„Pixel Flesh” pokazuje, jak bardzo technologia i przemysł kosmetyczny wpływają na zdrowie psychiczne i na to, jak kobiety postrzegają swoje ciała. Uczy też, jak się od tego uwolnić i zacząć akceptować siebie,
We współczesnym świecie wygląd stał się walutą. Operacje plastyczne są coraz bardziej popularne, a media społecznościowe wyznaczają nierealistyczne standardy piękna.
Mocna i przenikliwa analiza współczesnej kultury piękna, która pokazuje, jak media społecznościowe, technologia i przemysł kosmetyczny wpływają na to, jak kobiety postrzegają swoje ciała.
Autorka demaskuje toksyczne mechanizmy, które stoją za „ideałem urody” – od filtrów upiększających i operacji plastycznych po presję bycia zawsze „gotową na zdjęcie”. Książka pokazuje, że te z pozoru powierzchowne zjawiska mają głęboko zakorzenione konsekwencje: wpływają na zdrowie psychiczne, poczucie własnej wartości, relacje międzyludzkie, a nawet decyzje zawodowe i życiowe.
„Pixel Flesh” nie tylko obnaża problem, ale też daje nadzieję – proponując drogę do autentyczności, samoakceptacji i zdrowego podejścia do własnego ciała. To lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce zrozumieć, jak wygląd stał się walutą współczesnego świata – i jak się temu nie poddać.
Pixel Flesh. Jak toksyczne algorytmy krzywdzą kobiety
Przekład: Nina Wum
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 11 marca 2026
Droga Czytelniczko,
traktuję temat tej książki jako otwarty na dyskusję, w której każda z nas może wziąć udział. W związku z tym na ostatnich stronach znajdziesz słowniczek być może nieznanych Ci terminów i koncepcji. Nie wahaj się go użyć jako przewodnika. Wszystkie wciąż się czegoś uczymy.
Ellen
Ale co do tej drugiej – z mówieniem prawdy o własnych doświadczeniach cielesnych – to wydaje mi się, że dotąd jeszcze się z nią zmagam. Wątpię, czy poradziła sobie z tą kwestią jakakolwiek kobieta. Nadal piętrzą się tu przeszkody niezwykle wysokie, a zarazem trudne do zdefiniowania.
Virginia Woolf, Praca zawodowa kobiet
przełożyła Magdalena Heydel
Tylko serce przetworzy obrazy, które nosisz w sobie.
Rainer Maria Rilke, Punkt zwrotny, przełożyła Alicja Janusz
Prawda
Oto kilka słów prawdy o mnie.
Nie jestem piękna. Bezustannie zaprzątają mnie myśli o własnym ciele i wyglądzie. Za każdym razem, gdy mam okazję się przejrzeć w jakimś lustrze, chwytam za metaforyczny nóż i przeprowadzam wiwisekcję wszystkiego, co widzę.
Zdarza mi się „zapomnieć” o posiłku. Nauczyłam się rozkoszować stanem wygłodzenia. Jestem głodna. Jestem winna. Zmuszam własny organizm, żeby sam siebie pochłaniał.
Odnotowuję swoją wagę – w pamięci, a także w podświadomości – od czasów, gdy byłam nastolatką. Nie mam najmniejszego pojęcia, jak naprawdę wygląda moje ciało, chociaż widzę je każdego dnia. Mimo że skrupulatnie analizuję każdy szczegół, każde zagłębienie, każdą fałdkę, najwyraźniej jestem ślepa na własną powierzchowność. Wiem o tym, bo inni ludzie wypowiadają się o moim wyglądzie w sposób, którego nie umiem dopasować do swoich przekonań. Na szczęście wystarcza mi jasności umysłu, żeby zdawać sobie sprawę, że nie mogę być jedyną na całym świecie osobą z dobrym wzrokiem. Dysmorfofobia? Nie dostałam oficjalnej diagnozy, podobnie jak nigdy nie stwierdzono u mnie zaburzeń odżywiania. Tak jak wiele kobiet, poruszam się na orbicie objawów, unikając jednoznacznego zakwalifikowania. Utknęłam na peryferiach dysfunkcji. Należę do osób, w przypadku których fachowa interwencja nie jest jeszcze konieczna.
Chciałabym przestać przewijać obrazki w moim telefonie, ale nie umiem go odłożyć. Wiem, że dryfuję coraz dalej od rzeczywistości. Kasuję aplikacje, a potem zdarza mi się raptownie wybudzić z transu, podczas którego mój kciuk odruchowo przeklikuje się przez kolejne ekrany telefonu w poszukiwaniu czegoś, co przestało istnieć. Mózg stracił łączność z ciałem, nad którym, jak się wydaje, nie mam już kontroli.
Miałam szesnaście lat, kiedy zaczęłam pozbawiać się głowy na potrzeby Instagrama. Wycinałam ją ze zdjęć. Na tamtym etapie żyłam jedną nogą w świecie realnym, a drugą w tym wymyślonym i w żadnym z nich nie czułam się naprawdę sobą. Moja matka nie potrafiła pojąć, dlaczego nie uśmiecham się na fotografiach. Pokaż tę śliczną buzię! Ja z kolei nie pojmowałam, jak ona może nie rozumieć, że sieć jest miejscem, w którym różne rzeczy się obcina, podsuwając widzom wyłącznie najlepsze kąski. Wciskałam swoje życie w dwieście osiemdziesiąt znaków ze spacjami lub w kwadrat zawierający tysiąc osiemdziesiąt pikseli. Jak mogła oczekiwać, że cała się tam zmieszczę?
Bywa, że wciskam klawisz „powiększ” raz za razem, zagłębiając się tak daleko we własną twarz, aż nie widać już nic prócz mieszaniny odcieni. Wtedy biorę się do dzieła. Ugniatam i przystrzygam pojedyncze piksele tak długo, aż po wyjściu z trybu powiększającego jestem usatysfakcjonowana tym, co widzę. Tak właśnie chcę być postrzegana. Publikuję zdjęcie i spotykam się z głośnym aplauzem.
Prawie codziennie zastanawiam się nad powiększeniem sobie ust. Jeśli akurat nie myślę o ustach, to myślę o swoich policzkach, brodzie lub jakiejś innej części mojej twarzy, która wymaga poprawek, tylko ja jeszcze tego nie dostrzegłam. Wiem, że coś musi być z tą twarzą nie w porządku, nawet jeśli nie potrafię sprecyzować co. Wielokrotnie umawiałam się na wizytę do chirurga plastycznego, żeby zyskać pewność w tej kwestii. Nie dotarłam na żadną z nich.
Ludzie mówią mi komplementy, a ja im nie wierzę.
W 2019 roku wybierałam się na wieczór na mieście z koleżankami, kupiłam więc sobie nową bluzkę. Chciałam się poczuć seksownie. Nigdy nie eksponuję piersi, chociaż to je właśnie lubię w sobie najbardziej. Przyznanie się do tego brzmi płytko, ale taka jest prawda. Bluzka miała długie rękawy i głęboki dekolt, co moim zdaniem zachowywało odpowiednie proporcje między nagością a ubraniem. (Spędzam mnóstwo czasu, zastanawiając się, jakie są te odpowiednie proporcje). Zrobiłam sobie w lustrze kilka autoportretów i wrzuciłam je do moich stories. Werdykt pojawił się błyskawicznie – emotki płomieni, serduszek oraz wykrzykniki w komentarzach dały mi motywację, której potrzebowałam, żeby wyjść za próg.
Na zewnątrz panował ciepły wiosenny zmierzch, pomału przechodzący w wieczór. Z każdym krokiem czułam, jak kolejna para oczu wymierzona w moją odsłoniętą skórę zdziera z niej żywą tkankę, komórka po komórce. Traciłam cząstki siebie wraz z każdym taksującym mnie spojrzeniem. Okryłam się kurtką i zapięłam wszystkie guziki, by ukryć dekolt. Nie zdjęłam jej już przez resztę wieczoru, spływając potem w metrze, które mknęło w stronę baru, a później w drodze powrotnej. Moja nowiutka bluzka pozostała niezauważona i wilgotna. Zaciskałam na sobie poły kurtki, aż zbielały mi palce.
Kiedy już wrzucę coś do sieci, zamykam wszystkie aplikacje i ciskam telefon w przeciwległy kąt pokoju. Wrzeszczę. A potem wstaję i natychmiast odświeżam stronę. Kasuję to, co opublikowałam, publikuję to ponownie, kasuję jeszcze raz i wprowadzam drobne poprawki. Odświeżam stronę jak opętana. Ukrywam liczbę lajków. Odświeżam jeszcze raz.
Pewnego razu koleżanka wrzuciła na Instagrama fotografię, na której się uśmiecham. Ósmą z kolei na rolce. Płakałam z tego powodu przez godzinę.
Lekarz medycyny estetycznej powiedział mi kiedyś nieproszony, że mam ładne usta (co uznałam za miłą uwagę), ale słabo zarysowane kości policzkowe. Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad kształtem swoich kości policzkowych. Od tamtej rozmowy myślę o nich bez przerwy.
Często dopada mnie wrażenie, że nie ma sensu istnieć, o ile nie istnieje się we właściwej oprawie – przystrojoną odpowiednim błyszczykiem, fryzurą, parą trampek, z twarzą pokrytą pracochłonnym, lecz stonowanym makijażem. Gdy wchodzę do pomieszczenia pełnego ludzi, jestem żywo świadoma sumy wszystkich moich wypracowanych zalet.
Udaję, że nie chcę być postrzegana, ale bezskutecznie, a pogoń za cudzymi spojrzeniami to trucizna sama w sobie. Bierze się z niedoboru, z ziejącej we mnie próżni, która domaga się wypełnienia. Walczę o to, by widziano mnie taką, jaką chcę być – piękną, wyjątkową, promienną i perfekcyjną, bez względu na koszty.
Pojęcie rzeczywistości wydaje mi się coraz bardziej zamglone i nieoczywiste. Widuję porównania zdjęć z mediów społecznościowych z tymi bez retuszu. Widzę, jak naprawdę wyglądają inni ludzie – oraz jak chcieliby być postrzegani. Różnica jest ogromna. Zdaję sobie sprawę, że obrazy z Instagrama nie mają wiele wspólnego z prawdą, a jednocześnie są one nieprzerwanie obecne w mojej świadomości. Ciała zmieniające postać i kształt, ciała wypełniające prefabrykowane formy o morderczo ostrych krawędziach. Rzecz w tym, że w cyfrowym królestwie wszystko jest piękne, a nie boli nic.
Wstęp
Inaczej wyobrażałam sobie kupowanie twarzy. Wyobraźnia podpowiadała mi, że będzie ona silikonowa, o niewinnie rozchylonych wargach i zapakowana w celofan. Po wyjęciu z folii przyciskałoby się taką sztuczną twarz do własnej niczym maskę i czekało, aż stopi się z naszą żywą tkanką, idealna i uśmiechnięta. To, o czym teraz rozmawiałyśmy, tchnęło grozą. Siedziałam w zakurzonej sali konferencyjnej gdzieś pośród hiszpańskiego pustkowia. Zapadały właśnie decyzje odnośnie do przyszłości naszej technologii.
Aplikacja, którą miałyśmy stworzyć, była utrzymana w odcieniach różu i brzoskwini – wyobraź sobie białe ekrany z cielistymi akcentami i wyrazistym czarnym logo na samej górze. Składała się z obrazów, z niekończących się serii zdjęć kobiet. Rolki i galerie, posortowane pod kątem najmodniejszej akurat zawartości. Były tam brwi, usta i policzki; klientka mogła poskładać z nich wymarzoną ofertę i od razu dokonać zakupu. Widziałyśmy przed sobą przyszłość, w której będzie mogła ona śledzić konta znajomych i celebrytek, dowiedzieć się, z jakich zabiegów medycyny estetycznej skorzystały, i nabyć te same usługi.
Działałyśmy w branży beauty. Niezależni specjaliści ze związanych z nią dziedzin publikowali na naszej platformie zdjęcia swoich usług. Mogli synchronizować kalendarze wizyt i przyjmować zapisy od tysięcy miłośniczek piękna, które posługiwały się naszą aplikacją, żeby udokumentować swój ulubiony wygląd. Zaczęłyśmy od manikiuru, kolorowych doczepianych warkoczyków i makijaży imprezowych, ale bardzo szybko do gry wkroczyli specjaliści od medycyny estetycznej. Nagle mogłaś u nas kupić nowy nos, podbródek albo czoło gładkie jak z blachy (wszystko to dzięki zastrzykom). Twoje konto w tej aplikacji zawierało wszystkie ulubione zabiegi oraz style. Kolor lakieru do paznokci, który wybrałaś na tamto wesele, przedłużki fryzjerskie, które dodały ci powabu podczas urlopu, czy nos wyrzeźbiony fachowo tuż przed uroczystością zakończenia studiów – wszystko na widoku, wszystko opatrzone linkami, aby inne użytkowniczki też mogły z tego skorzystać. Wyznaczałyśmy trendy, organizowałyśmy zabiegi dla sław i darmowe usługi dla influencerek. Nasza aplikacja stała się wyrocznią w dziedzinie najbardziej pożądanych tendencji w branży.
Pracowałam w tej firmie przez ponad rok, od chwili jej powstania. Miałam wówczas dwadzieścia trzy lata i był taki moment, gdy jak na kogoś w moim wieku robiłam błyskotliwą karierę. Byłam jasną, wschodzącą gwiazdą. Tuż po tym, jak udało nam się zebrać cztery miliony funtów finansowania, wybrałyśmy się całą załogą do Hiszpanii. To było ucieleśnienie wyobrażeń o tym, jak spędzają czas pracownicy firm technologicznych z Doliny Krzemowej. Ziszczona fantazja godna Goop1, a właściwie jego skąpana w mrocznym sosie parodia. Spałyśmy na nadmuchiwanych łóżkach, chodziłyśmy na wycieczki po okolicy, które miały pomóc nam odnaleźć siebie, i wylegiwałyśmy się wokół basenu, wypełniając kwestionariusze odnośnie do przeżytych w dzieciństwie traum.
Pewnego dnia nasz kierownik zespołu (niegdysiejszy łowca głów do projektów venture capital) prowadził z nami zajęcia na temat budowania lepszych technologii. Z jakichś przyczyn oznaczało to, że każda z nas miała sobie wyobrazić, jak nasza firma popada w najgorsze możliwe tarapaty, a następnie stworzyć plan ich uniknięcia. Siedziałyśmy więc na plastikowych szkolnych krzesełkach, usiłując kolejno wyobrazić sobie jak najbardziej przerażający scenariusz biznesowego fiaska. Dane z naszej aplikacji mogłyby wyciec do sieci. Ktoś mógłby zhakować program. Mogłybyśmy stracić dane płatnicze naszych klientek. Kiedy przyszła moja kolej, wygłosiłam przepowiednię o tym, jak algorytm wznieci w armii dziewcząt krytyczny stosunek do siebie, jednocześnie zachęcając tysiące z nich, żeby wyrzeźbiły swoje twarze i ciała na obraz i podobieństwo jedynego słusznego wzorca, wydając na to dziesiątki lub setki tysięcy dolarów. A potem zmienimy algorytm i te kosztowne wyróżniki wyjdą z mody.
Brzmiało to jak scenariusz odcinka Czarnego lustra. Gdy skończyłam mówić, uświadomiłam sobie, że to już się dzieje. Że właśnie się przeobrażam w serialowy czarny charakter.
Nasze podejście do technologii było odmienne od wszystkich. Stanowiłyśmy w końcu kobiecy zespół miłośniczek branży beauty. Nasz start-up miał być odpowiedzią na kalifornijską ziomokrację. Podpisałyśmy deklarację Organizacji Narodów Zjednoczonych o dążeniu do celów zrównoważonego rozwoju, a nasza oferta koncentrowała się na rozwoju kobiet i dziewcząt w kierunku osiągnięcia równości płci. Pracownicami branży beauty w 70 procentach są kobiety. Wiele z nich używa umiejętności pozyskanych w toku socjalizacji, żeby stworzyć sobie elastyczną działalność zawodową. Pracują z domu lub z wynajętych biur, często łącząc karierę z zaangażowaniem w życie rodzinne i w aktywności swoich dzieci. Jeszcze niedawno publicznie wyśmiewano dziewczęta wybierające zawody związane z fryzjerstwem czy usługami kosmetycznymi. Te same dziewczyny zarabiają dziś tysiące funtów miesięcznie, oddając się twórczym zajęciom, które sprawiają im radość. Głosiłyśmy wszem wobec, że zatrudnienie w branży urodowej zapewni kobietom w każdym wieku samostanowienie i karierę zawodową, w której pracuje się na własne konto; że to idealna droga dla tych, które chcą przejąć kontrolę nad własnymi zarobkami i rzucić się głową naprzód w przedsiębiorczość.
Ale to tylko część prawdy.
Nasz start-up przynależał do globalnego rynku urodowego, który jest wart 500 miliardów dolarów. Jeżeli wierzyć przewidywaniom magazynu „Forbes”, jego wartość wzrośnie w 2025 roku aż o połowę. Branża globalnie przybiera na sile, ewoluując i rozrastając się w odpowiedzi na wymogi kultury, która coraz częściej wydarza się w sieci. Moja firma była jedną z wielu spółek starających się zmonetyzować dekadę strzelania sobie selfies oraz wzrastającej powszechnie obsesji na punkcie własnego wyglądu. Branża beauty zmieniła się w tętniący życiem kompleks przemysłowy, w którym części ciała projektowano tak, by można je było łatwo replikować i sprzedawać tłumom.
Z perspektywy czasu widzę, że nasz start-up był książkowym przykładem wsadzania głowy w piasek, jeśli chodzi o standardy urody. Trąbiłyśmy na wszystkie strony o upodmiotowieniu jednostki i o miłości do samej siebie, jednocześnie zbijając fortunę na rosnących w zawrotnym tempie oczekiwaniach odnośnie do kobiecych ciał. Traktowałyśmy zabiegi medycyny estetycznej, jakby istniały w kulturowej próżni, niezależne od patriarchalnych ideałów karmiących się czasem, pieniędzmi i wysiłkiem kobiet na całym świecie. Wrzucałyśmy na Instagrama różowo-fioletowe obrazki z hasłami o tym, jak to kobiety powinny doceniać własne piękno (a także piękno innych kobiet wokół), umawiając się na zabiegi medycyny estetycznej za pośrednictwem naszej aplikacji. Nasze zarobki pochodziły bezpośrednio od kobiet, których poczucie własnej atrakcyjności podkopano – od kobiet usiłujących dosięgnąć wyśrubowanych standardów wmawianych im przez społeczeństwo. Jak ujęła to feministyczna autorka Jessa Crispin, „kobiety zarabiające na patriarchacie zadbają o to, żeby nigdy nie runął”.
Ale to również jest tylko część prawdy.
W drodze powrotnej z Hiszpanii wykorzystałam moment spędzony na stacji kolejowej. Wyciągnęłam z plecaka mały poprzecierany notes i zaczęłam pisać, starając się ułożyć sobie w głowie pytania, które w niej dźwięczały. Stworzyłam listę tych, na które trudno było mi znaleźć odpowiedź:
•Czy jesteśmy w stanie promować samostanowienie przez piękno, jednocześnie nie powielając seksistowskich, kapitalistycznych standardów urody?
•Czy wypełniacze w strzykawkach mogą być feministyczne? Jak wygląda szczera autoekspresja w patriarchalnym społeczeństwie? Czy w ogóle mamy jakiś wybór?
•W jaki sposób kultura obsesji na punkcie piękna wpłynęła na moje własne życie? Jak czują się kobiety z mojego otoczenia?
•Co się stanie, jeśli się z tego wszystkiego wypiszę? Czy mogę się wypisać?
•Jak możemy przekształcić narrację wokół urody i tego, co uważa się za piękne?
•Jeżeli wszystko zmierza ku lepszemu, to dlaczego tyle kobiet czuje się ze sobą coraz gorzej?
•Czy kiedykolwiek zdołam z czystym sumieniem wspierać branże, które przez całe moje życie podkopywały moją samoocenę?
•Jak mogę zabrać głos w ramach tej narracji i zrobić coś dobrego?
•Jak możemy stworzyć kobietom i dziewczętom piękniejszą przyszłość?
Przypomniałam sobie te wszystkie dziewczyny zgłaszające się jako ochotniczki do bezpłatnych zabiegów upiększających. Ile z nich przystąpiło do nich z własnej woli? Pomyślałam o kobietach, o tysiącach kobiet, które dzięki pracy w branży beauty zyskały niezależność finansową. A potem o milionach tych, dla których piękno było ostateczną formą kontroli. Zastanowiłam się, czy możliwe jest zarabianie razem z kobietami, ale bez zarabiania na kobietach. Przemyślałam swój własny, prywatny syndrom sztokholmski. Czy to ja byłam swoim oprawcą, a może był nim ktoś inny? Zastanowiłam się nad rolą feminizmu w patriarchalnym świecie i zdałam sobie sprawę, że tu tkwi największy paradoks. Przyszło mi do głowy, że trzeba rzucić tę pracę – a chwilę później, że przecież jeśli to zrobię, stracę dostęp do wszystkich darmowych zabiegów.
John Berger napisał słynne: „Cieszyło cię patrzenie na nagą kobietę, więc namalowałeś jej portret, włożyłeś w dłoń lustro i zatytułowałeś obraz Próżność. Potępiłeś kobietę, której nagość uwieczniono dla twojej osobistej przyjemności”.
Spójrzmy na sprawę pod jeszcze jednym kątem. Nauczyłeś dziewczynkę, że wysiłek wkładany w urodę to inwestycja konieczna do podtrzymania jej wartości, że zaplatanie warkoczy, dbałość o cerę i skubanie brwi to niezbędne umiejętności, bez których zatraci człowieczeństwo. Powtarzałeś jej raz po raz, że ten wysiłek ma wartość tylko wtedy, gdy jest darmowy, a kiedy zaczęła czerpać z niego zyski, zlekceważyłeś jej wysiłki jako niepoważne. A później feministki dostrzegły krew na jej rękach i wygnały ją ze swojego grona, wyzywając od zdrajczyń.
Kilka tygodni po powrocie z tej wyprawy rzuciłam pracę. Zapisałam następne strony tego małego różowego notesika próbami odpowiedzi na pytania wciąż rozbrzmiewające w moim umyśle. Zaczęłam pisać tę książkę.
***
Wszystko wzięło swój początek w osobistych rozmyślaniach, ale szybko stało się czymś więcej. Od tamtej pory pracowałam jako dziennikarka, wydawczyni, marketingowczyni oraz konsultantka do spraw mediów społecznościowych. Moimi klientami były firmy z branży beauty, start-upy, NGOS-y oraz platformy medialne – wśród nich znalazły się jedne z najbardziej feministycznie nastawionych, postępowych instytucji w tym kraju. Miałam szczęście, że mogłam z nimi współpracować. Zdarzało mi się mieć do czynienia z kobietami będącymi ucieleśnieniem współczesnego feminizmu, które przyznawały mi się w tajemnicy do tego, że najtrudniejszą częścią ich dnia jest decyzja, co mają na siebie włożyć. Mówiły mi w sekrecie, że wszystkie retuszują swoje zdjęcia na Instagramie, żeby prezentować się jako „dość dobre”, że własna powierzchowność regularnie przyprawia je o załamanie nerwowe – oraz że płacą tysiące dolarów za zabiegi konieczne, by mogły utrzymać wygląd godzien ich kolejnego biznesowego przedsięwzięcia. Bywałam na takich przyjęciach, gdzie grupowe zdjęcie z imprezy przekazywano kolejno każdej uczestniczce, żeby mogła dokonać poprawek i wygładzić wszystkie niedoskonałości, zanim fotografia trafi na Instagram. Byłam pocieszycielką nastolatki z mojej rodziny, którą przyłapano na wysyłaniu chłopcom ze szkoły swoich nagich zdjęć. Miałam do czynienia z licealistkami, które zaczęły już stosować wypełniacze. Wiele z tych zachowań dotyczy także mnie. Jestem tym przerażona.
Zaczęłam rozmawiać z kobietami w swoim najbliższym otoczeniu, a potem z tymi na całym świecie. Chciałam usłyszeć prawdę o ich doświadczeniach z pojęciem piękna. Książka, którą trzymasz w ręku, jest w pewnym sensie zbiorem wyznań, zapisem mojej walki o uchwycenie niejednoznacznej prawdy o tym, jak to jest żyć dziś w kobiecym ciele. Znajdziesz tu mądrość życiową wielu kobiet, ich osobiste historie oraz refleksje. Zapytałam o zdanie kobiety cis, kobiety trans, kobiety o męskim i kobiecym wyglądzie, kobiety nieheteronormatywne, feministki, przedstawicielki pokolenia Z oraz pokolenia milenialsów, kobiety mające miliony obserwatorów na Instagramie oraz takie, które nie mają ani jednego, matki, studentki, pracownice seksualne, influencerki, naukowczynie, celebrytki i prezeski firm. Wszystkie one dołożyły starań, by odpowiedzieć na zadane powyżej pytania, by ukoić zamęt w naszych mózgach. Im więcej przeprowadzałam rozmów, tym silniej zdawałam sobie sprawę z wagi naszych zbiorowych doświadczeń oraz z tego, jak bardzo potrzebna jest nam dziś solidarność.
Jestem białą kobietą z klasy średniej. Mam drobną budowę, jasną skórę, blond włosy i niebieskie oczy. Od zawsze tkwię w osobistej relacji z przemysłem beauty, który kształtuje moje samopoczucie – fizyczne i psychiczne. Postąpiłabym niesłusznie, zgłaszając akces do międzynarodowej grupy kobiet padających ofiarą prześladowań. Myślę jednak, że odrzucanie wspólnoty doświadczeń nam szkodzi. Uważam, że powinnyśmy podkreślać solidarność, a nie podziały. Jeśli moje poszukiwania czegoś mnie nauczyły, to tego, że moje codzienne interakcje ze współczesną kulturą pogoni za pięknem nie są niczym wyjątkowym. Kobiety należące do marginalizowanych grup społecznych doświadczają tych trudności intensywniej, ponieważ w ich przypadku opresja pochodzi z wielu różnych stron. Kobiety niebiałe, kobiety z klasy pracującej, niepełnosprawne, trans lub te o męskim wyglądzie borykają się z dodatkowymi uprzedzeniami.
Ta książka opowiada o dziewczynach i młodych kobietach – nie dlatego, że mężczyznom i chłopcom żyje się bezboleśnie, ale dlatego, że doświadczenia tych ostatnich są znacząco odmienne, a w tym momencie historycznym to kobiet i dziewcząt dotyczy najwięcej zagrożeń. We wczesnej młodości uczy się nas, że piękno liczy się bardziej niż cokolwiek innego – że atrakcyjność jest podstawową funkcją naszej roli płciowej. Już od pierwszych dni życia wpaja się nam, że być piękną oznacza być kochaną, wyjątkową i dobrą. Brzydota jest nieodmiennie zła i wyobcowująca. A mimo to tak wiele z nas obawia się przyznać, że uroda się liczy, skrępowanych lękiem przed wyśmianiem. Jak możemy przywiązywać tyle wagi do takich błahych babskich spraw?
Kobiety i dziewczęta żyjące w tej cyfrowej erze podlegają niewyobrażalnej wcześniej presji. Spośród wszystkich grup demograficznych to nastolatki najczęściej robią sobie selfies, które następnie retuszują z użyciem filtrów, i tak spreparowane obrazy wrzucają na konta w mediach społecznościowych. Badania przeprowadzone przez firmę Meta przyniosły konkluzję, że Instagram jest miejscem toksycznym dla dziewcząt, a przebywanie tam przysparza im kompleksów na punkcie wyglądu, podczas gdy 83 procent kobiet wyznaje, że media społecznościowe mają na ich samoocenę negatywny wpływ. Z badań firmy Harley Medical Group wynika, że statystycznie kobietom dwukrotnie częściej niż mężczyznom grozi niezadowolenie z własnego wyglądu. Jednocześnie 52 procent dziewcząt między jedenastym a dwudziestym pierwszym rokiem życia czuje potrzebę wyglądania idealnie – ten stan rzeczy pogorszył się o aż niemal 10 procent od 2016 roku. Doświadczamy obecnie prawdziwej epidemii perfekcjonizmu wśród młodych kobiet. Niemal połowa gimnazjalistek rozważa jakieś formy chirurgicznej interwencji we własny wygląd. Z najnowszego raportu CDC, amerykańskiej agencji zdrowia publicznego, wynika, że 57 procent nastoletnich Amerykanek doświadczyło w 2021 roku „ciągłego smutku lub poczucia beznadziei”. Ich liczba wzrosła w ciągu ostatniej dekady o prawie 60 procent. Dwukrotnie więcej dziewcząt niż chłopców cierpi na depresję, a media społecznościowe uważa się za główną przyczynę tego stanu rzeczy. Od czasu powstania tych cyfrowych platform liczba przypadków zaburzenia odżywiania oraz dysmorfofobii wzrosła w Stanach Zjednoczonych i na Wyspach Brytyjskich o około 30 procent.
Kobiety z pokolenia milenialsów oraz z generacji Z2 wychowano w ramach społecznego eksperymentu. Wszystkie dorastałyśmy wystawione na ostrze cyfrowej kultury, zasypywane nieskończoną ilością obrazów, które budziły w nas potrzebę osobistych porównań. Jak podaje „The Atlantic”, poziom depresji, zaburzeń lękowych oraz przypadków samookaleczania wśród dorastających dziewcząt wzrastał w ciągu pierwszej dekady XXI wieku równolegle z rozwojem mediów społecznościowych. Ugrzęzłyśmy w syndromie sztokholmskim. Widujemy na co dzień więcej urodziwych ciał i twarzy, niż to dla nas dobre, popadamy w obsesję na ich punkcie i kolportujemy te obrazy, które krzywdzą nas najmocniej. Żyjemy w żelaznym uścisku kultury piękna. Jak to ujęła Claire Burnett, była dyrektorka zarządzająca brytyjskiego oddziału ONZ Kobiety:
Stoimy obecnie na rozdrożu. Możemy albo uzdrowić relacje z własnymi ciałami, traktując to jako nieodzowny krok w kierunku osiągnięcia równości we wszystkich dziedzinach życia, albo podążać dalej ku destrukcji fizycznego i psychicznego zdrowia kobiet. Musimy wybrać, w którą stronę chcemy iść.
Wielu stwierdziłoby w tym momencie, że feminizm odegrał już swoją rolę. W końcu prawo gwarantuje nam możliwości, o które kobiety walczyły przez ponad sto lat. Ale codzienność kłóci się z tym domniemanym postępem. W społeczeństwie ma miejsce rodzaj gaslightingu. Wyzwolenie kobiet uznano za fakt dokonany, a przecież wiele z nas wciąż czuje się niepewnie, brak nam poczucia bezpieczeństwa albo nie wiemy, jak postępować. Większość z nas czuje się zagubiona z powodu wagi, jaką przywiązujemy do atrakcyjności, z powodu relacji z własnym ciałem, granic, do których się posuniemy, żeby wzbudzić pożądanie – a także zysków z szybkich, prostych rozwiązań mających zaleczyć długotrwały problem.
Współczesna młoda kobieta dryfuje w tym morzu paradoksów. Żyje w świecie, który poddaje standardy urody krytyce, a jednocześnie nadal traktuje je poważnie. Współczesna młoda kobieta zdaje sobie sprawę, że jakiś standard urody jest niezdrowy, a zarazem jest boleśnie świadoma tego, że trzymając się go, zapewni sobie najlepsze warunki. Nienawidzi obrazów wylewających się z mediów społecznościowych, a przy tym konsumuje je z obsesyjną intensywnością i sama rozsyła w świat podobne treści. Wie, że to upragnione piękno często jest fałszywe, a jednocześnie wciąż do niego dąży. Odrzuca male gaze3, a zarazem czerpie z niego korzyści. Czuje się silna i sprawcza, lecz tylko w teorii.
Dopóki uczennice szkół podstawowych będą rozważać naprawienie swoich twarzy i ciał pod nożem chirurga, feminizm nadal będzie aktualny. Będzie on aktualny tak długo, jak licealistki będą się bały wyjść z domu po szkole, sparaliżowane poczuciem, że są zbyt brzydkie, żeby ktokolwiek je oglądał. Statystyki występowania zaburzeń odżywiania są gorsze niż w 1990 roku, kiedy na wybiegach królowała skrajnie wychudzona figura w stylu heroin chic. A to oznacza, że wciąż potrzebujemy feminizmu. Potrzebujemy go, bo wszystkie żyjemy w pandemii przemocy wobec kobiet i dziewcząt, miażdżone presją kultury, która pozwala mężczyznom dyskutować, analizować i dominować ciała kobiet. Coraz częściej odmawia nam się cielesnej autonomii, a jednocześnie Instagram zalewają lukrowane hasła o naszej sile i niezależności. To pustosłowie ma skrywać fakt, że tkwimy w sytuacji podległości. Tak długo, jak będą ginąć kobiety trans, mordowane dlatego, że nie sprostały akceptowanym społecznie standardom kobiecej urody, feminizm będzie nam niezbędny.
Mam nadzieję, że kolejne rozdziały tej książki przyczynią się w najlepszym razie do rozplątania tej pętającej nas sieci, a w najgorszym – pomogą zidentyfikować siły działające przeciwko nam i wydobyć je na światło dzienne. Jak napisała bell hooks:
Ideologia feministyczna nie powinna wpajać kobietom przekonania, że są bezradne. Seksizm już to zrobił. Zamiast tego feminizm powinien wskazywać kobietom źródła siły, z których czerpią na co dzień, oraz sposoby na jej praktyczne zastosowanie w oporze wobec seksistowskiej dominacji i wyzysku.
Chcę, byśmy mogły powiedzieć prawdę o naszych doświadczeniach – żebyśmy były w stanie mówić, krzyczeć i odnaleźć solidarność. Zamierzam zdemaskować absurdy naszej codziennej egzystencji i skonfrontować się z kulturą pogoni za pięknem, używając do tego narzędzi krytycznego myślenia. Owszem, dorastałyśmy pozbawione właściwych pojęć, lecz posiadamy wiedzę i możliwość refleksji nad naszą cyfrową egzystencją. Możemy stworzyć następnemu pokoleniu dziewcząt inną, piękniejszą przyszłość.
Ponad wszystko wierzę, że potrzebujemy się nawzajem bardziej niż kiedykolwiek. Że musimy myśleć i działać jako kolektyw, jako siostrzeństwo. Nie w tym powierzchownym, zbanalizowanym sensie, jakiego pełno w ładnych cytatach z Instagrama – ale naprawdę. Potrzebujemy prawdziwej, istniejącej społeczności kobiet. Bez niej nie przetrwamy we współczesnym świecie. Prawda jest taka, że świat ten wzmacnia naszą alienację i indywidualizm, przez co do naszej społeczności należy zarazem każdy i nikt. Musimy się zorganizować i stawić temu opór. Musimy zacząć tworzyć kobiece przestrzenie, w których będziemy mogły pielęgnować nasze zbiorowe samopoczucie. Mam na myśli prawdziwe dobre samopoczucie, a nie nienawiść do siebie upudrowaną tak grubo, że zaczyna wyglądać jak akt troski.
Ta książka jest tak bliska prawdy, jak to tylko możliwe. Pixel Flesh to w rzeczywistości wyraz mojej niezgody na przemilczanie naszych zmagań. Nie zdołałam opisać w niej pełnego spektrum kobiecych doświadczeń, bo nie byłoby to możliwe. Zamiast tego zapraszam was wszystkie, żebyście poszerzyły dyskurs i parametry tej debaty. Ograniczają mnie mój sposób myślenia oraz nabyta wiedza, książki, które przeczytałam, i to, czego się nauczyłam, ale mam nadzieję, że ta książka zainspiruje cię do krytycznego myślenia o doniosłości kultury piękna oraz o jej dominacji nad światem. Znajdziesz tu opowieści prawdziwych kobiet, takich jak ty i ja. Mam nadzieję, że odnajdziesz się na kartach tej książki, i mam nadzieję, że poczujesz solidarność, a nie tylko dyskomfort. Mam nadzieję, że lektura Pixel Flesh cię wyzwoli. Choćby tylko trochę.







