„Bubka” Julii M. Maj to ciepła, przewrotna powieść o odwadze, która rodzi się wtedy, kiedy nikt się jej nie spodziewa.
Gdyby zapytać Bubkę, czy chce, aby napisano o niej jakąkolwiek książkę, powiedziałaby, że absolutnie nie. Ale jednak.
Bubka ma wszystko to, czego nikt nie chciałby dostać od losu – skarłowaciałą rękę, zeza, nadwagę i życie, które raczej jej nie rozpieszcza. Bubka ma też pracę w budce z kurczakami, ojca, pokoik w zapuszczonym pałacyku i węża.
Seria niefortunnych zdarzeń wywraca jej codzienność do góry nogami, a Bubka staje przed wyborem: dalej chować się przed światem czy podjąć szaloną próbę zmiany losu. W jej życiu pojawia się internetowy coach Dorian i jego nowatorski kurs motywacyjny, Krąg Pięciu Zwierzęcych Przemian.
Debiutująca w 2025 roku Julia M. Maj, autorka ciepło przyjętej powieść „O pięciu osobach, które odwiedziły moją żonę po mojej śmierci”, powraca z książką o znacznie krótszym tytule.
Bubka
Wydawnictwo Relacja
Premiera: 11 marca 2026
Bubka ma wiele rzeczy. Zupełnie nieszczęśliwym zrządzeniem losu są to jednak rzeczy z kategorii przez nikogo niechcianych.
Bo Bubka ma na przykład przykrótką rączkę. Ta nie nadążyła za rosnącymi pozostałymi częściami ciała i gdy te osiągnęły już rozmiary jak u malutkiego, ale jednak dorosłego człowieka, lewa rączka Bubki pozostała przykrótka. Skarłowaciała od przedramienia, skręcona nienaturalnie w stronę tułowia, zakończona pulchniutkimi paluszkami, którymi może nawet i mogłaby ruszać, ale biorąc pod uwagę ich niezdarność, postanowiła tego nie robić. Kiedyś próbowała i nawet przez chwilę się to udawało. Krótką chwilę, bo zaraz po niej trzymany nimi szkolny tornister leciał z hukiem na podłogę, wyrzucając ze swojego wnętrza zeszyty, długopisy i cały zestaw kolorowych flamastrów, czego skutkiem było skierowanie na Bubkę dwudziestu par roześmianych oczu całej klasy. Zbierała rozsypane rzeczy już tylko prawą ręką. Sama, bo oczy wciąż się z niej śmiały. Ta i analogiczne sytuacje skutecznie skłoniły Bubkę do postanowienia, żeby nigdy już nie próbować ruszać swoimi skarłowaciałymi paluszkami. Nieużywana ręka ograniczyła swoją funkcję do bycia z lekka podrzucaną przy każdym kroku i kiedy akurat było to możliwe, chowaną w rękawach szerokich bluz.
Kolejną posiadaną przez Bubkę rzeczą jest zez. Może nie jest on nawet jakoś szczególnie zbieżny czy rozbieżny. Jeśli takiego zeza miałby ktoś inny, to najpewniej nie powodowałoby to nawet wgapiających się spojrzeń nieznajomych i okrutnych drwin znajomych. Ale że tego, nawet nieznacznego zeza miała właśnie Bubka, potrafiła znaleźć w nim pozytyw, bo to właśnie dzięki niemu nauczyła się wielu rzeczy. Nigdy nie patrzeć ludziom w oczy na tyle długo, żeby mogli go zauważyć. Czyli nie dłużej niż sekundę. Najlepiej w ogóle nie patrzeć na ludzi. Bo jeśli ona na nich patrzy, to oni patrzą na nią. A jeśli nie interesujesz się innymi ludźmi, istnieje spora szansa, że oni nie zainteresują się tobą. Bo jeśli już to zrobią, pierwsze, co zobaczą, to albo przykrótka rączka, albo zez. Nawet jeśli wcale tak nie jest. Nawet jeśli wcale na nią nie patrzyli albo mieli ją zupełnie gdzieś. Dla Bubki głowy nie miało to żadnego znaczenia. Ciągle czuła na sobie ich prześmiewczy wzrok, a mięśnie karku zaciskały się w kamień.
Do zaszczytnego grona nieszczęść życiowych Bubki zaliczyć można także nadwagę. Ale ona pojawiła się nieco później. Gdyby wtedy nie wdrapała się na ten spróchniały konar, gdyby nie zleciała razem z nim z wysokości ponad dwóch metrów, gdyby paskudnie nie złamała kości strzałkowej w trzech miejscach, gdyby nie założyli jej gipsu, gdyby nie leżała przez całe wakacje napychana kolejnymi słodyczami wręczanymi przez ojca, który czuł się winny, że zamiast pilnować córki, umęczony niemiłosiernym kacem zasnął na ogrodowej huśtawce. Gdyby nie to wszystko, to Bubka może nie przytyłaby dziesięciu kilogramów w jedne wakacje i nie nauczyłaby się zajadać problemów. Ale to wszystko się wydarzyło i następne, ciągnięte grawitacją fałdki pojawiały się na coraz to nowych częściach bladego ciała. Bubka zasłaniała je więc kolejnymi warstwami kupionych na bazarku ubrań, w coraz mniej krzykliwych kolorach. Tak poradziła jej wcale niechudsza sprzedawczyni, która oceniającym wzrokiem witała ją przy każdej konieczności zmiany garderoby. „Nie zwracaj na siebie uwagi, wtedy mniej osób zauważy, że jesteś gruba”, brzmiało motto, które przejęła i postanowiła stosować nie tylko po to, żeby ukryć swoją tuszę, ale i wszystko pozostałe. Działało.
Bubka ma też od urodzenia ten sam pokoik, z tą samą żółtą tapetą w jeszcze bardziej żółte kwiatuszki, do której jej stosunek kształtował się zadziwiająco podobnie jak stosunek do własnego ojca. Bubka najpierw bezgranicznie kochała swoją tapetę. Sama ją wybrała i kiedy to zrobiła, za nic nie chciała już odkleić małej rączki od jej próbki otrzymanej w markecie budowlanym. Mogła z zachwytem godzinami patrzeć na ściany swojego pokoju, wodząc wzrokiem po kolejnych, nic, że takich samych, kwiatuszkach. Ale minęło kilka lat i Bubka, jak to każda dziesięcioletnia dziewczynka lubiła podkreślać, nie była już dzieckiem i wściekła żółć tapety zaczęła ją uwierać w jej dorosłe już poczucie estetyki. Szczerze znienawidziła swoją tapetę, ale na jej nieszczęście stało się to już po czasie, kiedy jej tata był najbogatszym tatą w okolicy i nie mógł wymienić jej tapety, bo był zajęty siedzeniem w więzieniu. Nie miała wyboru. Wkurzenie przeistoczyło się w ulubiony stosunek Bubki do czegokolwiek – czystą obojętność. Szczególnie, jeśli chodziło o jej ojca.
Wielki dom, w którym znajdował się pokoik Bubki, złośliwi nazwaliby pałacykiem. Podobna myśl przyświecała jego właścicielowi podczas procesu dekorowania wnętrz, ale przed usunięciem formy zdrobnienia z opisu tej nieruchomości skutecznie powstrzymywał go absolutny brak gustu. Nibyzłote okucia klamek, nibyzabytkowe lustra, nibykryształowe żyrandole w każdym pomieszczeniu, łącznie z toaletą. Zmieniające kolor ledowe taśmy w najmniej spodziewanych miejscach. Marmury zrobione z kwarcytu, przykurzone atłasy i absolutnie wszystko obite welurem. Ciężkie zasłony, meble na powywijanych nóżkach, reprodukcje dzieł sztuki, których autorów nie znał nikt z domowników. Ogród z mieszanką kamiennych posągów kupionych na wyprzedaży w sklepie ogrodniczym i żywopłotów przystrzyżonych w kształty afrykańskich zwierząt, które ojciec Bubki nazywał swoim małym zoo. Do tego stawik z ozdobnymi, wściekle pomarańczowymi karpiami koi, ale tylko przez jeden sezon, bo okazało się, że żywe stworzenia wymagają karmienia nie tylko jak się komuś przypomni, czyli też z rzadka. Mazurskie przedmieścia jeszcze długo później nie były gotowe na tę dawkę kiczu. Zielony pałacyk znajdował się w małym miasteczku, o równie zaskakującej jak życie Bubki nazwie – Małe, które każdego lata stawało się mekką zgrzanych upałem wakacjowiczów, pragnących choć na chwilę zanurzyć rozpalone ciała w zadziwiająco czystej wodzie jeziora o tej samej nazwie. W pozostałe dziesięć miesięcy w roku było opustoszałym i okrutnie nudnym, typowym mazurskim miasteczkiem. Poza pałacykiem.
Mieszkanie od urodzenia w dokładnie tym samym miejscu przełożyło się także na grunt zawodowy Bubki, choć nazwanie go tak ktoś mógłby uznać za przesadę. Już od pierwszego dnia po maturze, dzień w dzień, z łaskawie udzielonym raz w tygodniu wolnym, Bubka z rana nadziewa na rożna martwe kurczaki, żeby przez następne dziewięć godzin patrzeć, jak równomiernie skwierczą, i tylko od czasu do czasu zapakować jednego w plastikowe opakowanie z krzykliwym hasłem reklamowym „Pieczone kurczaki Pieczara – najlepsze na całych Mazurach” i grafiką kurczaka tak zadowolonego, jakby za pokazanie się na pudełku darowano mu życie. Poza dwoma wyjątkowo zapracowanymi wakacyjnymi miesiącami, bo budka stała dokładnie tam, gdzie kończyła się linia piasku plaży nad Małem, całą resztę roku w pracy robiła głównie nic, przeplatane przecieraniem spoconych od rozgrzanych rusztów części ciała z zupełnie beznamiętnym przeglądaniem portali plotkarskich, nadrabianiem odcinków seriali codziennych i uważnym czytaniem przepisów na serniki, których nigdy nie zrobi.
Bubka nie ma też kilku rzeczy. A te akurat rzeczy każdy chciałby mieć.
Nie ma na przykład imienia. Znaczy, formalnie to oczywiście ma. Każdy przecież ma imię. Ale jej mało kto już pamięta, bo wszyscy mówią do niej po prostu Bubka. Pewnie nie wszyscy jednak zdają sobie sprawę z liczby przepłakanych przez nią godzin, kiedy to z powodu jej ponadprzeciętnej niezdarności ojciec przezywał ją nazwiskiem swojego ukochanego ukraińskiego tyczkarza, Siergieja Bubki. Bo kiedy dowiedział się o ciąży żony, właśnie to sobie zaplanował. Skierować swoje niespełnione sportowe marzenia i całą tę niewypowiedzianą złość na własny brak talentu i samozaparcia na ten wtedy jeszcze płód wielkości orzeszka ziemnego. Płód ten jednak, mimo znacznego zwiększenia rozmiaru, wykształcenia układu nerwowego i przemienienia skrzętnie gromadzonych białek w mięśnie, nie skoczyłby nie tylko o tyczce, ale też średnio w ogóle by skoczył. Ciało Bubki było tak niestworzone do sportu, jak to tylko możliwe. Już kiepsko szło jej koordynowanie kończyn przy samym chodzeniu. Wiecznie się o coś obijała i potykała, nawet na prostej drodze, a jeśli ktoś coś do niej rzucił, to tylko odruchowo zamykała oczy na wypadek, gdyby miała dostać w twarz. A i to nie zawsze na czas. Ojciec początkowo próbował na to coś nawet zaradzić, szczególnie kiedy dowiedział się, że spłodzenie drugiego dziecka, które zastąpi pierwsze nieudane w rodzinnej galerii chwały, nie będzie możliwe z racji jego świeżo co martwej żony. Wtedy zrozumiał, że Bubka jest jego jedyną nadzieją na kręcącą się w kąciku oka łzę wzruszenia dumnego rodzica, machającego do swojego zdolnego dziecka na korcie tenisowym czy boisku siatkarskim. Dowolnie. Bubka była jednak konsekwentnie odrzucana przez kolejnych trenerów sekcji dziecięcych, dlatego ojciec jej nowe imię wypowiadał z coraz większym przekąsem, który nawet mała Bubka doskonale wyłapywała.
Do grona rzeczy, których Bubka nie ma, a które wydają się przez ludzi szczególnie pożądane, zaliczyć też można szczęśliwe dzieciństwo. Tak, na tym polu życie potoczyło się jej wyjątkowo niefortunnie. Z matką spędzającą pół życia w szpitalach, a pozostałe pół lamentującą nad tamtą połową, całe zainteresowanie, które powinna dostać mała Bubka, przypadło kolejnym dziwacznie brzmiącym autoimmunologicznym chorobom matki. „Nie wchodź do mamy, mama źle się czuje”, „Mama teraz odpoczywa”, „Nie mów tak głośno, mamę boli głowa”, „Gdzie tu wchodzisz cała taka brudna, na pewno pełno na tobie zarazków”. Bubka nie do końca rozumiała, na co chorowała jej mama, ale wiedziała, a raczej czuła, że najpierw ciąża z komplikacjami, a potem trwający dwadzieścia siedem godzin poród nie poprawiły stanu jej zdrowia. Może i nawet nikt jej tego nigdy nie powiedział, ale przecież nie musiał. Nie miała też więc szczęśliwej rodziny, bo od kiedy zastępy chorób o dziwnie brzmiących nazwach zabrały jej matkę, ojciec bez reszty oddał się może i tylko jednej, ale za to bardzo dobrze znanej. Tak znanej, że w przeciwieństwie do chorób matki, jego nie budziła żadnego zainteresowania.
Zadziwiające, jak szybko za pomocą kolejnych wypitych butelek wódki ojcu udało się przeistoczyć z właściciela najbardziej rozpoznawalnego wesołego miasteczka na całych Mazurach, prowodyra szalonego życia nocnego i ugadanego z wszystkimi ważnymi w okolicy cwaniaka w może i wciąż cwaniaka, ale już określanego pogardliwym tonem, w dodatku z dość przypadkową odsiadką na koncie, po której dawni koledzy postanowili nie być już jego kolegami.
Jak był trzeźwy, to może nawet go lubiła. Sypał żartami jak z rękawa i kiedy jeszcze miał, wciskał wymiętolone banknoty w kieszenie jej bluz. Nigdy nie był dla niej niemiły, nie krzyczał i niczego od niej nie wymagał, co najbardziej doceniała. Zatrudniał dla niej coraz to nowe opiekunki, które zawsze, kiedy ją wkurzyły, czyli średnio po kilku dniach, równie chętnie zwalniał. Im Bubka była jednak starsza, tym ojciec był mniej trzeźwy. Istnieje grupa ludzi, która choć jest pijana, to nie zachowuje się specjalnie inaczej. Ot, trochę bardziej bełkoczą, trochę bardziej się pocą, ewentualnie zrzygają się za pergolą. Przez wiele lat do tej grupy należał ojciec Bubki. Wypijał kosmiczne ilości alkoholu i dalej był miłym sobą. Prowadził zawzięte dyskusje, brał ją na kolana, a samochód prowadził lepiej niż na trzeźwo. Aż przeskoczyło. Jakby wypił o tę kropelkę za dużo i połączenia nerwowe w mózgu powiedziały, że mają dość. Kiedyś mocna, głowa stała się zupełnie bezbronna. Polana ledwie odrobiną alkoholu przemieniała go w niezdolne do samodzielnej egzystencji stworzenie, którego nikt nie chciał oglądać. Rzucał rzeczami, wykrzykiwał nieskładne wiązanki słów, słaniał się po domu, zasypiając już chyba w każdym z jego miejsc. A że ostatnio rzadko bywał trzeźwy, rola ojca dorosłej już Bubki ograniczyła się do bycia dla niej ciężarem.
Właśnie przez niego kolejną rzeczą, której nie miała, były pieniądze. Bo choć dawne rozrywkowe imperium ojca wciąż stało nad brzegiem jeziora Małego, to od blisko dwudziestu lat jego przeznaczeniem było jedynie stanie się pożywką dla mieszanki rdzy i mchu. Masa utopionych pieniędzy, które ojciec próbował ratować zaciąganymi od coraz większego grona znajomych pożyczkami, i kilka zakończonych klapą biznesów sprawiły, że teraz to także Bubka musiała finansować przyniesione do domu butelki wódki. Po każdej kolejnej obiecywała sobie, że nigdy więcej tego nie zrobi. I za każdym razem musiała tę obietnicę powtarzać.
Ktoś mógłby powiedzieć, że Bubka nie ma przyjaciół. Ale po pierwsze, może Bubka wcale nie chciała ich mieć, a po drugie, czemu cudem odratowany przed siekierą sąsiada wąż miałby nie być prawowitym przyjacielem. W końcu jak wytłumaczyć jego pojawienie się w ogrodzie mazurskiej prawie wsi, jeśli nie zesłaniem go specjalnie w takiej roli. Borys, bo tak dała mu na imię, świetnie słuchał jej przydługich narzekań na nierozgarniętych dostawców kurczaków, wywodów o wyższości delicji pomarańczowych nad wszystkimi innymi smakami oraz opowiadanych z największym oburzeniem najnowszych plotek rozpalających internetowe fora. Co bardzo sobie ceniła, był wężem. I dzięki temu ani nie odpowiadał, ani nie mógł jej powiedzieć, że gada głupoty. Nawet nie patrzył na nią oceniającym wzrokiem. Tylko leżał skulony, spoglądał na nią swoimi czarnymi oczami i słuchał. W dodatku od kiedy kupiła mu także przenośne terrarium, noszony zawsze w torbie przerzuconej przez ramię zyskał dodatkowe funkcje. Po pierwsze dawał jej poczucie, że wcale nie jest sama, a po drugie świetnie podbijał jej naturalnie nikłe pokłady odwagi. Ludzie bali się węży, a świadomość, że w każdym momencie może Borysa wyciągnąć, dodawała jej pewności siebie. Nie żeby kiedyś to zrobiła, ale zawsze mogła.
Bubka ponad wszystko ceniła sobie brak konieczności obcowania z ludźmi, bo od kiedy pamięta, kosztowało ją to ściskający ból brzucha i wiecznie spocone dłonie. Dawno już tak postanowiła i konsekwentne unikanie ludzkich sytuacji pozwoliło jej na obrośnięcie w bardzo wygodną, coraz szczelniejszą skorupkę. Z Borysem w torbie.
Ktoś niezbyt dokładny w obserwacjach mógłby tu napisać, że Bubka nie ma też szczęścia w miłości. Ale prawda jest taka, że aby nie mieć szczęścia, trzeba byłoby najpierw na tym romantycznym polu spróbować zrobić choć cokolwiek. Aby mogło się to potem nieszczęśliwie skończyć. Nawet „cześć” powiedziane łamiącym się głosem do tego drobnego blondyna z III a, który w przeciwieństwie do całej reszty Szkoły Podstawowej nr 1 imienia Powstańców Śląskich nie wyśmiewał Bubki. Choć jakiś skrawek uśmiechu skierowany do tego chłopaka ze słuchawkami na uszach, którego widywała każdego dnia w porannym autobusie. No chociażby ściągnięcie aplikacji randkowej. Żadnej z tych rzeczy, kierowana wszystkimi innymi, których nie posiadała, Bubka nie zrobiła. A skoro ich nie zrobiła, to nie można było powiedzieć, że nie ma szczęścia w miłości, bo nie dane jej nawet było się o tym przekonać.
Wszystkie te rzeczy, przynajmniej na swoich Facebookowych profilach, mają koleżanki Bubki. Choć one pewnie by się nimi nie nazwały. Ale ona i tak, częściej niżby chciała się do tego przyznać, przegląda ich zdjęcia zrobione w lustrach samodzielnie wynajętych mieszkań. I to wcale nie zawsze na jakimś mazurskim zadupiu, gdzie nie da się nawet podłączyć internetu na tyle porządnego, żeby się nie zacinał przy każdej próbie rodzinnego obejrzenia czegokolwiek, wywołując przy tym kłótnię, będącą tak naprawdę oburzeniem z powodu położenia ich miejsca zamieszkania na takich, a nie innych współrzędnych geograficznych. Tamte mieszkają w Ostrołęce, Olsztynie albo nawet Warszawie. Jeżdżą tramwajem i mają do kluczy przypięty chip, który otwiera furtki ich strzeżonych osiedli. Mają czasem nawet samochód, na którego kierownicy kładą swoje jednakowej długości ręce. Mają chłopaków, którzy potem stają się mężami i którym urodzą wcale nie pulchne dzieci. Mają studia, które najpierw kończą, dumnie trzymając oprawione w nibyskórę prace magisterskie przed schodami uczelni o długich nazwach, żeby potem mieć pracę w budynkach z windą, do których można wejść wyłącznie, przykładając do obrotowych bramek karty zawieszone na kolorowych smyczach z logiem firmy. Robią rzeczy. Biegają, jeżdżą na nartach i snowboardach. Chodzą na jogę, pilates i tenisa. Wychodzą na imprezy, mają z kim spędzić sylwestra i nie siedzą same przed telewizorem w swoje urodziny, z czasem nawet nie orientując się specjalnie, że jest to jakiś inny dzień niż pozostałe. Jeżdżą na wakacje i to nie tylko nad inne mazurskie jezioro. Stoją sobie chude na tych egipskich wakacjach all inclusive, pod kolejną palmą i bez spoconych dłoni są w stanie rozmawiać z innymi ludźmi, nawet po angielsku. Na ich wycieraczce co rano kurier zostawia torbę z cateringiem dietetycznym i nie zjadają na kolację trzech różnych paczek ciastek zapijanych napojem nibyowocowym w kolorze, w jakim żaden owoc w przyrodzie nie występuje. Tak, to wszystko mają wszystkie one. Przynajmniej na Facebooku.
Jak zebrać to do kupy, to można by się załamać. Ktoś inny pewnie by się załamał. Ale Bubki to wszystko w ogóle nie rusza. Bo jedna rzecz może przykryć te wszystkie pechowo posiadane i nieszczęśliwie nieposiadane. Absolutnie ponadprzeciętna zdolność wyobrażania sobie ich przeciwieństw. Jej bogate życie wewnętrzne na początku nie było wcale aż tak wewnętrzne. Rodziło się i w najlepsze rozwijało w jej dziecięcej głowie. A dzieci, dopóki nikt im nie powie, że tak nie wypada, nie myślą o tym, że cokolwiek w ogóle może wypadać. I tak mała Bubka, zupełnie nieskrępowanie, opowiadała przedszkolankom o tym, jak jej przyjaciółka Natalia podstępem ukradła jej ukochaną lalkę z warkoczykami, zupełnie nie przejmując się, że Natalia nie istnieje. Opowiadała ciotkom, jak się jej żyje na dnie jeziora, mimo coraz to rzadszych dostaw żywności pozawodnej i rosnących cen syrenich akcesoriów do włosów. Dostała nawet wymyślonego psa, z którym nie miała jednak najlepszych relacji, bo wiecznie zrywał się ze smyczy, a ona musiała gonić go po polu kukurydzy. Ojcu Bubki te snute przez jego córkę dziwne opowieści świetnie pasowały do wizjonerskiego stylu życia i była to jedna z niewielu rzeczy dotyczących jego córki, którą mógł pochwalić się przed znajomymi, dlatego też postanowił nic z nią nie robić. Nie za bardzo zresztą wiedział, co mógłby zrobić. Przez to Bubka dość późno zorientowała się, że najlepiej byłoby, aby jej bogaty świat wewnętrzny faktycznie wewnętrzny pozostał. A kiedy już się zorientowała, było zdecydowanie za późno. W małym mieście trudno odkleić od siebie jakąkolwiek łatkę, a łatkę wariatki to już szczególnie. Nauczyła się pilnować, żeby jej wewnętrzne opowieści pozostały faktycznie wewnątrz. Ale to właśnie dzięki nim życie nie wydawało jej się całkiem nieznośne.
Z tymi wszystkimi rzeczami, posiadanymi i nieposiadanymi, Bubka leżała w swoim wciąż żółtym pokoiku. Stworzone do bezruchu ciało rozpłaszczało się na nierozłożonej wersalce, mimo że Bubka już z lekka przysypiała. Przez głowę przebiegały jej kadry nibysukcesów swoich teraz już warszawskich koleżanek, obracające się na rożnie kurczaki ze spaloną skórą i kolor fioletowy. Właśnie na niego pomaluje jutro paznokcie u stóp. Bubka raczej nie myślałaby o tych wszystkich rzeczach, gdyby wiedziała, że jej bardzo podobnie do niej rozpłaszczony, na podobnej wersalce, tylko w pokoju obok, ojciec właśnie umarł. On zresztą też o tym nie wie, bo biorąc pod uwagę jego wynik obecności alkoholu we krwi podczas sekcji zwłok, który wyniósł okrągłe trzy promile, w ogóle nie za dużo wie. Bubka za to dowie się o tym dopiero jutro, kiedy to z zupełnie innego powodu też trafi do miejskiego szpitala w Mrągowie. Teraz jednak, niczego nieświadoma, zaczyna cicho pochrapywać. Gdyby wiedziała, co czeka ją jutro, rozłożyłaby wersalkę. Bo akurat jutro, w ten jeden dzień różniący się od wszystkich, powinna być porządnie wyspana. Nikt nie chce mieć bolącego kręgosłupa w dniu, który ma zmienić jego życie. W końcu.







