Wspaniały powrót do restauracji pełnej smaków, zapachów i wspomnień. „Kamogawa. Tropiciele smaków. Tom 2: Drugie danie” to pyszna lektura, która rozgrzeje serca i żołądki.


Za jakimi smakami tęsknimy? Co pamiętamy z przeszłości? Czy bardziej brakuje nam niezapomnianej potrawy czy raczej osoby, która nam ją kiedyś przyrządziła lub w której towarzystwie się nią cieszyliśmy?

Druga powieść z cyklu „Kamogawa” to czuła historia nietypowego duetu detektywów i nostalgiczna eksplozja japońskich smaków już od pierwszej strony.

Mała rodzinna restauracja gdzieś przy bocznej uliczce w Kioto. Nagare Kamogawa, emerytowany policjant, zajmuje się gotowaniem, a jego córka sprawami administracyjnymi. Ale na zapleczu prowadzą jeszcze jedną działalność – poszukują smaków z przeszłości.

Jak smakowało bento z wodorostami, które ojciec przyrządzał synowi do szkoły? Smażony ryż, który przygotowywała mama wziętej modelki? Miska ryżu z tempurą, którym w przeszłości zajadała się gwiazda jednej piosenki?

 
Hisashi Kashiwai
Kamogawa. Drugie danie. Tropiciele smaków. Tom 2
Przekład: Joanna Zalewska
Seria „Kamogawa”
Wydawnictwo Relacja
Premiera w tej edycji: 8 kwietnia 2026
 
 


Roz­dział 1
Kaisōben – Bento z wodo­ro­stami

1

Kyōsuke Kitano wysiadł na sta­cji shichijō z eks­presu głów­nej linii Keihan, z peronu, który był pod zie­mią, wyszedł na powierzch­nię i powiódł spoj­rze­niem po rzece Kamo­ga­wie. Pięć lat temu prze­niósł się z Ōity do Osaki, ale do Kioto przy­je­chał dopiero teraz.
Miał na sobie białą koszulkę polo. W ramię wpi­jał mu się pasek gra­na­to­wej teczki, na któ­rej wypi­sana była nazwa uni­wer­sy­tetu. Po gru­bej szyi spły­wało kilka stru­żek potu. Mru­żąc oczy pod pro­mie­niami słońca, które odbi­jały się w wodach Kamo­gawy, Kyōsuke zer­k­nął na kar­teczkę z nary­so­waną mapą, po czym ruszył w stronę zachodu.
Kiedy minął ulicę Kawa­ra­ma­chi, zaczął prze­kła­dać mapkę w rękach i obra­cać się odpo­wied­nio do tego. Jego oczy bie­gały nie­spo­koj­nie w lewo i w prawo, w końcu pokrę­cił głową.
– Prze­pra­szam! Któ­rędy do świą­tyni Higa­shi Hon­ganji? – zapy­tał męż­czy­znę, który wła­śnie prze­jeż­dżał obok na rowe­rze, trzy­ma­jąc drew­nianą skrzynkę z długą rączką.
– A, Higa­shi Hon­ganji? Pro­szę iść pro­sto. A jak pan przej­dzie ulicę Kara­suma, to w prawo.
Męż­czy­zna mach­nął ręką na zachód i znów zaczął peda­ło­wać. Kyōsuke dogo­nił go.
– Szu­kam takiej restau­ra­cji, ma być przy ulicy Shōmen – mówił dalej.
– Może cho­dzi panu o Kamo­ga­wów? – zapy­tał męż­czy­zna, zdej­mu­jąc nogi z peda­łów.
– O, tak, tak. Nazywa się Jadło­daj­nia Kamo­gawa – odpo­wie­dział i poka­zał mapkę.
– No to na trze­cim skrzy­żo­wa­niu pro­szę skrę­cić w prawo i potem znów na dru­gim w lewo. To będzie piąty budy­nek po lewej – wyja­śnił, jakby to było oczy­wi­ste, i ruszył w dal­szą drogę.
– Dzię­kuję panu! – krzyk­nął za nim Kyōsuke i ukło­nił się jego ple­com.
Licząc na pal­cach, mijał kolejne ulice, wresz­cie sta­nął przed jadło­daj­nią, któ­rej szu­kał. Naj­zwy­klej­szy beto­nowy, pię­trowy budy­nek i nie było widać na nim ani jed­nego szyldu, zupeł­nie tak, jak mu mówiono. Kyōsuke przy­ło­żył rękę do piersi i kilka razy ode­tchnął głę­boko.
– Dzień dobry! – zawo­łał, otwie­ra­jąc drzwi.
– Zapra­szamy.
Gospo­darz odwró­cił się do niego, nie prze­ry­wa­jąc wycie­ra­nia lady baro­wej. Miał twarz sym­pa­tyczną jak rzadko.
– Chciał­bym pro­sić o wytro­pie­nie dla mnie pew­nego smaku – powie­dział Kyōsuke już ciszej i skło­nił głowę.
Gospo­darz, Nagare Kamo­gawa, uśmiech­nął się i pod­su­nął mu skła­dane krze­sło.
– Ależ niech się pan tak nie spina, nie zjemy pana. Pro­szę sobie usiąść.
Kyōsuke ode­tchnął z ulgą i usiadł jak robot na krze­śle pokry­tym czer­wo­nym pla­sti­kiem.
– Bar­dzo dzię­kuję. Prze­pra­szam.
– Chce pan coś zjeść? Czy jest pan naje­dzony? – zapy­tał Nagare.
– O, czy… czy coś mógł… mógł­bym dostać? – zaczął się jąkać Kyōsuke i pra­wie że ugryzł się w język.
– Skoro spe­cjal­nie pan do nas przy­je­chał, zanim przej­dziemy do tro­pie­nia smaku, pro­szę coś zjeść – odpo­wie­dział Nagare i skie­ro­wał się do kuchni.
– Stu­dent, prawda? Od razu widać, że należy pan do któ­re­goś koła spor­to­wego. No wła­śnie, kendō albo dżudo, zga­dza się? – zapy­tała go młoda kobieta o imie­niu Koishi, ubrana w czarne dżinsy, narzu­coną luźno białą koszulę i czarny far­tuch som­me­lier­ski. Nalała mu zaraz mro­żo­nej her­baty.
– Nie cał­kiem. – W odpo­wie­dzi Kyōsuke uśmiech­nął się szel­mow­sko.
– No ale te mię­śnie to sobie pan wyrzeź­bił, ćwi­cząc sztuki walki, czy nie? – mówiła, ści­ska­jąc go za ramię.
– Nic aż tak bojo­wego.
Kyōsuke wypił dusz­kiem swoją her­batę i wziął się do chru­pa­nia lodu.
– Czy stu­diuje pan w Kioto?
Gość wstał, żeby się przed­sta­wić:
– Nie, przy­je­cha­łem z Osaki. Nazy­wam się Kyōsuke Kitano, jestem z Aka­de­mii Wycho­wa­nia Fizycz­nego Kinki.
– Mam wra­że­nie, że już gdzieś pana widzia­łam… – mruk­nęła Koishi, wpa­tru­jąc się w jego twarz.
– Ja chyba mam taką twarz, że łatwo mnie z kimś pomy­lić. – Bły­snął zębami, jakby zawsty­dzony.
– A w jaki spo­sób dowie­dział się pan o nas?
– Miesz­kam teraz w aka­de­miku przy uczelni i codzien­nie jem tam też posiłki. Kiedy opo­wie­dzia­łem o ryżu, który pamię­tam z dzie­ciń­stwa, kucharz zro­bił go dla mnie. Smak się jed­nak róż­nił… Powie­dzia­łem o tym kucha­rzowi, a on opo­wie­dział mi o tym miej­scu i poka­zał ogło­sze­nie w „Kuli­nar­nych Wio­snach i Jesie­niach”.
– Ach, tak?
Koishi sta­ran­nie wytarła stół.
– Ja nie wiem, czy dla mło­dego czło­wieka to nie będzie za mało – mówił do sie­bie Nagare, wcho­dząc do sali z alu­mi­niową tacą w rękach. – Gdyby bra­ko­wało, pro­szę mówić.
Kucharz posta­wił tacę na stole.
– To wygląda naprawdę nie­sa­mo­wi­cie! – sap­nął gość, wpa­tru­jąc się w potrawy jak urze­czony.
– Ryż jest odmiany Tsuy­ahime z Yama­gaty, nało­ży­łem podwójną por­cję. Zupę zro­bi­łem z wie­przo­winą i wrzu­ci­łem sporo warzyw korze­nio­wych, cho­ciaż nie są to jakieś słynne „warzywa kio­tyj­skie”. Na dużym tale­rzu ma pan tro­chę i Wschodu, i Zachodu: mure­nosz­czuk nadziany mary­no­waną morelą i liśćmi pach­notki, usma­żony w głę­bo­kim oleju, do tego usma­ży­łem też paprykę odmiany „ze świą­tyni Man­ganji”. Pro­szę sobie to polać sosem wor­ce­ster, sam go zro­bi­łem. W miseczce jest makrela goto­wana w paście miso, można posy­pać posie­ka­nym imbi­rem mioga, poda­nym obok. Jeśli cho­dzi o rost­bef z kio­tyj­skiej woło­winy, naj­lep­szy będzie, jeśli skropi go pan sobie sosem sojo­wym z wasabi i owi­nie w kawa­łek opie­ka­nych wodo­ro­stów nori. Z chiń­skiej kaczki, nazy­wa­nej „let­nią kaczką”, zro­bi­łem klop­siki w sosie teriy­aki. Pro­szę je maczać w żółt­kach jajek prze­piór­czych. Hiya yakko, czyli tofu na zimno, jest posy­pane sie­kaną skórką mure­nosz­czuka. Bakła­żan usma­żony w głę­bo­kim oleju i polany sosem z dodat­kiem curry. Pro­szę jeść bez pośpie­chu.
Kyōsuke wysłu­chał wyja­śnień, kiwa­jąc głową, i obli­zał wargi.
– To nie jest tak, że my na co dzień odży­wiamy się tak luk­su­sowo, tylko tata się prze­jął, bo dawno nikt tak młody nas nie odwie­dzał.
– Co ty ple­ciesz, córko.
Koishi poka­zała mu język prze­śmiew­czo i uda­jąc, że ojciec cią­gnie ją za sobą, wyco­fała się za nim do kuchni.
Cho­ciaż Kyōsuke słu­chał opo­wie­ści i pota­ki­wał, zosta­wiony sam na sam z tak nie­ocze­ki­wa­nym zesta­wem potraw poczuł, że nie ma poję­cia, co jest czym. Ow­szem, rozu­miał, że makrela czy mure­nosz­czuk to nazwy ryb, ale jak one mogą sma­ko­wać? Tro­chę ode­tchnął, sły­sząc takie dobrze znane słowa jak sos wor­ce­ster, rost­bef czy curry, ale tak wła­ści­wie tego też nie jadał na co dzień.
Przez kil­ka­na­ście sekund trwał tak w mil­cze­niu, jakby medy­to­wał, wresz­cie wziął do lewej ręki miseczkę z ryżem, pałecz­kami w pra­wej ręce się­gnął po klop­sika, umo­czył go w żółtku i poło­żył na ryżu, po czym jed­nym ruchem wrzu­cił go sobie do ust.
– Jakie dobre! – wyrwało mu się od razu.
Zaczął się­gać pałecz­kami pra­wie na oślep, a to po sma­żoną rybę, a to rost­bef, i przy każ­dym kęsie aż poję­ki­wał z zachwytu.
Prawdę mówiąc, Kyōsuke nie jadł ni­gdy dotąd takich potraw, więc nie miał porów­na­nia i nie wie­dział, jakiej one są jako­ści, czuł jed­nak przez skórę, że bije od nich coś takiego jak aura, która ota­cza naj­wy­bit­niej­szych spor­tow­ców. Rozu­miał, że to, co wła­śnie jadł, było po pro­stu nie­sa­mo­wite.
Nagare pod­szedł do niego, nio­sąc szklany dzba­nek z mro­żoną her­batą.
– Sma­kuje panu?
– Nie wiem, jak mam to powie­dzieć, bra­kuje mi słów, ale z całą pew­no­ścią jest to nie­zwy­kle smaczne. Tyle to rozu­mie nawet taki dyle­tant kuli­narny jak ja.
– To naj­waż­niej­sze. My, kucha­rze, mamy tylko jedną szansę. Jeśli komuś nie będzie sma­ko­wać, wię­cej do nas nie przyj­dzie. A jeśli posma­kuje, szy­kuje się następna walka – odpo­wie­dział, dole­wa­jąc gościowi her­baty.
Kyōsuke obra­cał jego słowa w duchu i sta­rał się je pojąć.
– No, jeśli zaspo­koił pan głód, zapro­wa­dzę pana do naszego biura w głębi. Córka już czeka.
– A, jeśli o to cho­dzi… – zaczął mówić i wypił dusz­kiem resztę her­baty. – To chyba już nie trzeba.
Nagare dolał mu her­baty.
– Ale jak to? Czy nie po to pan tutaj przy­je­chał?
Kyōsuke wziął szklankę do ręki.
– Jedze­nie, któ­rym mnie pan poczę­sto­wał, było tak smaczne, że tro­chę prze­stało mi już na tam­tym zale­żeć…
– Ja tam nie wiem, ale wydaje mi się, że nie przy­je­chał pan do nas w poszu­ki­wa­niu cze­goś smacz­nego. W głębi serca ma pan skryte mgli­ste wspo­mnie­nie pew­nej potrawy i dla­tego wła­śnie nas pan odszu­kał. Czy nie chce pan roz­wiać tej mgły? – zapy­tał Nagare.
– Ale to, co chciał­bym, żeby pań­stwo dla mnie wytro­pili, to nawet trudno nazwać potrawą. To taka skromna rzecz… – odpo­wie­dział tam­ten ze spusz­czoną głową.
– Nie wiem, co ma pan na myśli, ale w jedze­niu nie ma rze­czy ani skrom­nych, ani luk­su­so­wych – rzekł Nagare, patrząc gościowi pro­sto w oczy.
Kyōsuke wysłu­chał go w mil­cze­niu, wresz­cie klep­nął się kilka razy dłońmi po policz­kach.
– W takim razie, niech pan pro­wa­dzi – powie­dział, wsta­jąc.
Nagare uśmiech­nął się i wska­zał mu drzwi w głębi.
– Co to?
Kyōsuke wpa­try­wał się w zdję­cia zawie­szone na ścia­nach kory­ta­rza.
– W więk­szo­ści to potrawy, które ja ugo­to­wa­łem – odpo­wie­dział Nagare, idąc powoli dalej.
Gość pospiesz­nie lustro­wał zdję­cia, zer­ka­jąc to w lewo, to w prawo.
– Pan chyba wszystko umie ugo­to­wać.
Nagare zatrzy­mał się i obró­cił do niego.
– W takim razie można też powie­dzieć, że nie mam żad­nej spe­cjal­no­ści. Gdy­bym sku­pił się na jed­nej rze­czy i miał swoją spe­cjal­ność, kto wie, może miał­bym teraz jakieś gwiazdki Miche­lina.
Kyōsuke rów­nież zatrzy­mał się i spoj­rzał na sufit.
– Na jed­nej rze­czy…?
– Coś się stało? – zapy­tał gospo­darz.
– Nie, nic – odpo­wie­dział tam­ten i ruszył żwawo do przodu.
– Bar­dzo pro­szę, niech pan sią­dzie.
Gość ukło­nił się grzecz­nie, po czym zasiadł na samym środku dłu­giej kanapy.
– Czy mógłby pan to wypeł­nić? Wystar­czy w skró­cie – powie­działa Koishi, która usia­dła naprze­ciwko i podała mu sko­ro­szyt.
– Czy to jest for­mu­larz zle­ce­nia? Ja tak brzydko piszę, nie wiem, czy zdoła pani mnie odczy­tać.
Zaczął wypeł­niać, ale raz po raz krę­cił przy tym głową.
– Kyōsuke Kitano z AWF Kinki… Ach, teraz sobie przy­po­mi­nam! – krzyk­nęła Koishi i kla­snęła w dło­nie.
Kyōsuke wytrzesz­czył oczy.
– A to mnie pani prze­stra­szyła!
– Pan jest pły­wa­kiem, prawda? Widzia­łam pana zdję­cie w tygo­dniku, było pod­pi­sane „nowa nadzieja sportu”, czy jakoś tak – mówiła dalej, pod­eks­cy­to­wana.
– Nadzieja, kto by pomy­ślał – uśmiech­nął się zawsty­dzony Kyōsuke i podał gospo­dyni sko­ro­szyt.
– Ale star­tuje pan w następ­nej olim­pia­dzie, prawda? – zapy­tała Koishi, prze­glą­da­jąc for­mu­larz.
Chło­pak wypro­sto­wał się.
– Wszystko zależy od rekor­dów, jakie usta­no­wię na eli­mi­na­cjach.
– Pamię­tam, że pan jest mistrzem w każ­dej kon­ku­ren­cji, wszystko jedno, czy styl dowolny, czy grzbie­towy.
– Ale mówią mi nie­raz, że powi­nie­nem sku­pić się na jed­nej rze­czy.
– Życzę powo­dze­nia! A tym­cza­sem, co mamy dla pana wytro­pić? – zapy­tała.
– Aż wstyd mi o tym mówić. Bento z wodo­ro­stami nori – odpo­wie­dział cicho i spu­ścił wzrok.
– Bento z nori, czyli ryż z wodo­ro­stami na wierz­chu, a jako doda­tek do tego sma­żona ryba i chi­kuwa? Tak jak w sieci Hokka Hokka?
– Nie, bez takich dodat­ków. Tylko wodo­ro­sty nori uło­żone pła­sko na całej powierzchni ryżu. – Kyōsuke mówił coraz ciszej.
Koishi pochy­liła się do niego.
– Tylko wodo­ro­sty? Nic wię­cej?
Wysoki męż­czy­zna sku­lił się cały.
– Tak – odpo­wie­dział ledwo sły­szal­nym gło­sem.
– To nie jest coś, co jadł pan w restau­ra­cji, prawda? – spy­tała Koishi, zaglą­da­jąc mu w oczy.
– Ojciec robił to dla mnie.
– Ach, coś, co pana tata sam goto­wał. A to nie byłoby szyb­ciej jego o to zapy­tać? Pan pocho­dzi z Ōity, tak? To nie jest tak daleko.
– Nie kon­tak­to­wa­łem się z nim od pię­ciu lat – powie­dział cicho.
– I nie wie pan, gdzie teraz jest?
– Sły­sza­łem, że w Shi­mane, ale nie wiem.
– Shi­mane? A czemu tam? – Otwo­rzyła sze­roko oczy ze zdzi­wie­nia.
– Ojciec był uza­leż­niony od hazardu. To dla­tego matka od nas ode­szła. Nawet jak byli­śmy cho­rzy, mówił, że szkoda pie­nię­dzy na leka­rzy, i wszyst­kie pie­nią­dze prze­pusz­czał na wyści­gach kon­nych. No i chyba wresz­cie się doigrał. Sły­sza­łem, że teraz jest w Shi­mane i leczy się, a mieszka u ciotki, która się nim opie­kuje – opo­wia­dał smutno.
Cały czas pisząc, Koishi pod­nio­sła głowę.
– Czyli pana tata jest w Shi­mane, a co z mamą?
– Matka wyszła ponow­nie za mąż i teraz mieszka w Kuma­moto.
– A kiedy was porzu­ciła?
– To było, kiedy zda­łem do gim­na­zjum numer trzy w Ōicie, w cza­sie pierw­szych waka­cji. Czyli jakieś dzie­sięć lat temu. Ojciec prze­grał na wyści­gach wszyst­kie pie­nią­dze, które matka odkła­dała, żeby­śmy poje­chali całą rodziną na wycieczkę. Wzięła ze sobą moją młod­szą sio­strę, ale ja nie chcia­łem zosta­wić ojca samego, bo mi go było żal…
Koishi przej­rzała swoje zapi­ski.
– I od tego czasu miesz­ka­li­ście we dwóch? A gdzie pra­co­wał?
– Był tak­sów­ka­rzem w Ōicie, głów­nie prze­wozy tury­styczne. A raczej głów­nie mar­no­wał czas na wyści­gach kon­nych albo kolar­skich – wyja­śnił Kyōsuke z gorz­kim pół­u­śmiesz­kiem.
– Spró­buję to wszystko sobie upo­rząd­ko­wać. Do gim­na­zjum miesz­kał pan w Ōicie, we czwórkę z rodzi­cami i sio­strą. Potem w cza­sie waka­cji, kiedy był pan w pierw­szej kla­sie gim­na­zjum, mama ode­szła z domu, zabrała ze sobą córkę. A pan został z tatą, we dwóch. Obec­nie mieszka pan w Osace, a do kiedy prze­by­wał pan w Ōicie?
– Latem tego roku, kiedy byłem w dru­giej kla­sie liceum, klub pły­wacki z Osaki zapro­sił mnie do sie­bie i prze­nio­słem się do liceum przy­na­leż­nego do AWF Kinki. I od tego czasu miesz­kam w aka­de­miku.
Koishi poli­czyła sobie na pal­cach.
– Czyli to życie tylko we dwóch z tatą trwało około czte­rech lat, prawda?
– Liceum w Ōicie miało sto­łówkę, więc lunch zwy­kle jadłem tam, ale przez trzy lata gim­na­zjum ojciec codzien­nie robił mi bento do szkoły.
– I w nim bywał ryż z wodo­ro­stami.
Kyōsuke zaśmiał się pół­gęb­kiem.
– Nie, nie „bywał”. To zawsze był ryż z wodo­ro­stami.
Jego roz­mów­czyni otwo­rzyła usta zasko­czona.
– Zawsze, to zna­czy codzien­nie?
– To moja wina. Kiedy ojciec po raz pierw­szy przy­go­to­wał mi bento, bar­dzo je pochwa­li­łem. Powie­dzia­łem, że jest nie­sa­mo­wi­cie dobre. No to on się strasz­nie ucie­szył i powie­dział, że świet­nie, teraz będzie mi takie robił co dzień – wyja­śnił Kyōsuke z pewną melan­cho­lią.
– Pana tata nie lubił kom­pli­ka­cji – wes­tchnęła Koishi.
– Dzień w dzień dosta­wa­łem to bento z wodo­ro­stami, aż kole­dzy zaczęli się ze mnie wyśmie­wać, więc wyro­bi­łem sobie taki nawyk, że zasła­nia­łem je pokrywką i zja­da­łem w pośpie­chu. A teraz nie pamię­tam dokład­nie smaku. Za to nie mam wąt­pli­wo­ści, że to było pyszne – pod­kre­ślił Kyōsuke.
– Jadłam tylko to bento z wodo­ro­stami z sieci Hokka Hokka, więc się nie znam, ale jak to bez dodat­ków, naprawdę tylko nori? Ale chyba z war­stwą płat­ków bonito z sosem sojo­wym pomię­dzy war­stwami ryżu…?
Koishi zro­biła szkic poglą­dowy i poka­zała go gościowi.
– Tak, tak to mniej wię­cej wyglą­dało, tylko że tata to robił w trzech war­stwach: na dole był ryż, w środku war­stwa płat­ków bonito, ugo­to­wa­nych z sosem sojo­wym, a na górze wodo­ro­sty nori. Na tym wszyst­kim kładł jedną, dużą morelę mary­no­waną, ume­bo­shi. Codzien­nie wyglą­dało to iden­tycz­nie. – Kyōsuke uzu­peł­nił rysu­nek.
– A czy było coś szcze­gól­nego w smaku? Coś słod­kiego, coś ostrego?
– Wydaje mi się, że smak był nor­malny. Ani szcze­gól­nie słodki, ani ostry. Tyle tylko, że pamię­tam wra­że­nie syp­ko­ści – mówił, wpa­tru­jąc się w szkic.
Koishi pokrę­ciła głową.
– Hm, jeśli ryż był sypki, to nie był chyba zbyt smaczny, tak myślę. Wodo­ro­sty i płatki bonito też powinny być raczej wyra­zi­ste.
Kyōsuke uśmiech­nął się słabo.
– I cza­sami smak był chyba lekko kwa­śny.
– A to nie dla­tego, że ryż zaczy­nał się psuć? – Koishi postu­kała pal­cem w rysu­nek. – Żar­tuję, ale wie pan, jeśli to ma być po pro­stu bento, w któ­rym jest ryż, płatki bonito i wodo­ro­sty nori, łatwo to zro­bić.
– Ja też tak myśla­łem i dla­tego popro­si­łem kucha­rza ze sto­łówki w aka­de­miku, żeby to dla mnie przy­rzą­dził. A tu wyszło coś innego. Zaczą­łem jeść i szybko mia­łem dość. Tym­cza­sem bento mojego ojca zja­da­łem całe na raz, ani się obej­rza­łem, a już pudełko było puste – opo­wia­dał z entu­zja­zmem Kyōsuke.
– Może to kwe­stia mło­do­ści? Na lunch miał pan tylko ryż z wodo­ro­stami, a do tego mówił pan przed chwilą, że zja­dał w pośpie­chu, żeby kole­dzy nie zoba­czyli – odpo­wie­działa Koishi, w prze­ci­wień­stwie do niego trzeź­wym, chłod­nym tonem.
Kyōsuke tro­chę oklapł.
– No tak, może ma pani rację.
– Czy pana tata zawsze goto­wał?
– W cza­sach, kiedy matka była z nami, ni­gdy nie widzia­łem, żeby stał przy kuchni.
– I dla­tego potem się trzy­mał tego jed­nego bento jak pijany płotu… No dobrze, a dla­czego tak panu teraz zależy, żeby odna­leźć ten smak?
– Ciotka się do mnie ode­zwała. Ojcu się bar­dzo pogor­szyło, więc pro­siła, żebym przy­je­chał się z nim zoba­czyć.
– No to chyba byłoby dobrze, gdyby pan poje­chał? Będzie pan mógł podzię­ko­wać za to, że w cza­sach gim­na­zjum codzien­nie robił dla pana pyszne bento.
Kyōsuke zmarsz­czył brwi.
– Ale jak pomy­ślę, że codzien­nie robił dla mnie to samo, bo mu się nie chciało męczyć, to już nie tak bar­dzo mam ochotę tam jechać.
Koishi wzru­szyła ramio­nami.
– Ale i tak lepiej by było, gdyby pan poje­chał.
Kyōsuke zaci­snął wargi.
– Tak sobie myślę, że jeśli spró­buję znów takiego ryżu, jaki on dla mnie robił, może zro­zu­miem, jak się wtedy czuł.
– W takim razie posta­ramy się odna­leźć ten smak, tak żeby mógł się pan poro­zu­mieć z tatą – odpo­wie­działa i poka­zała mu język.
Kyōsuke wstał, ukło­nił się i krzyk­nął z mocą, jak na spor­towca przy­stało:
– Bar­dzo o to pro­szę!
Kiedy Koishi i Kyōsuke wró­cili z zaple­cza, Nagare pstryk­nął pilo­tem i wyłą­czył tele­wi­zor umiesz­czony na półce na ścia­nie.
– Wypy­ta­łaś o wszystko?
– Wypy­ta­łam porząd­nie, tylko że tym razem to będzie chyba naprawdę trudna sprawa – odpo­wie­działa.
– Tym razem? A to nie zawsze tak jest? Cokol­wiek to jest, nie ma innego spo­sobu, jak tylko wło­żyć w poszu­ki­wa­nia całe serce. To co tam masz takiego dziw­nego? – spy­tał ojciec.
– Bento z wodo­ro­stami nori.
Nagare zaśmiał się pół­gęb­kiem i usiadł przy­gar­biony.
– Takie pro­ste rze­czy są naj­trud­niej­sze do wytro­pie­nia.
Uśmiech znik­nął z twa­rzy Kyōsukego, gdy chło­pak usły­szał tę odpo­wiedź.
– Wszystko w porządku, niech pan się nie mar­twi. Tata odnaj­dzie to dla pana – powie­działa Koishi i pokle­pała go po ple­cach.
– Liczę na pań­stwa pomoc! – odpo­wie­dział, skło­nił się obojgu dziar­sko i otwo­rzył drzwi jadło­dajni.
– Ej, nie wchodź mi tu! – To Nagare odpę­dził prę­go­wa­nego kota, który poja­wił się przy jego nogach.
– Kiedy miesz­ka­li­śmy w Ōicie, też mie­li­śmy takiego prę­gusa. Jak się ten nazywa?
– Nazy­wamy go Ospa­luch, bo nic tylko by spał.
Koishi zachę­ca­jąco poma­chała ręką, a wtedy Ospa­luch, zer­ka­jąc bojaź­li­wie na twarz Naga­rego, zbli­żył się do nich ostroż­nie.
– Ach, jesz­cze jedno. Nie zapy­ta­łem, kiedy mogę teraz przyjść.
Kyōsuke zdjął z ramie­nia torbę podróżną i posta­wił ją na ziemi, po czym wyjął smart­fon.
– Czy może być za dwa tygo­dnie? – spy­tał Nagare.
Kyōsuke postu­kał parę razy pal­cem po ekra­nie i spraw­dził swoje ter­miny.
– To się aku­rat dobrze składa, bo od końca przy­szłego tygo­dnia będę na obo­zie spor­to­wym w Kioto.
– Na wszelki wypa­dek wyślę panu z wyprze­dze­niem ese­mesa – powie­działa Koishi, pod­no­sząc kota z ziemi.
– Dzię­kuję bar­dzo.
Kyōsuke scho­wał tele­fon i ruszył w stronę zachodu.
– Jeśli chce pan wsiąść w linię Keihan, to w prze­ciwną stronę – ode­zwała się Koishi.
Chło­pak zatrzy­mał się i odwró­cił do niej.
– Ja to od dziecka nie mia­łem orien­ta­cji w tere­nie – wyja­śnił z zawsty­dzo­nym uśmie­chem i przede­fi­lo­wał przed nimi w odwrot­nym kie­runku.
– Pro­szę uwa­żać na sie­bie! – krzyk­nął za nim Nagare, a Kyōsuke znów się zatrzy­mał.
– Zapo­mnia­łem o rachunku – powie­dział, dra­piąc się po gło­wie, i wró­cił do nich.
– Wystar­czy następ­nym razem, wtedy poli­czymy to z opłatą za wytro­pie­nie smaku.
– Ile powi­nie­nem przy­go­to­wać? – Kyōsuke zer­k­nął spod oka na twarz kobiety.
– Nie ma obawy, nie żądamy zbyt wiele.
– Dzię­kuję pań­stwu.
Kyōsuke zło­żył ukłon i odda­lił się od nich szyb­kim kro­kiem.
Ojciec i córka odpro­wa­dzili go wzro­kiem, po czym wró­cili do jadło­dajni. Ospa­luch wydał z sie­bie zmę­czone miauk­nię­cie.
– Kitano i bento z wodo­ro­stami. Co za nie­spo­dzie­wane połą­cze­nie.
Koishi zaczęła sta­ran­nie wycie­rać stoły.
– Tak o nim mówisz poufale, Kitano, jak­by­ście się przy­jaź­nili. To twój zna­jomy? – zapy­tał Nagare. Usiadł na stołku baro­wym i otwo­rzył notatki.
Koishi prze­rwała wycie­ra­nie.
– Co takiego? Tato, ty go nie pozna­łeś?
Nagare dalej prze­glą­dał notatki, a jego wyraz twa­rzy nie zmie­nił się ani odro­binę.
– Nie pozna­łem? Kogo?
– To prze­cież ten pły­wak. Kan­dy­dat do repre­zen­ta­cji olim­pij­skiej. Jest dobry we wszyst­kim: i w stylu grzbie­to­wym, i motyl­ko­wym, i dowol­nym. – Koishi zaczęła młó­cić rękami, jakby pły­nęła krau­lem.
– Naprawdę? Ale nie­ważne, kto to jest, ja dla każ­dego szu­kam smaku z peł­nym poświę­ce­niem.
Z półki zawie­szo­nej na ścia­nie Nagare zdjął mapę.
– No może i tak – odpo­wie­działa, wydy­ma­jąc policzki.
– A więc Ōita? Mają tam dużo dobrych rze­czy: ostro­bok z Seki, do tego makrela z Seki. Prze­jadę się tam.
– Ale ci dobrze. Może pojadę z tobą?
– Pil­nuj porząd­nie gospo­dar­stwa, to przy­wiozę ci pamiątkę z podróży. Mamie byłoby smutno, gdyby została tu sama.
Koishi wzru­szyła ramio­nami.

2

Obóz kon­dy­cyjny AWF kinki odby­wał się na kam­pu­sie Fuka­kusa w kio­tyj­skiej dziel­nicy Fushimi. Po kilku dniach Kyōsukemu wresz­cie udało się dostać dzień wolny i oto z mocno biją­cym ser­cem wsiadł do pociągu linii Keihan.
Pociąg minął dwo­rzec Fushimi Inari, poma­lo­wany na kolor cyno­browy, tak samo jak słynna świą­ty­nia, od któ­rej został nazwany. Dwie sta­cje dalej tory zeszły już pod zie­mię. Na sta­cji Shichijō Kyōsuke zało­żył na ramię lekką torbę i wysiadł.
Zawsze miał pro­blemy z orien­ta­cją w tere­nie, więc i teraz się zgu­bił, cho­ciaż był tutaj już po raz drugi. Sta­rał się przy­po­mnieć sobie drogę, więc posu­wał się powoli, z pognie­cioną mapą w ręku. Wresz­cie sta­nął przed zna­nym już budyn­kiem.
– Witamy! – Koishi powi­tała go z uśmie­chem.
– Dzień dobry – odpo­wie­dział i z pew­nym nie­po­ko­jem zaczął się roz­glą­dać, bo ni­gdzie nie było widać Naga­rego.
– Pro­szę się nie oba­wiać, tata wytro­pił pana ryż. Tylko że nie wiem dla­czego, ale jesz­cze gotuje. Niech pan zaczeka chwilę, dobrze? – popro­siła i posta­wiła przed nim dzba­nek z her­batą mro­żoną i szkla­neczkę.
Kyōsuke zdu­sił ziew­nię­cie.
– Wczo­raj zupeł­nie nie mogłem zasnąć.
– Pan to się rze­czy­wi­ście wszyst­kim bar­dzo przej­muje – uśmiech­nęła się do niego Koishi, dole­wa­jąc mu her­baty. – A jak to będzie przed wystę­pem na olim­pia­dzie?
– To zupeł­nie co innego – nadą­sał się chło­pak.
Z kuchni wyj­rzał Nagare.
– Prze­pra­szam, że musiał pan cze­kać. Wymy­śli­łem taką małą zabawę.
– O, pro­szę. Wszystko powinno być już dawno gotowe, a tata naraz mówi: „Wymy­śli­łem coś faj­nego!” i od tego czasu robi coś w tajem­nicy.
Kyōsuke zgiął się wpół, żeby zaj­rzeć do kuchni.
– Czy mam się bać?
Koishi pokrę­ciła głową i wydęła usta.
– Pro­szę się nie oba­wiać.
– No, wszystko gotowe!
Nagare wyszedł, nio­sąc pro­sto­kątną tacę, na któ­rej miał usta­wione dwa pudełka z bento.
– To dla dwóch osób?
Kyōsuke uśmiech­nął się lekko, gdyż tego dnia na śnia­da­nie wziął aż trzy dokładki ryżu.
– Nie musi pan jeść wszyst­kiego. Po pro­stu chcia­łem, żeby porów­nał pan dwa smaki.
Nagare usta­wił dwa przy­kryte pudełka z alu­mi­nium na stole przed gościem. Kyōsuke przyj­rzał im się uważ­nie.
– Skoro mam porów­ny­wać, to zna­czy, że one są różne?
– Pro­szę spraw­dzić samemu – odpo­wie­dział Nagare i zło­żyw­szy ukłon, skie­ro­wał się do kuchni.
– Nało­ży­łem dużo, ale gdyby bra­ko­wało, pro­szę wołać.
Koishi prze­sta­wiła dzba­nek z her­batą, tak żeby stał obok szklanki, i poszła za ojcem.
Pozo­sta­wiony samemu sobie Kyōsuke wypro­sto­wał się, po czym się­gnął dwiema rękami do pokry­wek i pod­niósł je jed­no­cze­śnie.
W obu pudeł­kach był ryż. Jego całą powierzch­nię pokry­wały wodo­ro­sty nori, w któ­rych widać było pio­nowe i poziome nacię­cia. Przy­po­mniał sobie, że bento zro­bione przez ojca też tak wła­śnie wyglą­dało.
Kiedy usta­wiło się pudełko poziomo, były dwa nacię­cia w bok i trzy nacię­cia pio­nowe, zawsze tej samej dłu­go­ści. Jeśli wyj­muje się pałecz­kami ryż zgod­nie z tymi nacię­ciami, otrzy­muje się dwa­na­ście por­cji. Wspo­mnie­nia, jak dzie­lił swój lunch na dwa­na­ście por­cji i zja­dał je po kolei, sta­nęły mu przed oczami jak żywe.
Kyōsuke naj­pierw wziął do ręki pudełko z lewej strony. Trzy­ma­jąc je dłuż­szym bokiem do sie­bie, wybrał pałecz­kami do dna ryż z lewego dol­nego kwa­dratu i wło­żył do ust. Na spo­dzie był ryż, dalej płatki bonito ugo­to­wane na miękko z sosem sojo­wym i następ­nie nori, czyli trzy war­stwy, wła­śnie tak, jak to ojciec kie­dyś robił.

 
Wesprzyj nas