Nowy Jork, luty 1703 roku. Manhattanem wstrząsa seria tajemniczych eksplozji. W ten dość drastyczny sposób ktoś pragnie przyciągnąć uwagę Matthew Corbetta, specjalisty od rozwiązywania problemów.


Tym kimś okazuje się tajemnicza postać z przeszłości młodego pracownika Agencji Herrald – nieuchwytny cesarz zbrodni Profesor Fell, który pragnie na swój przewrotny sposób skorzystać z talentów i usług Matthew.

Tak oto rozpoczyna się podróż z zimowego i szarego Nowego Jorku na ciepłą i pełną kolorów wyspę gdzieś na Bermudach, podczas której Matthew spotyka galerię zapadających w pamięć, często groteskowych przeciwników rodem z dickensowskiej wyobraźni i podejmuje kolejną niebezpieczną grę ze swoim największym wrogiem.

Pełen zwrotów akcji kolejny tom przygód Mattew Corbetta „Jeździec opatrzności” to historyczny thriller w najlepszym wydaniu autorstwa Roberta McCammona, bestsellerowego i wielokrotnie nagradzanego autora z listy „New York Timesa”.

Robert McCammon
Jeździec opatrzności
Przekład: Marek Król
Cykl: Matthew Corbett tom 4
Wydawnictwo Vesper
Premiera: 18 lutego 2026
 
 

Rozdział pierwszy

Krab, który dreptał wśród skał w płynnej ciemności, nie znał niczego poza swoją skorupą. Z czego się zrodził? Dokąd zmierzał z takim mozołem? Nie wiedział. Poczuł smak zimnych prądów, a w nich esencji mięsa, które mógł zjeść, więc ruszył tam, skąd dochodził ten zew, i powoli brnął przez błoto ku swej ofierze.
Poprzez kolejne skały, w głąb szczelin i pęknięć, to zsuwał się, to wspinał, bokiem, wtykając szczypce gdzie popadło, tak jak to jest w naturze skorupiaków. Kiedy przechodził przez ławicę ostryg, jego obecność wywołała drżenie muszli wielkości talerzy, jakby w swych wilgotnych, bezprzytomnych snach mięczaki wyczuwały cień koszmaru tam, gdzie żadnego cienia być nie mogło. Gdy krab powędrował dalej, ta jakże nieznaczna w swym wyrazie panika, która wybudziła ostrygi z ich półsnu, natychmiast zgasła i życie pośród muszli powróciło na dawne tory.
Gdziekolwiek się znalazł, wzburzał muł swoimi szczypcami. Ten okryty twardym pancerzem, zawzięty mieszkaniec nowojorskiego portu nie miał pojęcia, że księżyc w pełni srebrzy swym światłem powierzchnię wody, że to luty roku 1703, że w ten sobotni wieczór w oknach solidnych domostw i renomowanych tawern na Manhattanie jarzą się lampy, a nawet że zimny, północno-zachodni wiatr zmarszczył dach jego wodnej siedziby. Wiedział tylko, że rozpościerające się przed nim, czarne jak noc grzęzawisko pachnie czymś smakowitym, więc dość niezdarnie parł dalej napędzany żarłocznością, bez planu i należytej przezorności.
Dlatego też, kiedy muł rozstąpił się pod nim i wyrosły z niego macki, a coś, co samo wyglądało jak muł, zadrżało z nienasyconej rozkoszy, kto był temu winien, jeśli nie sam krab? Jaka myśl przemknęła przez nerwy skorupiaka niczym zapach zdechłego śledzia, gdy macki owinęły się wokół niego i uniosły go w górę, obracając na plecy, a dziób ośmiornicy zaczął wgryzać się w jego podbrzusze? Bo choć krab ze wszystkich sił starał się wyrwać z uchwytu, nie miał najmniejszych szans. Zaczął się rozpadać na kawałki i niknąć w kąsającym dziobie i w bezstronnym morzu, a gdy mniejsze ryby rzuciły się, by chwytać pływające strzępki mięsa, ośmiornica przyciągnęła swą ofiarę do siebie niczym zazdrosny kochanek i wcisnęła się do szczeliny pomiędzy dwiema skałami. Już wkrótce to, co zostało z kraba, znalazło się w miejscu jeszcze ciemniejszym niż poprzednie, i tam właśnie musimy pożegnać tego samotnego wędrowca.
Po skończonym posiłku ośmiornica rozsiadła się w swojej kryjówce. Była stara, powolna, i we właściwy sobie sposób wściekała się na upokorzenia, których nie szczędził jej czas. Miała szczęście, że przytrafiła jej się taka uczta. Niebawem jednak głód znowu zaczął ściskać jej wnętrzności, więc, macka po macce, wygramoliła się ze swej usianej skorupami nory i znowu ruszyła na pole bitwy. Dryfując tu i tam niczym nakrapiana chmura, szukała kawałka równego dna pokrytego mułem i wodorostami, gdzie mogłaby się ukryć i czekać, aż napatoczy się kolejny nieszczęsny mieszkaniec głębin, i biada wędrującym po nocy krabom oraz małym rybkom.
Ośmiornica, zapamiętała w swym poszukiwaniu i apetycie, przepływała obok skał, między którymi tkwiły zardzewiałe resztki kotwicy zerwanej przed laty podczas sztormu z pewnego holenderskiego statku. Stworzenie, dla którego te skały i ta kotwica stały się domem i kryjówką, natychmiast wybudziło się z odrętwienia. Czując w wewnętrznym uchu mrowienie wskazujące na bliskość pożywienia, machnęło ogonem z boku na bok i wystrzeliło na zewnątrz, a bulwiasta głowa ofiary znalazła się w pysku granika. W tej samej chwili – a było to zdecydowanie zbyt późno – gdy wytrysnął ostrzegawczy strumień czarnego atramentu, ośmiornica była już prawie cała w paszczy wielkiej ryby, gdzie miażdżyły ją masywne płytki zastępujące zęby. Wijące się macki zostały wciągnięte jednym krótkim siorbnięciem. Granik spożył swój obiad tak schludnie, że dla małych żebraków nie pozostał choćby strzępek. Ryba pływała teraz w swego rodzaju transie zwycięstwa, leniwie poruszając wodę ogonem i muskając brzuchem dno. Wkrótce nowy zapach jedzenia przyciągnął jej uwagę i zmieniła kurs niczym fregata pokryta krostami pąkli. Granik zaczął szukać we wszystkich możliwych miejscach i po chwili natknął się na zawieszony w wodzie ociekający tłuszczem kawałek mięsa gotowy do spożycia.
Chwycił go.
Kiedy potężna paszcza się zamknęła, nagłe szarpnięcie linki, która biegła czterdzieści stóp w górę, ku powierzchni wody, sprawiło, że haczyk utkwił w rybiej gardzieli. Lekko poirytowany granik zaczął się cofać, chcąc wrócić do swej kryjówki, jednak zatrzymał go jakiś przedziwny opór, gdzieś z góry, z rejonów, o których nic a nic nie wiedział. Hak, linka i ryba rozpoczęły zmagania, i choć rybie z pewnością nie można było odmówić ani siły, ani uporu, przez następne kilka minut coś powoli ciągnęło ją w górę. Mimo że starała się ze wszystkich sił, nie była w stanie pozbyć się ciernia, który mocno tkwił w jej gardle. W drodze z głębin ku powierzchni jej oczy zaczęły dostrzegać dziwne kształty tamtego, innego świata. Jakieś okrągłe światło roztaczało przepiękny, srebrny blask, który niemal sparaliżował granika. Ryba zaczęła dygotać, próbując jakoś przemóc tę niedogodność, że coś ciągnie ją wbrew jej woli. Skrzela granika falowały gniewem.
Już za kilka sekund granik miał się znaleźć – na dobre i na złe – w uścisku innej rzeczywistości. Na swój sposób poznałby jej sekret, ale nie chciał tej wiedzy, więc rzucał się nieprzerwanie. Linka jednak uparcie go ciągnęła, a on wznosił się ku górze. Już, już miał przebić powierzchnię wody, a wtedy jego oczy ujrzałyby – tuż przed zagładą – świat obcy i absolutnie fantastyczny w swej naturze.
Jednak zanim to się stało, rekin błękitny, który krążył wokół, obserwując całą sytuację, rzucił się na granika i oderwał większą część jego korpusu, tak że na końcu linki został jedynie rybi łeb. Kiedy siedzący w niewielkiej łódce rybak, który od ponad pięciu minut wyciągał swój połów, ujrzał ociekający wodą łeb granika i biały ślad płetwy rekina, z wściekłością rzucił wędkę i chrapliwym, wysuszonym przez wiatr głosem wydał okrzyk, który z pewnością poniósł się po wodzie i obudził tych, co spali snem wiecznym na cmentarzu kościoła Świętej Trójcy.
– Na litość Wszechmogącego Jezu Chrysta! – wrzasnął stary, rozczochrany Hooper Gillespie. – To niegodziwe, ty rozbójniku o zatwardziałym sercu! Szatański pomiocie! Niegodziwe!
Niegodziwe czy nie, takie właśnie było życie: i nad, i pod powierzchnią wody.
Hooper Gillespie rzucił w stronę rekina, który zdążył się już zresztą oddalić, jeszcze kilka równie smakowitych próbek nad wyraz pokręconego żargonu, jakim się posługiwał, po czym ciężko westchnął i ściślej opatulił się obszarpanym płaszczem. Gęste, siwe włosy sterczały mu na głowie kępami kosmyków i spiralnych zwojów, tworząc dziewicze pole, na którym kiedyś jego matka złamała swą najlepszą szczotkę. Matka już nie żyła, i to od dawna. Nikt nie miał się nigdy dowiedzieć, że w swojej chacie Hooper trzymał oprawiony w cynową ramkę, wykonany z pamięci niewielki rysunek tuszem, przedstawiający jej twarz. To była chyba jedyna rzecz, którą cenił w całym swoim życiu – poza wędką.
Wciągnął do łodzi poszarpaną głowę ryby i wyjął haczyk. Kiedy już miał wyrzucić cały ten bałagan za burtę, w niewidzących rybich oczach dostrzegł blask księżyca i przyszło mu do głowy pytanie: co też takie ryby wiedzą o ludzkim świecie? Myśl ta okazała się jednak niezwykle ulotna, jak cień pozbawiony tego, co go rzuca. Spojrzał za siebie na spoczywający w wiadrze nocny połów: trzy małe makrele i całkiem sporego skalnika. Wiatr stawał się coraz zimniejszy, a ramiona Hoopera były zmęczone po walce z rybą. Nadszedł czas, by wracać do brzegu.
Przez zatokę niosły się dźwięki skrzypiec. Żywa i radosna melodia wywołała w starym Hooperze kolejny przypływ gniewu.
– Brawo! – warknął, kierując to do ludzi, tańców, blasku świec i życia w ogóle. – Tak, tak, mój panie, gadaj sobie zdrów! I tak nic mnie to nie obchodzi! – Schował wędkę i zaczął wiosłować w stronę ciemnego zarysu Oyster Island. – Nie obchodzi! – powtórzył, tym razem kierując tę deklarację do całego świata. – Sam jestem sobie panem! Ot co! Myślą, że to im ujdzie na sucho! A mnie pogrążą w błocie! Nie, nie, mój panie, to jeszcze nie koniec!
Kiedy tak wiosłował, zdał sobie sprawę, że ostatnio dużo mówi do siebie.
– A niech tam! Zrobione jest zrobione, a jest to jest! – Przerwał, żeby splunąć za burtę gorzką flegmą. – I basta!
Latem Gillespie obsługiwał prom kursujący pomiędzy Manhattanem a Breuckelen , ale rzeczni zbóje – „okrutniki”, jak o nich mówił – raz za razem zatrzymywali prom i okradali pasażerów, co położyło kres tej działalności, przynajmniej jeśli chodzi o Hoopera. Nie chciał mieć poderżniętego gardła. Nawet poskarżył się na to, kiedy gubernator, lord Cornbury, pierwszy raz spotkał się w ratuszu z obywatelami. Gillespie upierał się, że naczelny konstabl Gardner Lillehorne powinien coś zrobić, żeby oczyścić rzekę z tej hołoty.
– I patrzcie, gdzieżem teraz jest! – krzyknął do gwiazd. – Muszę robić wiosłami na tem cholernem zimnie! I po co mnie to było?
Prawda była taka, że w listopadzie Lillehorne znalazł ukrytą zatokę, w której rabusie mieli swoją kryjówkę, i rozbił tę wesołą gromadkę łotrzyków, jednak posada promowego dostała się komuś młodszemu. Natomiast Hooperowi zatrzaskiwały się przed nosem kolejne drzwi, co skłoniło go do refleksji, że człowiek zdrowy na umyśle nie powinien narzekać na naczelnego konstabla, stojąc przed ubranym w uroczystą szatę Cornburym, który był kuzynem władczyni i sam – trzeba to uczciwie przyznać – miał w sobie coś z królowej.
– No przecie, żem nie jest szalony! – mruknął Hooper, wiosłując. – Mam głowę nie od parady!
Okoliczności sprawiły, że oto zbliżał się do skalistej plaży na Oyster Island. Okoliczności, a także oczywiście fakt, że nikt inny nie chciał się podjąć tego zadania. Całą wyspę pokrywał gąszcz drzew i prawdziwy labirynt głazów, jeśli nie liczyć małej chatki z bali przeznaczonej dla strażnika. Od trzech tygodni był nim Hooper. Wspinał się na wieżę wzniesioną na południowym krańcu wyspy i obserwował – głównie przypływy i odpływy, choć wypatrywał także czujnie wszelkich masztów, jakie mogłyby się pojawić na horyzoncie. Wiedział, że jeśli w okularze lunety ujrzy armadę pod holenderskimi barwami, będą to okręty wojenne o dębowych burtach, płynące, żeby odbić Nowy Jork. Wtedy miał popędzić, ile sił w nogach, tam, gdzie stała zwrócona w stronę portu armata, i wystrzelić z niej na alarm, zanim najeźdźcy wylądują na brzegu.
– Niech mnie diabli, jak umiem odpalić tą cholerną armatę – powiedział cicho Hooper, kiedy jego wiosła poruszały wodę. Potem znowu usłyszał dźwięki skrzypiec, odwrócił twarz w stronę świateł miasta i wrzasnął:
– Powinnem was wszystkich odpalić z tych waszych butów do tańcowania! Tańcujcie sobie, tańcujcie!
Jak zwykle nikt nie odpowiedział.
Coś przyciągnęło spojrzenie jego zmrużonych oczu.
Dostrzegł jakiś czerwony błysk.
Błyskało w ciemnościach, jakieś pół mili od miasta. Na skraju lasu, w którym wciąż jeszcze krzyżowały się indiańskie ścieżki. To było czerwone światło, które to zapalało się, to gasło, zapalało się i gasło. Zapalało i gasło.
– Musi ktoś daje sygnał – powiedział do siebie Hooper. Najpewniej był to płomień za czerwoną szybką, którą ktoś przesłaniał ręką albo kapeluszem. – To jest pytanie! – dodał, lecz zaraz sobie uświadomił, że jeszcze żadnego pytania nie zadał, więc od razu naprawił swój błąd: – Tylko dla kogo ten sygnał?
Spojrzał na morze widoczne za ostrymi skałami i dzikim lasem Oyster Island.
Daleko w ciemności, inna czerwona lampa zapalała się i gasła. Zapalała i gasła. Zapalała i gasła, aż w końcu… zgasła na dobre.
Znów odwrócił głowę w stronę Manhattanu i ciemnego skraju dzikich lasów. I tam czerwona lampa zgasła.
Hooper Gillespie zrozumiał, że niezależnie od tego, jaka to była wiadomość, została przekazana.
Dno łodzi zaszorowało po kamieniach i muszlach ostryg. Serce mu podskoczyło, potem jakby się zawahało i w końcu zaczęło walić jak oszalałe, bowiem do jego nieczesanej głowy wdarła się jedna myśl.
Hooper uważał, że myśli należy wypowiadać tak głośno, jak to możliwe.
– Nic z tego! – wykrzyknął. – Płyną z przybojem, żeby z nas zrobić jakąś jatkę! Bóg jeden wie! Nic z tego!
Kiedy wyskakiwał z łodzi, prawym butem uderzył o skałę i z wielkim pluskiem runął do wody. Plując i przeklinając w języku, który nie do końca był angielszczyzną i którego nie mógł w pełni zrozumieć nikt poza nim samym, Hooper podniósł się ciężko i pobiegł piaszczystym brzegiem obmywanym przez drobne fale. Minął armatę, biegnąc ścieżką prowadzącą do wieży strażniczej. Kiedy do niej dobiegł, zatrzymał się, żeby za pomocą hubki i krzesiwa, które spoczywały tam zamknięte w szczelnym pudełku, zapalić pochodnię. Z płonącą żagwią ruszył na szczyt wieży po rozchwierutanych, drewnianych schodach. Na górnym podeście oparł się o stoczoną przez korniki poręcz i z wysoko uniesioną pochodnią wychylił w przód na tyle, na ile starczyło mu odwagi.
– Błogosławieństwo wolności nie będzie zabrane! – krzyknął w stronę nieznanego i niewidocznego okrętu, który krył się gdzieś tam, w ciemnościach. Oczywiście Hooper nie dojrzał niczego w świetle pochodni, ale przynajmniej, jak sądził, dał znać Holendrom, że ich zauważono. – Chodźcie tu, łajdusy z sinymi zadkami! Pokażcie, jak wasze ślepia błyskają wam z pazerności!
Jego głos przenikał przez noc, ale noc go pochłaniała, nie dając nic w zamian.
Czerwone światło na morzu już się więcej nie pojawiło. Hooper spojrzał w stronę lasów Manhattanu. Tamta lampa także zniknęła na dobre. Cokolwiek zostało przekazane, nie miało być powtórzone. Hooper przygryzł dolną wargę i zaczął wymachiwać pochodnią, która sypała iskrami.
– Widziałem cię i to dobrze, ty zdradziecki worze krzywych kości! – krzyknął. Nie spodziewał się, że z tej odległości ktokolwiek go usłyszy, ale nieźle było dać sobie upust. Wtedy o czymś sobie przypomniał. Jeśli miało się stać to, o czym myślał, i cała chmara Holendrów czaiła się tam, żeby wpłynąć prosto do portu na swoich statkach, razem ze swoimi armatami i kordelasami, gotowa strzelać i ciąć, on musiał spełnić swój obowiązek i ostrzec obywateli. Zbiegł po schodach z pochodnią w ręku. Mało brakowało, a na samym dole znowu by się potknął, co zniweczyłoby nie tylko heroiczne zamysły, lecz także zmieniłoby geometrię osadzenia jego własnej głowy na własnej szyi.
Zatrzymał się dopiero w swojej chacie, gdzie pośpiesznie otworzył drewnianą skrzynkę, z której wyjął woreczek prochu – było go tam akurat tyle, żeby narobić odpowiednio dużo hałasu – i sześciocalowy kawałek lontu. Wziął też ze sobą nóż, żeby mieć czym rozciąć worek z prochem. Potem podszedł do armaty i drżącymi rękami umieścił pochodnię w specjalnym metalowym stojaku. Mamrocząc pod nosem obawy o przyszłość Nowego Jorku, gdyby miasto zajęli Holendrzy i wszystkich brytyjskich obywateli – mężczyzn, kobiety i dzieci – uwięzili na swoich statkach, Hooper wsunął lont w otwór zapałowy armaty. Ile miało go wystawać, żeby doprowadził ogień? Nie pamiętał. Przypominał sobie tylko poruszające się usta na bladej twarzy zwieńczonej trikornem i to, że on myślał wtedy o łowieniu ryb, kiedy już tu będzie.
Nie było żadnej kuli, Hooper miał tylko narobić hałasu. Obejrzał się przez ramię na nocne morze. Czy wyczuł ruch stu statków zbliżających się do zatoki? Czy usłyszał łopot flag i grzechot łańcuchów, gdy rychtowano działa? Nie było widać żadnych świateł, ani jednego. „Cholerni Holendrzy!” – pomyślał Hooper. – To prawdziwe demony ciemności!”.
Z gorączkową determinacją powrócił do swego zadania. Chciało mu się sikać, ponieważ jednak nie mógł tracić czasu, zlał się w spodnie. Przynajmniej tyle mógł zrobić bohater. Rozciął worek z prochem, wsypał go do lufy i przypomniał sobie, żeby użyć stempla, jak poleciły mu poruszające się pod trikornem usta. Mocnym pchnięciem ubił proch, po czym stał przez chwilę, próbując sobie przypomnieć, czy lont powinien podpalić zapałką, czy ma użyć pochodni. Wepchnął lont głębiej, żeby wiatr nie mógł go tak łatwo zgasić. Rzucił jeszcze jedno spojrzenie za siebie, by się upewnić, czy obok Oyster Island nie przemyka właśnie holenderska armada, a potem przyłożył do lontu płomień pochodni.
Zaiskrzyło, zasyczało i ogień zaczął się przesuwać. Hooper cofnął się o kilka kroków, tak jak mu przykazano. Kiedy lont się wypalił, a ogień zniknął w otworze zapałowym, rozległ się dźwięk przypominający skwierczenie bekonu na patelni, po czym nastąpił cichy trzask, a z otworu uleciał obłoczek dymu delikatny jak damska, koronkowa chusteczka.
– Niedobrze! – jęknął Hooper. – Jezu Chryście ratuj! Ale ze mnie matoł!
Zajrzał do otworu zapałowego. Nie było widać iskry. Lont musiał zgasnąć albo proch był zły. Podszedł z drugiej strony i przyłożył twarz do wylotu lufy. Poczuł zapach tlącego się prochu, ale gdzie był płomień?
– Do cholery! – wrzasnął, bowiem wizja, że w tym czasie próby, gdy Nowy Jork znalazł się w potrzebie, on stanie się bohaterem, właśnie obróciła się w popiół, który opadł na jego przemoczone buty.
Ledwie trzy sekundy po tym, jak odsunął twarz od armaty, z otworu zapałowego wystrzeliła struga ognia i działo wypaliło.
Sam podmuch omal nie doprowadził Hoopera do szaleństwa. Huk go ogłuszył. Zatoczył się do tyłu, dysząc jak granik na haczyku, i opadł na tyłek. Oszołomiony ujrzał błękitny ogień i unoszący się ku niebu wir iskier, a potem zobaczył coś jeszcze, co sprawiło, że prawie wszystkie kosmyki jego nieokiełznanych włosów stanęły dęba.
Po drugiej stronie zatoki, w mieście, coś wyleciało w powietrze. To był jakiś budynek, gdzieś blisko Dock Street. Hooper nie słyszał hałasu, ale widział, jak wzbił się czerwony płomień. Cokolwiek to było, płomień musiał być gorący, bo był biały w środku. Fragmenty dachu spadły na ziemię, a inne części budynku nadal leciały ku górze na podobieństwo ognistych nietoperzy.
– O nie… – szepnął Hooper, choć sam tego nie słyszał. – Nie!
W pierwszej chwili pomyślał, że przez zapomnienie włożył do lufy kulę i sam coś wysadził, ale potem przypomniał sobie, że w armacie nie było kuli, bo jak, na Jezu Chrysta, ktoś mógłby o tym zapomnieć?
Nie, to musieli być Holendrzy. Właśnie ostrzelali Nowy Jork i zaczęła się wojna.
Powoli stanął na nogi. Najwyższy czas, żeby opuścić ten teren. Nadal nie było widać okrętów; żadnych lamp bojowych ani płomieni wydobywających się z armatnich luf. Wszystko jedno. Pobiegł do łodzi, która leżała na skałach, tak jak ją zostawił. Kiedy odepchnął ją od brzegu i wsiadł do środka, coś sobie uświadomił, coś bardzo dziwnego.
Wiadro z trzema małymi makrelami i sporym skalnikiem zniknęło.
Hooper pomyślał, że to musiał być ten duch, upiór, który się tam zjawiał. Dlatego dostał tę pracę. Nikt inny jej nie chciał. Ostatni strażnik opuścił wyspę tej samej nocy, której jego płaszcz zniknął ze słupka obok wychodka. Każdy, kto tam strażował, nie był sam. Hooper nigdy wcześniej nie natknął się na dowody istnienia upiora, ale teraz miał je przed sobą.
– Byłoby po chrześcijańsku, jakbyś przynajmniej to cholerne wiadro zostawił! – krzyknął w stronę wszelkich uszu, które mogły go usłyszeć.
Kończył z tym zapomnianym przez Boga miejscem. Chwycił wiosła i zaprzągł do pracy swe żylaste mięśnie. Serce waliło mu jak młotem, duszę przepełniał lęk, a splątane włosy były osmalone dymem. Stary Hooper Gillespie powiosłował na Manhattan, mając przed dziobem czerwone płomienie, a za rufą pogrążone w mroku morze.

 
Wesprzyj nas