„Wlokąc się ku nirwanie” to skarb literacki, który udowadnia, że Charles Bukowski do końca życia pozostał w najwyższej formie. Zbiór zawiera ponad sto wcześniej niepublikowanych wierszy – szczerych, surowych i brutalnie bez kompromisowych. Obowiązkowa lektura dla wszystkich fanów Bukowskiego i każdego, kto uwielbia poezję.
Dla tych, którzy wiedzą, że prawda rodzi się w brudzie, a poezja – na dnie szklanki.
„Wlokąc się ku nirwanie” to jeden z najbardziej esencjonalnych pośmiertnych zbiorów Charlesa Bukowskiego. Składa się w całości z niepublikowanych dotąd wierszy.
W tych ponad stu utworach Mistrz udowadnia, że do samego końca był w najwyższej formie twórczej. Nie znajdziecie tu literackiego wygładzenia ani taniej pociechy. To surowa, bezkompromisowa, brutalnie szczera poezja, której styl rzesze fanów na całym świecie uznały za wzór.
To ten sam Bukowski, który – jak stwierdził Leonard Cohen – „sprowadził wszystkich na ziemię, nawet anioły”. Chinaski powraca, by po raz kolejny zmierzyć się z życiem, które z anielskim pokojem ma niewiele wspólnego.
Jeśli kochasz jego styl ze „Światła błyskawicy za górą”, wiesz, czego się spodziewać. Autor kontynuuje tradycję naturalnego języka i bezlitosnej obserwacji.
Wlokąc się ku nirwanie
Przekład: Marcin Baraniecki, Dobrosław Rodziewicz
Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Premiera: 15 kwietnia 2026
Spis treści
Część pierwsza
4 lipca we wczesnych latach 30.
bez lęku czy udręki
o mały włos
ubrania kosztują
jak łatwo umrzeć
kręcą się tu z bronią
cienko przędąc
prawdziwa rzadkość
POETA
Bolero
zimowe wspomnienie
życie w wielkim stylu
kiedyś i teraz
jakim cudem dostali tę robotę?
papier i ludzie
blokada twórcza
bałagan i poranny smutek
w tym miejscu
początkujący
cykada
nigdy nie przeszkadzaj pisarzowi w pracy
o rany
spotkanie z nimi
żadnych mów nad grobem, proszę
ostateczność
maszyneria przegranej
Część druga
nocne panienki
ostrzeżony
schudła
demobil
trudna kobieta
rozmowa
tu się dzieje naprawdę
będzie Oscar?
chłopaki z plaży
jestem bez serca
przyjaciel rodziny
rozwikłać zbrodnię zanim się wydarzy
notka na moją ścianę
wino które wrzasnęło
2:07 nad ranem
czyste, dobrze oświetlone miejsce
rusza nas to?
na litość
licealistki
NAGŁY WYPADEK
dla kobiety która pewnego dnia mogłaby zostać zakonnicą:
niektórzy się o to proszą
po okiennej szybie
odpowiedź na dzienną porcję poczty:
New York, New York
walc z nożem
zakurzone buty
prostacki wiersz
akurat ta
wielka samotna noc
Część trzecia
o pierwszej w nocy
klątwa
tymi okropnymi zębami
złoty chłopak
surrealne mandarynki
artziny i tomiki poezji
mój kumpel
w zeszły piątek wieczorem
tu otwierać
nic po nazwie jeśli nazwane jest niczym
najgłupsza rzecz jaką kiedykolwiek zrobiłem
nie zrobisz lwa z motyla
nie wiem jak wy ale
nie chce się nawet oddychać
trudna lekcja
pamiętna rozmowa
film
grał na pierwszej bazie
młodociany samobójca
oczy węża i pomylone wrzaski
walczyłem z nimi od chwili gdy ujrzałem światło
no, Ezra,
kapitulacja
to
groza
mój różowy tyłek
to jest gorzki wiersz
wiersz dla nikogo
szach mat
FALA
do piekła i z powrotem
coś puka do drzwi
bez względu na wszystko
Część czwarta
dandys
jestem kretem
ktoś inny
IBM Selectric
czemu och czemu i och czemu nie?
filmy
całkowity niefart
dobre wieści
koszmar z nocnikiem
Robert
prywatne pokazy
kiedy zwalniasz, syreny patrzą w drugą stronę
coś nowego
basen
wielki pisarz
kiedyś myślałem
z wydziału zdrowia
robota
mój przyjaciel William Burroughs
notatka na temat głodowania
wiersz na moje 70. urodziny
nigdy się nie dowiesz
Joe
debeściak
to dziwne
wybuch
pogawędka
podstawa
4 lipca we wczesnych latach 30.
nie było za bardzo co świętować
to jasne
nasi ojcowie nie mieli roboty
a wszystkie konserwy z Wydziału Opieki
miały ten sam paskudny
nieświeży smak.
niewiele się działo dookoła a
w powietrzu
unosiła się smętna beznadzieja
ale pamiętam ten jeden poranek około
szóstej czwartego lipca
1932, trzeciego lub czwartego, nie pamiętam którego
kiedy usłyszałem z ulicy
głośne eksplozje:
OGROMNE PETARDY!
wyskoczyłem z łóżka, szybko się
ubrałem i wybiegłem
na dwór a tam
na Longwood Avenue
idealnie środkiem ulicy
szedł
mój kumpel Gene
i rzucał w powietrze
ogromne petardy.
poranna mgła
właśnie zaczynała się unosić
i pierwsze promienie słońca przebijały się
przez nią
i szedł tam Gene
i sprawiał że powietrze
wybuchało!
podbiegłem do niego.
„kurde! co tam masz?”
„bombowe wisienki!
całe
mnóstwo!”
miał też
coś co nazywało się „pukawa”
powlekany drut z
rozżarzoną czerwoną
końcówką.
Gene przyłożył pukawę
do ognia
patrzył jak się zapala
a potem wyrzucił bombę wysoko
w powietrze
a ona eksplodowała
u szczytu swego
wzlotu.
mężczyzna
w piżamie
wyszedł na ganek.
„HEJ, CHŁOPCY, SKOŃCZCIE Z TYM
GÓWNEM! CHCĘ SPAĆ!”
„chodź tu i spróbuj nam
przeszkodzić!” powiedział Gene
(był duży jak na swój
wiek).
„POWIEM TWOJEMU OJCU!”
Gene roześmiał się, odpalił petardę
i rzucił ją w stronę
mężczyzny. Prosto
na parapet jego
dużego okna.
„BUUUM!!!”
na szczęście okno
wytrzymało.
mężczyzna wbiegł do
domu.
Gene dał mi pukawę
i wisienkę.
„teraz ty…”
podpaliłem lont i czekałem
póki starczyło mi odwagi
potem rzuciłem bombę.
wybuchła jakieś cztery metry nad moją
głową.
„nieźle” powiedział Gene.
poszliśmy przez Longwood do
21. Ulicy, skręciliśmy w lewo i
weszliśmy na niewielkie wzgórze.
„patrz na to”
powiedział Gene.
przy płocie stał kubeł
na śmieci.
Gene zdjął pokrywę, wrzucił
do środka zapaloną petardę i
z powrotem nakrył
pojemnik.
„BUUUM!!!”
wybuch podrzucił pokrywę
prawie na metr
w górę.
„rany jest moc!”
„aha” powiedział Gene.
poszliśmy trochę dalej
pod górę.
stało tam zaparkowane auto
z oknem lekko uchylonym
od strony
kierowcy.
„patrz teraz” powiedział Gene.
odpalił petardę i wrzucił ją
przez okno.
„BUUUM!!!”
auto się zakołysało i
wypełniło gęstym
niebieskim dymem.
„super!”
powiedziałem.
Gene’owi zostały trzy może cztery bombowe wisienki.
zawróciliśmy i zeszliśmy ze
wzgórza.
Gene odpalił ostatnie
jedną po drugiej i wyrzucił je
jak najwyżej
w powietrze
i wybuchły.
potem staliśmy przed
jego domem.
było gdzieś tak wpół do
siódmej.
„dobra” powiedział
„skończyły się”.
„dzięki Gene”.
„w porządku,
na razie…”
wszedł do swojego
domu.
wróciłem do siebie
otworzyłem drzwi
i ruszyłem
korytarzem.
ojciec usłyszał mnie ze
swojej sypialni.
„gdzieś ty był do
cholery?”
„świętowałem…”
„zuch z ciebie!
wspaniała jest
nasza ojczyzna!”.
wróciłem do swojego pokoju
rozebrałem się, wskoczyłem
do łóżka.
pomyślałem
że jak zwykle się mylił
bo świętowałem tylko
siebie.
bez lęku czy udręki
siadają
moszczą się wygodnie
gadają i
narzekają i
wymachują rękami
nie mają nic innego do
roboty
a skoro nie mają
nic innego do roboty
wolą to robić
w twoim towarzystwie.
zadziwia mnie
rzesza ludzi którzy
nie mają nic do roboty
prócz moszczenia się
gadania
narzekania i
wymachiwania rękami.
bez przerwy
pukają do wielu drzwi
szukając innych
ludzi niemających
nic do roboty
a kiedy mówią
lub narzekają
w ich głosie nie słychać
strachu ani udręki
raczej lekki rozstrój
nerwowy bo
nie ma dokąd pójść.
czasem po prostu proszę ich
żeby sobie poszli
a oni odchodzą
i wtedy czuję się winny
jakbym źle zrozumiał
ich potrzeby
albo czuję że mogłem ich
urazić.
ale tak nie jest.
oni wracają
zawsze wracają
wszyscy bez wyjątku
siadają ponownie
moszczą się wygodnie
gadają
narzekają i
machają rękami.
ale wiem
że nie jestem jedynym
który to znosi.
chodzą od jednego do drugiego
wte i wewte
a kiedy są z kimś innym
mnie dostaje się ten który właśnie był
gdzie indziej
a potem
nowy gość siada
mości się wygodnie
gada
narzeka i
macha do mnie
rękami.
o mały włos
bić się za bardzo nie umiał ale wdał się w kilka ostrych
bójek na tyłach knajp.
był zamulony i zalany więc zawsze
wybierał największego skurwiela jaki się trafił
patałach, zaliczał trafienia przy dopingu rozwrzeszczanych
dziwek i co rusz zbierał niezłe
bęcki.
„Hank” rzekł do niego pewnej nocy najlepszy przyjaciel „chcemy
żebyś przystał
do gangu”.
„nie dam rady”
„nie dasz? bo co?”
„mam co innego do roboty…”
dwa dni później jeden z gangu został ranny w policyjnej
strzelaninie, a dwóch innych zabito
w tym jego przyjaciela.
poszedł do baru trzy przecznice na wschód, siedział i czekał na
odpowiedź, siedział i czekał aż
księżyc przemieni się w słońce
cierpliwie siedział i czekał na to
czy na tamto.







