Grupka nieznajomych, piękna hawajska wyspa i mroczna przeszłość, która nie daje o sobie zapomnieć… Ta wycieczka miała być przygodą życia, ale teraz nie wiadomo, czy ktokolwiek powróci z niej w jednym kawałku.


Wycofana Lux i pewny siebie Nico dostają propozycję nie do odrzucenia. Mają popłynąć na bezludną wyspę u wybrzeży Hawajów z dwiema tajemniczymi turystkami.

Choć kobiety początkowo nie wzbudzają ich zaufania, to uczucie szybko zostaje przykryte przez ekscytację nadchodzącą wyprawą.

Pomimo mrocznej historii wyspy pełnej katastrof morskich, morderstw, a nawet przypadków kanibalizmu, miejsce wydaje się rajem. Jednak okazuje się, że ktoś inny już odkrył ten tajemniczy atol.

Wkrótce obcy ludzie uwięzieni na dzikiej wyspie zaczną się zastanawiać, czy ktokolwiek z nich wróci z tej wyprawy żywy…

„Zuchwałe dziewczyny” to pełen napięcia thriller o piekielnej pułapce, z której nie da się uciec.

Rachel Hawkins
Zuchwałe dziewczyny
Przekład: Katarzyna Rosłan
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 8 kwietnia 2026
 
 

Prolog

Morska woda i krew smakują tak samo.
Nigdy o tym nie myślała. Aż do teraz: do chwili, gdy jednocześnie zalewają ją krew buchająca z rany na skroni i morska woda wdzierająca się do ust.
Obie są ciepłe i mają ostry posmak.
I obie chcą nią zawładnąć.
Jest ciemno, ale słychać uderzenia fal o burtę i odgłosy zajadłej kłótni na pokładzie. Jeszcze przed chwilą ta kłótnia miała dla niej znaczenie, ale teraz liczy się tylko pulsowanie w głowie, szczypanie soli i ból głęboko w piersi.
W pewnym sensie łatwiej byłoby odpuścić. Pozwolić, by to się wydarzyło. Czy właśnie nie to cały czas robiła? Czy nie to doprowadziło ją tutaj – w ten odległy punkcik pośrodku Pacyfiku, gdzie – zamroczona – samotnie tonie?
Bierze głęboki wdech.
Boli. Woda wdziera się tam, gdzie powinno wpadać powietrze.
Ale po bólu przychodzi coś w rodzaju spokoju. To już koniec. Po wszystkim.
Zanurza się.
I nie wypływa.

Przed drugą wojną światową wyspa Meroe była znana z powodu wraku, od którego wzięła swą nazwę. Odcięci od świata marynarze HMS „Meroe” spędzili na niej ponad pięć miesięcy, a garstka ocalałych stanęła przed sądem za zabójstwo kolegów. Proces otaczały ponure plotki o kanibalizmie, na tyle makabryczne, że gazety je przemilczały. Skazano tylko jednego z ośmiu ocalałych – kapitana marynarki nazwiskiem Thornton. Jego egzekucja przez powieszenie przyciągnęła wielotysięczny tłum, w którym znalazły się takie znakomitości owych czasów jak lord Byron czy J.M.W. Turner. Wyspa Meroe była przedmiotem mało przyjemnego przypisu dolnego w rocznikach żeglugi morskiej aż do lat 40. XX wieku, kiedy to ze względu na swe strategiczne położenie okazała się miejscem przydatnym dla sił alianckich na Pacyfiku. Od tamtego czasu była mniej lub bardziej bezludna, choć w ostatnich latach stała się popularnym celem rejsów co odważniejszych żeglarzy.
Ukryte historie, „Traveler’s Press”, 2010

TERAZ

Rozdział pierwszy


Czasem się zastanawiam, czy ludzie, którzy są na wakacjach, naprawdę myślą, że trafili na inną planetę.
Albo w ogóle do innego wymiaru.
To jedyne przychodzące mi do głowy wyjaśnienie miliona kretyńskich sytuacji, jakich jestem świadkiem od pół roku, czyli od kiedy pracuję w kurorcie Haleakala na Maui. I nie mówię tu tylko o różnego typu dziwactwach, jakich można by się spodziewać w takim miejscu – w stylu propozycji „spędzenia wspólnego wieczoru” otrzymanej od spalonej słońcem pary, widoku grupy kobiet w identycznych topach z napisem „Idziemy po swoje!”, które wydają parę tysięcy dolarów na szoty tequili, by skończyć potężną kłótnią ze szlochami przy barze w lobby, ani też o arogancji dupków z Wall Street, którzy zostawiają kreski koksu na łazienkowym blacie, a potem oskarżają pokojówkę, która u nich sprząta, o ich wciągnięcie.
Z takimi rzeczami dawałam sobie w ten czy w inny sposób radę, ale teraz mam na myśli chwile naprawdę odjechane, jak ta, kiedy pewien facet zaproponował mi dwieście dolców za zjedzenie na jego oczach całego ananasa (nie zjadłam), lub przygoda ze starszą panią, która przez cały swój tygodniowy pobyt nie opuściła apartamentu, oglądając filmy dla dorosłych i żywiąc się wyłącznie dostarczanymi przez obsługę frytkami (szczerze mówiąc, czemu nie?). Należało też do nich sprzątanie pokoju, w którym chłopaki z bractwa studenckiego zostawili na dywanie koncentryczne smugi moczu (przedstawiłam szefostwu dowody fotograficzne, a tatuś któregoś z młodzieńców bezzwłocznie wyciągnął kartę kredytową, by pokryć koszty).
Nie do innych chwil należy też ta obecna, kiedy stojąc pośrodku Apartamentu Makai i patrząc na rozłożony na łóżku cały zestaw zabawek erotycznych, zastanawiam się, gdzie na skali pomiędzy pojęciami „ohyda”, „trwoga” oraz „odchył” plasuje się ten przypadek.
– Ale popierdzielone – mruczy Maia stojąca obok mnie z naręczem mokrych ręczników. – Stonehenge z dildami zamiast kamieni.
Prycham i wciągam gumowe rękawiczki.
– Szczerze mówiąc, jeśli chodzi o dilda, widzę tylko dwa, nie, trzy. To – wskazuję na jaskraworóżowy dysk po prawej – jest wibrator, a to fioletowe… w sumie nie wiem co, ale tak czy siak, brawo dla tych ludzi, najwyraźniej świetnie się bawią na wyspie.
Maia kręci głową i cofa się w stronę wózka z praniem. Jest niższa ode mnie, więc spódnica uniformu sięga jej za kolano. Powinna przez to wyglądać mało elegancko albo jak ktoś pozbawiony gustu, ale w jej przypadku to niemożliwe – jest jak seksowna aktorka z telewizyjnego show, która łaskawie zgodziła się zagrać hotelową pokojówkę.
– Nie mam nic przeciwko dobrej zabawie, Lux. Po prostu czasem wydaje mi się, że ludzie zapominają, że ktoś to zobaczy.
– Albo przeciwnie, właśnie chcą, żebyśmy to zobaczyły – odparowuję, wyciągając ze swojego wózka plastikowy worek z logo hotelu. – Może to jest część całości.
– Fu – wzdryga się Maia, a ja podnoszę różowy wibrator i wrzucam go do worka.
– Świętoszka.
– Szajbuska – odparowuje Maia i znika w łazience.
Uśmiecham się i wracam do swojej pracy.
Maia jest tu nowa, pracuje w kurorcie od zeszłego miesiąca. Bardzo ją lubię i boję się, że za parę tygodni odejdzie. Sama siedzę tu wystarczająco długo, by wiedzieć, że personel hotelowy dzieli się przeważnie na trzy kategorie: ekipa „dożywocie”, czyli panie, które pracują tu od dziesięciu i więcej lat i będą pracować przez kolejnych trzydzieści, ekipa „to tylko na chwilę, ale jestem tu już rok” i wreszcie dziewczyny takie jak Maia, które myślą, że praca w pięciogwiazdkowym hotelu będzie niezbyt męczącą frajdą i pozwoli im zarobić całkiem porządną kasę.
Sama też miałam być w tej grupie, ale po pół roku chyba zaczynam wpadać do tej drugiej.
Przyleciałam na Hawaje za facetem – co brzmi, jak sądzę, idiotycznie – ale mam wrażenie, że każda kobieta, której Nico Johannsen zaproponowałby spotkanie na Maui, bez wahania kupiłaby bilet na samolot.
Poza tym nie chodziło o samego faceta. Bardziej o to, co ten facet proponował. Możliwość podróżowania, wizję rejsu dookoła świata i wreszcie – szansę na nowe doświadczenia.
Na przygodę.
– Na spełnienie marzeń – mruczę pod nosem, przyglądając się łóżku i nie wiedząc, co właściwie zrobić. Czy powinnam ułożyć te wszystkie zabawki na ręczniku na blacie w łazience, tak jak to robimy z pędzlami do makijażu?
Nagle ogarnia mnie przemożne pragnienie, by odejść. Zedrzeć z siebie ten uniform, porzucić wózek sprzątaczki, wyjść z hotelu i wrócić do domu.
Tylko co nim jest?
Formalnie mieszkam w maleńkim wiejskim domku na południowej stronie wyspy. Dzielimy go z Nikiem z dwoma chłopakami, z którymi Nico pracuje w porcie, i ich dziewczynami. Tyle że nawet nie mamy własnego pokoju – śpimy na materacu rozkładanym na noc w salonie. Cały dom przesycony jest zapachem soli i kremu z filtrem, a pościel zawsze jest wilgotna i zapiaszczona. Na sześć osób mamy dwie łazienki, w których wiszą ociekające wodą kostiumy kąpielowe i ręczniki z plamami pleśni, ponieważ w tym miejscu nic nigdy do końca nie wysycha.
Moim domem miała być łódź Nica – „Susannah”.
Na myśl o niej ogarnia mnie smutek. Wystarczy, że wyobrażę ją sobie w suchym doku z tą pieprzoną dziurą w kadłubie. Po tym, jak się poznaliśmy, Nico przypłynął tu nią z San Diego, a ja przyleciałam do niego samolotem. Kupiłam bilet w jedną stronę, spakowałam całe życie do jednej walizki na kółkach i jednego plecaka.
Ale kiedy dotarłam do Wailuku, dowiedziałam się nie tylko o tym, że podczas rejsu padł silnik „Susannah”, lecz również o tym, że podczas transportu łodzi do mariny, gdzie miał być naprawiany, doszło do wypadku i „Susannah” spadła z przyczepy, dziurawiąc kadłub. A Nico nie miał kasy na remont.
Wróć, Nico nie poprosił o kasę na remont. Jego rodzina miała Bóg jeden wie ile pieniędzy, bo prowadziła ogromną kancelarię prawną, zajmującą się szkodami osobistymi, procesami sądowymi i tak dalej, ale Nico chciał żyć wyłącznie po swojemu i na własnych warunkach.
To cecha naprawdę godna podziwu, o ile nie rujnuje mi planów i nie trzyma mnie tutaj, w hotelu, przy sprzątaniu gadżetów erotycznych obcych ludzi.
„Może ta łódź jest przeklęta” – wyszeptałam w ciepłą, słoną skórę jego szyi nie dalej jak wczoraj w nocy, kiedy leżeliśmy przytuleni na materacu, a deszcz stukał w blaszany dach. „A może to przez ciebie – odmruczał. – Kiedyś uważano, że kobieta na pokładzie przynosi pecha”. „A może to ty jesteś dupkiem”, odpowiedziałam. Tylko się zaśmiał i mnie pocałował, a potem nasz lichy, zapiaszczony materac przestał się wydawać taki lichy. Nico był w tym dobry, potrafił odwrócić moją uwagę, a jego niesłabnący optymizm skutecznie wyprowadzał mnie z karuzeli zamartwiania się, zwątpień i pytań: „co teraz, u diabła?”. Nico nie przejmował się przyszłością, a jeśli nieżyczliwy głos z tyłu głowy posykiwał mi od czasu do czasu, że Nico nie musiał przejmować się takimi rzeczami, bo ja to za niego robię, ignorowałam go.
Albo przynajmniej próbowałam.
Tak czy inaczej, przed „Susannah” i Hawajami byłam w Kalifornii, ale tam nigdy nie czułam się jak w domu, nigdy. Kiedy miałam dwanaście lat, przeprowadziłam się tam z mamą z Nebraski, a kiedy jedenaście lat później mama umarła, zostałam w San Diego, bo nie miałam pojęcia, dokąd mogłabym pójść.
Teraz, jako dwudziestopięciolatka, mam wrażenie, że całe moje życie zaczyna przypominać serię złych decyzji i straconych szans. Jakbym skręciła w lewo, podczas gdy powinnam była iść w prawo. Albo poruszała się zygzakiem zamiast łagodnym wężykiem.
Zdzieram pościel z łóżka i wpycham ją na dolną półkę wózka. Słyszę, jak drzwi apartamentu się otwierają – to Maia wychodzi do holu po ręczniki lub szampon o zapachu banana i hibiskusa.
– To co, jak myślisz, zbudować tym posrańcom na łóżku radosnego penisa z ręczników? – wołam do niej. – Wiem, powinien być łabędź, ale znając ich gusta…
Za moimi plecami ktoś chrząka. Odwracam się i widzę stojącą w korytarzu parę – mężczyznę w jaskrawej czerwono-zielonej hawajskiej koszuli i kobietę w sukience z tego samego materiału. Trzymają w rękach szklaneczki mai tai, a twarze mają czerwone – z zażenowania albo od słońca, albo może z obu powodów. Kieruję w ich stronę słaby uśmiech.
– Aloha?
Godzinę później stoję na parkingu hotelu Haleakala w dżinsowych krótkich spodenkach i tiszercie, podczas gdy mój służbowy uniform oraz plakietka z nazwiskiem zostały w pokoju mojego szefa, pana Chena. I mimo że powinnam być spanikowana jak cholera, z uśmiechem wystawiam twarz do słońca.
Koniec z pościelą. Koniec z ręcznikami. Koniec z czyimiś palcami „przypadkowo” ocierającymi się o mój tyłek. Już od miesiąca nosiłam się z myślą, by rzucić tę robotę, ale kiedy decyzja zapada bez mojego udziału, czuję się dziwnie uwolniona. To nie moja wina, że Sandersonowie weszli, kiedy weszli. A przede wszystkim, że zostawili na łóżku to, co zostawili.
To nie moja wina, że nie mam już pracy.
Teraz muszę tylko przekazać to Nicowi.

Rozdział drugi


– No, muszę powiedzieć, że pierwszy raz tracę pracę z powodu dilda.
Ponieważ jestem oficjalnie bezrobotna, mogę spotkać się z Nikiem na lunchu w jego ulubionej knajpce. Siedzi teraz naprzeciwko mnie, pachnie słoną wodą i smarem do silników i jest taki przystojny, że czuję to głęboko w brzuchu i w kolanach. Na włosach koloru piasku zawiązał czerwoną bandanę, by nie wchodziły mu w oczy, skórę ma gładką i opaloną, a wypukłości bicepsa podkreśla tatuaż.
Ten tatuaż, jeśli mam być szczera, jest kretyński. To typowa odznaka plemienna białego miastowego lalusia, która tak naprawdę nie ma wielkiego sensu, ale trzy dni po tym, jak się poznaliśmy, uzupełnił ją o „L” z ozdobnymi zawijasami, specjalnie dla mnie. Jak by nie patrzeć – urocze.
On sam był uroczy.
I nadal jest, rzecz jasna, ale kiedy go poznałam, wyglądało to inaczej. Kiedy nasz związek był świeży i gwałtownie się rozwijał, spokój, którym promieniował Nico, działał na mnie jak cudowny balsam po latach walki z rakiem mamy: szpitalami, skutkami ubocznymi chemii, pełnymi wrzasków kłótniami przez telefon z tatą.
Nico należy do facetów, którzy potrafią powiedzieć coś w stylu: „Nie bierz na siebie tego, czego nie musisz nieść”, a ty mu wierzysz – jakby wymyślił jakiś lepszy, bardziej oświecony sposób życia – i o dziwo nie masz ochoty przyłożyć mu w nos.
W każdym razie nie zawsze masz ochotę mu przyłożyć w nos.
A teraz Nico siorbie swój napój gazowany i kiwa do mnie głową.
– Ta praca i tak była do dupy.
– Totalnie do dupy.
– Zawsze możesz znaleźć inną, choćby jutro – ciągnie, wskazując na mnie szklanką.
Nawijam na widelec nitkę makaronu i wzruszam ramionami.
– A może byśmy sprawdzili, ile zaoszczędziliśmy? Może wreszcie dałoby się naprawić „Susannah”?
Nico nie odpowiada. Robi tylko ruch głową, który widziałam u niego tysiąc razy i który jest czymś w rodzaju połączenia „ehe” z „później o tym pogadamy”. Zalewa mnie gwałtowna fala frustracji.
Nie da się uciec przed faktem, że Nico jest tu szczęśliwy. Twierdzi, że chce podróżować, tak jak planowaliśmy, ale z upływem czasu widzę, że coraz lepiej się czuje w tym miejscu i zapuszcza korzenie. Lubi pracę w marinie, przy łodziach. Wszędzie nawiązuje znajomości, bo taki jest, więc wszyscy go uwielbiają (stąd nasze darmowe mieszkanie). Jeżeli o kimkolwiek da się powiedzieć, że kwitnie tam, gdzie go zasadzą, to właśnie o nim.
Co do mnie, to nie wiem, czy gdziekolwiek kwitłam. Czasem się zastanawiam, czy w ogóle potrafię. Może właśnie dlatego tak bardzo przemawia do mnie myśl, by nie zostać nigdzie zasadzoną na stałe. Albo może po prostu mam dość sprzątania cudzego gówna – czasem w dosłownym znaczeniu.
Dziobię jedzenie widelcem i spoglądam w stronę baru, przy którym w końcu zmalała kolejka. Jest prawie druga, co oznacza, że zaraz zamykają. Nico wróci do mariny, a ja… chyba do domu? Usiądę na kanapie i będę czekać na jego powrót?
To prawie bardziej dołujące niż sprzątanie hotelowych pokojów. Nagle czuję małe, najmniejsze ukłucie żalu z powodu tego, co się dzisiaj stało. Może powinnam była przeprosić Sandersonów, popłaszczyć się przed nimi? Błagać pana Chena o jeszcze jedną szansę? Ale nie wolno mi iść tą drogą, bo jeśli zacznę żałować jednej rzeczy, to pojawi się tysiąc innych decyzji do zakwestionowania. To, że rzuciłam studia, to, jak się ułożyły sprawy z tatą, lata stracone na imprezowaniu z przyjaciółmi, którzy tak naprawdę przyjaciółmi nie byli. To bezcelowe dryfowanie przez życie – dopóki nie spotkałam Nica.
– Poznałem dziś dwie dziewczyny – mówi on, przerywając moje rozmyślania.
Patrzę na niego, unosząc brwi.
– A mówisz mi to, bo?
– Bo są na wakacjach i szukają sobie chłopaka, a ja uznałem, że to o wiele fajniejsze niż naprawianie silników, więc wygląda na to, że niedługo też będę miał nowe zajęcie.
Grożę mu palcem i wciągam kilka nitek makaronu.
– Uhm, jasne, Nico. Serio.
Nico szczerzy do mnie zęby, puszcza oko i odsuwa od siebie pusty talerz.
– Serio, Lux, poznałem dwie dziewczyny. Amerykanki, ze Wschodniego Wybrzeża.
Mówi to z takim lekceważeniem, że marszczę czoło.
– Nie wszyscy możemy być bogami z południowej Kalifornii, Nicholasie.
Myślę, że się zaśmieje, ale nie, po zmarszczce u nasady nosa poznaję, że jest zirytowany. Nie wiem, czy to z powodu przytyku do jego pochodzenia, czy dlatego, że zwróciłam się do niego pełnym imieniem. Nieważne, macham ręką, bo nie chcę kłótni.
– Przepraszam, mów dalej.
Nico nie podejmuje wątku.
– Tak czy inaczej, chciały wynająć łódź na parę dni, ale kolesia, którego ktoś im polecił, nie znalazły, więc zamiast niego zagadały ze mną. Myślę, że może mnie zatrudnią.
Nie należę do zazdrośnic (jeśli ma się chłopaka, który wygląda jak Nico, trzeba się tego nauczyć, o ile nie chce się oszaleć), ale czuję dziwne mrowienie niechęci.
– Zatrudnić cię, żebyś zabrał je w rejs? Na przykład wokół wyspy?
Nico wzrusza ramionami i odchyla się na oparcie. Na dworze zaczęło padać, to lekka mżawka, która – wiem to – za parę minut minie, pozostawiając w powietrzu wilgoć i słodki zapach.
– No, chyba tak. Spytały, czy chcę się spotkać wieczorem i o tym pogadać, a ja powiedziałem, że przyjdę z dziewczyną.
– No proszę, jaki z ciebie lojalny podrywacz – droczę się, a on się uśmiecha, wyciąga rękę, sięga po moją dłoń i całuje ją w kostki.
– Bardziej przerażony, że skrócisz mi fiuta przez sen, jeśli bez ciebie spotkam się na drinka aż z dwiema babkami.
– Lojalny i mądry.
Deszcz nabiera siły, mocno tłucze w dach, a Nico wygląda na dwór, a potem z powrotem odwraca się do mnie. Ma piękne oczy, głęboko brązowe, a gdy się uśmiecha, w kącikach robią się zmarszczki.
– Uznałem, że nawet jeśli mnie nie zatrudnią, to postawią nam parę piw, a przecież i tak nie mam na dziś żadnych planów.
– Ani ja – dodaję i parskam śmiechem. – W zasadzie to już w ogóle nie mam żadnych planów, na nigdy.
Nie cierpię tego i moje słowa wcale nie brzmią żartobliwie.

Rozdział trzeci


Dziewczyny wybrały bar popularny wśród turystów, bo jaki mogłyby wybrać.
W Pineapple Pete’s panuje wielki ścisk. Czuję szczególny, paskudny zapach takich miejsc: połączenie kremu z filtrem, piwa i perfum kupionych w sklepie bezcłowym. Przy odrobinie szczęścia zaraz się natknę na gości Haleakala, przez których dziś wyleciałam z pracy.
Po lunchu Nico wrócił do pracy, a potem umył się i przebrał na przystani. Ja zrobiłam to w domu. Ale ponieważ nasi współlokatorzy też wychodzili wieczorem, musiałam walczyć o prysznic i miejsce przed lustrem, co oznacza, że teraz jestem spóźniona i nadal mam niedosuszone włosy z tyłu głowy. Sama nie rozumiem, dlaczego postarałam się o ładny wygląd, skoro Nico włoży tylko zapasowe szorty i czysty tiszert, które zawsze nosi w torbie do pracy. Nie chodzi o to, że zależy mi na tym, by wywrzeć wrażenie na bogatych studentkach spędzających tu wakacje, ale i tak wyciągam ulubioną sukienkę, tę żółtą, z wiązaniem na szyi, wykończoną haftowanymi maleńkimi ptaszkami, która kołysze mi się wokół kolan i niezawodnie sprawia, że wzrok Nica odrobinę dłużej zatrzymuje się na wypukłości mojego biodra i wgłębieniu obojczyka.
Od zawsze uwielbiam, kiedy tak na mnie patrzy – od samego początku, kiedy się poznaliśmy w barze wcale nie tak różnym od Pineapple Pete’s, jeśli chodzi o półmrok i kiepskie piwo, ale oczywiście tak odległym, że mógłby się znajdować w innym świecie. Pracowałam jako kelnerka w lokalu przy plaży w San Diego, a Nico zjawił się tam pewnego wieczoru. Właśnie kupił „Susannah” i załatwiał sprawy przed rejsem do Baja, wzdłuż wybrzeża Meksyku, a potem na szeroki Pacyfik, Bóg jeden wie dokąd. Na Hawaje, Tahiti, może nawet do Australii.
„Dotrzemy tam mimo wszystko”, mówię do siebie, przeciskając się między ludźmi w poszukiwaniu Nica. „To tylko lekka czkawka, ale potem wyruszymy, tak jak obiecywał”.
Widzę go, stoi w głębi sali, przy wysokim stoliku, przy którym nie ma stołków. Na mój widok unosi rękę, w której już trzyma piwo, a dwie dziewczyny, które stoją naprzeciwko niego, odwracają się i patrzą w moją stronę.
Nie patrzą wilkiem, co można uznać za dobry początek. W rzeczywistości ich uśmiechy wydają się szczere, nie przesłodzone ani nie fałszywe. Laski nie wyglądają też jak większość bogatych studentek, które się tu widuje. Nie noszą ciuchów w kwieciste wzory ani błyszczących szminek. Ta po prawej ma ciemne włosy zebrane w niedbały koczek, a ta po lewej, z włosami o kilka tonów jaśniejszymi, ma na sobie dżinsy i koszulkę na ramiączkach. Na jej twarzy nie widać śladu makijażu.
Nico obchodzi stolik, przyciąga mnie do siebie i całuje. Jego ciepły oddech pachnie piwem.
– Jest i moja dziewczyna – mówi, przesuwa rękę na moje biodro i je ściska.
– Proszę, powiedz, że zamówiłeś mi coś do picia – odpowiadam, wspinam się na palce i skubię zębami jego dolną wargę, a on się uśmiecha i pociera mój nos swoim.
– Już idę ci coś przynieść.
Oglądam się na dziewczyny, które odwróciły się od nas i rozmawiają ze sobą.
– Idę z tobą – proponuję, ale Nico kręci głową i ciągnie mnie w stronę stolika.
– Nie przejmuj się, mała. – Tę frazę słyszę tak często, że prawie wypowiadam ją bezgłośnie razem z nim.
Dziewczyny przyglądają mi się. Nico kiwa do nich głową.
– Brittany – mówi do tej z koczkiem – i Amma – zwraca się do tej w dżinsach. – To jest Lux. Lux, Brittany i Amma. – Kolejny uśmiech, tym razem trochę głupkowaty. – Idę po jeszcze kilka piw.
Znika w tłumie, a ja zostaję przy rogu stolika i patrzę na Brittany i Ammę.
Brittany odzywa się pierwsza.
– Lux – mówi. – Jak w Przekleństwach niewinności.
Jestem miło zaskoczona, wręcz zadowolona. Do tej pory nikt tego nie skojarzył. Zwykle ludzie pytają, czy to przezwisko lub jakiś skrót.
– Tak – mówię. – Moja mama bardzo lubiła tę książkę.
– Trochę pechowa ta bohaterka, od której cię nazwała – mówi Brittany z uśmiechem i podnosi butelkę do ust.
– Wiem. Kiedy wreszcie jako trzynastolatka przeczytałam tę książkę, byłam w szoku. „Mamo, ale jak to?”
Brittany i Amma wybuchają śmiechem, a do mnie nagle dociera, od jak dawna nie rozmawiałam z nikim, kto nie byłby znajomym z pracy – moim lub Nica. Już w San Diego, podczas choroby mamy, zaczęłam tracić kontakt z ludźmi.
Zabawne, jak szybko do tego doszło, jak szybko ludzie, z którymi widywałam się niemal codziennie, zaczęli blednąć, znikać, zmieniać się w konta na Instagramie, które nadal śledziłam. Nie winiłam ich za to. Moje życie stało się smutne i przygnębiające. Nikt nie wiedział, co powiedzieć dziewczynie, która nagle, zamiast siedzieć obok nich na zajęciach z socjologii, musi opiekować się chorym rodzicem.
Po śmierci mamy zastanawiałam się nad powrotem na studia, ale wszyscy znajomi wyprzedzili mnie już o dwa semestry. Czułam się tak, jakbym miała zacząć od zera. Łatwiej było znaleźć pracę i skupić się po prostu na tym, by przetrwać i zarobić na czynsz.
– Nico mówi, że jesteście na Hawajach prawie od roku? – zagaduje Amma.
Z bliska widzę, że nie jest tak ładna jak Brittany, ale ma pełne usta i wysokie kości policzkowe. W półmroku spojrzenie jej ciemnych oczu wydaje się hipnotyzujące.
– Od pół roku – mówię i zastanawiam się, czy Nico specjalnie przesadził, chcąc sprawić wrażenie, że lepiej zna wody wokół wyspy. Szybko dodaję: – Zanim się tu przenieśliśmy, Nico był tu mnóstwo razy i dużo żeglował po tych wodach.
To znaczy przyjeżdżał tu na wakacje z rodziną i zatrzymywał się w najlepszych kurortach i hotelach – takich, w których nie zatrudniliby mnie nawet do szorowania kibli. O tym nie wspominam. Zakładam, że widzą w nim tylko chłopaka z plaży, życzliwego gościa ze świetnym uśmiechem i jeszcze lepszym ciałem, który pracuje przy łodziach i nie ma bladego pojęcia, którego widelca należy użyć do którego dania podczas eleganckiej kolacji.
– A ty? – pyta Brittany. Kiedy sięga ręką do ucha, by założyć za nie niesforny kosmyk włosów, dostrzegam na jej nadgarstku tatuaż. – Gdzie byłaś przedtem?
„W czasie po”. Zastanawiam się, co to znaczy, o ile w ogóle coś znaczy. Może to tylko fragment piosenki Taylor Swift, której nie mogę sobie przypomnieć.
– Wychowałam się w Nebrasce – odpowiadam. – Ale w dzieciństwie przeprowadziłam się z mamą do San Diego. Tam poznałam Nica, rok temu. Powiedział, że planuje rejs po południowym Pacyfiku. I że są tu setki wysp, które nie zostały jeszcze nazwane, których nawet nie ma na mapach. – To była ta część, którą lubiłam najbardziej, jeśli mam być szczera. Myśl, by pojechać w miejsce dotąd nieznane.
– I ruszyłaś za nim? – pyta Amma, przechylając głowę.
Nie podoba mi się sposób, w jaki zadaje to pytanie, ale ma rację. Chwyciłam się okazji, jaką było marzenie Nica, bo znalezienie własnego wydawało się wtedy niemożliwe. Marzenia były dla ludzi, którzy mieli pieniądze i czas, dla ludzi, którzy nie czuli się puści w środku od patrzenia, jak ich jedyna ukochana osoba umiera w męczarniach. Marzenia były dla osób, przed którymi stały wybory i możliwości. Nie uważałam się za jedną z nich.
Nie zamierzam jednak zdradzać tego wszystkiego Brittany i Ammie. Wzruszam tylko ramionami i się uśmiecham.
– No wiesz, widziałaś go, więc chyba trudno mnie winić.
Brittany się śmieje i kiwa głową, ale Amma nadal mi się przygląda. Czuję, że chce zapytać o więcej, ale wtedy wraca Nico, niosąc cztery butelki piwa.
– No dobra – mówi, odstawiając napoje na stolik. – Powiedziałyście Lux wszystko o naszej wcześniejszej rozmowie?
– Najpierw musiałyśmy ją poznać – odpowiada Brittany i porozumiewawczo do mnie mruga, jakbyśmy już były przyjaciółkami.
Nico wciska się za stolik obok mnie i z uśmiechem upija łyk piwa.
– Spodoba ci się to, skarbie – mówi i kiwa głową do Brittany. – Pokaż jej.
Brittany sięga do tylnej kieszeni po telefon.
– Poznałyśmy się z Ammą w college’u, na pierwszym roku – zaczyna, a jej koleżanka kiwa głową.
– Cywilizacja Zachodu. Nudy jak flaki z olejem. – Brittany się uśmiecha. – Ale już od samego początku planowałyśmy, że po ostatnim roku wybierzemy się w wielką podróż. To nasz końcowy przystanek i postanowiłyśmy zrobić coś wyjątkowego. Coś zupełnie innego niż to, co przeciętna studentka na hawajskich wakacjach wrzuca na swój Instagram. Coś… zupełnie spoza utartej ścieżki.
Wręcza mi swój telefon. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że patrzę na mapę, bo cały ekran jest bladoniebieski, przedstawia fragment oceanu. Mija dobre parę sekund, zanim pośrodku tej pustki wychwytuję maleńką plamkę w kolorze piasku.
– To wyspa – wyjaśnia mi Amma.
– Atol – poprawia ją Brittany.
– Atol to wyspa – wyjaśnia im Nico, pochylając się nad moim ramieniem, by też spojrzeć na mapę. – Wyspa z koralowców. W tej części świata jest ich pełno. W czasie drugiej wojny światowej…
Podnoszę rękę.
– Nico, uwielbiam cię, ale mam alergię na facetów gadających o drugiej wojnie światowej.
Brittany głośno się śmieje, odrzucając głowę do tyłu. Jej białe zęby połyskują w świetle wiszącej nad stolikiem podświetlanej reklamy Bud Light.
– Dobra, wiedziałam, że cię lubię, bo masz fajne imię, ale teraz lubię cię na serio.
Amma się uśmiecha, ale widzę, że lekko sztywnieje i na moment odwraca wzrok.
– Tak czy siak, znam to miejsce – zwraca się do mnie Nico. – To wyspa Meroe. Nazwana od statku HMS „Meroe”, który zatonął tam w XIX wieku. W tamtym rejonie dochodziło do wielu katastrof wskutek zderzeń z rafą. Ale „Meroe” był pierwszym dużym statkiem, który spotkał ten los, i pewnie dlatego zyskał prawo do nazwania całej wyspy.
– Ktoś przeżył? – pyta Amma, opierając się łokciem o stolik.
Nico wzrusza ramionami.
– Katastrofę? Tak, mniej więcej wszyscy. To wyspa ostatecznie przyniosła im zagładę. Kiedy przypłynęła pomoc, załoga składająca się wcześniej z trzydziestu paru gości była już zredukowana do ośmiu osób. Tamtejsza fauna i flora nie wyżywi przez dłuższy czas człowieka. Można łowić ryby, ale dżungla, z tego, co słyszałem, jest dzika i niebezpieczna. I nie ma słodkiej wody.
– I chcecie tam płynąć po co? – spytałam, oddając Brittany telefon.
Dziewczyna wsuwa go z powrotem do kieszeni.
– Parę lat temu czytałam o niej na blogu podróżniczym. Nico ma rację, warunki są trudne i tak dalej, ale jednocześnie… – Wzrok ma rozmarzony, lekko nieobecny. – Czy ja wiem? Wygląda tak pięknie. I jest taka niedostępna. To prawdziwe miejsce ucieczki. Czujesz?
Śmieje się ze skrępowaniem.
– Poza tym ta wizja wydaje się super. Żeby spędzić trochę czasu poza zasięgiem, bez internetu. – Uśmiecha się i wywraca oczami. – Wiem, pewnie myślisz, że za wiele razy oglądałam Niebiańską plażę.
– Nie. – Upijam trochę piwa i odpowiadam jej uśmiechem. – Myślałam, że za wiele razy czytałaś Niebiańską plażę. Bo mam wrażenie, że należysz do osób, które najpierw czytają książkę, a potem oglądają film.
Stuka swoją butelką w moją.
– A żebyś wiedziała.
– Facet, z którym byłyśmy umówione, się nie zjawił – dodaje Amma, która zerwała już z butelki całą etykietę i teraz drze ją na malutkie skrawki. – Za to zjawił się Nico, więc Brittany zobaczyła w tym zrządzenie losu.
– To jest zrządzenie losu – precyzuje Brittany. – W dodatku wyjątkowo sprzyjającego losu, który zesłał nam nie tylko Nica, ale też Lux.
Gapię się na nią zdezorientowana, a potem przenoszę wzrok na Nica, który śmieje się do mnie jak podekscytowany dzieciak w Boże Narodzenie.
– Co masz na myśli?
Oczy Brittany błyszczą, kiedy jeszcze bardziej nachyla się w moją stronę.
– Popłyń z nami.

Rozdział czwarty


– Serio chyba nie odmówisz, co? – pyta Nico w ciemnościach.
Leżymy na naszym materacu w salonie Grega i Josha. Trzymam głowę na ramieniu Nica i wodzę palcem po jego nagiej piersi. Wypiliśmy jeszcze parę piw z Brittany i Ammą, a potem we czwórkę znaleźliśmy lepszy bar, w którym wlałam w siebie więcej wódki, niż powinnam była. Ale dziewczyny stawiały, a poza tym łatwiej było pić i tańczyć, niż dać poważną odpowiedź na ich propozycję udziału w tej wyprawie Robinsona Crusoe.
– Nie rozumiem – ciągnie Nico, podkładając sobie rękę pod głowę. – Przecież niczego nie pragnęłaś bardziej niż tego, by wreszcie wyruszyć w rejs, a teraz zachowujesz się w stylu: „Serio? Muszę o tym myśleć?”.
Podpieram się na łokciu i spoglądam na niego.
– Chcę wyruszyć w rejs, ale z tobą – tłumaczę mu. – Nie chodzi mi o dwutygodniową podróż w towarzystwie dwóch studentek, które chcą się dobrze zabawić. Poza tym nie widzisz nic dziwnego w tym, że po trzech sekundach znajomości ktoś zaprasza mnie na swoje wakacje? Ciebie – rozumiem. Potrzebują kogoś, kto potrafi żeglować. Ale mnie? – Kręcę głową.
Nico marszczy czoło, a ja wyciągam rękę i wygładzam kciukiem fałdkę nad jego nosem. Wiem, że nie rozumie. To znaczy ma rację: dałabym wszystko, by odpłynąć z wyspy, i nie mam już pracy, która by mnie na niej trzymała. Ale w całej tej propozycji jest coś, co sprawia, że się waham, coś, czego wolę nie ubierać w słowa. Zamiast tego pytam:
– A ty się zgodzisz, nawet jeśli ja odmówię?
Nico wzdycha. Przesuwam dłoń na jego tatuaż i pociągam paznokciem po eleganckim pochyłym „L”, umieszczonym tam specjalnie dla mnie.
– Skarbie – zaczyna Nico.
Wtedy zdaję sobie sprawę, że tak, absolutnie ma zamiar przyjąć propozycję, nawet bez mojego udziału. Siadam, ciągnąc za sobą prześcieradło, choć jest gorąco. Macam ręką po podłodze w poszukiwaniu wcześniej przygotowanego jointa. Planowałam wypalić go od razu, ale i tak kręciło mi się w głowie, a Nico już obejmował mnie w pasie, więc zrezygnowałam.
Błyska płomień zapalniczki, oświetlając na chwilę prawie pusty salon. Dym, który wydycham, w mroku wydaje się niebieski. Siedzę tak przez dłuższą chwilę, obejmując rękami podciągnięte kolana, aż wreszcie cisza staje się dla Nica nie do zniesienia.
– Myślałem, że ci się spodobały – odzywa się w końcu, wyjmuje mi jointa z ręki, zaciąga się i oddaje mi go z powrotem.
– Spodobały – odpowiadam, nadal na niego nie patrząc. – Naprawdę.
– To pojedź.
– I co będę robić? – pytam. – Serwować drinki?
Nico prycha i kładzie się na wznak.
– Nie, one nie są takie.
– Na razie nie są, ale kto wie. – Oczyma duszy widzę beznadzieję tej sytuacji. Wiem, jak dobrze czułam się dziś wieczór w swojej dawnej odsłonie – jako fajna dziewczyna, która pije i żartuje, a nie jako ta, która podaje drinki i wymienia ręczniki. Chciałabym pozostać przy tej wersji siebie, która jest po prostu beztroską dwudziestoparolatką. Taką, którą udawałam, kiedy poznałam Nica, i taką, którą przestałam być w dniu, gdy wylądowałam na Maui i dowiedziałam się, że nasze plany legły w gruzach.
Czasem mnie to drażni, że w tym związku to ja zawsze myślę o przyszłości i o tym, co zrobić, by poprawić komfort naszego życia, a Nico wydaje się w pełni zadowolony z naprawiania łodzi i wypływania od czasu do czasu w rejs jako kapitan wyczarterowanego przez kogoś jachtu. Czuję, że na Hawajach jesteśmy zupełnie innymi ludźmi niż ci, którymi byliśmy w San Diego.
Kręcę głową, jakbym chciała odpędzić tę myśl. Nie paliłam od wieków i marycha od razu mnie zmuliła.
– Powinniśmy się skupić na remoncie „Susannah” i na tym, żeby wypłynąć w swój własny rejs – przypominam mu. – Na naszej przygodzie, a nie na tym, by być dodatkiem do czyjejś.
Nico zabiera mi skręta i mocno się zaciąga. Zaciska szczęki w sposób zdradzający upór.
– Płacą za dobrze, żeby nie skorzystać, Lux – mówi, kręcąc głową. – Kasa, którą mi proponują za dwa tygodnie pracy, może nas stąd wyciągnąć tego samego dnia, kiedy wrócę.
– Serio? – Mrugam.
Nico kiwa głową.
– Serio. Pięćdziesiąt tysięcy, Lux. Żeby je wywieźć na jakiś atol, gdzie przeżyją przygodę w stylu Błękitnej laguny, a potem przywieźć z powrotem.
Ja pierdolę.
Wślizguję się pod prześcieradło, muskam stopą jego łydkę.
Ma rację – nie wolno mu tego nie wykorzystać. To znaczy nam nie wolno. Potrzebujemy nowego silnika i naprawy kadłuba. Odkąd Nico przypłynął tu z Kalifornii, nie uzupełnialiśmy też zapasów. Te pieniądze wystarczą nam na długo.
„Taką kasę mogliśmy mieć wiele miesięcy temu dzięki jednemu telefonowi do jego tatusia”, podszeptuje mi głos w głowie.
Nico nigdy konkretnie nie mówił, jak zamożna jest jego rodzina, ale sprawdziłam ją sobie niedługo po tym, jak się poznaliśmy – pogrzebałam na stronie kancelarii, na profilach facebookowych jego kuzynów, a nawet na Instagramie jego siostry.
Są bogaci jak diabli. Bogaci jak ktoś, kto ma domy w Kalifornii, w Vail i na Florydzie. Bogaci jak ktoś, kto ma elegancki apartament w Nowym Jorku. I jak ktoś, kto zapewne ma miliony na giełdzie.
Nico powiedział kiedyś, że opuścił rodzinę z powodu oczekiwań, jakie mu stawiała: miał skończyć prawo i zostać partnerem w kancelarii ojca. Nienawidził myśli, że jest, jak to ujął, trybikiem w maszynie. Chyba potrafię to zrozumieć, a gdzieś w głębi duszy nawet myślę, że to szlachetne, nie zgodzić się na zajęcie w życiu miejsca przygotowanego przez rodziców. Ale zdarzają się chwile, że cholernie mnie to frustruje. Ostatnich kilka miesięcy szczególnie w nie obfitowało.
Nagle przychodzi mi do głowy inna myśl. A co, jeśli Nico wróci, zgarnie całą tę kasę i stwierdzi: „Hej, skoro mógłbym dostać jeszcze parę takich zleceń, to po co miałbym stąd wyjeżdżać?”. I co wtedy ze mną? Z czym zostanę?
– Każ im najpierw sfinansować remont „Susannah” – mówię po chwili, a on patrzy na mnie z zaskoczeniem.
– Co?
– Uwzględnij to w kosztach. Powiedz im, że na twojej własnej łodzi jesteś w stanie zapewnić im o wiele lepszą, autentyczną przygodę, ale łódź wymaga naprawy. No bo jak długo by to potrwało?
Nico odchyla głowę i patrzy w sufit.
– Boże, najwyżej parę dni. Problemem zawsze były koszty, a nie czas. Dom ma nowy silnik, który mi sprzeda, a poszycie z włókna szklanego ogarnę sam…
Zawiesza głos i wrzuca skręta do stojącego obok materaca wypełnionego wodą słoika po dżemie.
– A gdyby to była „Susannah”, popłyniesz?
Widząc, że nadal się waham, przyciąga mnie do siebie, aż przyciskam piersi do jego gołej skóry i czuję na twarzy ciepło jego oddechu.
– Chcę, żebyś tam była, skarbie. One też chcą. Co cię powstrzymuje?
– Myślisz, że to się nie skończy jakimś seksualnym dziwactwem? – pytam, a on szczerzy zęby.
– Zdecydowanie mam nadzieję, że tak.
Szturcham go w ramię, a on ze śmiechem przetacza się nade mnie.
– Po prostu chcesz, żebym zobaczyła cię w akcji – żartuję. – Jako seksownego pirata. I żebym słyszała, jak do ciebie mówią „Kapitan Nico”. I tak dalej.
– Oo, możesz to powtórzyć? – droczy się, wciskając kolano między moje uda, a ja, całując go, uśmiecham się wargami przyciśniętymi do jego warg.
„Susannah” będzie wyremontowana, a pieniędzy zostanie dość, by ją dobrze zaopatrzyć. Jedno zlecenie, a potem – wreszcie – przygoda, na którą od początku się pisałam.
Najwyższy kurwa czas.

 
Wesprzyj nas