Dzieło Garrenów zachwyca kunsztem literackim i przenikliwością obserwacji Máraiego. Obecne wydanie ukazuje się po raz pierwszy w Polsce zgodnie z jego zamysłem – jako całość i pod wspólnym tytułem.
Dzieło Garrenów (1930–1948) Sándora Máraiego, wybitnego pisarza węgierskiego, to pięcioczęściowa saga o rodzinie Garrenów – zamożnych przedstawicielach środkowoeuropejskiego mieszczaństwa.
Autor w kolejnych tomach ukazuje losy tego rodu na tle burzliwych wydarzeń pierwszej połowy XX wieku: dwóch wojen, rewolucji, postępującej industrializacji i urbanizacji. Pod ich wpływem dotychczasowy ład rozpada się, dawne wartości, kultura i idee ustępują miejsca nowoczesnemu porządkowi.
Tom I Zbuntowani. Zazdrośni
W Zbuntowanych poznajemy grupę gimnazjalistów, którzy mimo trwającej wojny tworzą własny, niemal sakralny świat przyjaźni i rytuałów. Ich bunt i utrata niewinności są próbą odnalezienia tożsamości poza światem ojców.
Zazdrośni ukazują powrót najstarszego syna rodu do rodzinnego miasta, by czuwać przy łożu umierającego ojca. To symboliczny koniec epoki – wraz ze śmiercią patriarchy i utratą miasta rozpada się dawny świat Garrenów.
Tom II Obcy. Znieważeni
Obcy przedstawiają śmierć ojca i zajęcie rodzinnego miasta przez nowych przybyszów jako symbol końca świata wartości i tradycji.
W Znieważonych Péter Garren, przebywając w międzywojennym Paryżu, staje się świadkiem rodzącego się totalitaryzmu i zaniku kultury opartej na rozumie i wolności. Głos ideologii zagłusza indywidualne myślenie, a losy bohaterów odsłaniają pęknięcie w tożsamości Europy.
Tom III Maruderzy
Ostatnia część sagi prowadzi Pétera Garrena do Berlina, gdzie staje się świadkiem wiecu Hitlera – wydarzenia opisanego przez Máraiego z wyjątkową przenikliwością.
Rozmowa z uwięzionym pisarzem (wzorowanym na Tomaszu Mannie) i powrót do rodzinnego miasta zamykają losy rodu.
Maruderzy to elegia dla świata, który odszedł, oraz pytanie o trwanie wartości w rzeczywistości na nowo urządzanej.
Dzieło Garrenów tomy 1-3: Zbuntowani. Zazdrośni – Obcy. Znieważeni – Maruderzy
Przekład: Teresa Worowska
Wydawnictwo Czytelnik
Premiera w tej edycji: 3 września 2025
Dzieło Garrenów odczytane na nowo
Dzieło Garrenów nie jest w Polsce pozycją nową. Wszystkie jego tomy były w latach 2009–2013 opublikowane przez wydawnictwo Czytelnik. Okładki utrzymano wprawdzie w pokrewnej stylistyce, ale nie umieszczono na nich tytułu całości. Taka jest też zresztą praktyka wydawcy węgierskiego, który publikował kolejne części tego cyklu-niecyklu w osobnych tomach. Razem ukazały się one tylko jeden raz – w roku 1988, w węgierskim wydawnictwie emigracyjnym w Toronto. Do tego przedsięwzięcia namówił sędziwego pisarza jego krajan z Kassy, István Vörösváry, ostatni wydawca i przyjaciel Sándora Máraiego. 1
Jesienią 1986 roku sędziwy pisarz zanotował w Dzienniku: „I.V. chciałby wydać razem sześć tomów Dzieła Garrenów, a więc Zbuntowanych, Zazdrosnych i Znieważonych* w jednym albo dwóch tomach. Zanim stąd zniknę, a nadszedł już ten czas, powinienem to uporządkować. Zacząłem je pisać przed półwiekiem […], ostatnia część, Pogłos (1948) już się nie ukazała – wydrukowano ją, ale trafiła do piwnicy wydawnictwa. Wyciągam książki z półwiecznej krypty, czytam je po raz pierwszy od chwili ukazania się. Zaskakuje mnie, jak bardzo po upływie pół wieku pasuje do dzisiejszych czasów wszystko, co wtedy napisałem o Mieście, o Dziele, o Obcych, o ludzkiej cywilizacji, która zostanie spustoszona, a jej miejsce zajmie konsumnihil. Kiedy to pisałem, nie czytałem jeszcze Gibbona. Spenglera pewnie tak. Wszystko już było w tych czasach, ja to tylko zapisałem. Patrzę czasem jak Eckermann, pytający Goethego, co nim kierowało podczas pracy nad drugą częścią Fausta, a poeta odpowiada mu: Liebes Kind, wenn ich das wüsste”. (Drogie dziecko, gdybym to ja wiedział).
Dzieło Garrenów nie jest wynikiem jednolitej koncepcji pisarskiej, nie sprawia wrażenia „wyrzeźbionego z jednego bloku marmuru”, ma też swoje warsztatowe niedostatki, a jednak bez wątpienia budowane było świadomie, odnajdujemy w nim też pewien rodzaj wewnętrznej ciągłości i spoistości. Choć prozatorsko heterogeniczne, zasługuje na uważne odczytanie, znajdujemy w nim bowiem – dzięki rozmiarom i złożoności – najwierniejsze odbicie i ostatecznie podsumowanie tego, jak Márai widział świat swojej epoki, jakie dostrzegał procesy kształtujące węgierską warstwę mieszczańską, jakie zmagania dokonywały się wówczas pomiędzy kulturą a cywilizacją, co autor sądził o powołaniu Europy, o tym, jakie wartości pielęgnowała, a jakie utraciła, jak kształtował ją modernizm i co w końcu doprowadziło ją do klęski.
Pierwsza część, Zbuntowani (1930), była początkowo odrębną, skończoną kompozycją. Bracia Garrenowie są tu postaciami marginalnymi (w istocie dopisanymi później), w pierwszej wersji książki nie występowali. Po siedmiu latach Márai napisał Zazdrosnych i Obcych, nawiązując w nich do Miasta. Zakończenie Obcych mogło sugerować koniec tego pisarskiego przedsięwzięcia. Ale po czterech następnych latach autor rozpoczął kolejny tom, Znieważonych, a w 1946 roku dołączył jeszcze trzy krótsze części. Cykl formował się przez ponad piętnaście lat, podczas których zmieniała się i koncepcja, i problematyka kolejnych części, a także środki pisarskie, styl i dynamika, całość okazała się więc czymś innym i nowym, niż można było sądzić, gdy po Zbuntowanych Márai opublikował dwa następne tomy, przedstawił nowych bohaterów i nowe, w czasie powstawania części pierwszej jeszcze nieznane zupełnie problemy i wydarzenia historyczne. Powstający w ten sposób cykl nie mógł być więc jednolity. Zresztą Máraiemu generalnie bliższe były krótsze formy prozatorskie, wypełnione wewnętrznym napięciem, ukazujące całą złożoność sytuacji rozgrywających się w krótkim na ogół czasie. Możemy więc powiedzieć, że Dzieło Garrenów jest opowieścią rodzinną i pokoleniową, składającą się z luźno powiązanych ze sobą powieści kryzysowych. A ponieważ nie fabuła jest tu najważniejsza, tylko warstwa refleksyjna, możemy czytać cykl również jako szereg tak lubianych przez Máraiego powieści eseistycznych osadzonych na tle historycznym.
Pierwsze trzy tomy utrzymane są zasadniczo w tradycyjnej narracji, choć przechodzi ona czasami w monolog wewnętrzny któregoś z bohaterów. W tomie czwartym nieoczekiwanie mamy narrację w pierwszej osobie bohatera, który, mając świadomość, że jest świadkiem wielkich wydarzeń, notuje je i interpretuje. Ta zmiana bez wątpienia nadaje narracji charakter indywidualny, więc wzbogaca ją, ale gatunkowo jednocześnie oddala tom od prawideł powieści rodzinnej. Ponieważ jednak temat rodziny był osią opowieści, Márai w ostatnim tomie powrócił do klasycznej narracji, którą uzupełniają – komentując kontekst wydarzeń – fragmenty z dzienników dwóch bohaterów.
Cały cykl, w którym Zbuntowani grają rolę pewnego rodzaju prologu, obejmuje lata 1918–1938, a to czas zasadniczych zmian zachodzących w Europie. Opowiadając dzieje upadku i rozpadu rodziny Garrenów, Márai chciał ukazać, jak się jednocześnie rozpada i jak zanika kultura, świat idei i wartości, które niegdyś uczyniły tę rodzinę ważną w jej małej ojczyźnie. Nie chciał jednak łączyć swojej opowieści z Kassą, która niewątpliwie jest modelem Miasta, wolał jej nadać charakter paraboli, oderwał ją więc od konkretów odnoszących się do rzeczywistych wydarzeń, ich miejsca i czasu, a od czwartego tomu począwszy tu i tam celowo zapętlił czasową oś wypadków. Dlaczego tak uczynił? Wydaje się, że to musiał być dla Máraiego ważny element koncepcji ukazania rzeczywistości tamtego czasu. Porzucając klasyczny, linearny tryb opowieści rodzinnej, skomponował akcję fragmentaryczną, złożył ją z okruchów, czemu służą rozmaite rodzaje narracji. Niepełność, nieciągłość opowieści, białe plamy to zamierzona cecha kompozycji – na pytania, które formułujemy podczas lektury, często nie znajdujemy odpowiedzi w kolejnych tomach. Poszarpanie narracji sygnalizuje zanik świata, w którym można było snuć opowieść ciągłą, wewnętrznie spójną, bogatą w wyjaśniające wszystko szczegóły, dającą tak zwany pełny obraz. Przestrzeń niegdysiejszego porządku, organiczności, przejrzystości została brutalnie zniszczona. Jest tak nie tylko w tej książce. Ciągłość dziejów zawsze zostaje zerwana nagle i nieoczekiwanie – to powracająca myśl również w Wyznaniach patrycjusza czy w Żarze. Podobnie w Dziele Garrenów: dwadzieścia lat, jakie upłynęły od buntu bohaterów pierwszej części, pojawia się w Zazdrosnych tylko w formie niejasnych odesłań do pewnych minionych wydarzeń i krótkich reminiscencji dotyczących historii rodu czy wcześniejszych lat Gábora Garrena; dopiero w Obcych odkrywamy wspólny los Ojca i Miasta. Od zakończenia Obcych do początku Znieważonych znowu natykamy się na białe plamy miesięcy i lat, i tak jest do końca. Márai unowocześnił formę powieści rodzinnej i pokoleniowej, zachowując pewne prawidła gatunku, ale ukazał wyraźnie, że nie da się już go kontynuować w tradycyjnej formie. Mamy więc dzieło prozatorskie w pewnym sensie jednolite, ale jednocześnie fragmentaryczne, organiczne i nieorganiczne zarazem, opowiadające o jednym wielkim problemie, ale ukazanym z kilku stron i poprzez liczne szczegóły, słowem opowieść wielobarwną, o niejednym obliczu, relacjonującą na różne sposoby koniec, zamknięcie pewnej epoki. Wręcz jej nekrolog. Pożegnanie z odchodzącą kulturą.
Teresa Worowska
ZBUNTOWANI
Wstęp
Niniejsza książka jest nową, przerobioną wersją cyklu powieściowego zatytułowanego Zbuntowani, Zazdrośni, Obrażeni, który w latach 1934–1947 opublikowało w pięciu tomach niegdysiejsze wydawnictwo Révai. Tom ostatni, szósty, Sztuka i miłość, był już wydrukowany wiosną 1948, ale nie trafił do czytelników, ponieważ wskutek zmian politycznych tamtego roku opuściłem kraj. Obecnie nosi tytuł Maruderzy i zamyka cykl.
Teraz, gdy całość ukazuje się w nowym wydaniu, wypada powiadomić czytelnika, jaki zamiar prowadził rękę pisarza. Tomy Zbuntowani i Zazdrośni powstały w dziesięcioleciu poprzedzającym drugą wojnę światową, kiedy w świadomości ówczesnych pokoleń żywa była jeszcze pamięć kataklizmu poprzedniej wojny. Pierwsze trzy części doczekały się przekładu na francuski, niemiecki i hiszpański, ale dalszy ciąg Obrażonych pisałem w latach 1940–1943 już do szuflady, ponieważ wydarzenia polityczne uniemożliwiały publikację. Teraz, gdy światło dzienne mają ujrzeć również te części cyklu, które ukazały się po raz pierwszy w 1947 roku, poprawiając rękopis, przeżyłem na nowo tamte czasy, kiedy to zmagając się z duszącą samotnością, próbowałem zapisać, co przeżyłem.
Było to niepokojące spotkanie. W ciągu minionych czterech dziesięcioleci te schowane w skrzyni okrętowej książki wędrowały razem ze mną przez ocean w tę i z powrotem, wszędzie tam, gdzie wiódł mnie emigracyjny los. W trakcie czytania czasami wydawało mi się, że to, co pisałem o wielu zjawiskach w okresie bezpośrednio poprzedzającym drugą wojnę światową, całkowicie lub częściowo odnosi się do czasów, jakie nastąpiły po niej. Oscar Wilde głosił, że życie naśladuje sztukę. Gdy jednak przyjrzeć się temu pozornie słusznemu powiedzonku, okazuje się ono zupełnie pozbawione sensu. Życie jest fabułą całkowicie niezależną od oddziaływania umysłu. Z elementów nieustających zmian, jakie przynosi życie, pisarz może ułożyć mozaikę, która później stwarza iluzję, jakby „z góry przewidział” zjawiska epoki. Ale utopie nigdy nie nadążają za rzeczywistością. Bardziej realne wydaje się przysłowie francuskie: Plus ça change plus c’est la même chose – „Im bardziej się zmienia, tym bardziej pozostaje niezmienne”. W ciągu minionego półwiecza zmieniały się znaki i znaczenia, ale fabuła pozostawała ta sama: dyktatura, która dusi swobodę wypowiedzi, wolne przedsięwzięcia i co jakiś czas wywołuje wojny, mając nadzieję dzięki nim uwolnić się od problemów wewnętrznych i zewnętrznych. Uniform bywa brunatny, czerwony czy czarny, ale człowiek, który go wkłada, jest taki sam, ponieważ czyni to samo. Znakiem jest czasami swastyka, czasami sierp i młot, ale zawsze oznacza dyktaturę, która przypina ów znak do klapy i niszczy wolność więzi międzyludzkich. Stary pisarz niemiecki z piątego tomu powieści, który przebywając w eleganckim areszcie domowym, skarży się jednemu z antybohaterów na brak powietrza, duszność, w jakiej przychodzi mu żyć w 1939 roku, cztery dziesięciolecia później dusi się w podobnej sytuacji. Trybun ludowy, który na placu targowym wykłada przed rozgorączkowanym tłumem swoją wizję „społeczeństwa bezklasowego”, dziś również kłamie, ponieważ bezklasowa jest tylko masa, nie zaś społeczeństwo. W wielkim procesie wieku, jaki toczy się pomiędzy systemem dyktatury a wolną demokracją, zmieniła się tylko strategia. Materiał procesu pozostał ten sam.
Czytelnik słusznie wypytuje pisarza „mieszczańskiego”, który próbuje opowiedzieć o tamtych czasach, czym było w istocie dzieło Garrenów? We współczesnej dyskusji „mieszczanin” stał się figurą groteskową, nazywano go burżujem, przedstawiano jako brzuchatą i nadętą postać ciemięzcy. Nie mówiono o tym, że po zaniku społeczeństwa feudalnego mieszczanin nadał kształt cywilizacji. Przemilczano, że odegrał ważną rolę: tworzył. Klasa średnia, która zajęła jego miejsce w świecie zmasowanego społeczeństwa i techniki, stanowiącej w coraz większym stopniu cel sam w sobie, już nie tworzy, tylko spożywa – „konsumuje”, jej dziełem jest cywilizacja konsumpcji. Mieszczanin zbudował cudowne miasta; w świecie mas klasa średnia wypełniła te miasta otoczonymi cementem metrami sześciennymi przestrzeni, które nazywa mieszkaniami. Co było dziełem Garrenów? Nastrój. Coś atmosferycznego, co nadawało sens i rangę ludzkiemu życiu w sferze poza bytem materialnym. Jeśli jeszcze żyją gdzieś na świecie Garrenowie, to już starcy, którzy czują zapewne, że siła grawitacji przestała ich utrzymywać przy ziemi.
Gdy zapytamy biologa, czym jest życie, gdzie znajduje się granica, za którą materia nieorganiczna zmienia się w organiczną, odpowie: „Życie jest reakcją chemiczną”. I w perspektywie profesji biologa to prawda. Ale życie jest również czymś innym: potrzeba do niego atmosfery. Garrenowie wiedzieli o tym i kiedy budowali miasta i domy, tworzyli wokół nich również atmosferę…
S.M.
San Diego, 1988
Dwa czerwienne asy
Syn lekarza leżał na łóżku zdjęty skurczami. Ciało miał zlane potem i czuł, że łapie go gorączka. Patrzył na ramę okna, w której powoli gasł podobny do szkicu rysunek ulicy – drzewo, dach, trzy okna. Z komina naprzeciw płynęła cienka, prosta strużka dymu. W niskim pokoju o łukowych sklepieniach było ciemniej niż na ulicy. Przez otwarte okno wlewał się duszny upał pierwszych dni lata, w wilgotnym zmierzchu zielonkawo błyskała poświata gazowych lamp. Taka ledwie widoczna mgła pojawia się czasami w wiosenne wieczory i barwi na zielono światła uliczne. W kuchni służąca śpiewała przy prasowaniu. W szybie niedomkniętego okna odbijał się czasami ognik żaru, jakby ktoś w ciemności zapalał zapałki: w takich chwilach dziewczyna studziła żelazko, machając nim nad głową.
Leżał skurczony, patrzył przed siebie i walczył z mdłościami. Członkowie bandy poszli sobie o trzeciej. Przez chwilę wydawało mu się, że to był tylko straszny sen; zaraz wszystko się wyjaśni, trzeba się po prostu obudzić, włączyć w życie i dojść w nim do czegoś dzięki dobrym manierom i pilnej pracy. Uśmiechnął się szyderczo. W niespiesznie poruszane członki powoli powracało czucie, spuścił nogi z łóżka i bezmyślnie rozejrzał się po pokoju. Wstał ociężale, podszedł do umywalni, wymacał w ciemności dzbanek, pochylił się nad miską i letnią, niemal ciepłą wodą zmoczył spocone włosy i czoło. Ślepiąc w mroku, podszedł do drzwi i wymacał kontakt. Po czym usiadł przy stole i miękkim ręcznikiem zaczął w zamyśleniu wycierać zamoczoną głowę.
Na szafce nocnej tykał zegarek. Wskazywał siódmą; już na niego czekali. Cztery godziny przeleżał tak nieruchomo, zdjęty skurczami. Pokręcił głową, jakby miał za ciasny kołnierzyk i, wcisnąwszy palec pomiędzy szyję a tkaninę, próbował go poluzować. Z trudem przełknął ślinę. Znów podszedł do umywalni, umył ręce, nalał do kubka wody do płukania ust, dokończył toalety. Służąca w kuchni musiała spostrzec światło zapalone w pokoju gimnazjalisty, bo jej śpiew ucichł. Chłopak rozpiął kołnierzyk i przechadzał się w tę i z powrotem po pokoju. Ciotka nie wróci do domu przed ósmą.
Ta ciotka dawniej, w dzieciństwie, powtarzała, że zostawi mu w spadku swój majątek. W opowieści ciotki ów „majątek” leżał ukryty w bezpiecznym miejscu, do którego „giełdziarze i agenci” nie mają dostępu. Ciotka nienawidziła giełdy, ale nigdy dokładnie nie wyjaśniła przyczyny tej nienawiści. W wyobraźni dziecka giełda była ciemną, skalistą jaskinią, gdzie Ali Baba i czterdziestu rozbójników walczą z grupką zdesperowanych, dzielnych ludzi, którzy uzbrojeni po zęby strzegą swoich pieniędzy. W opowieściach ciotki przewijała się także pechowa natura piątku. Często wspominała o spadku czekającym na siostrzeńca, czasami ze specjalnym naciskiem powtarzała, że właśnie była w owym „bezpiecznym miejscu” i sprawdziła, czy wszystko w porządku, niech więc Ábel nie martwi się o przyszłość, bo otrzyma kapitał, dzięki któremu będzie mógł pędzić życie bez trosk. Chłopiec podejrzał kiedyś owo „bezpieczne miejsce” – było to ukryte w szafce umywalni ciotki blaszane pudełko, w którym znalazł stare, wygasłe już kwity z lombardu i bezwartościowe losy na loterię. Majątek ciotki nie mógł tu nic pomóc. Stanął przed lustrem, w roztargnieniu popatrzył na własną zmęczoną twarz, znów usiadł przy stole. Pytanie, pomyślał, czy pieniądze zdołają tu jeszcze czemukolwiek zaradzić. Może istnieją sytuacje, w których pieniądze i wszystko, co da się za nie uzyskać – wolność, podróże, dystans, zdrowie – nie mogą pomóc? Wyciągnął szufladę, zeszyty i zapisane kartki leżały uporządkowane, jedne na drugich. Podniósł na chybił trafił jeden wiersz, przeczytał. Zapomniawszy o wszystkim, czytał głośno, pochylony do przodu. Wiersz mówił o psie, który wygrzewał się w słońcu. Kiedy go napisał? Nie pamiętał.
Służąca weszła do pokoju, przystanęła w drzwiach i zapytała, czy zostanie w domu na kolacji. Stała, oparłszy się wygodnie o framugę drzwi, z rękami na biodrach i poufałym uśmieszkiem na twarzy. Gimnazjalista przyjrzał się jej i wzruszył ramionami. Wraz z dziewczyną wdarł się do pokoju duszny i żrący zapach kuchni, który zadomowił się w fałdach jej spódnicy i kręcił w nosie. Spytał, czy ciotka wróciła już do domu. Wróci na ósmą, odparła dziewczyna.
Wydawało mu się, że w każdej obecnej chwili widzi całe swoje życie. Jakby zmiana, którą przechodził, utrzymywała na powierzchni wszystko, co przeżył do tej pory; widział naraz swoje dzieciństwo, ojca, słyszał zacichający głos matki, ciotka Etelka pochylała się nad nim, wykonując różne gesty. Rozejrzał się dokoła zdumiony. Dziewczyna zdezorientowana wodziła wzrokiem za jego spojrzeniem.
Pokój znajdował się w stanie chaosu. Członkowie bandy rozkopali wszystko, rozdarte na pół książki leżały pod łóżkiem, tom pisemka „Fidibus” mókł w słodkiej kałuży palinki, która wylała się z przewróconej butelki; czuło się jej obrzydliwą, mdlącą woń.
Na pluszowym oparciu jednego z foteli widniał ślad zabłoconego buta. Porozrzucane poduszki leżały na podłodze. O jedenastej przed południem zdawał egzamin dojrzałości, na podwórzu gimnazjum zaczekał na pozostałych trzech członków bandy, którzy w kolejności alfabetycznej następowali po nim, i natychmiast przyszli tutaj. Béla, syn kupca kolonialnego, zatelefonował tylko do domu, że nie oblał i żeby nie czekano na niego z obiadem. Tibor nigdzie nie dzwonił; chorą matkę wystarczyło poinformować o tym, że ściął się na egzaminie, dopiero wieczorem lub następnego dnia. Ten problem był w danej chwili tak mało ważny i tak bardzo się nie liczył, że nawet o nim nie wspomnieli. Za sześć tygodni będą musieli włożyć mundury i, z naszywkami ochotnika czy bez nich, pod koniec sierpnia zostaną wysłani na front.
Usiadł na łóżku. Patrzył na dziewczynę. Gdybym nie był takim tchórzem, pomyślał, przyciągnąłbym ją do siebie i położył jej głowę na piersi. Wszystko można wyleczyć snem. Szkoda, że tak pachnie kuchnią, a ja nie znoszę tego zapachu, bo jestem pańskie dziecko, dziadek miał wielki majątek, a ojciec praktykuje jako lekarz. Wszystko ma swoją przyczynę. Może powinienem się wstydzić, ale zapach bywa czasami silniejszy od rozsądku. Możliwe zresztą, że ona nie znosi mojego zapachu, jak Chińczycy, którym biali śmierdzą. Są takie bariery między ludźmi. Dziewczyna służyła w ich domu od roku, jej pełne kształty stanowiły czasami pokusę, bywały obiektem pragnień pojawiających się w wyobraźni, snach i sekretnej przypadłości chłopców. Miała miłą, białą i miękką twarz, a upięty jasny warkocz śmiesznie sterczał na czubku głowy.
Służąca zabrała się do sprzątania pokoju, a chłopak nieświadomie ściszonym głosem, jakby zawstydzony tym dziecinnym pragnieniem, poprosił ją o szklankę mleka. Popijał ten chłodny, łagodny napój z lat dzieciństwa drobnymi łykami, bo od wielu dni nieprzerwanie pili tylko wino i palinkę, słodkie i lepkie alkohole, które wychylał z niemą nonszalancją; ale żołądek i cały organizm protestował przeciw temu. Mleko smakowało mu, było napojem z innego, utraconego świata. Podszedł do szafy i podczas gdy służąca sprzątała i słała łóżko, włożył czysty kołnierzyk i wyszczotkował marynarkę. Dziewczyna pozbierała karty z rozrzuconej pod stołem talii; przyszło mu do głowy, że nie ma już pieniędzy. Przeszukał kieszenie i znalazł wszystkiego trzy monety, w pierwszej chwili nawet tego nie pojął, bo ciotka rano, zanim wyszedł na egzamin dojrzałości, wzruszona podarowała mu banknot. Musiał się chwilę zastanowić, na cóż to rozeszły się te pieniądze? Po uroczystym obiedzie ciotki natychmiast zaczęli grać w rauba i on przegrywał. Pamiętał jak przez mgłę, że nawet nie miał na to ochoty, ale ktoś – Tibor czy Ernő, czy może bracia Garrenowie? – upierali się przy grze w karty. Wcisnął do kieszeni resztę pieniędzy, powiedział dziewczynie, żeby nie czekano na niego z kolacją, bo możliwe, że wróci późno. W drzwiach przystanął, na progu leżał as czerwienny, w roztargnieniu podniósł przetłuszczoną i brudną kartę – talia leżała teraz na stole, rozrzucona, jak ją zebrała służąca. Na wierzchu ujrzał również czerwiennego asa. Dwoma palcami ostrożnie sięgnął po podniszczoną kartę, obejrzał ją z obu stron, porównał z tą, którą znalazł na progu. W talii kart węgierskich jest tylko jeden as czerwienny. A tu obie karty były jednakowe, podobnie zgrane i popękane, tłuste i poplamione, budzące zaufanie, z niebieskim awersem. Usiadł przy stole, rozłożył całą talię na cztery kolory. Znalazł jeszcze dwa asy żołędne i po dwie dziesiątki winne i dzwonkowe. W grze w oko takie karty oznaczały wygraną. Po raubie grali na ogół w oko. Podwójne karty niczym się nie różniły od reszty talii. Szuler działał ostrożnie, możliwe, że grają tak już od miesięcy, w każdym razie nic się nie rzucało w oczy. To on znalazł kiedyś tę talię w biurku ojca. Starą talię węgierskich kart.
Puszcza i szklarnia
Schował karty do kieszeni. Przeszedł do pokoju ojca. Człowiek doskonale wie, kiedy opuszcza na zawsze okolicę czy pokój, gdzie przepędził długie lata. Nie myślał o niczym szczególnym, ale na progu przystanął i jeszcze raz popatrzył. Ten pokój zajmowała kiedyś matka. Rodzina mieszkała w domu od trzech pokoleń i to pomieszczenie należało zawsze do kobiet i dzieci. Może dlatego pośród eleganckich kobiecych mebelków z czereśniowego drewna pod niskimi sklepieniami łukowymi unosił się zawsze lekki zapach chorób dziecięcych, naparów z rumianku i korzeni fiołka, mleka migdałowego i kindermetu. Matka przebywała tu krótko, najwyżej trzy lata, ale pamięć o niej całkowicie wypełniła dom, podobnie jak niezakręcony flakonik z bardzo mocnym wschodnim pachnidłem w ciągu jednego dnia przesyca całe pomieszczenie swoim aromatem. Pewne przedmioty otaczała aura tabu, szklanka matki, jej stoliczek do robót ręcznych czy poduszeczka na igły istniały niejako pod kloszem, w oderwaniu od innych rzeczy; ale o tym nigdy nie mówiono. Nie potrafił myśleć o matce inaczej, jak tylko o chorowitej młodszej siostrze, i wiedział, że przedwcześnie zmarła kobieta pozostała taka również we wspomnieniach ojca. Przyjrzał się pokojowi, w którym się urodził i w którym zmarła matka. Zgasił światło.
W słabym świetle lampy ulicznej pokój ojca sprawiał wrażenie, jakby niedawno pochowano tu kogoś, a pozostali nie mieli śmiałości przywoływać jego pamięci. Sprzęty trwały zastygłe jak przedmioty pozostawione przez zmarłych, kiedy wydają się już muzealne. Ale ojciec żył jeszcze, jak można było sądzić, i w tej chwili stał może właśnie przy stole operacyjnym szpitala polowego i dokonywał amputacji czyjejś nogi. Albo palił w swoim pokoju, jedną ręką przeczesując brodę, odłożywszy okulary. Ciotka Etelka wiedziona szacunkiem i zmysłem estetycznym nakryła stojący w pokoju fotel chirurgiczny szydełkową chustą, dzięki czemu przypominał on teraz raczej staroświecki fotel bujany. Ábel nie zapalał światła. Stał na progu z rękami w kieszeniach i spoconymi palcami przebierał wśród schowanych tam kart. Zrobiło mu się gorąco. Zaczęli grać po Bożym Narodzeniu, kiedy bandę ogarnął rozbijający wszelką dyscyplinę niepokój, który dręczył ich nieustannie od tamtej pory. Niewykluczone, że ktoś oszukiwał od pierwszej chwili; on w każdym razie ciągle przegrywał. Pieniądze na lekcje, datki od ciotki, sumy przysyłane czasem przez ojca, wszystko. Czy oszukiwał ten, kto wygrywał? A może ktoś, kto również przegrywał, zaczął to robić dopiero niedawno? Widział przed sobą trzy twarze, przymknął oczy.
Od kilku dni ojciec znów intensywnie żył w jego świadomości. Podchodził we śnie do łóżka syna i nachylał się nad nim, spoglądając smutnym, poważnym wzrokiem. Każdy ma ojca. I każdy się gdzieś urodził. Co człowiek może o tym wiedzieć? Może kiedyś, jak to wszystko się wreszcie skończy, a on przeżyje, zapuści brzuch i wąsy, któregoś dnia idąc ulicą w obcym mieście, będzie musiał przystanąć, ponieważ zobaczy nadchodzącego z naprzeciwka ojca, którego twarz zacznie rosnąć, jak w kinie, urośnie do nienaturalnych rozmiarów, ojciec podejdzie całkiem blisko, otworzy ogromne usta i powie coś, co wyjaśni całe życie jednym słowem? Tak zarysowuje się czasami w ciemności jakieś miasto, rozwidnia się, jest coraz jaśniej i widać każdy liść, bramy domów się otwierają, ludzie wychodzą na ulicę i zaczynają mówić. A na końcu usta spotykają się z ustami, a oczy przymykają się w półomdleniu.
W pokoju panował chłód. W szklanej szafce błyszczały narzędzia chirurgiczne. W szufladzie ojciec trzymał artykuły, wycinki z przekrojami tkanek mózgu, o którego zmianach chorobowych napisał kiedyś książkę i wydał ją własnym nakładem. W bibliotece leżało jeszcze kilkaset egzemplarzy. W tym czasie, na krótko przed wojną, ojciec nie przyjmował już pacjentów, przychodziły tylko trzy osoby, które jakoś przywykły do niego z dawnych lat praktyki lekarskiej: sędzia trybunału, starsza dama z trzęsącą się głową i cierpiący na rozmiękczenie mózgu skrzypek cygański, który grywał gościom przy kolacji. Z tą trójką pacjentów ojciec obchodził się tak, jakby byli członkami rodziny. A oni odpłacali mu szacunkiem. Najczęściej wysiadywali w tym pokoju, po kolacji, niczym grono krewnych, którzy spędzają wieczory na uprzejmych pogawędkach. Dama z trzęsącą się głową i ciotka Etelka szydełkowały, sędzia przybierał uroczystą minę, z wyrazem powagi i oczekiwania zajmował miejsce pod żyrandolem i brał chłopca na kolana, skrzypek cygański zaś ze smyczkiem w ręce i instrumentem pod pachą przystawał obok fortepianu w nieco niedbałej, znanej z pocztówek pozie sławnych wirtuozów. Potrafili tak trwać godzinami, jakby na coś czekali, bez jednego słowa, podczas gdy ojciec pochylony nad biurkiem i zajęty swoimi wycinkami nie zwracał na nich uwagi. Około jedenastej ruchem dłoni dawał znak, że wizyta dobiegła końca. Goście żegnali się wówczas z szacunkiem i wychodzili. Podczas tych dziwnych spotkań rzadko się zdarzało, by ojciec w ogóle się odzywał; w takich razach trójka pacjentów zwracała się w jego kierunku z wyrazem szczególnego szacunku, a nawet napięcia odzwierciedlającego się na twarzach, wysłuchiwali tego, co miał do powiedzenia, a najczęściej były to uwagi w rodzaju „mieliśmy dziś chłodny dzień” – po czym potakując, powracali do swoich rozmyślań. Dama z trzęsącą się głową, mrugając oczyma, sygnalizowała, że całkowicie się z tym zgadza, sędzia i skrzypek cygański, marszcząc brwi, zastanawiali się dalej nad głębszym sensem wypowiedzianych słów. Dzieciństwo Ábla upłynęło na takich wieczorach.
Pamiętał dwie sceny, które rozegrały się w tym pokoju. Jedna z nich spoczywała w głębi pamięci, przysłonięta resztą wspomnień. Ma cztery–pięć lat, siedzi na podłodze i bawi się. Wchodzi ojciec, siada przy nim i bez żadnych wstępów zaczyna śpiewać:
Au claire de la Lune
Mon ami Pierrot…2
Znał tę piosenkę, nauczyła jej go ciotka Etelka. Usta ojca otwierają się i zamykają, twarz wykrzywia się w dziwnym uśmiechu, piosenka, z dziecięcym seplenieniem, wypływa spomiędzy jego wielkich zębów. Ábel rozumie, że ojciec chce mu zadośćuczynić za wszystko, co stało się między nimi od chwili urodzenia, za milczenie, samotność, dystans, za całą tę dziwaczność, w jakiej dotąd żyli obok siebie; pragnie je teraz unieważnić tym jednym gestem, dlatego przysiadł obok niego na podłodze i śpiewa pogodną piosenkę dziecięcą. Co mu się stało? – zastanawia się. Głos ojca staje się coraz bardziej niepewny. Jeszcze śpiewa:
Non, je ne prête pas ma plume
À un vieux savetier…3
Ale potem spoglądają na siebie i milczą. Na Rynku stoi pomnik, ogromny żołnierz z brązu, który wymierza broń w pierś tyrana: Ábel czuje teraz coś takiego, jakby ten pomnik zeskoczył z cokołu i w pełnym rynsztunku zaczął uciekać na czworakach. Vieux savetier… – powtarza drżącymi wargami, żeby pocieszyć ojca; czuje teraz wobec niego wielką litość. Ojciec powoli podnosi się z podłogi, podchodzi do stołu, przekłada książki, jakby czegoś szukał, spostrzega, że dziecko obserwuje go, wzrusza ramionami i wychodzi z pokoju. Długo po tym nie patrzyli sobie w oczy, jak para ludzi, których łączy wspólna i upokarzająca tajemnica kłamstwa.
I druga, znacznie później, dziesięć lat później. Kiedy chłopiec wszedł do pokoju, ojciec siedział przy stole w kręgu światła lampy i studiował wycinek anatomiczny. Było wczesne popołudnie zimowe. Chłopiec przystanął w półmroku, ale ojciec wyciągniętą w jego stronę ręką dał znak, by podszedł. Między szklanymi szybkami zamknięty był jakiś niebieskawy, suchy materiał pełen plamek i linii, przypominających rzeki na geograficznej mapie kraju. Kościsty palec ojca wędrował po krzywiznach tej dziwnej mapy, dotykał odpływów i wyżyn, posuwał się ostrożnie po załamaniach falującej linii i postukał paznokciem w szkiełko w miejscu, gdzie przy brzegu płytki załamała się.
– To mój najpiękniejszy wycinek – powiedział.
Chłopiec wiedział, że palec ojca błądzi po wycinku mózgu. Rysunek był urozmaicony, pełen groźnych, niespokojnych zakoli. Co za mapa! – zdumiał się. Ojciec pochylił się nad szkiełkiem, światło, iskrząc, padło mu na twarz, na której syn odkrył rys niepokojącej ciekawości, bolesnej i bezradnej ciekawości, której napięcie ściągnęło w grymas regularne rysy. Mimowolnie i on nachylił się nad wycinkiem. Palec ojca powracał wciąż do punktu, w którym krzywa linia zaplątuje się w węzeł i rozchodzi w różnych kierunkach. Przypominał uczonego geologa, który nie orientuje się na mapie obcej krainy, lekarza, który niecierpliwie i bezradnie poszukuje tajemnicy w opukanej przezeń chorej części ciała.
– To był zakarpacki chłop – rzekł ojciec w zamyśleniu. – Któregoś dnia wymordował całą swoją rodzinę. Rodziców, żonę i dwoje dzieci. To mój najpiękniejszy wycinek.
Pochylił się nad niebieskawym, zasuszonym materiałem. Niedobra, napięta ciekawość spłynęła z jego twarzy, która stała się pusta, pozbawiona wyrazu, koścista dłoń odsunęła od siebie szkiełko, a niewidzące oczy zapatrzyły się w przestrzeń. Wieczorem ojciec grał na skrzypcach. Każdego wieczoru grał na skrzypcach i nie wolno było wtedy wchodzić do jego pokoju. Po kolacji szedł do siebie i przez godzinę walczył z upartym, nieposłusznym instrumentem, z którego dobywał przykre dźwięki. Ojciec nigdy nie uczył się gry na skrzypcach, niezrozumiała wstydliwość i zażenowanie nie pozwoliły mu poszukać sobie nauczyciela. Grał niedoskonale i, jak się chłopcu wydawało, ze złą wolą. Sam też wiedział, że jego gra jest uparcie powtarzanym, lecz nieudanym eksperymentem. Ale nie znosił, gdy w jego obecności ktoś ją głośno krytykował. Piskliwe dźwięki codziennie wypełniały mieszkanie. Ta rozpaczliwa walka ze skrzypcami oddziaływała na chłopca tak, jakby zamknięty w swoim pokoju ojciec oddawał się co wieczór jakiejś brzydkiej i zawstydzającej namiętności, którą pozostali mieszkańcy znają i złośliwie komentują. W takich razach i on zamykał się w swoim pokoju, siedział w ciemności, zatykając uszy i zagryzając wargi, siedział i czekał, kiedy to się skończy. Jakby ojciec robił coś podłego i upokarzającego. Skrzypce leżały na szafce z instrumentami lekarskimi.
Śmierć ojca wyobrażał sobie jak zawalenie się góry. Na razie nie wydarzyło się nic szczególnego poza tym, że gdy przyjeżdżał na urlop, był jeszcze bardziej milczący. Chłopak włożył kapelusz, mimowolnie ukłonił się biurku i opuścił pokój.
Na klatce schodowej spotkał ciotkę. Ubrana była odświętnie, zatrzymała się z jękiem. Na powitanie pocałowała go w policzek. Prosiła, by włożył płaszcz i nie wracał późno. Przez chwilę przyszło mu do głowy, że rzuci się ciotce w ramiona i wszystko wyzna.
Klatka schodowa robiła pańskie wrażenie z powodu zakręcających półkoliście, szerokich schodów i porozwieszanych rycin, przedstawiających sławne budowle miasta. Schody przykryte były wielobarwnym dywanikiem. Oszklony ganek służył niegdyś jako poczekalnia dla pacjentów ojca, zastygł w nim zapach obcych ludzi, a także słaba, choć wciąż irytująca i kręcąca w nosie woń jodyny i eteru, dochodząca z ojcowskiej szafki z lekami. Ojciec Ernő miał woń surowej skóry i szewskiego klajstru, obłok unoszący się wokół ojca Béli był mieszanką aromatu wschodnich przypraw, śledzi i owoców. W domu Tibora panowała swojska atmosfera wody lawendowej, choroby i biedy, a także bojowy zapach garbowanej skóry. Profesje ojców wypełniały domostwa specyficznymi woniami. Mieszkanie Garrenów było, nie wiedzieć czemu, bezwonne, jak dawno nieużywana suknia balowa. Ábel myślał o swoim domu zawsze jak o miejscu lekkiego, ale jeszcze ciągle odczuwalnego oszołomienia eterem, mieszaniny mocnych i uderzających do głowy zapachów.
W taki sposób zapamiętał każdy zakątek mieszkania i gdy kierował się kompasem węchu, we wspomnieniach ożywało każde pomieszczenie. W ciemnym korytarzu pomiędzy kuchnią a jadalnią ciotka trzymała domową apteczkę, terpentynę, spirytus winny, salmiak, benzynę, chlor, naftę, a wszystko w większych ilościach, ponieważ w warunkach wojennych były to dobra rzadkie; teraz też wracała z jednej ze swych tajemniczych wypraw po łupy. W szydełkowej siatce, którą zawsze zabierała, ilekroć udawała się do miasta, niosła teraz dwa kilogramy zdobycznego krochmalu, ryż i świeżo paloną kawę. Na koronie włosów siedział czarny kapelusz, przy którym przez pamięć dla jakiegoś nieznanego zmarłego zawsze wisiała czarna woalka. Jej spiczasty, żółty nos był chłodny, gdy przytuliła twarz do policzka chłopca. Etelka przybyła do ich domu z zamiarem krótkiej wizyty jako gość i daleka krewna, ale po śmierci matki pozostała przy nich w charakterze jej zastępczyni i darmowej służącej, niewzruszona, lecz w każdej chwili gotowa do odejścia. Ábel kochał ją. Należała do „innego świata”, jak to nazywał, lubił jej cichy głos, uczepiła się ich obu, ojca i syna, na których zbudowała swoje życie, z uporczywą i bezwzględną miłością istot bezdzietnych. Była starą panną, która zamiast psa i kota trzymała ludzi. Ábel wiedział, że Etelka gotowa jest za nich oddać życie. Ale już od dawna nie umieli ze sobą rozmawiać. Zresztą dom, niewysoki dom o ciasnych pokojach, zawsze przypominał mu szklarnię. Panowała w nim niezmiennie duszna, parna atmosfera. Pod podwójnym dachem dom ukazywał żółtą i mizerną twarz. Czerwona rynna stanowiła obramowanie ścian piaskowej barwy, po obu stronach bramy wisiały żelazne, pomalowane na zielono lampy. Nawet ogród, mały jak chustka do nosa miejski ogródek przed domem, z roślinnością stłoczoną na kilku metrach kwadratowych, przypominał szklarnię. Z trzech stron ogradzały go wysokie mury. Latem gęsto obrastał bujnym chwastem. Od śmierci matki żyli we trójkę jakby zamknięci w tym domu: Etelka, ojciec i Ábel; i nawet służba zmieniała się rzadko. W późniejszych latach Ábel zastanawiał się, czy Etelka przypadkiem nie kochała ojca, czy wzniosłe uwielbienie, z jakim go traktowała, mogło mieć kiedyś również inną treść. Ale o tym nikt nie mówił. Nawet on pamiętał z dzieciństwa jedynie coś jakby nastrój przed burzą, kiedy w pokoju na chwilę robi się ciemno, ale niespokojnej ciemności nie rozprasza ulewa, a światło prędko odgania burzę. I tylko nerwy zamierają w oczekiwaniu.
– Długo spałeś – powiedziała ciotka. – Nie chciałam cię budzić. Widziałam, że piliście palinkę, moje dziecko. Strzeż się palinki, w twoim wieku to rzecz szkodliwa. Jestem starą kobietą, Ábel, proszę cię, uważaj na siebie. Wszedłeś w dorosłe życie, moje dziecko. Pilnuj się, co robicie nocami! W takich chwilach chłopcy są nieostrożni. Kiedy będzie bankiet? I wstąp do mnie, nawet jeśli wrócisz bardzo późno. Krochmal znów droższy. I jajka też. Dobrze by było, gdyby twój ojciec przywiózł trochę żywności, kiedy wróci do domu. Jutro do niego napiszemy, zawiadomimy go, że zdałeś maturę. Pocałuj mnie.
Schyliła się i przycisnęła twarz do policzka chłopca. Przez chwilę trwali tak nieruchomo. Człowiek żyje obok kogoś i nic o nim nie wie. By któregoś dnia uświadomić sobie, że nic go z nim nie łączy. To była jedna część świata, ciotka, meble matki, ogród, ojciec, gra na skrzypcach, Jules Verne i spacer z ciotką po cmentarzu w Dzień Zaduszny. Ten świat był tak mocny, że nie mogło go rozbić nic, co nadchodzi z zewnątrz, nawet wojna. Ale przed rokiem przez szparę wdarło się w ten świat coś, czego nie sposób było przewidzieć. I wówczas dowiedział się, że istnieje także inny świat. Wszystko się zmieniło. Co było niegdyś słodkie, stało się gorzkie, co było kwaśne, przypomina teraz żółć. Szklarnia zmieniła się w puszczę. A ciotka znaczy tyle, co zmarli, albo i jeszcze mniej.
Zatrzasnął za sobą szklane drzwi, dzwonek brzęknął, a jego dźwięk popłynął w powietrzu przez cały pogrążony w ciszy dom. W bramie obejrzał się jeszcze: ciotka stała za szybą drzwi i patrzyła za nim z rękami złożonymi do modlitwy.
Miedziany wąż
Okna teatru były oświetlone. Przed bocznym wejściem stał powóz. Ábel przeciął ulicę Główną i postanowił odwiedzić ojca Ernő.
Szewc wrócił z frontu półtora roku temu po ciężkim postrzale w płuco i stale pluł krwią. Mieszkał w wysokiej, wąskiej kamienicy w zaułku Rybackim, w piwnicy, która jednocześnie służyła za mieszkanie i warsztat; z ulicy schodziło się do niej po pięciu niskich schodkach. Wokół wejścia wisiały wykonane ręką szewca tabliczki, napisy na nich sformułowane w niejasnym języku biblijnym, przyozdobione niewyraźnymi obrazami i girlandami słów nawoływały przechodzącą zaułkiem ludzkość, by wiodła skromny żywot i zwróciła się do Chrystusa. „Młodzieńcze, osłaniaj się tarczą wiary!” – zalecała inskrypcja na jednej tabliczce. Na drugiej: „Bóg nie zachwyca się twoją wiedzą, rangą, siłą ani nabożnością, ale jeśli oddasz serce Jezusowi, On nakryje twoją przeszłość mrokiem i przygotuje cię, abyś zachwycił Boga”. Pod nią: „Jak wąż miedziany nasz Wybawiciel, wznieś się do serc wszystkich, by rozbitkowie życiowi przez ciebie objęci doznali wyleczenia”. I największymi literami: „Śmierć nie zawsze zaczyna się od umierania. Wielu chodzi pośród nas w trumnach. Zaręczony ze śmiercią, jeszcze dziś złóż życie w ręce Jezusa, a więcej nie zaznasz przed nią strachu”.
Ludzie przystawali, czytali zdumieni i kręcąc głowami, szli dalej.
W warsztacie panował gęsty mrok, na blaszanym talerzyku skwierczał klajster, wypełniając piwniczkę ostrym, duszącym, kwaśnym zapachem. Szewc siedział przy niskim stoliczku w kręgu światła lampy acetylenowej niczym przyczajony przy źródle światła wielki, kosmaty robak. Kiedy zobaczył chłopca, najpierw akuratnie odłożył na stoliczek wszystko, co trzymał w rękach i na podołku: duży kawałek skóry na podeszwy, nóż szewski, nić i żółtawy, znoszony półbucik. Dopiero potem wstał i pochylił się w głębokim ukłonie.
– Niech będzie pochwalone imię Pana naszego, który umacnia naszą wiarę i prowadzi do zwycięstwa nad wrogami.
Ábla zdumiewało, że owe uroczyste i wzniosłe słowa pozdrowienia szewc wypowiadał zawsze tak niedbałym i naturalnym tonem, jakby mówił „Moje uszanowanie”. Był niskim, skurczonym człowieczkiem, choroba całkiem go zżarła. Skórzany fartuch zwisał z niego ciężko, jakby go ciągnął ku ziemi. Jedną nogę miał krótszą, to kalectwo dotknęło go jeszcze przed postrzałem w płuco. Z kościstej, zapadłej twarzy zwisały długie wąsy, które łączyły się ze zmierzwioną brodą, a niestrzyżone włosy, które nie chciały się posłusznie ułożyć na głowie, sterczały na wszystkie strony jak druciana peruka. W głęboko osadzonych, wielkich, czarnych oczach migał czasami jakiś szaleńczy błysk.
– Panicz przyszedł do mego syna Ernő – powiedział szewc i nieoczekiwanie drobną, białą, wątłą dłonią zaprosił Ábla, by zajął miejsce. W jego ruchach było wiele naturalnej elegancji. Sam nie usiadł, tylko wsparty na niskiej, zakrzywionej lasce stał przed gościem. – Mego syna Ernő nie ma w domu. Na dobrą sprawę nie można nawet od niego wymagać, by w przyszłości spędzał czas w domostwie swych rodziców. Panicze dziś złożyli egzamin i przed Bogiem oraz ludźmi wstąpili na wyższy stopień pańskiego stanu.
Mówił monotonnie, bez cieniowania i emocji, jego głos nigdy nie przybierał żadnej barwy, brzmiał tak, jakby się modlił albo odmawiał litanię.
– Dzisiejszego dnia mój niegodny syn Ernő otrzymał miejsce pośród paniczów, synów ludzi dobrze urodzonych – ciągnął. – Wedle wszelkich widomych znaków zrządzeniem Pana było nie to, by mój syn Ernő był oparciem dla swych starych rodziców. Chce raczej, by się obracał wśród panów i w przyszłości stał się moim wrogiem. Musiałbym być głupim, nieroztropnym człowiekiem, gdybym się miał buntować przeciw Jego woli. Mój syn wstąpił dziś do szacownego grona ludzi dobrze urodzonych i nieuchronnie stanie się wrogiem swych nisko urodzonych rodziców, ich krewnych i znajomych.
Uczynił w powietrzu ruch ręką, jakby udzielał błogosławieństwa. – Kto dostrzega w sprawach ludzkich zamiar Stwórcy, ten z radością przyjmuje chorobę, niedolę i rodzinny spór. Mój syn Ernő jest człowiekiem milczącym i pogardza krasomówstwem ojca, którym mnie obdarzył Wszechmogący, bym wypełnił swój obowiązek. Rzeki wylały, a góry się zapadły. Godzina niewątpliwie wybiła i stan wyższy również złoży krwawą ofiarę. Miliony zmarłych leżą pogrzebane, a mojej niegodnej osobie dane jest żyć dalej, choć klasa panów będzie zmuszona złożyć ofiarę ziemi i wodom.
– Rozumiem, panie Zakarka – powiedział Ábel. – Czy mógłbym mówić z Ernő?
– Tak jest – ciągnął niewzruszony szewc. – Bo niech panicz będzie łaskaw tylko pomyśleć, jaka to wielka rzecz. Na ogół wydawało się, że stan wyższy z powodu wielkiej kultury i okazywanej przezeń znakomitości w najrozmaitszych dziedzinach był niejako wyjęty spod kary plag boskich takich jak trzęsienie ziemi, powódź, pożar czy wojna – chyba że oznaczył ich szczególny znak boży. Na ogół wydaje się, że na świecie żyją dwa stany, żyją one obok siebie i mają ze sobą mniej wspólnego niż szarańcza i niedźwiedzie. Niech panicz będzie łaskaw wziąć pod uwagę, że wybiła ostatnia godzina. Synowie stanu pańskiego leżą w dołach zalanych wapnem pospołu z synami niższego stanu. Pożar trawi świat. Prorocy powstaną i będzie słychać ich słowa, podobnie jak moje słowa, które Pan wyznaczył, by były słuchane i przyjęte.
W świetle skwierczącej lampy acetylenowej szewc rzucał długi cień. Czasami kaszlał, wówczas mówił „za pozwoleniem”, kuśtykał w kąt warsztatu i długo spluwał.
Ábel siedział pochylony do przodu. Wiedział, że musi poczekać, aż szewc zakończy swoją orację. Na półce pod ścianą pośród kilku starych naczyń leżała Biblia, na ścianie wisiał ogromny krzyż wielkości dziecka. Szewc chodził kołyszącym krokiem, mocno wspierając się na lasce. Po ataku kaszlu ciągnął ochrypłym głosem:
– Jeśli chodzi o mego syna Ernő – schował ręce pod skórzany fartuch – panicze byli tak dobrzy i przyjęli go do swego towarzystwa, za co należy się paniczom wieczna wdzięczność z jego strony, nawet wówczas, gdy paniczów już nie będzie. Wedle wszelkich przewidywań, z powodu cherlawej budowy ciała i odziedziczonej choroby mój syn Ernő przeżyje paniczów, którzy byli dla niego tak łaskawi i którzy okażą się zdatniejszymi do pójścia za bohaterskim przykładem pańskiego ojca niż mój biedny syn. W ten sposób uwidacznia się, że nawet choroba i cherlawa budowa ciała mają swój cel. Panicze znajdą się tam, gdzie wszyscy jesteśmy równi: przed obliczem śmierci. A mój syn Ernő pozostanie tu. I to on będzie panem, bo godzina próby nad światem dobiegnie końca, a ci, którzy ją przeżyją, otrzymają szczególną łaskę Pana. Tej godziny mam zamiar dożyć.
Po tym oświadczeniu lekko i uprzejmie skinął głową, po czym ukłonił się przepraszająco, jak ktoś, kto nie może uczynić nic innego. Ábel patrzył na krzyż. Szewc z surowym wyrazem twarzy podążył za jego wzrokiem.
– Młodzi panicze byli łaskawi dla mego syna. Szczególnie syn wielmożnego pana Prockauera. Nie wolno mi o tym zapominać. Młody pan Prockauer, choć osobiście nie jest jeszcze dostojnikiem, skutkiem szacownej pozycji swego ojca znajduje się na tak wysokiej półce, że przyjaźń z nim będzie zawsze zaszczytem dla mego syna. Ernő wie, co jest panom winien. Tylko z powodu milkliwości, a także mego ograniczonego rozumu, który nie jest w stanie całkowicie pojąć głębszego sensu słów wypowiadanych przez paniczów, nie opowiada o swojej wdzięczności. Ale czego nie powie czuwający, to zdradzi czasami śpiący. Mój syn Ernő kilkakrotnie wzywał młodego Prockauera po imieniu przez sen.
– Tibora? – spytał Ábel. Zaschło mu w gardle.
Szewc podszedł do zasłoniętego kotarą kąta piwnicy.
– Spałem u jego nóg – powiedział, odsunąwszy zasłonę i wskazał na łóżko z szufladą. – Leżałem na ziemi, gdzie jest twardo i oddałem łóżko synowi, żeby mógł się lepiej przygotować do pańskiego życia. I kilkakrotnie słyszałem, jak wymawiał przez sen imię młodego pana Prockauera. Człowiek woła we śnie kogoś po imieniu tylko wtedy, jeśli cierpi. Ale nie jestem w stanie powiedzieć, z jakiego powodu cierpiał we śnie mój syn, kiedy wymawiał imię panicza.
Opuścił zasłonę jak ktoś, kto chce przysłonić niepocieszający widok. Tu mieszka Ernő, pomyślał Ábel. Nigdy nie miał odwagi wyobrazić sobie, gdzie śpi Ernő, co jedzą, o czym rozmawiają w domu? Minionego tygodnia kilkakrotnie zaglądał do warsztatu, ale zawsze było to pod nieobecność Ernő, a szewc nigdy wcześniej nie pokazywał mu kąta, w którym mieszkał razem z synem. A więc Ernő śpi tu z ojcem, a matka prawdopodobnie ściele sobie jakieś posłanie w warsztacie.
– Może – ciągnął szewc – mój syn wołał we śnie młodego pana Prockauera dlatego, że odczuwał wobec niego wielką wdzięczność. Panicz już od dawna wyróżniał mego syna swoją łaską. Już w niższych klasach szkoły memu synowi wolno było nieść za synem pana pułkownika książki do domu. A później, kiedy panicz z wybaczalną lekkomyślnością zaniedbał się w nauce, pan pułkownik wyróżnił mego syna, by mu pomagał w lekcjach. Łaska pańska jest bezgraniczna. Ja zawdzięczam dobroci pana pułkownika to, że na froncie mogłem doznać oczyszczenia.
– Czego? – Ábel wychylił się do przodu. Szewc wyprostował się.
– Oczyszczenia. Ale nie nadeszła jeszcze godzina, by wszystko wypowiedzieć. Tylko ten doznaje oczyszczenia, kto zostaje upokorzony. Pan pułkownik, którego syn okazał tak wiele dobroci memu synowi, umożliwił mi oczyszczenie, kiedy mnie wyznaczył do wykonania wyroku pod nieobecność egzekutora. Miałem możliwość trzykrotnie doznać oczyszczenia.
Wyciągnął przed siebie ręce:
– Dla dawcy życia każde narzędzie jest sposobne, by to życie odebrać. Niech panicz będzie łaskaw pomyśleć, jak my wiele zawdzięczamy wielmożnemu panu Prockauerowi. Mój syn nie tylko mógł uczyć jego syna i w jego używanych ubraniach zaprezentować się w godny sposób w pańskim świecie, do którego teraz będzie należeć, ale również ja, jego ojciec, zawdzięczam mu to, że w tym wielkim oczyszczeniu, którym Bóg naznaczył świat, sam mogłem się trzykrotnie oczyścić. Tymi dwiema rękami. Panicz o tym nie wie?
– Pan, panie Zakarka? – spytał Ábel i wstał. Nie czuł żadnego poruszenia, właściwie tylko wielkie zdziwienie.
– Trzykrotnie. Ernő nie wspominał paniczom o tym? Może nie chciał się przechwalać oczyszczeniem swego ojca i miał rację, bo wypada, by człowiek biedniejszego stanu pozostał skromny nawet wtedy, gdy panowie łaskawie przyjmują go do swojego grona. Miałem możliwość trzykrotnie doznać oczyszczenia. Jak panicz zapewne raczy wiedzieć, wojna, którą w swojej dobroci Bóg zesłał na nas, byśmy pojęli nasze grzechy, pomimo wielkiej śmiertelności, jaką ze sobą niesie, daje stosunkowo niewiele okazji do tego, by człowiek mógł się oczyścić. Bo przecież celować z karabinu do kogoś i zabić go z pewnej odległości to nie to samo co przerwać jego życie naszymi własnymi dwiema rękami, to znaczy, całkiem bezpośrednio. Co innego, gdy kładziemy komuś ręce na szyję czy łamiemy mu stos pacierzowy, a znów co innego, gdy zadajemy mu ranę ostrym narzędziem, i coś zupełnie innego, gdy za pomocą materiału wybuchowego z bezpiecznej odległości wysyłamy ołowianą kulkę w ciało naszego bliźniego. To stopniowanie jest bardzo ważne. Oczyścić można się tylko wówczas, gdy człowiek praktykuje śmierć bezpośrednio. A poza tym wszyscy trzej należeli do pańskiego stanu.
– Kim byli? – spytał chłopiec.
Stali naprzeciw siebie. Szewc przysunął się bliżej.
– Z punktu widzenia ojczyzny – zdrajcami. To była szczególna łaskawość ze strony pana pułkownika, za którą zawsze będę mu wdzięczny, że powierzył mi panów, a nie pospolitych prostaków. Jak mówię, moja rodzina jest zobowiązana do wdzięczności wobec rodziny pana Prockauera. Słyszę, że stan wielmożnej pani się pogorszył?
– Kiedy pan o tym słyszał? – spytał niecierpliwie Ábel.
Natychmiast pożałował pytania. Szewc dotychczas rozglądał się nieuważnie po warsztacie, a teraz nagle ostrym i gorejącym wzrokiem wbił się w jego spojrzenie. Ábel przymknął oczy, jakby znalazł się naprzeciw bardzo silnego światła. Samopoczucie matki Tibora od kilku dni budziło niepokój. Ten niepokój przyniósł dziwne uczucia. Nie mówili o tym. Żona pułkownika od trzech lat leżała w łóżku, stan jej zdrowia się zmieniał, ale nie wstawała. Starszy syn, który kilka miesięcy temu powrócił z frontu w randze chorążego i bez jednej ręki, uparcie twierdził, że pułkownikowa może chodzić, tylko nie chce. Opowiadał, że nocą, kiedy chłopcy śpią, wstaje z łóżka i krąży po mieszkaniu. Jeśli w stanie matki Tibora zaszła jakakolwiek zmiana, należy prędko działać, bo pułkownik w każdej chwili może się zjawić w domu. Nie śmiał spojrzeć na szewca, który stał bardzo blisko i w mroku wydawał się wyższy. Ábel wiedział, że są równego wzrostu, lecz teraz miał wrażenie, że musi podnieść głowę, by nań spojrzeć. Blask w oczach szewca powoli wygasł. Obaj spuścili wzrok.
– To nie moja sprawa – powiedział szewc. – Proszę uniżenie panicza, by był łaskaw nie wspominać o tym w obecności pana Tibora. Był tu starszy syn pana pułkownika Prockauera, bo też szukał mego syna. To on mi to powiedział.
– Co?
Płomień lampki acetylenowej drgnął. Szewc pokuśtykał do niej i ostrożnie przykręcił płomień.
– To, co się mówi podczas rozmowy. Panicz Lajos, jeśli wolno mi go tak nazwać, jako towarzysza boju z linii frontu, poniósł dla ojczyzny znaczną ofiarę. Czasami do mnie zachodzi. I wtedy rozmawiamy o wielu rzeczach. Panicz Lajos wspomniał mi także o tym, że panicz Tibor ma zmartwienia. Nie wolno mi przemilczeć, że panicz Lajos poza krwawą ofiarą ze swojej ręki złożył również ofiarę umysłową. Nie pamięta wielu rzeczy, o których mówi. A kiedy coś powie, niedługo po tym już nie chce o tym wiedzieć. Podczas rozmowy wspomniał, że pogorszenie stanu zdrowia wielmożnej pani nie jest całkiem niemożliwe. Trzeba się przygotować na wszystko – powiedział. – Wiem.
Ábel nie wiedział o tym nic pewnego. Możliwe, że Jednorękiemu coś się zwidziało. Starszy z braci Prockauerów, odkąd powrócił z frontu, czasami dziwnie się zachowywał. Uparcie poszukiwał tego, co dawniej wyśmiewał i czym pogardzał – kręgu znajomych i rozrywek swego młodszego brata. Powoli wtajemniczono go we wszystko. Jako pierwszy poznał aktora. Ábel zamyślił się: aktora znali z widzenia już wcześniej, ale Jednoręki pierwszy poznał go osobiście i przedstawił im go. Lajos na pewno znów puścił parę z ust.
Opowiedział szewcowi o zmartwieniach Tibora, co oznacza, że wydał ich wspólną tajemnicę. Dobrze byłoby wiedzieć, na ile szczegółowo mu opowiadał. Zakarka był człowiekiem gadatliwym, choć na swój specyficzny sposób i na pewno nie wobec każdego. Ábel wiedział od Ernő, że szewc nie chadza do karczmy, a wykłady światopoglądowe na temat upadku i odrodzenia świata oraz nowego porządku pomiędzy biednymi a bogatymi wygłasza tylko przed wybrańcami.
Zawsze przypuszczał, że szewcowi brakuje piątej klepki; ale ten opowiadał o swoich wizjach w tak spokojny i zdyscyplinowany sposób, że stojąc z nim oko w oko, nie miał go za większego szaleńca od wielu innych dorosłych. Każda rzecz jest sensowna i słuszna na swoim miejscu i w odpowiednim kontekście. Gdy myślał o tym, nie mógł się uwolnić od nieprzyjemnego uczucia, że w ideach szewca jest coś pociągającego, coś, nad czym nie sposób przejść do porządku dziennego, do czego nie można się odnieść obojętnie. Szewc fascynował go, w inny sposób niż Ernő czy Tibor i inaczej niż aktor – całkiem inaczej, ale w tym pełnym przeciwieństw przyciąganiu było coś, czego nie mógł przezwyciężyć. Od czasu do czasu musiał zachodzić do tego warsztatu.
Szewc był ojcem Ernő, a Ernő należał do bandy, był jej filarem. Chociaż nigdy niczego sam nie inicjował, jednak w końcu zawsze wydawało się, że ten milczący i zamknięty w sobie Ernő jest ich przywódcą. To, że szewc na froncie dokonywał egzekucji, było naturalnie czymś nowym. Ábla to zdziwiło, ale nie czuł obrzydzenia. Przyglądał się szewcowi, jego rękom, którym zawdzięczał „oczyszczenie”, i nie czuł ani odrazy, ani nawet niechęci. To było nie do pojęcia, nie sposób było sobie tego wyobrazić. Wszystko następowało zbyt prędko, dzieciństwo, szklarnia, gra ojca na skrzypcach, a potem to, co nazywano wojną, ale co początkowo nie zmieniło życia Ábla; ale potem szklarnia została nagle stłuczona, a on znalazł się pomiędzy dorosłymi, obciążony kłamstwem i grzechem, w strachu, związany na śmierć i życie z bandą, której członkowie jeszcze przed rokiem, dzień czy godzinę wcześniej, byli takimi samymi dziećmi jak on i żyli w innym, łagodnym świecie, który nie zna niebezpieczeństw. Co robili w tym czasie dorośli, tym banda nie miała czasu się zajmować. Ojcowie poszli, starszych braci zabrano, a te niejasne, dla nich raczej nudne i monotonne niż straszne działania, które tam wykonywali, nie interesowały ich. Wiadomość, że ojciec Ernő wieszał zdrajców na froncie, była pewnego rodzaju nadwyżką informacyjną, z którą nie wiedział, co począć. To była sprawa ojców i starszych braci. Człowiek słyszał różne rzeczy. Świat, który znał, rozpadł się i Ábel znalazł się nagle w puszczy. Za kilka tygodni albo miesięcy wykonywanie wyroków może się stać również jego zadaniem. Jeśli pan Zakarka wieszał, żeby się oczyścić, to jego sprawa. Każdy oczyszcza się, jak umie.
Szewc często używał słowa „oczyszczenie”. Ábla ono pociągało, ale nie rozumiał dokładnie intencji mówiącego. Szewc powoływał się na Biblię. Ábel lubił jej język. Sposób mówienia szewca oddziaływał nań jak jakiś niepokojący śpiew, fałszywy i przerywany, ale wykonywany żywym, pełnym głosem. Ten człowiek miał w sobie coś z wędrownych kaznodziejów. Kiedyś nazwał się „pomniejszym prorokiem” i spuścił oczy.
Ábel myślał czasami, że szewc wie o nich wszystko. Bo wiedział o mieście zaskakujące rzeczy. Z rzadka wychylał się ze swojej norki, wydawało się, że informują go jacyś niewidzialni heroldowie, ale czasami jednym słowem zdradzał, że wiadomo mu o wielu rzeczach. Nigdy nie mówił w obecności syna. Gdy Ernő wchodził do warsztatu, szewc pochylał się nisko i milkł. Mówił o synu z szacunkiem również w jego obecności, ale nigdy nie zwracał się do niego bezpośrednio. Ábel przyjrzał mu się w zamyśleniu. Zawsze, gdy tu przychodził, po krótkim czasie odpędzał myśl, by szczerze porozmawiać z szewcem. Także i przed chwilą, kiedy szedł ulicą, ogarnęła go przemożna chęć odwiedzenia tego człowieka i opowiedzenia mu o wszystkim. Może powinienem poprosić go, pomyślał, żeby zgasił światło. W ciemności łatwiej. Zaprzyjaźnił się z szewcem dopiero kilka miesięcy temu, dawniej nic nie wiedział o ojcu przyjaciela. Ale nie uważał go za wariata. Szewc był człowiekiem bez wieku. Ábel miał wrażenie, że jest mu bliższy niż reszta dorosłych. Jakby i on znajdował się w stadium przejściowym pomiędzy dzieciństwem a wiekiem dojrzałym, jak oni wszyscy. Szewc nie należał do świata dorosłych i nie był też dzieckiem. Wydawało się, że i on żyje jeszcze pomiędzy obszarem dobra i zła. Ale to wrażenie liczyło się mniej od tajemnicy, o której nie wiedział nikt poza nim. Bał się szewca, ale czasami miał wrażenie, że tylko on może jeszcze coś pomóc. Wprawdzie wyglądał jak człowiek dorosły, ale czasami wydawał mu się kimś, kto chodzi w przebraniu i z przyprawioną brodą.
Nie potrafił rozstrzygnąć, czy szewc jest jego przyjacielem czy wrogiem. Używał ogólników, pracował szerokimi pociągnięciami pędzla. Stan panów, mawiał, stan biedaków. Tylko grzesznik doznaje oczyszczenia. Jego głos, zwykle matowy i bezbarwny, w takich chwilach rozlegał się w warsztacie dźwięcznie niczym głos kaznodziei.
– Jak mówiłem – zakończył bez żadego przejścia – mój syn Ernő przebywa obecnie w kawiarni z paniczami. Zgodnie ze zwyczajem ma od dziś prawo jawnie bywać w miejscach, do których chadzają dorośli panowie.
Pochylił się w ukłonie i usiadł na swoim stołeczku, wziął do ręki but, jakby nikogo poza nim w warsztacie nie było. Ábel stanął przy nim, przyglądał się przez kilka chwil, jak schylony nad skórą podeszwy robi szydłem małe dziurki wzdłuż jej brzegu. Przyszedł po to, by mu opowiedzieć o wszystkim, o Tiborze, o aktorze, by prosić go o pomoc w niebezpieczeństwie, które zagrażało im wszystkim. Co zostanie wypowiedziane, zaczyna żyć. Pożegnał się cicho i nieśmiało, ale szewc już go nie słuchał. Odezwał się dopiero wtedy, gdy Ábel był na schodkach. Odwrócił się i zdumiony ujrzał, że szewc się śmieje:
– Wszyscy będziemy oczyszczeni – powiedział i uniósł nóż szewski. Jego twarz jaśniała.
Wonny Amadé
Możliwe, że wszyscy będziemy oczyszczeni, pomyślał. Szedł powoli wzdłuż muru, jakby się włóczył bez celu. Banda już na niego czekała. Talia kart ciążyła mu w kieszeni. Był ciepły i niepokojąco parny wieczór. Po południu musiał spaść letni deszcz, który nadał ulicy delikatny, miękki połysk, ale wieczorem z gór napłynął wiatr i wysuszył jezdnię. W powietrzu unosiła się parna letniość, która napływała do miasta od świeżo spulchnionej ziemi, kiedy wiosną podnosi się mgła, a wilgoć osiada na ciałach.
W kwietniu skończył osiemnaście lat. Właściwie wyglądał na mniej. Na korytarzu szkoły przed aulą wisiały grupowe fotografie dawnych roczników. Wiele razy się im przyglądał i widział, jak bardzo on i jego koledzy różnią się poprzedników, którzy zdawali egzamin dojrzałości dwadzieścia, a choćby tylko i dziesięć lat temu. Tamci byli niemal bez wyjątku postawnymi, krzepkimi, imponującymi młodymi ludźmi. Każdy z nich wyglądał jak dojrzały człowiek; byli męscy. Niejeden nosił już podkręcone wąsiki. Przy nich równieśnicy Ábla przypominali chłopców w krótkich spodenkach. Byli jakoś niewyrośnięci, twarze mieli dziecinne, jakby każdy kolejny rocznik składał się z coraz delikatniejszych, coraz bardziej dziecięcych chłopców. Znalazł fotografię rocznika z roku, w którym maturę zdawał jego ojciec. Sędzia Kikinday, lekarz pułkowy Kronauer i ojciec, całkiem dorośli. Kronauer miał spiczaste wąsiki i spodnie w pepitkę. Ojciec też był męski, postawny. Od tego ojca, którego znał Ábel, różnił się tylko tym, że w późniejszych latach zapuścił brodę. Ale można go było sobie wyobrazić z brodą już wówczas, przed dwudziestu czterema laty. Zastanawiał się, jak by sam wyglądał, gdyby zapuścił wąsy albo brodę – i uśmiechnął się gorzko. Ten pomysł był nierealny, bo twarz miał bladą i żadnego zarostu, nawet zaczątka wąsów. Dłonie również miał małe, dziecięce. A może z każdym rocznikiem ludzie się kurczyli? Możliwe też, że w ten sposób postępuje ewolucja ludzkości? Japończycy również są mali, a wyglądają na starszych od nas.
Dwa lata temu zaczął czytać. Robił to niesystematycznie, czytał wszystko, co wpadło mu w ręce. Któregoś dnia coś napisał. Miał piętnaście lat. Kiedy zobaczył to na papierze, przestraszył się i schował kartkę do szuflady. Nazajutrz wyjął i przeczytał. To nie był wiersz, ale wyglądało na to, że również nie proza. Przestraszył się i podarł. Ten strach utrzymywał się przez kilka dni. Żył jeszcze wtedy w „tamtym świecie”. Nie miał z kim porozmawiać. Co to było? Dlaczego to napisał? Co to znaczy, że człowiek bierze pióro do ręki i coś zapisuje? I spod pióra wyłania się kilka gotowych, krągłych wersów. Dlaczego to zrobił? Czy w ten sposób piszą pisarze? Rozmawiał o tym z Péterem Garrenem, który tylko wzruszał ramionami, ale Ábel podejrzewał, że Péter też pisze. Któregoś dnia wpadła mu w rękę książka, którą ktoś przywiózł z frontu. Była to książka rosyjska, napisana cyrylicą. Powieść. Książka nieznanego pisarza. Nie potrafił o tym myśleć bez wzruszenia. W Rosji żyje nieznany człowiek, wyczarował z nicości postaci, sceny i tragedie, utrwalił je na papierze, i duch przebył tę wielką odległość, a on trzyma go teraz w ręce. Czyżby miał kłamać?
Zatrzymał się przed witryną księgarni i melancholijnie przyjrzał się książkom. Kryły w sobie jakąś tajemnicę, która dotyczyła nie tego, o czym mówiły, tylko raczej tego, dlaczego zostały napisane. Nie miał z kim o tym porozmawiać. Czasami próbował z Ernő, ale Ernő zawsze mówił o czymś innym. Mówił o „treści” książek. Ábel wiedział jednak, że nie to jest najważniejsze. Chciał się dowiedzieć, w jakim celu powstawały książki. Czy tylko dlatego, że autorów radowało zapisywanie swoich myśli? On odczuwał, że to sprawia raczej ból. I czy traci to, co zapisał, czy później nie ma z tym już nic wspólnego i pozostaje tylko przykre wspomnienie, jak po występku, za który – kiedyś, później – sprawcę można zawsze pociągnąć do odpowiedzialności?
Napisał kilka wierszy. Opisał czyjś wygląd, rozmowę zasłyszaną na ulicy. Nikt o tym nie wiedział. Ani banda, ani ciotka. Tibora interesował tylko sport i kobiety. Bélę tylko moda i kobiety. Jednorękiego tylko kobiety. Tamása Garrena gotówka i gra. Co interesowało Ernő? Nie potrafił powiedzieć. Ernő z pasją grał w szachy. Był świetnym matematykiem. Ale odpowiedź na pytanie, dlaczego ktoś siada w nocy w swoim pokoju, by zapisać na papierze coś, co widział czy słyszał, na pewno go nie interesowała.
Nocą, kiedy samotnie siedział w swoim pokoju nad kartką papieru, przypominały mu się sekretne i zawstydzające godziny gry ojca na skrzypcach, a wtedy zirytowany wstawał od stołu, kładł się i od razu przykręcał lampę. Wiedział, że to, co robi, nie jest „prawdziwe”. To było coś takiego, jak gra ojca na skrzypcach. Czuł, że nie chodzi o to, aby zapisywać, co widział czy słyszał w ciągu dnia. Za każdą rzeczą krył się głębszy sens, tajemnica, istota, współzależność: to należało poznać, pojąć i wyrazić. Kiedyś wpadła mu w rękę Wojna i pokój. Kiedy dotarł do sceny, w której powracający z pola bitwy książę widzi swoją zmarłą żonę, a jej wyraz twarzy pyta: „Co ze mną zrobiliście?” – doznał wstrząsu. Czuł, że wyrażono tu coś, co nie mieści się w słowach. Co było związane z wszelkimi ludzkimi sprawami. Co ze mną zrobiliście?
Doszedł do ulicy Głównej. Miasto było słabo oświetlone, jak pokój chorego. Po corso spacerowały jeszcze liczne pary, ale w teatrze przedstawienie już się rozpoczęło. Przed sklepem kolonialnym ojca Béli stali oficerowie i rozmawiali z aptekarzem, który miał garb i znał wszelkie rodzinne plotki w mieście. Przyglądali się dziewczętom, a aptekarz zabawiał ich poufnymi informacjami. Czasami grupa wybuchała śmiechem. Byli to urlopnicy albo rekonwalescenci, jeden z nich we frontowym mundurze. Aptekarz podniósł dłoń do ust.
Naprzeciw teatru, przed kawiarnią, oparty o słup ogłoszeniowy stał aktor. Rozmawiał z Jednorękim, coś mu głośno tłumaczył. Kiedy Ábel podszedł bliżej, skłonił się przed nim głęboko.
– Na ciebie czekamy, aniele – powiedział.
Aktor zjawił się w mieście na początku jesieni, przyjechał z trupą i zapewniał, że uprzednio miał kontrakt w stolicy, ale trupa zrobiła klapę. Miał czterdzieści pięć lat, przyznawał się do trzydziestu pięciu. Banda nie wierzyła mu, ale niezależnie od tego jej członkowie na ślepo, spragnieni słuchali każdego jego słowa. W trupie aktor miał rolę komika i tancerza, ale kazał się nazywać baletmistrzem. Kontrakt zobowiązywał zespół do odegrania w każdym sezonie kilku przedstawień operowych. Wtedy komik ćwiczył z trupą tańce.
Był otyłym mężczyzną z okazałym podbródkiem i brzuchem; rzadkie zjawisko wśród tancerzy. Publiczność lubiła go, ponieważ do granych przezeń ról zawsze przemycał aluzje do miejscowych plotek. Nosił jasnobrązową peruczkę. Jego czaszka przypominała kształtem koński łeb, podbródek miał wysunięty i był tak silnym krótkowidzem, że będąc na scenie, nie dostrzegał budki suflera, ale z próżności nie nosił okularów i – jak zwykł mawiać – nie nosił ich również w życiu.
Nazywano go Amadé, na plakacie widniał pod nazwiskiem Amadé Volpay. Mówił cokolwiek niewyraźnie, jakby miał w ustach kluski. Ubierał się w luźno skrojone, obszerne ubrania, które sprytnie zakrywały jego otyłość, a specjalne gorsety – na scenę zakładał tak ciasny gorset, że krew napływała mu do twarzy – sprawiały, że nie wyglądał na tak otyłego, jakim był w rzeczywistości. W długich i przekonywających tyradach dowodził znajomym i nieznajomym, że właściwie nie ma nadwagi. Kiedy o tym mówił i powołując się na mierzone w centymetrach wymiary oraz na tablice lekarskie, przekonywał, że jest szczupły jak flaming i pod każdym względem ucieleśnia ideał mężczyzny, wypinał brzuch, bo w ferworze przemowy zapominał go wciągnąć.
Dlatego też nawet po ulicy poruszał się baletowym krokiem, niemal na puentach. Niósł swoje ciężkie ciało, stąpając na palcach, posuwał się naprzód lekko, stawiając drobne kroczki, jakby był piórkiem i musiał uważać, by nie porwał go silniejszy powiew wiatru. Podbródek miał zawsze gładko wygolony, niemal niebieskawy, nikt nigdy nie widział go nieogolonego. Podgardle smarował cienko kremem i obsypywał pudrem ryżowym, po czym jak niemal osobną część ciała umieszczał starannie w rozpięciu kołnierzyka. Tłustą, drobną, białą rączką dotykał go czasami delikatnie, jakby chciał się upewnić, czy znajduje się na swoim miejscu i czy nic mu nie grozi.
Aktor całymi dniami przebywał na ulicy, na najczęściej odwiedzanym odcinku ulicy Głównej, pomiędzy kościołem a kawiarnią, skąd mógł zawsze obserwować bramę teatru. Widywało się go tu niemal przez cały dzień, spacerującego w tę i z powrotem i najczęściej perorującego w większym towarzystwie. Tylko po obiedzie miał zwyczaj zachodzić do kawiarni, siadać za jej środkowym oknem, gdzie musieli go widzieć wszyscy przechodzący chodnikiem, a i on mógł obserwować wszystkich. Nie grywał w karty. Nie pił. W widoczny sposób omijał z daleka pozostałych aktorów trupy. Z jego ubrań unosił się słodkawy, duszący zapach cynamonu. Ten zapach płynął za nim po ulicy; gdy ktoś tamtędy przechodził, mógł wiedzieć, że Amadé Volpay był tu przed chwilą.
Na grubych palcach nosił dwa pierścienie, sygnet z czerwonym kamieniem i obrączkę. Nigdy nie twierdził, że nie jest kawalerem. Pierścienie nosił tylko dla pozoru.
Kiedy aktor pojawił się w mieście, banda już istniała. W każdej ludzkiej wspólnocie działają procesy krystalizacji, których praw nie znamy. Do jednej klasy chodzili właściwie dopiero od czwartego oddziału. Ernő jako jedyny przemęczył się w tej szkole osiem lat. Béla, syn kupca kolonialnego, zmienił już trzy szkoły, zanim tu dotarł; przez jeden rok przebywał nawet w internacie w stolicy. Wychowywał się w internatach, w salach, gdzie sypiał z trzydziestoma innymi chłopcami. Już w dzieciństwie nosił kordzik, ozdobny sztylecik przy mundurze obowiązującym w konwikcie. Tibor znalazł się wśród nich w czwartej klasie, kiedy pułkownik został przeniesiony do miasta. Ábel po raz pierwszy pojawił się w szkole w trzeciej klasie, wcześniej uczył się w domu. A Garrenowie tu się urodzili i stanowili raczej nieodłączną część miasta niż jego mieszkańców.
W czwartej klasie było ich łącznie pięćdziesięciu. Do matury dotrwało zaledwie siedemnastu. Wojna, o której nigdy nie mówili, siała niedostrzegalne spustoszenie również wśród nich, w głębokim ukryciu, w tej niedostępnej kryjówce, jaką była jedna z klas prowincjonalnego gimnazjum. Kiedy wojna wybuchła, szli do piątej klasy i było ich pięćdziesięciu. Po czterech latach, przed maturą pozostało z klasy tylko siedemnastu. Wielu po prostu porzuciło naukę. Chłopcy ze wsi wrócili do domów, by podjąć pracę zmobilizowanych ojców. Niektórzy nie mogli już sobie pozwolić na płacenie czesnego. A o wielu innych nic nie było wiadomo. Może się pochorowali. Może poumierali. Umarłych na ostatnią drogę odprowadzały powiewające kirem sztandary szkoły i chór śpiewający żałobne pieśni. W tych latach na frontach zginął ponoć milion ludzi. A może dwa miliony? Mówiono nawet, że trzy. A oni, głęboko ukryci, żyli za plecami wojny, wśród gór. Miasto, jak zakutane w becik czy obwiązane bandażem, trwało w ciszy. Wojna docierała tu jakby tylko przez naczynia włosowate. Ale te naczynia, przyłączone do ogromnej pompy, wysysały z miasta życie, a zamiast niego przynosiły wojenne powietrze; było one podobne do dziwnego, śmierdzącego gazu, który docierał tu z frontów rozrzedzony i osłabiony, lecz ciągle miał w sobie dość mocy, by sparaliżować członki, przepalić płuca i zabić co słabszych. Kiedy wybuchła wojna, było ich pięćdziesięciu, a nazajutrz przed fotografem stanie tylko siedemnastu.
Jeszcze dwa lata wcześniej, przed siódmą klasą, członkowie bandy nie interesowali się sobą nawzajem. Żyli osobno, obok siebie, ale osobno. Tibor był pochłonięty sportem, Ábel literaturą, Ernő pogrążył się w nauce. A obaj Garrenowie, Péter i Tamás, pojawiali się tylko na egzaminach. Trudno powiedzieć, co łączy ludzi, szczególnie w całkiem młodym wieku, kiedy interes jeszcze nie plącze i nie przeplata nici zadzierzgniętych przyjaźni. Béla siedział w ostatniej ławce i przez całe lata należał do klasowego plebsu; poza kilkoma okazjonalnymi sytuacjami prawie nigdy nie rozmawiał z Ablem czy Péterem. Ábel czynił czasami krok w stronę Ernő, ale zawsze zatrzymywało go coś, jakby lekkie uderzenie, ledwo dostrzegalne odrzucenie, które na długi czas zniechęcało go do szewskiego syna.
Na ogół to nie wzajemna sympatia łączy ludzi. Kiedy ludzie odkrywają, że mają ze sobą coś wspólnego, to dla nich nierzadko przykre, bolesne uczucie. Przez trzy lata Ábel siedział w trzeciej ławce rzędu przy drzwiach. Za jego plecami Ernő, na prawo w pierwszej ławce Tibor. Na początku czwartej klasy, podczas lekcji fizyki Ábel znudzony gapił się przed siebie, po czym, przesuwając wzrok po rzędach ławek, przyjrzał się Tiborowi, który z głową opartą na dłoni czytał coś pod ławką. Nie odczuł niczego specjalnego, żadnego uderzenia. To było raczej znudzenie; odwrócił głowę i rozglądał się dalej. Ale był zaskoczony, kiedy uświadomił sobie, że nie potrafi patrzyć w inną stronę. Krążył wzrokiem po klasie, w której unosił się senny szum, po szybie okna łaziły ociężałe, niebieskawe, jesienne muchy. Kiedy pojął, że Tibor przyciąga jego wzrok, zwrócił się ku niemu z zainteresowaniem. Czyżby było w nim coś, czego do tej pory nie zauważył? Może tego dnia inaczej się uczesał czy założył nowy krawat? Przyjrzał mu się z uwagą. Nie spostrzegł niczego szczególnego. Tibor miał zwyczaj strzyc się krótko, jak żołnierze. Siedział w ubraniu koloru khaki, miał zieloną muszkę, w zamyśleniu pocierał skroń. Czytał. Raz nawet włożył palec do nosa, coś stamtąd wyjął i nie patrząc, wypstryknął na podłogę, a drugą ręką przewrócił kartkę w książce pod ławką. Musiała to być rzecz o sporcie, o hippice lub o futbolu. Ábel przyglądał mu się z zainteresowaniem i nie rozumiał, co tak przykuło jego wzrok.
Zapatrzył się na ucho Tibora, który oparł skroń na zagiętych haczykowato palcach, ale kształt jego dłoni pozostał pomimo to łagodny i krągły. Widział też linię nosa z trzech czwartych. Twarz miała ostre rysy. Było to łagodniejsze oblicze pułkownika Prockauera, młodszego o trzydzieści lat i trochę piegowatego. Ábel przyglądał się w skupieniu, ze zmarszczonymi brwiami. Później wydawało się, że w ciągu tamtych chwil czy minut po prostu tylko świadomie nazwał wszystko to, co już od dawna o nim wiedział i co zaobserwował. Na przykład, że Tibor ma na karku piegi, tam, gdzie jasne włosy zbiegają ostrym łukiem nad kręgiem szyjnym. Jakby jego bardzo biała skóra była popstrzona przez muchy.
Tibor poruszył się, wsunął książkę głębiej pod ławkę, z zainteresowaniem rozejrzał się dokoła, jak ktoś, kto powrócił z innego świata. Na chwilę widział vis-à-vis jego surowe, przekornie zaciśnięte usta, wokół których rysowała się pełna urazy nuda. W tamtej chwili poczuł wzruszenie.
Kiedy został sam, po południu, w swoim pokoju, wykonał rysunek, po czym odsunął deskę i spróbował oddać to w tuszu: pomiędzy dwoma ruchami wróciło do niego uczucie zaskoczenia, znacznie silniej niż przed południem.
Po tygodniu banda już istniała. Z luźnej materii w jednej chwili powstał kryształ, ale nie sposób było powiedzieć, jaki proces to poprzedził. Nie było wiadomo, co zbliżyło do siebie chłopców, którzy jeszcze całkiem niedawno niczego o sobie nawzajem nie wiedzieli, co ich pociągnęło ku sobie w tak krótkim czasie i w sposób bardziej niepokojący niż poczucie winy, związało silniej niż rodziców z dziećmi, niż kochanków, niż morderców. Ruszyli ku sobie z czterech rogów szkolnej klasy, pospiesznie, jakby od lat czekali na tę chwilę i mieli sobie mnóstwo do powiedzenia. Stali się bandą, choć jeszcze tydzień wcześniej ledwie ze sobą rozmawiali. Béla, którym dotychczas pogardzali, przyłączył się zdyszany, żeby nie przegapić momentu. Ale kiedy spojrzeli sobie w oczy, stojąc w rogu korytarza i rozmawiając o czymś, a Ernő zdjął okulary, nagle zamilkli. Tibor stał pośrodku. Coś powiedział, słowo stanęło mu w gardle. Milczeli, po czym każdy powlókł się na swoje miejsce.
Stali w obrotowych drzwiach kawiarni. Przez chwilę ściskał jeszcze dłoń aktora. Cesarze rzymscy byli władcami absolutnymi. Amadé ma w sobie coś z Nerona – pomyślał. – Prawda, Neron był również aktorem. Jesteś pierwszym dorosłym, którego tykam, z którym jestem na ty. Jak dorosły z dorosłym. Mówi, że był w Barcelonie. Możliwe, że kłamie. Trzeba by sprawdzić, czy mówi prawdę. Ojciec siedzi teraz przy kolacji. Może po południu musiał amputować cztery takie grube nogi, jak nogi aktora. Lajosowi też amputowano rękę. Amadé założył dziś jasnobrązowy krawat, to już czwarty krawat, jaki na nim widzę. O, idzie pan Kikinday, którego mandaryn skazał na śmierć. Ma granatowy krawat w białe kropeczki, żółty jedwabny w zielone pasy. Biały jedwabny w wielkie niebieskie grochy. Ciotka Etelka też ma taką bluzkę, białą, jedwabną, w wielkie niebieskie grochy. Ale już jej nie nosi, rok temu jeszcze nosiła. Amadé znów pachnie cynamonem. Bawiliśmy się w ogrodzie z córeczką dozorcy, ukryliśmy się w szopie i ustaliliśmy, że ja mam ją ukarać, podniosłem jej sukieneczkę i biłem nagą pupę, aż poczerwieniała. Wtedy nadeszła ciotka Etelka, zobaczyła, co robię, i dała mi lanie. Miałem cztery lata. Córeczka dozorcy trzy. Ciotka Etelka miała czterdzieści. Kiedyś zostawiła otwartą szufladę z bielizną, wyciągnąłem stamtąd jakiś gałgan i bawiłem się nim, zrobiłem sobie z niego czepek, jaki noszą pokojówki. Ciotka Etelka cała poczerwieniała, kiedy mnie zobaczyła, wyrwała mi gałgan i uderzyła mnie w rękę. Dziś już wiem, że ten gałgan, który zaraz schowała, to był jej stanik, akurat świeżo przyniesiony z pralni. Ale skąd ja dziś wiem, że to był stanik ciotki? Nikt mi tego nie powiedział. I co takiego oburzającego w tym, że ciotka ma piersi? Amadé założył dziś lepszą perukę. Jaką miał ciepłą rękę! I taką miękką, że mój kciuk po prostu zapadł się w tę poduszeczkę pod jego palcem wskazującym. Peruka Amadé dobrze przylega. Kiedy znalazłem treskę ciotki w szafie za książkami, myślałem, że teraz wreszcie ją zdemaskuję. Ciotka nie nosiła peruki, ale miała wiele tresek. Znalazłem dwa lśniące, grube warkocze. Może dziś opowiem o tym Tiborowi. Albo Amadé. A może żadnemu z nich, tylko Ernő? Gdybym opowiedział Amadé, pewnie by odparł: „Entliczek, pentliczek, mój kolego, coś podobnego!”. I otworzyłby usta, i wysunął gruby język między mięsistymi wargami, jak zawsze. Teraz się śmieje, widzę jego złoty ząb. Aktor puścił rękę Ábla. Weszli w obrotowe drzwi.
Weszli w obrotowe drzwi i znaleźli się w kawiarni. Była to godzina, o której w kawiarniach prowincjonalnych miast zwykli przebywać tylko ludzie o podejrzanej reputacji. Pewne oznaki życia widoczne były tylko w głębi lokalu, w pokojach karcianych. W jednym z nich siedziało dwóch akwizytorów, redaktor miejscowej gazety, niski człowiek ze starannie zaznaczonym przedziałkiem na środku głowy i ubrany z przesadną elegancją. Naprzeciw drzwi siedział Havas, trzymał w ręce karty, na łysinie błyszczały mu kropelki potu. Czasami sięgał do kieszeni surduta i czerwoną chustką wycierał twarz. Ten były dyrektor młyna, właściciel miejskiego lombardu zalicytował właśnie szlema, kiedy przeszli przed drzwiami. Aktor i Ábel przystanęli i ukłonili się. Havas zrobił ruch, jakby chciał podnieść się z miejsca, ale, a może im się tylko tak wydawało, potężne ciało pozostało wprost przyklejone do krzesła. Powiedział, że życzy wszystkiego najlepszego i że przyszli przyjaciele. Promieniowała zeń jakaś ukryta radość, która kazała mu wrócić do kart. Zalicytował jeszcze kontrę. W pokojach karcianych zaduch był większy niż w przestronniejszej sali głównej kawiarni. Pomieszczenia te trudniej było wietrzyć, a grający silnie się pocili. Mieli zwyczaj rzucać na ziemię niedopałki cygar. Niektórzy spluwali na żarzący się niedopałek i tytoń, który wygasał, skwiercząc, wypełniał niższe rewiry kawiarni duszącym dymem. Członkowie bandy zajęli miejsca w jednym z tylnych pokojów, jak wówczas, kiedy przebywanie w kawiarni było im zabronione. Aktor usiadł u szczytu stołu, Ábel obok Ernő.
– Ktoś oszukiwał – oświadczył spokojnie Ábel. Wyjął talię kart i rozłożył ją na stole.
– Nie chcę odkładać tego tematu – powiedział i sam się zdziwił, jak spokojny ma głos. – Kiedy tu szedłem ulicami, nie wiedziałem jeszcze, co z tym zrobię, nie wiedziałem nawet, czy wam o tym powiem. Ale powiedziałem. Nie wiem, czy ten ktoś oszukiwał już od dawna, czy dopiero dziś? Przyniósł ze sobą dwa asy, czerwiennego i żołędnego, i dwie dziesiątki, winną i dzwonkową. Podczas kiedy my kontemplowaliśmy rozdanie, on mając asa, dodał swoją dziesiątkę albo zebrał ją z trzech kart i nie dobierał, tylko niezauważalnie dołączył swojego asa. Przyjrzyjcie się tym kartom, mają taki sam awers jak nasza talia. Nie sposób odróżnić ich od reszty, nie wiadomo, która jest nasza, a która oszusta?
Ernő gapił się w powietrze, zdjął okulary i zmarszczył brwi. Béla założył monokl, który dziś nosił po raz pierwszy, na bladą, opuchniętą i pokrytą wypryskami twarz. Tibor otwarł usta i zacisnął zęby.
– Natychmiast chodźcie do mnie do domu – powiedział Béla. – Natychmiast. Przeszukajcie moje szuflady, szafy, książki, kieszenie ubrań, możecie nawet przeciąć podszewkę, wszystko. Przeszukajcie całe mieszkanie. A rewizję osobistą możecie mi zrobić choćby zaraz, na miejscu.
– Osioł jesteś – powiedział Tibor. – Siedź.
Był bardzo blady. Czoło miał białe jak ściana. Usta mu drżały.
– Tak jest, osioł jesteś – podtrzymał Ábel. – Nie o to chodzi, żebym ci robił rewizję osobistą. Nikomu nie można zrobić rewizji osobistej. Lajos tylko kibicował. Proszę, to jest dowód. Dwa asy, dwie dziesiątki. Ktoś przyniósł ze sobą karty w kieszeni albo w rękawie. A więc któryś z nas oszukiwał.
– Mów ciszej – powiedział Jednoręki.
Przysiedli się bliżej.
– Problem w tym – ciągnął zniżonym głosem – że nigdy się nie dowiemy, kto. Rozumiecie? Nigdy. Każdego z osobna można by teraz zrewidować, ale wszyscy jesteśmy w tym samym stopniu podejrzani co niewinni. Idzie o pieniądze. Kto dziś wygrał?
Zaczęli sobie przypominać. Béla i Ernő wygrali mniej więcej tyle samo. Béla grał hazardowo, Ernő ostrożnie. Ábel i Tibor przegrali.
– Oszukiwać mógł również ktoś, kto przegrywał – powiedział Ábel. – Może właśnie dlatego zaczął oszukiwać, bo przegrywał? Wszyscy są tak samo podejrzani. Jeśli chcecie, ja też. Fakt, że to ja odkryłem oszustwo, ale może mam uciechę z tego igrania z niebezpieczeństwem? Może to ja oszukiwałem, a teraz przychodzę was oskarżać i mam przyjemność, gdy widzę, jak to was dręczy? Dlatego mówię, że rewizja osobista to głupstwo. Wszyscy jesteśmy jednakowo podejrzani.
– Wszyscy są podejrzani – powtórzył z zadowoleniem Jednoręki i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Ale nie zwrócili nań uwagi. Ábel patrzył przed siebie, wokół jego ust pojawił się bolesny grymas.
– Ja jednak nie oszukiwałem – powiedział powoli w zamyśleniu. – Ale to dziwne, że podejrzenie pasuje jednakowo do każdego z nas. Wygląda na to, że każdy podejrzany jest winien.
– To przesada – zauważył Jednoręki.
Aktor zamówił szynkę, ogórek w occie, jajko na miękko, herbatę z cytryną. Nie odzywał się dotychczas. Ostrożnym, miękkim ruchem poprawił obiema rękami peruczkę i zaczął jeść z przesadną elegancją, ale cicho pomlaskując. Dwoma palcami ostrożnie ujął łyżeczkę, delikatnie, niemal żartobliwie ostukał skorupkę jajka, czubeczkami palców oderwał kęs chleba, zanurzył w jajku, niezwykle starannie odciął tłuszczyk okalający szynkę, wyciął z niej żyłkę. Uniósł nóż, jakby to była pałeczka dyrygencka.
– Przesada – powiedział z łagodną surowością, ale w sposób nieznoszący sprzeciwu. – Lajos ma zawsze rację! Czy zauważyliście, że w ostatnich czasach Lajos ma zawsze rację? To przesada, przyjacielu – zwrócił się w półobrocie do Ábla. – Wszyscy wiemy, że masz łagodną i wrażliwą duszę.
Włożył płatek szynki do ust.
– Nie gniewaj się, ale tylko młodość może powiedzieć coś takiego. Doświadczenia, jakie zebrałem w wielkim świecie, mówią mi, że ludzie są na ogół w stanie wszystko przeboleć. Jeśli oczywiście uda im się przeżyć.
Pochylił się nad jajkiem i powąchał je.
– Jesteś dusza filozoficzna, ot co! Sam przypadek jest oczywiście nieprzyjemny. Mamy wszelkie powody, by wierzyć, że nasz przyjaciel Ábel mówi prawdę. Któryś z was oszukiwał. Ładne rzeczy – mlasnął językiem. – Bo co to oznacza? Może wcale nie oszukiwał dla pieniędzy? Człowiek nigdy nie wie, co uczyni w następnej chwili. Przykra, nadzwyczaj przykra sprawa. Oszust naturalnie przygotował się do tego, bo przyniósł ze sobą karty. Ale może tylko igrał z tą myślą? Wszystko jest grą, moi przyjaciele.
Musnął karty. Odłożył nóż i widelec i odchylił się do tyłu na krześle. W zamyśleniu, nieuważnie rozejrzał się dokoła. Zaskoczyła go uwaga, jaką ujrzał na twarzach chłopców. Gdzie indziej nie obdarzano go taką uwagą, słuchano raczej z ironią lub obojętnością. Ale w tym towarzystwie do każdego jego słowa przywiązywano wagę i znaczenie. Uśmiechnął się z satysfakcją i pychą.
– Nie zajmuję się teraz odkryciem, jakiego dokonał nasz przyjaciel Ábel – uczynił odmowny ruch ręką. – Co tam karty! Co tam pieniądze! Ja myślę o czym innym. Kiedy mój przyjaciel Lajos był tak miły i poznał mnie z wami… moi młodzi, szalenie młodzi przyjaciele… po odebraniu pierwszego, uroczego wrażenia zadałem sobie pytanie: co między nimi jest? Bo między wami coś było. Czyż nie mam dość doświadczeń, by ocenić stosunki ludzkie? Powiedziałem sobie: coś ich łączy. Nie mówią o tym. Ale wszyscy o tym myślą. I któryś z nich oszukuje.
Jadł dalej z elegancją. Pod jego rękami szynka zmieniała się w szyneczkę, jajko w jajeczko. Wszystko, nawet solniczkę, brał w palce tak, jakby chciał pogłaskać.
Mówił cicho, uroczyście i z uczuciem. Na chwilę przymknął oczy, jakby zagłębił się w sobie. Z sąsiedniego pokoju dochodził głos Havasa i odgłos rzucanych kart. Przez kawiarnię przeszła sprzątaczka z wiadrem i ścierką. Kelner siedział w półmroku przy stołach do bilardu jak zakonnik przy okienku swojej celi o zmroku. Lajos z żywym i pełnym zadowolenia zainteresowaniem rozglądał się po twarzach.
– To w końcu nieważne, że teraz na dodatek ta osoba oszukiwała również w kartach – ciągnął aktor. – On jest waszym Judaszem, którego nie znamy i nawet nie śmiem się bawić w podejrzenia… bo wszyscy czterej jesteście mi jednakowo mili… a jednak oszukuje was od dawna. Oszukuje każdym słowem. Każdym spojrzeniem. W kartach oszukiwał tylko dlatego, by ukoronować swoje dzieło. Chciał się nasycić tym uczuciem, że może was oszukać. Niemcy mawiają: spuśćmy na to zasłonę. Bardzo mądre zdanie. Nie zawracajcie sobie tym głowy, przyjaciele. Macie za sobą piękny dzień. Nie musicie się już sumitować przed profesorami. Miałem nadzieję, że dzisiejszej nocy uczcimy to wydarzenie.
Z zadowoleniem, mlaskając, kończył posiłek.
Ábel powoli, po jednej zebrał karty. Ohneas, bank, do koloru, zamek z kart, proszę jedną, daję laufa, nie daję laufa. Ernő nigdy nie dawał laufa. W dłoniach Havasa karty skrzypiały. Któż to ten Havas. Właściciel miejskiego lombardu. Dlaczego śni mu się od tygodni? Śni mu się, że Havas wchodzi do pokoju, wierzchem dłoni wyciera sumiaste wąsy, kłania się i dla wygody rozpina kołnierzyk. Oczy giną mu niemal w tłustej twarzy, kiedy się śmieje. Wokół ust Tibora ukazał się przekorny, cierpki rys.
Ábel schował karty do kieszeni. Patrzyli na siebie ostrożnie, pochylali się nad stołem, rzucali sobie spojrzenia, ale natychmiast odwracali oczy. Kelner wstał, zapalił lampy, powoli zaczęli napływać goście. Najpierw dwóch oficerów, potem urzędnik kasy miejskiej. Nadeszli też członkowie kapeli cygańskiej.
W drzwiach pokoju stanął Havas. Brzuchaty, pomarszczony, z resztką popiołu z cygara na opiętej kamizelce.
– Serwus, Amadé – powiedział, sapiąc.
– Serwus, Emil.
Wszyscy spojrzeli na niego.
– Sługa uniżony – powiedział Havas. – Moje uszanowanie.
– Będzie majówka – obwieścił Jednoręki.
Majówkę omówili po południu. Był to pomysł Jednorękiego i wszystkim się spodobał. Musiał się podobać, bo wymyślił go Jednoręki. Majówka była zaplanowana we wzniesionej na wzgórzu gospodzie o nazwie Cudaczna. Wysłali posłańca do właściciela. A dlaczegóż to właśnie w Cudacznej? Jednoręki całe popołudnie biegał po mieście. Wszystko było gotowe. Zamówił lampiony, uzgodnił plan z ciałem pedagogicznym i zdobył zgodę większości abiturientów. Wokół Cudacznej jest już zielono. A w razie potrzeby w godzinach nocnych zajmą pomieszczenia budynku gospody. A znajomi goście są zawsze mile widziani. Havas dosiadł się do stołu. Posysał pustą fifkę. Powiedział, że majówka to bardzo przyjemny pomysł. Pogoda ciepła, letnia. Ale on, Havas, osobiście nigdy nie lubił zabaw pod gołym niebem. Człowiek wieczorem usiądzie na trawie i zaziębi, za przeproszeniem, siedzenie. Gdy Havas miał ochotę na zabawę, szedł do kawiarni Petőfi.
– Ja uczęszczałem tylko do szkoły powszechnej – powiedział z zadowoleniem. – Ale kawiarnię Petőfi mogę panom polecić. Na pierwszy rzut oka nic takiego. Parterowy dom, pospolite wejście. Ale w środku, panowie, człowiek czuje się jak w domu. Właściciel siedział cztery lata za handel dziewczynkami. Jeszcze przed wojną. Popełnił pewne błędy. Tańczyłem tam już nawet na stole bilardowym. Polecam panom kawiarnię Petőfi, jeśli mają panowie ochotę potańczyć na stole bilardowym.
Rozmarzony spojrzał przed siebie. Aktor zakończył posiłek.
– A o szanownym ojcu żadnych wieści? – spytał Tibora właściciel lombardu.
Głos miał pełen pokory i szacunku. Amadé patrzył w talerz. Ábel podniósł głowę, spojrzał na Tibora. Jednoręki znudzony gapił się przed siebie. Tibor poruszył się. Wyglądało, jakby chciał się poderwać z miejsca.
– Nie ma żadnych wieści – odparł po chwili.
– To bohater – powiedział z prostotą Havas. – Bohaterski pułkownik. Bohater spod Valjevo.
Przysunął się do stołu.
– To piękna rzecz, panowie. Panicz Lajos też jest bohaterem. Bohaterem spod Isonzo. A teraz panicz Tibor będzie miał sposobność pokazać, co umie! Bohaterska rodzina.
– Niech pan przestanie, stary ośle – żachnął się Ernő.
Właściciel lombardu zaśmiał się z przymusem. Odetchnęli. Tylko Ernő pozwalał sobie na taki ton wobec właściciela lombardu, przyjaciela Amadé. Gdy inni go spotykali, odwracali głowę albo spuszczali wzrok.
W oficjalnych kontaktach właściciel lombardu był rzeczowy i uprzejmy. „Opis przedmiotu zastawu. Dyktuję: damski złoty łańcuszek do zegarka, osiemdziesiąt gramów, wartość szacunkowa sto dwadzieścia, zaliczka sto, opłata manipulacyjna i procent cztery sześćdziesiąt, dziewięćdziesiąt pięć czterdzieści, proszę. Kto następny?” Nie podniósł oczu, kiedy Tibor przyniósł srebra, sławne srebra rodziny Prockauerów, z inicjałami. I szlacheckim herbem. Aktor rozmawiał z nim przed południem. Matkę Tibora zabrano o tej porze do szpitala na badania. Było to sześć miesięcy temu. Trzynastego października tysiąc dziewięćset siedemnastego roku. Data upływu zastawu trzynasty kwietnia tysiąc dziewięćset osiemnastego. „Dyktuję: zastawa stołowa srebrna na dwadzieścia cztery osoby, dwadzieścia dwa kilogramy, z monogramem. Wartość szacunkowa osiemset. Zaliczka sześćset”. Nie spojrzał na Tibora, szybkim ruchem wysunął pieniądze przez okienko.
– Ja na przykład nigdy nie jem szynki na kolację – powiedział Havas. – Uważam, że to nie z powodu odżywiania. Mój przyjaciel Amadé zaleca mi dietę. Ale ja się pytam, co mi da dieta? Nie chudnę ani deka, za to głowa mnie boli, czuję się fatalnie i mam ochotę kląć na czym świat stoi. Ciało musi być dobrze odżywiane, takie jest moje zdanie. I potrzeba trochę ruchu. Miłość też odchudza. Miłość, jestem doświadczonym człowiekiem, panowie, również odchudza. Ale gdzie w dzisiejszych czasach znaleźć choć trochę miłości? To rzadkość. Człowiek zadowala się czymkolwiek.
– Tłusta świnia – rzekł Ernő i odwrócił się.
Roześmiali się niepewnie. Aktor również. Ukazał sztuczną szczękę, jakby Ernő powiedział coś mądrego. W ich śmiechu był jakiś przymus. Ábel zaczerwienił się. Czuli coś niepokojąco przyjemnego, słysząc, jak Ernő zwraca sie do Havasa. Havas ważył sto trzydzieści kilo. Ernő wiedział, że wszystko zależy od niego, jeśli nie zdarzy się cud: od dobrej woli Havasa zależy wszystko. Matka Tibora jeszcze nie spostrzegła braku sreber. Ale pułkownik każdego dnia mógł przyjechać do domu na urlop albo zostać ranny i wtedy wszystko się wyda. Wprost nie można sobie wyobrazić, co się z nimi stanie, gdy nie znajdzie zastawy na swoim miejscu. Pułkownik kiedyś omal nie zabił dorożkarza gołą pięścią. Sprawa dotyczyła nie tylko Lajosa i Tibora, lecz ich wszystkich. Jeśli Havas nie zatrzyma zastawu, jeśli srebra przepadną, zanim zdobędą pieniądze, pułkownik może się nie zawahać i postawić ich wszystkich przed sądem. Starali się nikomu nie wpaść w oko. To, co działo się z nimi przez ostatnie pół roku, to była tylko i wyłącznie ich sprawa. Byle tylko Havas dał kilka tygodni zwłoki. Póki nie zakończy się ich przeszkolenie. Fakt, że sprawę sreber prędzej czy później trzeba jakoś uregulować. Pułkownik może ich posłać na front, do okopów, na ostre strzelanie, może kazać ich wychłostać. Potęga ojców była bezgraniczna.
Ernő rozmawiał z Havasem tak, jakby każde wypowiedziane zdanie stanowiło dla niego upokorzenie. A właściciel lombardu znosił to zachowanie. Ernő miał nad nim władzę. Ale nie wiadomo było, jakiej to natury władza. Może wiedział coś o właścicielu lombardu, poznał jego brudne interesy, lichwiarskie transakcje? Ernő odwracał głowę, kiedy Havas do nich podchodził. Robił cierpiętniczą minę, jakby chciało mu się splunąć na widok czegoś obrzydliwego. Właściciel lombardu udawał, że nie widzi Ernő i nie słyszy jego obraźliwych słów. Starał się zgadzać ze wszystkim, co Ernő mówił. Zawsze się uśmiechał. A wtedy wąsy unosiły mu się nad ustami, najeżając się. Tibor był zdania, że Havas boi się Ernő.
Aktor popadł w zadumę, po czym wyrywał się z niej.
– Wszystko w porządku – powiedział do Tibora. – Havas to mój przyjaciel, wie, że jesteście dżentelmenami. W myśl regulaminu nie ma nawet obowiązku… O nic nie będzie pytać. – Havas o nic nie pytał. Pieniądze, jak w tych miesiącach wszelkie pieniądze, znikły niepostrzeżenie: musieli ratować Bélę. Amadé też znalazł się w kłopotach, więc poratowali i jego. Teraz milczał. Uśmiechał się. Potrafił patrzyć przed siebie z tak nieobecnym uśmiechem, jakby miał szklane oczy. Białoniebieskie podgardle sztywno sterczało w wycięciu kołnierzyka. Czoło błyszczało woskowo. Był jak lala z porcelany. Uśmiechał się, w kąciku ust trzymał wykałaczkę, patrzył przed siebie szklanymi oczyma, w dal.
Właściciel lombardu włożył do fifki nową cygaretkę. Patrzyli na siebie z przyklejonymi do twarzy uśmiechami. Aktor ledwo zauważalnie wzruszył ramionami. Dalej się uśmiechali.
– Pan Ernő ma rację – przytaknął właściciel lombardu. – Co mam robić? Jestem gruby i koniec. Ja przynajmniej jestem gruby dlatego, że dużo jem. A na przykład Amadé prawie nic nie je, a jednak też jest gruby. To komórki, panowie. Rozmnażają się komórki tłuszczowe. Ja umrę, jak nie będę mógł porządnie zjeść. Duży kawałek tłustej pieczeni wieprzowej, pieczone prosię z chrupiącą skórką, do tego kartofle z cebulką i ogórki kiszone, ja lubię gryźć te twarde rzeczy, moje zęby tego potrzebują. I placki kapuściane. Ja poddałem się losowi, niech panowie popatrzą na mnie.
Popatrzyli na niego wszyscy i Ábel ujrzał na twarzy Tibora ów wymuszony uprzejmy uśmiech, który tak lubił. W tym uśmiechu było zakłopotanie i wzruszenie, wytworność. Tibor zachowywał się tak, jakby z pobłażliwą uprzejmością znosił fakt, że Havas jest gruby. Béla gapił się nań rybimi oczami, jakby go widział po raz pierwszy. Ernő zmarszczył nos.
– Możecie sobie wyobrazić… – zaczął, krzywiąc się z odrazą.
– …kiedy się rozbieram – ciągnął Havas spokojnie i poważnie. Pociągnął mocno z cygaretki. Kiwnął głową potakująco. – Tak, to przerażające. Bo noszę gorset. Nie na cały tułów, tylko na brzuch. I kiedy go zdejmuję, cały brzuch mi opada.
Rozejrzał się po towarzystwie, ze spokojem i ciekawością. Aktor zakasłał.
– Zostaniesz z nami, Emil? – spytał.
Właściciel lombardu powoli podniósł się z krzesła. Włożył kapelusz, który siedział mu na tyle głowy, czoło miał zroszone kropelkami potu.
– Bardzo dziękuję za zaproszenie – powiedział cicho. – Ale dziś nie mogę panom towarzyszyć.
Tibor poruszył się nagle.
– Jutro chciałbym z panem porozmawiać.
Oczy właściciela lombardu znikły za opuchniętymi powiekami.
– Kiedy pan sobie życzy, panie Prockauer.
– Ale nie w lombardzie.
– Naturalnie – odparł Havas. – Wobec tego o drugiej u mnie w mieszkaniu. Bardzo proszę.
Rozejrzał się.
– Może – dodał – pan Ábel też przyjdzie?
Ábel zaczerwienił się. Tibor odwrócił głowę.
– Przyjdę – powiedział prędko. Właściciel lombardu kiwnął głową, jakby go to nie dziwiło. Nikomu nie podał ręki. Kiedy wyszedł, Tibor wrócił na miejsce i potarł oczy.
– A teraz się zabawimy – powiedział aktor.
Drzeworyt
Miasto śpi wśród gór. Wznoszą się nad nim obojętnie trzy wieże. Domy posiadają elektryczność i kanalizację, przez dworzec przetacza się lokomotywa i wydaje długi gwizd. Wokół miasta wznoszą się trzy góry, znajduje się w nich trochę rudy miedzi, trochę rudy magnezu. Przez miasto biegnie rzeka, wartka górska rzeka, powietrze jest ostre i twarde. Po górskich zboczach wspina się gęsty las. Na szczycie najwyższej z gór długo błyszczy śnieg, z czego mieszkańcy są dumni, ponieważ ten krajobraz nadaje miastu charakter alpejski. Od dworca stary tramwaj dowozi na Rynek. Miasto położone jest nad morzem, właściwie niewielką zatoką. Mieszkańcy są dumni z morza, ale nie korzystają z niego. Domy są wąskie, wysokie, zabudowa gęsta, ponieważ miasto było kiedyś grodem obronnym i ludzie mieszkają tu od dawien dawna. Klasztor pomalowany jest na żółto, rano i wieczorem widać zakonników, jak w brązowych kapturach, w sandałach, obwiązani sznurami idą z różańcami w rękach na modlitwę do kościoła. Pałac biskupi ozdobiony jest szerokim balkonem z kutego żelaza, utrzymanym w stylu późnego baroku; nad nim przymocowana jest tuleja na sztandar. Biskup każdego dnia o godzinie trzeciej wyrusza ze swoim sekretarzem na przechadzkę, jego nakrycie głowy pobłyskuje jedwabiście, z tylnego brzegu kapelusza zwisa niewielki frędzelek. Biskup odkłania się z szacunkiem wszystkim, którzy go pozdrawiają. Wstaje wcześnie, bo jest już starym człowiekiem i cierpi na bezsenność. Już o świcie staje przy pulpicie do pisania i zapisuje karty drobnymi, kształtnymi literami. W piwnicy ratusza znajduje się winiarnia; wino jest zimne jak kamień. Sklepienia piwnicy wzniesiono z ciężkiego, łupanego kamienia, wino pija się tu już od wielu stuleci, na ścianach widnieją ciemne plamy sadzy, pozostawione przez palące się pochodnie. W powietrzu unosi się ciężki zapach beczek, delikatna woń alkoholu i świec stearynowych. Są kartki na chleb. Godziny zamknięcia i otwarcia. Przez miasto nieustannie przetaczają się nieskończenie długie pociągi. Taki pociąg potrafi mieć dwieście, trzysta metrów, dyżurny oficer nawet nie podnosi oczu, to pociągi z żołnierzami jadącymi na urlop albo pociągi szpitalne; na tej stacji wysiadają urlopnicy, drzwi wagonów zostają otwarte na godzinę, ze środka bucha zapach karbolu i jodyny, i wielka cisza. Ten zapach wdziera się do miasta, w okolicach dworca kolejowego jest szczególnie ostry. Na peronach stoją wielkie wiadra z wapnem; zdarza się, że z wagonu trzeba wynieść pasażerów i posypać wapnem trupy. Ale trwa to już czwarty rok i miasto przywykło. Przywykli również pasażerowie długich pociągów, szczególnie ci, których trzeba posypać wapnem, bo są bardzo cisi. Na stacji niegdysiejszego uzdrowiska nie stoją już ubrane w śnieżnobiałe fartuchy miejscowe damy z ochotniczej służby sanitarnej z czerwonymi krzyżykami na ramieniu, w czepeczkach i nieskazitelnych strojach sanitariuszek jak woskowe manekiny pielęgniarek na wystawie sklepu z odzieżą; stoi tam najwyżej dwóch sanitariuszy, którzy nie wyglądają nieskazitelnie, a kiedy mają podnieść nosze, kołyszą nimi i wołają: „Ho-ruk!”.
Wojna wyje daleko stąd. Jak sadza z wielkiego pożaru, która opada daleko od miejsca tragedii, tak i na miasto pada wojenny brud. Najpierw pojawiły się krzyczące telegramy, potem przez miasto zaczęły się toczyć pociągi; jedną ze szkół powszechnych przeznaczono na szpital wojskowy, połowę wielkiego klasztoru również oddano dla rannych. Wielu mieszkańców otrzymało odznaczenia za działalność patriotyczną. Ale właściciel sklepu papierniczego, zażywny, okrągły, starszy pan już nie przypina triumfalnie na mapie każdego ranka szpilek z proporczykami; w ogóle nie przypina niczego, nawet trochę schudł, a mapą nikt się już nie zajmuje. Miasto przywykło do wojny, nikt o niej nie mówi, ludzie nie wyrywają sobie z rąk specjalnych wydań miejscowej gazety, nie biegną na dworzec w godzinie przybycia dziennika ze stolicy. Miasto znudziło się wojną i przyzwyczaiło się do niej, jak do myśli o starości czy śmierci, i do wszystkiego na świecie. Ulice są trochę brudne, wielu ludzi nosi żałobę, poznikało trochę znajomych twarzy, ale nie sposób zaprzeczyć, że nawet na ruinach widoczne są oznaki dobrobytu. Gdzie indziej wojna jest wirującym lejem piaskowym, unoszącym ludzkie członki; ale tu przed południem widuje się radcę komitackiego w szarym cutawayu i żółtych bucikach na gumowych podeszwach, jak się przechadza po wypielęgnowanym parku; spacerują również dziewczęta, które przed czterema laty były jeszcze małymi dziewczynkami, a dziś to dorastające panny, na które mężczyźni zwracają uwagę, na próżno szaleje wojna. Miasto jest małe, kolorowe i jasne jak miasto z klocków w pudełku z zabawkami. Wprawdzie w ostatnich czasach wszędzie jest sporo śmieci i domy nie są odnawiane, a na wystawach sklepowych widnieją zapomniane tam kartki z informacją, że przywieziono solone ryby – ale to wszystko. I na słupach ogłoszeniowych niebieskie, żółte i czerwone plakaty. Komu się wiedzie, temu i tu dobrze. Po południu przez plac Świętego Jana idzie spacerkiem główny notariusz, udaje się ze swym wyżłem na brzeg rzeki, na kuropatwy. Wieczorami na seansach kinowych pełna sala, a w teatrze widownia również prawie zawsze wypełniona, szczególnie gdy dają operetkę i Amadé Volpay komediuje na scenie. Péter siedzi gdzieś samotnie w dużym mieście, mówi „wojna światowa”, ale nie pamięta niczego innego poza Tiborem czy Amadé, niepokojem i ciekawością. A rodzinne miasto to już nie wieża kościelna czy Rynek z fontanną, nie kwitnący handel i przemysł; rodzinne miasto jest podsieniem bramy, w której po raz pierwszy o czymś pomyślał, ławką, w której siedział i czegoś nie rozumiał, chwilą pod wodą, gdy przypomniał sobie własne dawne istnienie; gładkim kamykiem, który znalazł w szufladzie starego biurka, ale nie pamiętał już, dlaczego go zachował; kapeluszem profesora od religii, na którym widniała ciemna plama, niepokojem przed lekcją historii, dziwnymi zabawami, których nikt nie rozumie, a których skutki powracają doń we snach przez całe życie, jakimś przedmiotem w czyjejś ręce, głosem, który słyszał nocą przez otwarte okno i nie mógł go zapomnieć, światłem w pokoju, frędzlami przy zasłonach. Kiedy Ábel opowie o wojnie swoim wnukom, nie będzie ich kołysał na kolanach, bo i on wyniósł z wojny tylko strach i napięcie, ale ten strach to Tibor, a napięcie to Amadé. Miasto liczy sześćdziesiąt tysięcy mieszkańców i jest tu nawet kort tenisowy. Teraz miasto śpi, burmistrz cierpi na serce, leży w łóżku na wznak, na szafce nocnej szklanka wody, w niej sztuczna szczęka, w niewietrzonych pokojach ojcowie w koszulach nocnych leżą obok matek i mają władzę nad wszystkim. Nad miastem w lesie budzą się zwierzęta. Aktor mówi:
– Niestety, wy nie znacie wódki. Po prawdziwej, czystej wódce świat wydaje się niebieski.
Skład
Kraść zaczęli na początku listopada.
Był taki krótki okres – kilka tygodni – w życiu bandy, kiedy świetnie się bawili bez pieniędzy. Miejscem spotkań było mieszkanie Tibora, rzadziej Ábla. U Ábla można było czasami zostać na noc, jeśli zachowywali się cicho i odczekali, aż ciotka uśnie. Bracia Garrenowie, Péter i Tamás, funkcjonowali w bandzie na zasadzie członków-korespondentów. Starszy brat, Péter, pilnował Tamása, żeby nie kradł zbyt wiele. W pierwszych tygodniach nie potrzebowali pieniędzy do swoich zabaw. Zaczęło ich brakować, gdy realizacja eksperymentów i przedsięwzięć wymagała już bardziej skomplikowanych rekwizytów. Béla dokonał kradzieży jako pierwszy.
Szukał pretekstu i wyjaśnienia dla swojego uczynku, starał się go usprawiedliwić. Nie namawiali go do kradzieży, ale kiedy zaczął się tłumaczyć, nie umawiając się, naraz i gwałtownie go uciszyli. Béla ukradł pieniądze z kasy sklepu ojca, by móc sobie kupić parę ciemnobrązowych, ręcznie szytych półbutów o podwójnej podeszwie, których zapragnął, ujrzawszy je na wystawie nowo otwartego sklepu obuwniczego. Kupił buty, przyniósł je do Tibora i przez pół godziny spacerował w nich po pokoju. Nie miał odwagi wyjść w nich na ulicę, ponieważ bał się myśli, że spotka ojca, który na widok butów zainteresuje się ich pochodzeniem.
Pod koniec wojny, kiedy większość subiektów pracujących w sklepie kolonialnym została zmobilizowana i musiano ich zastąpić terminatorami, sytuacja była sprzyjająca i Béla z łatwością, bez zwracania na siebie uwagi, mógł wynieść z kasy sklepowej najpierw mniejsze, a potem coraz większe sumy. Po południu, kiedy ojciec oddawał się półgodzinnej drzemce, Béla zakradał się niepostrzeżenie do tonącej w mroku sklepowym szklanej klatki, gdzie w szufladzie biurka ojciec trzymał gotówkę. Codzienny utarg był wystarczająco duży, by nie spostrzeżono brakujących sum.
Béla pracował prędko. Kupował sobie dziwaczne ubrania. Był też łakomy. Jego szwagier, sędzia sądu powiatowego, w trzecim roku wojny powiesił się na klamce okna, ponieważ obawiał się, że razem z żoną przyjdzie im umrzeć z głodu. Nie uspokajały go piwnice pod sklepem teścia, pełne wielkich jak koła młyńskie serów szwajcarskich, śledzi, pszenicy, ziemniaków, ryżu i sardynek, jego i rodzinę opadł maniakalny strach przed śmiercią głodową. Béla, który nawet w trudnych warunkach wojennych mógł przebierać wśród smakołyków zarówno przy domowym stole, jak i w sklepie, nie znajdował radości w smacznych kęskach z ojcowskiego Kanaanu. Z ukradzionymi pieniędzmi szedł do obcych sklepikarzy i tam w sekrecie kupował śledzie z Morza Czarnego, chlebek sułtański, sardynki i sardele w oleju, kupował je po paskarskich cenach i z tych samych dostaw, jakich jego ojciec dostarczał hurtowo pozostałym sklepikarzom miasta.
Béla bał się ojca w taki sposób, w jaki prości ludzie boją się klęsk żywiołowych. Na dźwięk jego imienia bladł i zaczynał drżeć. W wyobrażeniach bandy pułkownik Prockauer funkcjonował jak greckie fatum, które uderza niespodziewanie i pustoszy wszystko dokoła, zostaje po nim puste pole i dymiące ruiny. Obok tego dalekiego fatum ojciec Béli był codziennym, praktycznym złym losem, pozbawionym wszelkiego dramatyzmu pospolitym kataklizmem. Jego koścista dłoń spadała na syna nieoczekiwanie i wymierzała mu drobne, bolesne uderzenia, bił z zimną krwią i metodycznie, jak to czynią ludzie chorzy na serce, którzy – w interesie własnej rodziny – obawiają się irytacji. Kiedyś rzucił za terminatorem tasakiem, który zanurzony ostrzem w szwajcarskim serze błyskał na brzegu długiej półki.
Przez długi czas kradł tylko Béla. A chłopcy pilnowali, by Béla wydawał te pieniądze tylko na siebie. Żywność kupioną za ukradzione pieniądze musiał pochłonąć w ich obecności, bez pomocy bandy. Ernő siedział naprzeciw złodzieja, patrzył nań surowo i pilnował do końca, aż Béla z wypchanymi policzkami i wybałuszonymi oczyma pożre wszystko do ostatka.
Zakupione ubrania chował w mieszkaniu Tibora. Nabywał też rozmaite przedmioty, myśliwską dwururkę, bardzo grube szkło powiększające, wielki globus z papier-mâché, skórzane nagolenniki z cienkimi rzemykami, pistolet Browning. Kiedy kupił rower – na który nigdy nie ośmielił się wsiąść, bo nie umiał jeździć, a ponadto bał się, że zobaczy go ktoś znajomy i opowie ojcu – nadeszła chwila, by zadecydować o przyszłym losie składu. Przedmiotów było coraz więcej. Tibor, który sam również się bał, że jego ojciec pułkownik któregoś dnia zawita do domu, nie chciał już dłużej odgrywać roli pasera. Wszystkie rzeczy trzeba było gdzieś wynieść.
Początkowo prowadzili eksperymenty na Béli. A on z wymuszonym uśmiechem poddawał się ich poleceniom. W ciągu dwóch dni miał za zadanie kupić wielką paczkę zimnych ogni, a wieczorem wrzucili ją do rzeki. Dobre pomysły miewał zazwyczaj Ernő. Na przykład, by Béla ukradł sześćdziesiąt i wysłał bukiet kwiatów przeorowi zakonu. Pater, jak opowiadał posłaniec, przyjął ten prezent z ogromnym zdumieniem. W zakłopotaniu zaczerwienił się, niezgrabnie ukłonił i stał niezdecydowanie z bukietem w dłoni, w nieprzyjemnym poczuciu niepewności.
U Ábla przez długi czas mieli inne rozrywki, nie karty. Wymyślali emocjonujące opowieści, niekończące się zmyślenia. Historia musiała się na przykład zaczynać tak: „Dziś po południu właśnie mijałem teatr, kiedy spotkałem kardynała”. Należało uzasadnić, w jaki sposób kardynał znalazł się w mieście i czego tu szukał? Nadzwyczajną historię przyjazdu kardynała do miasta trzeba było drobiazgowo skonstruować ze sprawdzalnych i prawdopodobnych elementów rzeczywistości, ze świadkami, którzy znajdowali się na miejscu lub mieszkali na sąsiednich uliczkach i mogli potwierdzić prawdziwość wypowiedzianych słów. Istota opowieści była niepojęta, ale jej szczegóły musiały być jasne i proste.
Chadzali we czwórkę. Zajmowali cały chodnik, spacerowali ciągle w kółko po uliczkach jak oddział, który ma do wypełnienia jakieś specjalne zadanie. Ernő i Ábel starali się, by ich przedsięwzięcia pozostawały w granicach tego, co „interesujące” i nieprawdopodobne. Krzywiąc się, odrzucali pospolite pomysły. Po kilku tygodniach tych ćwiczeń Béla również wciągnął się do gry. Z kolei Péter wnosił swoją dobrą intuicję. Jeśli te zabawy i przedsięwzięcia miały w ogóle jakąkolwiek regułę – której zresztą nigdy nie wypowiedziano – to tę jedną, by były całkowicie pozbawione jakiegokolwiek zysku. Ernő nazywał to „celem samym w sobie”. Béla dokonywał kradzieży i ze skradzionych pieniędzy kupował bezużyteczne przedmioty, ubrania, których nie mógł włożyć, czy urządzenia, na których działaniu się nie znał.
Pojawił się pomysł, by uszyć dla bandy mundury, w które ubieraliby się w domu; ale ten pomysł później porzucili. Przy innej okazji członkowie bandy z entuzjazmem odnieśli się do propozycji zamówienia u pewnego przedmiejskiego krawca ubrań, których nie będzie można nosić: miały to być nazbyt szerokie lub komicznie wąskie spodnie i marynarki, za to z najlepszego materiału, jaki w ogóle był dostępny.
Adres krawca przyniósł pewnego dnia Ernő.
Każdy odwiedził go osobno. Tibor zamówił frak z białego płótna żaglowego, z żółtą jedwabną podszewką. Ernő wybrał bardzo obszerny płaszcz w pepitkę, którym mógł się kilkakrotnie owinąć, i spodnie ściągnięte gumką nad kostkami. Ábel kazał sobie uszyć sięgający mu do pięt surdut à la Franciszek Józef, tak zwaną franzjosefówkę, do tego jasnoszare spodnie. Jednoręki zamówił mundur zupełnie bez rękawów – prosty, zszyty na ramionach. Tamás Garren znalazł gdzieś hełm tropikalny, który za zezwoleniem Pétera wolno mu było wkładać przy wyjątkowych okazjach.
Béla kazał sobie uszyć zwyczajny strój do konnej jazdy, czerwony frak z długimi czarnymi spodniami. Ponadto kupił ostrogi i cylinder. U krawca przymierzali stroje długo i grymaśnie, mierzyli centymetrem, czy franzjosefówka Ábla nie okaże się o palec czy dwa dłuższa, niż należy. Krawiec uwierzył, że szykują się na karnawał. Wszystkie szyte ubrania wysłał im naraz.
Wzniosłą treścią przyjaźni jest altruizm. Od czasu do czasu robili więc remanent i dzielili się przedmiotami na nowo.
Béla z przyjaznym uśmiechem ofiarował Ernő myśliwską dwururkę i parę ostróg. W zamian za to Ernő przyniósł z warsztatu ojca trzy sztuki skóry na podeszwy oraz porcelanową figurkę Najświętszej Maryi Panny z Dzieciątkiem.
Kiedy zaczęli się wymieniać, do interesu przyłączyli się również cisi wspólnicy. Tamás przynosił początkowo ukradzione z domu książki, drugi tom Synów człowieka o kamiennym sercu oraz Żywoty świętych. Książki przyjęli z umiarkowanym uznaniem. Kiedy Tibor ukradł nóż pułkownika z trzonkiem z rogu, Ábel w nagłym porywie zaofiarował bandzie cały majątek ciotki. Ofertę rozważano z dystansem. Słowo „majątek” zrobiło na wszystkich wielkie wrażenie. W wyobraźni widzieli już grube pliki banknotów, książeczki oszczędnościowe, klejnoty. Wreszcie zgodzili się, żeby Ábel na jedno popołudnie przyniósł majątek ciotki. Na to popołudnie wszyscy ubrali się w swoje przebrania i starannie zbadali zawartość blaszanego pudełka, spisali protokół z przeterminowanych losów loteryjnych, kwitów z lombardu, bezwartościowych starych banknotów; potem Ábel niepostrzeżenie schował pudełko na miejsce.
Do wspólnego składu wszyscy włączyli się według swoich możliwości. Zasada gromadzenia głosiła, że zdobycie przedmiotu powinno się łączyć z możliwie największym ryzykiem; natomiast jego wartość nie była istotna. Za odważny czyn uchodziła kradzież ze szkolnej biblioteki tomu oznaczonego pieczęcią zakładu naukowego, zaklejenie papierem śladu tej pieczęci i sprzedanie tak zmienionego kradzionego towaru antykwaryście, który był lichwiarzem uczniów. Przygoda ukradzenia i sprzedania książki stanowiącej własność biblioteki groziła karą w postaci wylania ze szkoły, a nawet konsekwencjami prawnymi. Zadania tego podjął się Ernő i rozwiązał je z pełnym sukcesem. Podobno podczas oględzin książki zahipnotyzował antykwariusza. Pieniądze miały być spożytkowane na „dobry uczynek”. Mieli w tej sprawie własny pomysł: za zdobytą sumę zakupili w miejscowym zakładzie jubilerskim złoty łańcuszek, po długich targach zapłacili zań, po czym „zapomnieli” łańcuszka w sklepie i już po niego nie wrócili.
Członkowie bandy powzięli postanowienie, że od teraz będą się zachowywać grzecznie i delikatnie wobec nauczycieli, których przez lata poddawali urozmaiconym sekaturom – niezależnie od umowy dotyczącej wzajemnego i nieograniczonego dręczenia milczeniem. Na lekcjach siedzieli cicho, z założonymi rękami, słuchając z nabożną uwagą. Béla zrywał się z ostatniej ławki, by świadczyć wychowawcy drobne przysługi. Czasami zmawiali się i na wybranej lekcji prezentowali nauczycielowi arcydzieła pilności uczniowskiej, demonstrowali wiedzę grubo przewyższającą poziom zadanego materiału, zwracali pozostałym uczniom uwagę, by zachowywali się przyzwoicie i grzecznie. Klasa obserwowała to podejrzliwie, ale nie przejmowali się tym. Poznali znacznie bardziej urozmaicone metody wyrządzania szkód niż reszta klasowych osłów, która nie potrafiła wyjść poza stare, głupie uczniowskie psoty i niewybredne figle: oni umieli być uprzejmi, udawać niesłabnącą pilność i zachowaniem bez zarzutu uspokoić nieufnych, udręczonych, lecz w końcu rozbrojonych pedagogów. Było to zabawniejsze od grubiańskich czy buntowniczych wybryków. Przed Bożym Narodzeniem wychowawca był zmuszony w krótkiej przemowie postawić klasie Bélę i Tibora za wzór, przedstawiając ich jako sprawiające radość nawrócone owieczki.
Béla nie wytrzymywał. Kupił wytrych i rękawiczki gumowe, których w ogóle nie potrzebował, ponieważ mógł bez ograniczeń podbierać gotówkę z szuflady sklepowej ojca. Ale nie wiedział już, co począć z pieniędzmi. Banda twardo upierała się przy zasadzie „celu samego w sobie” i skradzione codziennie pieniądze wydawała na głupstwa. Béla miał dwie namiętności: pielęgnację ciała i modę. Po dłuższych jego błaganiach pozwolili, by zamówił sobie dwa eleganckie garnitury wedle najnowszego kroju, do nich jedwabne koszule, wytworny krawat, rękawiczki z miękkiej jeleniej skórki i lakierowane trzewiki z wkładką ze skóry antylopy. Kupił również jasny kapelusz z zajęczej sierści i lekką bambusową laseczkę. Raz w tygodniu mógł się w to ubrać w mieszkaniu Tibora, członkowie bandy podawali mu kolejne sztuki, Jednoręki nieznużony asystował, kiedy Béla wkładał swój szykowny strój. Stał przed lustrem w pełnym rynsztunku, w kapeluszu na głowie, w rękawiczkach i z laseczką; wówczas kazali mu spacerować po pokoju w tę i z powrotem niczym modelkom w zakładach modniarskich i czynili krytyczne uwagi co do wyglądu całości. W końcu, zgrzytając zębami, siadał na krześle przed lustrem i długo przyglądał się swemu odbiciu. Po czym powoli rozbierał się, Tibor brał kolejne sztuki odzieży i starannie chował do szafy, Béla zaś przebierał się w znoszony garnitur uczniowski, którego dół przenicowano dla niego ze starych spodni ojca.
Pielęgnacji ciała mógł oddawać się jedynie w sekrecie, bez wiedzy bandy. Nie pochwalała ona bowiem jego namiętności do pomad, wód kolońskich, kremów, grzebieni i mydeł. Nie wolno mu było używać drogiej maści przeciw wypryskom, którą sobie kupił; członkowie bandy pochwycili go, na siłę rozebrali i maścią, która miała ponoć w ciągu kilku dni zlikwidować na twarzy wszelkie wypryski i brodawki, wysmarowali mu siedzenie.
Sprzeciw, jaki wywoływały w nich celowość i użyteczność przedmiotów, pociągał za sobą czasami skomplikowane czynności. Słusznym i godnym pochwały uczynkiem było na przykład nauczenie się nakładem kilkudniowych wysiłków i ćwiczeń dziesięciolinijkowego tekstu ze szwedzkiej książki i wygłoszenie go w języku, którego w tych stronach nikt nie znał. Ten wyuczony tekst przyniósł Áblowi niepodzielne uznanie. A jednocześnie wręcz zakazaną, ciężką przewiną było przygotowanie się do najbliższej lekcji łaciny czy historii. Nie pogardzali wysiłkiem umysłowym, ale tylko pod tym warunkiem, że nie przynosił on żadnej praktycznej korzyści. Zdolności fizyczne również podlegały ograniczeniom. Tibor był znakomitym skoczkiem, pasjonował się skokiem w dal i wzwyż, więc trudno mu się było pohamować, by nie przeskakiwać napotykanych na drodze sprzętów czy innych przeszkód. Zezwalano mu na rozkosz skoku, ale tylko wówczas, gdy wyznaczył sobie cel tak odległy albo tak wysoki, że najprawdopodobniej nie mógł go przeskoczyć, a przy upadku zdzierał sobie skórę.
Mieli coraz więcej przedmiotów. Początkowo wszystko składano w pokoju Tibora. Ów skład już podczas przyniesienia roweru okazał się za ciasny. Rodzina Prockauerów mieszkała w parterowym domu i do pokoju chłopców można było wejść jedynie przez pokój chorej matki. Sytuację cokolwiek ułatwiała okoliczność, że pokój obu młodszych Prockauerów wychodził na ogród, więc większe czy cięższe przedmioty podawano przez okno. Nadawał się również do wejścia i wyjścia z domu, ale w tym czasie ktoś musiał odwrócić uwagę matki. Podczas gdy chłopcy wchodzili do domu przez okno, przy łóżku matki najczęściej siedział Ernő ze splecionymi rękami, z kapeluszem na kolanach i spuszczonymi oczyma.
W pokoju Lajosa i Tibora już prawie nie można się było ruszyć. Zgromadzone przedmioty leżały na stole, na szafie, na łóżkach. W tym czasie banda zaczęła cierpieć na coś w rodzaju buty czy gorączki konkurowania. Ábel przyniósł szczypce i pęsety ojca, stary aparat fotograficzny oraz część panieńskiej wyprawy ciotki, która ozdobiona wrzosowymi wstążkami, pożółkła i stara jak pergamin zdradzała oczekiwanie niekończących się nigdy lat panieńskich. Tibor odwzajemnił podarunek Ábla uprzężą końską i siodłem należącymi do pułkownika. Przedmioty użytku codziennego zaczęły wędrować między domami, zamieniały się miejscami. Ale to ciągle jeszcze była zabawa, próba sił. Tibor budził się czasem w nocy mokry od potu i rozglądał się po zagraconym pokoju: śniło mu się, że pułkownik nieoczekiwanie wrócił z frontu i wypytywał o pochodzenie roweru, płóciennego fraka, szczypiec i pęset chirurgicznych. Na razie z prawdziwym niebezpieczeństwem igrał jedynie Béla, który kradł pieniądze. Nie miało specjalnego znaczenia, że nie wiedział, co z nimi zrobić.
Postanowili znaleźć jakiś skład. Pomimo naiwności i bezgranicznej cierpliwości ciotkę również zaniepokoił widok siodła i pełnej uprzęży w pokoju Ábla. Jesienią pułkownikowa również poczuła się lepiej i wspominała, że pewnie wstanie z łóżka. Nie stanowiło to jeszcze realnego niebezpieczeństwa, ponieważ pani Prockauerowa z nadejściem każdej nowej pory roku groziła otoczeniu, że opuści łóżko, wstanie i zacznie chodzić; ale od lat nie spełniała tych obietnic. Któregoś jesiennego popołudnia zamówili fiakra i pojechali do Cudacznej. Zjedli kolację w gospodzie. Jednoręki wyruszył na obchód budynku. Efektem tego spaceru było odkrycie na piętrze pokojów do wynajęcia.
Cudaczna była wzniesiona na zboczu, wśród rzadko rosnących drzew, o pół godziny zaprzęgiem od miasta. Za nią wznosiło się pasmo wysokopiennego, gęstego lasu, wyżej nagi, skalisty stok góry, aż do szczytu, gdzie znajdowała się owa przypominająca alpejski krajobraz warstwa nietopniejącego śniegu. Z balkonu pokoju na pięterku widać było morze z jedynym okrętem wojennym, który został przycumowany do brzegu jak weteran w stanie spoczynku. Kiedyś było tu kąpielisko, wokół gospody stało kilka pustych, zaniedbanych budynków, postawionych tu jeszcze pod koniec zeszłego wieku, w letnich miesiącach odwiedzali je mieszkańcy miasta. Ábel jak przez mgłę pamiętał, że bardzo dawno, w pierwszych latach dzieciństwa, kiedy matka jeszcze żyła, spędzili tu sierpień. Ze źródełka bulgotała kwaskowata, pachnąca siarką woda. Długa, trochę zatęchła sala restauracyjna gospody z wiszącymi u pułapu żyrandolami naftowymi przywoływała wspomnienie dawnych, umajonych balów w dzień świętej Anny. Wzdłuż listwy podłogowej i w kątach rósł gęsto grzyb zwany wilgotnicą łąkową. Latem, podczas wielkich upałów zdarzało się jeszcze, że zaglądały tu towarzystwa udające się na wycieczkę. Nawet teraz przed budynkiem na wysypanym białym żwirem i obrośniętym krzewami tarasie stały ustawione jedne na drugich stoły, na butwiejących słupach wisiały puste podstawki na latarenki. Świecę na stole chronił od wiatru szklany klosz. Miejsce ziało wilgocią i opuszczeniem, i w tym opuszczeniu był jakiś losowy fatalizm.
Nie, jesienią nikt tu nie bywa, powiedział dzierżawca.
Był to starszy mężczyzna, od dziesięciu lat zmagał się z terenem, który przypadł mu po jakiejś licytacji. Powiedział, że jeszcze przed kilku laty, w czasach pokoju – których młodzi panowie zapewne nie pamiętają – przyjeżdżały tu pary z miasta. Przez jego pomarszczoną, zmęczoną twarz przemknęło pogodne wspomnienie tamtych nielegalnych miłostek. Wtedy urządził na poddaszu trzy pokoje gościnne. Ta wesoła, swawolna epoka skończyła się wybuchem wojny. W dzisiejszych czasach pary, jak się wydaje, nie kryją się już przed oczyma świata. Pokoje od lat stoją puste. Nie ma żadnych przeszkód, by wstawić do nich żelazne piecyki. On z żoną mieszkają tu przez całą zimę.
Członkowie bandy zaczęli się zastanawiać. Nieuważnie pogryzali pozbawione smaku salami i bryndzę liptowską, pili piwo i niemo rozważali warunki. Jednoręki zaczął coś tłumaczyć, jąkając się, ale nie słuchali go. Ábel czuł lekkie bicie serca. Nie zamienili ze sobą ani słowa, ale czuli, że to punkt zwrotny. Wszyscy żałowali, że nie odkryli tego miejsca wcześniej. Gdyby je znali, jak cudownie rozwiązałaby ta tajemnicza wyspa kłopoty ukrywania się i upokorzenia minionych lat! W milczeniu jeden za drugim weszli na pięterko po trzeszczących drewnianych schodach. W pokojach zastygł nietknięty od lat brud i mrok. Okna wychodziły na sosnowy las. Nagie, niezasłane i nieprzykryte łóżka stały wzdłuż pokrytych pajęczyną ścian. Myszy swawoliły tu bez ograniczeń. Na stoliku widniały resztki ich odchodów.
– Cudownie – powiedział Jednoręki. – Tu już nie da się mieszkać.
Dwoma palcami ostrożnie podniósł z nocnej szafki pokryty warstwą kurzu grzebień. Brudny przedmiot przywołał wspomnienie jakiejś dawnej przygody. Patrzyli wokół błyszczącymi oczyma. Argument, że tu już nie da się mieszkać, przekonał ich, by wynająć pokój.
Béla dobił targu na wynajem dwóch pokojów. Tydzień później z największą ostrożnością zabrali się do przenosin. Dierżawca sądził, że młodzi panicze szukają schronienia dla swoich sekretnych schadzek. Ale już pierwszego tygodnia musiał pojąć, że się rozczaruje. Dostawy nadchodziły codziennie, środkiem transportu był rower. Każdego dnia pojawiał się inny młodzieniec z plecakiem wypchanym mnóstwem dziwnych przedmiotów o niewiadomym przeznaczeniu. Gdyby nie wiedział, że ma do czynienia z gimnazjalistami, może nawet zacząłby się niepokoić. Ale nie musiał się obawiać syna pułkownika Prockauera i jego szkolnych kolegów. Przybywający znikał w pokoju, zamykał się na klucz i długo się tam krzątał. Po jego odejściu dzierżawca ostrożnie wyruszał na obchód, ale dziwne ubrania, globus i niewinne książki nie dawały żadnych powodów do podejrzeń.
Banda częściowo zrezygnowała z zasad dotyczących celów samych w sobie. Świadomość, że posiadają samodzielne i stosunkowo bezpieczne schronienie, miejsce, gdzie mogą robić, co im się podoba, pokój, który mogą zamknąć na klucz, powoli upoiła i trzeźwiejszych członków bandy. Spędzali całe popołudnia w dusznej dziupli, przy rozpalonym piecyku żelaznym, w straszliwym dymie tytoniowym, dyskutując i wymyślając, kształtując swoje niepojęte dla innych rozrywki. Nadszedł czas prawdziwej zabawy. Było to drugie dzieciństwo, naznaczone poczuciem winy, ale mające mniej barier, więcej podniet i rozkoszy.
Zimą przybywali we wczesnych godzinach popołudniowych, zaraz po obiedzie. Roweru używali na zmianę, dyżurny miał jechać wcześniej i napalić w piecu. Zgromadzili zapasy herbaty, rumu, palinki i tytoniu. Woń rumu przenikała niewietrzoną dziuplę i według słów Ábla wchodzący czuł się tak, jakby znalazł się w kajucie okrętu. Ábel był święcie przekonany, że każda kajuta pachnie rumem. Siodło leżało na łóżku, obok niego strzelba myśliwska, wchodzący mógł sądzić, że nieznany lokator tego pokoju, uniknąwszy pościgu, właśnie przed chwilą dotarł do schronienia, w którym będzie mógł dać odpocząć śmiertelnie znużonym członkom, podczas gdy jego zmordowany koń czeka nań na zaśnieżonym podwórzu. Dziupla była dobra na wszystko. Stanowiła miejsce chronione i eksterytorialne, o którym nie wiedzieli ojcowie, nauczyciele ani władze. Przestrzeń, w której wreszcie mogli zacząć życie. To życie nie było podobne do niczego, co znali dotąd. Nie było podobne do losu ojców, jakiego nie pragnęli. Wszystko, co było dotychczas mroczne i niezałatwione, tu mogło być omówione. Dyscyplina, którą przeniknięte było całe ich dzieciństwo, tu nie mogła ich dosięgnąć swymi mackami.
Już od dawna nie byli dziećmi i dopiero w tym pokoju odkryli, że mają odwagę robić coś, czego z wstydliwości nie śmieli przed sobą nawzajem w mieście: odważyli się być dziećmi, wyzwolić ukryte w każdym z nich dziecko, bawić się w dzieci, którymi nigdy nie mogli być bez reszty. Stąd i tylko stąd można było zobaczyć świat dorosłych w ostrych barwach, wymienić doświadczenia. Jednoręki zapamiętywał się w tej zabawie. Jego sarkastyczny, nerwowy śmiech tu stawał się łagodny. I dziupla Cudacznej była też jedynym miejscem, w którym Ernő śmiał się czasami.







