Warszawa, Moskwa, Teheran. Hakowanie aut, bomby logiczne i flota cieni na Bałtyku. Kapitan Klinger powraca w thrillerze szpiegowskim o wojnie hybrydowej, w której stawką jest bezpieczeństwo NATO i całej Europy. Od Smoleńska po Głębię Bornholmską trwa wyścig z czasem – a zdrada może nadejść z każdej strony.


Kapitan Klinger powraca. Tym razem ściga szpiega, który wyszedł z mgły.

Od Smoleńska po Głębię Bornholmską rozpoczyna się wyścig z czasem. Polska ekipa wywiadu wojskowego staje przed diabelskim wyborem: ocalić najważniejsze źródło NATO w Moskwie czy powstrzymać scenariusz, który może wysadzić w powietrze bezpieczeństwo całej Europy.

Warszawa, Moskwa, Baku, Teheran, Wilno i Narwa stają się areną bezwzględnej gry. Hakowanie aut, bomby logiczne, spyware i floty cieni – arsenał hybrydowej wojny XXI wieku to codzienność w pracy a szpiegów.

Ale to nie technologia, tylko spryt, lojalność i przyjaźń rozstrzygną, kto przeżyje.

W świecie zdrady, jedno jest pewne: nawet zdrajca nie jest bezpieczny.

Jakub Ritter, Piotr Sieńko
Reguły zdrady
Seria „Klinger”, tom 2
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 25 lutego 2026
 
 


Wszyst­kie wyda­rze­nia przed­sta­wione w niniej­szej książce ni­gdy nie miały miej­sca, a wszel­kie podo­bień­stwo do zda­rzeń i osób jest przy­pad­kowe, choć czy­tel­nik może doszu­kać się pew­nych ana­lo­gii i związ­ków z rze­czy­wi­stymi, histo­rycz­nymi wypad­kami. Auto­rzy czer­pali co prawda inspi­ra­cję z dorobku histo­rii naj­now­szej, jed­nak to, jak popro­wa­dzili akcję powie­ści, w zupeł­no­ści nie pokrywa się ze zda­rze­niami, które miały miej­sce.

PRO­LOG
Szpieg, który wyszedł z mgły

Jak nic będzie mgła… Wysta­wił głowę z kan­torka i popa­trzył w niebo.
Mgłę zawsze czuł w kościach. Ludzie bar­dzo czę­sto tak mówią: czuję coś w kościach. Ale tak po praw­dzie to Alek­san­der Rodin nad­cho­dzącą mgłę naj­pierw wyczu­wał w cho­rych zato­kach. Nie wie­dział, jak to się działo, po pro­stu się działo. Oczy wyska­ki­wały mu z głowy, póź­niej nagle bach, nad­cho­dziła mgła, a po godzi­nie wszystko znów było w porządku. Dla­tego tak nie­na­wi­dził tego miej­sca. Bo mgły przy­cho­dziły tu co chwila.
Jego sąsiad spod dwie­ście dwa, Żenia Burasz­kin, przez całą jesień i zimę narze­kał na pogodę. Stał przed skle­pem babki Wiery i mówił, że zapo­mniał, jak wygląda słońce. Mówił, że w ich mie­ście pogoda jest tak brzydka jak żona pre­zy­denta. Mówił i mówił. Wszy­scy się śmiali, bo Żenia to swój chłop. Kul­turny i ade­kwatny. Gdy w marcu znów nade­szła mgła, Burasz­kin sta­nął na para­pe­cie i zaczął coś wykrzy­ki­wać o kosmi­tach. Krzy­czał krótko, bo z siód­mego pię­tra na beton droga nie jest daleka. Tutaj rze­czy­wi­ście mgła zabija.
Gdyby nie ból głowy, to on wła­ści­wie nic by do tej mgły nie miał. Zda­rzało mu się nawet na niej zara­biać.
Może dzi­siaj jakiś baran znów zabłą­dzi i skręci na moją sta­cję, pomy­ślał, obsi­ku­jąc kępę krza­ków. Nadziei na przy­jazd klienta nie miał. Naj­czę­ściej tan­ko­wały u niego cię­ża­rówki. Ale komu chce się w sobotę pra­co­wać? On musiał. Zaro­bek na gru­za­wi­kach miał nie­zły, bo tuż obok jego sta­cji, pół kilo­me­tra za drogą, było woj­skowe lot­ni­sko. Wszy­scy się tu znali, wuj stryja, ciotka brata, a kolega z woj­ska znał faceta od pomp na lot­ni­sku za pło­tem. I w ten cudowny spo­sób paliwo było u niego tań­sze, a ci, któ­rzy pozwa­lali mu zaro­bić i speł­niać marze­nia jego Maszy, też nie­naj­go­rzej z tego żyli. Wszy­scy zado­wo­leni. Jed­nak w sobotę rano ruch na dro­dze był rów­nie duży jak na pogrze­bie inspek­tora Fede­ral­nej Służby Skar­bo­wej.
Roz­pro­sto­wał plecy i wes­tchnął. Muszę pomy­śleć o dodat­ko­wych pie­nią­dzach. Masza chce jechać na waka­cje do Swie­tło­gor­ska, dzie­ciaki rosną, a pro­cent od poży­czek zabija bole­śniej niż mgła. Wszystko kosz­tuje… Wes­tchnął ponow­nie. Trzeba będzie tro­chę paliwko dopra­wić. Spoj­rzał na cztery nie­bie­skie kon­te­nery z dys­try­bu­to­rami. Nie za dużo, żeby się klienci od razu nie poła­pali. Dole­jemy odbar­wio­nego oleju opa­ło­wego i będzie jak kok­tajl w Nowym Hotelu przy Gubienki. Pyszny, ale słaby jak występy zbor­nej w bara­żach o mistrzo­stwa świata w RPA.
Ożeż jasna cho­lera! Mało się nie wywró­cił, gdy nad jego głową z rykiem sil­ni­ków prze­le­ciał biały Jak-40 z dziw­nymi napi­sami. Ledwo go dostrzegł, bo mgła zaczęła scho­dzić na zie­mię. Chmury wisiały z sześć­dzie­siąt metrów nad wierz­choł­kami drzew. Mgła była gęst­sza niż zwy­kle. Zatoki Rodina nie kła­mały.
Zapiął roz­po­rek, ziew­nął i spoj­rzał na zega­rek Wostok. Był kwa­drans po dzie­wią­tej.
Co za nudny pora­nek…
W takie dni jego srebrny dzie­więt­na­sto­ca­lowy Sanyo z odtwa­rza­czem płyt CD rato­wał go przed sza­leń­stwem. Seriale i prze­la­tu­jące samo­loty. Naj­faj­niej było, jak samo­lot prze­la­ty­wał pod­czas reklam. Peł­nia szczę­ścia.
Rodin wszedł po cegłach do środka. Odpa­lił tele­wi­zor i wrzu­cił płytę. Masza nagrała mu naj­now­szy odci­nek Interny. Ide­alny odmóż­dżacz na sobotni pora­nek bez klien­tów. Na ekra­nie poja­wiła się czo­łówka serialu. Się­gnął po pilota. Zauwa­żył, że srebrny pla­stik ucieka mu spod pal­ców. Kan­to­rek zaczął drżeć, a huk sil­ni­ków o mało nie wybił wibru­ją­cych w oknach szyb. Alek­san­der natych­miast zapo­mniał o serialu i wybiegł na zewnątrz. Od wschod­niej strony w chmu­rach krą­żyło coś wiel­kiego.
Cztery sil­niki, jak nic! Duża bestia! – wyła­pał bez­błęd­nie, bo od czasu, gdy wybu­do­wał tu sta­cję, został pasjo­na­tem lot­nic­twa.
Rze­czy­wi­ście – po chwili z sinego mleka wychy­lił się szary Ił-76.
Coś dużo dzi­siaj tego lata. Dawno na lot­ni­sku nie było takiego ruchu, stwier­dził zdzi­wiony.
Aero­drom od pół roku nie dzia­łał. Maszyny i załogi prze­nie­siono do Oren­burga i Tagan­rogu, zostały tylko jakieś nędzne resztki obsługi. Wielki trans­por­towy wie­lo­ryb Ilju­szyna naj­wy­raź­niej miał zamiar lądo­wać. Parę razy pró­bo­wał usiąść. Huk krą­żył nad głową Rodina, ale osta­tecz­nie pilot zre­zy­gno­wał i na sta­cji znów zapa­dła cisza. Alek­san­der wró­cił do oglą­da­nia serialu.
Kiedy odci­nek się skoń­czył i męż­czy­zna roz­wa­żał włą­cze­nie kolej­nego, choć w grę wcho­dziły też Wil­gotne mamuśki, usły­szał od strony drogi hur­kot szu­tro­wej nawierzchni.
Wot siur­priz!1 Mam pierw­sze tra­fie­nie, ucie­szył się, a po sekun­dzie zoba­czył nad­jeż­dża­jącą beto­niarkę.
Klien­tów nie miał dużo, dla­tego sta­rał się zadbać o każ­dego wozaka. Rodin uwa­żał, że klienci wra­cają do niego na sta­cję, bo liczą, że powita ich po imie­niu i pogada o spo­rcie albo o kobit­kach. Nie to co na sie­ciów­kach. Tam liczy się tylko kasa. Ten kie­rowca był tu pierw­szy raz. Dla Rodina jego wizyta ozna­czała prze­rwa­nie sobot­niej nudy, choć dodat­kowe pie­nią­dze były rów­nie ważne.
Trzeba nowemu poka­zać klasę i zje­chać z ceną, uznał.
Męż­czy­zna wysko­czył z szo­ferki i o mało nie wywa­lił się w kałuży. Przez chwilę balan­so­wał jak sur­fer na trud­nej fali, zacho­wał jed­nak pion, pod­szedł do kan­torka i przez kratę zapu­kał klu­czy­kami w szybę.
Okienko prze­su­nęło się z piskiem.
– Po ile wacha? – Pochy­lony nad bla­tem kie­rowca nawet nie spoj­rzał na Rodina, tylko lustro­wał oko­licę. Widać było, że pusty bak zła­pał go w tym miej­scu po raz pierw­szy.
– W pro­mo­cji będzie dwa­dzie­ścia rubli za litr. Pasuje czy dodać hot doga z Łuko­ila? – zapy­tał reto­rycz­nie Alek­san­der.
Kie­rowca wresz­cie się odwró­cił i uśmiech­nął sze­roko.
– Ojczulku, jak utrzy­masz cenę, sam ci będę hot dogi przy­wo­ził! – Splu­nął przez zęby. – Daj za sie­dem tysięcy! – Wsu­nął przez kraty odli­czony plik bank­no­tów.
Rodin wci­snął guzik i uru­cho­mił dys­try­bu­tor. Kie­rowca zaczął wle­wać ben­zynę, a licz­nik przy kasie naj­pierw powoli, póź­niej coraz szyb­ciej popy­chał cyferki. Nagle z kli­ka­niem cyfe­rek zgrał się rosnący basowy huk sil­ni­ków nad­la­tu­ją­cego samo­lotu. Rodin już chciał wysko­czyć na zewnątrz, ale się zawa­hał. Czy­tał za dużo nagłów­ków o wła­ści­cie­lach sta­cji zna­le­zio­nych z roz­łu­pa­nymi czasz­kami. Tym razem w huku sil­ni­ków samo­lotu wyczuł coś dziw­nego. Dźwięk był gło­śniej­szy i wyraź­niej­szy niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Dosłow­nie spa­dał mu na dach, roz­wi­bro­wu­jąc każdy gwóźdź wbity pod­czas budowy. Szyby dzwo­niły tak gło­śno, że nie sły­szał nawet, co krzy­czy kie­rowca, który wska­zy­wał na chmury. Rodin otwo­rzył drzwi i spoj­rzał ponad drzewa. Nie zoba­czył samo­lotu, tylko cień kadłuba, który prze­śli­zgnął się wzdłuż bia­łej waty, led­wie czter­dzie­ści metrów nad jego głową. Mgła była tuż nad nimi. Huk wędro­wał za maszyną. Sądząc po pracy sil­nika, samo­lot prze­le­ciał nad ulicą i wła­śnie pod­cho­dził do lądo­wa­nia. Za drogą był rzadki lasek na działce jego zna­jo­mego, szopa przed paro­wem, a za wznie­sie­niem zaczy­nał się pas.
W tym momen­cie wycie sil­ni­ków zmie­niło ton, basowy huk prze­szedł w nara­sta­jący pisk, jakby pilot chciał wykrze­sać z maszyny całą moc, jaką miał pod pal­cami wolantu. Po ułamku sekundy wraz z ogłu­sza­ją­cym dźwię­kiem samo­lotu dobiegł odgłos, któ­rego Rodin ni­gdy wcze­śniej tutaj nie sły­szał. Pach, pach, pach! Jakby w gigan­tycz­nej sau­nie rów­nie wielka ręka waliła olbrzy­mimi wit­kami w poszy­cie kadłuba. Potem usły­szał huk i nad paro­wem poja­wił się dym. Sil­niki nagle zamil­kły i na lot­ni­sku Smo­leńsk-Sie­wier­nyj zro­biło się cicho. Jakby mgła otu­liła miej­sce kata­strofy Tu-154 i nie chciała nikogo wypu­ścić.

10 KWIETNIA 2010, SOBOTA, ROSJA, LOTNISKO SMOLEŃSK-SIEWIERNYJ

Ope­ra­tor TVP jesz­cze raz, na wszelki wypa­dek, usta­wił balans bieli i ostrość obrazu. Po całym dniu pracy był zmę­czony, ale nie miał zamiaru wyło­żyć się na szkol­nym błę­dzie. Spraw­dził poziom dźwięku i poma­chał do inży­niera wozu, który w tym cza­sie skoń­czył usta­wiać antenę. Na kon­soli roz­bły­sła feeria kon­tro­lek, co ozna­czało, że wstrze­lili się w sate­litę. Zespół był gotowy do nada­wa­nia.
Teraz muszę sku­pić się na pracy, pomy­ślał. Na emo­cje przyj­dzie czas za parę godzin.
Do Smo­leń­ska przy­je­chał wczo­raj. Wraz z całą ekipą, która miała obsłu­gi­wać obchody rocz­ni­cowe, prze­no­co­wali w hotelu, a od rana cze­kali roz­sta­wieni na przy­lot pre­zy­denta. Nic się nie działo, więc zro­bił parę ujęć, wyjął kartę z kamery i poszedł do nie­wiel­kiego budynku obok cmen­ta­rza, żeby móc na szybko zmon­to­wać surówkę i wysłać ją do War­szawy. Razem z wypi­ciem kawy zajęło mu to z pięt­na­ście minut. Pod­cho­dził już do rzędu roz­sta­wio­nych czar­nych krze­seł, gdy na katyń­skim cmen­ta­rzu roz­dzwo­niły się dzie­siątki tele­fo­nów. Zadzwo­niły w tym samym momen­cie. Na cmen­ta­rzu w jed­nej chwili uci­chły roz­mowy i sły­chać było tylko komór­kowe wibrato.
Wzdłuż cmen­tar­nej alei ponio­sły się głosy:
– Wypa­dek…
– Pol­ski pre­zy­dent…
– Wszy­scy zgi­nęli…
Od tego momentu na nogach utrzy­my­wała go wyłącz­nie adre­na­lina. Kil­ka­na­ście radio­wo­zów poli­cji pędziło na sygna­łach w stronę lot­ni­ska. Co chwilę prze­my­kała straż pożarna. Rosyj­skich służb przy­by­wało, choć Pola­kom cią­gle nie powie­dziano, co tak naprawdę się stało.
Co było póź­niej? To, co zoba­czył i co krę­cił przez następ­nych kil­ka­na­ście godzin, musiał wyma­zać z pamięci. Miał wra­że­nie, że kamera jest murem, który oddziela go od hor­roru. W nocy na lot­ni­sku trwała gorącz­kowa krzą­ta­nina. Co chwilę zajeż­dżały rzą­dowe limu­zyny, przy­by­wało ludzi. Mgła opa­dła, ale zastą­piła ją wie­czorna szadź. Na wszelki wypa­dek prze­tarł obiek­tyw, żeby wil­goć nie zepsuła uję­cia. Tuż obok niego stał Wik­tor Bater, pierw­szy pol­ski dzien­ni­karz, który na ante­nie Pol­sat News poin­for­mo­wał świat o wypadku. Repor­ter trzy­mał białą ksią­żeczkę pro­to­kołu dyplo­ma­tycz­nego i po raz setny z nie­do­wie­rza­niem czy­tał nazwi­ska 96 ofiar.
Nagle Rosja­nie zaczęli bie­gać jak osza­lali. OMON-owcy odsu­nęli ope­ra­to­rów. Zła­pali się pod ramiona, two­rząc żywy kory­tarz, a tuż przy namio­cie roz­sta­wio­nym przez Mini­ster­stwo ds. Sytu­acji Nad­zwy­czaj­nych wyro­śli funk­cjo­na­riu­sze bez­pieki. Dostrzegł pre­mie­rów Pol­ski i Rosji. Ofi­ce­ro­wie Fede­ral­nej Służby Ochrony bez słowa oto­czyli wycho­dzą­cych męż­czyzn. Ope­ra­tor zerwał kamerę ze sta­tywu. Zarzu­cił ją na ramię i usta­wił się tak, żeby ochrona nie zepsuła mu kadru. Obok poli­ty­ków szedł mini­ster ds. sytu­acji nad­zwy­czaj­nych i tłu­ma­czył, jak doszło do wypadku. Przez chwilę kame­rzy­ście prze­le­ciało przez głowę, że Rosja jest chyba jedy­nym kra­jem na świe­cie, który stwo­rzył takie mini­sterstwo, jakby sytu­acje nad­zwy­czajne były tutaj naj­zu­peł­niej zwy­czajne i tak czę­ste, że dla ich roz­wią­za­nia Rosja­nie musieli powo­łać spe­cjalny resort.
Wokół poli­ty­ków kłę­bił się tłum urzęd­ni­ków, woj­sko­wych i kto wie kogo jesz­cze. Krąg był jak żywy orga­nizm. Wiro­wał wokół znaj­du­ją­cych się w jego cen­trum ofi­cjeli i poru­szał się zgod­nie z ich kro­kami. Na jego obrze­żach krą­żyły kamery, reali­za­to­rzy dźwięku i dzien­ni­ka­rze, któ­rzy za wszelką cenę sta­rali się dopchać do epicen­trum, a ochro­nia­rze rów­nież wszel­kimi spo­so­bami sta­rali się ich z tego tor­nada wypchnąć. Osta­tecz­nie repor­te­rzy musieli prze­grać. Byli prze­cież jak remora na ciele wie­lo­ryba, uza­leż­nieni od fizycz­nej obec­no­ści żywi­ciela. Więc gdy tylko poli­tycy zapra­gnęli samot­nie ruszyć w stronę miej­sca upadku samo­lotu, dzien­ni­ka­rze stra­cili ener­gię i prze­stali zwra­cać uwagę na ota­cza­jący ich świat. Tor­nado poto­czyło się dalej, a media zostały za żywym kor­do­nem stwo­rzo­nym przez rosłych OMON-owców. Repor­te­rzy zbili się w stadko.
Z boku wyglą­dało to tak, jakby w jed­nej sekun­dzie wspól­nie uznali, że jedy­nym spo­so­bem na odzy­ska­nie siły jest gro­madne oku­po­wa­nie kilku metrów kwa­dra­to­wych błota. Część z nich wycią­gnęła papie­rosy. Inni się­gnęli po komórki. Łączyli się z new­sro­omami i oma­wiali pyta­nia do kolej­nych wejść na antenę. Mimo póź­nej pory w redak­cjach nikt nie prze­ry­wał pracy. Trans­mi­sja na żywo trwała od rana. Dla­tego ope­ra­tor i teraz zapi­sy­wał tera­bajty obrazu. Krę­cił wszystko, bo miał świa­do­mość, że to naj­waż­niej­szy dzień w jego zawo­do­wym życiu. Pod­szedł kilka metrów w stronę kor­donu, sta­nął za namio­tem i pró­bo­wał zogni­sko­wać obiek­tyw na zgro­ma­dzo­nej w oddali gru­pie poli­ty­ków. Ale szare syl­wetki pra­wie nie odci­nały się od siwego tła.
W elek­tro­nicz­nym wizje­rze dostrzegł, że do pol­skich dzien­ni­ka­rzy pod­szedł męż­czy­zna w sile wieku, któ­rego wcze­śniej dostrzegł w gru­pie Rosjan. Wszy­scy przy­je­chali wraz z Wła­di­mi­rem Wła­di­mi­ro­wi­czem. Męż­czy­zna nie zauwa­żył kamery, bo ope­ra­tor stał za daleko. Polak prze­su­nął się dwa kroki w prawo i zła­pał w kadrze jego twarz. Wzmoc­nił dźwięk, żeby w słu­chaw­kach usły­szeć, o czym mówi nie­zna­jomy. Ope­ra­tor słabo znał rosyj­ski, w szkole zała­pał się led­wie na dwa lata nauki, a póź­niej upadł PRL i język Wiel­kiego Brata prze­stał być przy­mu­sowy. Ku jego zasko­cze­niu męż­czy­zna przy­wi­tał się po pol­sku. I mówił w tym języku zde­cy­do­wa­nie lepiej niż przed chwilą tłu­macz towa­rzy­szący Wła­di­mi­rowi Wła­di­mi­rowiczowi.
– Straszna tra­ge­dia, pano­wie, straszna… Nie mogę dojść do sie­bie. Tutaj wszy­scy są wstrzą­śnięci i bar­dzo wam współ­czują – pero­ro­wał z zadzi­wia­jącą jak na swój wiek siłą. Z wyglądu miał około sześć­dzie­siątki. – Widzia­łem w naszej… to zna­czy w rosyj­skiej tele­wi­zji, że zwy­kli, pro­ści ludzie skła­dają kwiaty pod amba­sadą w Moskwie. Straszna histo­ria…
Ope­ra­tor słu­chał słów tego czło­wieka, ale wyczuł w nich jakiś fałsz. Nie był w sta­nie spre­cy­zo­wać, dla­czego odniósł takie wra­że­nie, jed­nak było ono na tyle silne, że je zapa­mię­tał.
– A pan z rosyj­skiego MSZ? – zapy­tał jeden z dzien­ni­ka­rzy.
Męż­czy­zna pokrę­cił głową.
– Popro­szono mnie, żebym wam wszystko wytłu­ma­czył… bo w pol­skich mediach poja­wiają się już absur­dalne spe­ku­la­cje, że mgła nad lot­ni­skiem została wywo­łana sztucz­nie, że to spi­sek Rosjan. Poka­zali mi arty­kuł na pol­skim por­talu, że celowo ją roz­py­lono, może Ił-76 ją roz­rzu­cał, a to prze­cież jerunda – użył rosyj­skiego słowa. Zaraz jed­nak się popra­wił, tak jakby nie chciał, żeby ktoś zwró­cił uwagę na to obco brzmiące wtrą­ce­nie: – To zna­czy bzdura straszna.
– A kto niby o to popro­sił? – dopy­ty­wał nie­ufny pol­ski dzien­ni­karz.
– To nie jest teraz ważne. Musi­cie wyja­śnić Pola­kom, że Rosja­nie niczego takiego nie zro­bili. Trzeba się doma­gać, żeby pol­skie wła­dze poka­zały zdję­cia sate­li­tarne. Wyj­dzie, że mgła była w całym rajo­nie – znów użył słowa, które ina­czej brzmiało po pol­sku. – Czer­wona Armia – tego zwrotu w Pol­sce pra­wie nikt już nie uży­wał – ma co prawda takie gene­ra­tory TMC-65 do pro­duk­cji dymu i mgły. To takie wiel­kie bydlę na pod­wo­ziu cię­ża­rówki. Wyje jak pie­run, nie da się tego ukryć. Wasi to wie­dzą, bo myśmy… bo pol­skie woj­sko miało takie samo ustroj­stwo. Wystar­czy zapy­tać… – Gdy męż­czy­zna dostrzegł kamerę, prze­rwał i natych­miast się odwró­cił.
Dzien­ni­ka­rze stra­cili zain­te­re­so­wa­nie senio­rem, bo mieli waż­niej­sze sprawy na gło­wie. Poli­tycy wra­cali wła­śnie z miej­sca kata­strofy. Ope­ra­tor TVP obró­cił kamerę. Razem z nim oży­wił się cały dzien­ni­kar­ski wir. Po chwili pre­mie­rzy wygło­sili krót­kie oświad­cze­nia i znik­nęli w namio­cie. Wkrótce miała się tam odbyć wide­okon­fe­ren­cja ze spe­cja­li­stami z Mię­dzy­pań­stwo­wego Komi­tetu Lot­ni­czego. Ope­ra­tor sko­rzy­stał z momentu prze­rwy i pobiegł do wozu trans­mi­syj­nego, by prze­słać do War­szawy ogrywki z wystą­pień poli­ty­ków. Wyjął kartę z kamery i prze­ka­zał ją inży­nie­rowi. Wło­żył nową i wró­cił przed namiot. W natłoku wyda­rzeń zapo­mniał o dziw­nym męż­czyź­nie. Ale w new­sro­omie Wia­do­mo­ści na Placu Powstań­ców w War­sza­wie jeden z dzien­ni­ka­rzy prze­glą­dał surówkę ze Smo­leń­ska i uznał, że kadr z nie­zna­jo­mym przyda się do mate­riału o pracy mediów pod­czas naro­do­wej tra­ge­dii. Rela­cja uka­zała się w Wia­do­mo­ściach i poka­zy­wano ją przez następ­nych kilka lat.

18 KWIETNIA 2010, NIEDZIELA, WARSZAWA, PLAC INWALIDÓW

Gene­rał Sta­ni­sław Klin­ger zoba­czył uję­cie z męż­czy­zną w zie­lo­nym orta­lio­nie w dniu pogrzebu pre­zy­denta. Aku­rat czuł się tro­chę lepiej. Pra­wie zapo­mniał o wczo­raj­szej depre­sji. Wziął done­pe­zil i nawet przy­mknął oko w środku dnia. Obu­dził się po godzi­nie i – już w lep­szym nastroju – usiadł w fotelu. Zawsze wolał czy­tać książki, ale pro­blemy z kon­cen­tra­cją powoli pozba­wiały go i tej przy­jem­no­ści. Odło­żył więc wspo­mnie­nia gene­rała Kuro­pie­ski na nie­wielki sto­lik i włą­czył tele­wi­zor. Przez kilka minut zasta­na­wiał się, skąd zna twarz męż­czy­zny w sta­ro­mod­nym zie­lo­nym orta­lio­no­wym płasz­czu z pod­pinką. Gdy wresz­cie sobie przy­po­mniał, natych­miast otwo­rzył skó­rzany notes leżący przy tele­fo­nie. Zna­lazł nazwi­sko i wykrę­cił numer. Przed­sta­wił się, a po chwili sekre­tarka połą­czyła go z pod­puł­kow­ni­kiem Duszyń­skim.
– Dzień dobry, panie gene­rale – usły­szał spo­kojny głos roz­mówcy.
– Myśla­łem, że jeste­śmy po imie­niu – odpo­wie­dział poważ­nie Klin­ger.
– Zwy­kły pod­puł­kow­nik może być po imie­niu z gene­ra­łem wyłącz­nie przy dobrym koniaku – zaśmiał się „Zastępca”.
– Dobrze, że tak mówisz, Rober­cie, bo myśla­łem, że znów mi się coś pomy­liło… – odparł z zakło­po­ta­niem gene­rał. – Pomyśla­łem, że docze­ka­łeś puł­kow­nika.
– Cze­ka­nie to naj­waż­niej­sza cnota w naszym biz­ne­sie. – „Zastępca” uciął temat, bo nie miał ochoty opo­wia­dać, że sze­fo­wie wolą dobre infor­ma­cje zamiast tych praw­dzi­wych.
I na­dal jesteś zastępcą naczel­nika wydziału, a powi­nie­neś być dużo wyżej, dopo­wie­dział w myślach Klin­ger.
Duszyń­ski od lat peł­nił tę funk­cję w Służ­bie Wywiadu Woj­sko­wego. Awanse w SWW i sto­pień puł­kow­nika kon­se­kwent­nie go omi­jały, wędru­jąc do innych, lepiej poukła­da­nych poli­tycz­nie ofi­ce­rów.
– Mogę w czymś pomóc, gene­rale? – zapy­tał po chwili ciszy Duszyń­ski.
– Szu­kam kon­taktu z twoim sze­fem. Myślę, że to ważne – odpo­wie­dział Klin­ger. – Gdyby twój dowódca uznał, że sta­remu pier­ni­kowi znów coś odbija, prze­każ mu, że cho­dzi o Hupałę. Jak będzie­cie zain­te­re­so­wani, wpad­nij­cie z konia­kiem – dodał, po czym odło­żył słu­chawkę.
Po pię­ciu minu­tach tele­fon zadzwo­nił, a po godzi­nie usły­szał gong u drzwi. Na progu stali dwaj męż­czyźni w zie­lo­nych mun­du­rach z butelką bursz­ty­no­wego Hen­nessy. „Zastępca” roz­lał tru­nek do kie­lisz­ków i wszy­scy usie­dli w fote­lach.
– Prze­pra­szam, że was nie­po­koję. Pew­nie po dzie­sią­tym kwiet­nia macie urwa­nie głowy, ale to chyba nie może cze­kać – zaczął gene­rał i się­gnął po pilota do deko­dera. Cof­nął zapi­sany pro­gram do mate­riału o pracy dzien­ni­ka­rzy pod­czas kata­strofy. Kiedy na ekra­nie poja­wił się męż­czy­zna w zie­lo­nym orta­lio­nie, zro­bił stop-klatkę. – To na pewno on! – zawo­łał. – Może mam dziury w mózgu, ale tego skur­wy­syna poznam, nawet jak prze­stanę pamię­tać wła­sne nazwi­sko.
– Jest pan gene­rał pewien? – zapy­tał męż­czy­zna w zie­lo­nym mun­du­rze.
– Takich zdraj­ców się nie zapo­mina. To Hupała – odparł Klin­ger.
Poroz­ma­wiali jesz­cze kwa­drans, dopili koniak i goście ruszyli do drzwi. Na koniec Klin­ger uści­snął dło­nie ofi­ce­rów i rzu­cił:
– Opie­kuj­cie się moją cór­cią, gdy­bym do reszty…
Nie dokoń­czył. Nie musiał. Męż­czyźni wie­dzieli, o co cho­dzi. Wró­cili na Aleję Nie­pod­le­gło­ści i weszli do „krypty”, czyli bez­piecz­nego, dźwię­kosz­czel­nego pokoju w piw­ni­cach budynku SWW.
„Dowódca” roz­piął ostatni guzik przy zie­lo­nej mun­du­ro­wej kurtce i zaczął bez zbęd­nych wstę­pów:
– Puł­kow­nik Tade­usz Hupała. Rocz­nik pięć­dzie­siąty piąty. W woj­sku słu­żył dwa­dzie­ścia lat, po upadku PRL-u odszedł do rezerwy. Na prze­ło­mie dzie­więć­dzie­sią­tego dru­giego i dzie­więć­dzie­sią­tego trze­ciego roku nagle znik­nął. Prze­stał poja­wiać się na spo­tka­niach Sto­wa­rzy­sze­nia Byłych Żoł­nie­rzy Zawo­do­wych Ludo­wego Woj­ska Pol­skiego. Kole­dzy myśleli, że Hupała umarł, a że był samot­ni­kiem – matka zmarła na wylew w osiem­dzie­sią­tym pią­tym, ojciec zapił się na śmierć zaraz po jego uro­dze­niu, a jedyną bli­ską osobą, jaka mu została, była sio­stra, która cały czas jeź­dziła po świe­cie – nikt nie był w sta­nie usta­lić, gdzie obec­nie prze­bywa. Dla­tego, cóż, zamiast rodziny poin­for­mo­wali żan­dar­me­rię. Popro­sili, żeby ktoś wła­mał się do miesz­ka­nia i spraw­dził, czy nie zja­dły go koty. Ale miesz­ka­nie stało puste. Sąsie­dzi i zna­jomi nie byli nam w sta­nie nic powie­dzieć. Śledz­two też się śli­ma­czyło. W dzie­więć­dzie­sią­tym pierw­szym biura pasz­por­towe MSW prze­szły do woje­wo­dów, akta wędro­wały w tę i nazad, więc dowie­dzie­li­śmy się z opóź­nie­niem, że wziął pasz­port i pole­ciał z Orbi­sem do Azer­bej­dżanu. Infor­ma­cja, że odłą­czył się od wycieczki, też zagi­nęła w całym tym bur­delu. Mie­li­śmy podej­rze­nia, że wyje­chał do Rosji, bo tropy ury­wały się w Baku. Przez pra­wie dwie dekady nie dawał znaku życia. I teraz nagle poja­wił się, cały i zdrowy, na miej­scu kata­strofy w Smo­leń­sku. Tro­chę to wszystko dziwne. – „Dowódca” popa­trzył uważ­nie na przy­ja­ciela.
– A dla­czego gene­rał Klin­ger nazwał go zdrajcą?
– Takie były podej­rze­nia. Hupała był pupil­kiem Sowie­tów i kiedy znik­nął, uznali, że wró­cił do swo­ich. Dowo­dów nie było.
– A może Hupała poznał w Baku jakąś piękną Maru­się i wybrał seks w Moskwie zamiast eme­ry­tury w Rem­ber­to­wie? Ludziom na sta­rość różne rze­czy przy­cho­dzą do głowy. To jesz­cze nie robi z niego szpiega. – „Zastępca” jak zwy­kle szu­kał naj­prost­szych odpo­wie­dzi.
„Dowódca” podra­pał się po gło­wie.
– Coś mi mówi, że jest ina­czej… Sprawa znik­nię­cia Hupały była wtedy dość znana w śro­do­wi­sku byłych żoł­nie­rzy LWP. Pamię­taj, że chwilę wcze­śniej zamor­do­wano Jaro­sze­wi­cza, a były pre­mier, zanim został apa­rat­czy­kiem, nosił mun­dur. Wszyst­kie zgony i zagi­nię­cia wśród ofi­ce­rów żywo wtedy komen­to­wano. Na jakimś spo­tka­niu świą­tecz­nym gene­rał Klin­ger wspo­mi­nał, że widzieli się z Hupałą pod­czas ćwi­czeń Sojuz ’81. Rosja­nie wyrzu­cili wtedy ze sztabu Klin­gera i gene­rałów, a pozwo­lili zostać Hupale. Gnój był przed trzy­dziestką.
– Kurwa, co to były za czasy! – Duszyń­ski wzdry­gnął się na samo wspo­mnie­nie.
– Po tym zda­rze­niu Klin­ger był prze­ko­nany, że puł­kow­nik to czło­wiek radziec­kich. Jak znik­nął, nasza „kon­tra” zaczęła grze­bać w archi­wach. Zna­leź­li­śmy donosy z początku lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Uchol pisał, że za PRL-u puł­kow­nik sku­mał się z Sowie­tami. Kon­tra uznała, że Hupała nic nie wie o nowym pol­skim woj­sku, i zape­klo­wała akta w archi­wum. Spra­wie ukrę­cono łeb. Jeśli jed­nak Klin­ger miał rację wtedy i ma ją teraz, a Hupała gra z Rosja­nami, to musimy spraw­dzić, o co cho­dzi. Szcze­gól­nie w kon­tek­ście Smo­leń­ska – dodał zde­cy­do­wa­nie „Dowódca”.
– W kon­tek­ście Smo­leń­ska?
– Nie możemy niczego wyklu­czyć, choć na pozór sprawa wydaje się oczy­wi­sta… Ale dużo oczy­wi­stych spraw miało nie­oczy­wi­ste zakoń­cze­nia. Znajdź kogoś, kto prze­wą­cha temat.
„Zastępca” się skrzy­wił.
– Może oddać to kontr­wy­wia­dowi?
– Taką nitkę chcesz odpu­ścić? Jeśli Hupała był sowiec­kim, a póź­niej rosyj­skim szpie­giem, i to w Rem­ber­to­wie, może się przy­dać w naszej grze… Wiesz, o czym mówię. – „Dowódca” się uśmiech­nął. – Jak bra­ku­jący kamy­czek. Tylko trzeba go wygrze­bać…
Duszyń­ski nie­chęt­nie się zgo­dził.
– No dobrze, ale i tak trzeba tu psa, który cho­dzi z nosem przy ziemi. My możemy wspo­móc „kontrę” na tere­nie Rosji.
– Kogo byś tam posłał?
– Pomy­śla­łem o kapi­tan Kla­rze Klin­ger. Córka Staszka ma bar­dzo dobrą opi­nię. Warto ją prę­dzej czy póź­niej wyko­rzy­stać…
– To co stoi na prze­szko­dzie?
– Kapi­tan Klin­ger zła­pała kon­takt ope­ra­cyjny na bia­ło­ru­skie biuro „KB Radar”. Pen­ta­gon się pod­nie­cił i ofe­ruje worek dola­rów. Naj­gor­sze, że puł­kow­nik Ber­ger za bar­dzo chce się przed nimi popi­sać i zaczyna koza­czyć. Jak teraz ją wyco­fasz, Ber­ger położy całą ope­ra­cję jak mój maj­ster gla­zurę.
– To kto zamiast Klary?
– Twoja sio­stra?
– Bałem się, że to powiesz.
– Ma dobre duń­skie papiery. Wyślemy ją jako Idę Lars­sen, choć może lepiej dać jej nie­miecką toż­sa­mość.
– No dobrze, zoba­czymy.
– Słusz­nie, naj­pierw niech dupę ruszy „kon­tra”. Mogą zacząć od spraw­dze­nia nagra­nia ze Smo­leń­ska. Pew­nie w TVP mają coś wię­cej niż parę sekund z mate­riału w Wia­do­mo­ściach… Tylko jak będziesz nego­cjo­wał z Oczki, pamię­taj, że ze mną nasz kochany kontr­wy­wiad nie roz­ma­wia – zaśmiał się „Zastępca”. – Jak mamy coś ugrać, to beze mnie.
„Dowódca” chwilę się zasta­na­wiał.
– Mia­łeś kie­dyś w szkole takiego faj­nego popa­prańca z rocz­nika córki Klin­gera. Jak mu tam było… No wiesz, trzeba go było wyrzu­cić z całą grupą w związku ze sprawą Stecz­kow­skiego. Tylko jak mu było… Ada­mo­wicz… Abga­ro­wicz… a może Abra­mo­wicz?
– Tak się nazy­wał – potwier­dził Duszyń­ski. – Wik­tor Abra­mo­wicz. Z tego, co wiem, teraz służy w kontr­wy­wia­dzie.
– Popro­szę szefa SKW, żeby nam pomógł. Jest mi winien przy­sługę. Zasu­ge­ruję, że Abra­mo­wicz zna spe­cy­fikę, takie tam… i popro­szę, żeby go odde­le­go­wali. Oczy­wi­ście SKW nie może wie­dzieć, że maczasz w tym palce, bo na złość uto­pią sprawę w szam­bie i jesz­cze się tam z rado­ścią wyką­pią – pod­su­mo­wał „Dowódca”.
– To ja jesz­cze dziś przy­go­tuję pismo z ofi­cjalną prośbą, a ty prze­ka­żesz ją do SKW – zakoń­czył roz­mowę „Zastępca”.
Wezwa­nie do szefa zastało Abra­mo­wi­cza w toa­le­cie. Wik­tor zaczy­nał podej­rze­wać, że „Stary” ma tu zamon­to­wane kamery, bo ile­kroć sia­dał na sede­sie, natych­miast brzę­czał SMS, że ma bez zwłoki sta­wić się na naj­wyż­szym pię­trze. Jak to miał w zwy­czaju, kom­plet­nie się nie prze­jął wia­do­mo­ścią. Czy­tał Pozdro­wie­nia z Rosji Iana Fle­minga – aku­rat dotarł do momentu, w któ­rym Tatiana Roma­nowa wylą­do­wała w ramio­nach Jamesa Bonda. Wtedy uznał, że nie może prze­gi­nać i czas odwie­dzić prze­ło­żo­nego. Poczła­pał na górę, zasta­na­wia­jąc się, za co tym razem zosta­nie opier­do­lony. Wie­dział, że za wszyst­kie numery zdą­żono go już uka­rać, dla­tego się cof­nął, wziął z pokoju kawę, wypił łyk, a dopiero po tym dziar­sko wkro­czył do gabi­netu szefa. Kiedy zoba­czył sze­roki uśmiech na twa­rzy „Sta­rego”, domy­ślił się, że lepiej było zostać na sede­sie. Wypadł po kwa­dran­sie z papie­rami w dłoni. Ruszył w stronę pokoju z taką wście­kło­ścią, że wpa­da­jąc do środka, roz­trza­skał kubek o pan­cerne drzwi sejfu. Póź­niej jego kole­dzy mówili, że prze­cią­głe „kurwa mać!” Abra­mo­wi­cza było sły­chać nawet w sąsia­du­ją­cym z SKW Klu­bie Medyka.
Jak tylko odzy­skał zdol­ność racjo­nal­nego myśle­nia, zamknął sejf i wyszedł na „nie­cier­piące zwłoki spo­tka­nie na mie­ście”. Gdy otwie­rał drzwi, miał już w gło­wie gotowy plan.
Po pierw­sze, nie zamie­rzał się spie­szyć. Jeśli „Stary” uwa­żał, że łapa­nie szpie­gów jest mniej ważne od Smo­leń­ska, to niech poczeka.
Po dru­gie, podzwo­nił po zna­jo­mych, szu­ka­jąc pry­wat­nego kon­taktu z kimś pra­cu­ją­cym w redak­cji ser­wi­sów infor­ma­cyj­nych TVP na Placu Powstań­ców. Łań­cu­szek tele­fo­nów zapro­wa­dził go do ope­ra­tora, który dzie­sią­tego kwiet­nia obsłu­gi­wał wizytę pre­zy­denta w Smo­leń­sku. Umó­wili się na następny dzień w Kawiarni Wedla, na rogu Szpi­tal­nej i Gór­skiego.
– Prze­pra­szam, że nie mogę poświę­cić panu wię­cej czasu, ale za godzinę jedziemy na zdję­cia – zaczął ope­ra­tor bez zbęd­nych wstę­pów. – Co pan chce wie­dzieć?
– Tak jak mówi­łem przez tele­fon, inte­re­suje mnie czło­wiek, któ­rego nagra­li­ście na pły­cie lot­ni­ska w Smo­leń­sku. Co robił, jak się zacho­wy­wał, wszyst­kie detale. Chciał­bym też uzy­skać dostęp do peł­nego mate­riału zre­ali­zo­wa­nego tam­tej nocy, a nie tylko do frag­men­tów, które uka­zały się w tele­wi­zji.
– Zro­bię co w mojej mocy, ale pro­szę pamię­tać, że ten frag­ment nagrał Jacek… Mnie wtedy wysłano do namiotu, żebym krę­cił wide­okon­fe­ren­cje z MAK-iem.
– A Jacek to…?
– Jacek Kobus. Młody chło­pak, ale bar­dzo zdolny. Nie­stety teraz nie nadaje się do roz­mowy, bo…. Wie pan, my tam widzie­li­śmy straszne rze­czy, a Jacek jest wraż­li­wym chło­pakiem. Przed­wczo­raj tra­fił do szpi­tala.
– Boże, co mu się stało? – Abra­mo­wicz udał tro­skę, choć jedyne, co go zmar­twiło, to to, że zamknię­cie docho­dze­nia i napi­sa­nie raportu oddala się jak remont linii kole­jo­wej do Byd­gosz­czy.
– Zała­ma­nie. Leka­rze mówią, że ma PTSD. Wie pan, zespół stresu poura­zo­wego. Już w Smo­leń­sku zaczął się dziw­nie zacho­wy­wać.
– Gdzie dokład­nie leży?
– W Otwocku. Tam jest nie­zły szpi­tal MSWiA. Poło­żyli go na Oddziale Lecze­nia Zabu­rzeń Ner­wi­co­wych. Poje­chał­bym do niego, ale sam pan rozu­mie, roboty dużo, pie­nię­dzy mało…
– Możemy się umó­wić, że jak będzie pan do niego jechał, to da mi znać? Z chę­cią go poznam. A teraz miał­bym jesz­cze prośbę o te mate­riały. Czy mogę je dostać?
– Oczy­wi­ście. Zgram panu wszystko na dyski. Pro­szę tylko powie­dzieć, w jakim for­ma­cie?
– No… w takim tele­wi­zyj­nym, żebym mógł obej­rzeć w kom­pu­te­rze… Myśla­łem, że macie to na pły­tach…
– Na pły­tach to już tylko wydają Cho­pina! – zaśmiał się ope­ra­tor. – Dzi­siaj wszystko jest cyfrowe… Dosta­nie pan mp4.
– Jeśli tak trzeba, to może być nawet w JP2. Byle się dało oglą­dać – ucie­szył się Wik­tor.
Twarde dyski dotarły następ­nego dnia. Na wizytę w Otwocku przy­szło mu jed­nak pocze­kać do waka­cji. W tym cza­sie Abra­mo­wicz zdą­żył pra­wie zapo­mnieć o Kobu­sie. Raport dla „Sta­rego” przy­go­to­wał zaraz po spi­sa­niu dys­ków. Uznał, że wystar­czy stresz­cze­nie mate­ria­łów wideo i nie ma co prze­cią­gać roboty.
Dla­tego po tele­fo­nie od ope­ra­tora, który zadzwo­nił w środku waka­cji, przez dłuż­szą chwilę musiał grze­bać w pamięci, żeby sko­ja­rzyć, o jaką wizytę w szpi­talu cho­dzi. Choć był zawa­lony robotą, doszedł do wnio­sku, że kon­takt w TVP może się jesz­cze kie­dyś przy­dać, i potwier­dził wspólny wyjazd do Otwocka.
Szpi­tal MSWiA był poło­żony w leśnym kom­plek­sie tuż przy cichej uliczce Prusa. Była piękna, sło­neczna pogoda, dla­tego Jacek Kobus cze­kał na swo­ich gości, sie­dząc na par­ko­wej ławeczce. Ubrany w szpi­talny szla­frok, ści­skał pod­ło­kiet­nik, jakby szu­kał sta­łego opar­cia. Kiedy zaczęli roz­ma­wiać, urzą­dze­nie reje­stru­jące weszło auto­ma­tycz­nie w tryb zapisu.

Ste­no­gram roz­mowy z 18 lipca 2010 r. z Jac­kiem Kobu­sem, ope­ra­to­rem kamery TVP. Roz­mowę prze­pro­wa­dził w szpi­talu MSWiA porucz­nik Wik­tor Abra­mo­wicz.

Ste­no­gram roz­mowy roz­po­czyna się od 7. minuty i 24. sekundy zapisu.

JK – Jacek Kobus, ope­ra­tor TVP
WA – Wik­tor Abra­mo­wicz, ofi­cer SKW
ZZ – osoba pośred­ni­cząca w kon­tak­cie
Frag­menty, któ­rych nie udało się odsłu­chać, zazna­czone.

JK – (nie­zro­zu­miałe) …się czuje lepiej.
WA – (nie­zro­zu­miałe) …To ja bym chciał, żebyś spoj­rzał na zdję­cie. Koja­rzysz tego czło­wieka… O, tego z lewej…
JK – Chyba tak. Nie pamię­tam dokład­nie, bo wszystko mi się roz­mywa. Wie­czo­rem na lot­ni­sku co chwilę przy­cho­dzili do nas dziwni ludzie. Każdy coś chciał od repor­te­rów, opo­wia­dali różne histo­rie.
WA – Popatrz jesz­cze raz.
JK – Jak we śnie to się zlewa. Ale tego pamię­tam. Posła­niec, tak go sobie nazy­wam. Przy­je­chał z waż­nymi Rosja­nami. Jak na lot­ni­sku zro­biło się zamie­sza­nie, pod­sko­czył do naszych dzien­ni­ka­rzy i gadał coś o mgle.
WA – To, co jest na nagra­niu, czy coś jesz­cze?
JK – Chyba tylko to… Jak jest na nagra­niu, to zosta­nie na zawsze. Rze­czy z pamięci się kasują. Przy­naj­mniej nie­które.
WA – Coś jesz­cze było dziw­nego?
JK – Tam wszystko było nie­re­alne. Psy bar­dzo uja­dały. Jak tutaj pies zaszczeka, to nie mogę spać. Mam psa w domu… Bar­dzo go lubię, ale boję się wra­cać… Nie chcę, żeby szcze­kał.
ZZ – Nie ma pro­blemu, Jacek. Ania go wzięła do sie­bie, wróci, jak już będziesz… (nie­zro­zu­miałe)
WA – Coś wcze­śniej czy póź­niej się wyda­rzyło w związku z tym gościem? Jakiś szcze­gół?
JK – Tak. Pod­szedł i zapy­tał, skąd jestem, natar­czywy był. Ale tak krótko. Jak powie­dzia­łem, że z War­szawy, to był zado­wo­lony. Zapy­tał o bazar w Rem­ber­to­wie. Dziwne, nie?
WA – O bazar?!
JK – No, o Ciu­chy. Ty pew­nie nie jesteś z War­szawy, to nie wiesz… Słynny bazar w Rem­ber­to­wie. Wszy­scy tam jeź­dzili, zanim powstał Sta­dion Dzie­się­cio­le­cia.
ZZ – Można było levisy kupić za Jaru­zel­skiego…
WA – I o tym gadał? O modzie?
JK – No… tak. O ciu­chach w Rem­ber­to­wie. Pytał się o jakie­goś Jawor­skiego, który miał tam stra­gan. Dał mi nawet list do tego Jawor­skiego i popro­sił, żeby pozdro­wić…
WA – I to wszystko?
JK – Tak, dał kartkę i poszedł.
WA – I co z tą kartką. Dałeś?
JK – No… jesz­cze nie. Nie mia­łem do tego głowy. W domu leży.
WA – Coś jesz­cze? Było coś dziw­nego?
JK – Nie… już chyba nie…
WA – Czy mógł­bym rzu­cić okiem na ten list?
JK – To nawet nie był list. To był wyrwany mar­gi­nes z książki wrzu­cony w ulotkę. Ale pew­nie… Jak się przyda, to pew­nie… Weź­cie sobie. Tylko nie wiem, kiedy będę w domu. Na razie mi tu dobrze. Mogę spać i się nie boję. Na razie wystar­czy…
ZZ – To może popro­simy Anię, żeby poszu­kała. Nie przej­muj się…
WA – Świet­nie. To my już będziemy ucie­kać.

KONIEC ZAPISU

Z Otwocka męż­czyźni poje­chali do miesz­ka­nia Kobusa. Po kilku minu­tach poszu­ki­wań Ania odna­la­zła ulotkę. Abra­mo­wicz odsu­nął dziew­czynę i przez gumowe ręka­wiczki naj­pierw wyjął fol­der z torby ope­ra­tora, a póź­niej roz­ło­żył go na stole. Wewnątrz kolo­ro­wego pro­spektu rekla­mu­ją­cego aqu­apark w pod­mo­skiew­skich Mytisz­czach znaj­do­wała się nie­wielka kartka. Wik­tor przy­trzy­mał ją dłu­go­pi­sem i prze­czy­tał:
– „Drogi Romku, pozdro­wie­nia po latach z Moskwy. Ode­zwij się do mnie. Przy­jedź. Cze­kam w każdą pierw­szą sobotę mie­siąca o osiem­na­stej. Twój Tadek”.
Wik­tor popro­sił Anię o torebkę stru­nową, wsu­nął kartkę do środka, a na koniec pie­czo­ło­wi­cie zamknął i scho­wał do wewnętrz­nej kie­szeni mary­narki.
Następ­nego dnia zaniósł pakiet do tech­niki i zle­cił zebra­nie odci­sków pal­ców oraz DNA. Popro­sił rów­nież o prze­ba­da­nie fol­deru i listu pod kątem wykry­cia taj­nej kore­spon­den­cji. Niczego takiego nie zna­le­ziono, ale bada­nie odci­sków potwier­dziło, że nadawcą jest zagi­niony przed osiem­na­stu laty puł­kow­nik Tade­usz Hupała.
Abra­mo­wicz sie­dział w swoim pokoju i patrzył na wyniki, dra­piąc się po nosie. Miał szczerą ochotę zapo­mnieć o spra­wie, ale nie byłby sobą, gdyby nie zna­lazł odpo­wie­dzi na ostat­nie drę­czące go pyta­nie.
Kim, do kurwy nędzy, jest Romek Jawor­ski. Jeśli Hupała był przed laty ruskim szpie­giem, to może ten Jawor­ski jest jakimś jego daw­nym kon­tak­tem, który cały czas działa w Pol­sce? – zasta­na­wiał się.
W końcu nie wytrzy­mał – wsiadł do auto­busu numer 174 i z prze­siadką doje­chał na Pade­rew­skiego. Tak zwa­nych Ciu­chów dawno nie było, ale posta­no­wił poroz­ma­wiać z miej­sco­wymi.
Wybrał dom, który wyglą­dał na naj­star­szy. Otwo­rzyła mu zażywna kobieta po sześć­dzie­siątce.
– Niczego nie potrze­buję, wszystko mam – powie­działa od progu. – A jak nie mam, to zna­czy, że nie potrze­buję.
Abra­mo­wicz ujął jej dłoń i szar­mancko uca­ło­wał.
– Ależ nie śmiał­bym w takiej spra­wie głowy zawra­cać – zapew­nił. – Jestem histo­ry­kiem i przy­go­to­wuję mono­gra­fię doty­czącą han­dlu na rem­ber­tow­skich Ciu­chach. Pani pew­nie nie pamięta tych cza­sów… – posło­dził na wstę­pie. Sku­tecz­nie, bo po minie roz­mów­czyni widać było, że przy­nęta chwy­ciła. – …Ale może sły­szała pani opo­wie­ści sąsia­dów? Może mówili coś cie­ka­wego o pracy na baza­rze?
– Jak nie pamię­tam?! Wszystko pamię­tam! Mój stary codzien­nie gdera, że jestem pamię­tliwa. Ja, pro­szę pana, na baza­rze pół życia prze­sie­dzia­łam. Wtedy na Ciu­chach można było zaro­bić, ale też otrzeć się o wielki świat. Pani Rodo­wicz z panem Olbrych­skim tu bywali, pan Nie­men koszule kupo­wał. Lepiej było niż w Sopo­cie czy Opolu jakimś.
– I ludzie wszy­scy się znali, nie tak jak teraz – wtrą­cił Wik­tor.
– O, to, to! Teraz w blo­kach to ludzie poznają sąsia­dów, jak tele­wi­zja przy­je­dzie, bo zna­jomy z pię­tra pół rodziny wymor­do­wał. I od razu wszy­scy pamię­tają, że się kła­niał, „dzień dobry” mówił, grzeczny był. Ale dzień wcze­śniej krzy­ków zza ściany nie sły­szeli, nie mówiąc o tym, żeby wie­dzieli, jak się nazy­wał. – Kobieta traj­lo­wała szybko, korzy­sta­jąc z oka­zji, że wresz­cie ktoś chce jej wysłu­chać.
– Święta prawda – powie­dział Wik­tor, ale roz­mów­czyni nie dała mu dojść do słowa.
– A ta mam­mo­gra­fia to co to jest?
– Mono­gra­fia. Książka taka…
– Czyli pan pisarz! Pisa­rze też na Ciu­chy przy­cho­dzili. Pan Hła­sko ame­ry­kań­skie kurtki lubił, a ten od Panów Samo­cho­dzi­ków… – Zachi­cho­tała na wspo­mnie­nie z mło­do­ści i ści­szyła głos: – Nie­miec­kie pisemka ze zdję­ciami pań naj­chęt­niej kupo­wał. Oj, mogła­bym panu histo­ry­kowi takich histo­rii naopo­wia­dać, ale nie wiem, czy wypada, bo to tajem­nica han­dlowa. No i więk­szość nie żyje, a o zmar­łych, wia­domo, tylko po nazwi­sku. – Nagle posmut­niała.
– A Romek Jawor­ski to żyje? – Wik­tor sko­rzy­stał z oka­zji, żeby zadać pyta­nie.
– Kto? – zdzi­wiła się kobieta.
– Romek Jawor­ski. Podobno han­dlo­wał na Ciu­chach.
– Takiego tu nie było. – Star­sza pani nagle spo­chmur­niała, wyraź­nie stra­ciła ochotę na poga­duszki. – Ja tu wszyst­kich zna­łam, ale na baza­rze taki się nie prze­wi­nął.
– Może coś pomy­li­łem…
Wyglą­dało na to, że wycieczka do Rem­ber­towa pozo­sta­nie jedy­nie wycieczką. Kobieta patrzyła na Wik­tora w mil­cze­niu, ale nagle coś w jej wzroku się zmie­niło.
– Był co prawda taki Romek Jawor­ski w Rem­ber­to­wie, ale on na Ciu­chach nie han­dlo­wał. Po osiem­dzie­sią­tym dzie­wią­tym roku, jak bal­ce­ro­wi­cze zamknęły Ciu­chy, to ten Jawor­ski otwo­rzył na baza­rze swoją budę. Dopiero wtedy. Tylko że to już nie były praw­dziwe Ciu­chy. Kilka lat kase­tami wideo han­dlo­wał. Zmarł pół roku temu. Ale o nim ludzie nie będą gadać…
– Dla­czego? – Abra­mo­wicz uchwy­cił się tej opo­wie­ści jak ostat­niej deski ratunku.
– Jak pan jesteś histo­ryk, to pan wiesz, gdzie szu­kać bru­dów na czło­wieka. Ja o zmar­łych tylko z nazwi­ska – powtó­rzyła wyświech­tany fra­zes. – Po co sobie na sta­rość kło­po­tów napy­tać.
Po tych sło­wach kobieta zatrza­snęła furtkę.
Spod daw­nego bazaru Abra­mo­wicz prze­spa­ce­ro­wał się do Urzędu Dziel­nicy Rem­ber­tów. Wszedł do pokoju Biura Admi­ni­stra­cji i Spraw Oby­wa­tel­skich, poka­zał legi­ty­ma­cję i popro­sił o dane Romana Jawor­skiego. Osób o takim imie­niu i nazwi­sku było w reje­strach kilka, ale tylko w przy­padku jed­nej zga­dzała się data śmierci. Spi­sał wszyst­kie infor­ma­cje. Gdy tylko wrzu­cił nazwi­sko do sys­temu, zro­zu­miał, o czym mówiła prze­kupka z Rem­ber­towa. Roman Jawor­ski był kapi­ta­nem Woj­sko­wej Służby Wewnętrz­nej2 i naj­wię­cej mógł o nim wyczy­tać z akt Insty­tutu Pamięci Naro­do­wej. To już był jakiś kon­kret. Cze­kała go jed­nak jesz­cze jedna wyprawa do Rem­ber­towa.
Skon­tak­to­wał się z ofi­ce­rem kontr­wy­wiadu, który nad­zo­ro­wał Cen­tralny Ośro­dek Ana­lizy Ska­żeń, i popro­sił o zor­ga­ni­zo­wa­nie spo­tka­nia z któ­rymś z ofi­ce­rów rezerwy słu­żą­cych tam w latach osiem­dzie­sią­tych. Po czter­dzie­stu minu­tach tele­fon zadzwo­nił, a Abra­mo­wicz zapi­sał datę i godzinę umó­wio­nego spo­tka­nia w note­sie.
Naza­jutrz spo­tkali się w kasy­nie Aka­de­mii Obrony Naro­do­wej. Abra­mo­wicz zapy­tał roz­mówcę, czy zna Hupałę i Jawor­skiego. Ten przez chwilę się zasta­na­wiał.
– Hupała był odlud­kiem, nie­wiele o nim wiem – odparł w końcu. – Cią­gnęła się za nim opi­nia, że dużo może i jest nie do rusze­nia. Lubił pie­nią­dze i kobitki. Nie prze­pu­ścił żad­nej oka­zji, żeby zaro­bić. Ludzie mówili, że to ciemna postać. Za to o Jawor­skim mogę godzi­nami… Nie była to może piękna postać, ale na swój pokrę­cony spo­sób uczciwa. Cho­dził na przy­kład na Ciu­chy i wyła­py­wał mło­dych ofi­ce­rów, któ­rzy za dolary kupo­wali dżinsy. Uwa­żał, że jak ktoś płaci dola­rami za ame­ry­kań­skie spodnie, to na pewno bie­rze kasę od agen­tów CIA. Poro­bił kilka spraw naszym i han­dla­rzom z bazaru. Napusz­czał na nich skar­bówkę. Miał przez to na Ciu­chach z setkę wro­gów. Ale miał też jed­nego ulu­bieńca. Jak odszedł z woj­ska, zaczął z nim robić biz­nesy na baza­rze…
– Jakaś jego kon­fi­tura3? – zapy­tał Abra­mo­wicz.
– A gdzie tam! – zaśmiał się męż­czy­zna. – Żaden kon­fi­dent. Wręcz prze­ciw­nie! Ten ulu­bie­niec to jedyny, który spu­ścił Jawor­skiemu solidny wpier­dol. Dorwał go w krza­kach i wyło­mo­tał. Nie chciał zostać jego ucho­lem, a jak Romek dalej naci­skał, to pew­nego dnia mu się odpła­cił. Jawor­ski cały w pla­strach cho­dził i opo­wia­dał, że swo­ich kon­fi­dentów nie znosi, a ten jest jedyny cha­rak­terny. Zabro­nił go oskar­żać. Chyba się polu­bili.
– A czy Jawor­ski mógł być czy­imś agen­tem? Na przy­kład Rosjan? – zapy­tał Wik­tor.
– Jawor­ski?! W życiu! On miał jedną obse­sję: uwa­żał, że agent w woj­sku to gorzej niż zakon­nica w bur­delu. Psuje całą zabawę. Gdyby mu mar­sza­łek Usti­now zapro­po­no­wał szpie­go­wa­nie, to by pomy­ślał, że go odwe­towcy z Bonn spe­cjal­nie pod­sta­wili. Jego pro­ble­mem było to, że – jak wielu ofi­ce­rom z awansu – bra­ko­wało mu wykształ­ce­nia. Dla­tego nie odcho­dził nawet o krok od regu­la­mi­nów. Taki typowy peere­low­ski Roch Kowal­ski. Zoba­czył whi­sky na stole i już węszył agen­tów. Jestem pewien, że gdyby szpieg chciał coś od niego wycią­gnąć, Jawor­ski od razu pole­ciałby z rapor­tem do prze­ło­żo­nych.
– Wszę­dzie widział zdraj­ców?
– Dokład­nie tak. Baza­rowi chcieli mu dać w łapę, żeby się od nich odpier­do­lił, to zro­bił im sprawy karne. To był gość, który nie widział sza­ro­ści.
– Znali się z Hupałą?
– Musieli, ale Jawor­ski był na Hupałę za krótki. Dopiero jak puł­kow­nik znik­nął, oka­zało się, że Jawor­ski cho­dził z dono­sami do dowódz­twa. Pisał, że Hupała jest pazerny i że lubi luk­sus. Wygrze­bał, że zara­bia na hara­czach za odro­cze­nie zasad­ni­czej służby woj­sko­wej i pośred­ni­czy w kon­tak­tach z WKU, a pie­nią­dze wydaje na dziwki. Mucho­morki4 z WSW zgar­nęły jakieś płotki, ale nawet oni byli za krótcy na Hupałę. Jawor­ski nie mógł im tego daro­wać. Sam się przy­znał do tych dono­sów na jajeczku Sto­wa­rzy­sze­nia Ofi­ce­rów Rezerwy LWP. Taki to był wariat.
Pod­czas spo­tka­nia nie padły wię­cej żadne istotne infor­ma­cje. Abra­mo­wicz spi­sał notatkę, którą dołą­czył do wcze­śniej­szego raportu, a doku­ment prze­ka­zał „Sze­fowi”. Zgod­nie z roz­dziel­ni­kiem wkrótce akta dotarły do Służby Wywiadu Woj­sko­wego.
– Wnio­ski? – zapy­tał „Dowódca”, gdy Duszyń­ski skoń­czył czy­tać.
– Pod­su­mujmy, co mamy. Hupała pisze do byłego ofi­cera kontr­wy­wiadu, o któ­rym wie, że jako jedyny nie zigno­ruje listu, tylko natych­miast donie­sie do służb. – Duszyń­ski spo­koj­nie ana­li­zo­wał dane z notatki Wik­tora. – W Smo­leń­sku prze­ka­zuje infor­ma­cje pol­skiemu dzien­ni­ka­rzowi, bo liczy, że facet pocią­gnie temat i dotrze do Jawor­skiego. Ten zaś nie zostawi zapro­sze­nia bez odpo­wie­dzi, tylko zgłosi sprawę do kontr­wy­wiadu. Hupała jest na tyle inte­li­gentny i prze­bie­gły, że nie idzie do amba­sady, gdzie zaraz namie­rzy­liby go Rosja­nie. Nie pró­buje skon­tak­to­wać się z Pol­ską listow­nie czy przez pośred­ni­ków, bo pew­nie jest pod obser­wa­cją. Korzy­sta więc z oka­zji na lot­ni­sku w Smo­leń­sku, gdzie wszy­scy mają inne pro­blemy i panuje bała­gan. Nie wie tylko, że Jawor­ski wła­śnie zmarł.
„Dowódca” nie mógł się nie zgo­dzić z roz­mówcą.
– Chyba mamy ofe­renta – stwier­dził. – Wygląda na to, że zdrajca znów chce zdra­dzić. Tylko tym razem Ruskich.

8 MAJA 2010, WTOREK, MOSKWA, LOTNISKO SZEREMIETIEWO

Ida Lars­sen. To nie było jej praw­dziwe nazwi­sko. Nawet kolor wło­sów zmie­niła jesz­cze w Kopen­ha­dze. Za to pasz­port miała jak naj­bar­dziej auten­tyczny. Pro­sto z War­szawy. Nie miała poję­cia, jak to zała­twiono, ale wie­rzyła w słowa brata, który obie­cał, że do Moskwy dostar­czy ją gładko i bez pro­ble­mów. Rze­czy­wi­ście, po dwu­go­dzin­nym locie z Kopen­hagi płyn­nie prze­szła przez kon­trolę na lot­ni­sku Sze­re­mie­tiewo, a znu­dzony cel­nik zapy­tał ją jedy­nie o cel podróży.
– Tury­styczny – odpo­wie­działa krótko, bo sama uczyła na kur­sach wywiadu, że wszel­kie dłuż­sze poga­duszki na lot­ni­sku wzbu­dzają nie­uf­ność cel­ni­ków i skła­niają ich do zada­wa­nia kolej­nych pytań.
Na szczę­ście urzęd­nik nie podej­rze­wał wyso­kiej blon­dynki o chęć wysa­dze­nia w powie­trze Kremla, więc bez cere­gieli wbił jej pie­czątkę do pasz­portu i Ida mogła bez­piecz­nie wyjść z ter­mi­nalu, a potem wsiąść do tak­sówki. Czar­no­włosy kie­rowca mówił wyłącz­nie po uzbecku i rosyj­sku. Ida odpo­wia­dała po duń­sku i angiel­sku, więc roz­mowa się nie kle­iła i kobieta miała wygodne wytłu­ma­cze­nie dla swego mil­cze­nia.
Czuła zmę­cze­nie, ale i eks­cy­ta­cję. Eks­cy­ta­cję, choć z zupeł­nie innego powodu, czuł też tak­sów­karz. Auto wje­chało do mia­sta i od razu zaczęły się korki. Uzbek co chwila powta­rzał pod nosem coś w stylu: „Żeby cię chory pies przez dziurę w budzie”, aż wresz­cie nie wytrzy­mał, opu­ścił szybę i zaczął soczy­ście prze­kli­nać po uzbecku w kie­runku kie­rowcy, który zaje­chał mu drogę. Jak Ida się domy­śliła, życzył mu – Xudo sochla­rin­gi­zni yir­tib tash­laydi – żeby jego żona stra­ciła wszyst­kie włosy.
Z ulgą wysia­dła przed Hote­lem Sad w Alei Milu­tyń­skiej i pocze­kała, aż tak­sów­karz znik­nie za rogiem. Rozej­rzała się wokół dokład­nie tak, jak powinna to robić turystka, która pierw­szy raz zna­la­zła się w obcym mie­ście.
W Moskwie nie była pierw­szy raz. Na szczę­ście poprzed­nie wizyty miały miej­sce w cza­sach, gdy ulice rosyj­skiej sto­licy nie były pod nad­zo­rem wszech­obec­nych kamer. Miej­scowy kontr­wy­wiad i sys­tem roz­po­zna­wa­nia twa­rzy nie miały więc prawa sko­ja­rzyć Idy Lars­sen z młodą stu­dentką z Pol­ski, która na wycieczce z Alma­turu zwie­dzała Moskwę i Peters­burg pod koniec lat osiem­dzie­sią­tych.
Zro­biła rundkę w kie­runku naj­bliż­szej sta­cji metra, chwilę posie­działa na stołku baro­wym przy oknie w kawiarni, a kiedy uznała, że nikt jej nie śle­dzi, spo­koj­nie wsia­dła do metra i poje­chała w kie­runku wyna­ję­tej kwa­tery.
Jesz­cze w War­sza­wie każdy z tych kro­ków omó­wiła z bra­tem. „Dowódca” pro­sił ją cza­sem o drobne przy­sługi, ale tym razem to było coś zupeł­nie innego. Miała poje­chać do aqu­aparku w pod­mo­skiew­skich Mytisz­czach, żeby namie­rzyć puł­kow­nika Tade­usza Hupałę i prze­ka­zać mu wia­do­mość. Prze­czy­tała akta ucie­ki­niera, długo sie­działa nad notatką spo­rzą­dzoną przez Abra­mo­wi­cza, przej­rzała zdję­cia męż­czy­zny i zapa­mię­tała każdy szcze­gół jego twa­rzy, ale i tak nie była pewna, czy rze­czy­wi­ście będzie miała do czy­nie­nia z ofe­ren­tem. Nie mogła wyklu­czyć, że zmie­rza pro­sto w pułapkę zasta­wioną przez rosyj­ski kontr­wy­wiad.
– Jesteś prze­ko­nany, że list Hupały nie jest pro­wo­ka­cją GRU? – To było pierw­sze pyta­nie, które zadała bratu.
– Pew­no­ści nie mam żad­nej. Dla­tego musisz popro­wa­dzić roz­mowę z Hupałą cienką kre­ską. Spró­buj wycią­gnąć go gdzieś za gra­nicę. Naj­waż­niej­sze, żeby ten skur­wy­syn zro­zu­miał, że jeste­śmy nim zain­te­re­so­wani.
– A dla­czego wła­ści­wie Hupała obja­wił się w Smo­leń­sku?
– Powód wydaje się naj­prost­szy z moż­li­wych. Rosja­nie po wypadku pre­zy­denta rzu­cili hasło „wszyst­kie ręce na pokład”. Szu­kali każ­dego, kto przy­naj­mniej raz w życiu jadł bigos. Jakby tam­tej nocy padł roz­kaz „ścią­gnąć Annę Ger­man”, to też by się zna­la­zła. W przy­padku Hupały nie musieli nawet szu­kać, GRU sam dostar­czył go do Smo­leń­ska. Były ofi­cer LWP, który powie, co mu roz­każą, to ide­alny kan­dy­dat. – „Dowódca” gło­śno ana­li­zo­wał różne opcje.
– Po co im to było? – dopy­tała Ida.
– Zro­bili spek­takl dla świata, bo prze­cież nie dla nas. Każdy śred­nio roz­gar­nięty przy­głup musi wie­dzieć, że wkrótce zacznie się szu­ka­nie win­nych wypadku. Na razie Kreml chce poka­zać światu zatro­skaną twarz Wła­di­mira Wła­di­mi­ro­wi­cza, dobrego wuj­cia, wstrzą­śnię­tego śmier­cią pre­zy­denta sąsied­niego kraju. Kie­dyś to się skoń­czy i wtedy wyko­rzy­stają prze­ciw nam wszyst­kie nasze błędy.
– Mogą to zro­bić już teraz…
– Na razie Rosja nie chce kon­fron­ta­cji z Zacho­dem. Ame­ry­kań­ski pre­zy­dent ofe­ruje im reset, zależy mu na trans­por­cie sprzętu do Afga­ni­stanu i odizo­lo­wa­niu Iranu. Rosja na tym korzy­sta, bo inwe­stuje ogromne pie­nią­dze z ropy i gazu w armię. Dla­tego muszą grać w tę grę.
– Jakoś mnie nie prze­ko­na­łeś…
– To powiem wprost: domy­ślasz się pew­nie, że w Smo­leń­sku po wypadku było kilku naszych ofi­ce­rów. Gdyby Rosja­nie pla­no­wali pro­wo­ka­cję, Hupała pod­szedłby wła­śnie do nich, a nie robił pod­chody z par­ty­zanta do dzien­ni­ka­rzy. Ale może się mylę…
Ten argu­ment wyda­wał się logiczny – i on prze­wa­żył. Ostroż­ność była jed­nak wska­zana. W dniu spo­tka­nia z Hupałą Ida wyszła z domu o poranku. Był ósmy maja i mia­sto szo­ro­wało ulice przed 65. rocz­nicą zwy­cię­stwa nad Niem­cami. Pierw­sze, co rzu­cało się w oczy, to dziwne czarno-poma­rań­czowe wstążki, któ­rymi ude­ko­ro­wane były przy­stanki i sklepy, sąsia­du­jąca z nimi czer­wień komu­ni­stycz­nych flag i niczym wisienka na tym soc-kapi­ta­li­styczno-naro­do­wym tor­cie – ołta­rzyki z por­tre­tami Sta­lina i Putina w witry­nach skle­pów.
Cie­kawe, jak zare­ago­wa­liby dzi­siejsi wieczni przy­ja­ciele Rosji w Euro­pie na widok takich samych ołta­rzy­ków z Hitle­rem w obwa­rzanku z ger­mań­skich runów, pomy­ślała Ida, któ­rej pra­dzia­dek został roz­strze­lany w Katy­niu. Ale tamte czasy minęły. Moskwa żyła bogato i bez­myśl­nie, cie­sząc się z wyso­kich cen ropy i gazu, na uli­cach widać było nowe inwe­sty­cje, a w metrze pasa­że­ro­wie ubrani byli tak, że nie wyróż­nia­liby się z tłumu w War­sza­wie, Ber­li­nie czy Lon­dy­nie. Nikt nie myślał o woj­nie ani o ter­ro­ry­stach.
Teraz patrzyła na ludzi w metrze z zupeł­nie innej per­spek­tywy. Jeśli dostrzeże wśród współ­pa­sa­że­rów „ogon bez­pieki”, będzie musiała prze­rwać zada­nie, zanim to jesz­cze naprawdę się zaczęło. Jeśli nie dostrzeże, a obser­wa­cja oto­czy ją szczel­nym kor­do­nem, to w naj­lep­szym wypadku skoń­czy na Łubiance. Sta­rała się więc nie dekon­cen­tro­wać. Naj­gor­sze jed­nak, że była sama. Ze względu na taj­ność misji nie mogła liczyć na to, że kto­kol­wiek z moskiew­skiej pla­cówki SWW wspo­może ją w wykry­wa­niu rosyj­skiej obser­wa­cji. W nor­mal­nych warun­kach druga ekipa nasłu­chi­wa­łaby czę­sto­tli­wo­ści obser­wa­to­rów FSB i choćby po skoku liczby połą­czeń wykryła ich obec­ność. Jed­nak tym razem Ida dzia­łała w poje­dynkę. Mogła pole­gać wyłącz­nie na wła­snych oczach i inte­li­gen­cji. W sobot­nie połu­dnie ruch w metrze był spory, ale dla Idy nie był to wielki pro­blem.
Spoj­rzała na odbi­ja­jące się w oknie wagonu dwie syl­wetki. Zauwa­żyła, że męż­czyźni noszą w uszach iden­tyczne białe bez­prze­wo­dowe słu­chawki iPhone’a. Niby nic, ale rów­nie dobrze mógł to być kanał kon­tak­towy z dowódcą grupy obser­wa­cyj­nej. Byli mło­dzi, mieli może po dwa­dzie­ścia lat. Musiała się im przyj­rzeć i zapa­mię­tać. Dostrze­gła, że jeden trzyma pod pachą pod­ręcz­nik do lite­ra­tury rosyj­skiej, a drugi prze­gląda album o Dosto­jew­skim. Jeśli wysiądą na następ­nym przy­stanku, to zna­czy, że są stu­den­tami w dro­dze na zaję­cia w Domu Dosto­jew­skiego. Zoba­czymy.
A kim ty jesteś…? Z lewej strony, ple­cami do okna, sie­działa star­sza kobieta w sza­rych spor­to­wych butach, tro­chę za porząd­nych w porów­na­niu z raczej tanią resztą stroju. Za to ide­al­nych na dłu­gie spa­cery za śle­dzoną osobą. Ida dys­kret­nie przyj­rzała się jej dło­niom. Spra­co­wane i zro­go­wa­ciałe. A na nogach pod raj­tu­zami ban­daże. Wyglą­dała na skle­pową wysta­jącą całe godziny za ladą, któ­rej po noc­nej zmia­nie wysia­dają nogi. Ma żylaki. Albo udaje, że je ma – bo ofi­cer wywiadu prze­ciw­nika raczej się nie spo­dziewa, że star­sza pani z żyla­kami będzie za nim kłu­so­wać po moskiew­skich bul­wa­rach. Trzeba ją zapa­mię­tać.
Przy­trzy­mała torebkę jak ktoś, kto oba­wia się gra­su­ją­cych w metrze kie­szon­kow­ców, i oparła plecy o drzwi wagonu. Teraz miała lep­szą pozy­cję do obser­wa­cji. Omia­tała twa­rze, szu­ka­jąc zagro­że­nia. Sku­piała się na tych typo­wych, zwy­czaj­nych, któ­rych nikt ni­gdy nie zaczepi, nie zechce zapro­po­no­wać spa­ceru czy randki. Przed sobą zoba­czyła dziew­czynę wpa­trzoną w ekran smart­fona. Jeśli włą­czyła kamerę apa­ratu, to pod dobrym kątem mogła widzieć, co dzieje się za jej ple­cami, i obser­wo­wać Idę. Lars­sen wycią­gnęła głowę. Ulga. Dziew­czyna oglą­dała jakiś durny fil­mik.
Wagon zatrzy­mał się na sta­cji Dosto­jew­skaja. Dwóch stu­den­tów, zaga­da­nych, choć cały czas ze słu­chaw­kami w uszach, ruszyło w kie­runku wyj­ścia. Do środka wsia­dły kolejne osoby. Ich twa­rze i syl­wetki też zapa­mię­tała. Sze­re­go­wała pasa­że­rów, szu­kała cha­rak­te­ry­stycz­nych ele­men­tów, o któ­rych łatwo zapo­mnieć przy zmia­nie peruki czy ubra­nia – łań­cusz­ków, pasków od zegarka – łączyła ich twa­rze z wypa­trzo­nymi deta­lami.
Wysia­dła na sta­cji Sre­tien­skij Most i przej­ściem pod­ziem­nym ruszyła do naj­star­szej w Moskwie czer­wo­nej linii. Sta­cja Czi­styje Prudy, Tur­gie­niew­ska i Sre­tien­skij Most two­rzyły tam wia­nu­szek splą­ta­nych kory­ta­rzy. Zamiast do czer­wo­nej linii, Ida poszła jed­nak w bok, pro­sto w kie­runku sta­cji Tur­gie­niew­ska. Szła pew­nym kro­kiem, nie odwra­cała się, nie pró­bo­wała na siłę odna­leźć obser­wa­cji. Dopiero kiedy prze­szła za mar­mu­rowy narożny wspor­nik, zatrzy­mała się i na pla­nie zaczęła spraw­dzać kolory, jakimi ozna­czono linie kolejki pod­ziem­nej. Dokład­nie obser­wo­wała przy tym idą­cych za nią ludzi, któ­rzy wcho­dzili do tunelu. Nikt, kto wcze­śniej towa­rzy­szył jej w wago­nie, nie prze­szedł obok. Zado­wo­lona, ruszyła przed sie­bie i nad­ra­bia­jąc drogi, poko­nała kil­ka­set metrów do kolej­nej sta­cji metra. Było czy­sto. Ode­tchnęła i w ostat­niej chwili wsia­dła do odjeż­dża­ją­cego wago­nika.
Ter­min akcji wybrali z bra­tem celowo. Liczyli, że na dzień przed wielką paradą zwy­cię­stwa na Placu Czer­wo­nym rosyj­skie służby będą miały wystar­cza­jąco dużo pracy z zabez­pie­cze­niem tysięcy gości i widzów. Do Moskwy przy­la­ty­wał cały poli­tyczny świat. Jeden po dru­gim lądo­wali pre­zy­denci i pre­mie­rzy z ponad trzy­dzie­stu państw. Zapo­wie­działa się Angela Mer­kel, Nico­las Sar­kozy i Bro­ni­sław Komo­row­ski. W cen­trum sto­licy krą­żyły setki dzien­ni­ka­rzy i foto­re­por­te­rów, a auto­busy roz­wo­ziły po mie­ście żoł­nie­rzy, któ­rzy w para­dzie mieli repre­zen­to­wać dawną koali­cję anty­hi­tle­row­ską.
Po kilku godzi­nach trasy spraw­dze­nio­wej i wyko­na­niu dzie­sią­tek zdjęć napo­tka­nym zabyt­kom – tak bez­sen­sow­nych, że nawet naj­bar­dziej czujny obser­wa­tor uznałby, że Idy nie inte­re­suje nic ponad to, co zaj­muje każ­dego z miliona tury­stów w tym mie­ście – sama przed sobą przy­znała, że jest bez­pieczna i może przejść do kolej­nej fazy akcji. Wsia­dła do auto­busu i poje­chała w stronę pod­mo­skiew­skich Mytisz­czy. O sie­dem­na­stej była już pod aqu­apar­kiem. Trzy minuty póź­niej przy­tknęła gumową opa­skę z czi­pem do bramki, prze­szła przez koło­wro­tek i skie­ro­wała się do szatni.
W głów­nej hali było duszno, gło­śno, a zapach chloru wręcz odu­rzał. Pod skle­pie­niem dud­niły krzyki zachwy­co­nych dzieci, do uszu wdzie­rał się szum pły­ną­cej wody, a zie­lone zjeż­dżal­nie raz po raz wyplu­wały odpo­czy­wa­ją­cych w Aqu­aDome miesz­kań­ców Moskwy. Ida weszła pod prysz­nic; teraz wyglą­dała, jakby na base­nie spę­dziła cały dzień. Rozej­rzała się po hali. Już wcze­śniej dostrze­gła, że wej­ście na baseny można obser­wo­wać z prze­szklo­nej kawiarni na pię­trze. Teraz oka­zało się, że z gale­rii widać też dosko­nale całą prze­strzeń. Owi­nęła się ręcz­ni­kiem i weszła po scho­dach na górę. Kupiła sok pomi­do­rowy i usia­dła przy sto­liku. Do osiem­na­stej zostało led­wie parę minut. Znów zlu­stro­wała oto­cze­nie. Jeśli pako­wała się w zasadzkę, to na base­nie powinno być gęsto od obser­wa­cji. Niczego takiego nie dostrze­gła. Same rodziny z dziećmi. Poza wej­ściem do budynku i hali nie zauwa­żyła też kamer. Naj­wy­raź­niej budy­nek odda­lony od cen­trum Moskwy nie został uznany przez FSB za cel warty ochrony przed ter­ro­ry­stami.
Poten­cjalny zama­cho­wiec w slip­kach? Trudno sobie to wyobra­zić! Zaśmiała się do swo­ich myśli.
Z każdą minutą kolejka do wej­ścia malała. Wię­cej było osób wra­ca­ją­cych do domów. Czuła napię­cie zwią­zane ze zbli­ża­jącą się roz­grywką. Roz­luź­niła mię­śnie, lekko przy­mru­żyła oczy i sku­piła się na odde­chu. Unio­sła powieki. Jest! Łatwo go było wypa­trzyć.
Wśród sto­ją­cych w kolejce rodzi­ców z dziećmi kostyczny męż­czy­zna wyróż­niał się jak pedo­fil w przed­szkolu. Stał spo­koj­nie z torbą pla­żową na ramie­niu i powoli prze­su­wał się w stronę kasy. Nie był zawo­dow­cem, z jego akt wyni­kało, że ni­gdy nie prze­szedł kursu wywia­dow­czego, więc gdyby kontr­wy­wiad zor­ga­ni­zo­wał na Lars­sen zasadzkę, pew­nie Hupała nie byłby teraz taki opa­no­wany.
Ida wstała i zeszła na dół. Po chwili zoba­czyła, że męż­czy­zna wcho­dzi do środka, ale zamiast – jak zakła­dała – poło­żyć się na leżaku pod słom­ko­wym para­so­lem, nie­ocze­ki­wa­nie skrę­cił w lewo i wszedł do czę­ści poło­żo­nej za tan­det­nym prze­pie­rze­niem przy­po­mi­na­ją­cym zam­kowy mur. Ruszyła za zdrajcą. Gdy tylko zamknęły się drzwi, gwar zamilkł jak ucięty nożem. Sły­chać było tylko relak­su­jącą muzykę. Zoba­czyła napis „Strefa saun”, sztuczną rzeczkę wśród rów­nie sztucz­nych skał i kolejny bar.
Cho­lera, powin­nam była to wcze­śniej spraw­dzić, pomy­ślała z wyrzu­tem.
Hupała chwilę pły­wał w skal­nym potoku, ale po kil­ku­na­stu minu­tach znik­nął za mlecz­nymi drzwiami oddzie­la­ją­cymi bar od sauny. Lars­sen nie miała wyj­ścia i też weszła do środka. Wzdłuż kory­ta­rza znaj­do­wały się wej­ścia do róż­nych łaźni – była sauna fiń­ska, parowa, infra­red. Dostrze­gła, że przy sali z lewej strony leżą klapki, iden­tyczne z tymi, które nosił dezer­ter. To uła­twiało sprawę. Kiedy na wie­szaku dostrze­gła kąpie­lówki Hupały, zorien­to­wała się, że ona też będzie musiała zdjąć kostium. Nie pla­no­wała strip­tizu, ale naj­wy­raź­niej nie miała wyj­ścia. Zrzu­ciła strój i owi­nęła się ręcz­ni­kiem, dzię­ku­jąc Bogu, że wło­żyła do torby ten więk­szy. Zosta­wiła klapki przy wej­ściu i weszła do zapa­ro­wa­nego pomiesz­cze­nia. W środku oprócz Hupały sie­działa młoda para – sądząc po obrącz­kach i jed­na­ko­wych ręcz­ni­kach, mał­żeń­stwo – oraz biu­ścia­sta dziew­czyna, która inten­syw­nie okła­dała się wit­kami. Ida zwró­ciła uwagę, że zarówno dziew­czyna, jak i mał­żon­ko­wie są już mocno spo­ceni, co ozna­czało, że w sau­nie sie­dzą dobrych kil­ka­na­ście minut.
Tak jak się spo­dzie­wała, naj­pierw z łaźni wyszła para. Została dziew­czyna, któ­rej skóra przy­po­mi­nała teraz doj­rzałą brzo­skwi­nię – i która naj­wy­raź­niej posta­no­wiła pobić rekord wygrze­wa­nia się. Hupała sie­dział na dol­nej ławie, gdzie tem­pe­ra­tura była naj­niż­sza, Ida wcze­śniej wybrała tę na górze – chciała mieć pod kon­trolą wszyst­kich sau­no­wi­czów – ale gdy zwol­niło się miej­sce, stwier­dziła, że to dosko­nała oka­zja, żeby usa­do­wić się na wprost puł­kow­nika.
– Chyba prze­sa­dzi­łam. Strasz­nie gorąco tam na górze – rzu­ciła w prze­strzeń prze­pra­sza­ją­cym tonem, jakby miała powód do uspra­wie­dli­wień. – Dopiero zaczy­nam sau­no­wać i nie jestem jesz­cze zahar­to­wana – cią­gnęła, licząc, że Hupała jakoś zare­aguje na jej słowa.
Męż­czy­zna skrzy­wił się w gry­ma­sie, który pew­nie miał ozna­czać uśmiech, ale się nie ode­zwał. Na szczę­ście biu­ścia­sta dziew­czyna nie zwra­cała uwagi na dwoje star­szych od niej ludzi. Trudno, musiała pró­bo­wać dalej.
– Mógłby pan podać mi witki? To brzoza czy wierzba? Sły­sza­łam, że to rosyj­ska tra­dy­cja… – powie­działa, sygna­li­zu­jąc, że nie jest miej­scowa.
Hupała drgnął i wresz­cie na jego twa­rzy dostrze­gła zain­te­re­so­wa­nie. Zanie­po­ko­jony, rzu­cił okiem na sie­dzącą w rogu nasto­latkę, ale w końcu podał Idzie wie­cheć i odparł:
– Pole­cam brzo­zowe. Jak pani zapyta Rosja­nina, każdy pani powie, że oczysz­czają płuca.
– Sły­sza­łam, że Rosja­nie w sau­nie pole­wają kamie­nie wódką, a to co naj­wy­żej pomaga oczy­ścić zatoki. – Zaśmiała się. – Pan jest obco­kra­jow­cem? – zapy­tała i zaraz dodała: – Ja jestem z Danii.
Hupała uciekł od odpo­wie­dzi, ale zapy­tał:
– W Danii sau­no­wa­nie jest popu­larne?
– Na pewno nie tak jak w Rosji czy Fin­lan­dii. Jeż­dżę teraz tro­chę po świe­cie i jak tylko mam oka­zję, sta­ram się oczysz­czać skórę i głowę. Byłam ostat­nio w War­sza­wie i tam…
Na dźwięk tych słów Hupała znowu drgnął i prze­stał się uśmie­chać. Ner­wowo spoj­rzał na sie­dzącą z boku nasto­latkę, dziew­czyna jed­nak nie spra­wiała wra­że­nia, jakby inte­re­so­wało ją cokol­wiek poza okła­da­niem się wit­kami. Ida cią­gnęła więc dalej:
– I tam były sauny, ale na połu­dniu Europy nie ma ich nawet w hote­lach.
– Była pani w War­sza­wie? – zapy­tał zmie­nio­nym gło­sem.
– Nawet nie w samej War­sza­wie. Miesz­ka­łam po wschod­niej stro­nie Wisły, w Rem­ber­to­wie… – zawie­siła głos i obser­wo­wała, jaką reak­cję wywo­łają jej słowa. Miała wra­że­nie, że Hupała coraz cię­żej oddy­cha i moc­niej się poci. – Była tam dosko­nała sauna. Wła­ści­cie­lem jest czło­wiek, który za komu­ni­stów han­dlo­wał na tam­tej­szym baza­rze. Jak się dowie­dział, że lecę do Moskwy, pole­cił mi wła­śnie Aqu­aDome. Mówił nawet, że o osiem­na­stej jest tu naj­przy­jem­niej…
Zamil­kła. Teraz albo otwo­rzą się drzwi i wpad­nie kontr­wy­wiad, a nasto­latka spod ręcz­nika wycią­gnie pisto­let, albo…
– Chyba sły­sza­łem o tam­tej­szej sau­nie – odpo­wie­dział Hupała, cicho i powoli. – Cie­szę się, że mamy wspól­nych zna­jo­mych. Cho­ciaż prę­dzej spo­dzie­wał­bym się spo­tkać tu tego zna­jo­mego niż Dunkę, która uwiel­bia sau­no­wa­nie.
Lars­sen uznała, że już się poznali i czas przejść do następ­nej fazy.
– Cóż zro­bić. Też mu to pro­po­no­wa­łam, ale nie mógł przy­je­chać – skła­mała. – Ja z kolei bar­dzo się cie­szę, że pana pozna­łam. A pan jeź­dzi po świe­cie?
– Rzadko. Jakoś ostat­nio zwie­dzam wyłącz­nie Rosję. Ale za pięć lat prze­cho­dzę na eme­ry­turę i wtedy będę miał oka­zję wyjeż­dżać czę­ściej.
– A teraz nie miałby pan ochoty odwie­dzić jakie­goś zachod­niego kraju? Może Fin­lan­dia? Z Peters­burga samo­cho­dem jest kilka godzin, a sauny mają genialne.
– Teraz to nie­moż­liwe. – Wciąż mówił powoli, jakby ważył każde słowo. – Ale za pół roku będę w Baku. Jeż­dżę tam na Nowy Rok z kolegą, dobrze znam to mia­sto. Zatrzy­mam się w hotelu Cita­del Baku Old Town. Jeśli przez przy­pa­dek będzie pani w nowo­roczny pora­nek o dzie­sią­tej w hote­lo­wej sau­nie, to będzie oka­zja poroz­ma­wiać dłu­żej.
– Kolega też jest miło­śni­kiem sau­no­wa­nia?
– Kolega w nowo­roczny pora­nek zawsze jest nie­dy­spo­no­wany.
Zamil­kli. Ida odcze­kała jesz­cze kilka chwil i wyszła z sauny. Wzięła szybki prysz­nic, po czym ruszyła do szatni. Prze­brała się, opu­ściła basen i poje­chała tak­sówką do kawa­lerki. Tam spa­ko­wała rze­czy i dokład­nie wyczy­ściła miesz­ka­nie. Na ulicy wsia­dła do auto­busu, spraw­dza­jąc, czy nie jedzie za nią obser­wa­cja, prze­szła dla pew­no­ści jesz­cze kilka prze­cznic i auto­bu­sem doje­chała do Dworca Lenin­gradz­kiego.
Kupiła bilet na „Czer­woną Strzałę” do Peters­burga. Cze­kała ją ośmio­go­dzinna nocna podróż i miała zamiar wyko­rzy­stać ten czas na sen. Wrzu­ciła walizkę na półkę i się­gnęła do szafki, gdzie zna­la­zła kap­cie oraz pach­nącą pościel, a także szla­frok i ręcz­niki. Gdy skład ruszył, za oknem zagrzmiała jakaś sowiecka melo­dia. Naj­bar­dziej eks­klu­zywny rosyj­ski pociąg był żegnany iden­tycz­nie jak w trzy­dzie­stym pierw­szym roku i na Idzie zro­biło to więk­sze wra­że­nie niż czer­wony dywan, po któ­rym weszła do wagonu. Odświe­żyła się, a potem popro­siła ste­warda, by rano przy­niósł jej śnia­da­nie do kabiny. Zmę­czona, w końcu rzu­ciła się na łóżko, ale adre­na­lina nie chciała odpu­ścić. Całą noc nie zmru­żyła oka – obra­cała się z boku na bok – więc kiedy nad ranem kel­ner zapu­kał do prze­działu, była już uma­lo­wana i ubrana. W mie­ście nad Newą prze­sia­dła się do samo­lotu i w połu­dnie dotarła do Kopen­hagi. Padła na łóżko jak zabita i spała równe dwa­na­ście godzin. Mogła sobie na to pozwo­lić, bo brat cze­kał tuż za ścianą. I już widział, że misja Idy Lars­sen zakoń­czyła się suk­ce­sem.

 
Wesprzyj nas