralność – ostatni konflikt, w jakim brała udział, miał miejsce ponad dwa wieki temu. A teraz generał Bydén, były pilot myśliwca, który przez ponad dekadę stał na czele wojska, lecz ani razu nie uczestniczył w walkach, mówił, że świat się zmienił2.
Przemawiający niedługo po nim premier Ulf Kristersson dookreślił, co to właściwie oznacza. „Najważniejszym zasobem państwa w czasie wojny są ludzie oraz ich przekonanie, że powinni się bronić”, stwierdził, z dumą wyrażając się przy tym o szwedzkiej armii, składającej się zarówno z poborowych, jak i zawodowych żołnierzy, w tym jego dwóch córek. „Koniec końców chodzi o obronę Szwecji, naszych wartości oraz sposobu życia – z bronią w ręku, z naszym życiem na szali”3. Wkrótce potem szwedzka księżniczka Wiktoria – 47-letnia matka dwójki dzieci i zarazem dziedziczka tronu – ogłosiła, że zamierza wznowić szkolenie wojskowe, które rozpoczęła w 2003 roku od nauki taktyki, strategii i podstawowych umiejętności żołnierskich4.
Takie właśnie przesłanie chcieli szerzyć szwedzcy przywódcy. Większość dorocznej konferencji Folk och Försvar – organizowanej przez szwedzki think tank o tej samej nazwie, oznaczającej „Społeczeństwo i obronność” – była transmitowana na żywo, a jej fragmenty zamieszczono również w mediach społecznościowych, co dodatkowo zwiększało zasięg przekazu. Think tank, który prowadził to spotkanie, ma swoje korzenie w latach czterdziestych XX wieku, kiedy ten neutralnie nastawiony kraj otaczały konflikty. Carl-Oskar Bohlin, pierwszy szwedzki minister obrony cywilnej od 1947 roku, był przekonany, że w słowa tej konferencji wsłuchiwała się „cała Szwecja”. Zaznaczył też, że obowiązek zadbania o właściwe przygotowanie kraju spoczywa na wszystkich bez wyjątku. Władze cywilne powinny stworzyć plany na wypadek wojny oraz ustalić odpowiednie zależności i zapewnić zasoby. Firmy oraz ich pracownicy muszą zrozumieć, jaka odpowiedzialność na nich spoczywa. Przygotowane musi być też każde gospodarstwo domowe. „Jeśli jeszcze nie zaczęliście się szykować, już macie zaległości”, stwierdził. „Jeśli cokolwiek można zrobić teraz, trzeba to zrobić teraz. (…) Lepiej jutro być w miarę gotowym niż osiągnąć pełną gotowość za pięć lat”5.
Zgodnie z oczekiwaniami organizatorów spotkanie trafiło na pierwsze strony gazet. Według szwedzkiej Agencji do spraw Sytuacji Nadzwyczajnych komentarze spowodowały 3500-procentowy wzrost odwiedzin na stronie internetowej z mapą schronów oraz 900-procentowy wzrost pobrań broszury z informacjami, co należy robić w przypadku kryzysu lub wojny. Organizacje charytatywne, wspierające nieletnich w kryzysie, odnotowały gwałtowny wzrost liczby telefonów od nastolatków i młodszych dzieci zaniepokojonych potencjalną wojną. Politycy opozycji oskarżyli rząd o „niemoralne” wyolbrzymianie zagrożeń. Wszystko to wywołało szerokie zainteresowanie mediów w Europie i poza nią. Kiedy Komitet Wojskowy NATO, do którego Szwecja przystąpiła kilka tygodni po inwazji Rosji na Ukrainę, spotkał się w Brukseli wkrótce po konferencji Folk och Försvar, jego przewodniczący, były szef holenderskiej obrony admirał Robert Bauer, został zapytany przez dziennikarzy, czy szwedzcy urzędnicy podsycają panikę i wyolbrzymiają rzeczywiste zagrożenie6.
W wywiadzie na antenie Sveriges Radio premier Kristersson ostudził nieco emocje, zastrzegając, że „nic nie wskazuje na to, aby wojna już stała u drzwi”. Oświadczył też, że informując o rosnącym zagrożeniu, rząd ma obowiązek „wyrażać się jasno”. Dowódca sił zbrojnych generał Bydén pozostał jednak nieugięty. „Musimy zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji” – oznajmił na antenie ogólnokrajowej telewizji. „Każdy z nas powinien przygotowywać się na nią psychicznie”7. Przemawiając w Kwaterze Głównej NATO, szef Komitetu Wojskowego admirał Bauer zachęcał innych wojskowych przywódców do zainicjowania podobnych dyskusji w swoich krajach. Jak stwierdził, od dziesięcioleci zachodnie demokracje zakładają, że armia zawodowa zawsze zdoła rozwiązać „problemy z bezpieczeństwem”. Teraz jednak może to nie wystarczyć. W przypadku większej wojny potrzebne będzie podejście obejmujące całe społeczeństwa, w celu zarówno przygotowania licznych sił zbrojnych, jak i wykorzystania potencjału przemysłowego do budowania czołgów, statków, samolotów, dronów i wytwarzania amunicji – jeśli będzie to konieczne, ciągłej ich produkcji. Na wypadek wszelkich kryzysów gospodarstwa domowe powinny dysponować odbiornikiem radiowym na baterie i awaryjnym oświetleniem oraz zapasami jedzenia i picia na 36 godzin. „Nie twierdzę, że już jutro nadejdą trudne czasy”, podkreślił admirał, „lecz musimy zrozumieć, że pokój, którym się cieszymy, nie jest pewnikiem, nie wszystko układa się harmonijnie”8.
Na początku trzeciej dekady XXI wieku często mieliśmy wrażenie, że niemal nic nie układa się harmonijnie. Napięcie w świecie rosło, począwszy od pandemii oraz inwazji na Ukrainę, po niespodziewany atak Hamasu na Izrael w październiku 2023 roku, w którym zginęło około 1200 osób, co oznaczało największe straty w żydowskiej populacji od czasu Holokaustu. A potem Bliski Wschód znów skąpał się we krwi. Niedługo później sprzymierzeńców Stanów Zjednoczonych zaczęła trawić niepewność, gdy do Białego Domu powrócił Donald Trump i postawił pod znakiem zapytania długoterminowe wsparcie dla sojuszników właśnie wtedy, gdy wiatr wiał demokracjom w oczy zarówno na polu gospodarki, jak i w polityce. Chyba najpoważniejsze było rosnące napięcie w rejonie Oceanu Spokojnego, gdzie umacniały się Chiny, coraz bardziej otwarcie grożące Tajwanowi, Filipinom oraz innym potencjalnym oponentom.
U progu 2024 roku brytyjski minister spraw zagranicznych David Cameron ogłosił alarm – „lampki ostrzegawcze jarzą się na czerwono” – wskazując na globalną destabilizację, przy czym uznał, że „trudno wyobrazić sobie okres równie niebezpieczny i niepewny”9. Ówczesny minister obrony Grant Shapps mówił nawet, że żyjemy w świecie stojącym „u progu wojny”10. W tym samym roku, choć nieco później, sir Richard Moore – szef MI6, brytyjskich tajnych służb wywiadowczych – opisał stan świata jako najgroźniejszy, z jakim miał do czynienia podczas 37 lat w służbie rządu11, a nowy sekretarz generalny NATO, były premier Holandii Mark Rutte przyznał, że podobne wnioski są i jemu bliskie. Obaj wskazywali przy tym na Rosję i Chiny, jako kraje gotowe na długotrwałą konfrontację z Zachodem oraz zgodnie współdziałające z innymi autorytarnie rządzonymi państwami w celu przeorganizowania globalnego porządku. „Testują nas”, zauważył Rutte, ostrzegając, że odstraszenie ich oraz powstrzymanie wymaga „nastawienia się na wojnę”: „Nie jesteśmy jeszcze w stanie wojny, lecz z pewnością nie jest to też stan pokoju”12.
Jak powiedział jeden z brytyjskich urzędników dziennikarzom, oprowadzając ich po rozległej bazie UK Defence Intelligence w RAF Wyton pod Cambridge, „żyjemy w naprawdę niebezpiecznych czasach”. Zauważył, że obecnie globalna sytuacja sprzyja międzynarodowemu konfliktowi bardziej „niż kiedykolwiek wcześniej w najnowszych dziejach”13. Pracujący w centrum operacyjnym wielkości krytej hali piłkarskiej członkowie wywiadu wojskowego twierdzili, że nigdy nie mieli aż tyle pracy. Podczas wizyty mediów większość ekranów pozostawała wyłączona, ale na pozostałych widoczne były szybko rosnące zagrożenia. „Wszyscy są zarobieni” – konstatował jeden z urzędników, wskazując szereg biurek w budynku Pathfinder, nazwanym tak na cześć załóg bombowców z czasów II wojny światowej, które startowały z Wyton i pobliskich baz. Jedni monitorowali Ukrainę, inni Chiny oraz Tajwan, Morze Czerwone, Afrykę, grupy terrorystyczne i ruchy statków. Jak twierdzili, wystarczy iskra, aby świat stanął w płomieniach – a czasu na przygotowania jest mało, a może nawet już go w ogóle nie ma14.
*
W niektórych miejscach wrzało. Od pierwszych tygodni 2024 roku rosyjskie siły zbrojne coraz bardziej przeważały liczebnie nad ukraińskimi obrońcami i parły naprzód przez pola bitewne, pozostawiając po sobie spustoszone krajobrazy znane z I wojny światowej. Jeszcze w połowie 2023 roku zachodni urzędnicy oraz eksperci przewidywali, że niekompetencja Rosji oraz rosnące wsparcie Ukrainy bronią z Zachodu umożliwi odzyskanie zagrabionych obszarów. Lecz w styczniu 2024 roku zaangażowani w walkę na froncie ukraińscy żołnierze mówili każdemu, kto chciał słuchać, że Zachód przespał odpowiedni moment. „Gdyby nasi zagraniczni partnerzy się pospieszyli, skopalibyśmy im tyłki w ciągu pierwszych trzech, może czterech miesięcy”, narzekał w rozmowie z reporterem jeden z nich, zapewniając, że zarówno on, jak i jego koledzy woleliby „orać pola i dzieci wychowywać – a nie już dwa lata tu tkwić”15.
W Kijowie rząd prezydenta Wołodymyra Zełenskiego nadal robił dobrą minę do złej gry, zabiegając o zwiększenie wsparcia zachodnich sojuszników. Ukraińskim bojownikom kończyły się zasoby. W kwietniu 2024 roku generał Chris Cavoli, głównodowodzący amerykańskich sił zbrojnych w Europie, zwrócił uwagę Kongresowi, że na każde pięć pocisków artyleryjskich wystrzeliwanych przez Rosję Ukraina odpowiada jednym16. Obie strony przepalały arsenały własne i swoich sprzymierzeńców. Od Pensylwanii po Polskę siły wspierające Ukrainę z zagranicy gromadziły zapasy, lecz nie były w stanie nawet połowicznie sprostać zapotrzebowaniu17. Rosja natomiast dysponowała magazynami wojskowymi z czasów Związku Radzieckiego, kryjącymi nie tylko amunicję, ale również przestarzałe czołgi, artylerię czy inne rodzaje broni. Od sierpnia 2023 roku Kreml otrzymywał również miliony pocisków artyleryjskich od Korei Północnej, dostarczanych przez krótką wspólną granicę, co stanowiło element polityki pogłębiania relacji z tym krajem i zaowocowało bezpośrednim zaangażowaniem północnokoreańskich wojsk w walki pod koniec następnego roku18.
Latem 2024 roku ukraińskie oddziały najechały rosyjskie terytorium nieopodal Kurska, aby odciążyć front w Donbasie. Jednak rosyjskie siły nie przestały napierać. Jeden z ukraińskich dowódców mówił nawet o „tyranii czasu”, ograniczonej liczbie żołnierzy, kończących się zasobach i słabnącej woli walki19. Zasadniczo wszystko sprowadzało się do ludzi: wraz ze spadkiem liczby urodzin od lat sześćdziesiątych XX wieku populacja Ukrainy znacząco się skurczyła. Ucieczka z kraju uchodźców oraz utrata terytorium na rzecz Rosji sprawiły, że w obecnych granicach państwa pozostało mniej niż 30 milionów ludności, podczas gdy przed inwazją w 2022 roku na Ukrainie żyło jej 41 milionów20. To prawdopodobnie pierwszy konflikt między państwami o kurczących się populacjach od czasów czarnej śmierci w XIV wieku – ze względu na spadający na całym świecie wskaźnik urodzin, takie wojny mogą jednak stać się normą.
Rosja posiadała znacznie większą liczbę ludności. Putin miał do dyspozycji około 130 milionów osób – i ta przewaga umożliwiała mu ponoszenie większych strat w ludziach na polu bitwy. Urzędnicy amerykańscy oszacowali, że do wiosny 2024 roku zabito lub raniono ponad 315 tysięcy osób z rosyjskiego personelu wojskowego – ponieważ jednak każdego miesiąca napływało ponad 30 tysięcy nowych rekrutów, rosyjska armia była o 15 procent większa niż przed inwazją. Dla rosyjskiej gospodarki wojna stanowiła priorytet, więc Kreml produkował więcej amunicji niż łącznie wszystkie 32 państwa należące do NATO. Wojskowe służby wywiadowcze zachodnich krajów są przekonane, że na przestrzeni dwóch lat Rosja straciła ponad 2 tysiące czołgów, lecz ponieważ jej fabryki broni działają na pełnych obrotach, a władze wykorzystują zasoby z okresu zimnej wojny, to do służby zdołano wprowadzić dużo więcej jednostek niż stracono. Ostatecznie na początku 2024 roku Rosjanie mieli więcej czołgów oraz pojazdów opancerzonych niż w chwili rozpoczęcia inwazji21.
Aby zrównoważyć taką przewagę, Ukraina musiała postawić na innowacje. Z nieba nad liniami frontu zaczął dochodzić nowy dźwięk: bzyczenie małych dronów FPV, pilotowanych przez operatorów z wykorzystaniem laptopów lub gogli VR oferujących „widok z pozycji drona”, które umożliwiały lustrowanie pola bitwy z góry i wyczekiwanie na pojawienie się odpowiedniego celu. Podobno do połowy roku te cuda techniki były odpowiedzialne za większość ofiar śmiertelnych – przewyższyły pod tym względem dokonania artylerii, która królowała w tej dziedzinie przynajmniej od wojny secesyjnej. Niektórzy jednak podawali te wyliczenia w wątpliwość. Rosja również parła naprzód, inwestując w militarne wynalazki. Obie strony konfliktu co kilka tygodni czy dni niwelowały przewagę przeciwnika – takim wyzwaniom z powodu braku doświadczenia bojowego nie sprostałoby żadne inne wojsko, może poza izraelskim. Jak ujął to na początku 2025 roku George Barros, szef działu rosyjskiego w waszyngtońskim Instytucie Badań nad Wojną: „Można powiedzieć, że w pewnym sensie Rosja i Ukraina są dwoma tytanami współczesnej sztuki wojennej”22.
Konflikt eskalował i znacznie wykroczył poza pierwotne ramy. Przez cały 2024 rok przedstawiciele zachodnich wywiadów donosili, że zarówno w Europie, jak i poza jej granicami narasta fala sabotaży, podpaleń oraz innych „bezpośrednich działań”, o których wspieranie podejrzewano Rosję. Należały do nich pożary fabryk, centrów handlowych czy włamania do stacji uzdatniania wody23. Szef sztabu generalnego Sił Zbrojnych Republiki Czeskiej Karel Řehka w wywiadzie dla „Washington Post” na miesiąc przed szczytem przywódców państw członkowskich NATO w Wilnie w lipcu 2023 roku jako jeden z pierwszych publicznie zasugerował możliwość, że „Rosja prowokuje konflikt albo nawet wojnę z NATO. (…) Nie zakładam, że to celowy plan. NATO nie chce iść na wojnę z Rosją, a Rosja nie chce się wdawać w konflikt z NATO. Lecz to nie znaczy, że nie może do niego dojść. W świecie wybuchło wiele wojen, których nikt wcześniej nie planował”24. Od początku 2024 roku coraz częściej wyrażano takie poglądy publicznie. W lutym nominowany na nowego szefa Obrony Estonii Andrus Merilo ostrzegał: „Myślę, że Estonię czeka bardzo trudna przyszłość25. (…) Powinniśmy przywyknąć do myśli, że (…) jeśli Rosja skieruje swoją militarną agresję w inne miejsca, to zapewne nie da nam ani chwili na przygotowanie się do niej, nie pozwoli szykować się do niej przez kilka lat”26.
Takie oświadczenia wywoływały kontrowersje. Kiedy na początku 2024 roku szef Komitetu Wojskowego NATO admirał Bauer powtórzył apel Szwecji o rozpoczęcie przygotowań do wojny, również spotkał się z publiczną krytyką.
„Ludzie twierdzą, że podżegam do wojny, choć w rzeczywistości jest właśnie odwrotnie” – zapewniał rok później. „Jeśli przygotujesz się we właściwy sposób, skuteczniej odstraszysz wrogów, a prawdopodobieństwo wybuchu wojny zmaleje”27. Wydarzenia w Europie i poza nią, do których doszło w latach 2023 i 2024, a może nawet w jeszcze większym stopniu te z 2025 roku, dowodzą, że ferment ciągle wzrasta – szczególnie niepokój związany z rosnącą presją na transatlantycki sojusz Europy ze Stanami Zjednoczonymi, który od 1945 roku pozwolił uniknąć w Europie większej wojny.
Napięcie rośnie też na drugim końcu świata, na Oceanie Spokojnym.
*
W połowie lat dwudziestych XX wieku żołnierze zawodowi i rezerwiści z NORFORCE, części Australijskich Sił Obrony, rozpoczęli intensywne patrolowanie rejonu wokół położonego na północy miasta Darwin, jednego z najsłabiej zaludnionych i najbardziej niebezpiecznych wybrzeży świata. Korzystając z łodzi szturmowych Zodiac i szybkich pojazdów terenowych, całymi dniami i tygodniami tropili przemytników ludzi i narkotyków oraz szukali śladów mogących świadczyć o tym, że jakieś obce państwo próbuje przez te dzikie obszary, które zyskały strategiczne znaczenie, wprowadzać na ląd patrole zwiadowcze.
W spokojniejszych czasach największe zagrożenie w północnej Australii stanowiła duża populacja krokodyli morskich, zwierząt, które osiągają do sześciu metrów długości i wytrzymują strzał w czaszkę z karabinu bądź strzelby. Dziś też, jak twierdzi kapitan Andrew Farrands, który powrócił z dwutygodniowego patrolu w maju 2024 roku, „roi się tam od krokodyli morskich, a niektóre obszary dzikiej przyrody pozostają niedostępne. (…) Ciężko się przez nie przedrzeć i trzeba przez cały czas zachowywać czujność”28.
Od dawna zakładano, że Australia Północna może stać się kolejnym punktem zapalnym. Już w 2012 roku prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama ogłosił „strategiczny zwrot” Ameryki ku Oceanowi Spokojnemu, czemu towarzyszyła informacja, że począwszy od 2015 roku, od marca do października każdego roku w rejonie Darwin będą rotacyjnie stacjonować oddziały US Marines. Jednak równocześnie z podjęciem tego rodzaju działań Australia podpisała z pewną chińską firmą umowę wartą niemal 400 milionów dolarów na użytkowanie portu w Darwin – co wielokrotnie podnoszono w kolejnych latach, aż wreszcie australijski rząd podjął kroki w celu wycofania się z kontraktu29. W 1942 roku, u progu ostatniej wojny na Pacyfiku, miasto zostało zbombardowane przez japońskie samoloty startujące z lotniskowców, co spowodowało śmierć wielu osób. Teraz znów zanosiło się na to, że gdy dojdzie do wojny z Chinami, znajdzie się na linii ognia.
Kiedy odwiedziłem Darwin pod koniec 2023 roku, wzrastające napięcie na Pacyfiku zwiększało zainteresowanie kwestiami obronności w mieście i na otaczającym je Terytorium Północnym. Przy tamtejszym lotnisku wznoszono ogromny, finansowany przez Stany Zjednoczone zakład produkcji paliwa lotniczego, zdolny zaopatrywać nie tylko samoloty, ale i tankowce w porcie30. Pod koniec 2024 roku ogłoszono, że do corocznych ćwiczeń oddziału amerykańskiej piechoty morskiej przyłączy się wojsko japońskie w celu szkolenia się do działań regionalnych w północnej Australii i z jej terytorium31. Liczne nowe australijskie samoloty F-35 startowały wtedy z północnej bazy RAAF Tindal, na południe od Darwin, a cały region stał się terenem dużych międzynarodowych manewrów.
Rozmawiając z urzędnikami odpowiedzialnymi za inwestycje na rozległym Terytorium Północnym, trudno było nie dostrzec, jakie ma on znaczenie dla szybko zmieniającej się geopolityki regionu Pacyfiku. Już teraz rezerwy gazu dostępnego na tym obszarze stanowią zasoby energii dla Japonii, a plan budowy ogromnych elektrowni słonecznych i położenia kabli podmorskich ma zapewnić dostawy Singapurowi. Zarazem rosnące zagrożenie konfliktem sprawiło, że zazwyczaj pusty port bywał pełen okrętów wojennych, nad którymi latały szybkie samoloty i drony.
Podczas zimnej wojny gigantyczne amerykańskie bombowce B-52 startowały właśnie z lotniska w Darwin – obecnie zarówno bazę lotniczą w Darwin, jak i tę w Tindal przygotowuje się na ich powrót. Jednak w przypadku wybuchu wojny na większą skalę bazy staną się też celem ataków. Według raportu przedstawionego przez analityków wojskowych z RAND Corporation w 2022 roku chińska ekspansja militarna na sporne wyspy na Morzu Południowochińskim sprawiła, że Darwin i znaczna część obszaru północnej Australii znalazły się w polu rażenia pocisków balistycznych dalekiego zasięgu DF-22, będących w posiadaniu Pekinu. Ich zasięg nadal nie pozwala na przeprowadzenie ataku z Chin kontynentalnych, ale mogły one docierać do Australii z coraz lepiej wyposażanych baz Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej (ChAL-W), wznoszonych na sztucznie powiększanych wyspach, niegdyś znajdujących się poniżej poziomu morza, takich jak przejęta od Filipin w połowie lat dziewięćdziesiątych Mischief Reef, stopniowo militaryzowana w kolejnych latach32.
Wydaje się, że w nadchodzących latach zagrożenie będzie się nasilać – i to nie tylko dlatego, że Pekin inwestuje miliardy w doskonalenie uzbrojenia. W pierwszej połowie lat dwudziestych XXI wieku Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza, chińska straż przybrzeżna oraz morska milicja złożona z łodzi rybackich i innych jednostek pływających zintensyfikowały działania na spornych wodach Morza Południowochińskiego, a nawet daleko poza nimi, co wzmogło obawy, że sprowokuje to niechciany konflikt. Jeden punkt zapalny niepokoił przy tym większość strategów najbardziej, stanowiąc podstawę domniemań, że wielka wojna może być bliżej niż kiedykolwiek wcześniej od czasów zimnej wojny.
W połowie lat dwudziestych XXI wieku wydawało się, że chińskie siły zbrojne otwarcie przygotowują się do inwazji na Tajwan, a ich celem jest osiągnięcie gotowości bojowej do 2027 roku, czyli do setnej rocznicy powstania Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Obserwując sytuację z rosnącym zaniepokojeniem, amerykańscy dowódcy przygotowali plany powstrzymania chińskich sił zbrojnych – bo jeśli dojdzie do starcia, jego skala będzie ogromna.
Pod koniec 2023 roku płynąłem statkiem wycieczkowym przez Cieśninę Malakka między Malezją a Indonezją – jedną z najbardziej ruchliwych tras morskich na świecie. Kapitan statku uświadomił mi wówczas, że w przypadku wybuchu zbrojnego konfliktu setki statków będą w panice opuszczać wody międzynarodowe, próbując schronić się na terytorium dowolnego kraju, który wyda im się neutralny. Biorąc pod uwagę, co już się wydarzyło w tej dekadzie, uważał, że taki niebezpieczny obrót spraw jest prawdopodobny. „Świat siedzi na beczce prochu”, stwierdził. „Nie wiemy, co przyniesie kolejny dzień”33. Niektóre incydenty już dawno groziły wybuchem konfliktu.
*
W czasach pandemii COVID-19, zimą na przełomie 2020 i 2021 roku, przebywający na kwarantannie Władimir Putin musiał mieć dużo czasu na rozmyślania o historii Rosji i Ukrainy. Według niego bowiem prawo Rosji do podboju tego kraju uzasadniały wydarzenia sięgające IX wieku, kiedy to wódz wikingów Ruryk poszerzył granice swojego władztwa, rozciągając je od miast-państw, które pewnego dnia znajdą się w sercu współczesnej Rosji, po właśnie powstające późniejsze ukraińskie miasto Kijów – twór ten przetrwał wieki wojen i starć imperiów. Putin wysnuł więc wniosek i przedstawił go w długim, rozwlekłym artykule, opublikowanym w lipcu 2021 roku na stronie internetowej Kremla, że Rosjanie i Ukraińcy zawsze stanowili „jeden naród”. Artykuł ten wywołał ostre reakcje ukraińskich historyków, gdyż usprawiedliwiał pełnoskalową inwazję na Ukrainę. W chwili, kiedy ofensywa się rozpoczęła, chiński przywódca Xi Jinping oświadczył, że podobnie postrzega kwestię Tajwanu.
Dla Xi i innych chińskich przywódców bitwa o tę wyspę – nazywaną również Formozą – znajdowała uzasadnienie w dziejach sprzed niemal 2 tysięcy lat. W 230 roku historyk Shen Ying zapisał, że rządząca dynastia wysłała trzy oddziały wojska w celu opanowania wyspy. Pekin uważa, że to właśnie od tego czasu Tajwan stanowi chińskie terytorium – i współcześnie w tej kwestii nic się nie zmieniło34. Prawda historyczna była oczywiście znacznie bardziej złożona – podobnie jak rzeczywistość na wyspie, która od 1949 roku rządzi się sama, a przez ostatnie trzy dekady była tętniącą życiem, pełną entuzjazmu technokratyczną demokracją.
Zakres władzy imperialnych Chin nad wyspą zmieniał się na przestrzeni wieków, Tajwan doświadczył okresów samorządności, dominacji europejskiej i okupacji japońskiej (od 1895 roku do końca II wojny światowej). Pod koniec lat czterdziestych XX wieku, u kresu chińskiej wojny domowej, przywódca chińskich nacjonalistów Czang Kaj-szek, który zaledwie kilka lat wcześniej rządził większością kontynentu, uciekł na Tajwan, aby ustanowić tam „rząd na uchodźstwie” Republiki Chińskiej (RoC, Republic of China).
To właśnie wtedy zrodził się obecny konflikt. Gdy w 1949 roku powstała Chińska Republika Ludowa (ChRL), a Czang i zwolennicy Republiki Chińskiej ewakuowali się na wyspę, Mao Zedong i pozostali przywódcy Komunistycznej Partii Chin (KPCh) szybko zaczęli snuć plany zakończenia istnienia Tajwanu jako de facto niepodległego państwa, ale powstrzymała ich groźba użycia siły militarnej przez Stany Zjednoczone. Funkcjonowanie Tajwanu od lat dziewięćdziesiątych XX wieku jako demokracji – jedynej na świecie, w której większość etniczną i językową stanowią Chińczycy – tym bardziej wrogo nastraja Pekin.
Rdzenna ludność Tajwanu posiada własną, odrębną historię i należy do kręgu dziedzictwa kulturowego ludów Polinezji, zamieszkujących region Oceanu Spokojnego. Wyniki badań DNA sugerują nawet, że ludność ta mogła się wywodzić z tego obszaru i z niego się rozprzestrzeniać35. W latach dwudziestych XXI wieku rdzenni mieszkańcy Tajwanu stanowili zaledwie 3 procent populacji wyspy, ale zarazem aż 60 procent personelu niektórych jednostek sił specjalnych – losy chińskich Ujgurów i innych mniejszości motywują ich do obrony niezależności państwa w znacznie większym stopniu niż innych wyspiarzy.
Ming Jie, 43-letni Tajwańczyk, były operator sił specjalnych, obecnie szkolący ludność cywilną w zakresie posługiwania się bronią i surwiwalu, opisał rdzenną społeczność jako „ściśle chroniącą swoich ludzi i własne tradycje”. Asighe, inny operator zakorzeniony w lokalnej społeczności, również nauczający sztuki obrony w prywatnej szkole, przestrzegał swoich uczniów, że lekcje nie przemienią zwykłych obywateli „w bohaterów rodem z filmów akcji”, i dodawał: „ale mam nadzieję, że zwiększą wasze szanse na przeżycie na polu bitwy”. Gdy coraz głośniej mówiono o potencjalnej inwazji, rosło zainteresowanie takimi kursami wśród większości etnicznej Chińczyków, w tym wśród byłych poborowych, którzy chcieli uzupełnić braki w swoim wyszkoleniu36.
Bo zdecydowanie je mieli. Kiedy odwiedziłem wyspę na początku 2024 roku, żaden z byłych poborowych, których o to zapytałem, nie miał pojęcia, co powinien robić, gdyby doszło do inwazji. „Pewnie bym tylko zawadzał”, przyznał jeden z nich37. Wojsko Tajwanu – w większości nadal dowodzone przez potomków elity nacjonalistycznej Republiki Chińskiej, która od 1949 roku rządziła wyspą niczym obca siła okupacyjna – nie cieszyło się zaufaniem i nie było gotowe do walki. „Ludzie nie zdają sobie sprawy z nieprzygotowania oddziałów [Tajwanu]”, zauważył Kitsch Liao, ekspert do spraw sił zbrojnych wyspy przy Atlantic Council. „Muszą zacząć się szkolić w zakresie podstawowych umiejętności”. Inne źródło wojskowe zauważa, że „Tajwan niezmiennie polega na tym samym planie, od dawna niemodyfikowanym. To się nie sprawdzi”38. Od 2024 roku na wyspie ponownie obowiązuje wydłużona roczna służba wojskowa. Zmodernizowano również program szkoleń, lecz aby zmiany przyniosły znaczące efekty, potrzeba czasu.
Patrząc na tempo chińskich przygotowań do wojny, nie można mieć pewności, czy zobaczymy te efekty wystarczająco szybko39. Niektórzy wysokiej rangi amerykańscy urzędnicy Departamentu Obrony spodziewają się, że brak doświadczenia bojowego Chin oraz aresztowanie w tym kraju wielu oficjeli za korupcję doprowadzą do wyhamowania szybkiej rozbudowy wojsk Pekinu lub przynajmniej ją utrudnią40. Niemniej jednak Frank Kendall, sekretarz Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych w administracji Bidena, ostrzegał, że chińskie siły zbrojne ciężko pracują, aby dotrzymać wyznaczonego przez Xi terminu i w 2027 roku uzyskać gotowość do inwazji, a jeśli zajdzie taka potrzeba – również do pokonania Stanów Zjednoczonych, gdyby próbowały interweniować. „Nie mam pojęcia, jaką decyzję podejmie w 2027 roku Xi Jinping” – stwierdził Kendall – „ale jestem niemal pewien, że jego wojsko ogłosi stan gotowości”41.
Większość strategów uważa, że Pekin zamierza zająć Tajwan i przejąć kontrolę nad jego 20 milionami mieszkańców w ramach jednej operacji, być może bez większej wymiany ognia, zanim jeszcze Stany Zjednoczone i ich sojusznicy się zjednoczą i rozpoczną interwencję. Jednak nawet ograniczony konflikt mógłby wiązać się z ogromnymi zniszczeniami.
Z pewnością spowodowałby destabilizację. Usytuowane na południe od Tajpej fabryki Taiwan Semiconductor Manufacturing Corporation i jej konkurentów odpowiadają za mniej więcej jedną piątą światowej produkcji półprzewodników – w tym za aż 60 procent najbardziej zaawansowanych technologicznie wersji42. Wody wokół wyspy stanowią ważny szlak światowego handlu, a gdyby na Chiny nałożono podobne sankcje, jakimi obciążono Rosję po inwazji na Ukrainę, światowa gospodarka odczułaby to znacznie dotkliwiej. Jeśli wojna eskalowałaby i objęłaby Stany Zjednoczone oraz inne kraje, wstrząs byłby nieporównywalny z niczym, co do tej pory się wydarzyło w najnowszej historii.
Nie mielibyśmy też żadnej gwarancji, że podczas walk strony ograniczyłyby się do konwencjonalnych środków. Amerykańscy analitycy donoszą o przebudowie chińskiego arsenału atomowego: według ich szacunków od początku dekady do 2030 roku liczba głowic nuklearnych wzrośnie z kilkuset do co najmniej tysiąca, powstaną nowe typy mobilnych rakiet naziemnych i pierwsze chińskie okręty podwodne z pociskami balistycznymi43. Od kilkudziesięciu lat Chiny przygotowują się również do konfrontacji w przestrzeni kosmicznej. To obecnie jedyne państwo, które posiada własną stację na orbicie okołoziemskiej oraz planuje wysłanie misji załogowej na Księżyc – jeszcze przed Stanami Zjednoczonymi44.
Jednak najważniejszym obszarem, na którym można dostrzec przygotowania do wojny, są same Chiny. W największej i najszybciej rozwijającej się stoczni na świecie, zajmującej tereny na obrzeżach Szanghaju, przez cały 2024 rok powstawał w zawrotnym tempie największy w dziejach okręt desantowy. Według zdjęć dostarczonych przez prywatnego operatora satelitarnego Maxar suchy dok, w którym budowano pierwszy chiński okręt klasy 076, został ukończony we wrześniu poprzedniego roku. Potem, w ciągu zaledwie dziewięciu miesięcy, niemal ukończono całą główną konstrukcję statku – a jest to prawdziwy potwór.
Okręt tej klasy – kryptonim NATO Yulan – miał około 260 metrów długości i ponad 50 metrów szerokości, co odpowiada powierzchni prawie trzech amerykańskich boisk futbolowych, i był znacznie większy niż ostatnio wprowadzone do służby jednostki amerykańskiej floty desantowej. Podobnie jak jego odpowiednik pod banderą Stanów Zjednoczonych, nowy chiński okręt jest w stanie transportować ponad tysiąc żołnierzy, zanurzać kadłub w celu wypuszczenia łodzi desantowych i jednocześnie pełnić funkcję minilotniskowca, z którego mogą startować helikoptery, drony i odrzutowce45.
Na razie, jak się wydaje, istnieje tylko jedna tak gigantyczna jednostka, ale Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza posiada również cztery nieco mniejsze, podobne statki klasy 075 Yushen, które pływały już wcześniej, oraz dysponuje kilkudziesięcioma innymi, w tym promami typu ro-ro (roll-on-roll-off), które też mogą przewozić żołnierzy. Tym, co najmocniej zaniepokoiło amerykańskich i regionalnych analityków sytuacji na morzach, były skala i tempo, w jakim Chiny zwiększają swój potencjał militarny oraz przemysłowy, który może służyć machinie wojennej w przypadku wybuchu konfliktu zbrojnego. Obejmuje on zakłady stoczniowe ponad 200 razy większe od tych, które pracują na rzecz Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych46. Na początku 2024 roku Chiny dysponowały dwoma gotowymi do działania lotniskowcami – to więcej, niż posiada jakikolwiek inny kraj poza Stanami Zjednoczonymi – a kolejny przechodzi właśnie testy na morzu. Wydaje się też, że budują kilka następnych. Inwestycje te stanowią element planów, których realizacja wymusiła pięciokrotny, albo i większy wzrost chińskiego budżetu wojskowego.
Według byłego szefa wywiadu marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych, kontradmirała w stanie spoczynku Mike’a Studemana, ostatni – i pod wieloma względami najbardziej spektakularny – wzrost potęgi militarnej Chin wynika z wydanego w 2020 roku przez chińskiego przywódcę Xi Jinpinga rozkazu, aby cele związane z rozwojem struktur wojskowych, pierwotnie zaplanowane na rok 2035, zrealizować już w 2027 roku. Studeman nazwał „hipermilitaryzację” Chin „największym zbrojeniem od zakończenia zimnej wojny”47. „Równowaga szybko eroduje” – zauważył niedawno w rozmowie ze mną jeden z urzędników Pentagonu. „Wojsko amerykańskie nadal ma ogromne możliwości działania na całym świecie, w czym Chiny nie są w stanie mu dorównać. Chiny od 1979 roku nie prowadziły wojny, więc pytanie o ich rzeczywistą zdolność bojową jest uzasadnione. Ale nie da się ukryć, że mierzymy się dziś z zupełnie innym niebezpieczeństwem niż jeszcze niedawno”48.
Wraz ze wzrostem zagrożenia dla Tajwanu coraz większe znaczenie zyskiwało pytanie, czy Ameryka będzie walczyć w obronie wyspy. Od 1979 roku, momentu uznania komunistycznego rządu w Pekinie za prawowitą władzę w Chinach kontynentalnych, kolejne administracje amerykańskie celowo zachowywały „strategiczną niejednoznaczność” w tej kwestii. To stanowisko znalazło wyraz w opublikowanej w tym samym roku ustawie o stosunkach z Tajwanem, która sugerowała, ale nie stwierdzała wprost, że Stany Zjednoczone mogą przyjść z pomocą Tajwanowi w przypadku ataku. Wymagała ona od amerykańskich sił zbrojnych aktualizowania planów pomocy wyspie, na wypadek gdyby taka sytuacja się urzeczywistniła. Nie precyzowała jednak, czy Ameryka ma obowiązek wdrożenia tychże planów. Na podobnych założeniach opierały się pozostałe zobowiązania, podejmowane przez administracje Reagana i Cartera wobec rządów Chin i Tajwanu, tzw. trzy komunikaty podpisane z władzami ChRL i „sześć przedsięwzięć” względem rządu w Tajpej. Z jednej strony zapewniały one, że Stany Zjednoczone nie będą protestowały przeciwko twierdzeniom Chin kontynentalnych o istnieniu „jednych Chin”, ale zarazem gwarantowały dalszą sprzedaż broni Tajwanowi, a także obiecywały, że jeśli zagrożenie ze strony Pekinu wzrośnie, to zwiększą militarne wsparcie.
W latach dwudziestych XXI wieku stało się jasne, że ryzyko konfliktu rzeczywiście rośnie. Po objęciu urzędu przez Bidena, wraz ze wzmożeniem chińskiej aktywności wokół Tajwanu, administracja prezydenta podwoiła starania, aby przekonać świat, że w przypadku konfliktu Ameryka będzie walczyć po stronie wyspy. W marcu 2023 roku marynarka wojenna Stanów Zjednoczonych zaprosiła na pokład lotniskowca USS Nimitz dziennikarzy, aby zaprezentować im swoją gotowość bojową. Dowódca Floty Pacyfiku USA, admirał Samuel Paparo, powiedział wtedy przed kamerami stacji telewizyjnych, że jeśli Tajwan zostanie zaatakowany, reakcja amerykańskich sił zbrojnych będzie zależała od „decyzji prezydenta Stanów Zjednoczonych i Kongresu”. Oznajmił też, że gdy tylko decyzja o udzieleniu pomocy zapadnie, to: „szybko rozmieścimy większość sił marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych na zachodnim Pacyfiku i przyjdziemy z pomocą Tajwanowi (…), gotowi powstrzymać inwazję”49. Kilka miesięcy później Colin C. Kahl, podsekretarz obrony do spraw politycznych Stanów Zjednoczonych, otwarcie przyznał przed zgromadzoną w londyńskim Chatham House publicznością, że priorytetem polityki zagranicznej administracji Bidena było powstrzymywanie prezydenta Xi i Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej przed rozpoczęciem ofensywy. „Chcemy sprawiać, aby każdego ranka ich pierwszą myślą po przebudzeniu było »Nie dzisiaj«”50, zadeklarował Kahl.
Od początku 2022 roku Biden kilkakrotnie odpowiadał twierdząco na zadawane mu publicznie pytania, czy Stany Zjednoczone podejmą działania militarne w celu obrony Tajwanu, czego nie deklarował w przypadku Ukrainy51. Jednak prywatnie tajwańscy urzędnicy zauważali, że inni przedstawiciele amerykańskiej administracji nie podejmowali takiego zobowiązania, i byli przekonani, że dopiero praktyka zweryfikuje postawę kolejnych prezydentów Stanów Zjednoczonych52.
Z wyborami amerykańskimi na horyzoncie w 2024 roku sprawa zyskała jeszcze większe znaczenie. Narastały podejrzenia, że chiński atak na Tajwan mógłby zostać skoordynowany z rosyjskimi działaniami w Europie, na co wskazywała rosnąca zażyłość pomiędzy Xi a Putinem, opisywana różnie: jako „partnerstwo bez granic” bądź „więcej niż sojusz”. Rozwój tych relacji podważył tworzone latami plany Pentagonu i jego sprzymierzeńców, oparte na założeniu, że w konkretnym momencie będą musieli sobie radzić tylko z jednym poważnym regionalnym konfliktem. Tymczasem wyglądało na to, że Europa może stanąć wobec konieczności wzięcia na siebie walki z Rosją, jeśli Stany Zjednoczone będą zmuszone skupić się na znacznie potężniejszych Chinach.
Wraz z rozwijającą się współpracą pomiędzy Chinami, Rosją, Iranem i Koreą Północną – czasami określanymi jako „CRINK” (China, Russia, Iran, North Korea) – wszędzie rósł niepokój. „Twierdzę, że wojna nie jest nieunikniona” – oznajmił szef sztabu brytyjskich sił zbrojnych sir Roland Walker – ale zarazem ostrzegł, że nowa, tworzona przez państwa autorytarne „oś wstrząsów” oznacza, iż konfrontacja w jednej części świata może „wywołać trzęsienie ziemi w innym regionie”. „Konwergencja ta będzie szczególnie wyraźna w latach 2027–2028” – powiedział. „Szansa na opanowanie sytuacji przez jakiś kraj w pojedynkę (…) znacząco się wtedy zmniejszy”53.
Obawę tę wyraził publicznie jeszcze dosadniej poprzednik Walkera, generał Patrick Sanders, który ustąpił ze stanowiska w 2024 roku i ujawnił, że szefowie Ministerstwa Obrony w Whitehall zakładają scenariusz „wielu jednoczesnych kryzysów”, przewidując równoczesny wybuch konfliktu na Oceanie Spokojnym i w Europie. „Zaczęłoby się od konfrontacji na dużą skalę na Pacyfiku, na przykład od chińskiej inwazji na Tajwan, która wydrenowałaby Europę ze stacjonujących w niej sił amerykańskich” – oznajmił Sanders. „Oportunistyczna Rosja zajęłaby wówczas tę część terytorium NATO, co do której miałaby pewność, że może na nim nie tylko wygrać, ale i utrzymać dominację, na przykład kraje bałtyckie bądź obszary na dalekiej północy”54. Chociaż większość analityków uważała, że choć Putin może mieć chrapkę na szybkie przejęcie tych terenów, by następnie zagrozić użyciem rosyjskiego arsenału atomowego w celu powstrzymania kontrataku NATO, to nie wszyscy się zgadzali co do tego, że konflikt nie eskaluje. Aneksja terytorium mogłaby doprowadzić do długich, skrajnie wyniszczających działań wojennych, toczonych po obu stronach globu – obawy o taki rozwój sytuacji stopniowo wzrastały w pierwszej połowie lat dwudziestych XXI wieku. W międzyczasie na świecie dochodziło do kolejnych wstrząsów w innych regionach. Po atakach Hamasu, przeprowadzonych z terytorium Gazy na przygraniczne tereny Izraela w październiku 2023 roku, sekretarz obrony USA Lloyd Austin zapewnił podczas konferencji prasowej w Brukseli, że Stany Zjednoczone nadal są w stanie bez trudu, „na luzie, żując gumę”, równocześnie stawiać czoła kryzysom na Bliskim Wschodzie i w Europie55.
W spokojniejszych czasach elity polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników kwestionowałyby takie stawianie sprawy. Jednak w pierwszych tygodniach 2024 roku ich uwagę odwracało inne palące zagrożenie: coraz bardziej prawdopodobny powrót do władzy Donalda Trumpa, tym razem zdeterminowanego, aby wypowiedzieć wojnę amerykańskiemu „głębokiemu państwu” i podważyć jego tworzone od 1945 roku założenia.
*
Pod koniec stycznia 2024 roku lekkie pojazdy opancerzone Foxhound i Jackal, Land Rovery oraz ciężarówki Royal Anglian Regiment pojawiły się na wąskich uliczkach wiosek hrabstwa Rutland w angielskim regionie Midland. Pułk szykował się do wyjazdu. Stanowił on część brytyjskiej 7. Brygady Pancernej Desert Rats (Pustynne Szczury), należącej do Sił Szybkiego Reagowania NATO, która miała wkrótce wyruszyć na misję symulującą obronę wschodniej flanki członków paktu56. Gdy 300 hiszpańskich żołnierzy oraz 65 pojazdów dotarło do północnej Polski, ich dowódca, podpułkownik Daniel Diaz Simón, uznał ćwiczenia za „doskonałą okazję” do pokazania, że oddziały z miejsc tak odległych jak Kordoba czy Sewilla są „w każdej chwili” gotowe do działania57.
Brytyjskie i hiszpańskie oddziały wzięły udział w największych ćwiczeniach NATO od zakończenia zimnej wojny, noszących kryptonim STEADFAST DEFENDER, których celem było pokazanie, jak bardzo rozwinięto plany wojenne Sojuszu od czasu inwazji Putina na Ukrainę w 2022 roku. Ambitne przedsięwzięcie realizowano na obszarze rozciągającym się od Arktyki po Morze Śródziemne, a harmonogram celowo wypełniono widowiskowymi pokazami: od budowy niemieckiego mostu pontonowego do transportu czołgów przez Wisłę w sercu Polski po zrzuty spadochroniarzy z wielu krajów. Według danych US Army Europe jedną piątą z 90-tysięcznego zaangażowanego personelu stanowili Amerykanie58. W kwietniu 2024 roku przypadały obchody 75. rocznicy podpisania Traktatu Północnoatlantyckiego, więc ćwiczenia zaplanowano tak, aby nikt nie miał wątpliwości – ani Putin, ani żaden inny urzędnik na Kremlu – że Stany Zjednoczone stoją u boku swoich sprzymierzeńców i bezwarunkowo będą ich wspierać.
Już podczas tej operacji Donald Trump podawał w wątpliwość zobowiązania Stanów Zjednoczonych. W połowie lutego 2024 roku relacjonował rozochoconemu tłumowi na wiecu przedwyborczym w Karolinie Południowej, że gdy sprawował urząd, ostrzegał pewnego europejskiego przywódcę, że sam „będzie zachęcał” Rosję do zrobienia „wszystkiego, co zechce, u diabła” z tymi krajami NATO, które „ociągają się” z wydatkami na cele wojskowe59. Kiedy szeroko komentowano jego wypowiedź, gdy zdominowała ona programy informacyjne i w związku z nią pilnie zwoływano rządowe posiedzenia, przebywałem w Estonii. Szef estońskiego wywiadu Kaupo Rosin skomentował ją dyplomatycznie: „Takie pouczenia nigdy nie pomagają”60.
Przez pierwsze trzy lata prezydentury Bidena wielu sojuszników USA i urzędników jego administracji wydawało się psychicznie niegotowych na ewentualny powrót Trumpa do Białego Domu. Dopiero u progu wyborczego 2024 roku dopuścili myśl, że taki scenariusz jest możliwy. „Już wcześniej postawił nas w podobnej sytuacji, ludzie starają się więc nie panikować”, rzekł do mnie wówczas pewien europejski dyplomata61. Inni wykazywali się znacznie mniejszym optymizmem. „Znajdujemy się w bardzo niepokojącym momencie”, zauważył wysoki rangą urzędnik NATO, opisując byłego i zarazem przyszłego prezydenta jako „wyjątkowego manipulanta (…), a przy tym koszmarnego narcyza”62. John Bolton, który pełnił funkcję doradcy Trumpa do spraw bezpieczeństwa narodowego za jego pierwszej kadencji, otwarcie ostrzegł, że jeśli znów obejmie on urząd, Stany Zjednoczone mogą nawet całkiem wystąpić z NATO63.
Przewaga Trumpa w sondażach i ewidentny sukces tego kandydata w postaci zażegnania groźby powstrzymania go przed ubieganiem się o reelekcję za pomocą licznych spraw sądowych, na co po cichu liczyli jego oponenci, całkowicie przyćmiły poczucie triumfalizmu, które mogłoby towarzyszyć w Europie obchodom 75-lecia sojuszu NATO. Zamiast się cieszyć, dyskutowano, jak najlepiej „zabezpieczyć się przed Trumpem”, w tym o dostawach uzbrojenia dla Ukrainy, które pomogłyby temu państwu kontynuować walkę. Nikt tak naprawdę nie wiedział, jakie podejście do wojny ostatecznie Trump przyjmie; obiecywał jednak, że szybko ją „zakończy”, i sugerował, że gdy tylko obejmie prezydencki urząd, wstrzyma dostawy amerykańskiej broni.
Skrytykował również dotychczasowy przekaz Bidena w sprawie ochrony Tajwanu przez Stany Zjednoczone. Po wygraniu prawyborów w stanie Iowa narzekał na antenie Fox News: „Tajwan przejął cały nasz biznes z chipami. (…) Kiedyś sami produkowaliśmy wszystkie potrzebne nam chipy, teraz wytwarza się je na Tajwanie”64. Jeszcze w tym samym roku innemu prowadzącemu z nim wywiad dziennikarzowi tłumaczył, że jeśli wyspa oczekuje od Ameryki obrony, powinna jej za to płacić, „skoro już nie oferuje nam niczego innego”65. Wszystko to wpisywało się w szersze przesłanie kampanii Trumpa, że demokraci pozostawili Amerykę na skraju katastrofy. Przez ostatnie miesiące wyścigu do fotela prezydenckiego sam kandydat i wspierające go osoby nieustannie oskarżali „nieudolną administrację Bidena” o roztrwonienie przewagi Stanów Zjednoczonych i doprowadzenie państwa do gospodarczej zapaści.
Na początku 2024 roku sugestia, że świat może stanąć na krawędzi katastrofalnego w skutkach konfliktu, wciąż budziła kontrowersje. Ale gdy w listopadzie Trump i jego ekipa odnieśli miażdżące zwycięstwo w wyborach, na stałe weszła do ich retoryki. „Stoimy u progu III wojny światowej”, przekonywał Tuckera Carlsona, prawicowego dziennikarza, Elbridge Colby, republikański teoretyk w dziedzinie polityki zagranicznej i nominat Trumpa w Pentagonie podczas pierwszej jego kadencji – licząc pewnie na to, że i teraz Trump zaoferuje mu stanowisko – trzy dni po ogłoszeniu wyników wyborów. „Musimy pilnie wprowadzić zmiany, zanim czołowo zderzymy się z górą lodową. (…) Jesteśmy na skraju wojny o wielu scenach, na których możemy przegrać. (…) To może się skończyć katastrofą”66.
Trump i jego zwolennicy twierdzili, że bardziej realistyczne, transakcyjne podejście do sojuszy lepiej przysłużyłoby się wszystkim narodom – jednak wśród tych, którzy mieli dołączyć do jego administracji, istniały ogromne różnice w poglądach i wkrótce stały się one źródłem niekiedy dość poważnych wewnętrznych napięć.
Po jednej stronie znalazła się grupa nazywana „restrainers” (frakcja zachowawcza) – często utożsamiana ze stronnictwem Colby’ego oraz nowego wiceprezydenta J.D. Vance’a, który uważał, że armia amerykańska jest przeciążona i dlatego należy ją wycofać z niektórych obszarów świata. W powiązanym z tą grupą think tanku Defense Priorities wspominano nawet o wycofaniu z Europy co najmniej połowy stacjonujących w niej amerykańskich sił oraz o znaczącym ograniczeniu liczebności oddziałów stacjonujących na Bliskim Wschodzie, a nawet w regionie Pacyfiku67.
Po drugiej stronie wylądowali ci, którzy czuli, że takie podejście może doprowadzić do katastrofy. Wśród nich było wielu starszych rangą dowódców i urzędników, przeświadczonych o tym, że znacząca obecność Ameryki na terytoriach zamorskich wciąż jest kluczowa dla sieci sojuszy, na których od 1945 roku opierała się prowadzona przez USA polityka odstraszania. Jednak nawet oni często przyznawali, że niełatwe wybory będą konieczne, szczególnie jeśli na liście priorytetów Stanów Zjednoczonych miałaby się znaleźć ochrona części rejonów przed rosnącym zagrożeniem ze strony Chin, co w przekonaniu wielu osób było słusznym podejściem. Rachel Rizzo, specjalistka do spraw Europy, działająca w think tanku Atlantic Council, zauważyła, że „przesłanie administracji Bidena było następujące: obecność Stanów Zjednoczonych w Europie jest stała i amerykańskie oddziały zawsze będą w niej stacjonować (…), ale z perspektywy czasu uważam, że nie był to właściwy przekaz”68.
W odczuciu niektórych sprzymierzeńców Ameryki, borykających się z bieżącymi zagrożeniami, takie stwierdzenia były równoznaczne z zapowiedzią porzucenia sojuszników. Gdy 2024 rok zbliżał się do końca, skandynawskie gazety cytowały przestrogi przedstawicieli NATO, że Rosja może wyprowadzić w kolejnych latach atak z zaskoczenia, który doprowadzi do zajęcia stolic Estonii i Łotwy, a także części terytorium Finlandii. „Nie chodzi o to czy, lecz kiedy”, jak powiedział przedstawiciel NATO fińskiemu dziennikarzowi69. W kwestii Azji z kolei urzędnicy Sojuszu informowali o dalszym znaczącym wzroście liczby chińskich okrętów wojennych i jednostek straży granicznej, ćwiczących manewr blokady w rejonie Tajwanu i nękających statki oraz posterunki innych państw70.
Tymczasem Trump i jego otoczenie przedstawiają nieprzewidywalność głowy państwa jako zaletę, a nie wadę. W rozmowie z dziennikarzem „Wall Street Journal” tuż przed wyborami Trump powiedział, że nie spodziewa się, aby użycie siły w celu ochrony Tajwanu było konieczne, ponieważ prezydent Xi „mnie szanuje, bo wie, że jestem szurniętym pojebem”71. W swoim pierwszym przemówieniu po wyborze na prezydenta zapewniał jednak: „Nie zamierzam wzniecać żadnych nowych wojen – zamierzam je kończyć”72. A w wieczór poprzedzający inaugurację obiecywał: „Położę kres wojnie na Ukrainie, opanuję chaos na Bliskim Wschodzie i zapobiegnę wybuchowi III wojny światowej – a nawet nie macie pojęcia, jak jest blisko”73.
Ukraina i Tajwan – żaden z tych krajów nie jest oficjalnie sojusznikiem Stanów Zjednoczonych – stały się obecnie swoistym wskaźnikiem interesów USA, lecz ta rola żadnemu z tych państw nie odpowiada. „Skoro dziś potrafiłby opuścić Ukrainę – choć tak naprawdę nie wiemy, czy zamierza ją porzucić – to przecież równie dobrze mógłby machnąć ręką na Tajwan”, stwierdził 23-letni Huang Yu-hsiang, mieszkający w Tajpej technik74. I właśnie na to liczy Pekin. Pod koniec marca 2025 roku chińskie media i powiązane z nimi na całym świecie stacje na okrągło forsowały narrację, że Stany Zjednoczone porzucają sojuszników – a pierwszą ofiarą tych działań padnie Tajwan75.







