Mroczny kryminał rozgrywający się w Sopocie. Brutalne morderstwo, poćwiartowane ciało i prokurator, który ryzykując wszystko, schodzi coraz głębiej w podziemny świat obsesji, tajemnic i przemocy. „Kolory zła: Zieleń” to najmroczniejsza część bestsellerowej serii Małgorzaty Oliwii Sobczak.
W Sopocie dochodzi do jednej z najbardziej wstrząsających zbrodni ostatnich lat. Jesienią 2019 roku wracający z imprezy studenci znajdują w pojemniku na śmieci rękę kobiety zapakowaną w foliowy worek. Policja szybko odnajduje kolejne fragmenty poćwiartowanego ciała, ale dopóki nie pojawi się głowa denatki, ustalenie jej tożsamości staje się niemal niemożliwe. Sprawa wywołuje poruszenie w całym Trójmieście i wymaga zaangażowania najbardziej doświadczonych śledczych.
Prokurator Leopold Bilski, rezygnując z życia prywatnego i bezpieczeństwa rodzinnego, podejmuje wyścig z czasem. Korzystając z nowoczesnych metod kryminalistycznych, schodzi w coraz ciemniejsze rejony miasta – do zapomnianych tuneli i środowisk, które wolą zostać niewidoczne. Z każdym kolejnym tropem wychodzi na powierzchnię nowa warstwa kłamstw, przemocy i obsesyjnych relacji, skrywanych od lat.
„Zieleń jest wodnista i mętna. Pływają w niej ryby i ludzkie szczątki, najpiękniejsze wspomnienia i złowieszcze cienie”. „Zieleń” w najbardziej dosadny sposób łączy psychologiczny thriller z gatunkową precyzją kryminału noir.
„Kolory zła: Zieleń” to opowieść o mrocznych namiętnościach, destrukcyjnych decyzjach i cienkiej granicy między prawdą a obsesją. Kryminał, który pochłania bez reszty, prowadząc czytelnika w sam środek najbardziej niebezpiecznych zakamarków Sopotu.
Kolory zła: Zieleń
Seria „Kolory Zła”, tom 6
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 15 października 2025
Prolog
Metalowe odrzwia zaskrzypiały. Człowiek jeszcze raz rozejrzał się, czy nikt go nie widzi, po czym szybko zamknął się w środku. Zniknęło październikowe powietrze i miodowe światło ulicznych lamp. Pojawiła się ciemność – tak głęboka i gęsta, że wydawała się zawieszoną na wysokości oczu kotarą. Szybko wyciągnął z kieszeni telefon i włączył latarkę. Jej strumień rozjaśnił najpierw popękane jak koryto wyschniętej rzeki klepisko, a potem wciąż mocne, ceglane ściany korytarza.
Zrobił pierwszy krok. Następny. Coś zadudniło tuż nad jego głową, coś strzyknęło w głębi, coś pękło pod jego butami. Dokładnie znał odgłosy tych tuneli. Zdążył się do nich przyzwyczaić – przecież chodził po nich od dziecka – ale i tak za każdym razem odczuwał lęk. Im dalej zanurzał się w podziemny szyb, tym szybciej biło mu serce. Jakby coś czaiło się tuż za rogiem. Jakby chciało go zjeść, pochłonąć.
Tak. Pasował do tego miejsca. Był tak samo samotny. Zupełnie zapomniany. Oblepiony brudem, który zbierał się przez wiele lat.
Przyspieszył, a półkolista wiekowa konstrukcja odbiła echo jego kroków. Światło drżało, przesuwając się wraz z nim po gdańskich kazamatach. Tuż za plecami skradał się cień – wielkie czarne odbicie tego, kim się stał. Wilkiem polującym na ofiarę.
Ale przecież chce dobrze. Robi to wszystko z miłości. Z tej wielkiej potrzeby serca, by w końcu uporządkować to, co już dawno powinno zostać uporządkowane.
Mimochodem spojrzał na wyświetlacz. Dochodziła dwudziesta pierwsza. Powinna zaraz tam być. Ostatnio miała przecież obsesję na punkcie tego miejsca. Na tę myśl jego kroki przyspieszyły. Lewą ręką odszukał kieszeń, wsunął dłoń do środka i przejechał palcami po rękojeści chowającej ostrze.
Co chciał zrobić? To, co musiał. Inaczej nikt z nich nie będzie już nigdy szczęśliwy. Czasem najgorsze wyjście okazuje się najlepszym.
Tunel wydawał się przepastny, jakby nie miał końca. Wił się, plątał, potem znów ciągnął po prostej. Oczy gryzoni świeciły niczym ślepia lwów. Szczury uciekały tuż sprzed jego nóg, wydając złowieszczy pisk. Najważniejsze, że nie atakowały. Może wiedziały, że nie atakuje się silniejszych? A może tylko czekały na dobry moment?
Tak jak idący przez tunel człowiek. Dokładnie tak jak on.
Wreszcie postać dotarła do celu – jednego z łukowych okien, niewiele wystających ponad ziemię. W czasie wojny to przez nie ostrzeliwano przejeżdżające nieopodal pociągi. W końcu temu służyły kazamaty. Prędzej czy później wszystko, co miało chronić, wykorzystywano do ataku. Nie inaczej było z ludźmi.
Stanęła na kupie gruzu, zerknęła przez okno i zwinnym ruchem wspięła się do góry. Stały o każdej porze roku chłód zacisznych korytarzy zastąpił powiew raptownego północnego wiatru. Zapachniało mokrą glebą i zmurszałą łąką. I algami – choć może tylko jej się zdawało. A może nie? W końcu Motława była tak niedaleko.
Człowiek odwrócił się w drugą stronę. Jeden z bastionów nad jej odpływem pięknie połyskiwał. Świetliki wzdłuż ścieżek spacerowych zdawały się znaczyć drogę. Drogę, z której teraz postać nie mogła już zawrócić.
Człowiek znów pomacał kieszeń, by upewnić się, że nóż jest na miejscu.
Jak to się odbędzie? Co poczuje? Trwogę czy spełnienie?
Nagle usłyszał trzask. Pękające pod butami suche trawy.
„Zbliża się”, pomyślał.
I faktycznie – na horyzoncie pojawił się strumień światła latarki, a za nim cień. Cień, który ciągnął się za tą kobietą od lat. A może cień, którym sam przez lata był?
Człowiek stanął w mroku. Serce biło mu jak szalone. Wokół szumiały kostrzewy. W oddali zagwizdał pociąg. Zachrzęściły kamyki i kobieta dotarła na miejsce. Jej ciemne, unoszące się raz po raz włosy lśniły w świetle jesiennego księżyca. Spojrzała w stronę bastionów. Teraz to dla niej świetliki rozjaśniały drogę.
Pewnie miała nadzieję, że spotka na niej jeszcze jakieś szczęście.
„Głupia”, człowiek w mroku uśmiechnął się pobłażliwie. „Przecież nie ma innej drogi jak ta do śmierci. W ostateczności tylko śmierć niezmiennie na nas czeka”.
Uważnie obserwował kobietę. Ta sięgnęła do wiszącego na szyi aparatu. Pstryknęła zdjęcie. Światło lampy błyskowej rozjaśniło tory. Raz i drugi. Postąpiła kilka kroków naprzód. Błysnęła lampa. Raz i drugi. I znowu.
Krok. I pstryk.
Krok. I pstryk.
Wciąż szukała idealnego kadru.
Zawsze dążyła do perfekcji – a ta niejednego już przecież zgubiła.
Krok. Pstryk.
Krok. Pstryk.
Lampa błyskowa rozjaśniała ciemność. Nadawała kontur trawom, uschniętym badylom i odpornym na chłód kwiatom. Ujawniała to, co kryło się w gęstej czerni.
Krok. I pstryk.
Nagle w świetle flesza pojawiła się twarz.
Twarz człowieka.
Kobieta podskoczyła. Krzyknęła.
Szybko znów nacisnęła spust migawki, chcąc się upewnić, że to tylko złudzenie. Że to projekcja – jak te wszystkie figury wyławiane z chmur.
Ale nie!
Twarz miała oczy i nos. I usta. I szyję. Te rysy nie były jej obce – co ogarnęło ją podwójną trwogą.
Błysnęło ostrze, a ona rzuciła się do ucieczki, lecz postać wyprzedziła jej ruch. Po chwili sięgnęła do jej ręki i pociągnęła. Coś mówiła, lecz ona nie słuchała. Panicznie wołała o pomoc, ale jej krzyk zagłuszył przeciągły gwizd pociągu. Wyrywała się, wyrywała, aż w końcu człowiek ją puścił.
Wprost w przepaść. Wprost na tory.
Poczuła na karku coś lodowatego. Ogarnął ją nagły ból.
Przemożny, zaskakujący, jednorazowy – lecz tak silny, że natychmiast zamknęła oczy i zaczęła opadać w głębię.
Bez kształtów, bez kantów, bez dźwięków, bez jęków, bez straceń, bez pragnień, bez myśli.
Ciemnozieloną.
Jedyną taką.
Niepowtarzalną.
Już się jej nie bała.
Zatrzeszczały kamyczki. Stanął nad nią ten człowiek, który przed momentem przestał być człowiekiem. Zbadał jej puls, a potem rozejrzał się wokół. Nie było żadnych świadków. Nikt tego nie widział. Nie myślał, że będzie to takie proste. Spojrzał na jej twarz. Wciąż była piękna. Nawet teraz.
Gwizd pociągu się wzmógł. Na horyzoncie pojawiły się jego jaskrawe oczy. Chwilę się wahał, po czym chwycił kobietę za nogi i przeciągnął ją w chaszcze. Do północy jej ciało otuliły rozchodniki, turzyce i trzciny.
2019
1
Napakowany bramkarz zamaszystym ruchem otworzył stalowe drzwi nocnego klubu „Wtedy”. Jędrzej Kowalik i Dominik Zakrzewski zmrużyli oczy. W świetle nastającego poranka skóra ich twarzy przybrała ziemiście blady odcień. Wyszli na zewnątrz, a drzwi zamknęły się za nimi z hukiem. Elektroniczna muzyka ucichła, ale ich wspinającym się po schodach krokom wciąż towarzyszyły donośne, jakby wydostające się spod ziemi basy.
– To co robimy? – Jędrzej teatralnym gestem wysunął rękę spod rękawa idealnie dopasowanej granatowej kurtki i spróbował skupić wzrok na godzinie wyświetlanej na cyferblacie sportowego zegarka. Niestety, obraz nieustannie mu się rozjeżdżał. – Godzina wciąż młoda – powiedział mimo to. – To może do mnie? Mieszkam niedaleko. – Puścił oko do stojącej obok ciemnowłosej piękności.
Jeszcze kilka godzin temu uznał ją za wystarczająco atrakcyjną, by od niechcenia do niej podbić. Po ośmiu piwach i jakiejś tabletce, którą w międzyczasie ktoś położył mu na dłoni, fakt, iż Kasia ma dość duży krzywawy nos, przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. „W zasadzie tu i teraz mógłbym poprosić ją o rękę!”, wykrzyczał entuzjastycznie jego mózg, choć resztki przytomności podpowiedziały mu, że najpierw powinien wypróbować dziewczynę w łóżku, zanim w ogóle poprosi ją o chodzenie. Na tę myśl chwycił Kasię w pasie i ruszył.
– Idę z wami – postanowił Dominik, o którym Jędrzej zupełnie zapomniał, choć to z nim wyszedł poprzedniego wieczoru na imprezę. – Po tej piksie do wieczora nie zasnę. – Zaśmiał się.
Pod ich stopami zachrzęścił żwir. Jedna ze szpilek Kasi przechyliła się w miękkim od mżawki gruncie. Dziewczyna zachwiała się i mocniej przywarła do boku Jędrzeja. Zaśmiali się i wyszli na chodnik przy wjeździe na parking podziemny do nowoczesnego budynku dworca. W ten niedzielny jesienny poranek Sopot zdawał się jeszcze spać. Po wymarłych ulicach przetaczały się targane ostrym północnym wiatrem na wpół zgniłe liście.
– Ale piździ – zauważyła Kasia, chowając brodę w kołnierz beżowego płaszcza, który zakrywał jej kusą czarną sukienkę.
– Jeszcze kilka przecznic i jesteśmy – zapewnił Jędrzej.
– Trzeba by jeszcze kupić jakiś alk, nie? – stwierdził Dominik. – Tu zaraz jest monopolowy.
– Jesteście stąd? – zainteresowała się dziewczyna. – W sensie: z Trójmiasta?
– Ja jestem z Kwidzyna – odparł Dominik. – Ale kolega rodowity sopocianin.
– Serio? – Kasia pokiwała z uznaniem głową. – Fajnie tak w Sopocie na stałe – rozmarzyła się.
– Ma to swoje dobre i złe strony. – Jędrzej się uśmiechnął. – Jesienią i zimą baja, ale latem przechlapane. – Machnął ręką. – A ty skąd jesteś?
– Mówiłam ci przecież. – Kasia szturchnęła chłopaka łokciem w bok.
– Z… yhm… Z Koszalina? – Jędrzej próbował skleić w głowie strzępy rozmowy sprzed godziny.
– Z Koszwał – poprawiła go blondynka. – Taka wieś na Żuławach.
– I studiujesz bankowość – rzucił z przekonaniem.
– Administrację! – pisnęła Kaśka.
– No mówię przecież! I masz na imię Basia, nie?
– Ej, Kasia!
– Kasia, przecież tylko się droczę – zaśmiał się Kowalik i mocniej ścisnął ją w pasie. – Kurczę, lać mi się chce. – Rozejrzał się i przystanął.
– Przecież mamy niedaleko. – Dziewczyna zmrużyła oczy.
– Mamy, ale jeszcze sklep. Nie doniosę. – Jędrzej podrapał się w krótko ostrzyżoną głowę. – To potrwa chwilkę – zapewnił. – A tymczasem zobacz, jaki fajny budynek! – Wskazał na ceglaną ruderę wyraźnie odcinającą się od pięknych kamienic w stylu uzdrowiskowym, ciągnących się wzdłuż ulicy Tadeusza Kościuszki. – Podobno tutaj straszy. – Tajemniczo ściszył głos i zboczył z chodnika w prawo.
– Eee, jaja sobie ze mnie robisz. – Kasia nie dała się nabrać, ale i ona ruszyła w stronę podwórka. – Ale trzeba przyznać, że takie stare zaułki mają klimat – stwierdziła, przyglądając się dużym napisom wykonanym pogrubioną czcionką z szeryfami pokrywającym fasadę.
Jędrzej wszedł za róg i rozpiął rozporek. Po chwili rozległo się ciurkanie, a nad podłożem uniosła się para.
– Mmmm – westchnął z ulgą.
– Ty, to chyba nie jest malowane – usłyszał dyskusję Kasi i Dominika. – Jakby po prostu ktoś wyczyścił fragmenty ściany i zostawił napisy z czarnego nalotu.
– No faktycznie! Ale czad! Patrz, tutaj jest napis „Dojrzałe owoce”, a tu „Zielone muchy” – zachwycała się dziewczyna.
– „Delikatna robota” – odczytywał Dominik. – „Kulawa choinka”…
Głosy ucichły. Jędrzej, wciąż wylewając z siebie cienki strumień, uniósł wzrok. „Martwy zając” – wypatrzył napis. „Tłumione upojenie” – czytał dalej.
„Ciekawe”, pomyślał z uznaniem, lekko się chwiejąc. „Bardzo ciekawe”.
W końcu potrząsnął, czym trzeba, i zapiął rozporek. W międzyczasie mżawka przerodziła się w intensywniejszy deszcz. Ślizgając się na mokrym gruncie, wyszedł zza rogu i zatrzymał się w pół kroku.
Nie mógł w to uwierzyć. Kaśka całowała się z Dominikiem!
– Kurwa! Co jest?! – warknął i ruszył w ich kierunku. Stanowczym ruchem odepchnął kolegę od dziewczyny. Ten poleciał na zielony śmietnik, który wraz z nim runął na ziemię.
– Ja pierdolę, pogięło cię? – Dominik zerwał się z gleby.
– Stary, to ja ją wyrwałem! – Jędrzej uniósł ręce. Na twarzy zrobił się cały czerwony.
– Co, kurwa, wyrwałeś?! – Zakrzewski zaczął się buńczucznie kołysać. – Że pierwszy się przedstawiłeś, to niby jest teraz twoją własnością?!
– Ty… Ty… Ty… Chuju ty! – zająknął się Jędrzej. – Kodeks jest, nie?
– Nie pierdol, Jędruś. – Dominik zbliżył się do niego na dwa kroki.
– „Nie pierdol”? „Nie pierdol”?! Ty mały chujku z Kwidzyna! – Kowalik zacisnął pięści.
– Myślał, że trafiło mu się, jak ślepemu psu poruchać – nienawistnie prychnął Dominik. – A jednak Kasia woli rasowe sztuki. – Zmrużył oczy w szparki, zdając się nie słyszeć oburzonego stęknięcia dziewczyny.
– Aaaaaa! – Jędrzej Kowalik, wyższy od rywala, wypuścił z uszu parę i znów z całych sił go popchnął.
Ten wylądował wśród błota i walających się na chodniku śmieci z przewróconego pojemnika. Starał się wstać, ale podeszwy butów jeździły po śliskiej, oblepiającej jego ubranie warstwie ziemi i zgniłozielonych liści. Tymczasem Kowalik znalazł się tuż nad nim. Zdesperowany Dominik chwycił coś twardego, co nawinęło mu się pod palce, i w przypływie energii zerwał się na równe nogi. Niższy, ale zwinniejszy, uchylił się od ciosu i uderzył Jędrka w głowę przedmiotem ukrytym w czarnej siatce. Raz i drugi, potem w twarz i w ramię, aż folia zaczęła się rozdzierać, a zawiniątko zmieniło formę i odrzucone wylądowało u stóp Kaśki, na którą nikt już nie zwracał uwagi.
Kowalik najpierw zasłaniał się rękami, a potem powalił Dominika i zaczęli się tarzać po ziemi – coraz bardziej mokrzy i brudni.
– Chłopaki – powiedziała cicho dziewczyna, ale oni jej nie słyszeli.
Turlali się w jedną i drugą stronę. Pojękiwali, stękali, obrzucali się wyzwiskami.
– Ej, goście!
Jędrzej na górze, Dominik na dole. Jędrzej na dole, Dominik na górze. Nieporadnie wyprowadzane ciosy, zmierzwione włosy, wysunięte ze spodni koszule.
– Ej, wy, kurwaaaaa! – Kaśka wrzasnęła tak głośno, że z dachu i pustych okiennic porośniętych czarnym bluszczem zerwały się ptaki.
Mężczyźni zamarli i w końcu na nią spojrzeli.
– Co to jest? – zapytała przerażonym głosem. Oczy miała szeroko rozwarte, twarz tak bladą, jakby odpłynęła z niej krew. – Co to jest? – powtórzyła, wskazując na leżące pod jej nogami zawiniątko w czarnej folii.
Chłopaki spojrzały na Kaśkę, potem na siatkę, potem na siebie. Powoli, z naburmuszonymi minami, podniosły się z ziemi.
– No co? – Zbliżyli się do dziewczyny, wdzięczni, że wymyśliła pretekst, by ich rozdzielić. Żaden z nich nie miał już ani siły, ani ochoty, by dalej się bić.
Kasia z trudem uniosła palec. Jej ciało, dziwnie usztywnione, całe drżało.
Popatrzyli na podarty czarny worek. Wyciągnęli szyje, zmrużyli oczy. Jędrzej podszedł bliżej i czubkiem ciemnego adidasa rozchylił folię. Jasna skóra, żyły, ścięgna.
– Jakieś mięso – stwierdził z niesmakiem i znów przesunął folię butem. A potem odskoczył i chwycił się za usta.
Jasna skóra, żyły, ścięgna.
I czerwone paznokcie.
Kaśka przeciągle wrzasnęła.
Tym razem jej krzyk poderwał ptaki ze wszystkich sopockich drzew.
2
Wycieraczki w wysłużonej skodzie, którą Kita nazywał „buickiem”, cicho pracowały. Zajmujący siedzenie pasażera nadkomisarz Paweł Pągowski sennie wpatrywał się w sunący za oknem, skąpany w szarzyźnie krajobraz. Wykusze, balkoniki, wieżyczki, galeryjki, balustrady. Jego wzrok prześlizgiwał się po eklektycznych fasadach dziewiętnastowiecznych kamienic. Wciąż śmieszyło go, że uzdrowiskowy Sopot zaprojektowano na wzór alpejskiego miasteczka, choć z górami nie miał nic wspólnego. Morze – to był znak szczególny jego rodzinnego miasta. A jednak szwajcarski klimat przesiąknął mury większości mijanych budynków.
– Kradzież kur z kurnika? Serio, Pająk? – Ubrany w czarną skórzaną kurtkę nadkomisarz Piotr Kowalewski, zwany Kitą z racji włosów nieodmiennie zebranych w kucyk, po raz kolejny z niedowierzaniem pokręcił głową. – Przecież to nawet nie włamanie! Jedynie pokonanie zabezpieczenia w postaci kłódki. Zwykły patrol mógł pojechać – sarknął.
– Dobrze ci zrobi, jak się ruszysz – odrzekł Pągowski, przeczesując palcami płowe, niesfornie sterczące kosmyki. – Od kiedy klepnęli ci rozwód, zrobiłeś się osowiały i wiesz…
Kowalewski spiorunował partnera wzrokiem, a Pająk podniósł ręce w obronnym geście. Wiedział, że lepiej nie ciągnąć tematu – każde wspomnienie o byłej żonie Kity, która odeszła do młodszego, było jak dolewanie benzyny do ognia.
– Kury kurami – zmienił więc temat. – Ale za kurami zawsze coś się może kryć.
– Nie mów, że liczysz na trupa za tym kurnikiem? – prychnął Kowalewski.
– A czemu nie? – Pająk wzruszył ramionami. – A może te kury to zemsta jakaś? A zemsta zawsze wiąże się ze…
– Zdradzoną miłością? – Kita zacisnął zęby.
– Chciałem powiedzieć: zbrodnią. – Towarzysz się uśmiechnął. – Coś dawno nic się nie działo. – Pająk popukał się palcem w skrzydełko dużego nosa. – A ja czuję jakiś zapach.
– Taaa, chyba ptasiego gówna – zaśmiał się ciemnowłosy policjant i zerknął na wyświetlacz nawigacji. – Jesteśmy na miejscu – oświadczył i zaparkował przy chodniku brukowanej wilgotnej ulicy.
Trzasnęły drzwi „buicka”. Policjanci rozejrzeli się wokół. Ze stojących w szpalerze drzew pospadały niemal wszystkie liście. Niedzielny listopadowy poranek był cichy i mglisty. Większość sopocian odsypiała tydzień ciężkiej pracy albo sobotnie hulanki – w lokalnych klubach, na kwadratach u znajomych albo podczas suto zakrapianych przedtelewizorowych posiedzeń.
– No dobra, to gdzie ten sławny kurnik? – westchnął Kita.
Miał podkrążone oczy i szarą cerę. Pająk był pewien, że przyjaciel nie wylewał ostatnio za kołnierz. Ale co się dziwić? Sam jakiś czas temu miał złamane serce. Wiedział, że boli jak skurwysyn. Nie zmieniało to faktu, że martwił się o partnera. Jakaś ciekawa sprawa mogłaby okazać się ratunkiem. Tymczasem wyciągał Kowalewskiego do wszystkiego, co się nawinęło. Lepsze to niż siedzenie za biurkiem i dalsze dołowanie. Z doświadczenia wiedział, że praca jest najlepszym lekarstwem na nieszczęśliwą miłość. Ta nigdy nie kopie człowieka w dupę, a satysfakcja z rozwikłania zagadki i przymknięcia jakiegoś skurwiela bywa większa niż najlepszy orgazm.
Podeszli do płotu i pchnęli lichą drewnianą furtkę. Nienaoliwione zawiasy wydały nieprzyjemne zawodzenie. Zadzwonili do drzwi, w których po chwili pojawiła się kobieta w chustce na głowie. Nieufnie przyjrzała się ich odznakom.
– Bez munduru, tak? – Maryla Ziemińska zmrużyła oczy.
– Żeby tu sznura panien nie ściągać. – Pająk puścił do kobiety oko. – Pani prowadzi na miejsce przestępstwa.
Stanęli przy zbitym z wypłowiałych dech kurniku. Przy otwartych na oścież drzwiach wisiała stara, wyraźnie uszkodzona kłódka. Na ziemi leżało kilka powykręcanych kurzych głów. Stary owczarek leżący przy budzie tuż obok podniósł łeb, po czym – zupełnie niezaciekawiony – opuścił go z powrotem.
– Taki widok właśnie przed godziną zastałam – zrelacjonowała Ziemińska. – Ani jednej kury w środku.
– Ile ich pani miała? – Pająk wyjął z kieszeni mały notatnik.
– Nie licząc tych martwych… tuzin.
– Yhm. A domyśla się pani, kto to zrobił? – spytał wprost.
– A Lisy! – wykrzyknęła kobieta.
– Lisy te kury wyniosły? – Kowalewski spojrzał na Pągowskiego znacząco.
– No Lisy, mówię. Bracia tacy, co tu niedaleko mieszkają.
– Aaa, takie Lisy. – Pająk odwzajemnił spojrzenie, unosząc brwi.
Kita przewrócił oczami.
– Zagadka roku – bąknął. – To gdzie ich znajdziemy?
Po kilku minutach pukali do jednopiętrowej chałupy obsadzonej kikutami bzów.
– Panie Mirku – Kita zdawał się już zmęczony – gdzie te kury? – zapytał niskiego, wychudzonego mężczyznę, który, wyraźnie pod wpływem alkoholu, chybotał się na progu. W głębi domu rozlegało się donośne chrapanie. Weszli do środka.
– No, tu. – Mirosław Lis pokornie wskazał stół, na którym leżały martwe kury.
– Raz, dwa, trzy… – zaczął liczyć Pająk – …jedenaście, dwanaście. Są wszystkie. Pan budzi brata – polecił, na co mężczyzna chwiejnym krokiem podszedł do wersalki i zaczął targać drugiego Lisa za ramię.
Bartek Lis najpierw odganiał go ręką, w końcu jednak usiadł na łóżku, zdezorientowany.
– To co wy z tymi kurami chcieliście zrobić? – Kowalewski założył ręce na piersi.
– No, rosół – przyznał Mirosław Lis.
– Chłopie, przecież to trzeba oskubać. – Pająk złapał się za głowę. – Ja tego nigdy wprawdzie nie robiłem, ale to kupa roboty.
– A potem opalić. – Kita podrapał się w brodę. – A te kury już tak walą… Co to w ogóle za pomysł? – skrzywił się.
– To jak wy te kury zabiliście? – podjął Pągowski.
– Pan nie wie, jak się kury zabija? – zaskrzeczał Bartłomiej Lis. Z kącików ust pociekła mu gęsta ślina, którą otarł brudnym rękawem.
– No nie wiem. – Pająk rozłożył ręce.
– Wsadza się dwa palce w głowę i się ukręca – wyjaśnił wyższy z braci.
– I część tak poukręcałeś, że te głowy odpadły, co? – Kowalewski westchnął, znużony.
– No… tak – przyznał Bartłomiej.
– Dobra, pojedziecie z nami – zadecydował Pająk.
Wyszli przed budynek.
– A co z tymi truchłami? – Kita wskazał w stronę otwartych drzwi. – Ktoś musi po te zwłoki przyjechać. – Zastanowił się i sięgnął do kieszeni, w której rozdzwonił się telefon. – No? – powiedział. – Serio? – ucieszył się. – Zaraz będziemy! – Jego twarz nagle się wypogodziła. – Dzwoń do Maryli Ziemińskiej – zwrócił się do partnera. – Może weźmie te kury z powrotem. A my mamy zwłoki. Tym razem prawdziwe. – Zatarł ręce. – Jednak twój psi nos dobrze niuchał – dodał, po czym puknął się dwukrotnie w skrzydełko nosa.
3
– Yyyyyyy. Oooooooo. Yyyyyyyyy. Oooooooo. – Laktator, który przebywająca aktualnie na urlopie macierzyńskim prokurator Anna Górska przykładała do piersi, od kilku dobrych minut wydawał z siebie głośny dźwięk.
– Jessssuuu, jak wolno! – jęknęła, podnosząc pojemniczek ze ściągniętym mlekiem na wysokość oczu. – W tym tempie na pewno nie zdążę.
– Kochanie, spokojnie, masz jeszcze sporo czasu – zapewnił ją stojący przy oknie tarasowym Leopold Bilski.
– Jak sporo? No jak sporo? O tej porze będą korki. Już i tak nie zdążę.
– Zdążysz. Fryzjer poczeka kilka minut. To ma być twój czas. Relaks, pamiętasz?
– Nie. To bez sensu. Odwołam tę wizytę – zaczęła panikować Anna, nie przerywając jednak odciągania mleka. – I tak powinnam tu być, bo jak wy sobie beze mnie poradzicie?
– Mamusia się denerwuje. – Leopold zniżył głos i pogłaskał nosek dwumiesięcznej dziewczynki, którą trzymał na rękach. – Nio tak, nio tak. Myśli, że sobie nie damy rady. Ale my damy, prawda? No pewnie, że damy. Nio tak! Pójdziemy zaraz na spacerek! Zobacz, nad jeziorko pójdziemy. – Podniósł becik, jakby chciał pokazać córce widok za oknem. Malutka wypuściła z ust ślinę, wydając przy tym śmieszny dźwięk. – Słyszałaś, Ania? – zachwycił się Bilski.
– Dobra, powinno wystarczyć – stwierdziła Górska, a irytujące jednostajne buczenie laktatora wreszcie ucichło. – Może jednak zdążę. – Zerknęła na ścienny zegar, wstała i podeszła do Leopolda. – Na pewno sobie poradzisz? – zapytała, delikatnie biorąc w dłoń paluszki dziecka.
– Poradzę – zapewnił prokurator i zerknął na ich odbicie w szybie: ciemnowłosy mężczyzna o brązowych oczach, dużym prostym nosie i mocnym zaroście, zielonooka brunetka o niedbale ściągniętych gumką włosach, lekko zadartym nosie i wyraźnie zarysowanych brwiach oraz zawinięta w kocyk dziewczynka o jasnej cerze i pulchnych policzkach. On, Ania i Liwia, bo tak w końcu dali jej na imię. Rodzina. – Nic się nie martw – podjął. – Mleko będzie w lodówce, podgrzeję i w buteleczce dam jej po spacerku. Pieluchę zaraz przebierzemy, ubiorę ją na cebulkę. Czapeczka i szaliczek oczywiście. Kocyk. Budka w razie deszczu – uprzedził komentarz Ani, która podejrzliwie zerknęła na ciemne, nisko wiszące nad Kaszubami chmury. – No już, leć! Pa, mamo! Paaaa! – Pomachał jej rączką Liwii, a dziewczynka się uśmiechnęła.
– Oooo – rozczuliła się Anna. Wahała się jeszcze moment, po czym chwyciła torebkę i narzuciła na siebie płaszcz. Otworzyła usta, żeby coś dodać, jednak widząc minę Leopolda, dała sobie spokój i wyszła.
Po chwili Bilski usłyszał chrzęst kół na wysypanym żwirem podjeździe.
– No i chata wolna! – oznajmił, robiąc do córeczki głupią minę. – To co, urządzamy imprezę? – zapytał tubalnym głosem. – Nieeee? Wobec tego spacerek? Pewnie, to dużo lepsze niż imprezy!
Przeszedł do sypialni i położył małą na przewijaku. Zmienił jej mokrą pieluchę, ubrał w kombinezon i przełożył do wózka. Szybko rozejrzał się za swoją kurtką i włożył buty. Gdy próbował zlokalizować smycz, dziewczynka zaczęła popiskiwać.
– Łoti! – zawołał Bilski, a wilczur, który do tej pory spokojnie leżał na posłaniu w dużym pokoju, zerwał się na równe nogi. – Chodź szybciutko, zapinamy obrożę, bo się nam dziecko zgrzeje. Dobra – mamrotał pod nosem. – Jeszcze czapeczka, szaliczek, kocyk. Opatulamy. I gotowe. – Spojrzał na córkę i wyprowadził wózek z pokoju, ciągnąc Łotiego na smyczy.
Otworzył drzwi, wyjechał na dwór i wtedy usłyszał przeciągłe pryknięcie. Spojrzał na córkę. Ta zrobiła się cała czerwona na twarzy. Pryknięcie się powtórzyło i przeszło w całą serię.
– Szlag! Łoti, mamy kod czerwony! Musimy zawrócić – zakomenderował.
Wprowadził wózek z powrotem do domu i spuścił psa ze smyczy. Zrzucił płaszcz i wydobył Liwię z gondoli. Wniósł ją do sypialni i rozebrał.
– Yyy! – stęknął. – Oj, chyba było za dużo mleczka. – Odchylając głowę, zwinął brudną pieluchę i wrzucił ją do pojemnika na śmieci. – Teraz myju-myju chusteczkami. Nowa pieluszka. Bodziaczek. Kombinezon. I do gondoli. – Łoti! – zawołał psa i wtedy w jego kieszeni rozdzwonił się telefon. – Co tam, Kita? – powiedział do mikrofonu, przytrzymując smartfon między uchem a barkiem. – Ehe. No. Poćwiartowane ciało, mówisz? Kobieta? – Wyprostował się. – Tylko że ja właśnie idę na spacer z Liwią. – Zerknął na wózek, w którym jego córka przymykała właśnie oczy. – A Ania pojechała do fryzjera… Dyżur ma Grochowski, mówisz? I do niego chcesz dzwonić? No, no… – namyślał się. – Wiem, że dobra sprawa. Słuchaj, daj mi chwilę. Zaraz oddzwonię.
Znów spojrzał na córkę. Ta najwyraźniej zasnęła. Łoti siedział na kaflach i przechylał głowę, jakby czytał mu w myślach.
– Że mama? – zapytał psa. – To nie jest zły pomysł.
Wybrał numer.
– Cześć, mamo. Słuchaj… – zaczął i zaraz przerwał. – Ty jedziesz do nas? – zapytał zaskoczony. – Anka do ciebie dzwoniła? Ona w ogóle we mnie nie wierzy – powiedział z wyrzutem, ale po chwili się zreflektował. – Ale to w sumie dobrze się składa, wiesz? – Uśmiechnął się. – To za ile będziesz?
Gdy skończył rozmawiać, powoli wyprowadził wózek na dwór.







