Niewielki kraj z wielkimi ambicjami – imperium portugalskie istniało najdłużej spośród europejskich potęg kolonialnych i rozciągało się od Gwinei Bissau do Timoru Wschodniego, od Japonii do Amazonii. Zapoczątkowane przez Henryka Żeglarza wyprawy zainicjowały powstanie pierwszego globalnego mocarstwa.
Erika Fatland, antropolożka i reportażystka, zabiera czytelników w pełną przygód podróż śladami odkrywców, handlarzy, zdobywców, kolonizatorów i misjonarzy. Szlak dawnego imperium portugalskiego prowadzi przez trzy oceany, pustynie i lasy deszczowe, położone na uboczu wioski i tętniące życiem metropolie na czterech kontynentach.
Po drodze poznajemy nie tylko śmiałków gotowych wyruszyć w nieznane, ale także bojowników o wolność, cesarzy, włóczęgów i rdzenną ludność. Jakie ślady pozostawili po sobie Portugalczycy? Jakie piętno odcisnęli na podbitych lądach?
Wielokrotnie nagradzana autorka „Sowietstanów”, „Granicy” i „Szczytów” prezentuje kolejną wspaniałą i porywającą relację zarówno z podróży śladami kolonialnej obecności Portugalczyków, jak i wyprawy w przeszłość i teraźniejszość.
Jej barwna opowieść pozwala naszkicować mapę byłego imperium i spojrzeć na nie jednocześnie z kilku perspektyw: stolicy i kolonii, przeszłości i teraźniejszości, odkrywcy i podbitego.
Najlepszy reportaż podróżniczy roku – zapiera dech w piersiach.
„Adresseavisen”
Żeglarz. Podróż przez utracone imperium portugalskie
Przekład: Milena Skoczko-Nakielska
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 25 marca 2026
Droga morska
Daleko w dole, dwanaście pokładów pode mną, identyczne białe samochody wjeżdżają długim rzędem po rampie i znikają w brzuchu gigantycznego statku. Z góry wyglądają jak samochodziki do zabawy. Jednocześnie z rampy zjeżdżają czarne minibusy załadowane mężczyznami w białych kombinezonach. Zatrzymują się kilkaset metrów w głębi lądu obok ogromnego parkingu – tam białe samochody stoją zaparkowane w dokładnie takiej samej odległości jeden od drugiego. Mężczyźni w kombinezonach wyskakują z minibusów, podchodzą do białych samochodów, otwierają drzwi, zajmują miejsce za kierownicą, włączają silnik i formują nowy zdyscyplinowany rząd pojazdów, które toczą się w stronę rampy i znikają w brzuchu statku. Cały proces powtarza się wielokrotnie niczym precyzyjny taniec na kołach, pokaz perfekcyjnej logistyki.
Wracam do swojej kajuty oznaczonej napisem „IV Mechanik” i siadam na próbę przy małym biurku. Minutę po dwunastej słyszę pukanie. Uśmiechnięty młody mężczyzna uprzejmie informuje, że podano lunch. W mesie siedzi już z tuzin marynarzy. Są ubrani swobodnie – w spodnie dresowe lub krótkie spodenki – i miło się ze mną witają. Dostaję miejsce przy stole kapitańskim między pierwszym i drugim oficerem mechanikiem. Chociaż kapitan jest dopiero po czterdziestce, roztacza wokół siebie aurę dziadka. Rozmawia ze mną przyjaźnie, ale je szybko. Na wszystkich czekają jakieś obowiązki.
Po kilku minutach mesa pustoszeje, więc i ja z niej wychodzę. Z nudów zaglądam do pralni, wstawiam pranie. Dla zabicia czasu pokonuję w siłowni kilka kilometrów na bieżni. Większość urządzeń pokrywa gruba warstwa kurzu. Biorę prysznic, jeszcze raz siadam niepewnie przy biurku, ale po chwili postanawiam odpocząć. Składam świeżo wyprane ubrania. Popołudnie wlecze się niemiłosiernie. Na kei nadal trwa taniec na kołach.
Znowu rozlega się pukanie. Dowiaduję się, że piloci weszli na pokład i zaraz odbijamy. Kapitan stanął na mostku ubrany w mundur: białą koszulę, czarną marynarkę i czarne spodnie oraz świeżo wypastowane buty. Jeden z pilotów ma na sobie kompletny ubiór ochronny: maskę i biały kombinezon. Pokłady samochodowe spryskano środkiem owadobójczym.
Mała owalna pilotówka płynie przed dziobem statku. Od czasu do czasu pilot podaje liczby: „Cztery przecinek pięć, pięć przecinek pięć”, a kapitan oraz pierwszy oficer powtarzają je głośno i wyraźnie. Tak ułamek po ułamku ogromny statek opuszcza port, mija centrum Santander, przecina małą, osłoniętą zatokę Santander i wypływa na Zatokę Biskajską. Hiszpańscy piloci wracają do pilotówki.
Moja portugalska podróż morska rozpoczyna się w hiszpańskim mieście portowym. Santander z racji swojego położenia blisko Lizbony było najbardziej naturalnym wyborem, ponieważ żaden portugalski port nie znajduje się na trasie „mojego” armatora. Portugalia jest już nie centrum imperium, lecz małym, dość biednym i zapomnianym państwem Unii Europejskiej, znanym ze smętnej muzyki i języka o skomplikowanej gramatyce oraz wprost niewiarygodnym nagromadzeniu dyftongów. W znacznym stopniu przyćmił ją o wiele większy i bogatszy sąsiad – Hiszpania. I właśnie wzdłuż jej północnego wybrzeża teraz płynę.
Doświadczeni podróżnicy zapewniali mnie, że ruchy tak dużych jednostek są prawie niewyczuwalne. A jednak mój samochodowiec kołysze się gwałtownie. Zatoka Biskajska słynie z wysokich fal spowodowanych dużymi różnicami głębokości. Jesienią i zimą prawie zawsze szaleją tu sztormy, a teraz jest październik. Na pokładzie wieje tak mocno, że muszę trzymać się poręczy, żeby nie stracić równowagi. Ze wszystkich stron otacza nas szary, spieniony ocean.
Zapowiada się niespokojna noc. Statek przechyla się na boki tak nieznacznie, że wszystkie przedmioty leżą dalej na swoim miejscu, lecz jednocześnie tak mocno, że kajuta głośno się skarży. Ściany i szafy skrzypią, trzeszczą. Budzę się w nocy wiele razy, ponieważ wydaje mi się, że ktoś puka do drzwi, a to tylko ściany pojękują.
Słońce w końcu wspięło się nad grzywy fal, a my wciąż znajdujemy się na Zatoce Biskajskiej. Ubieram się, idę kaczym krokiem do mesy i samotnie zjadam śniadanie. Większość marynarzy już zjadła, ale bufet jest otwarty. Ryż. Omlety. Płatki. Wystygłe mięso. Sok i kawa rozpuszczalna. Po kilku łyżkach ryżu kapituluję. Wracam do kajuty, do swojego pływającego pisarskiego więzienia.
Minęła siódma, dzień dopiero się zaczął. Siadam przy biurku, ale wkrótce się poddaję. Kładę się na niebieskiej kołdrze. Dopóki leżę całkiem nieruchomo, udaje mi się trzymać chorobę morską w ryzach.
Następny przystanek to Republika Południowej Afryki.
„Zakaz palenia w łóżku” – ostrzega tabliczka przy nocnej lampce. Staram się myśleć o czymś innym, byle nie o tym, że jestem uwięziona w kołyszącym się, rozepchanym pudełku na buty. Na przykład o grze towarzyskiej. Grze pamięciowej zaczynającej się od zdania, które kolejne pokolenia norweskich dzieci recytują bez zająknięcia: „Mój statek jest załadowany… zabawkami”. Albo… samochodami. Białymi jak śnieg samochodami. Chociaż równie dobrze mogą to być… telefony komórkowe. Olej słonecznikowy. Buty do biegania. Płynny gaz. Lodówki. O każdej porze dnia i nocy pięćdziesiąt tysięcy frachtowców przemierza morza i oceany ze wszystkim, za co ludzie są skłonni zapłacić. Te statki łączą świat, ale nie myślimy o tym do czasu, aż coś się wydarzy, aż jakieś państwo zablokuje któryś z nich i ludziom na innym kontynencie zabraknie zboża lub aż kontenerowiec utknie na kilka dni w jednym z najruchliwszych kanałów i w sklepach oddalonych o setki kilometrów od niego skończy się papier toaletowy. Albo skończą się papierosy. „Zakaz palenia w łóżku”.
Wszystko ma swój początek, również droga wodna. Na początku XV wieku odważni żeglarze odbijali od portugalskiego wybrzeża na małych karawelach. Kierowali się na południe szlakiem, którym i my teraz płyniemy. „Mój statek jest załadowany…” tabletkami na chorobę morską. Pod koniec tego wieku żeglarze dotarli do przylądka, którym kończy się Afryka. Stamtąd było niedaleko do Indii i najbardziej pożądanych portów przyprawowych Wschodu. I tak pod koniec wieku odkryli południową drogę z Europy do Azji i w ten sposób zapoczątkowali tworzenie pierwszego na świecie imperium. W czasach swojej największej świetności ciągnęło się ono przez cztery kontynenty i trzy oceany. Dawne trasy karawan porzucono niemal z dnia na dzień. Azja Centralna nie była już centralna, wielbłądy z Jedwabnego Szlaku – statki pustyni – zostały zastąpione żaglowcami.
Tak narodził się współczesny transport wodny, a razem z nim – współczesny świat.
Ponad dwa lata podróżowałam śladami dawnych Portugalczyków w poszukiwaniu pozostałości po zamierzchłych czasach. Te poszukiwania zaprowadziły mnie na odległe archipelagi położone na Oceanie Atlantyckim oraz do Gwinei Bissau, Angoli i Mozambiku na kontynencie afrykańskim. Następnie trasa wiodła przez Goę, Malakkę, Indonezję i Timor Wschodni – między innymi do Japonii. Tygodniami podróżowałam przez las deszczowy Amazonii i brazylijskie metropolie w pogoni za pozostałościami utraconego imperium, jego ruinami i bliznami po ranach, które ono zadało.
Jakie ślady przetrwały do naszych czasów? Czy w ogóle da się zmierzyć piętno pozostawione przez ogólnoświatowe imperium portugalskie, przez epokę, która trwała pół tysiąclecia? Po drodze zebrałam odpowiedzi i jeszcze więcej pytań, a przede wszystkim historie, mozaikę opowiadań o przeżytych życiach. Wierzę nie w Historię pisaną dużą literą, w liczbie pojedynczej, w formie określonej, lecz w sumę wielu małych historii: jedna plus jedna, plus jedna: „Mój statek jest załadowany…” historiami.
Podróż jeszcze się nie skończyła. Do tej pory podróżowałam punktowo. Przemieszczałam się samolotem między wyspami i państwami oddzielonymi od siebie o tysiące kilometrów, oderwanymi plamami na mapie. Swego czasu łączyła je tylko woda, droga morska. Przez kilka następnych miesięcy będę podążać śladami portugalskich odkrywców – nie na żaglowcu, lecz na dwóch z pięćdziesięciu tysięcy frachtowców należących do ogólnoświatowego przemysłu shippingowego. Najpierw z Europy, wzdłuż długiego wybrzeża Afryki, z północnego Atlantyku do południowego, wokół Przylądka Dobrej Nadziei i dalej przez Ocean Indyjski, cieśninę Malakka i Ocean Spokojny aż do Japonii, do najbardziej na wschód wysuniętego portu Portugalczyków.
W jaki sposób Portugalia stała się pierwszym na świecie globalnym imperium?
Myślę o Henryku. Przez długi czas był dla mnie – jak dla większości innych – wyłącznie imieniem drugoplanowym. Imieniem, które nie zapadało w pamięć na długo, imieniem z Historii pisanej przez duże H: Henryk Żeglarz. Pocieszam się, że on też nie przepadał za życiem na morzu. Ten portugalski książę, jeżeli nie liczyć kilku krótkich wypraw w celu dokonania podboju północnych wybrzeży Maroka, większość życia spędził na lądzie. Morski przydomek nadali mu dwaj niemieccy historycy w XIX wieku i tak już zostało. Być może właśnie to chwytliwe przezwisko sprawiło, że wciąż go pamiętamy: Heinrich der Seefahrer, Henry the Navigator, Henri le Navigateur, Enrique el Navegante, Infante Dom Henrique, o Navegador. Historia zna wielu książąt o tym imieniu, ale tylko jednego Henryka Żeglarza, chociaż nie był on żadnym wilkiem morskim.
Henryk najbardziej interesował się Afryką. A ściślej mówiąc, Marokiem.
Ceuta
Hiszpańska eksklawa, miasto autonomiczne
Powierzchnia: 18,5 km2
Liczba mieszkańców: 83 052 (2023)
Język urzędowy: hiszpański
Pod panowaniem Portugalii od 1415 do 1668
Granica
Jedyne przejście graniczne tego miasta było zamknięte. Policjant siedział sam w małej budce i spoglądał w stronę plaży: graniczne ogrodzenie ciągnęło się kilka metrów w morze. Po drugiej stronie leżało Maroko mające niespełna czterdzieści milionów mieszkańców. A dalej reszta Afryki, czyli prawie półtora miliarda ludzi.
„Przemysł graniczny” przeżywa okres świetności. Optymizm wywołany upadkiem muru berlińskiego i rozpadem Związku Radzieckiego to zamierzchła przeszłość. Obecnie granice lądowe państw na całym świecie, na wszystkich kontynentach, są wzmacniane w zastraszającym tempie za pomocą nie tylko staroświeckich murów i drutu kolczastego, lecz także dronów i wirtualnych murów nadzorowanych przez sztuczną inteligencję. To prawda, że człowiek może swobodnie podróżować po wszystkich krajach Unii Europejskiej, jeśli już się do niej przedostanie, ale jej zewnętrzne granice są strzeżone coraz gorliwiej. A żadna z nich nie jest pilniej strzeżona niż właśnie ta między Europą i Afryką: Hiszpania w miniaturze otoczona przez Maroko i Morze Śródziemne. Ceuta zajmuje obszar niespełna dwudziestu kilometrów kwadratowych, których uczepiło się ponad osiemdziesiąt tysięcy mieszkańców Unii Europejskiej, chronionych sześciometrowym podwójnym ogrodzeniem zakończonym drutem kolczastym, wzmocnionym kamerami oraz czujnikami rejestrującymi ruch, ciepło i dźwięk. Dodatkowo granicy przez całą dobę strzeże kilkuset strażników.
– Kiedyś panował tu zawsze spory ruch – opowiadał Oscar, taksówkarz, który obwoził mnie po tej małej eksklawie. Wskazał opuszczony kompleks magazynów. – Tam sprzedawano używane ubrania i inne stare rzeczy pochodzące z Europy. Kobiety muły, jak je nazywamy, przekraczały granicę, kupowały stosy używanych towarów i wracały z nimi do Maroka. Celnicy udawali, że tego nie widzą. Po marokańskiej stronie rządzi mafia. Nazywają siebie strażnikami granicznymi, a zarabiają na tym procederze kupę kasy.
Mrużąc oczy, Oscar patrzy na blade styczniowe słońce. Garstka mężczyzn po pięćdziesiątce, w czarnych legginsach z lycry i opalizujących tęczowo okularach przeciwsłonecznych, podjechała na rowerach do opuszczonego posterunku granicznego, zawróciła i ruszyła z powrotem w kierunku miasta.
– Powinna była pani tu przyjechać w zeszłym roku – kontynuował. – Wtedy to dopiero się działo. Ośrodki recepcyjne pękały w szwach. Uchodźcy byli dosłownie wszędzie. Na ulicach, na plażach, na każdym kamieniu siedzieli nielegalni imigranci.
W 2021 roku, czyli przed pojawieniem się fali uchodźców, do szpitala w Hiszpanii przyjęto aktywistę z Sahary Zachodniej, posługującego się fałszywą tożsamością. Incydent doprowadził do kryzysu dyplomatycznego między Madrytem i Rabatem. Kilka tygodni po jego hospitalizacji rozeszła się plotka, że granice Ceuty są otwarte. Setki ludzi przeczołgało się, przedarło i przepłynęło przez granicę – marokańscy strażnicy graniczni patrzyli na to przez palce. Przez ponad dwadzieścia cztery godziny do hiszpańskiej eksklawy przedostało się osiem tysięcy osób.
– Prawie wszystkich wysłano dalej – oznajmił Oscar. – Zostało tylko kilku nieletnich. Oczywiście nadal jest tu mnóstwo nielegalnych imigrantów. Kręcą się przed supermarketami i na nabrzeżu. W Ceucie tak było od zawsze. Pewnie zwróciła pani na nich uwagę?
Potrząsnęłam przecząco głową. Rozglądałam się, ale ich nie zauważyłam. Pięćdziesięciolatkowie w lycrze znowu podjechali w naszą stronę. Ponownie zawrócili przed posterunkiem granicznym i obrali kurs na centrum.
Oscar i ja ruszyliśmy w tym samym kierunku, a następnie pod górę, do ośrodka dla uchodźców. Przed budynkiem natknęliśmy się na jedną z „nieodsyłalnych” – Mariam – osiemnastoletnią dziewczynę o gęstych brązowych włosach do ramion i dużych oczach. W ubiegłym roku uciekła z marokańskiej nadmorskiej wioski położonej zaledwie kilka kilometrów stąd. Przez całe życie marzyła o tym, by dostać się na La península, Półwysep, jak tutejsi ludzie nazywają Hiszpanię. Gdy pewnego dnia przeczytała na Facebooku, że granica jest otwarta, nie wahała się ani chwili. Postanowiła wykorzystać szansę. Na stronę hiszpańską przedostała się wpław.
– Bardzo, bardzo się bałam – powiedziała po arabsku.
Oscar przetłumaczył to na hiszpański.
– W Maroku nie da się żyć. To una tierra de abuso (hiszp. – ziemia nadużyć). Wszyscy cię tam wykorzystują: władze, policja, rodzina. Tutaj jest o wiele lepiej niż w Maroku.
Rodzina Mariam nadal mieszka w nadmorskim miasteczku. Ojciec i brat bili ją regularnie.
– Marzę o tym, by móc mieszkać w Hiszpanii, znaleźć tam pracę, kupić dom – rozmarzyła się Mariam. – Kiedy już kupię dom, sprowadzę mamę i zamieszkamy razem.
Ceuta wystaje w Morze Śródziemne niczym wyrostek robaczkowy. Również po jej północnej stronie, gdzie nie ma żadnych punktów granicznych, a są tylko opustoszałe plaże, ogrodzenie ciągnie się spory kawałek w morze.
– Od czasu do czasu przypływają tu wpław ludzie z plecakami wypełnionymi kilogramami haszyszu – kontynuował Oscar. – Morze ciągle wyrzuca na brzeg ludzkie zwłoki.
Po drugiej stronie ogrodzenia widzieliśmy małą wioskę. Niskie betonowe domy o białych ścianach, osioł, przydomowe ogródki. Osioł przywiódł mi na myśl Kardamon. Thorbjørn Egner właśnie w Maroku znalazł inspirację do stworzenia tego miasteczka1. Ale tu nie spotkałam policjanta Bastiana.
Jechaliśmy dalej stromym zboczem wzdłuż zaawansowanego technologicznie ogrodzenia granicznego. Pod drzewem pomarańczowym siedział wątły chłopak i czytał Koran. Z zawieszonego na szyi identyfikatora wynikało, że ma na imię Aliou, dziewiętnaście lat i pochodzi z Senegalu. Mamrotał łamaną francuszczyzną. W swojej ojczyźnie mieszkał razem z matką i pięciorgiem rodzeństwa. Ojciec już wcześniej wyemigrował do Europy.
– Dlaczego tu przyjechałeś? – spytałam.
– W Senegalu nie ma żadnej przyszłości – odpowiedział ze wzrokiem wbitym w ziemię. – Nie ma żadnej pracy. Nie można zarabiać pieniędzy.
Ojczyznę opuścił dwa lata temu. Podróżował przez Mali, Algierię i Maroko. Samochodem, autobusem, pociągiem, pieszo. Niektórzy z jego przyjaciół mieli problemy z ekstremistami w Mali i Algierii, ale jemu się udało, al-hamdulillāh, dzięki Bogu. Na granicach wprowadzono surowe środki bezpieczeństwa, często trudno było się przedostać.
– Najgorzej jest – powiedział cicho – kiedy biją. Lepiej, kiedy cię odsyłają z powrotem, niż kiedy biją.
– Bili cię?
– Wiele razy.
– Kto cię bił? Marokańczycy czy Hiszpanie?
– Marokańczycy, Hiszpanie. Wszyscy biją – odrzekł i w tej chwili wyglądał na bardzo zmęczonego. – Wszyscy biją tak samo mocno. Bez różnicy.
Z Maroka, z miejsca, które nazywał szarą strefą, przedostał się nad ogrodzeniem do Ceuty. Od pół roku mieszka w ośrodku dla uchodźców i czeka, aż zostanie przewieziony na Półwysep, gdzie otrzyma ostateczny wyrok.
– Myślisz, że pozwolą ci zostać?
– O tym decydują ci z Półwyspu – wymamrotał.
Czekając na wyrok, Aliou próbuje się uczyć hiszpańskiego i czyta Koran. Uważa, że czytanie Koranu mu pomaga. Marzy o przedostaniu się do Niemiec i znalezieniu pracy w salonie fryzjerskim, bo w swojej ojczyźnie pracował właśnie jako fryzjer.
– Mogę również budować domy – dodał – jeśli tylko ktoś pokaże mi, jak to robić.
Życzyłam mu powodzenia. Skinął poważnie głową, nie patrząc mi w oczy, i zgarbiony powlókł się z powrotem do drzewa pomarańczowego, by dalej studiować świętą księgę islamu.
Przybyłam do Ceuty, żeby zobaczyć dziurę w ścianie. Dosłownie. Otwór drzwiowy. Można go oglądać wyłącznie pod nadzorem autoryzowanego przewodnika.
– O wpół do piątej zaczynamy zwiedzanie łaźni arabskich – poinformował mnie César, stojący za ladą w biurze informacji turystycznej. – Zwiedzanie z przewodnikiem Bramy Kalifatu mamy zaplanowane jutro po południu. Wtedy może pani dołączyć.
– Jutro po południu już mnie tutaj nie będzie – zaprotestowałam. – Czy ktoś się zapisał na dzisiejsze zwiedzanie łaźni?
Potrząsnął przecząco głową.
Ja milczałam. On milczał.
Cisza się przedłużała.
– W porządku – powiedział w końcu. – Zamiast do łaźni możemy pójść do Bramy Kalifatu. Ale muszę zaczekać, aż wróci mój kolega. Chociaż dzisiaj nie ma w Ceucie żadnych innych turystów, nie mogę tak po prostu zostawić biura bez obsługi. Kolega wróci za pięć minut. Wyskoczył tylko na kawę.
Jak długo można pić kawę? Kiedy powiedział „kawa”, miał oczywiście na myśli café solo, to znaczy espresso, trzydzieści mililitrów płynu, może z dodatkiem odrobiny cukru. Czekaliśmy więc, a ja dowiedziałam się w tym czasie, że César pochodzi z La península. Jego rodzice przeprowadzili się tam, gdy był mały. Wyznał, że podoba mu się w eksklawie, bo tutaj wszystko jest proste i przejrzyste. A potem z jakiegoś powodu zaczął opowiadać o pandemii. Nie wierzył w istnienie koronawirusa. Maseczkę nosi wyłącznie w pracy, bo musi, ale nigdzie indziej, chociaż wymagano, by nosić ją zawsze.
Spytałam, czy się zaszczepił – głównie po to, by podtrzymać rozmowę. Wiedziałam, że chętnie odpowie na to pytanie.
– Nie muszę o tym mówić. – Spojrzał na mnie wyzywająco. – Ale jeśli koniecznie musi pani wiedzieć, to nie. Ludzie są bardziej chorzy od tej szczepionki, a nie od tak zwanego wirusa.
Gadał i gadał. O koronawirusie, o władzach, o Chinach. Jak długo można pić trzydzieści mililitrów płynu? Na dworze zaczynał zapadać zmrok, a Césarowi usta się nie zamykały. Teraz opowiadał o rdzennych mieszkańcach Ameryki. Z wyraźnym sceptycyzmem odnosił się do faktu, że większość z nich setki lat temu wytępił jakiś wirus.
W końcu zmaterializował się jego kolega, więc César i ja ruszyliśmy w stronę Bramy Kalifatu. César poprawił maseczkę i włączył tryb przewodnika:
– Jak widać, okolica portu jest bardziej płaska niż reszta Ceuty. Za czasów Franco przeprowadzono rekultywację tego terenu, ponieważ było tu za mało miejsca. W ten sposób zniknęły wszystkie piaszczyste plaże…
Przeszliśmy na drugą stronę ulicy. César otworzył bramę i weszliśmy na podwórze, na którym rósł potężny, sędziwy figowiec. Strome schody prowadziły na mury miejskie. Zrobiło się tak ciemno, że mój przewodnik musiał oświetlać drogę latarką w telefonie komórkowym, żebyśmy się nie potknęli.
– Wcześniej granica miasta biegła tędy – wyjaśnił. – Cały obszar na zachód od kanału, niemal połowę dzisiejszej Ceuty, włączono do hiszpańskiego terytorium dopiero po wojnie z Marokiem w tysiąc osiemset sześćdziesiątym roku.
Ze szczytu grubych murów obronnych roztaczał się widok na miasto. César wskazał duży budynek fabryczny. Dym unoszący się z wysokich kominów widzieliśmy nawet w ciemności.
– Tam jest produkowany prąd. Energię elektryczną otrzymujemy z generatorów Diesla.
– A skąd czerpiecie wodę?
– Z zakładów odsalania, oczyszczających i uzdatniających do picia wodę morską. Nasze śmieci są wysyłane statkami do Europy, bo Marokańczycy odmawiają ich przyjęcia.
– Z czego żyją tutejsi mieszkańcy? – spytałam.
W tym pytaniu słyszałam wyraźnie echo słów swoich zachodnich wujków.
– Mieszka tu wielu wojskowych. I wielu strażników granicznych. Poza tym administracja jest bardzo rozbudowana, więc mamy sporo urzędników. Dostają pensje wyższe o dwadzieścia pięć procent jako rekompensatę za to, że żyją tak daleko od ojczyzny. Poza tym jesteśmy zwolnieni z podatku VAT, ponieważ Ceuta nie należy do strefy Schengen, więc żyje się tutaj dość tanio. Prawie wszyscy Hiszpanie zatrudniają pomoce domowe z Maroka. Rano te kobiety przekraczają granicę, a wieczorem wracają do siebie. Kiedy granica jest otwarta.
Spojrzał na blade, rozgwieżdżone niebo.
– Proszę pomyśleć, ile to wszystko kosztuje – powiedział w zamyśleniu. – Utrzymanie samych strażników… Hiszpania pewnie niedługo sprzeda Ceutę Marokańczykom.
Szczerze w to wątpię, chociaż nie powiedziałam tego na głos. Maroko żąda zarówno Ceuty, jak i Melilli, innej hiszpańskiej eksklawy, położonej niecałe dwieście kilometrów na wschód od Ceuty i jeszcze od niej mniejszej. Hiszpańskie władze twierdzą, że tych dwóch eksklaw nie można porównywać z późniejszymi europejskimi koloniami, ponieważ zarówno Ceuta, jak i Melilla były częścią Hiszpanii przez setki lat. Zresztą czy jakieś państwo dobrowolnie zrzekłoby się własnego terytorium? W każdym razie na pewno nie Maroko, trzymające kurczowo Saharę Zachodnią. Ani Wielka Brytania, która nie ma najmniejszego zamiaru oddać Gibraltaru. Ani Hiszpania, wydająca miliony euro na umocnienie tych dwóch eksklaw na kontynencie afrykańskim. Może Ceuta nie ma tak dużego znaczenia strategicznego jak Gibraltar, ale jest mocnym numerem drugim, ponieważ wystaje niczym wyrostek robaczkowy po prawej stronie Cieśniny Gibraltarskiej przy wejściu do Morza Śródziemnego. Pod względem finansowym bez wątpienia przynosi straty, ale względy ekonomiczne są tu mniej ważne. Decyduje niechęć do zmniejszenia obszaru państwa.
César ponownie wyjął klucze i otworzył kolejne drzwi. Naszym oczom ukazały się spiralne schody prowadzące w dół do wewnętrznych pomieszczeń twierdzy. Stopień za stopniem przedzieraliśmy się przez kolejne warstwy historii, aż cofnęliśmy się do czasów starożytnego Rzymu.
Archeolodzy dokonali tu ciekawych odkryć. Na podłodze i ścianach zobaczyłam pełno śladów po piecach do wypalania ceramicznych amfor i po naczyniach do przechowywania garum, sosu ze sfermentowanych ryb, którego ówcześni ludzie chyba nigdy nie mieli dość, a który prawdopodobnie przypomina sos rybny używany obecnie w kuchni wietnamskiej. Około dwóch tysięcy lat temu w Ceucie solono ryby i produkowano duże ilości garum. Wtedy Ceuta nazywała się Septem i była rzymską placówką, w której mieszkali przede wszystkim chrześcijanie mówiący po łacinie. Smród zgniłych ryb zapewne unosił się nad miastem niczym wieczna mgła.
Bramę Kalifatu zbudowano setki lat po upadku Imperium Romanum. Zanim Ceuta została opanowana przez muzułmańskie kalifaty, najeżdżali ją po kolei Wandalowie, Bizantyjczycy, Wizygoci i Berberowie. W X wieku Ceutę podbił kalifat Umajjadów. Tych wyparli Almorawidzi, po nich przybyli Almohadzi i Hafsydzi, a na końcu Marynidzi – zdobyli miasto w 1387 roku i władali nim jako ostatni z muzułmanów.
Otwór w kształcie dziurki od klucza pozostał w murze miejskim jako ślad tamtych zamierzchłych czasów. Po samej Bramie nie ma już śladu. W ciągu sześciuset lat, które minęły od inwazji Portugalczyków, fortyfikacje wzmocniono, rozbudowano i udoskonalono, pojawiły się nowe otwory strzelnicze, wieże, fosy i mosty zwodzone. „Przemysł graniczny” ma długą tradycję. Brama Kalifatu powoli zniknęła pod warstwami kamieni i żwiru i dopiero niedawno starannie ją odkopano.
Inwazję w 1415 roku Portugalczycy planowali ponad dwa lata. Temu małemu wówczas państwu udało się zebrać imponującą armię składającą się z około pięćdziesięciu tysięcy ludzi, z czego trochę poniżej dwudziestu tysięcy stanowili wojownicy rozmieszczeni na więcej niż dwustu małych i dużych statkach. Atakiem dowodził król Jan I Dobry ze swoimi trzema najstarszymi synami: Edwardem, Piotrem i Henrykiem.
Król Jan I Dobry był pierwszym królem z dynastii Avis. Doszedł do władzy w 1385 roku w wyniku – można by rzec – zamachu stanu. W 1383 roku zmarł król Portugalii Ferdynand I Burgundzki i nie pozostawił męskiego potomka z prawego łoża, w związku z czym Portugalia pozostała bez prawowitego następcy tronu. Córka zmarłego, Beatrycze, była żoną Jana, króla Kastylii – państwa wówczas wrogiego Portugalii. Gdyby Beatrycze zasiadła na portugalskim tronie, w praktyce oznaczałoby to unię personalną z Kastylią. Jako pretendent do tronu pojawił się inny Jan, nieślubny brat Ferdynanda I Burgundzkiego, wielki mistrz zakonu Avis. Dzięki poparciu Anglii ten Jan oraz jego portugalscy zwolennicy odnieśli spektakularne zwycięstwo nad Kastylią w bitwie pod Aljubarrotą – o której mali Portugalczycy uczą się obowiązkowo w szkole. Suwerenność Portugalii została przypieczętowana. Na tronie zasiadł Jan, znany jako Jan I Dobry, a dynastia Avis sprawiła, że przez następne dwieście lat Portugalia należała do największych potęg na świecie aż do czasu, gdy kolejny raz zabrakło królewskiego męskiego potomka.
Wojna z Kastylią trwała do 1411 roku i znacznie osłabiła Portugalię. Skarbiec świecił pustkami, brakowało niemal wszystkiego, nawet zboża, ponieważ na domiar złego plony okazały się marne. Można by pomyśleć, że w takiej sytuacji król Jan I powinien się skupić na poprawie sytuacji gospodarczej kraju i nie wydawać pieniędzy, których – ściśle rzecz biorąc – nie miał, na ryzykowną wyprawę grabieżczą. Zależało mu jednak na przychylności szlachty. Dokąd miała ona wysłać swoich synów, skoro zawarto pokój z Kastylią? Tysiące żołnierzy pozostało bez pracy.
Również synowie króla palili się do kolejnej wojny. Jak wielu młodych mężczyzn w tamtych czasach marzyli o dokonywaniu wiekopomnych czynów na polu walki. Dynastia, do której należeli, jeszcze nie umocniła swoich wpływów. Potrzebny jej szacunek zapewniłaby właśnie udana ekspedycja przeciwko niewiernym. A ponieważ był to czas wypraw krzyżowych, walkę z muzułmanami postrzegano jako nakaz honoru. Książęta fantazjowali o zdobyciu Granady, bastionu Maurów w Andaluzji, ale król się temu sprzeciwił. Zaatakowanie Granady lub Gibraltaru oznaczałoby kolejną wojnę z Kastylią. Marokański Tanger właśnie został splądrowany przez Kastylię, więc Portugalia nie miała tam czego szukać. Za to sąsiednia Ceuta wydawała się obiecującym celem.
Była ona północnym przystankiem końcowym wielu karawan handlowych przemierzających Saharę, dzięki czemu przywożono tam mnóstwo złota, kości słoniowej i niewolników. Poza tym Sułtanat Marynidów produkował znaczne ilości pszenicy, której Portugalia pilnie potrzebowała. Dodatkowo cel wyprawy dało się łatwo uzasadnić względami moralnymi i religijnymi. Piraci i rabusie traktowali Ceutę jak swoją bazę wypadową, a mieszkańcy miasta byli muzułmanami. Duża część Portugalii znajdowała się, podobnie jak Hiszpania, pod panowaniem muzułmańskich kalifatów od VIII wieku. Pierwszy król Portugalii, Alfons I Zdobywca, odbił Lizbonę w 1147 roku. Sto lat później, w 1249 roku, ostatnich władców Maurów wygnano z Algarve. Dla Portugalczyków rekonkwista została tym samym zakończona. Ale czy na pewno? Jak daleko należało przepędzić znienawidzonych muzułmanów?
Flota wojenna miała obrać kurs na Ceutę 10 lipca 1415 roku, ale w ostatniej chwili wyprawę odwołano. Przez stulecia Portugalię nawiedziło kilka epidemii dżumy i zadało jej bolesne ciosy. W roku 1300 liczba mieszkańców kraju wynosiła około półtora miliona, sto lat później spadła do miliona. Latem 1415 roku w Lizbonie dżuma szalała po raz kolejny. Tym razem jedną z wielu ofiar stała się królowa Filipa Lancaster – zmarła 19 lipca2. Chwilę przed jej śmiercią zerwał się silny wiatr. Królowa spytała, skąd wieje ten wiatr, a kiedy usłyszała, że z północy, podobno bardzo się ucieszyła, ponieważ taki kierunek był korzystny dla planowanej wyprawy. Nie mogło być teraz mowy o dalszym zwlekaniu z atakiem. Sześć dni po śmierci Filipy, 25 lipca 1415 roku, portugalska flota wyruszyła na podbój Ceuty. Cel wyprawy utrzymywano w tajemnicy do ostatniej chwili. Pierwszy raz Portugalia planowała atak na miasto w Afryce, więc element zaskoczenia miał decydujące znaczenie.
Historię tworzy długi ciąg przypadków. Inwazja nie poszła zgodnie z planem, do czego przyczyniły się nieprzewidziane zdarzenia. Kiedy Portugalczycy prawie dopływali do celu, wiatr tak przybrał na sile, że okręty zboczyły z kursu. Niektóre z nich popłynęły daleko na północny wschód i znalazły się na wysokości Malagi. Dzięki temu gubernator Ceuty zyskał wystarczająco dużo czasu, by się przygotować do obrony. Kilka dni później Portugalczycy ponowili próbę zdobycia miasta, ale i tym razem plany pokrzyżował im porywisty wiatr – okręty znów zboczyły z kursu. Marokańczycy uznali, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Wczesnym rankiem 21 sierpnia 1415 roku Portugalczycy zeszli jednak na ląd i mimo wszystko udało im się wykorzystać element zaskoczenia. Pokonali garstkę obrońców miasta, którzy jako broni nie mieli niczego poza kamieniami, i przedostali się przez Bramę Kalifatu, zanim uciekający Maurowie zdążyli ją zamknąć. Napastnicy wylegli na opustoszałe ulice.
Atak planowany tak długo i kosztujący tak wiele zakończył się przed upływem doby, a straty poniesione przez Portugalczyków były cudownie niskie – zginęło ich tylko ośmiu. Natomiast nikt nie wie, ilu mieszkańców Ceuty przypłaciło życiem atak i orgię grabieżczą, która po nim nastąpiła.
Historia imperium portugalskiego zaczęła się w sierpniu 1415 roku właśnie tutaj, przed Bramą Kalifatu w kształcie dziurki od klucza w murach miejskich Ceuty. Oczywiście w tamtym momencie nikt nie przypuszczał, ile zwycięstw przyniosą kolejne stulecia. Nie istniał żaden perspektywiczny plan. Jedno zdarzenie pociągało za sobą drugie, drugie – trzecie, trzecie – czwarte, czasem równolegle, a czasem bez ładu i składu, ponieważ historia jest nie prostą linią, lecz błogosławionym chaosem.
To nie zabrzmi przyjemnie, ale częściej, niż nam się wydaje, los danego kraju – niekiedy również kontynentu – zmienia się pod wpływem kaprysów i rozkazów jednej osoby. Ona rzadko potrafi przewidzieć konsekwencje swoich czynów. Prawie na pewno nie potrafi natomiast przewidzieć zasięgu tego, co zostawi jako dziedzictwo, bo ocenia się je później i podlega ono zmianom. Taką osobą jest Henryk Żeglarz. W chwili inwazji na Ceutę miał dwadzieścia jeden lat i był trzeci w kolejce do portugalskiego tronu. Po wiekach zapewniono mu miejsce na najbardziej ruchliwym rondzie w Ceucie: spogląda on ponad strumieniem pojazdów w stronę morza, zakorzeniony w czasie i mitach o sobie.
Wiele tych mitów powstało za jego życia, często on sam je tworzył, ale trzeba przyznać, że podczas inwazji na Ceutę wykazał się ogromną odwagą graniczącą z zuchwałością. Pokonał bramę miejską jako jeden z pierwszych i podczas walk został lekko ranny. Przez krótką chwilę rodzina sądziła, że zginął. Gdyby tak się stało, historia świata potoczyłaby się inaczej.
Podbić miasto to jedno, natomiast utrzymać je – to drugie. Portugalczycy zainwestowali tyle pieniędzy, tylu ludzi i tyle prestiżu w zdobycie Ceuty, że w zasadzie nie mieli innego wyjścia, jak tylko utrzymać ją bez względu na koszty.
A te okazały się znaczne. Muzułmańscy Marynidzi wiele razy próbowali odbić Ceutę. Portugalczycy zbudowali mury i fortyfikacje, okopali się w tym małym mieście, które z dnia na dzień przestało pełnić funkcję ważnego, tętniącego życiem ośrodka handlu. Lokalni mieszkańcy uciekli, karawany kupieckie przynoszące zyski już się tam nie zatrzymywały, lecz zmierzały dalej na zachód, do Tangeru. Portugalczycy siedzieli sami w przywłaszczonym mieście. Całą żywność Portugalia musiała im wysyłać statkami, ponieważ muzułmańscy sąsiedzi odmówili sprzedania choćby ziarnka pszenicy chrześcijańskim najeźdźcom. Czyli już sześćset lat temu Ceuta była solidnie dotowaną europejską placówką.
Portugalczycy nie poprzestali na Ceucie. Chociaż w kolejnych stuleciach mieli pełne ręce roboty z powodu podbojów i wojen w odleglejszych zakątkach świata, przeznaczyli znaczne środki na podporządkowanie sobie Maroka. Okupowali je, o czym świadczy mnóstwo ich twierdz zbudowanych na wybrzeżu tego kraju. Fakt, że Ceuta nie należy do Portugalii, lecz ostatecznie trafiła w ręce Hiszpanii, jest konsekwencją kolejnego z licznych zbiegów okoliczności w historii świata.
Dwieście lat po koronacji Jana I ponownie zabrakło prawowitego męskiego potomka, który mógłby zasiąść na portugalskim tronie. Ostatni król z dynastii Avis, Sebastian I, zmarł podczas kolejnej wyprawy do Maroka w 1578 roku – jako dwudziestoczteroletni bezdzietny kawaler. Dzięki niepohamowanemu dążeniu do podbojów Portugalia podporządkowała sobie znaczną część świata, od Brazylii na zachodzie po Makau na wschodzie, mimo to młody król ryzykował życie, by zrealizować dawne marzenie o pokonaniu muzułmanów w Maroku.
W spór o sukcesję tronu portugalskiego wdał się król Filip II Habsburg. Był wnukiem poprzedniego króla Portugalii, a tym samym należał do kandydatów z najlepszym rodowodem. Niestety, był również królem Hiszpanii. Podczas ostatniej bitwy w Maroku Portugalczycy stracili nie tylko młodego króla, lecz także dziesiątki tysięcy żołnierzy i nie mieli najmniejszych szans w starciu z hiszpańską armią. W 1581 roku Filipa II koronowano na króla Portugalii jako Filipa I.
Sześćdziesiąt lat później Portugalia oderwała się od Hiszpanii w wyniku wojny zwanej restauracyjną. Ceuta w praktyce stała się miastem hiszpańskim, a jej mieszkańcy opowiedzieli się po stronie Hiszpanii. Tylko flaga i godło są nadal portugalskie i pozostają niezmienione od 1415 roku.
W dniu wyjazdu z Ceuty poprosiłam Oscara, żeby jeszcze raz zawiózł mnie do miejsca nad granicą, skąd mogliśmy zobaczyć jaskinię Benzú. Oscar nigdy wcześniej o niej nie słyszał, ale udało nam się znaleźć skalisty szczyt, w którym się ona znajduje. Archeolodzy uważają, że ludzie zamieszkiwali ją od dwustu pięćdziesięciu tysięcy lat temu aż do siedemdziesięciu tysięcy lat temu. Tak odległe czasy trudno sobie wyobrazić: sto osiemdziesiąt tysięcy lat, czyli przez tysiące pokoleń, ludzie podobno żyli w jaskini, którą my z wielkim trudem dostrzegliśmy w skalnym zboczu. Może niektórzy z nich pokonali cieśninę i dostali się do Europy. Może handlowali z Europejczykami. Skoro mieszkali w jaskini tak długo, musiało im się tam podobać – na krańcu Afryki, w połowie drogi między Morzem Śródziemnym a Oceanem Atlantyckim.
Ze szczytu wzgórza zeszło w naszą stronę czterech chłopców. Żaden nie miał jeszcze dwudziestu lat, byli ubrani zbyt cienko jak na chłodny styczniowy dzień. Pochodzili z wiosek zza ogrodzenia granicznego. W ubiegłym roku zdarzyło się tak, że strażnicy graniczni na chwilę odwrócili wzrok. Wtedy chłopcy wypuścili to, co akurat trzymali w rękach, i pobiegli na drugą stronę. Latami marzyli o Europie i tak niespodziewanie pojawiła się szansa na spełnienie tego marzenia. Jednak na razie utknęli w ośrodku dla uchodźców w Ceucie. Od siedmiu miesięcy żyją w zawieszeniu, ale wciąż trzymają się kurczowo marzenia o nowym życiu na tamtym brzegu Cieśniny Gibraltarskiej. Fantazjują o tym, że zostaną stolarzami i mechanikami, że zbudują sobie domy i przyszłość w ziemi obiecanej, czyli na Półwyspie.
– W Maroku nie ma dla nas żadnej przyszłości, dlatego nasi rodzice wspierali nas w tym, żebyśmy tu przyjechali – wyjaśnił jeden z chłopców, mający sandały na gołych stopach.
– Nie jest wam ciężko z dala od rodziny? – zapytałam.
Oscar się zawahał. Nie bardzo wiedział, jak przetłumaczyć to na arabski. W końcu znalazł sposób i nagle nastolatkowie zaczęli wyglądać jak dzieci.
– Tak, jasne, że jest nam ciężko – odrzekł najwyższy z nich i wbił wzrok w ziemię. – Codziennie dzwonię do mamy. Ale przecież będzie mogła do nas przyjechać. Jak tylko znajdziemy pracę i dom.
Henryk Żeglarz marzył o Afryce. Chłopcy marzyli o Europie.
Droga na koniec świata
X. Morze Portugalskie
O słone morze, ile twej soli
Spłynęło łzami Portugalii!
By cię przemierzyć, ile matek płakało,
Ilu synów daremne słało modły!
Do ilu dziewcząt nie wrócił narzeczony,
Byśmy mogli posiąść twoje wody!
Czy warto było? Wszystko warto
Dla duszy, jeśli nie jest mała.
Kto przylądek Bojador chce minąć,
Dalej niż cierpienie musi popłynąć.
Bóg morzu dał i strach i przepaść,
A przecież jest zwierciadłem niebaI.
Fernando Pessoa
– Chyba nie masz choroby morskiej?
Kapitan w czasie obiadu spojrzał na mnie zaniepokojony.
– Nie, skąd.
– Miło mi to słyszeć. – Najwyraźniej nie uwierzył w moje zapewnienia, ponieważ dodał na pocieszenie: – Najgorsze już prawie za nami. Wieczorem wypłyniemy na Ocean Atlantycki i przestanie tak kołysać.
Moi współbiesiadnicy mówią o tym, czy są w związkach i ile mają dzieci. Dowiaduję się również, z której części Filipin pochodzą, ponieważ wszyscy są Filipińczykami, co podkreślają przy każdej okazji. Jeśli przy stole zapada cisza, wystarczy zadać pytanie o Filipiny, a rozmowa natychmiast ożywa.
Przełykam kilka kęsów pieczonej ryby. Chwiejąc się, wracam do swojej kajuty i kołyszącego się biurka. Jest dopiero wpół do szóstej, a statek zachowuje się tak, jakby zapadł w stuletni sen. Marynarze siedzą w swoich kajutach, towarzystwa dotrzymuje im jedynie powolne łącze internetowe.
Nagle ktoś puka do drzwi. Jeden z oficerów prosi o mój paszport i książeczkę szczepień, ponieważ przygotowuje moje przybycie do Gqeberhy w Republice Południowej Afryki, gdzie mam się przesiąść na inny statek. To dopiero za trzy tygodnie – cała wieczność dla mnie, ale nie dla nich, którzy na pokładzie statku spędzają minimum pół roku. Kadeci i członkowie załogi niżsi rangą mają umowy dziewięciomiesięczne. Po kilku miesiącach na lądzie wchodzą na pokład innego statku i spędzają kolejne dziewięć miesięcy na morzu.
Wieczorem wlokę się do mesy, żeby nalać sobie herbaty. Nadal wszystko się trzęsie. Już na korytarzu słyszę hałaśliwy śpiew. Drzwi są uchylone, w środku siedzą wszyscy: kapitan, inżynierowie, kadeci i oficerowie. Wszyscy oprócz May – trzeciego oficera i jedynej kobiety w załodze, która pełniła wachtę na mostku, chociaż to właśnie ona miała tego dnia urodziny. Światło jest przyciemnione, specjalny system oświetleniowy sprawia, że w pomieszczeniu panuje dyskotekowy nastrój. Głośniki są wielkości średniego kucyka. Na stołach stoją puszki z piwem. Siadam na kanapie i dostaję do ręki śpiewnik gruby jak Pismo Święte.
Obecni po kolei chwytają mikrofon i dają z siebie wszystko. Są to głównie melancholijne piosenki miłosne opowiadające o tęsknocie, przebaczeniu i namiętności. Z głośników płyną pełne czułości hity Bryana Adamsa, Take That i Backstreet Boys. Niektórzy marynarze mają imponujący głos, inni mają głos, ale nie mają słuchu, jeszcze inni nie mają ani tego, ani tego, ale to bez znaczenia, bo wszyscy są maksymalnie zaangażowani i wczuwają się w rolę. Jeden z inżynierów, który regularnie gra w barach muzycznych na Filipinach, zabrał ze sobą skrzypce elektryczne i teraz akompaniuje rozentuzjazmowanym śpiewakom improwizowanymi solówkami skrzypcowymi.
Od czasu do czasu wszyscy spoglądają na mnie wyczekująco. Po wypiciu kilku piw zaczynam przeglądać biblię piosenek. W końcu trafiam na taką, którą – jak mi się wydaje – znam, ale okazuje się, że potrafię zaśpiewać tylko refren. Poza tym nie mam głosu, za to jestem dość muzykalna, by usłyszeć, że fałszuję. Ale to nie ma znaczenia: chrzest bojowy zaliczony. W końcu zjawia się również May, jubilatka, która właśnie kończy trzydzieści lat. May bije mężczyzn na głowę: ma głos najpotężniejszy ze wszystkich. Kapitan wygłasza piękną przemowę urodzinową i kiedy część oficjalną mamy już za sobą, do salonu wpadają dwa pudełka. Wyczołgują się z nich dwaj kadeci, każdy w ciemnych spodniach, krawacie i okularach przeciwsłonecznych. Zaczynają wykonywać uwodzicielskie, choć niezbyt subtelne ruchy. Jeden z marynarzy zrywa z siebie koszulę i przyłącza się do erotycznego tańca, podczas gdy z głośników dudni Sexbomb. Statek zamienia się w pływający pokaz chippendalesów, oddział w Manili.
O północy jubilatka wraca do siebie. Mój sąsiad przy stole robi się coraz bardziej gadatliwy, a skrzypek zasypia w sąsiednim pomieszczeniu i trzeba po niego pójść. W półśnie zaczyna grać dalej.
Po pięciu godzinach nieprzerwanego karaoke w końcu się poddałam. Marynarze nie pozwolili sobie nawet na dziesięciosekundową przerwę. Jedna ballada przechodziła płynnie w drugą. Kadeci kontynuują zabawę jeszcze przez jakiś czas. Najmłodsi z nich wciąż mają do wyśpiewania trochę longing i love, zanim wrócą do swoich samotnych kajut.
Myślę, że nie ma lepszej rozrywki od tej, której sami sobie dostarczamy. Jak bawiono się na pokładach karaweli w czasach Henryka Żeglarza? Czy żeglarze śpiewali? Oczywiście, że tak. Na pewno też dużo pili. Ale co poza tym? Jakie chrzty bojowe przechodzili? Źródła o tym milczą. Niemal tak samo jak o tym księciu.
W Portugalii tu i tam stoją monumentalne pomniki upamiętniające Henryka Żeglarza, ponieważ był postacią wybitną. Chociaż wiadomo o nim stosunkowo niewiele, okazał się niezwykle potrzebny podczas budowania tożsamości Portugalii w XIX i XX wieku, kiedy to wszystkie europejskie kraje musiały mieć takich wzorowych bohaterów.
Zlecił on napisanie pracy dotyczącej swoich odkryć w Afryce i to zamówione dzieło jest jednym z niewielu znanych nam ówczesnych źródeł wiedzy na temat jego życia i dziedzictwa. Autor pracy to Gomes Eanes de Zurara, który był zatrudniony w archiwum królewskim i z czasem został nadwornym kronikarzem króla Portugalii. Dzieło nosi tytuł Crónica do Descobrimento e Conquista da Guiné [Kronika odkrycia i podboju Gwinei] i ma charakter bezwstydnie hagiograficzny. Zurara obsypał zleceniodawcę górnolotnymi epitetami:
Któż zliczy noce, w których nie udał się na spoczynek, a jego wojownicze ciało zdawało się być dziełem innej natury? Tak niezmordowana była jego praca i tak uciążliwa, że tak jak poeci wyobrażali sobie Atlasa, tytana dźwigającego na swych barkach niebiosa – tak ogromna była bowiem jego wiedza o ruchach ciał niebieskich – tak ludzie w naszym królestwie powiadają, że czyny tego księcia były tak wielkie, że nawet szczyty gór nie mogą się z nimi równać. To, co innym wydawało się niemożliwe, dzięki jego niespożytym siłom stawało się najzwyklejszym czynemII.
Kronika Zurary przez długi czas uchodziła za zaginioną, ale w 1839 roku nienaruszony rękopis odnaleziono w Bibliotece Królewskiej w Paryżu. Był tam też portret Henryka – identyczny z portretem znajdującym się na poliptyku ołtarzowym Święty Wincenty z połowy XV wieku. Na poliptyku wśród licznie zgromadzonych osób książę stoi na tak zwanym panelu infantów, za klęczącym królem Alfonsem. Ma na głowie chaperon, ostatni krzyk mody, jeśli chodzi o ówczesne nakrycia głowy dla mężczyzn z wyższych sfer. Słowo chaperon oznacza po francusku „kaptur” i pierwotnie było nazwą właśnie rodzaju kaptura. W XIV wieku modne stało się odczepianie kaptura od płaszcza i rolowanie go w taki sposób, by powstało coś w rodzaju wieńca z szerokim rondem zakładanego na głowę. Ze szczytu wieńca zwisał pas materiału, który można było zarzucić na ramiona lub owinąć wokół szyi. Innymi słowy: rodzaj turbanu z ogonem. Henryk jest jedyną osobą na obrazie, która ma na głowie chaperon, stąd wniosek, że był najbardziej świadomym mody członkiem rodziny. Ciemnofioletowa kurtka, w której go sportretowano, ma prosty czarny kołnierz. Artysta uwiecznił Henryka ze zmarszczkami na czole i zmęczonymi, zmartwionymi oczami, ale spojrzeniem wyrażającym ciekawość świata i siłę woli. Henryk spogląda w dal, w nieokreślony punkt na horyzoncie. Wygląda na mądrego i miłego człowieka. Jego portret dawno temu stał się słynny, ponieważ malarz nie tylko przedstawił konkretną osobę, lecz także uchwycił ducha epoki, w której ta osoba żyła.
Choć być może to nie Henryka Żeglarza namalowano za klęczącym królem Alfonsem. Poliptyk ołtarzowy, którego częścią jest ów portret, odnaleziono w Lizbonie w latach osiemdziesiątych XIX wieku, ponieważ przez wiele lat był ukrywany w klasztorze. Autorstwo dzieła przypisuje się Nuno Gonçalvesowi, nadwornemu malarzowi króla Alfonsa V, ale nikt nie wie na pewno, kto je namalował ani kim są uwiecznione na nim osoby. Alternatywna teoria głosi, że Henryk to nie tajemniczy ciemnowłosy mężczyzna w czarnym kapeluszu, lecz blondyn z poważną wadą zgryzu po prawej. Za mężczyzną, który może być Henrykiem, stoją najprawdopodobniej jego bracia. Każdy ma na głowie kapelusz – zwykły, nudny kapelusz, nie chaperon – podczas gdy Henryk, jeśli to rzeczywiście on, nie ma żadnego nakrycia głowy i klęczy przed braćmi, jakby prosił ich o przebaczenie. Ma krzaczaste brwi i blisko osadzone oczy, z których biją upór i siła woli, a nie bystrość umysłu ani dalekowzroczność. Wydaje się raczej nieco naiwny. I zdecydowanie nie wygląda ani na mądrego, ani na miłego.
Trudno dociec, jaki był prawdziwy Henryk, bez względu na to, który z mężczyzn sportretowanych na poliptyku ołtarzowym to właśnie on. Przez całe stulecia wielu historyków zbyt bezkrytycznie przychylało się do pełnych podziwu opisów Zurary i w ten sposób zasługi Henryka przerosły jego samego. Legenda przyćmiła człowieka z krwi i kości. Jedna z najbardziej rozpowszechnionych historii opowiada o tym, że kilka lat po zwycięstwie w Ceucie Henryk założył szkołę morską w Sagres, na południowo-zachodnim krańcu Portugalii. Zgromadził w niej najznamienitsze umysły tamtych czasów w dziedzinie astronomii, nawigacji, kartografii i żeglarstwa. Pilnie i systematycznie pracował również nad eksploracją Oceanu Atlantyckiego oraz zachodniego wybrzeża Afryki.
Nie ma żadnego dowodu na istnienie takiej szkoły ani morskiego centrum nauki w Sagres, tak jak nie ma również dowodu na to, że Henryk miał tam jakiś pałac. Fort, który wznosi się tak dramatycznie na klifach na końcu Portugalii, zbudowano dopiero pod koniec XVII wieku, długo po śmierci Henryka. Prawdą jest, że Henryk zbierał raporty dotyczące pływów morskich i kierunków wiatru – być może dyskutował na ich temat z uczonymi. Wynajął również kartografów, by sporządzili mapy nowych miejsc, do których docierali portugalscy żeglarze, co było mniej lub bardziej standardową procedurą. Nie ma jednak mowy o założeniu szkoły morskiej. Portugalscy żeglarze uczyli się sztuki nawigacji w sposób praktyczny: na pełnym morzu.
Według Zurary Henryk niezwykle interesował się rozgwieżdżonym niebem – nie tylko jako pomocnym w nawigacji. Przywiązywał dużą wagę do wpływu gwiazd na życie ludzi. Wydał nawet książkę na ten temat: Tajemnica tajemnicy astrologii. Jest to prawdopodobnie tłumaczenie Secreta Secretorum, popularnej w średniowieczu książki, która rzekomo była listem Arystotelesa do Aleksandra Wielkiego. Niestety, rękopis zaginął. Zurara napisał, że według horoskopu Henryk był predestynowany do tego, by „dokonać wielkich i szlachetnych podbojów i odkryć tajemnice, które do tej pory były zakryte przed człowiekiem”, w co sam książę święcie wierzył. Wielkie podboje podejmowane w szczytnym celu zdawały się mieć dla niego największe znaczenie. Zawładnęła nim mania prowadzenia świętej wojny przeciwko muzułmanom w Maroku. Wyprawy krzyżowe traktował priorytetowo. Może zakładał, że właśnie wojny z niewiernymi przyniosą mu sławę i szacunek potomnych – lub wieczne zbawienie. Jednocześnie zainspirowany swoim horoskopem sfinansował wiele ekspedycji wzdłuż wybrzeży Maroka i dalej na południe – w nieznane. W ten sposób położył podwaliny pod to, co miało zapoczątkować nową erę w Europie: erę odkryć geograficznych. Również to określenie nie jest precyzyjne, ponieważ żeglarze Henryka i całe pokolenia żeglarzy po nich schodzili na ląd w miejscach, które w większości przypadków zostały „odkryte” już wcześniej. Przecież i dawniej w tych miejscach żyli ludzie, chociaż żaden Europejczyk nie postawił tam stopy.
Przed czasami Henryka rozumiano świat mgliście i fragmentarycznie. Nikt w Europie nie wiedział, gdzie kończy się Afryka ani gdzie dokładnie leżą Chiny. Nikt również nie przypuszczał, że na zachód od Europy znajduje się kolejny kontynent. Natomiast ci, którzy mieszkali na tym „nieodkrytym” kontynencie, nie wiedzieli nic o reszcie świata.
Kiedy kilkaset lat później okres odkryć geograficznych dobiegł końca, cała Ziemia – z wyjątkiem okolic biegunów – była mniej więcej zmapowana. Świat przestał być lokalny i stał się globalny, a mała Portugalia przez krótką chwilę stanowiła jego centrum.
Dni na morzu mijają błyskawicznie i nagle łączą się w cały krótki tydzień. Zostawiamy za sobą Porto, Lizbonę i Przylądek Świętego Wincentego u ujścia Cieśniny Gibraltarskiej. Niedługo Afryka znajdzie się po naszej lewej burcie. Morze jest spokojniejsze, powietrze cieplejsze. Pewnego wieczoru piękna pogoda sprawia, że wdrapuję się na najwyższy pokład. Statek cicho sunie przez noc, oświetlony jedynie półksiężycem. Daleko w dole chlupocze woda, czarna jak nocne niebo. Kładę się na plecach na zimnej stalowej podłodze i pozwalam oczom przyzwyczaić się do ciemności. Na nieboskłonie pojawia się odbicie miriad odległych słońc. Tysiące świetlistych punkcików podróżowały miliony lat z prędkością trzystu tysięcy kilometrów na sekundę, żeby ich odwrócony obraz zarejestrowała moja siatkówka w błysku wieczności, na statku transportującym samochody przez północny Atlantyk.
Noc przechodzi płynnie w poranek. Inne światła trafiają na moją siatkówkę, ale te nie podróżowały nawet milionowej części sekundy. Mijamy Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich. Za poziomym świetlnym paskiem wznosi się wyspa niczym wybrzuszony cień. Aż do czasów Henryka Żeglarza właśnie tutaj kończył się znany świat: na południe od Wysp Kanaryjskich.
Książę Henryk myślą o Wyspach Kanaryjskich był opętany prawie tak samo jak myślą o Maroku – do tego wystarczająco bogaty i wpływowy, by zamienić opętanie w czyn. Król Jan I chciał umocnić pozycję nowej dynastii Avis, dlatego powierzył swoim synom wpływowe stanowiska. Po zdobyciu Ceuty Henryk został mianowany księciem dystryktu Viseu w północnej części Portugalii. Cztery lata później – wielkim mistrzem bogatego i potężnego Zakonu Rycerzy Chrystusa, następcy templariuszy.
Trzydzieści lat Henryk usilnie starał się podporządkować Portugalii Wyspy Kanaryjskie, ale się spóźnił. Już w 1402 roku normański żeglarz i odkrywca Jean de Béthencourt dobił do brzegu Lanzarote, w ciągu paru następnych lat opanował kilka sąsiednich wysp i otrzymał tytuł króla Wysp Kanaryjskich. Rzeczywistym władcą był jednak Henryk III Chorowity, król Kastylii i Leónu, który sfinansował ekspedycję. I znowu nie można mówić o prawdziwym odkryciu, ponieważ wyspy te były zamieszkane od starożytności. Rdzenna ludność, określana zbiorową nazwą Guanczowie (hiszp. – Guanches), żyła tam tak długo, że nie mówiła już jednym językiem. Mieszkańcy poszczególnych wysp nie kontaktowali się ze sobą nawzajem, ponieważ nie mieli łodzi, chociaż kiedyś przypłynęli z Afryki kontynentalnej.
Przejęcie kontroli nad całym archipelagiem zajęło Kastylijczykom niemal sto lat: Guanczowie stawiali zaciekły opór, mimo że wciąż żyli jak w epoce kamienia łupanego i nie znali metalu. Takim samym duchem walki wykazali się w starciu z wojownikami Henryka. Europejczycy byli szkoleni do heroicznych czynów na polu bitwy, nie do wojny partyzanckiej. W 1424 roku Henryk wysłał na Gran Canarię armię składającą się z kilku tysięcy żołnierzy, bo rzekomo czuł silne pragnienie nawrócenia tamtejszych pogan na chrześcijaństwo. Wyprawa zakończyła się sromotną klęską Portugalczyków, która tak ich upokorzyła, że Zurara wspomniał o niej tylko w jednym zdaniu, niemal mimochodem, i przemilczał jej wynik. Każda próba zdobycia Wysp Kanaryjskich powodowała bohaterski opór rdzennej ludności oraz gwałtowne protesty Kastylii, śmiertelnego wroga Portugalii, która uważała, że należą one do niej.
Niedługo potem Portugalczycy zaczęli rościć sobie prawa do innych wysp. Około roku 1419 dwóch żeglarzy Henryka zaskoczył sztorm. Ocean wyrzucił ich na brzeg wyspy, której dali nazwę Porto Santo, Święty Port, z wdzięczności, że udało im się ujść z życiem. Znacznie większa sąsiednia wyspa otrzymała nazwę Madera, bo była pokryta gęstym lasem laurowym – madeira to po portugalsku „drewno”. Ten niewielki archipelag zaznaczono na mapach genueńskich już w połowie XIV wieku, mimo to Henryk przypisał sobie jego odkrycie. Portugalia przejęła wyspy i zaczęła je zasiedlać. Madera – w przeciwieństwie do Wysp Kanaryjskich – była niezamieszkana i zapewne to tłumaczy, dlaczego nikt wcześniej nie zadał sobie trudu, by jej zażądać. Jeden z głównych powodów, dla których Portugalczycy tak bardzo interesowali się Wyspami Kanaryjskimi, stanowiła możliwość pojmania Guanczów i sprzedania ich jako niewolników.
Do kolonizacji Madery przyczynił się Henryk i prawdopodobnie to on ją sfinansował. Sam nigdy nie odwiedził tego żyznego, malutkiego archipelagu, którego władcą został, ale zarządzał nim z Portugalii. Chociaż kolonizacja Archipelagu Madery, w przeciwieństwie do wypraw przeciwko Maroku i Wyspom Kanaryjskim, okazała się wielkim sukcesem, nie wszystkie posunięcia kolonizatorów były równie udane. By mieć łatwy dostęp do mięsa, pierwsi osadnicy na Porto Santo przywieźli króliki. Ponieważ nie miały tam one naturalnych wrogów, szybko rozmnożyły się w sposób niekontrolowany i niszczyły wszystkie uprawy na tej wysepce. Więcej szczęścia mieli osadnicy na samej Maderze, którzy uprawiali winorośl i trzcinę cukrową. Pod koniec stulecia Madera została największym na świecie producentem cukru.
Zasiedlanie odizolowanych, niezamieszkanych archipelagów stało się w XV wieku portugalską specjalnością. Zaledwie dekadę po podporządkowaniu sobie Madery ludzie Henryka zaczęli się osiedlać na Azorach, wulkanicznym archipelagu położonym około tysiąca pięciuset kilometrów na zachód od Portugalii, mniej więcej na tej samej szerokości geograficznej co Lizbona. Według podręczników historii odkryli go w 1427 roku. Portugalczycy szybko nauczyli się wykorzystywać wiatry na Oceanie Atlantyckim. Zamiast, jak to przyjęto w średniowieczu, podróżować wzdłuż lądu, pozwalali pasatom spychać się na zachód szerokim łukiem, kiedy wracali do domu znad wybrzeży Afryki. Prawdopodobnie dzięki temu odkryli Azory.
Najnowsze wyniki badań wskazują, że na Azory pierwsi dotarli wikingowie i że to oni byli pierwszymi mieszkańcami tego archipelagu. Okazało się, że tamtejsze myszy mają ten sam materiał genetyczny, który miały myszy wikingów, a który rzadko występuje u myszy z Portugalii kontynentalnej. Analiza osadu z dna jezior nie pozostawia wątpliwości, że setki lat przed przybyciem Portugalczyków mieszkańcy wysp wypalali drzewa, by przygotować pastwiska dla bydła i owiec.
Kiedy Portugalczycy trafili na ten archipelag, po wikingach nie pozostał tam żaden ślad. Zasiedlanie Azorów szło wolniej niż zasiedlanie Madery. Znalazło się niewielu chętnych do tego, by zostawić Portugalię i osiąść na tych deszczowych wyspach daleko na Oceanie Atlantyckim. Nie pomagało nawet to, że król obiecywał zwolnienie z podatków. Wielu pierwszych osadników było przestępcami skazanymi na wygnanie, zwanymi degredados.
Trzeci archipelag, niezamieszkane Wyspy Zielonego Przylądka, odkryto w połowie XV wieku. Zanim portugalscy żeglarze dotarli tak daleko, musieli pokonać przylądek Budżdur (także: Bojador). Leży on około stu sześćdziesięciu kilometrów na południe od Wysp Kanaryjskich, na terenie dzisiejszej Sahary Zachodniej. Po arabsku nazywa się Abu Khatar. Abu znaczy „ojciec”, khatar – „niebezpieczeństwo”. „Bojador” to prawdopodobnie latynizacja arabskiej nazwy: przy odrobinie dobrej woli można przyjąć, że „Bojador” brzmi po hiszpańsku niemal jak „Abu Khatar”.
Na mapie przylądek wygląda zupełnie zwyczajnie, jak ledwo widoczne wybrzuszenie wybrzeża. Ale przez cały rok wieje tam porywisty wiatr północno-wschodni, a Prąd Kanaryjski jest stosunkowo silny. Ponadto nad tym obszarem często unosi się mgła, dno morskie jest natomiast płytkie i pełne niebezpiecznych raf – nawet pięć kilometrów na zachód od lądu morze ma tylko dwa metry głębokości. To wystarczyło, żeby przekonać przesądnych żeglarzy, że najbezpieczniej będzie zawrócić – w końcu znajdowali się na nieznanych wodach daleko od domu. Może Fenicjanom lub Kartagińczykom udawało się od czasu do czasu opłynąć przylądek, lecz przez dwa tysiące lat żaden europejski żeglarz się na to nie odważył. Przylądek Budżdur stanowił koniec świata.
Opinie ówczesnych żeglarzy na jego temat zapisał Zurara, ten lojalny kronikarz Henryka:
[…] za tym cyplem nie żyją żadni ludzie. Tamtejsza ziemia jest pełna piasku niczym pustynie Libii, gdzie nie ma ani wody, ani drzew, ani zielonej trawy, a tak płytkie jest to morze, że nawet pół mili od lądu ma głębokość zaledwie jednego sążnia. A prąd – prąd jest tak silny, że jeśli jakiś statek odważy się przepłynąć obok cypla, już nigdy nie zdoła zawrócić. Właśnie dlatego nasi przodkowie zawsze wystrzegali się opływania go.
Krążyły niestworzone historie o tym, że w pobliżu przylądka Budżdur ocean jest pełen potworów i że woda na południe od niego wrze – wielu żeglarzy wierzyło, że im dalej na południe, tym woda jest cieplejsza. Natomiast książę żywił przekonanie, że bez problemu da się przepłynąć wokół przylądka, i starał się, by tego dokonano. Wyzwaniem było znalezienie kapitanów, którzy okażą się dość odważni i wytrwali.
Zurara poświęcił cały rozdział, by wyjaśnić powody tej determinacji. Jeden z nich to chęć ustalenia, jak daleko na południe sięga królestwo muzułmanów. Poza tym Henryk chciał sprawdzić, czy dalej na południu żyją jacyś chrześcijańscy królowie, z którymi mógłby się sprzymierzyć w walce przeciwko niewiernym. Ostatnim z powodów był wewnętrzny nakaz głoszenia ewangelii poganom, którzy nie słyszeli jeszcze o Chrystusie. Zatem Henryk miał nadzieję spotkać kogokolwiek: muzułmanów, chrześcijan lub pogan. Przygotowywał się na każdą ewentualność. Zurara nie wspomniał natomiast o złocie, chociaż poszukiwanie tego afrykańskiego kruszcu wciąż stanowiło ważną siłę napędową działań księcia. Karawany, które kończyły podróż w Afryce Północnej, miały w jukach mnóstwo złota i to złoto musiało przecież skądś pochodzić.
Zdaniem Zurary Henryk przez dwanaście lat celowo wysyłał statki na południe z nakazem podjęcia próby opłynięcia przylądka Budżdur. Jednak kapitanowie jeden za drugim wracali do Portugalii z podkulonym ogonem. W końcu w 1434 roku portugalski żeglarz Gil Eanes przepłynął wokół legendarnego przylądka – półotwartą łodzią rybacką wyposażoną w tylko jeden maszt, żagiel grotowy i wiosła, z załogą liczącą około piętnastu mężczyzn. Gdy zbliżył się do przylądka, pogoda się zepsuła. By uniknąć sztormu, zmienił kurs i popłynął na południowy zachód. Dopiero po dłuższym czasie zdał sobie sprawę z tego, że wykonał zadanie, i to bez większych problemów. W drodze powrotnej zszedł z załogą na ląd – terra incognita. Co prawda nie natknęli się na żadną osadę, ale na piasku zobaczyli ślady ludzi i wielbłądów.
Okazało się więc, że można okrążyć przylądek Budżdur i wrócić do domu – i że po jego drugiej stronie żyją ludzie.
Na południe od końca świata otworzył się nowy świat.
Wyspy Zielonego Przylądka
Republika Zielonego Przylądka (od 1975)
Powierzchnia: 4 033 km2
Liczba mieszkańców: 611 014 (2024)
Stolica: Praia
Język urzędowy: portugalski
Pod panowaniem Portugalii od 1462 do 1975







