Powieść o dojrzewaniu i godzeniu się z własnym losem uderzająca z siłą huraganu. Caroline Wahl opowiada trudną historię z ciepłem i humorem, zachowując styl, który zapewnił literacki sukces jej debiutowi.


Ida trafiła na Rugię właściwie przez przypadek. Chciała po prostu uciec z małego miasteczka, w którym spędziła całe dotychczasowe życie. Nic jej tam nie trzymało – na pogrzeb matki nawet nie dotarła, do Tildy, swojej siostry, która mieszka w Hamburgu, za nic nie chciała trafić. Na dworcu wsiadła do pociągu, który jechał jak najdalej. I tak trafiła na wyspę, bez żadnego planu, za to z gulą wściekłości, żalu i poczucia winy, które cichną tylko wtedy, gdy Ida rzuca się w fale Bałtyku i płynie do utraty sił.

Przypadkiem poznaje Knuta i jego żonę, Marianne, którzy przyjmują ją pod swój dach. W końcu wszystko zaczyna się układać: poranne gorące bułeczki, spacery do lasu, planszówki i wieczorami praca w knajpie Pod Foką. No i pojawia się też Leif, równie pokiereszowany jak ona…

Jednak życie Idy ponownie zadrży w posadach, a dziewczyna będzie musiała zdecydować: uciekać czy zostać?

17 w skali Beauforta to opowieść o burzliwym dojrzewaniu, rodzinie, śmierci i żałobie, a także o tym, jak żyć dalej. Caroline Wahl opowiada trudną historię z ciepłem i humorem, zachowując styl, który zapewnił literacki sukces jej debiutowi.

Caroline Wahl
17 w skali Beauforta
Przekład: Ewa Spirydowicz
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 11 marca 2026
 
 


Z MacBookiem w plecaku, ulubionymi ciuchami w małej walizce z twardego niebieskiego plastiku, z AirPodsami w uszach i złożonym w kostkę wypowiedzeniem w nerce na brzuchu wychodzę z domu przy ulicy Pogodnej 37, który już nie jest moim domem. Walizka kiepsko jedzie, rączka się nie wysuwa. Czuję się tak, jakbym ciągnęła za sobą plastikowy kloc. Ale jest za ciężka, żeby ją nieść, poza tym cały czas boli mnie bark po tej sprawie z szafą. Właściwie najchętniej puściłabym się biegiem i żałuję, że nie wzięłam swojej wielkiej torby sportowej, z której korzystam zawsze, gdy wyjeżdżam. Musiałam się jednak zdecydować, a i tak żałuję każdego wyboru.
Zastanawiam się, po jakich podróżach walizka jest taka sfatygowana. Mama nigdy z niej nie korzystała, odkąd sięgam pamięcią. Tilda pojechała kiedyś z mamą i swoim ojcem na południe Francji, samochodem, miała wówczas mniej więcej dziesięć lat. Ale przecież wtedy tak się nie zniszczyła. Wyjmuję komórkę z nerki.
Ja: Ta niebieska walizka.
Ja: Mama zabrała ją wtedy do Francji?
Tilda: ?
Wysyłam jej fotografię.
Tilda: Nie.
Tilda: Ty już w drodze?
Tilda: Kiedy przyjedziesz?
Tilda: Ida, przyjedziesz?
Tilda i te jej tysiące znaków zapytania doprowadzają mnie do szału.
Zatrzymuję się, pochylam i jeszcze raz dokładniej oglądam plastikowy kloc. Prawe kółko jest niemal całkiem zdarte. Widzę kolorowe rysy na twardym wieku. Mama nigdy mi nie opowiadała o żadnych podróżach. Ale też nigdy jej nie pytałam. Pewnego razu, gdy usmażyłam owczy ser, co często się u nas zdarzało, nie chciała go jeść, bo nie była głodna, a poza tym nienawidzi wszystkiego, co pochodzi od owiec, odkąd zjadła owczy łeb.
Zapytałam wtedy: Gdzie?
Odpowiedziała: W Norwegii.
A ja nie zapytałam: Kiedy?
Wyobrażam sobie, jak moja mama, zanim została mamą, zbiega po schodach na dworcu w Bergen, żeby złapać pociąg do Oslo. Może biegnie za jakimś Bjornem albo Ragnarem. Ma rozpuszczone włosy, brązowe kosmyki opadają jej na twarz, a brązowe oczy wtedy jeszcze wypełnia radość życia. Wyobrażam sobie, jak krzyczy: „Stop!”, gdy nieuważnie ciągnie za sobą walizkę po schodach, jak Ragnar w ostatniej chwili wciąga ją do pociągu, jak potem zdyszani stoją naprzeciwko siebie, trzymają się za ręce, a mama głośno śmieje się ze szczęścia. Gdyby wiedziała, co ją jeszcze w życiu spotka… Ale tego nie wie. Na szczęście.
Intryguje mnie, co się stało z Ragnarem. Prawdopodobnie ma już wnuki i mieszka z żoną imieniem Lagertha w norweskim czerwonym domku nad morzem – takim, jakie się widzi na okładkach norweskich katalogów – może z hollywoodzką huśtawką w ogrodzie. Ciekawe, czy pamięta Niemkę, z którą kiedyś spędził lato. Zastanawiam się, jak by zareagował, gdybym mu powiedziała, że Andrea, wówczas osiemnastoletnia, już nie żyje. Że umarła. Prawdopodobnie byłoby mu to obojętne, tak jak obojętne jest coś, czego nie widziało się od dawna. Nieważne, że tego czegoś po prostu już nie ma. Dupek. Nieważne, że córka Andrei, Ida, której wcale nie zna i która także jest mu obojętna, ucieka z mieszkania z tą starą, uszkodzoną walizką w kolorze niebieskim, której on również nie pamięta i która jest mu obojętna, i najzwyczajniej w świecie zostawia wszystko.
Myślę o mieszkaniu, które opuszczam, o paskudnych meblach, o mojej skrzyni z obrazami, o moich książkach, o szafie mamy, o jej ciuchach, które ciągle pachną nią, jakby kobieta, do której należały, wcale nie umarła, jakby nie mogła umrzeć. Słodkie perfumy, delikatna nuta potu, odór alkoholu – to wszystko wciąż tam jest, jakby mama schowała się w tej szafie i cała reszta była jednym wielkim żartem. Jej pokój tak bardzo jest przesycony jej aromatem, że mam ochotę wszystko rozwalić. Przed oddaniem kluczy muszę się tego pozbyć. Zostały mi jeszcze trzy miesiące i muszę powiedzieć Tildzie, że dzisiaj zrezygnowałam z mieszkania.
Idąc ulicą Pogodną, szukam, jak po norwesku jest „dupek”. Drittsekk. A potem sprawdzam jeszcze „pozbywanie się niepotrzebnych rzeczy”, przede wszystkim dlatego, że nie chcę napotkać spojrzeń z okien. Spojrzeń tych drittsekków plotkujących o córce martwej alkoholiczki z tego ponurego domu, która zdecydowanie zbyt lekko ubrana, w krótkiej spódniczce, różowej skórzanej kurtce, wielkich czarnych okularach przeciwsłonecznych mimo szarego nieba, ciągnie za sobą zepsutą walizkę koloru niebieskiego i pisze coś w telefonie, zamiast grzecznie się przywitać. „Wiecznie z nosem w komórce, takie to pokolenie. Nawet na pogrzeb nie poszła, niewdzięczna dziewucha”. Czytam: „Oszczędź sobie nerwów, czasu i pieniędzy. Profesjonalne usuwanie niepotrzebnych mebli. Dyskretne, szybkie likwidowanie gospodarstwa domowego”, po czym chowam cholerstwo z powrotem do nerki. Likwidowanie gospodarstwa domowego. Likwidowanie. Zlikwidują wszystko, co jeszcze po niej zostało. Wtedy już nic nie będzie pachniało nią. Usunięciem gratów mogą zająć się Tilda i Viktor. Mają w tym doświadczenie. Oglądam się jeszcze raz. Moje okno. Nasze paskudne mieszkanie w paskudnym budynku. I wtedy to do mnie dociera: prawdopodobnie nigdy więcej tam nie wejdę.
Na przystanku wrzucam kopertę z wypowiedzeniem do skrzynki pocztowej. Napisałam je dzisiaj rano na kartce w kratkę. Po nocy było dla mnie jasne, że nie mogę tu zostać. Że umrę, jeżeli tu zostanę. A nie wiem, czy chcę umrzeć.
Gdy siedzę w tramwaju i przejeżdżam obok basenu, zamykam oczy. Nie potrafię na to patrzeć. To boli, bo to drugie pożegnanie. A kiedy do mnie dociera, że jest ono ostateczne, jednak się odwracam. Widzę wejście. I wtedy zalewają mnie kubły lodowatej wody pełne ostrych kostek lodu, które rozcinają mi głowę i barki. Koncentruję się na oddechu, na nabieraniu i wypuszczaniu powietrza, cztery-siedem-osiem, tak jak uczył mnie Viktor. Para, kropelki tańczące na powierzchni i przecinające ją. Tilda otwiera parasol nad naszą ławką, na której kładziemy plecaki i ciuchy, a potem tak jak krople przecinam powierzchnię wody. Najpiękniejsze wcale nie jest nurkowanie i poczucie nieważkości, jakbym była rybą. Najpiękniejsza w tym wszystkim jest Tilda. Była Tilda. Tilda, którą zawsze widziałam kątem oka, jak zalicza swoje długości, a potem siada na ławce. To, że po prostu tam jest. To, jak razem wracałyśmy do domu, jak razem szłyśmy na kolację. Zabawne, że dzieciństwo czasami wydaje się piękne, chociaż jednocześnie jest mega do bani. Czuję się pusta i pełna.
Później, gdy Tildy już nie było, chodziłam na treningi na basen kryty. Nie na otwarty, to za bardzo bolało. Dopiero kiedy miałam mniej więcej piętnaście lat, albo nawet później, znów zaczęłam przekraczać bramkę, ale tylko wieczorami, gdy padało. Nie dlatego, że nadal byłam takim tchórzem jak wtedy, tylko po prostu z tego powodu, że tam jest najpiękniej, gdy pada. Zaliczałam kilka długości, nurkowałam przy tym coraz dłużej, nie myśląc o konkurencji, a gdy czasami kątem oka widziałam dobrą pływaczkę, wyobrażałam sobie, że to Tilda. Otwieram oczy, dzisiaj niebo jest szare, lada chwila może zacząć padać.
W walizce z twardego plastiku są tylko ciuchy. Nie zabrałam ani jednej książki i teraz, gdy siedzę w tramwaju i nie chcę patrzeć na to, co miga za oknami, oglądam tiktoka za tiktokiem, nie bardzo rejestrując, co widzę, póki nie dostaję komunikatu, że niemal wyczerpałam transfer danych. Wsuwam telefon do nerki i zamykam oczy. Jest mi zimno i niedobrze, pulsuje mi w głowie, boli mnie brzuch. Zaciskam powieki jeszcze bardziej, rozluźniam ramiona i nogi i wyobrażam sobie, że pływam. Że biorę udział w zawodach. Koncentruję się na swoim ciele, mięśniach rąk i nóg, które muszą być szybsze i mocniejsze. „Dasz radę, dasz radę”. Woda i ja to jedność. Szum w uszach, cel przed oczami. A potem: po mojej prawej stronie pływaczka, którą muszę zgubić. Czarny kosmyk wysuwający się spod czerwonego czepka. Kto to? Znam te włosy. I ten zapach też. Hypnotic Poison Diora, zawsze trochę za dużo i z odrobiną kuminu. To na pewno Samara. Ale Samara wcale nie pływa. Samara nienawidzi pływać. Nauczyłam ją, gdy miała dwanaście lat, na krytym basenie. Nie znosiła tego. „Po prostu woda to nie mój żywioł”, tak mówiła.
„Jestem klasycznym znakiem ziemskim”, powtarzała w kółko. „Znaki zodiaku to jedna wielka bzdura”, powtarzałam w kółko ja.
Samara: Oczywiście, bo jesteś Bliźniakiem. Bliźnięta często nie wierzą w znaki zodiaku.
Otwieram oczy i wyglądam przez okno, na pola. Już dawno minęliśmy jej osiedle. Samara mieszka z rodziną w obrzydliwym bloku. Mają trzy pokoje. I jest tam bardzo ciepło. Ściany pomalowano na pomarańczowo i żółto. Serce mieszkania, salonik i jadalnia, są malutkie, a mimo to przytulne. Wygodna kanapa obita brązową skórą, z błyszczącymi fioletowymi i niebieskimi poduszkami, czerwony perski dywan, stary stolik ze szklanym blatem na złotych nóżkach, na nim srebrny lichtarz, w którym za każdym razem tkwią inne świece, i potężny dębowy stół jadalny, wokół którego stoją krzesła obite na biało. Orchidee, we wszystkich możliwych kolorach, w najróżniejszych doniczkach. W tym barwnym, zawsze wypucowanym na wysoki połysk mieszkanku żaden mebel nie pasuje do drugiego, ale wszystko razem wydaje się tak harmonijne, że niewiele jest miejsc, w których czułabym się równie dobrze. I tamten zapach – słodkie perfumy mamy, kumin, cynamon, orchidee, waniliowe świece zapachowe i fajka. Bywałam tam często i chętnie, kocham ten dom i rodziców Samary, i już za nimi tęsknię. Nie przychodziłam tam od dwóch miesięcy.
W tym czasie Samara odwiedzała mnie regularnie, bez zapowiedzi, po prostu dzwoniła do drzwi, z torbą pełną plastikowych pojemników wypełnionych arabskimi smakołykami jej matki i z plikiem wydrukowanych tekstów z uniwersytetu. Na każdej kartce w prawym górnym rogu widniały tytuł i data wykładu albo seminarium. Nawet kiedy jeszcze uczęszczałam na zajęcia, nie czytałam większości tekstów, że już nie wspomnę o drukowaniu. Ze względu na wyrzuty sumienia wobec Samary zmusiłam się do lektury kilku z nich. Artykuły na temat antropologii literatury w okolicach 1900 roku okazały się całkiem niezłe.
Tak naprawdę nigdy nie chciałam studiować literatury, to było rozwiązanie tymczasowe, zanim wreszcie dostanę się do Lipska. Właściwie całe moje życie wydaje się rozwiązaniem tymczasowym.
Samara jest dla mnie zdecydowanie za dobra. Co rano na WhatsAppie życzy mi miłego dnia, co wieczór dobrej nocy. Zawsze na różne sposoby, z nadmiarem emotek, czasami krótko, czasami po francusku, czasami po angielsku. A ja nigdy jej nie odpowiadam.
Kocham Samarę, to najlepsze, co mi się w życiu przydarzyło, i mówię to całkiem poważnie, bez patosu. Wspomnienie naszej przyjaźni i wyobrażenie, że kiedyś może będzie tak jak dawniej, że znowu wyruszymy na weekendową wyprawę do wielkiego miasta, do Bazylei albo do Rygi, nad morze – to jedyne, co czasami powstrzymuje mnie przed bardzo głupimi decyzjami.
Wyjmuję to cholerstwo z nerki, odpalam czat.
Samara: Tu masz streszczenie wykładu „Intermedialność” z 14 czerwca.
Samara: (fotografia jej bardzo dokładnych notatek)
Samara: Wysłałam Ci też na maila, jako PDF
Samara: Dzień dobry, Ida
Samara: Profesor Kuhn to straszny dziad
Samara: Mama pyta, co wolisz, chałwę czy falafel?
Samara: Powiedziałam, że chałwę
Samara: Bo wolisz słodkie, prawda?
Samara: Bonne nuit
Samara: Lubię Cię
I tak codziennie, i brakowałoby mi tego, gdyby przestała. Po raz pierwszy piszę odpowiedź.
Ja: Cześć, Samara
Ja: Chwilowo wyjeżdżam
Samara pisze.
Samara: Dokąd???
Ja: Prawdopodobnie do Tildy
Samara: Prawdopodobnie???
Samara dzwoni. Nie odbieram, znowu zamykam oczy i płynę.
Na Dworcu Głównym patrzę na tablicę odjazdów. Za piętnaście minut rusza pociąg do Hamburga. Wczoraj w nocy, gdy dzwoniłam przez WhatsAppa, Tilda wysłała mi otwarty bilet do Hamburga. Wydawało mi się, że mam zawał serca, nie wiedziałam, do kogo zadzwonić. „Klasyczny atak paniki”, orzekł Viktor, a ja do tej pory uważam, że to szczyt bezczelności, tak lekko zbyć fakt, że byłam o krok od śmierci. Ataki paniki do tej pory znałam tylko z Instagramu i TikToka.
Jestem na siebie zła, że ze względu na potencjalny atak serca osłabłam i jako pierwsza odezwałam się do Tildy, ale naprawdę wydawało mi się, że umieram. Teraz pewnie myśli, że rzeczywiście potrzebuję pomocy, i będzie mnie bombardować pytaniami oraz radami. Od tamtego telefonu w noc śmierci mamy nie odezwałam się do niej ani razu. Zawsze to ona dzwoniła albo wpadała. A ja nie odbierałam albo odpowiadałam monosylabami, jeżeli już nie udało mi się odrzucić połączenia. „Daj mi spokój, Tilda. U mnie wszystko w porządku. Nie jesteś mi tu potrzebna”. Właściwie sama nie wiem, dlaczego tak bardzo się wycofałam, z jakiego powodu jestem dla niej taka okropna. Ale w moim żołądku tkwi gula złości, która bierze górę i warczy na Tildę. Nie mam pojęcia, na kogo czy na co się wkurzam, nie wiem, czy ta gula jest skierowana przeciwko Tildzie, czy przeciwko mnie samej, czy też przeciwko wszystkiemu, i to doprowadza mnie do takiej wściekłości, że najchętniej własnoręcznie obcięłabym sobie każdy palec nożem do pieczywa. Bardzo powoli albo bardzo szybko.
Gula złości nie chce jechać do Hamburga. Jakaś cząstka mnie owszem. Jakaś cząstka mnie nie wytrzyma dłużej samotności, tęskni za matkowaniem Tildy. Myślę o mojej siostrze, Viktorze i małych. Myślę o plackach z sosem waniliowym, które Tilda na pewno by mi usmażyła. I myślę o słowach, które znowu bym od niej usłyszała: „Nie jesteś niczemu winna”, „Była u kresu”, i o jej pytaniach: „Wypowiedziałaś wynajem?”, „Jakie masz plany?”, „Gdzie zamieszkasz?”, „Chcesz przerwać studia?”. Jednocześnie w apce kolei studiuję trasy pociągów, które zatrzymują się w Hamburgu i jadą dalej. Intercity dociera aż do Stralsundu. Bałtyk. Brzmi nieźle. Ale rusza dopiero za dwie godziny.
Odkąd przestałam pisać, nienawidzę czekać. Dlatego muszę czymś wypełnić te dwie godziny. W Rossmannie kupuję przekąski i napoje na podróż. Z powodu AirPodsów w uszach i płynącej z nich muzyki niestety nie słyszę pikania kasy samoobsługowej, dlatego przez roztargnienie skanuję co drugi produkt i pakuję do plecaka Mamby, chrupki kukurydziane, Colę Zero i jajko niespodziankę. W kiosku na dworcu widzę tylko kiczowate romanse i kryminały, niewarte dziesięciu euro. A książek z zasady nie kradnę. Przeglądam kilka plotkarskich pism, czytam o Kardashiankach i ich surogatkach, o detoksie sokowym, na którego punkcie szaleją gwiazdy, idę na peron ósmy, siadam na ławce i zapalam papierosa. Facet w średnim wieku obok mnie chrząka. Chrząka po raz drugi. Niech tylko się do mnie odezwie. Jeszcze tego mi brakowało. Chrząka po raz trzeci.
Facet: Młoda damo. Strefa dla palących jest z przodu.
Uznaję, że to nie do mnie.
Facet znowu chrząka.
– Tu nie wolno palić – mówi zdecydowanie za głośno i niegrzecznie.
Powoli odwracam się do niego.
Ja: Sorry, what did you say?
Facet, tak jak się spodziewałam, jest nieprzygotowany na zmianę języka, więc tylko palcem wskazuje strefę dla palących i udaje, że pali. „Tam! Palić!” Ja tymczasem wzruszam ramionami.
– Sorry, I don’t understand – mówię i obserwuję, jak myśli kłębią mu się w głowie.
Wstaje, obchodzi ławkę i siada jak najdalej ode mnie, mamrocząc pod nosem „Pieprzeni Jankesi”.
Dupek.
Zapalam kolejnego papierosa, chociaż już teraz mnie mdli.
Peron pęka w szwach, bo poprzedni Intercity w kierunku Hamburga wypadł z rozkładu. Wbijam się do pociągu, za żadne skarby nie chcę stać, skoro akurat mam bilet, ale wszystkie wolne miejsca są zarezerwowane. Znajduję poczwórne siedzenie, gdzie zarezerwowane są tylko dwa miejsca, siadam przy oknie i mam nadzieję, że nie trafi mi się wkurzający towarzysz podróży. Obok mnie sadowi się facet koło trzydziestki. Czarny garnitur. Unika kontaktu wzrokowego, najwyraźniej ma równie mało ochoty na rozmowę co ja. Nie pyta nawet, czy miejsce jest wolne, siada, natychmiast odpala iPada i ogląda drugi sezon Sukcesji. Podoba mi się ten serial, więc kątem oka patrzę razem z nim. Zauważa to, wymieniamy krótkie spojrzenia i chyba mu nie przeszkadzam. W każdym razie nic z tym nie robi. Gdy już mam na końcu języka pytanie, czy mogę połączyć moje AirPodsy z jego iPadem, zjawia się kobieta z dziewczynką, dosiadają się do nas i moja uwaga przenosi się z jednej popieprzonej rodziny na drugą.
Matka: Widzisz, Lia, to są nasze miejsca.
Lia siada naprzeciwko mnie, przy oknie. Mierzymy się wzrokiem. Ma mniej więcej pięć lat, dwa jasne warkoczyki i wielkie, ciekawe, piwne oczy.
Matka: Będziemy jechać tylko cztery godziny.
Lia i ja patrzymy na matkę, która dramatycznie rozpakowuje plecak, jakby robiła to na scenie.
Matka: Jest kilka rzeczy, które możesz robić. Ale tylko jedną naraz. Dobrze to sobie poukładaj.
Matka wyjmuje metalowy lunch box i umieszcza na stoliku.
Matka: Możesz jeść.
Matka wyjmuje pisemko i kładzie na stoliku.
Matka: Możesz poczytać „GeoLino”1.
Matka wyjmuje tablet.
Matka: Możesz obejrzeć odcinek kreskówki.
Matka wyjmuje książkę. Z serii Little People, Big Dreams. Frida Kahlo. Żeby dzieci już od małego uczyły się snuć BIG DREAMS i żeby wyrosły na małych Einsteinów, Lindgreny czy Kahlo. Co za bzdura, myślę.
Matka: Albo przejrzeć książeczkę.
Matka: Od czego chcesz zacząć? A może na początek chcesz popatrzeć przez okno?
Obie z Lią spoglądamy na stół, na którym są wszystkie punkty programu. Ja także wypakowuję moje punkty programu: smartfon, jajko z niespodzianką, Mambę, Colę Zero i chrupki kukurydziane, które nie wiadomo dlaczego straciły cały powab.
Lia patrzy na moje jajko z niespodzianką i się odzywa:
– Kreskówka.
Nie mówię: „Najpierw powyglądam przez okno”, bo przecież to nie jest moja mama.
Mijamy lasy, góry i pola, Lia ogląda bajkę, a ja się zastanawiam, dokąd właściwie wybiera się z mamą. Pewnie do taty, domyślam się, albo do dziadków, albo wracają do domu.
Lia: Już nie chcę siedzieć.
Ja też już nie chcę siedzieć, ale jakimś cudem udaje mi się wypełnić podróż moimi punktami programu. Do Hanoweru oglądam Sukcesję, i to z dźwiękiem. W międzyczasie typ zmienił ustawienia Bluetootha i popatrzył na mnie pytająco. Wskazałam „AirPodsy Idy”. W pewnym momencie schował swojego iPada i pokiwał mi głową na pożegnanie.
Gdy wysiadł, koncentruję się na jajku z niespodzianką. Lia, która akurat teraz zajęła się punktem programu pod tytułem „pisemko »GeoLino«”, patrzy na mnie.
Lia: Też chcę jeść.
Matka otwiera srebrny lunch box, w którym znajduje się śmierdząca brązowa masa.
Lia: Co to?
Matka: Sałatka z kaszą bulgur, soczewicą i marchewką.
Otwieram żółtą kapsułkę z niespodzianką i wyjmuję disneyowską księżniczkę Mulan. Super. A potem oglądam na smartfonie wideo z reakcjami na nowy odcinek reality show Bachelorette i się tego wstydzę. Później odpalam artystyczny serial dokumentalny o starych tancerzach baletowych, którzy są smutni, bo ich kariera dobiegła końca.
Tuż przed Hamburgiem zamykam oczy i udaję, że śpię, i mimo muzyki w uszach wsłuchuję się w zapowiedzi z peronów. Teoretycznie powinno mi się udać dotrzeć do końca. O tej porze nie ma wymiany personelu, a nawet jeśli, po prostu przegapiłam swoją stację i najwyżej wyląduję w Schwerinie, Bützowie, Rostocku czy Velgaście. Co chwila naprawdę zasypiam, prawdopodobnie dlatego, że od dwóch dni nie zmrużyłam oka. Wzdrygam się i budzę gwałtownie. Jestem całkowicie przytomna, nie chcę dłużej siedzieć. Podkręcam głośność na maksa.
„Dzwoni Tilda”, oznajmia Siri, a ja rzucam: „Nie”. Muzyka gra dalej. Siri powtarza: „Dzwoni Tilda”. „Nie”, mówię znowu.
Wtedy Siri informuje: „Dzwoni Viktor”.
Wyjmuję smartfon z nerki, odrzucam połączenie, żebym nie musiała powtarzać: nie, i czekam na kolejne telefony, które będę mogła odrzucić. Tilda dzwoni jeszcze raz, a potem pojawia się kilkanaście wiadomości. Pyta: „Przyjedziesz?”, „Kiedy przyjedziesz?”, „Ida?”, „???”, Viktor pyta: „Odebrać Cię z dworca?”, a ja odpowiadam: „Nie. Sorry. Włączam tryb samolotowy”, i naprawdę to robię.
Prawdopodobnie powinnam jak najszybciej pozbyć się smartfona. Viktorowi na pewno uda się mnie znaleźć, wystarczy, żeby włamał się do mojego telefonu albo MacBooka. Albo Tilda wyliczy, jakie jest prawdopodobieństwo, że wsiadłam akurat do tego, a nie innego pociągu. Wie, że nie mam pieniędzy na przejazd. Wie, że jestem bez grosza. Gdy przyjechała ostatni raz, mniej więcej dwa tygodnie temu, zajrzała do skrzynki na listy, a tam było kilka upomnień i bezwarunkowe zwolnienie z kawiarni. Zaraz po tym przekazała mi PayPalem sześćset euro, chociaż wie, że nie przyjmę od niej żadnych pieniędzy. Odesłałam jej sześćset dwadzieścia euro. Wystarczająco trudne jest to, że miesiąc w miesiąc wpłaca określoną sumę na nasze rodzinne konto i dlatego ciągle nie jestem w stanie całkiem się od niej uniezależnić, nie mogę. Tilda wie, że moja zdolność kredytowa jest, podobnie jak ja, w dupie, i ma nadzieję, że w związku z tym zachowam się rozsądnie i najzwyczajniej w świecie skorzystam z przesłanego mi biletu. Tilda wie, do którego pociągu wsiadłam. Na pewno może to sprawdzić przez ten pieprzony kod QR. Chociaż w sumie wszystko jedno. Może wiedzieć, gdzie jestem, ja po prostu nie mam ochoty się z nią widzieć. Pragnę być sama. Gdy tylko pomyślę o współczuciu na ich twarzach, o Tildy dążeniu do działania, o tym, że zawsze jest gotowa mi pomóc, o planach, które snuje, o listach, które sporządza, o rezerwie Viktora, najchętniej na najbliższym postoju wyrzuciłabym telefon i MacBooka prosto na tory. Tak bardzo chcę się z nimi zobaczyć, że to aż boli. Także z maluchami.
Ze względu na tryb samolotowy nie mogę niczego przeglądać. Mogłabym odpalić MacBooka, ale nie jestem w stanie tego zrobić, bo klawisze na mnie wrzeszczą. Siedzę więc, z głową opartą o chłodną szybę, z zamkniętymi oczami, i usiłuję wyłączyć myśli. Nie chcę myśleć o niczym innym, tylko o świecie na zewnątrz. Otwieram oczy i patrzę na drzewa i niebo, piękne, bo chmury dramatycznie kontrastują z błękitem. Ale właściwie co jeszcze mogę sobie pomyśleć o niebie i drzewach poza tym, że są piękne. Myślę o grobie mamy, na którym, chociaż świeży, nie ma kwiatów. Właściwie może są. Może zajrzał do niej Ragnar albo jakiś inny eks, albo też jakiejś babci, która codziennie odwiedza grób swojego męża, zrobiło się żal pustego kopczyka kobiety, która umarła zdecydowanie za wcześnie. Nie wiem, czy na grobie mamy są jakieś kwiaty, w końcu nigdy tam nie byłam. Ale wydaje mi się, że na grobie mamy kwiatów nie ma.
Przydałyby mi się teraz tabletki nasenne. Powinnam była zabrać ze sobą zapasy mamy i po prostu spać do stacji końcowej, aż mnie ktoś nie obudzi. Ale od tabletek miewam koszmary, a w obecnym stanie nie chcę narażać swojej podświadomości na coś takiego.
– Za kilka minut dojedziemy do stacji końcowej Stralsund. Proszę wszystkich o opuszczenie pociągu. Życzymy państwu przyjemnego wieczoru – oznajmia zdecydowanie zbyt radosny konduktor.
Uważam, że zbyt radośni konduktorzy bywają mili, najczęściej jednak są makabryczni, a przede wszystkim myślę: kurwa. Kurwa. Trzeba było wykorzystać ten czas, by się zastanowić, co robić w Stralsundzie. Gdy wysiadam, słyszę mewy, i od razu podoba mi się tutejsze powietrze, świeża bryza od morza. Ale mimo to nie mam wrażenia, że wystarczająco się oddaliłam, i jeszcze nie jestem gotowa, by akurat teraz podjąć jakąkolwiek decyzję w kwestii spędzenia przyjemnego wieczoru. Patrzę na rozkład pociągów, widzę taki, który jedzie do Binz na Rugii. Wyspa. Idealnie. Pociąg regionalny też jest dobry.
Gdy przyjeżdżam na miejsce, mży i jest ciemno. Znowu słyszę mewy. Te są jeszcze głośniejsze, także bryza wydaje się bardziej ożywcza niż w Stralsundzie.
Po wyjściu z dworca pytam starszą panią, którędy do morza, i we wskazanym kierunku ciągnę niebieską plastikową walizkę, która cały czas źle się toczy. Gdy dociera do mnie szum, wreszcie oddycham pełną piersią. Ciągnę walizkę na piach, siadam na niej, wdycham morze do płuc, wydycham zapach pokoju mamy, ucieczkę z mieszkania, długą, koszmarną podróż pociągiem, niemal słyszę, jak to ciężkie, zafajdane powietrze opada na ziemię. A potem jest już tylko morze. Słyszę je, widzę i czuję, i rozważam, czy od razu do niego nie wejść. Ale czasami muszę być rozsądna. Co prawda do tej pory widziałam na tej wyspie głównie emerytów, ale gdyby ktoś jednak ukradł mi walizkę i laptopa, nie miałabym już nic na tym świecie. Straciłabym wszystko, co napisałam. Byłabym taką syreną bez rzeczy, bez domu. Ponieważ podoba mi się ta wizja, coraz bardziej kusi mnie, by wejść do wody, jednak wstaję i szukam schroniska. Wkrótce widzę strzałkę. Podążam za nią i gdy dostrzegam grupę młodych ludzi przed budynkiem, przychodzi mi do głowy, żeby jednak wejść do morza. Właściwie nie lubię młodych ludzi. Są dla mnie zbyt optymistyczni. Nie lubię także schronisk młodzieżowych czy hosteli. Wszyscy ci pogodni ludzie są tak cholernie komunikatywni i nastawieni na zabawę. Ale na Airbnb mnie nie stać. Przybieram więc minę „Nie waż się do mnie zagadać” i wydaję resztę pieniędzy na dwie noce w pokoju wieloosobowym. Mam to szczęście, że trafiam do sześcioosobowego, w którym zajęte są tylko dwa łóżka, przy czym nie widzę żadnego lokatora. Biorę zimny prysznic, przebieram się i czuję, jak zmęczenie czy raczej przemęczenie ciągnie mnie do snu. Może tak właśnie rozwiążę swój problem ze snem: nie będę się kładła przez dwa dni, aż zmęczenie okaże się po prostu silniejsze niż głośne myśli w głowie niedające mi zasnąć, podsuwające mi obrazy, które wolałabym zapomnieć, opowiadające historie, które wolałabym pogrzebać, i przede wszystkim wrzeszczące, że wszystko spieprzyłam, że powinnam była zrobić więcej.
Gdy się budzę o trzynastej, natychmiast wkładam strój kąpielowy i obszerną koszulę, biorę nerkę i idę nad wodę. Jest zimno, niebo ma szarą barwę. Biegnę na plażę, żeby się rozgrzać. Kiedy widzę morze w świetle dziennym, powstrzymuję odruch, by wysłać fotkę Tildzie. Uwielbia je tak samo jak ja, ale na razie nie mam odwagi wyłączyć trybu samolotowego. Tilda jest wściekła, wiem to.
Ściągam koszulę, kładę ją na nerce, biegnę w stronę wody tak zimnej, jak się spodziewałam, i kraulem przecinam fale, gdy tylko jestem wystarczająco głęboko. Koncentruję się na swoim ciele, na mięśniach, na ramionach i nogach, które muszą się okazać szybsze i silniejsze, niż są w rzeczywistości. Pływanie w morzu to coś zupełnie innego niż w basenie. Trudno odnaleźć rytm. Ale też cudownie jest posuwać się w dal, przed siebie, pod fale, które nigdy nie poruszają się tak, jak człowiek się tego spodziewa. Dasz radę, dasz radę. Woda i ja to jedność, jestem częścią morza, przerażająco malutką cząsteczką morza. Myśli i ból znikają z mojego ciała. Czuję, że długo nie wytrzymam, że ramiona, nogi i oddech ciążą mi coraz bardziej, że fale stają się coraz większe, i wiem, że czas zawrócić. Potrafię dobrze oszacować słabnące siły, a mimo to płynę dalej. Jeszcze kawałeczek. Słyszę gwizd i płynę dalej. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, wracam jednak na plażę. Nogi mi drżą, gdy dotykają dna. Młoda, mocno zbudowana kobieta idzie w moją stronę. Czerwona koszulka ratowniczki, gwizdek na szyi, brązowe loki.
Młoda kobieta: Oszalałaś?
Nie wiem, co odpowiedzieć.
Młoda kobieta: Nie możesz tak daleko wypływać. To niebezpieczne.
Ja: Jestem pływaczką.
Młoda kobieta: Morze ma to w nosie.
Ja: Wyluzuj, to tylko Bałtyk.
Idzie za mną, staje obok, gdy podnoszę koszulę i nerkę. Jest ode mnie młodsza, prawdopodobnie dopiero co zrobiła maturę.
Ja: Płacą ci za to gwizdanie?
Ona: Dniówkę. Dwadzieścia dwa euro.
Ja: Dwadzieścia dwa euro za dzień?
Ona: Tak, ale zakwaterowanie mamy za darmo.
Zastanawia się.
Ona: Mogę ci podać numer do mojego szefa, gdybyś chciała z nami pracować. Pływać potrafisz.
Ja: Nie, nie będę do niego dzwonić, mam włączony tryb samolotowy.
Ona: Dziwna jesteś. Wpadnij jutro na wieżę, Mike tam będzie.
Ja: Zobaczymy.
Macham jej i ruszam w drogę powrotną do hostelu, bo umieram z zimna. Nie słyszę, jak woła:
– Jak się właściwie nazywasz?

 
Wesprzyj nas