Leon Goldensohn, amerykański psychiatra wojskowy, spędził ponad pół roku w Norymberdze, rozmawiając z oskarżonymi i analizując ich zachowanie. „Rozmowy norymberskie” to wstrząsający zapis rozmów z najważniejszymi hitlerowskimi dygnitarzami i świadkami, którzy stanęli przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym.
To opowieść o tym, jak pozornie zwykli i dobrze wykształceni ludzie potrafią stać się aktywną częścią totalitarnego systemu.
Po kapitulacji Trzeciej Rzeszy alianci aresztowali i postawili przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze najważniejszych hitlerowskich dygnitarzy. Leon Goldensohn, amerykański psychiatra wojskowy, spędził ponad pół roku na rozmowach z oskarżonymi, uważnie notując ich słowa, gesty i własne obserwacje.
Ku jego zaskoczeniu wielu z nich prezentowało się jako rozmiłowani w sztuce, dobrze wykształceni dżentelmeni, mówiący z czułością o rodzinach i pasjach – a jednocześnie uparcie negujący swoją odpowiedzialność za zbrodnie.
W książce znalazł się zapis wstrząsających rozmów z dziewiętnastoma oskarżonymi (Hermannem Göringiem, Ernstem Kaltenbrunnerem, Hansem Frankiem, Joachimem von Ribbentropem) oraz czternastoma świadkami, w tym likwidatorem powstania warszawskiego Erichem von dem Bachem-Zelewskim.
To wstrząsające świadectwo tego, w jaki sposób człowiek może nie tylko ulec totalitarnemu systemowi, lecz także aktywnie go wspierać.
Rozmowy norymberskie
Przekład: Agnieszka Weseli-Ginter, Dobromiła Jankowska
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera w tej edycji: 11 marca 2026
Wstęp
Norymberga: głosy z przeszłości
W czasie gdy Stany Zjednoczone przystępowały do drugiej wojny światowej, obywatel tego kraju, Leon Goldensohn, był lekarzem i psychiatrą. W 1943 roku zaciągnął się do armii i wkrótce został wysłany do Francji i Niemiec, gdzie brał udział w walkach. Wkrótce po zakończeniu wojny został oddelegowany jako psychiatra więzienny do Norymbergi, miasta, w którym odbywały się pierwsze powojenne procesy głównych zbrodniarzy nazistowskich. Goldensohn przybył do Norymbergi w początkach stycznia 1946 roku, sześć tygodni po rozpoczęciu procesów, i pozostał tam prawie do końca lipca tego samego roku. Jako dyplomowany psychiatra odpowiadał za zdrowie psychiczne dwudziestu jeden niemieckich przywódców, którzy ocaleli z wojny i teraz walczyli o życie przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym. Czuwał także nad stanem fizycznym więźniów, których widywał prawie każdego dnia. W ciągu siedmiu miesięcy w norymberskim więzieniu rozmawiał regularnie z wieloma spośród 21 więźniów i z większością z nich przeprowadził formalne, rozbudowane wywiady. Dodatkowo przeprowadził wywiady z dużą liczbą świadków oskarżenia i obrony, z których kilku było znaczącymi dygnitarzami nazistowskimi.
W tej książce po raz pierwszy publikujemy obszerny wybór norymberskich wywiadów Goldensohna. Stanowią one ważne uzupełnienie akt procesów oraz dokumentów Trzeciej Rzeszy. O ich wyjątkowości decyduje fakt, iż zostały w systematyczny sposób przeprowadzone przez dyplomowanego psychiatrę, dzięki czemu dostarczają nowych wiadomości na temat mentalności i motywów największych zbrodniarzy nazistowskich.
Tło procesów norymberskich
Postawienie zbrodniarzy wojennych przed trybunałem wiązało się z rozmaitymi politycznymi i prawnymi problemami. Mimo to wiele osób uważa dziś procesy norymberskie za kamień milowy w dziejach prawa międzynarodowego. A przecież mogły się nie odbyć. W czasie wojny, gdy alianci poznali rozmiary nazistowskich zbrodni, prezydent USA Franklin D. Roosevelt, premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill i przywódca ZSRR Józef Stalin – każdy w swoim czasie – za najwłaściwszą na nie odpowiedź uznali zbiorową egzekucję.
Ideę procesów jako pierwszy, jak się wydaje, wysunął radziecki minister spraw zagranicznych Wiaczesław Mołotow, nie wcześniej niż 14 października 1942 roku. Tego dnia Mołotow wysłał do rządów kilku wschodnioeuropejskich państw, przebywających na uchodźstwie w Londynie, pismo, w którym zaproponował, by najbardziej znaczących członków „zbrodniczego rządu hitlerowskiego” postawić przed „specjalnym trybunałem międzynarodowym”[1]. Moskwa najwyraźniej niepokoiła się, że Anglicy nie zamierzają osądzić Rudolfa Hessa, zastępcy Hitlera, który w maju 1941 roku przyleciał do Szkocji. Rosjanie obawiali się, że ich sojusznicy mogą zawrzeć ugodę z Niemcami. Alianci zachodni poświęcali niewiele uwagi sprawie powojennych procesów, choć skłaniali się ku koncepcji zbiorowej egzekucji. Za priorytet uważali wygranie wojny.
Mimo to 1 listopada 1943 roku wszyscy trzej sojusznicy wydali wspólne oświadczenie dotyczące losu zbrodniarzy wojennych. Tak zwana deklaracja moskiewska zawierała kilka ogólnych zasad: na przykład winni zbrodni mieli być „sądzeni natychmiast” w miejscach, w których się ich dopuścili. Proces i kara będą zgodne z prawem danego kraju. Jednak główni zbrodniarze wojenni, których przestępstwa nie dadzą się geograficznie umiejscowić, będą traktowani inaczej. Deklaracja moskiewska nie wyjaśnia, co powinno się z nimi stać i czy w ich przypadku odbędzie się proces, czy zbiorowa egzekucja[2].
Osobiste poglądy Churchilla były dalekie od łagodności. Sądził – co wyraził podczas zamkniętego spotkania gabinetu 10 listopada 1943 roku, tuż przed konferencją w Teheranie – że być może należy stworzyć krótką listę poszczególnych zbrodniarzy wojennych. Skłaniał się ku przekonaniu, że ich zbiorowe potraktowanie mogłoby szybciej położyć kres wojnie, ponieważ wyróżnione w ten sposób jednostki stałyby się izolowane we własnym kraju. Strategia taka wymagała od sojuszników porzucenia procedur prawnych. Sam Churchill opowiadał się za sporządzeniem listy od pięćdziesięciu do stu nazistowskich przywódców. Po zatwierdzeniu jej przez jakiegoś rodzaju międzynarodowy komitet prawników ludzie ci zostaliby obwołani „pozbawionymi praw wyrzutkami”, których każdy mógłby zabić bez konsekwencji. Według Churchilla, jeżeli miałoby dojść do jakiegokolwiek procesu, to jego zadaniem byłoby jedynie zweryfikowanie tożsamości owych „wyrzutków”[3].
Jedna z najbardziej znaczących rozmów na temat zbiorowych egzekucji odbyła się między Rooseveltem, Churchillem i Stalinem podczas konferencji w Teheranie (28 listopada – 1 grudnia 1943). Przy obiedzie 29 listopada Stalin zasugerował, że gdyby pod koniec wojny zebrać wszystkich razem i rozstrzelać około 50 tysięcy wyższych oficerów niemieckich sił zbrojnych, można by raz na zawsze skończyć z niemiecką armią[4]. Skala takiej akcji w wizji Stalina zaskoczyła Churchilla, który odrzekł po prostu, że brytyjski parlament i opinia publiczna nigdy nie zaakceptowałyby tego rodzaju masowych egzekucji. Roosevelt przyjął słowa Stalina bardziej przychylnie. Podczas gdy Churchill (przynajmniej według tego, co później wspominał) mocno się zaniepokoił, prezydent USA stwierdził, że alianci powinni stracić nie 50 tysięcy, lecz „tylko 49 tysięcy”. Elliott Roosevelt, syn prezydenta, obecny przy tej okazji, wtrącił, że jest pewien, iż armia amerykańska „poparłaby ten plan”[5].
Churchill, zirytowany kierunkiem, jaki przybrała rozmowa, wyszedł z pokoju, Stalin podążył za nim i zapewnił go, że to tylko żarty. Lektura zapisów dalszych dyskusji oraz fakt, iż Stalin doprowadził do unicestwienia tysięcy własnych rodaków, a nawet wielu oficerów Armii Czerwonej, pozwalają przypuszczać, że gdyby tego wieczoru Churchill wyraził zgodę, trzej przywódcy mogliby podjąć ważną decyzję. Czy ten krok doprowadziłby do wielkiej liczby egzekucji, pozostaje kwestią otwartą i dyskusyjną. Z pewnością Churchill podejrzewał, że owego wieczoru w Teheranie Stalin i Roosevelt mówili serio. Zgodził się powrócić do stołu, choć nie wierzył, „że był to jedynie żart, i nie kryły się za tym wszystkim żadne poważniejsze zamiary”[6].
Kwestia, jakie przyjąć stanowisko wobec nazistowskich zbrodni wojennych, podzieliła administrację amerykańską. Jedna z najpoważniejszych wypowiedzi popierających fizyczną likwidację padła 5 września 1944 roku z ust sekretarza skarbu Henry’ego Morgenthaua juniora, który, wysuwając propozycję trwałego osłabienia Niemiec, zażądał w tym kontekście zbiorowej egzekucji nazistowskich przywódców. Skalą przedsięwzięcie to zbliżało się do pomysłu Stalina z Teheranu, nie zaś do „skromniejszych” rozwiązań, o których myślał Churchill. Na szczęście po stronie amerykańskiej głos rozsądku reprezentował sekretarz wojny Henry L. Stimson.
Siedemdziesięciosześcioletni Stimson nie zgadzał się na deindustrializację lub zniszczenie niemieckiej gospodarki i całkowicie sprzeciwiał się podejściu Morgenthaua do zbrodniarzy wojennych. W przeciwieństwie do tego ostatniego nalegał, by przeprowadzono proces zgodny z „podstawowymi zasadami Karty Praw”1. W memorandum z 9 września 1944 roku zauważył rozsądnie, że problemem w tym wypadku nie jest łagodne lub surowe traktowanie Niemiec, lecz przyjęcie odpowiedniego sposobu postępowania z nazistowskimi przestępcami, wypływającego z „głębokiego namysłu i precyzyjnie określonych procedur”. Stimson sądził, że przedstawiciele Stanów Zjednoczonych powinni wziąć udział w działaniach międzynarodowego trybunału, który wysunąłby przeciwko najważniejszym przywódcom nazistowskim zarzuty „złamania reguł wojny2 przez nadmierne i niepotrzebne okrucieństwo w działaniach wojennych”. Stimson zwrócił uwagę, że owe reguły, popierane przez Sąd Najwyższy USA, powinny być „podstawą działań prawnych przeciwko nazistom”[7].
Jednak Roosevelt, ku wielkiemu zaskoczeniu Stimsona, nadal opowiadał się po stronie Morgenthaua – z którym prywatnie się przyjaźnił – i popierał pomysł zbiorowej, przeprowadzonej przez wojsko egzekucji bez procesu. Tuż po konferencji w Quebecu (11–24 sierpnia 1944 roku) Roosevelt i Churchill we wspólnym oświadczeniu stwierdzili, że proces sądowy nie ma sensu w wypadku „arcyzbrodniarzy, takich jak Hitler, Himmler, Göring i Goebbels”. Dodano też: „Niezależnie od ogromnych trudności, z jakimi wiązałoby się ukonstytuowanie sądu, sformułowanie aktu oskarżenia i zebranie dowodów, przyszłość [nazistowskich przywódców] nie jest kwestią prawa, lecz polityki. Nawet najbardziej poważani i wykształceni sędziowie nie mogą ostatecznie decydować w sprawie o najszerszym zasięgu, jednej ze spraw najbardziej istotnych dla życia publicznego. Decyzja ta musi być «wspólną decyzją rządów państw sojuszniczych», co zostało wyrażone w deklaracji moskiewskiej”[8].
Roosevelt i Churchill doszli do wniosku, że – wziąwszy wszystko pod uwagę – pewnych nazistowskich przywódców najlepiej będzie pozbawić życia bez jakiegokolwiek sądu. Pogląd ten podzielał także Stalin. Podczas wizyty w Moskwie w październiku 1944 roku Churchill z zaskoczeniem zorientował się jednak, że Stalin zmienił zdanie. Podobnie jak inni radzieccy przywódcy, opowiadał się teraz za procesem przeprowadzonym przez międzynarodowy trybunał, tak jak pierwotnie proponował Mołotow. Możliwe, że gdy Stalin zrozumiał, iż Churchill nigdy nie zgodzi się na likwidację dziesiątek tysięcy członków niemieckich elit, przystał na pomysł sądu nad najważniejszymi zbrodniarzami wojennymi, który można by wykorzystać w celach propagandowych. Być może sądził także, iż popierając proces, poprawi swój nadwątlony wizerunek w oczach Zachodu[9].
W tym samym czasie Rosjanie na własną rękę wyrównywali rachunki z najeźdźcą. Latem 1943 roku, wyzwalając swój kraj spod nazistowskiego jarzma, zaczęli sami organizować procesy, także przeciwko obywatelom ZSRR oskarżonym o współudział w zbrodniach wojennych nazistów. Podczas pierwszego takiego procesu – który odbył się 14–17 lipca 1944 roku w Krasnodarze – podano do publicznej wiadomości jeden z pierwszych przypadków masowego mordu Żydów. Sąd orzekł osiem wyroków śmierci, które zostały wykonane na placu miejskim, w obecności, jak oceniano, 30 tysięcy osób[10]. W sierpniu i wrześniu przeprowadzono kolejne procesy. Natomiast 15–18 grudnia w Charkowie doszło do następnego wielkiego procesu, zakończonego podobnie jak ten w Krasnodarze. Winnych powieszono na rynku w obecności tłumu, którego liczebność szacowano na 50 tysięcy. Wydarzenie to zostało nagłośnione dzięki specjalnym kronikom filmowym oraz relacjom w radiu i prasie. Niektórym obserwatorom z Zachodu takie postępowanie przypominało procesy pokazowe wielkiego terroru lat trzydziestych w ZSRR. Rosjanie wykorzystali pierwsze procesy zwolenników nazizmu, aby zdobyć poparcie światowej opinii publicznej oraz podnieść morale we własnym kraju. W ten sposób w radzieckiej praktyce koncepcja nieokreślonej formuły procesu zaczęła przeważać nad koncepcją zbiorowej egzekucji. W zamiarze Rosjan przeprowadzenie procesu służyło oczywiście podkreśleniu winy oskarżonych.
Radzieckie procesy pokazowe tuż za linią frontu wzbudziły obawy w rządach Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Szczególnym powodem do niepokoju była możliwość odwetu ze strony nazistów, którzy grozili egzekucją amerykańskich i brytyjskich jeńców wojennych, przetrzymywanych w niemieckiej niewoli. Rzeczywiście, rozdrażniony Hitler rozkazał wszcząć procesy, które miały objąć nie radzieckich jeńców, lecz – według jego słów – „angielsko-amerykańskich zbrodniarzy wojennych”, a zwłaszcza „anglosaskich terrorystów z bombami”[11]. Chociaż poczyniono kroki w sprawie tego rozkazu, ostatecznie zamiar Hitlera nie został wykonany – podobnie się stało z jego wieloma niszczycielskimi rozkazami pod koniec wojny.
Rząd amerykański, przekonywany przez Stimsona, stopniowo przychylał się do poglądu, że postępowanie prawne jest lepszym rozwiązaniem niż zbiorowa egzekucja. Stimson nie mógł po prostu wyrazić swego sprzeciwu wobec Morgenthaua – który, jak się wydawało, miał poparcie prezydenta Roosevelta – musiał więc coś zaproponować. We wrześniu 1944 roku powierzył zadanie opracowania alternatywnego planu swojemu sekretarzowi Johnowi McCloyowi, który z kolei przekazał je swoim podwładnym. W ten sposób kluczowy dokument w ewolucji amerykańskiej polityki wobec zbrodniarzy nazistowskich wyszedł spod pióra pułkownika Murraya C. Bernaysa.
Bernays, który w cywilu był prawnikiem, zebrał mocne argumenty na poparcie postępowania prawnego podczas, jak to określił, „procesu europejskich zbrodniarzy wojennych”. Twierdził, że proces przyniesie znacznie większe korzyści niż polityczne potępienie zbrodniarzy po zakończeniu poprzedniej wojny. Bernays dowodził, że nazistów można i należy oskarżyć o spiskowanie w celu popełnienia zbrodni. Ponadto utrzymywał, że należy oskarżyć nie tylko poszczególnych przywódców, lecz całe organizacje (takie jak NSDAP, Gestapo i SS), którym postawiony zostanie zarzut uczestniczenia w przestępczym spisku. Nie będzie konieczne oskarżanie każdego członka organizacji, jedynie „reprezentujących je jednostek”. Kiedy organizacja zostanie osądzona i skazana, poszczególnych członków będzie można postawić przed sądem jako współuczestników przestępczego spisku. Należy tu jednak podkreślić, że – w przeciwieństwie do tego, co mówili Goldensohnowi niektórzy oskarżeni – artykuł 10 przyszłego statutu Międzynarodowego Trybunału Wojskowego nie stwierdzał, że organizacje nazistowskie są organizacjami przestępczymi. Tę kwestię pozostawiono do rozstrzygnięcia trybunałowi. Ponadto członkowie organizacji uznanych przez trybunał za przestępcze nie stawali się od razu przestępcami; wszyscy mieli prawo do procesu[12].
Polityczne i prawne poparcie amerykańskiej administracji dla koncepcji procesu oraz koncepcji istnienia spisku i przestępczych organizacji wyrazili sekretarz stanu Cordell Hull, sekretarz marynarki James Forrestal oraz Henry L. Stimson. Jedenastego listopada 1944 roku wysłali oni do prezydenta Roosevelta memorandum ze wskazówkami, którymi miał się posłużyć podczas zbliżającej się konferencji w Jałcie[13].
Zanim jednak Roosevelt zmienił zdanie, upłynęło wiele czasu. Podczas konferencji jałtańskiej (7–12 lutego 1945 roku) najwyraźniej nie wspomniał o nowym podejściu swojej administracji. Zarówno on, jak i Churchill nadal wydawali się popierać koncepcję zbiorowych egzekucji, choć nie podjęto w tej sprawie żadnych decyzji.
Prawdopodobnie to Stalin i jego współpracownicy najbardziej przyczynili się do przekonania pozostałych aliantów, że należy zastosować jakiś rodzaj „procedury sądowej”[14]. Stimson i jego zwolennicy wciąż starali się nakłonić prezydenta, by wybrał to rozwiązanie, podkreślając, że należy uniknąć wrażenia, iż alianci chcą się zemścić. Nowy prezydent, Harry S. Truman, który zastąpił Roosevelta po jego nagłej śmierci 12 kwietnia 1945 roku, przychylił się do opinii Stimsona[15].
Kiedy Truman poparł koncepcję procesu, wysuniętą na przełomie 1944/1945 roku przez Stimsona, Hulla i kilku innych wysokich urzędników, żądania zbiorowej egzekucji ucichły[16]. Podczas paru spotkań aliantów w 1945 roku Amerykanie przekonali także wahających się Brytyjczyków. Trzeciego maja 1945 roku (w San Francisco) zachodni alianci i Związek Radziecki oraz wyzwolona niedawno Francja zgodzili się co do zasady postępowania sądowego. Ósmego sierpnia, po trwających kilka miesięcy negocjacjach w Londynie, ostatecznie wypracowali statut procesów, ustalając szczegółowo zasady sądu i prawa oskarżonych. Jednocześnie przyjęli cztery punkty oskarżenia: spiskowanie w celu popełniania zbrodni, zbrodnie przeciwko pokojowi, zbrodnie wojenne oraz zbrodnie przeciwko ludzkości[17].
Choć alianci zgodzili się już co do zasady procesu, musieli przezwyciężyć ostatnie przeszkody. Wynikały one po części z tego, że liberalno-demokratyczne kręgi w Anglii i USA oraz Związek Radziecki miały odmienne wyobrażenie o formule i celach procesu. Inwazja niemiecka przyniosła Rosjanom straszliwe cierpienia. Nawet według ostrożnych i dość wiarygodnych szacunków w wojnie niemiecko-radzieckiej zginęło około 25 milionów mieszkańców ZSRR, w większości cywilów[18]. Radzieccy przywódcy uznali, że trzeba przeprowadzić procesy pokazowe, które dadzą wyobrażenie o „rozmiarach winy” każdego z oskarżonych, a następnie pozwolą im wymierzyć „konieczną karę”[19]. Amerykanie i Brytyjczycy jednak, kiedy już przyjęli koncepcję procesu, chcieli, żeby (przynajmniej w teorii) oskarżonym przysługiwało prawo do obrony. Póki nie dowiedziono im winy, należało uważać ich za niewinnych. Istniała więc możliwość, że niektórzy albo wszyscy oskarżeni zostaną uwolnieni albo uznani za niewinnych części z zarzucanych im czynów.
Ze względu na odmienność angielsko-amerykańskich i kontynentalnych tradycji prawnych aliantom trudno było także dojść do zgody co do toku postępowania i zasad procesu. W Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii istnieje system prywatno-dowodowy („adwersarski”): sprawy trafiają do sądu jako „otwarte”, dowody przedstawia się przed sądem, a świadkowie – a czasem także oskarżeni – są pod przysięgą poddawani przesłuchaniu krzyżowemu przez obrońcę i oskarżyciela, którzy stają twarzą w twarz i walczą o zwycięstwo. Europejski system można nazwać bardziej śledczym („inkwizycyjnym”), ponieważ to sąd przeprowadza dochodzenie i kompletuje materiał dowodowy. Jeśli oskarżenie jest uzasadnione, kopie materiału dowodowego trafiają do sądu i do oskarżonego. Podczas procesu sędziowie decydują, czy chcą usłyszeć dalsze zeznania. Oni także przesłuchują świadków, ale rzadko poddają przesłuchaniu krzyżowemu oskarżonego, który może (ale nie musi) wypowiedzieć się na zakończenie procesu. Radziecki sędzia w Norymberdze – o którego udziale w procesach pokazowych w Moskwie w latach trzydziestych powszechnie wiedziano na Zachodzie – w 1945 roku, podczas jednego z ostatnich spotkań przed procesem, zapytał z pewną konsternacją: „Co po angielsku znaczy «przesłuchanie krzyżowe»?”[20].
Amerykanie i Brytyjczycy odnieśli zwycięstwo: podczas procesu miano zastosować system funkcjonujący w ich krajach. Wypracowali „rozsądny kompromis” (jak się czasem mówi) ze Związkiem Radzieckim i Francją. Oczywiście w dyskusjach dotyczących procesu oskarżeni nie mieli głosu. Pozbawiono ich także wielu ważnych praw, zapisanych w amerykańskiej konstytucji. Oskarżonym nie wolno było, na przykład, powoływać się na Piątą Poprawkę, co pozwoliłoby im odmówić odpowiedzi na pytanie, jeśli odpowiadając, sami by się obciążyli. Oskarżeni mogli być – i byli – przesłuchiwani w sądzie, jeden po drugim, ale nie mogli odmówić składania zeznań.
Zarzuty
Oskarżonym w Norymberdze postawiono cztery zarzuty, z których dwa pierwsze okazały się szczególnie kontrowersyjne w oczach znawców prawa międzynarodowego.
Zarzut pierwszy: oskarżeni „uczestniczyli jako przywódcy, organizatorzy, podżegacze i pomocnicy w opracowaniu lub wykonaniu wspólnego planu lub spisku w celu popełnienia lub pociągającego za sobą popełnienie zbrodni przeciwko pokojowi, zbrodni wojennych oraz zbrodni przeciwko ludzkości zdefiniowanych w statucie”[21].
Zarzut drugi (związany z pierwszym): oskarżeni oraz inne osoby przez wiele lat „uczestniczyli w planowaniu, przygotowaniu, wszczęciu lub prowadzeniu wojen napastniczych, które były także pogwałceniem międzynarodowych traktatów, umów i gwarancji”. Zgodnie z tym zarzutem istniały „zbrodnie przeciwko pokojowi”, do których w sposób oczywisty musiały się zaliczać takie akty agresji, jak niemiecka napaść na Polskę 1 września 1939 roku, chociaż w rzeczywistości te działania wojenne stanowiły część spisku między Niemcami a ZSRR, co nie zostało wspomniane. Niemiecko-radziecki pakt o nieagresji z 23 sierpnia 1939 roku nie tylko utorował drogę wojnie, ale zawierał też tajne klauzule dotyczące podziału Polski, na którą Związek Radziecki najechał ze wschodu, podczas gdy Niemcy zaatakowali z zachodu.
Zarzuty pierwszy i drugi stały się przyczyną kontrowersji, nie tylko dlatego że nie oskarżono w nich o „zbrodnie przeciwko pokojowi” także Związku Radzieckiego, co w owym czasie byłoby niezwykle trudne z przyczyn politycznych. Faktyczna wartość „wymierzania sprawiedliwości” w tym względzie wydawała się wątpliwa, ponieważ przedstawiciele Związku Radzieckiego wzięli udział w procesie jako sędziowie i oskarżyciele. W ostatecznym rozrachunku byłoby może lepiej nie formułować w ogóle dwóch pierwszych zarzutów, lecz skupić się jedynie na zbrodniach wojennych i zbrodniach przeciwko ludzkości.
Zarzut trzeci: oskarżeni mieli „wspólny plan albo spisek w celu popełnienia zbrodni wojennych”. Realizacja tego planu obejmowała „wojnę totalną”, która „przekracza prawa i obyczaje wojenne”. W szczegółach zarzut ten dotyczy takich zbrodni, jak mordowanie i złe traktowanie ludności cywilnej, deportacje i wykorzystaniepracy przymusowej, mordowanie i złe traktowanie jeńców wojennych, zabijanie zakładników, plądrowanie i rozmyślne burzenie miast, miasteczek i wsi.
Zarzut czwarty: oskarżeni popełnili „zbrodnie przeciwko ludzkości”, które „obejmowały morderstwa, eksterminację, zniewolenie, deportacje i inne nieludzkie czyny popełniane w stosunku do ludności cywilnej przed wojną i w jej trakcie”. W zarzucie tym wymieniano także „prześladowanie z przyczyn politycznych, rasowych i religijnych w celu wykonania wspólnego planu wspomnianego w pierwszym zarzucie i w związku z nim”.
Żadnemu z oskarżonych, którzy stanęli przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym, nie zarzucono konkretnie prześladowania i mordowania Żydów. Określenia „ludobójstwo” czy „holokaust” weszły w powszechne użycie dopiero później. „Ludobójstwo” – termin ukuty w 1944 roku przez polskiego znawcę prawa Rafała Lemkina – zostało uznane za zbrodnię w specjalnej konwencji ONZ w 1948 roku3[22]. Określenie „holokaust”4 istniało wcześniej, z pewnością przed 1939 rokiem, ale nie było używane podczas procesów[23]. Niespotykane okrucieństwa w stosunku do Żydów w całej Europie zostały wspomniane w zarzucie trzecim, a jeszcze szerzej w zarzucie czwartym, który dotyczył „masowego mordu milionów” Żydów.
Te cztery punkty oskarżenia zawierały poważne zarzuty, które w obliczu prawa międzynarodowego były w mniejszym lub większym stopniu bezprecedensowe. Szczególnie wiele wątpliwości budziły dwa pierwsze zarzuty. Gdyby z nich zrezygnowano – podobnie jak z ciągłych prób powiązania wszystkich zbrodni z jednym nadrzędnym spiskiem – procesy okazałyby się może bardziej owocne z perspektywy sądzenia zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości w przyszłych latach. Starając się zwyciężyć we wszystkich punktach, a zwłaszcza w pierwszym, zawierającym zarzut o długotrwałe spiskowanie, oskarżenie przesadnie podkreślało celowość i konsekwencję w nazistowskim planowaniu i realizacji polityki. Największymi obrońcami koncepcji spisku były Stany Zjednoczone, w których prawodawstwie jest ona dość dobrze osadzona, choć wcześniej traktowano ją w sposób znacznie bardziej restrykcyjny. Pomysł obejmującego tak szerokie kręgi spisku z pewnością niepokoił Brytyjczyków, jednak z punktu widzenia Amerykanów miał tę zaletę, że pozwalał połączyć naruszenia praw człowieka i przypadki łamania prawa, do jakich dochodziło przed 1939 rokiem w Niemczech, ze zbrodniami z okresu wojny.
Koncepcja spisku – która w rzeczywistości kształtowała wszystkie punkty oskarżenia – otworzyła przed obrońcami nowe możliwości. Adwokaci korzystali z każdej okazji, żeby wykazać – nie bez racji – iż we władzach Trzeciej Rzeszy panował chaos. Dowodzili, że reżim ten miał przypadkowy, niespójny i nieskuteczny system władzy oraz administracji. Powszechną praktyką oskarżonych stało się zapewnianie o swojej niewiedzy i wskazywanie na ogromne rozbudowanie nazistowskiej administracji. Wszyscy oskarżeni twierdzili, że ich wiedza była ograniczona i że nie brali udziału w długoterminowym spisku.
Z drugiej strony oskarżenie musiało udowodnić istnienie jasnego planu, który oskarżeni realizowali od powstania Trzeciej Rzeszy. Starali się wykazać, że od samego początku zamiarem było popełnienie konkretnych zbrodni, co oznacza, że z dużym wyprzedzeniem planowano nie tylko wojnę napastniczą, ale także poszczególne przedsięwzięcia, takie jak mordowanie Żydów. Oskarżyciele zaczęli w końcu przesadnie podkreślać intencjonalność działania nazistów, podczas gdy obrońcy ją podważali, próbując stworzyć obraz administracyjnego chaosu, niekończących się walk o władzę i systemu pozbawionego faktycznego przywódcy. Obrona – co wydaje się logiczne – twierdziła, że nikt nie wierzył w ideologię nazistowską i nie czytał książki Hitlera ani tym bardziej prac Rosenberga5.
Aż do dzisiaj historycy toczą spory o naturę i zakres roli Hitlera oraz jego związków z przywódcami nazistowskimi. Koncepcja, za którą obecnie opowiada się wielu historyków, jest bardziej skomplikowana i łączy elementy argumentacji zarówno oskarżenia, jak i obrony[24]. Tak czy inaczej, odmalowanego przez oskarżycieli portretu Alfreda Rosenberga jako najważniejszego nazistowskiego „teoretyka” czy „filozofa” nie należy traktować poważnie.
Międzynarodowy Trybunał Wojskowy, którego zadaniem było osądzenie głównych zbrodniarzy wojennych, powstał w wyniku długich debat polityczno-prawnych. Po wstępnej sesji w Berlinie, 18 października 1945 roku, procesy przeniesiono do Pałacu Sprawiedliwości w Norymberdze, gdzie rozpoczęły się 20 listopada. Główne postępowanie, które obejmowało wystąpienia oskarżycieli i obrońców, trwało ponad dziewięć miesięcy, od 22 listopada 1945 roku do 31 sierpnia 1946 roku. Procesy były ogromnym przedsięwzięciem. Brało w nich udział czterech sędziów i czterech oskarżycieli (ze zmiennikami i własnymi zespołami), będących przedstawicielami zwycięskich mocarstw: Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Związku Radzieckiego oraz Francji. Sąd odbył czterysta trzydzieści dziewięć otwartych sesji, wysłuchał zeznań dwustu czterdziestu świadków i przestudiował tysiące pisemnych oświadczeń pod przysięgą i setki tysięcy dokumentów[25]. O powolności i długotrwałości procesów w dużym stopniu zdecydował fakt, że prowadzono je w czterech językach oraz że spisanie zeznań, przesłuchania krzyżowe, oświadczenia pisemne i liczne dokumenty wymagały tłumaczenia, co samo w sobie było ogromnym zadaniem. Pojęcie o skali procesów może dać informacja, że protokoły zeznań oraz wybór z dokumentów złożonych jako dowody wydano (także w czterech językach) w czterdziestu dwóch tomach dużego formatu[26].
Początkowo zarzuty zostały postawione dwudziestu czterem osobom, które na różnej podstawie uznano za głównych zbrodniarzy wojennych. W ich gronie znajdowali się: Robert Ley, szef Niemieckiego Frontu Pracy, który popełnił samobójstwo 25 października 1945 roku, zanim zaczęły się procesy, oraz przemysłowiec Gustav Krupp von Bohlen und Halbach, wybrany przez aliantów na „reprezentanta” wielkiego przemysłu, który udowodnił, że nie może stawać przed sądem6. In absentia do oskarżonych zaliczono Martina Bormanna, osobistego sekretarza Hitlera. Trzydziestego września i 1 października 1946 roku sąd ogłosił wyrok. Dwunastu oskarżonych skazano na śmierć przez powieszenie (Martina Bormanna in absentia, Hansa Franka, Wilhelma Fricka, Hermanna Göringa, Alfreda Jodla, Ernsta Kaltenbrunnera, Wilhelma Keitla, Joachima von Ribbentropa, Alfreda Rosenberga, Fritza Sauckla, Arthura Seyss-Inquarta, Juliusa Streichera). Z pozostałych oskarżonych trzech uznano za niewinnych (Hansa Fritzschego, Franza von Papena, Hjalmara Schachta), trzech skazano na dożywotnie więzienie (Walthera Funka, Rudolfa Hessa, Ericha Raedera), dwóch na karę dwudziestu lat pozbawienia wolności (Baldura von Schiracha, Alberta Speera), jednego na piętnaście lat (Konstantina von Neuratha) i jednego na dziesięć lat pozbawienia wolności (Karla Dönitza).
Natychmiast po wysłuchaniu wyroku obrońcy dwóch oskarżonych skazanych na powieszenie (Jodla i Keitla) poprosili, żeby ich klientom zezwolono na godną wojskowego śmierć przez rozstrzelanie. Obrońca Raedera także poprosił o zamianę dożywocia na rozstrzelanie. Wszystkim trzem odmówiono. Szesnastego października 1946 roku skazanych na śmierć (z wyjątkiem Bormanna i Göringa) powieszono. Marszałek Rzeszy Göring rzucił wyzwanie sądowi – popełnił samobójstwo w celi, tuż przed wyznaczonym terminem egzekucji.
Wywiady Goldensohna
Kiedy na przełomie 1944/1945 roku rząd Stanów Zjednoczonych ostatecznie zdecydował, że proces jest konieczny i właściwszy niż przeprowadzenie masowych rozstrzeliwań, Amerykanie odegrali główną rolę w przygotowaniach. Niemal natychmiast, wspierani przez Brytyjczyków, zaczęli nalegać, żeby przedsięwzięcie przeniesiono z radzieckiego sektora okupowanych Niemiec. Pod koniec czerwca 1945 roku zdecydowali się na Norymbergę. Podczas wojny miasto zostało prawie całkowicie obrócone w gruzy, ale budynki, w których mógł się odbyć proces, przetrwały[27]. Okupujący Niemcy alianci chętnie przyjęli propozycję. Norymberga kojarzyła się z rasistowskimi ustawami z września 1935 roku, a poza tym była miejscem corocznych zjazdów NSDAP, podczas których setki tysięcy osób wiwatowały na cześć Hitlera. Przeprowadzenie procesów pokonanych przywódców nazistowskich w Norymberdze miało więc znaczenie zarówno polityczne, jak i symboliczne.
We wrześniu 1945 roku amerykańscy oskarżyciele, Robert H. Jackson i Thomas J. Dodd, mogli już utworzyć zespół liczący dwieście osób. Byli wśród nich prawnicy, eksperci w różnych dziedzinach, tłumacze i stenografowie. Jackson okazał się bez wątpienia najbardziej aktywnym z oskarżycieli. Tuż za nim należy wymienić sir Davida Fyfe’a z Wielkiej Brytanii. Zespół brytyjski liczył jednak tylko 34 osoby (zazwyczaj jeszcze mniej). Zespoły radziecki i francuski były jeszcze skromniejsze[28]. Amerykanie dominowali więc prawie na każdym polu, co nie wynikało jedynie z faktu, że proces odbywał się w amerykańskim sektorze Niemiec.
Przez większość czasu podczas procesów w amerykańskim zespole, poza personelem medycznym, znajdowali się psycholog i psychiatra. Pierwszym psychiatrą więziennym w Norymberdze był major Douglas M. Kelley, który wcześniej pracował w obozie internowania dla ważnych więźniów nazistowskich w Mondorf-les-Bains (Bad Mondorf) w Luksemburgu. Przetrzymywano tam przed procesami norymberskimi większość oskarżonych. Nie bez nutki zwycięskiej ironii alianci nazywali ten obóz „Popielniczką” (Ashcan). Komendantem obozu był pułkownik Burton C. Andrus, znany jako zwolennik bezwzględnej dyscypliny. Inni czołowi dygnitarze reżimu nazistowskiego, na przykład Speer i Schacht, przetrzymywani byli – w łagodniejszych warunkach – w zamku Kransberg w pobliżu Frankfurtu nad Menem, w obozie nazywanym „Kubłem na śmieci” (Dustbin). W „Popielniczce” i w „Kuble na śmieci” wszystkich czołowych nazistów przesłuchiwano. Część z tych zeznań zachowała się, a interesujący wybór z tego materiału – którego w większości nie wykorzystano podczas procesów – został opublikowany[29]. Pułkownika Andrusa i majora Kelleya wysłano z „Popielniczki” do Norymbergi. Kelley pozostał tam tylko przez pierwszy miesiąc procesów, następnie wyjechał, a na jego miejsce przybył Goldensohn.
W okresie uwięzienia nazistowskich przywódców – w obozie Mondorf, a następnie w Norymberdze – amerykańscy strażnicy prawie nie komunikowali się z nimi, ale czuwali nad tym, by żaden nie popełnił samobójstwa. Z początku na każde cztery cele przydzielono jednego strażnika, jednak po samobójstwie Roberta Leya w październiku 1945 roku pułkownik Andrus ustawił po jednym strażniku przy wszystkich drzwiach i rozkazał, by przez wizjery bez przerwy kontrolowali zachowanie więźniów. Cele znajdowały się w dużej odległości jedna od drugiej. Zanim więźniowie mogli do nich powrócić, musieli oddać paski, szelki, sznurowadła – wszystko, co mogłoby posłużyć do popełnienia samobójstwa. Strażnikom nakazano, by nie spuszczali oka z głowy i rąk więźniów nawet w nocy, kiedy ci spali (jedynie w pozycji na wznak). Więźniów izolowano od świata zewnętrznego. Nie wolno im było czytać gazet. Ich korespondencję, nawet z rodzinami, cenzurowano. Z cel mogli wychodzić tylko na posiłki, spotkania z adwokatami i codzienną gimnastykę. W tych chwilach oskarżeni próbowali się ze sobą skontaktować, żeby opracować wspólną strategię. Strażnicy w zasadzie nie porozumiewali się z więźniami, chociaż pułkownik Andrus, o czym więźniowie nie wiedzieli, umieścił między strażnikami kilku żołnierzy znających niemiecki. Mieli mu oni donosić o wszystkim, co uznali za podejrzane albo możliwe do wykorzystania podczas procesów. Więźniowie zostali faktycznie odcięci od kontaktu z ludźmi, z wyjątkiem swoich obrońców, nic więc dziwnego, że chętnie rozmawiali z psychiatrami i psychologami, którzy pracowali w oddziale medycznym 685. Oddziału Bezpieczeństwa Wewnętrznego w Norymberdze. Lekarze mieli w każdej chwili dość swobodny dostęp do oskarżonych.
Kiedy Leon Goldensohn został skierowany do Norymbergi, miał trzydzieści cztery lata. Urodzony 19 października 1911 roku w Nowym Jorku, w 1932 roku ukończył Uniwersytet Stanowy Ohio, a w 1936 roku uzyskał dyplom lekarza w Szkole Medycznej Uniwersytetu Jerzego Waszyngtona. Kształcił się w dziedzinie neurologii w szpitalu Montefiore w Nowym Jorku i w dziedzinie psychiatrii w Instytucie Psychiatrii im. Williama Alansona White’a. Pod koniec wojny otrzymał skierowanie do 121. Szpitala Ogólnego w Norymberdze, a 3 stycznia 1946 roku przeniesiono go do 685. Oddziału Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Pracował jako psychiatra więzienny do 26 lipca 1946 roku, prawie do końca wystąpień obrony.
Tuż po klęsce Niemiec, wiosną 1945 roku i latem, decyzja o powołaniu Międzynarodowego Trybunału Wojskowego wywołała zainteresowanie przyczynami postępowania nazistów[30]. Kelley mówił, że on i psycholog Gustave Gilbert mają na wyciągnięcie ręki „skarb psychologii”. Początkowo zamierzali wydać wspólnie książkę[31]. Kapitan Gilbert był oficerem amerykańskiego wywiadu. Ponieważ mówił płynnie po niemiecku, udało mu się uzyskać stanowisko tłumacza majora Kelleya. Będąc wykwalifikowanym psychologiem, wkrótce przekonał pułkownika Andrusa, by wyznaczył go na „oficjalnego” psychologa więziennego. Gilbert, podzielając pogląd Kelleya, najwyraźniej uważał, że ma do zbrodniarzy wojennych „swobodny dostęp jak do laboratoryjnych myszy”[32]. Reporterzy oraz inni psychiatrzy i psychologowie z całego świata także starali się dotrzeć do więźniów. Goldensohn, podobnie jak Kelley i Gilbert, szybko stał się obiektem zazdrości kolegów i licznych reporterów, którzy marzyli o wywiadzie z oskarżonymi[33].
Kelley i Gilbert nigdy nie zrealizowali planu wydania wspólnej książki. Kelley w 1947 roku opublikował własną książkę; choć jest już mocno przestarzała, może być użyteczna[34]. Jego dawny współpracownik Gilbert także napisał książkę, która ukazała się kilka miesięcy po dziele Kelleya. Ma formę dziennika, dzięki któremu czytelnicy mogą prześledzić przebieg procesu z perspektywy autora[35].
Goldensohn także zamierzał wydać książkę. Choć nigdy jej nie napisał, jego notatki przetrwały. Część notatek zostało przepisanych na maszynie wkrótce po przeprowadzeniu wywiadu. Wszelkim planom związanym z publikacją położyła kres przedwczesna śmierć doktora, który 24 października 1961 roku zmarł na atak serca. Zawartość niektórych małych notatników została jednak później przepisana na maszynie pod okiem brata doktora Goldensohna, Eliego, który zestawił i ułożył oryginalne materiały. Ta książka zawiera wybór zredagowanych i skróconych wywiadów Goldensohna z dziewiętnastoma oskarżonymi i czternastoma świadkami.
Powinniśmy czuć się zobowiązani wobec doktora Goldensohna za profesjonalizm w sporządzaniu notatek. Podczas gdy Gilbert, psycholog, spisywał swoje wrażenia pod koniec dnia, ufając własnej pamięci, psychiatra Goldensohn robił szczegółowe notatki w trakcie wywiadów. Chociaż mówił trochę po niemiecku, z kilkoma z oskarżonych, znającymi angielski, mógł się swobodnie porozumiewać w tym języku. Mimo to chciał, aby podczas formalnych wywiadów oskarżeni i świadkowie wyrażali się wyłącznie w ich własnym języku, i wolał polegać na tłumaczu. Starannie i na bieżąco notował zarówno swoje pytania, jak i odpowiedzi oskarżonych.
Płynna znajomość niemieckiego mogłaby Gilbertowi ułatwić porozumiewanie się z więźniami, którzy w większości byli rozmowni i chętnie nawiązywali kontakt. Niektórzy uważali jednak, że Gilbert ich nienawidzi, a z pewnością źle o nich myśli. Jeden z więźniów powiedział, że Gilbert naigrawa się z nich, na przykład pokazując zdjęcia powieszonych nazistowskich zbrodniarzy z pisma „Stars and Stripes”7 i zapewniając, że czeka ich ten sam los. Wydaje się, że więźniowie ogólnie odnosili się z większą życzliwością do Goldensohna, którego uważali za bardziej zdystansowanego i profesjonalnego. W kilku przypadkach Goldensohn i Gilbert odwiedzali więźniów wspólnie; Gilbert służył wówczas za tłumacza.
Goldensohn podzielał powszechny w owych czasach pogląd, że nazistowscy przywódcy są jednostkami „patologicznymi”, i choć podchodził do nich łagodnie, interesowało go przede wszystkim, jak doszło do ich „deprawacji”. Nigdy nie stwarzał pozoru, że zachowa ich wypowiedzi w tajemnicy, jakby byli jego pacjentami, i więźniowie najwyraźniej się tego nie spodziewali. Choć ta sytuacja ich nie cieszyła, można przyjąć, że w większości pogodzili się z faktem, że są „materiałem”, na którego podstawie powstaną rozmaite książki. Dziś, kiedy kwestii prywatności nadaje się tak wielkie znaczenie, może się wydawać niepokojące, że doktor medycyny otwarcie i wielokrotnie pyta więźniów, co sądzą o kolegach. Więźniowie mogli prosić Goldensohna o zachowanie czegoś w tajemnicy, ale doktor nie obiecywał im, że to zrobi. Podobnie jak inni lekarze w zespole amerykańskim, Goldensohn uważał nazistowskich więźniów przede wszystkim za obiekty, które należało przebadać, a dopiero w dalszej kolejności – o ile w ogóle – za pacjentów. W swoich notatkach dosłownie nazywa więźniów „obiektami” badania. Z drugiej strony, więźniowie podczas rozmów z lekarzami korzystali z okazji wypowiedzenia poglądów czy określenia stanowiska, które mieli wkrótce przedstawić podczas swojej obrony. Goldensohn z pewnością był tego świadom, a nawet ich do tego zachęcał. W rozmowie z Amerykanami oskarżeni rzadko pozwalali sobie na swobodę, zwłaszcza gdy chodziło o przyznanie się do popełnionych zbrodni, ponieważ obawiali się, że to, co powiedzą, zostanie użyte przeciwko nim w sądzie. Więźniowie oskarżali lekarzy, że bardziej interesuje ich zbieranie materiałów do swoich książek niż sami oskarżeni[36].
Goldensohn spotykał się z oskarżonymi prawie codziennie. Jego pracę odróżnia od innych badań nieustanne dążenie do uzyskania formalnych, a często pogłębionych wywiadów. Notował wszystko, co wydało mu się interesujące z psychiatrycznego lub czysto ludzkiego punktu widzenia. Dzięki temu możemy przeczytać, co każdy z oskarżonych czy świadków miał do powiedzenia o roli danego oskarżonego w konkretnych wydarzeniach, a także poznać szczegóły ich życia rodzinnego czy stanu zdrowia. Goldensohn pytał ich, co myślą o poszczególnych przywódcach, na przykład o Hitlerze, a nawet jak postrzegają siebie nawzajem i swoje zbrodnie czy zachowanie przed sądem danego dnia. Zadawał wiele pytań i, choć czasem doprowadzało to rozmówców do wściekłości, wytrwale zgłębiał temat. Zawsze zapewniał rozmówców, że nie ma zamiaru poddawać oskarżonych przesłuchaniu krzyżowemu, czasem podczas owych spotkań w cztery oczy to właśnie robił. Często przeglądał zeznania oskarżonego, wypunktowując miejsca, które wydawały mu się niewiarygodne albo niezrozumiałe. W kilku przypadkach Goldensohna trudniej było usatysfakcjonować niż samego oskarżyciela.
Goldensohn zazwyczaj nie zapisywał zwykłych rozmów, tylko formalne wywiady, przeprowadzone za pośrednictwem tłumacza. Ponieważ robił notatki, a w wymianie zdań brał udział tłumacz, oskarżeni rzadko musieli odpowiadać z zaskoczenia: przeciwnie, mieli wiele czasu na zastanowienie. Prawdopodobnie właśnie o to chodziło doktorowi.
Powinniśmy przede wszystkim pamiętać, że oskarżeni uczestniczyli w procesie, który miał zadecydować o ich życiu lub śmierci. Tak jak każdy, komu zarzuca się poważne przestępstwo, usiłowali oczyścić się z winy. (W przynajmniej jednej tradycji filozoficznej każdy człowiek, bez względu na potworność popełnionej zbrodni, ma prawo walczyć o swoje życie). U większości oskarżonych, którzy zostali pozbawieni przeważającej części praw (w rozumieniu konstytucji Stanów Zjednoczonych), na widok robiącego notatki Goldensohna zapalało się czerwone światło. Oskarżeni nie mieli żadnej ochrony przed obciążeniem samych siebie, a podczas rozmowy nie był obecny prawnik, więc obawa, że sąd użyje przeciwko nim ich własnych słów – które zapisał Goldensohn – wydaje się niepozbawiona podstaw. Nigdy się to nie zdarzyło, ale musimy pamiętać, że oskarżeni nie byli pewni, w jakim celu przeprowadzano te wywiady, których nie chroniła umowa o poufności między lekarzem a pacjentem. Być może Goldensohn uważał siebie przede wszystkim za lekarza i naukowca, ale w oczach oskarżonych był zwycięzcą, a oni zwyciężonymi. Traktowali go więc jak członka zespołu oskarżycieli. Choć zapewniał ich, że nie powinni się obawiać i mogą mówić swobodnie, nie potrafił im przedstawić żadnego powodu, dla którego mieliby mu wierzyć.
Oskarżeni starali się wybielić w każdej sprawie i czasem im się to udawało – jak zasugerował jeden z nich, architekt Hitlera, Speer, zazwyczaj postrzegany jako najbystrzejszy obserwator w grupie oskarżonych. Pod koniec procesu, ku jego wielkiemu niezadowoleniu, został skazany na dwadzieścia lat więzienia, podczas gdy Fritzschego, Papena i Schachta uniewinniono. W swoim dzienniku zapisał, że ich „kłamstwa, zasłony dymne i fałszywe wypowiedzi ostatecznie się opłaciły”. Speer był oburzony, że sąd nie oczyścił go z zarzutów, ale z pewnością nie stało się tak, dlatego że nie potrafił skłamać czy ukryć prawdy[37]. Speer – a także, bez wątpienia, inni oskarżeni – żywił urazę do Goldensohna, Gilberta i im podobnych. O ile wiemy, udzielił Goldensohnowi jedynie krótkiego i zwięzłego oświadczenia (które znajduje się w tej książce). Oskarżał Gilberta o to, że „zawsze myślał przede wszystkim o wzbogaceniu swojej psychologicznej wiedzy”. Odpowiadając na pytanie Gilberta o swój wyrok, Speer skłamał, mówiąc: „Dwadzieścia lat. Cóż, to dość uczciwe. Biorąc pod uwagę fakty, nie mogli mi dać lżejszego wyroku, a ja nie mogę się skarżyć”8[38]. Z tego, co później sam napisał, wynika, że w rzeczywistości czuł się potraktowany niesprawiedliwie.
Możemy mnożyć podobne przykłady. Nie oznacza to jednak, że wszystkie wypowiedzi oskarżonych i świadków są kłamliwe. To zaskakujące, jak często mówią oni szczerą, a nawet szokująco szczerą prawdę. Przy wielu okazjach przynajmniej niektórzy z oskarżonych przyznają się do popełniania ohydnych zbrodni, nawet jeśli jednocześnie starają się zrzucić winę na kogoś innego. Wyjaśnienia, racjonalne argumentacje i próby uniknięcia konsekwencji prawnych leżą w ich interesie. Czasem widzimy, że Goldensohn się myli, nie w pełni pojmuje znaczenie jakiejś informacji albo nie zauważa istotnych wskazówek. Mimo wszystko jednak oskarżeni wyjawili wiele o sobie i o przyczynach, dla których poparli Hitlera i nazizm.
Wydawca książki skontaktował się ze mną i poprosił o zredagowanie wywiadów, co zrobiłem z największą uwagą. Poprawiłem oczywiste błędy, na przykład w datach, pisowni nazwisk, nazw miejsc i stopni, które czasem były dość mocno zniekształcone[39]. Goldensohn nigdy nie doszedł do etapu sprawdzania i korygowania faktów, dat i nazwisk wspomnianych w wywiadach. Starałem się zweryfikować jak najwięcej. Czasem Goldensohn, notując informacje o społecznych, edukacyjnych i wojskowych doświadczeniach oskarżonego, popełniał proste błędy. Poprawiłem oczywiste potknięcia, jeżeli udało mi się je zidentyfikować, z pewnością jednak w tekście pozostało trochę nieścisłości. Wierzę, że nie obniżają one wartości świadectwa, jakim są wywiady.
Gdziekolwiek to było możliwe, starałem się pozostawić tekst w formie jak najbardziej zbliżonej do oryginalnych zapisków. Musiałem jednak dokonać wielu zmian stylistycznych w celu poprawienia zrozumiałości. Wprowadziłem skróty w miejscach oczywistych powtórzeń, na przykład wtedy, kiedy sesja dotyczyła tego samego tematu co poprzednia. Pamiętając o tym, że książka powinna mieć jakąś rozsądną objętość, byłem zmuszony usunąć wywiady z niektórymi oskarżonymi i wieloma świadkami. Pragnąłem jednak zawrzeć w tej książce wszystko, co ma istotne znaczenie z punktu widzenia badań historycznych. Czasem, aby wiernie oddać treść wypowiedzi oskarżonych, musiałem wprowadzić duże zmiany. Przyczyną części problemów były trudności z tłumaczeniem, innych – błędne zinterpretowanie przez Goldensohna słów oskarżonych, na przykład we fragmentach dotyczących funkcjonowania niemieckiego systemu politycznego. Jak każdy redaktor, który próbuje przezwyciężyć takie trudności, musiałem polegać na swojej profesjonalnej ocenie, opartej na badaniach własnych oraz przeprowadzonych przez innych naukowców.
Nie starałem się poprawiać każdego błędu czy oczywistej nieprawdy, które odnotował Goldensohn. Czasem oskarżeni celowo umniejszali własną rolę czy wiedzę albo starali się racjonalnie wytłumaczyć zbrodnie. Niektórzy próbowali także pomniejszyć skalę swojej winy, utrzymując, że prowadzili wojnę obronną czy prewencyjną. Inni przypominali Goldensohnowi o tym, co zrobili Niemcom alianci, zwłaszcza Rosjanie, w późniejszym okresie wojny. Nie mogłem wyjaśniać każdego takiego epizodu; musimy jednak mieć świadomość, że wypowiedzi zawierają zarówno celowe, jak i nieświadome zafałszowania.
W przypisach umieściłem pewne wskazówki i informacje dla czytelników oraz, tam gdzie uważałem to za konieczne, podstawowe wiadomości o postaciach i wydarzeniach wspomnianych w tekście. Odniosłem się do najbardziej oczywistych i znaczących kłamstw, zaprzeczeń i zmyśleń czy pozbawionych podstaw mitów bądź plotek i podałem dokładniejsze informacje o ważnych kwestiach, na przykład o przejęciu władzy przez nazistów czy liczbie zamordowanych Żydów.
Niektórzy z oskarżonych i sam Goldensohn wspominają, że w czasach Trzeciej Rzeszy zamordowano 5 milionów Żydów. Skąd zaczerpnęli tę liczbę? Była ona najczęściej wymieniana przez oskarżycieli. Na przykład amerykański oskarżyciel Jackson stwierdził w pierwszej mowie przed trybunałem, że „według miarodajnych szacunków z 9 milionów 600 tysięcy Żydów, którzy żyli w zdominowanej przez nazistów Europie, zginęło 60 procent; 5 milionów 700 tysięcy Żydów zniknęło z krajów, w których poprzednio mieszkali, a o ponad 4 milionach 500 tysiącach nie można powiedzieć, że zginęli śmiercią naturalną”[40]. Później oskarżenie zazwyczaj zaokrąglało tę liczbę do 5 milionów.
W wielu sytuacjach podczas procesu – także w końcowych słowach Jacksona i w wyroku trybunału – padała także liczba 6 milionów ofiar. Jednym z najważniejszych świadków w tej kwestii był Wilhelm Höttl, na którego zeznaniu wydaje się opierać sąd. Höttl miał jednak wiedzę w najlepszym razie z drugiej ręki. Powiedział przed sądem (i dodał w osobnym oświadczeniu pisemnym, złożonym pod przysięgą), że pod koniec sierpnia 1944 roku spytał Adolfa Eichmanna o liczbę zabitych Żydów[41]. Eichmann odpowiedział, że według jego ostatniego raportu dla Himmlera 4 miliony Żydów zginęło w obozach, a 2 miliony poniosło śmierć z innych przyczyn, przede wszystkim przez rozstrzelanie. Zgodnie z tym, co zapamiętał Höttl, Eichmann miał stwierdzić, że zdaniem Himmlera do tego czasu zabito jeszcze więcej Żydów. Dzisiaj większość historyków uważa liczby podane przez Eichmanna i powtórzone przez Höttla w sądzie za zawyżone, a z pewnością są one zbyt wysokie dla okresu do sierpnia 1944 roku.
Kilku historyków, przede wszystkim Raul Hilberg w swojej niezwykle ważnej pracy o zagładzie europejskich Żydów, podaje liczbę 5 milionów 300 tysięcy zabitych[42]. Hilberg wykazuje, że w Auschwitz zamordowano około miliona osób – liczba przytłaczająca, lecz znacznie niższa od tej, o której wspominał podczas procesu komendant obozu Rudolf Höss. Ta ostatnia, 2,5 miliona – 3 miliony, nadal pojawia się nawet w naukowych pracach na temat obozu Auschwitz[43]. Musimy ustalić te dane jak najdokładniej, aby zbić argumenty osób, które zaprzeczają okrucieństwom Holokaustu, oraz rewizjonistów.
Wywiady Goldensohna możemy czytać również jako źródło informacji, w jaki sposób Amerykanie postrzegali nazizm i Trzecią Rzeszę. Goldensohn na przykład w pełni przyjmuje jeden z kluczowych zarzutów wysuniętych przez Stany Zjednoczone, czyli istnienie nazistowskiego spisku o szerokim zasięgu, mającego na celu popełnienie zbrodni przeciwko pokojowi, zbrodni wojennych oraz zbrodni przeciwko ludzkości, jak określono je w statucie. Podziela pogląd, że spisek ten został zawiązany w początkowym okresie Trzeciej Rzeszy i trwał dalej przez całą wojnę. Niewielu współczesnych historyków zgodziłoby się z tym „intencjonalnym” podejściem. Przeważająca część badaczy uważa, że większość planów, na przykład plan wymordowania wszystkich Żydów w Europie, była improwizowana, a decyzja o ich podjęciu zapadła dopiero w jakiś czas po rozpoczęciu wojny. Oczywiście, mieliśmy znacznie więcej czasu na zrozumienie procesu decyzyjnego w Trzeciej Rzeszy. Większość z nas odbiera ją w odmienny sposób niż Goldensohn i jego współcześni.
Nowsze badania pozwalają nam spojrzeć w pełnym świetle i z nowej perspektywy na niektóre istotne dokumenty przedstawione w Norymberdze. Czasami dostrzegamy w nich więcej niż oskarżyciele czy sędziowie z Norymbergi. Ci ostatni byli wręcz zasypani dokumentami. Oskarżyciele, uciekając się do sprytnej taktyki, zarzucali trybunał tysiącami akt, oświadczeń i zeznań świadków[44]. Dopiero po wielu latach możemy stwierdzić, co mieli na myśli niektórzy z zeznających – i co powtarzali inni w rozmowach z Goldensohnem – mówiąc, że naziści planowali unicestwienie 30 milionów ludzi. Ich zamiarem było nie jedno ludobójstwo, ale cała ich seria[45]. Podczas procesu przedłożono kluczowe dokumenty dotyczące tych planów, ale sąd nie zdołał wyjaśnić w pełni sprawy.
Chociaż Goldensohn podczas wywiadów zazwyczaj zachowywał się w sposób neutralny, jednocześnie wyrażał jasno swoje zdanie – na przykład głęboki sceptycyzm w stosunku do wielu wyjaśnień, jakie podawali oskarżeni. Czasem reagował dość gwałtownie, o czym dowiadujemy się z innego źródła[46]. Goldensohn przeprowadzał na przykład wywiad z Ottonem Ohlendorfem, który nie został zaliczony do głównych zbrodniarzy wojennych, ale zeznawał jako świadek. (Później stanął przed sądem, który skazał go na karę śmierci). Ohlendorf kierował Einsatzgruppe D, która, zgodnie z jego własnym zeznaniem, była odpowiedzialna za śmierć co najmniej 90 tysięcy ludzi, przede wszystkim Żydów[47]. Jego Einsatzgruppe była jedną z czterech takich jednostek na Wschodzie; istniało ich znacznie więcej[48]. Ohlendorf uważał siebie za jednego z „intelektualnych” przywódców Służby Bezpieczeństwa (SD). Twierdził, że jest „idealistą” i nie ma nawet poglądów antysemickich. Dlatego też był poruszony, kiedy Goldensohn oskarżył go o sadystyczną perwersję albo szaleństwo. Czy można w inny sposób wytłumaczyć, pytał doktor, że Ohlendorf, tak dumny ze swojej „uczciwości i nieprzekupności”, rozkazał zamordować tyle niewinnych mężczyzn, kobiet i dzieci?[49]
Podczas lektury okaże się, że Goldensohn nie zawsze był tak ostry. Wydaje się jednak, że przybył do Norymbergi z przekonaniem, że niektórzy – a może nawet wszyscy – naziści są sadystami, również ci, którzy nie brali bezpośredniego udziału w okrutnych akcjach. Goldensohn, który pragnął zdobyć odpowiedzi na swoje pytania o naturę nazizmu, bywał czasami natrętny. Z pewnością nie wahał się naciskać na oskarżonych, kiedy uznał ich wypowiedzi za niesatysfakcjonujące czy sprzeczne, choć zazwyczaj wycofywał się, kiedy poczuł, że wywiad zaczyna za bardzo przypominać przesłuchanie krzyżowe.
Z wyjątkiem Rudolfa Hessa i – w późniejszym okresie procesu – być może Hansa Franka oskarżeni z Norymbergi z pewnością nie byli chorzy psychicznie. W rzeczywistości większość z nich to ludzie aż zbyt „normalni”, którzy przez całą swoją karierę (wyłączając Hessa) cieszyli się zdrowiem psychicznym. W przeważającej mierze okazali się „dobrymi ojcami rodzin”, wielu zdobyło wysokie wykształcenie i przygotowanie zawodowe. Test inteligencji, przeprowadzony przez doktora Gilberta, dowiódł, że wszyscy poza jednym (Streicherem) mieli „iloraz inteligencji powyżej średniej” – od 99 do 110 IQ. Z 21 badanych czterech miało IQ powyżej 130, a dwóch powyżej 140[50]. Wszechmocni niegdyś „przywódcy Rzeszy” oburzali się, że są w ten sposób badani przez zwycięzców, którzy trzymają ich w niewoli, ale kiedy doszło do testów psychologicznych, „każdy starał się dowieść swoich zdolności”[51].
Norymberga jako niedokończony projekt
Pomiędzy grudniem 1946 roku a kwietniem 1949 roku przeprowadzono w Norymberdze dwanaście dodatkowych procesów. Podczas gdy w pierwszym wielkim procesie brali udział sędziowie i oskarżyciele ze wszystkich mocarstw alianckich oraz z Francji, później już tylko Stany Zjednoczone występowały przeciwko jednostkom i grupom oskarżonym o „fizyczne” dokonanie zbrodni[52]. Te późniejsze procesy miały szczególne znaczenie, ponieważ rzuciły światło na szeroki udział społeczeństwa w łamaniu praw człowieka i zaangażowanie w zbrodnie wojenne oraz masowe mordy. Podczas kolejnych procesów w dalszych latach państwa okupujące Niemcy – Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Związek Radziecki i Francja – stawiały nazistów przed sądem pod rozmaitymi zarzutami[53]. Także sami Niemcy sądzili różne zbrodnie popełnione w Trzeciej Rzeszy i chociaż kwestia procesów zbrodniarzy wojennych pozostaje niezwykle skomplikowana, procesy te odbywały się i odbywają aż do dziś[54].
Pierwszy proces norymberski, podczas którego postawiono przed sądem głównych zbrodniarzy wojennych, był dla opinii publicznej wielkim szokiem. Chociaż w czasie wojny rządy alianckie podawały do wiadomości przykłady nazistowskich okrucieństw, włącznie z eksterminacją Żydów, nie dowierzano tym historiom, przypuszczając, że – podobnie jak informacje o niemieckich zbrodniach podczas pierwszej wojny światowej – są jedynie przejaskrawioną, tendencyjną propagandą. Obszerna dokumentacja przedstawiona w Norymberdze aż nazbyt wyraźnie ukazała rozmiary zbrodni.
Choć mieszkańcy Europy, wliczając w to Niemców, nie byli przygotowani na tę wiedzę, w większości popierali procesy i wyciągnęli z nich naukę[55]. Wciąż trudno nam uwierzyć w rozmiary zbrodni, skalę mordów i niewyobrażalne okrucieństwa nazistów.
W Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i w innych krajach legaliści utrzymywali, że procesy są nieprawomocne, ponieważ nie zostały przeprowadzone na podstawie istniejącego prawa międzynarodowego. Opinię tę odrzucili teoretycy pragmatycznego prawa naturalnego, którzy uważali procesy za konieczną metodę obrony ludzkości przed niespotykanymi wcześniej zbrodniami. Oba te poglądy wciąż pojawiają się w debatach specjalistów i są ważne dla zrozumienia współczesnych problemów, takich jak spory wokół nowego Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze[56]. W 1945 roku przezwyciężono wszystkie prawne czy filozoficzne sprzeciwy i procesy się odbyły, tak jak pragnęli teoretycy pragmatycznego prawa naturalnego[57].
Robert Gellately







