Jak żyć dalej, gdy przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć? „To za dużo dla mnie” Darka Cvijeticia to poruszająca powieść o winie, pamięci i świecie, w którym zło, zamiast znikać, pozostaje z nami na zawsze.
Darko Cvijetić nie unika tematu wojennego okrucieństwa. Jest głosem tysięcy ludzi doświadczonych traumą, zarówno ofiar, jak i katów. Pisze, by pomóc im odnaleźć się w powojennej rzeczywistości, w świecie, który nie zapomina.
Autor „Windy Schindlera” i „Czemu na podłodze śpisz” tym razem skupia się na losach jednej postaci – Filipa Latinovicia. Operując językiem zawieszonym między prozą a poezją, opowiada historię człowieka skazanego za zbrodnie przeciwko ludzkości, który po dwudziestu latach wraca do rodzinnego kraju. Społeczeństwo wita go jak bohatera narodowego, wbrew jego własnemu sumieniu.
Latinović próbuje żyć normalnie, choć każdego dnia spotyka nie tylko dawnych towarzyszy zbrodni, lecz także swoje ofiary. Zło raz wyrządzone nie znika, przelewa się na kolejne pokolenia i nikt nie wie, jak je zatrzymać.
Za pomocą krótkich, urywanych zdań autor umożliwia czytelnikom spojrzenie na świat oczami sprawcy, by mogli dostrzec absurd otaczającej go rzeczywistości. Powracające frazy poruszają duszę i sumienia, skłaniają do refleksji nad sensem wojny i próbą życia po niej. Darko Cvijetić zastanawia się nad możliwością codziennego funkcjonowania w społeczeństwie zbrodniarzy i ich ofiar. Stawia przed nami trudne pytanie: Czy to aby nie za dużo dla nas wszystkich?
To za dużo dla mnie
Przekład: Dorota Jovanka Ćirlić
Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Premiera: 22 kwietnia 2026
Świtało, gdy Filip przybył na dworzec kaptolski. Od dwudziestu trzech lat nie był co prawda w tym zakątku, a jednak pamiętał dokładnie wszystko: zbutwiałe, oślizgłe dachy, banię wieży klasztornej, szarą, wiatrem wypraną piętrową kamieniczkę w głębi mrocznej alei, gipsową głowę Meduzy nad ciężką, okutą, dębową bramą i zimną klamkę. (…)
Przystanął pod starym, zwietrzałym murem i przesunął po nim ręką, jakby dotykał drogiej, a zapomnianej mogiły. Deszcz i wiatr zmyły gorsety; spod tynku wyzierały zewsząd cegły i tylko w jednym miejscu został niebieskawy języczek koksowego płomienia pod paleniskiem żelaznego pieca. Widząc ten dawno już zmarły symbol – Filip poczuł, jak rozpływają się w nim odległe, martwe obrazy; wydawało mu się, że stoi zupełnie sam przed ogromną, nieogarnioną rozumem przestrzenią. Za rogiem rozległy się kroki.
Miroslav Krleža, Powrót Filipa Latinovicza,
przeł. M. Krukowska, Z. Stoberski, Warszawa 1958
Powinno być tak, że doświadczenie śmierci poprzedza agonię, życie bowiem to nic innego jak rodzaj ciepłego, sztucznie podgrzewanego przejścia pomiędzy dwiema zimnymi i martwymi ulicami. Rodzimy się ze śmierci. (Być może w tym potencjalnym doświadczeniu kryje się przyczyna strachu przed niebyciem.) Wracamy do naszej śmierci, której jesteśmy przeznaczeni. Życie jest zatem niczym innym jak ropiejącym naciekiem w czystych płucach nieistnienia.
Borislav Pekić, Život na ledu (Życie na lodzie), 1955–1959
I autor tych notatek, i same notatki są, oczywiście, zmyśleni.
Fiodor M. Dostojewski, Notatki z podziemia
PROLOG
Apis i opis kieszonkowego pistoletu
Zbrodniarz wojenny Filip Latinović, oficjalnie skazany w Hadze za zbrodnie wojenne przeciw ludzkości, w końcu po osiemnastu latach spędzonych w więzieniu w Norwegii wraca do rodzinnego kraju, do Bośni, przeobrażony, wykształcony, zupełnie inny. Wierzący.
Ale w jego domu nic się nie zmieniło – jest bohaterem!
Szybko pogrąża się w samotności. Z pomocą Boszniaka, kumpla z podstawówki, zdobywa skądś damski brauning.
Strzela sobie prosto w czoło albo w skroń.
*
Rodion Raskolnikow wrócił po trzydziestu pięciu latach katorgi.
A ta jego nieszczęśnica, Sonia, cały czas czekała, postarzała się, sczerniała, trwała bez życia i wiary, staruszka, czterdzieści dziewięć lat, partyjna, bolszewiczka. Rodion jeszcze chudszy, bez zębów, siwy i zmarnowany.
Odwiedza starego Porfirego Petrowicza, który od dawna jest na emeryturze i żyje w tym samym mieszkaniu co kiedyś, popadając w całkowitą rozsypkę. Tymczasem wydarzyła się Rewolucja!
Teraz Rodion Raskolnikow jest wierzący, w nim także dokonała się rewolucja, to nieubłagane przekonanie, że żyje dzięki Bogu. Ale Porfiry, no cóż, jest sądowym śledczym, a teraz go prześladują, bo to już nawet nie komunista, już podejrzewają, że jest Białym… Teraz to taki świat, w którym burzą świątynie, biją księży, hańbią zakonnice, zamieniają ołtarze w chlew. Świat, w którym nie ma ani jednego wierzącego, świat bez krzyża…
Zatem sowiecki. Zmieniają się tylko małe białe domki pustelników i karcery.
Sonia błaga go, by nie wychodził, bo mogą go zabić z powodu krzyża wiszącego na szyi.
– Soniu, czy ty nie widzisz, Soniu? Spójrz dobrze. Teraz widzisz?
Porfiry wpada w przerażenie na samo wspomnienie Jezusa.
– Mnie skrucha, wiara i rozmowa z Chrystusem uratowały, Porfiry Petrowiczu, mnie już wybaczono, bo sam sobie wybaczyłem.
Przestraszony starzec, niegdysiejszy „burżuazyjny sędzia śledczy”, szepcząc, błaga Raskolnikowa, by rzadziej do niego przychodził. W głębi duszy jest już pewien, że Rodion to agent, świadomy prowokator. Zastanawia się, czy na niego donieść, zanim z powodu tego szaleńca on sam skończy w gułagu.
– No cóż, bracie, odbyłeś karę i nikt już nie może cię pozwać za starą lichwiarkę i Lizawietę.
Nie jestem, bracie, taki pewien, czy On w ogóle istnieje, a tu jest, no proszę, taki robotny człowiek i gotowość, wola jego, by kochać ziemię, w szczęściu na niej pracować.
Sonia wie, że to tylko kwestia czasu, kiedy przyjdą po Rodiona Romanowicza i biciem zaczną go przekonywać, że nie ma Chrystusa. Zostań bolszewikiem, ukorz się, Rodionie, mówi mu.
– A więc ty nie widzisz, Soniu. Nigdy nic nie widzisz.







