„Położne” to powieść o kobiecej solidarności, macierzyństwie i walce o godność w czasach, które próbowały ją odebrać. To historie porodowe, dramaty i wybory moralne, o jakich nasze babki i matki mówiły jedynie szeptem. To także opowieść o wsparciu – tym, które potrafi oddzielić światło od ciemności.


Kraków, rok 1940. Miasto ogarnięte wojennym strachem. Regina Zdzieńska, doświadczona położna i spadkobierczyni tradycji pokoleń wiejskich akuszerek, zostaje zdegradowana do roli salowej. Mimo to nie przestaje walczyć o godność rodzących kobiet. Rozdarta między szpitalnym reżimem a troską o ukrywającą się rodzinę, zostaje wciągnięta w mroczne sekrety okupacyjnej rzeczywistości. Jej los splata się z historiami niezwykłych postaci: oficera SS i jego zaginionej ukochanej Erzsébet oraz nieoczywistego zakonnika.

Kolejne dekady – od mroku wojny, poprzez chaos wyzwolenia, aż po socjalistyczną codzienność – pokazują Reginę trwającą w swojej misji niesienia pomocy. Przyjmuje życie w piwnicach, szpitalach i izbach porodowych, niosąc w sobie siłę, która wzbiera niczym burza.

***

✓ Sabina Jakubowska czułą ręką prowadzi swoich bohaterów przez zawieruchy XX wieku, nie pozwalając im zapominać o dziedzictwie pokoleń. „Położne” to nie tylko hołd dla kobiet pracujących z pasją, ale też dla siostrzeństwa i kobiecej wytrwałości.
– Joanna Kuciel-Frydryszak, autorka „Chłopek” i „Służących do wszystkiego”

✓ Co za szczęście, że Sabina Jakubowska napisała kolejny tom. Po „Akuszerkach” przychodzą „Położne”, wielka powieść. Polska opowiedziana w cyklu faz księżyca, narodzin i przepięknie napisanych scen bliskości. Akcja płynie niespiesznie, a czasami – jak poród – nie cierpiąc zwłoki. Książka o sile i mądrości kobiet.
Mam wielką nadzieję, że po „Położnych” przyjdzie kolejny tom, bardzo na niego czekam.
– Mikołaj Grynberg, pisarz, fotograf

Sabina Jakubowska – pisarka, nauczycielka, doula, mama. Jej głośna powieść „Akuszerki” była wielokrotnie wyróżniona przez krytyków i czytelników – otrzymała nominacje do Nagrody Literackiej Nike, Nagrody Literackiej im. W. Gombrowicza i Nagrody Literackiej Unii Europejskiej. Uhonorowana została Nagrodą Krakowskiej Książki Miesiąca. Debiutancka książka autorki, „Dom na Wschodniej”, zdobyła nagrodę główną w konkursie pisarskim „Promotorzy Debiutów” organizowanym przez „Tygodnik Powszechny” i Instytut Książki. Sabina Jakubowska jest badaczką lokalnych historii i autorką publikacji o swoim regionie. Jej rozprawa doktorska opublikowana w książce „Imiona – dziedzictwo kultury” zdobyła wyróżnienie w ogólnopolskim konkursie im. A. Omelaniuka.

Sabina Jakubowska
Położne
Wydawnictwo Relacja
Premiera: 25 lutego 2026
 
 


Kraków, 13 maja 1940, poniedziałek, Zielone Świątki
Młody księżyc przechodzi w pierwszą kwadrę, co nam przyniesie?

Regina

Kobieta klęczała w ciemnym kościele, opierając czoło o kratki konfesjonału. Było chłodno, a przy tym dziwnie duszno. A może tak było w jej duszy. Cisza tego miejsca przytłaczała. Mrok zasnuwał sklepienie, cały ten gotyk nagle nie miał znaczenia.
Opowiadała kratkom konfesjonału o tęsknocie za odczuwaniem Bożej Obecności.
Mówiła, lecz myśli zaczęły jej uciekać, coraz bardziej przytłoczone poczuciem, że mówi do ściany. Jej niski, cichy głos przeszedł w szept. Wreszcie zamilkła i trwała sama ze swymi wątpliwościami. Kolana, przyzwyczajone do klęczenia na zimnej podłodze, już się nie buntowały. Ale dusza – tak.
Czekała z rozpaczliwą nadzieją, że usłyszy dziś cokolwiek, co pozwoli jej przetrwać kolejny dzień.
– Panna, wdowa, mężatka? – spytał nieuważnie mężczyzna. Niecierpliwość psuła ten głos, przeznaczony do lepszych celów, wbijając zgrzytliwe tony w jego głębię. Kobieta westchnęła. Więc to jednak był człowiek. A tak potrzebowała Ducha.
– Nie wiem – odpowiedziała.
– Jesteś matką?
– Mam nadzieję.
– Wyznaj swoje grzechy.
Kobieta milczała, pogrążając się w zwątpieniu, czy warto iść dalej.
– Przed chwilą urągałaś wierze. Co dalej?
– Urągałam?
– Czy wystawiasz Pana Boga swego na próbę, wzywając go nadaremno?
– To nigdy nie było nadaremno.
– Czy święcisz dzień święty powstrzymaniem się od pracy?
– Każdy dzień jest święty.
– Pracujesz w niedziele?
– Tak.
– Czy czcisz ojca i matkę? Przełożonych?
– Ja jestem przełożoną.
– Czy zabiłaś, kradłaś, kłamałaś?
– Nie. Tak.
– Cudzołożysz?
– Nie.
– A może grzeszysz w samotności?
Kobieta milczała.
– Czy dotykasz swego ciała, aby zaznać grzesznej przyjemności?
– Chciałbyś! – powiedziała wreszcie, głosem ciężkim jak kamień młyński. – O mojej wierze słuchać nie warto, a o moim ciele już tak? – Ostatnie zdanie powiedziała z nietłumioną wściekłością. – Ale tego nie dostaniesz! – krzyknęła, zrywając się z kolan. Jej głos odbił się echem od mrocznych zakamarków. Miała wrażenie, że gorąco ją rozerwie, chyba że uda jej się rzucić nim w kogoś. Więc jej gniew uderzył spowiednika w policzek, pozostawiając tam czerwoną plamę. Wyszła szybko z kościoła, trzaskając drzwiami przedsionka. Gniew krążył jeszcze chwilę, gasząc maleńkie ogarki, pozostawione w pobożnych intencjach przez wiernych. Duchowny chwilę siedział ogłuszony emocjami, aż zerwał się z konfesjonału i pobiegł najszybciej, jak potrafił w tym plątającym się wokół nóg habicie, podążając za odgłosem wściekłości, wybijanej obcasami o posadzkę.
– Kim jesteś? – krzyknął za oddalającą się kobietą. Bo przecież to jej szukał całe życie.
Nie obejrzała się za nim. Gdy wychodziła przez wielkie wrota na jasny świat, błysnął w słońcu jej kasztanowy warkocz z siwymi pasmami, ale zaraz widok tej kobiety został przesłonięty przez tramwaj, który nadjechał ulicą Zwierzyniecką. Wstrząsnął duchownym, jak zwykle, napis „Nur für Deutsch”1. Mężczyzna wstrzymał oddech i posmakował kwaśno-gorzkiego sosu swych emocji, a potem wypuścił powietrze z płuc i pozwolił, by odeszły, nikomu niepotrzebne. Wrócił do konfesjonału, pochylony pod ciężarem narzuconej sobie pokory. Wiedział, że jest fatalnym spowiednikiem.
Ona szła szybko, energicznie, zaciskając pięści. Nie zatrzymała się aż dopiero przy krzaku bzu na Plantach. Zanurzyła twarz, głodna tego zapachu, gotowa zapamiętać się w nim, utopić – choćby na parę sekund.
To powinno być święto wiosny.
Bez oszałamiał, nic sobie nie robiąc z wszechobecnej biedy, szarości i odoru miasta, tego odoru, jaki brał początek z przesyconego strachem potu tysięcy mieszkających tu ludzi.
Ona potrzebowała celebrować zapach bzu jak najdłużej. Szła do pracy powoli, wydychając resztki gorącego gniewu, pozwalając mu się rozpłynąć w majowym powietrzu, skroplić w pocie osiadłym na twarzy i szyi. Dlatego zamiast skręcić od razu do szpitala, skierowała się do Ogrodu Botanicznego i usiadła na ławce wśród zieleni, jedząc kupionego w drodze obwarzanka.
Sól przylepiona do twardawej skórki była jej ulubioną częścią. Ale czasami trzeba było dla równowagi ugryźć też ten słodkawy kawałek z przeciwległego końca. Wystawiała twarz ku słońcu i cieszyła się byciem i tylko byciem, kurczowo trzymając się tu i teraz, zanim wstąpi w cień panujący w pracy. Siłą woli powstrzymywała rozum przed myśleniem. Przeżuwanie było możliwe tylko w warunkach bezmyślności. O to zawsze jest trudno. Myśli zaciskają gardło i koniec jedzenia, choćby się było nie wiadomo jak głodnym. Więc wystawiała twarz ku słońcu, smakowała sól i jadła, słuchając ptaków w drzewach i szumu wiatru, przynoszącego zapachy z odległych części Ogrodu.
Do jej stóp doskoczył kos. Rzuciła mu parę okruszków i obserwowała, jak tańczy wokół nich.
I tyle było z tej bezmyślności. Bo Julian tak lubi kosy. Gdy przychodziła z nim tutaj, to była jego ulubiona zabawa, obserwowanie przyrody. Nie biegał z braćmi wokół klombów, nie bawił się w chowanego ani w podchody. Po prostu patrzył, chłonął, a w jego oczach odbijał się zachwyt. Wspomnienie tego zachwytu, rozświetlającego buzię chłopca, ścisnęło jej serce bolesną tęsknotą. Dziś były jego urodziny. Może dlatego tu przyszła. Nie odpocząć przed pracą, jak jej się wydawało. Wcale nie nacieszyć się słońcem. A spotkać się z nim. Pokonać bariery, jakie wznosiła wokół tęsknoty. Dać się sobie wyszlochać.
Powiedziała spowiednikowi prawdę. Nie wiedziała, czy nadal jest matką.
Nie widziała swoich dzieci już tak dawno. Starszych, od kiedy z końcem sierpnia wyruszyli na wojnę. Młodszych od Bożego Narodzenia. Tęskniła za każdym z osobna i brak wiadomości łamał jej serce poczwórnie. Ale dziś całą sobą zapłakała po prostu za Julianem. Za niemożnością przytulenia trzeciego syna w jego dwunaste urodziny. Łaknąc doświadczania przepływu tego niezwykłego spokoju, jaki się dostawało od Juliana. Zawdzięczała mu siedem lat wspólnej medytacji nad dziełem Stworzenia. Kiedy urodził się najmłodszy, Paweł, kontemplacja stała się towarem limitowanym. Bo Paweł był jęczydupą. Tak nazywali brata jej synowie pierworodni, bliźniacy Jan i Wawrzyniec, a każdy z nich powinien mieć raczej na imię Leonidas. Byli twardzi, szybcy, bitni do końca, byli zdeterminowani w dążeniu do celu, zarazem zdyscyplinowani i zbuntowani. Tworzyli całość. Niemal od urodzenia mieli swoje tajemnice, do których matki nie dopuszczali. I byli patriotyczni aż do wyrzygania.
Wstrząsnęła nią ta myśl. Taka myśl w czasie wojny, okupacji, gdy ojczyzny już nie ma.
Taką myśl mogła niepostrzeżenie urodzić tylko matka, która sama ich do tego patriotyzmu wychowała, która pozwoliła ich ojcu wykierować chłopców na żołnierzy, która obwiniała o to wszystko tylko siebie, bo jak mogła obwiniać człowieka, przebywającego gdzieś w obozie jenieckim, jeśli w ogóle jeszcze żył.
Poszła dziś do spowiedzi, bo pragnęła zapłakać. Cóż, no chyba ze złości.
Teraz była pora na prawdziwą spowiedź. W świetle dnia, w zapachu bzu, w czułości wobec czarnych paciorkowatych oczek kosa i jego pomarańczowego dziobka, w uczciwości wobec siebie.
Tak. Była dobrą matką dla bliźniaków, nawet jeśli to ona pierwsza kupiła im zestaw ołowianych żołnierzyków i pozwalała na bitwy w salonie. Nawet jeśli to ona dopakowała im do wojennych plecaków dodatkowe pary skarpet, gęste grzebienie i cudem zdobyte środki opatrunkowe, wysyłając ich na wojnę. Tak, była dobrą matką dla Pawła, nawet jeśli w duszy zgadzała się z opinią, że jest jęczydupą. Kochała każdego z synów całym sercem. Ale prawdziwą falę bliskości i zrozumienia czuła tylko z Julianem. Może dlatego, że miał oczy jak jej własny ojciec, najlepszy przyjaciel. Może dlatego, że miał oczy jak ona sama. Jedno niebieskie, a drugie zielone. I podobnie jak ona patrzył nimi na świat, racjonalista, a jednak nieobojętny na niewidzialne.
Łzy kapały na obwarzanek, rozpuszczając sól. Gdy się zorientowała, zapakowała go w czystą chusteczkę. Będzie musiał starczyć na całą dobę.
Była stale głodna. Naprawdę nie wiedziała wcześniej, że można być tak głodną. Pierwszą wojnę spędziła na wsi, z matką. Tam głód miał inne oblicze, zawsze udało się go jakoś oszukać, choćby gorącym wywarem z ziół, choćby jagodami czy grzybami uzbieranymi w lesie, no i nigdy im nie brakło ziemniaków w piwnicy. Tu, w Krakowie, człowiek był bezradny. Podobno Błonia krojono właśnie na działki pod uprawę ziemniaków dla ubogich mieszkańców, ale ona, żona oficera w niewoli, nie zgłosiła się po przydział, aby nie rzucać się władzom w oczy. Właśnie dlatego młodsze dzieci były teraz daleko, po to, by pozostać bezpiecznymi i nie umrzeć z głodu. Jak też sobie radzi pięcioletni Paweł, wolała na razie nie myśleć.
Teraz już łzy bez trudu nadeszły same, piekąc pod wpływem promieni słonecznych. Zamknęła powieki i trwała, pozwalając im płynąć. Gdzieś tam w mieście toczyło się życie. Ogród także nie był pusty, po alejkach chodzili ludzie, słyszała zwiedzających oraz dyskusje pracowników. Nie zwracała na nie uwagi. Przegapiła też odgłosy cichych kroków. Dopiero, gdy zapachniało bzem tuż przed jej twarzą.
– Dla mojej ulubionej pani położnej – powiedział głos, który poznałaby wszędzie. Zgrabną wiązankę białych i liliowych kwiatów podał jej Władysław Szafer, dyrektor Ogrodu Botanicznego.
– Dziękuję! Skąd pan wie, dyrektorze, że ogromnie lubię bzy? Są tak piękne, że aż żal zrywać!
– To lilak, proszę pani. Syringa vulgaris – sprostował przede wszystkim. – Muszę zaznaczyć, iż fachowe przycięcie gałązek nie niszczy krzewu. I może skończmy już z tymi tytułami, bo dyrektorem to ja długo nie pobędę. Nie wiem, jakim cudem jeszcze żyję, po tym, co się stało w listopadzie z profesorami Uniwersytetu. Gubernator lubi się bawić w kotka i myszkę. Przekręca moje nazwisko. Mówi i pisze do mnie Schaefer, jakby mi chciał zasugerować, żebym się przebrał za Niemca. Od początku marca nagabywano mnie kilkakrotnie o przejście na niemiecką tożsamość narodową. Ale z tego nic nie będzie. Właśnie się z nim targowałem o rośliny. Te najlepsze chce wywieźć do swojej rezydencji w Krzeszowicach.
– Postawi na swoim – powiedziała ponuro.
– Czy to będzie po moim trupie? – zastanawiał się, jakby zgłębiał teoretyczny problem. – No ale nic, na razie żyjemy. A co z Tadeuszem? – zniżył głos. – Internowany?
Pokiwała głową.
– Wiadomo, gdzie są chłopcy?
Rozejrzała się uważnie. Nikogo w pobliżu.
– We Francji – wyszeptała.
Dyrektor westchnął. Z Tadeuszem znali się jeszcze z Legionów. A teraz tak dobrze ją rozumiał. Sam miał syna w kampanii wrześniowej. I właśnie dlatego nie mógł jej powiedzieć tego wszystkiego, czym przechwalał się przed nim niemiecki gubernator Hans Frank. Od trzech dni Francja tonęła w błyskawicznym ataku Trzeciej Rzeszy. Gdzieś tam byli jej synowie.
– Droga koleżanko! – powiedział ze współczuciem. – Tyle lat pracujemy w sąsiedztwie. Jeśli tylko będę mógł w czymś pomóc, proszę mówić.
Zegar na wieży kościelnej wybił godzinę piątą. Podniosła się z ławki.
– Przejdę się jeszcze po alejkach, zanim rozpocznę dyżur.
– Oczywiście! Trzeba się nacieszyć, zanim zamkną i ten ogród. Pani słyszała, że Park Jordana tylko dla Niemców? Pani Regino, proszę nie zapomnieć o kwiatach! Umilą życie albo przydadzą się na herbatę. Po prostu je suszymy, zaparzamy w imbryczku. Na przeziębienia i inne dolegliwości. A gdyby bolała głowa, przykładamy do skroni całe liście.
– Dziękuję. Proszę pozdrowić żonę.
Skąd się znały? Oczywiście z porodu.
Wkraczając w bramę szpitala, ciężko westchnęła. Wiatr uniósł jej oddech daleko. Tu należało dobrze panować nad emocjami, nad ciałem i głosem. Gdyby w gestii człowieka było władać jeszcze nad zapachem, także i to należało mieć pod kontrolą, żeby nie ujawniał strachu. Ale tę jedną sferę można było odpuścić, całą robotę odwalał wstrętny lizol.
Regina była córką i wnuczką wiejskich akuszerek. Pierwszą przeczytaną przez nią prawdziwą książką była „Nauka położnictwa dla użytku położnych” Henryka Jordana, bo trudno liczyć wczesnoszkolne czytanki i katechizm. Jednak zanim jeszcze nauczyła się czytać książki, potrafiła odczytywać rzeczywistość. Dobrze wiedziała, jakie plamy moczyć w zimnej wodzie, a co wygotowuje się we wrzątku. Ze spódnic matki mogła odtworzyć przebieg porodu – czy wody płodowe znienacka chlusnęły na ubranie, czy była w nich smółka, a może na odzieży wyczuwalny był słodkawy zapach krwi, świeży, z trzeciej fazy porodu? Jeśli zasychający i przechodzący w smród, to znaczy, że poród trwał długo, może był niebezpieczny. Sama Regina czuła się akuszerką od piętnastego roku życia, kiedy to przyjęła na świat młodszą siostrę. Teraz miała lat czterdzieści cztery. Tyle, ile matka wtedy, rodząc bliźniaczki – dziś również akuszerki, szczęściary, z mamą w domu, na wsi, w Jadownikach. Ale ona sama była tu, w Szpitalu Uniwersyteckim. Powiedzieć, że tak jej się życie ułożyło, byłoby tchórzostwem. Tak wybrała.
Przyjmowała konsekwencje swojego wyboru. Co nie znaczy, że nie tęskniła. Za matką, której powierzyła swoje młodsze dzieci. Za ojcem, spoczywającym na cmentarzu. Za rodzeństwem, rozproszonym po świecie, tym i tamtym. Za dzieciństwem i młodością, która wtedy nie była łatwa, ale teraz jawiła jej się jako źródło nieskończonych możliwości, jakie człowiek przed sobą miał, z edukacją, wsparciem bliskich, pracą, która miała sens, w kontakcie z przyrodą i z dobrze znaną społecznością wokół. Zostawiła to wszystko, by iść przez życie z Tadeuszem. I przecież warto było.
Ponadto – była taka dobra w tym, co potrafiła. Każdy awans podejmowała jak wyzwanie. Na wszystko była prosta rada udzielona przez babkę Reginę Perkową, jej imienniczkę i wzór. Nil admirari. Nie dziwić się niczemu. Wszystko przyjmować ze spokojem godnym stoików. Oczywiście babka Perkowa nigdy tego nie ujęła tymi słowy, albowiem z łaciny znała tylko formułę chrztu i przekleństwa. Ona mówiła po prostu, że nic jej nie jest dziwne. Z niejednego pieca chleb jadła. Dosłownie i w przenośni. Wiejskie położne były często opłacane w naturze. Także ludzkimi emocjami.
Praca akuszerki to było przyjmowanie nowego życia, opieka podczas chorób kobiecych, a czasem towarzyszenie w stracie i odchodzeniu. Dlatego właśnie czy to w wiejskiej chacie, czy w klinice położniczej Reginie były całkowicie obojętne wszelkie wydzieliny ludzkiego ciała, bo były ludzkie. Z tym się łączyło całe jej życie zawodowe, w służbie życia właśnie. Aż do teraz.
Bo wojna obronna Polski zmieniła wszystko także w Szpitalu Uniwersyteckim przy ulicy Kopernika 23. Porodówka stała się szpitalem dla ciężko rannych żołnierzy, a położne – pielęgniarkami na niekończących się dyżurach. Szybko im brakło podstawowych środków do opatrywania ran i zażegnywania bólu. Mogły tylko współczuć tym młodym chłopcom i starym ochotnikom, którym odejmowano kończyny i nadzieję na dobre jutro, których twarze bały się myć z zakrzepłych strupów i kurzu, w obawie, że ujrzą w nich swoich synów, mężów, ojców, narzeczonych i przyjaciół z dzieciństwa. I współczując samym sobie, gdyż ogromny wysiłek sanitariuszek był tylko kroplą w morzu potrzebnej pracy.
A potem do Krakowa weszli Niemcy, 6 września 1939 roku, w środę. Kalendarz szpitalny wskazywał imieniny Germana. Było w tym coś gorzkiego. I zaraz się okazało, że te łóżka szpitalne są potrzebne dla niemieckich żołnierzy.
Można było ich nienawidzić, spacerujących po mieście w świetle dnia, kupujących pocztówki, wieszających flagi czy wykłócających się o otwarcie bordeli. Ale gdy się widziało bredzących w malignie cudzych synów, mężów, ojców i słyszało się, jak wołają w gorączce mamę, to jakby się swoich słyszało. Wzywali tego samego chrześcijańskiego Boga, owszem, po niemiecku, ale przecież i po czesku, słowacku, po polsku – ilu było tu Polaków z Pomorza czy Śląska, siłą wcielonych do armii Trzeciej Rzeszy, zmuszonych do poboru szantażem wobec rodzin. Hitlera jakoś nikt nie wołał, za to powietrze było gęste od imion kobiet, wykrzykiwanych w ostatnim tchnieniu. Dlatego wykonywała przy rannych pracę pielęgniarską najspokojniej, jak potrafiła.
I właśnie wtedy skontaktował się z nią ktoś, kto przyniósł jej wieści o mężu i synach.
Żyją!
Nigdy więcej nie spotkała tego człowieka i nawet nie umiałaby powiedzieć, jak wyglądał ten, który szeptał jej poufne informacje w mrocznej, zatęchłej bramie podniszczonej kamienicy. Ale Niemcy musieli go rozpracować, bo nie pojawił się więcej.
Dwa tygodnie później na ulicy zastrzelono jej teścia. Nie wierzyła, że to był przypadek. Obawiając się o życie dzieci, wysłała je na prowincję, powierzając opiece zaufanego przyjaciela, Kazimierza. Powiedziała synom, że jadą na Boże Narodzenie na wieś do babci Franciszki. Nie umiała wyjawić, że wrócą, gdy skończy się wojna. A może nie wrócą nigdy, jeśli i jej coś się stanie. Pożegnała się z nimi w domu, nie na dworcu, bo gdyby ktoś ją śledził, niech nie wie. Kazimierz był niepozorny, nie rzucał się w oczy, wierzyła więc, że bezpiecznie przewiezie chłopców pociągiem te sześćdziesiąt kilometrów, nie aż tak daleko, a jednak dla niej odległość niemożliwa do przebycia.
Kazimierz powrócił i przywiózł ziemniaki oraz parę luksusowych wiktuałów: masło, jajka, ser. Żywili się tym długo. Był on w tym czasie jej jedynym współlokatorem. Zaprosiła go do siebie, gdy stał się bezdomny. Wyrzucono go z mieszkania zajętego przez urzędników niemieckich. Oficjalnie zaanektowana kamienica należała do męża Reginy. A zatem to też nie był przypadek, tylko kara. A ją już wkrótce zdegradowano do roli salowej. Ryżowa szczotka, mokra ścierka i kilometry kwadratowe podłóg do szorowania, oto były jej nowe obowiązki. Wynoszenie odpadów medycznych i odchodów rekonwalescentów. Miało zaboleć w ambicję, ale nie zabolało. W tym punkcie również nie skłamała marnemu spowiednikowi. Bo personel nadal traktował ją jak przełożoną, czekając na jej skinienie w drobnych i ważnych sprawach.
Ten szpital, zbudowany z takim trudem finansowym przez władze Drugiej Rzeczpospolitej, nadal zachwycał ją swoją urodą. W ciągu ostatnich lat stanowił jej królestwo, ostoję codzienności. Przemierzała stylową i dopracowaną w drobnych szczegółach krętą klatkę schodową, ozdobioną drewnianymi boazeriami i witrażami, stawiając na każdym ze schodów tylko przednią część stopy, tak aby obcasy nie tupały. Dawniej robiła tak dla zasady, aby nie dopraszać się większego poważania samym tylko efektownym wkraczaniem do pracy, skoro i tak stanowiła autorytet dla całego personelu. Ale teraz cisza miała większe znaczenie niż kiedykolwiek. Nie rzucać się w oczy, robić swoje – oto były jej nowe zasady. Robić swoje dobrze, choćby i szorowanie podłóg. Bo szkoda spędzać życie na robieniu czegoś byle jak. Żadna godzina już nie wróci, wszyscy idziemy naprzód, w codziennym trudzie. Więc niech ten trud daje przynajmniej odrobinę satysfakcji.
Idąc w tej ciszy, po raz kolejny doświadczyła żalu, że w spadku po lepszych czasach zostało jej tylko kobiece obuwie. Podczas pierwszej wojny nosiła rozczłapane buciory, które się jednak lepiej nadawały do cichego przemieszczania się. Pozazdrościła samej sobie tamtych możliwości. Ostrzyżone włosy, męski ubiór, to było z pewnością bezpieczniejsze. Może trzeba do tego wrócić. W domowej szafie nadal wisiała wysłużona ojcowska kapota.
Cicho wsunęła się do przebieralni i zmieniła ubiór na szpitalny. Schludnie poskładała bluzkę, spódnicę, żakiet i schowała je do swojej szafki. Obok postawiła buty z obcasami. Upięła warkocz. Jeszcze tylko czepek na głowę i oto była gotowa.
Nim zegar wybił szóstą, minęła się z kończącą dyżur salową, cicho wymieniając uwagi. Potem szybki obchód, aby opróżnić nieczystości.
Szpital Uniwersytecki powoli wracał do swego pierwotnego charakteru. Ostatni żołnierze, leczący długotrwałe rany po pierwszych bitwach tej wojny, zostali wypisani już parę miesięcy temu. Teraz większość sal zajmowały przeróżne przypadki chirurgiczne i zakaźne, jednak niemiecki dyrektor, profesor Walter Schaefer, systematycznie odwracał proporcje przyjęć. Miał być tu szefem szpitala, na tym się znał, nie na polityce, z tego chciał się wywiązać, ku chwale Trzeciej Rzeszy. Dyrektor charakteryzował się umiarem. Personel traktował profesjonalnie, z pozoru nie zwracając uwagi na to, kto jest jakiej narodowości. Ale przecież jego polecenia, przekazywane spokojnym zwięzłym tonem, były wydawane po niemiecku. Ani jednego zbędnego słowa. Masz rozumieć i wykonać swoją pracę natychmiast. Więc jeśli się było Polakiem, to trzeba było być też wykształconym Polakiem. Albo Auf Wiedersehen2.
Mijając go dziś wieczorem, powiedziała odruchowo: – Guten Abend3.
Stały za tym lata pozdrawiania ludzi na szpitalnych korytarzach, a jednak złamała niepisaną zasadę, że salowa ma być niewidzialna.
Schaefer odpowiedział. Zawsze patrzył na nią tak uważnie. On wiedział. Że jest żoną internowanego oficera. Że była przed wojną nadpołożną i kształciła kadry. Że z powodu zewnętrznych rozkazów ma wykonywać najniższe prace. Że szkoda jej potencjału.
Więc szanował ją. Szanowali się nawzajem. I mieli przecież wspólnego wroga numer jeden. Epidemie wśród wojska i ludności cywilnej. Jeśli się rozwiną, ludzie będą padać jak muchy. Słysząc wypowiedzi dyrektora, zgadzała się z każdym jego zdaniem co do diagnozy. Tylko ze środkami naprawczymi się nie zgadzała. Bo tyfus, dur brzuszny i wszystkie inne choroby można było leczyć, a epidemie ograniczać zwyczajnym prostym zwiększeniem przydziału mydła na osobę i przede wszystkim opału, by dało się czasem w gorącej wodzie uprać i wygotować odzież i pościel. I należało powiększyć ilość pożywienia, bo głodny prędzej traci odporność. Ale dyrektor, tak jak i wszyscy naziści, uparcie twierdził, że wystarczy pozbyć się Żydów, którzy są siedliskiem wszawicy i zarazków. Na początek wygnać ich za miasto. A co do kiły i rzeżączki, to leczyć i zgłaszać, zgłaszać i leczyć. Kontrola była łatwa w przypadku zarejestrowanych prostytutek. Profesor Schaefer czuł się dumny z wprowadzonych środków zaradczych. O wiele gorzej sprawy się miały z obywatelami niemieckimi, żołnierzami i cywilami. Chorowali, zarażali i nie zgłaszali, obawiając się kar za kontakty seksualne z Polkami. I tak to szło.
Mężczyznom z kiłą i rzeżączką zakazywano wyjazdu na urlop, a już zwłaszcza do rodzin w kraju. Profesor leczył bezwzględnie, bo chciał szybko przywrócić szpital funkcjom ginekologicznym. Na razie pół oddziału zajmowały osoby zarażone wenerycznie, leczone sulfonamidami. Osobno Polacy, w zatłoczonych pokojach. Osobno folksdojcze, w nieco lepszych warunkach. Osobno reichsdeutsche, jak w hotelu. Był wśród nich jeden, który nie rozumiał powagi swej sytuacji zdrowotnej. Zaczepiał pielęgniarki i salowe, zwłaszcza te młodsze. Musiał być kimś ważnym, przyzwyczajonym do samolubnego brania wszystkiego, co mu się podobało, i tylko z trudem powstrzymywał się od przechwalania urzędem lub stanowiskiem, bo jednak nie przybył tu z powodu ran wojennych. Ciągle były z nim problemy. Teraz też jedna wyszła od niego roztrzęsiona.
Regina spojrzała na twarz tej miłej blondynki i poszła za nią do pomieszczenia zwanego brudownikiem. Znała dobrze tę dziewczynę, niegdyś ją uczyła w Szkole Położnych, a potem przez lata pracowały razem. W dodatku pochodziły z tych samych stron. Marynia Bujakówna miała trzydzieści lat, lecz wyglądała na dużo mniej, drobna z postury i dziewczęca w wyrazie twarzy. Była pilna, uważna, bardzo pomocna. Z sercem dla pacjentek, ale przecież nie histeryczna. W takim stanie, jak teraz, nikt jej nigdy nie widział. Młoda kobieta siedziała na podłodze, dygocąc wśród stosów przeznaczonej do prania pościeli szpitalnej. Po nodze, obleczonej w podartą pończochę, spływała niewielka strużka krwi, znacząc białe kafelki nieregularnym wzorem czerwieni. Regina usiadła obok niej i objęła ramieniem drżące ciało. Trwała w milczeniu, przerywanym tylko szczękaniem zębów młodej położnej.
– Wsadził mi paluchy – powiedziała wreszcie Marynia i zaszlochała. – I mówił, że jakbym się nie szarpała, to by nie bolało.
W pierwszym odruchu Regina zesztywniała i poczuła ból skrzywdzonej kobiety całym swoim ciałem. Co mogła tej dziewczynie powiedzieć mądrego? Odpowiedniego? Czy to był właściwy moment, aby wyznać, że doświadczyła tego samego w czasie poprzedniej wojny i że zabiła tamtego mężczyznę? Nie przyznała się do tego nigdy nikomu. Ale co miała wtedy zrobić samotna w pustym jarze, znacznie młodsza od obecnej tu Maryni? Nie wiedziała, jak to się stało, skąd wzięła na to siłę, czy to ten gniew, który czasami wymykał się jej spod kontroli? – ten żołnierz został tam na zawsze, z opuszczonymi spodniami, z głową roztrzaskaną kamieniem, z nożem wbitym gdzieś w serce, dzikim zwierzętom na pożarcie.
A może wcale nie doświadczyła tego samego. Bo jednak ona była już wtedy mężatką. Napastnik nie zabrał jej niewinności. Zabrał co innego. Ale o tym naprawdę nie chciała teraz myśleć.
– Przecież trzeba krzyczeć o pomoc! – szepnęła ze współczuciem.
– Jak? Ten drugi zatkał mi usta, a ten trzeci… ten trzeci… on sobie w tym czasie… – I zwymiotowała.
Regina poniosła się z podłogi. – Leż tu spokojnie, nie ruszaj się, nie sprzątaj. Zrobię ci irygację, żebyś nie złapała choroby.
– Nie wolno pani robić rzeczy medycznych! – przestraszyła się Marynia. – Wyrzucą panią! Nie może pani przeze mnie tak ryzykować! Co my tu bez pani poczniemy? – Rozpłakała się.
Regina wzruszyła ramionami i bez słowa poszła przygotować odpowiedni roztwór, aby zapobiec chorobie. To prawda, obecnie nie miała uprawnień do wykonywania tego typu prewencyjnych działań. Ale nadal wiedziała, co gdzie leży, w której szafce i jakie proporcje przygotować. Zrobiła to cicho i sprawnie. Z napełnionym irygatorem przemknęła do brudownika. Rozłożyła na podłodze nowe prześcieradło, prosto z pralni. Kazała dziewczynie podciągnąć nogi, napotkała pewien opór przy odsuwaniu bielizny. Westchnęła.
– No już, Maryniu. Jak chcesz być zdrowa, to współpracuj. Czym prędzej.
Przytrzymała ciepłym ramieniem drżące uda roztrzęsionej kobiety. Pogłaskała ją po głowie, z której spadł na podłogę śnieżnobiały czepek, odsłaniając wijące się jasne włosy w całej ich krasie. A potem uprzedziła, że poda irygację. I podała. Marynia zatelepała się tylko raz, i zemdlała. Regina spokojnie ułożyła stopy młodej kobiety na stosie bielizny do prania. Jedną z poszewek użyła do wytarcia wymiocin i krwi. Nawykowo umyła ręce, a potem zimną wodą spryskała twarz podopiecznej. Marynia otwarła oczy i zalała się łzami.
– Już nie jestem…. Już nie jestem… dziewicą.
Regina pogłaskała ją po głowie jeszcze raz, a potem mruknęła:
– A jakie to ma znaczenie? To wyłącznie twoja sprawa. Niczyja więcej. – Ale ponieważ młoda kobieta nadal rozpaczliwie płakała, potrzebne były dalsze słowa otuchy. – To była przemoc, okropne przeżycie, i trzeba coś z tym zrobić, żeby się nie powtórzyło. Ale co do reszty, wszystko zależy od ciebie. W sercu jesteś niewinna. Stan cywilny – nadal panna. A ciało, moja kochana, ciało jest wyłącznie twoje.
– Ale jak ja teraz za mąż wyjdę? – wyszeptała Marynia.
– A będzie za kogo? – mruknęła Regina. – Jeśli ta wojna dłużej potrwa, to nie zostanie nikt do poślubienia, co najwyżej sami starcy i kaleki. Albo szuje.
– Racja – uspokoiła się nagle Marynia. Chwilę milczała, potem otarła łzy i rzekła: – Ta irygacja tak oczyszcza człowieka. Czuję, że cały brud z nią wypływa.
– Tak to właśnie działa – odparła uspokajająco dawna nadpołożna.
– Ale co też Profesor o mnie pomyśli, jak się dowie?
– Schaefer?
– Nie! Bujak!
Regina westchnęła. No tak. Jak Marynia mówiła „Profesor”, to myślała zawsze o swoim dobroczyńcy, Franciszku Bujaku, profesorze uniwersyteckim, a nawet przez chwilę ministrze rolnictwa. Ten chłopski syn, który zaszedł tak daleko dzięki swej energii i inteligencji, nigdy nie zapomniał o rodzinnych Maszkienicach i pomagał krajanom, którzy także chcieli się kształcić. Marynia była jego krewną. Zapewniał jej środki na edukację w Szkole Położnych. Dla tej młodej kobiety Profesor był jak Bóg Ojciec. Dobry, sprawiedliwy, daleko.
– Napiszemy do niego pocztówkę do Lwowa, że cię Szwab napastował?
Marynia, słysząc ten absurd, uśmiechnęła się niewesoło.
– Jak pani już zażartuje, to człowiek by się uśmiał nawet nad grobem. Wiadomo, że do niego nie napiszemy. Ale co on by pomyślał? Czy by nie żałował, że mnie wykształcił? Że ręczył za moją moralność? – zamyśliła się. – A Jakub? – I znów zadrgały jej usta.
Jakub, którego najbliżsi nazywali Kubą, był jedynym żyjącym synem Profesora. Marynia kochała go wielką, idealną, bałwochwalczą miłością. Bardzo na odległość.
– Jakub jest żonaty – przypomniała jej Regina. – On jest nie dla ciebie, tyś jest nie dla niego, Maryniu. Przyjmij to wreszcie do wiadomości.
Młoda kobieta pociągnęła nosem: – Chwała Bogu, że chociaż cało z Himalajów wrócił.
Zadumała się, rozluźniła. Chwilę powspominała swoje dawne marzenia, od początku niemożliwe do spełnienia. Widziała Jakuba tylko parę razy w życiu. Zawsze w otoczeniu rodziny. Mądrego, życzliwego. Szczęśliwie ożenionego. Westchnęła współczująco nad losem jego żony i dzieci, mających więcej praw do tęsknoty. Bo z tych Himalajów nie zdążył wrócić na czas. Pierwsza polska wyprawa w najwyższe na świecie góry, i strasznie krótka chwała. Wybuchła wojna, Jakub rozminął się z rodziną. Z zachodu szli Niemcy, ze wschodu Ruski. Jedni i drudzy polowali na wykształconych. Jakub przedostał się na Węgry przez Karpaty Wschodnie, przemykając najdzikszymi połoninami, aby umknąć prześladowcom i na coś się jeszcze Ojczyźnie przydać. A dalej wojna popchnęła Jakuba do Francji, i tyle o nim wiedzieli, że żyje.
– To co teraz będzie? – spytała Marynia, zbierając się do dzielności.
– Teraz to trzeba będzie powiedzieć dyrektorowi o tym napastowaniu. Ażeby się to nie powtórzyło. I niech tam chodzi Diana. Ona sobie z nimi poradzi.
Diana von Graf była folksdojczką z podupadłego arystokratycznego rodu z Górnego Śląska. A może nawet była reichsdeutschem. Nikomu nie chwaliła się swym statusem i może tylko dyrektor widział jej dokumenty. Mówiła po niemiecku po prostu znakomicie, język jak u Goethego. Żadnego akcentu, żadnej naleciałości regionalnej czy społecznej. Jak to się stało, że ta kobieta została położną, gdy mogła być hrabiną, tego nie wiedział nikt. Trudno ją było lubić, nieprzyjemnie oschłą, na równi wszystkich traktującą wrogo: zdrowych i chorych, kobiety i mężczyzn, Polaków, Żydów i Niemców. Była wszakże znakomitą pielęgniarką. Wysoka, silna, trochę koścista i nieco wyzywająca w swojej aryjskiej urodzie przenikliwych ogromnych niebieskich oczu w oprawie jasnych brwi i grzywki. Można pomyśleć, że w ciągu swoich trzydziestu pięciu lat życia nie postarzała się wcale. Ona zastygała w pomnik. Nikt nie ośmieliłby się wobec niej nie tylko na napastowanie, ale nawet na wykonanie jakiegokolwiek ludzkiego gestu.
– Nie! – szepnęła z przestrachem Marynia, sama nie wiedząc, czy gorszą perspektywą jest dla niej zasłużyć na niezadowolenie dyrektora, czy Diany. – Nie może pani tego zrobić!
– Już czas, Maryniu, żebyś mówiła do mnie po imieniu. Jestem Regina – powiedziała nadpołożna w odpowiedzi.
– Zdzieńska – odezwał się męski głos w drzwiach. – Was ist denn hier los?4
Dyrektor Walter Schaefer w białym kitlu, starannie zapiętym na koszuli z eleganckim krawatem, ogarnął jednym spojrzeniem całe pomieszczenie, zatrzymując dłużej wzrok na bezużytecznym już irygatorze. Regina zdumiała się tylko tym, że on zna jej nazwisko i potrafi je bezbłędnie wymówić. Zazwyczaj zwracał się do niej bezosobowo – Pflegerin!5 – Salowa!
Wstała więc i spokojnymi słowy wytłumaczyła dyrektorowi, dlaczego użyła irygatora. Patrzył na nią nieruchomo. A potem odwrócił wzrok.
– Gehen Sie Ihren Aufgaben nach, beide6 – powiedział tylko i poczekał, aż wyjdą z brudownika i rozejdą się w dwie różne strony. Zamknął za nimi drzwi i poszedł do sali zajmowanej przez chorych wenerycznie Niemców. Po kwadransie wrócił do swego gabinetu i coś tam pisał na maszynie. Ani razu nie podniósł na nikogo głosu.
Regina zapakowała zużytą pościel, aby rano wynieść ją do pralni. Następnie posprzątała brudownik, a potem umyła korytarz mokrą szmatą owiniętą wokół miotły. W czasie, gdy wygotowywały się i dezynfekowały narzędzia użyte na wieczornym obchodzie, zajęła się porządkowaniem szafek. W jednej z szuflad znalazła związany sznurkiem plik miesięcznika „Położna”. Pogłaskała te przybrudzone papierzyska. Same miłe wspomnienia. Nieśmiało poczęła przeglądać numer pierwszy z listopada 1928 roku, ale za moment zdyscyplinowała się, by odłożyć pismo, aby tych wspomnień nie rozbudzać, nie zanurzać się w nich teraz.
Po północy zrobił się ruch, przyjęto dwie ciężarne. Pierwsza z nich, w średniej jeszcze ciąży, miała twarz bladą z bólu. Trzymając dłoń na prawej części podbrzusza, jęczała nieustannie przenikliwym, ostrym głosem człowieka, który nie udaje, że cierpi. I to nie był poród.
Tej nocy lekarzem dyżurnym był sam dyrektor. Prędko zadzwonił po pomoc. Natychmiast przybył doktor Stefan Schwarz, specjalizujący się w leczeniu i operowaniu przypadków zapalenia wyrostka u kobiet w ciąży. Towarzyszyła mu Diana, która często asystowała przy operacjach, porodach zabiegowych i aborcjach. Nikt nie miał tak stalowych nerwów jak ona.
Schaefer i Schwarz wymienili tylko kilka zdań. Mimo różnicy światopoglądowej rozumieli się w sprawach medycznych. Lepiej mogłoby być tylko wtedy, gdyby Stefan Schwarz zgodził się wreszcie wpisać się na folkslistę. Ale uparcie nie chciał, choć przecież był świadom, że w każdej chwili może zapłacić za to życiem.
Dyrektor, wychodząc na salę operacyjną, obejrzał się jeszcze na drugą pacjentkę i nakazał położnej, by się nią zajęła. A pacjentka była Niemką. Marynia wcale nie umiała z nią rozmawiać. Za dużo było tego wszystkiego jak na jeden dzień. Widok śladów krwi na bieliźnie tej kobiety przypominał jej własne trudne przeżycia. I ten niemiecki. Dziś nie potrafiła wykrztusić z siebie słów w tym języku, zawołała więc salową do pomocy. Regina tłumaczyła cicho i powściągliwie.
Marynia zdezynfekowała ręce i bardzo ostrożnie zbadała pacjentkę, najpierw zewnętrznie, potem wewnętrznie. Krótkie było to badanie. Regina obserwowała ją i wiedziała już dobrze po wszystkich tych drobnych wskazówkach, co zaraz usłyszy.
– Łożysko przodujące – wyszeptała młoda położna. – Co ja mam teraz robić? Tak, żeby ona przeżyła? Lekarze operują!
– Trzeba im będzie przeszkodzić.
Marynia zbladła jak ściana.
– Jak mu to powiedzieć? – przeraziła się, bojąc się wszelkich konsekwencji. Z dokumentów wynikało, że ta kobieta była żoną ważnego niemieckiego urzędnika.
– Powiedz: Placenta praevia7 – zasugerowała cicho Regina. Pacjentka jednak usłyszała to i zaczęła histerycznie krzyczeć. Z sali operacyjnej wyszedł zaniepokojony dyrektor. On także wiedział, kim jest mąż tej pacjentki. Na jego widok ciężarna uspokoiła się, ale to niewiele zmieniało.
Marynia drżącym głosem opowiedziała swoją obserwację. Jak się spodziewały, dyrektor ruszył, aby osobiście to sprawdzić. Regina była świadoma, że każde kolejne badanie pogorszy sprawę. A jeśli ta sytuacja skończy się zgonem, to wszyscy za to zapłacą: Marynia, Regina, dyrektor. No i jeszcze do tego ta kobieta, Niemka czy nie, i jej dziecko. A one ślubowały nieść pomoc w każdych okolicznościach.
– Herr Direktor8 – powiedziała Regina, zanim uświadomiła sobie, co właściwie robi. – Sie dürfen nicht die Placenta praevia durch die Vagina untersuchen, das ist gefährlich9.
– Darf ich nicht?10 – powiedział tylko. Patrzył w jej oczy, upewniając się, że to się dzieje naprawdę, salowa mówi, co wolno jemu – lekarzowi, dyrektorowi szpitala w Generalnym Gubernatorstwie, mężczyźnie z rasy panów. Niesamowite były te jej oczy. Niebieskie oko spoglądało na niego tak, jakby był powietrzem, i dyrektor poczuł, że to spojrzenie rzuca mu wyzwanie, że nie chce być dla niej powietrzem, za chwilę wygra w nim głęboka potrzeba zachowania hierarchii, w której to on jest autorytetem. Ale to drugie, zielone oko mówiło mu: trzymaj się gruntu pod nogami, trzymaj się prawdy. Profesor Walter Schaefer przypomniał sobie, że wcale nie jest specjalistą ginekologiem. I że tu się ważą losy wielu osób. Więc aby zachować w tym wszystkim Ordnung11, wskazał salowej miejsce w kącie, gdzie stanęła skromnie.
– Ich frage Hebamme Bujak nach dem Bericht, nicht eine Pflegerin12 – powiedział surowo.
Marynia nerwowo pokiwała głową i spojrzała na Reginę, która zapytała dyrektora cichym głosem, czy może tłumaczyć, ponieważ położna z powodu przeżytej dziś napaści i szoku ma problemy z językiem niemieckim. Oboje wiedzieli, że ona krok po kroku przesuwa granicę w stronę kompromisu niemożliwego do zaakceptowania. Ale dyrektor skinął głową. Regina dyskretnie podała Maryni „raport”, którym okazał się pierwszy numer miesięcznika „Położna” z listopada 1928. Młoda kobieta nie dała po sobie poznać zaskoczenia, po prostu przeczytała:
Przodujące łożysko przedstawia jedno z najgroźniejszych powikłań ciąży i porodów. Przy porodzie prawidłowym najprzód pękają błony, rodząca wydala płód, a potem dopiero odkleja się łożysko i zostaje wydalone na zewnątrz. (…) Nawet i przy prawidłowo usadowionem łożysku, może się przytrafić jego odklejenie przedwczesne, to znaczy wtedy, gdy płód nie opuścił jeszcze wnętrza macicy, gdy ona nie może skutkiem tego należycie się ściągnąć. Naczynia krwionośne stoją otwarte, krew zbiera się między łożyskiem a macicą i zarówno matce, jak dziecku grozi śmierć.
Toteż dawniej, nawet pomimo pomocy lekarskiej, zdarzało się, że zmierali obydwoje, matka i dziecko. Gdy chodzi o dziecko, to my, lekarze, już z góry często poświęcaliśmy je, by ratować życie kobiety, dla tych dzieci, co je już ma, i dla tych, którym ona jeszcze życie dać może. Robiliśmy obrót i dziecko służyło niejako za tampon, który przyciskał łożysko do ścian macicy tak długo, dopóki to łożysko po porodzie płodu nie mogło wyjść na zewnątrz. A i tak niejednokrotnie, pomimo tej ofiary, kobieta ginęła.
Trzeba więc było obmyśleć taki sposób, by poród przy łożysku przodującem szedł tak, jak prawidłowy, to znaczy, by się wpierw rodził płód, potem łożysko i by płód gwałtem przez łożysko nie przechodził. Jak się dostać do płodu, nie rozdzierając łożyska? Przez pochwę, ujście zewnętrzne i wewnętrzne to się zrobić nie da, bo łożysko tam siedzi. Trzeba więc iść przez powłoki brzuszne, to znaczy trzeba zrobić cięcie cesarskie.
Marynia zrobiła przerwę, wzięła głębszy oddech, przebiegła wzrokiem tekst, nabrała odwagi, samodzielną decyzją pominęła kilka zdań, ponieważ dobrze znała ten tekst, polecany za czasów szkolnych przez panią nadpołożną, i przeczytała jeszcze jeden fragment, aby już nie było żadnych wątpliwości.
Czy położna ma taką chorą przedtem badać i z powodu krwotoku tamponować? Otóż nie wolno ani badać, ani tamponować. A dlaczego? Już tam, gdzie kobieta z powodu ciasnej miednicy jest przeznaczona do cięcia cesarskiego, nie wolno jej badać wewnętrznie. O co tu chodzi?
Idzie o to, aby przez badanie nie wyprowadzać do pochwy bakterii, któreby się stamtąd dostały do macicy i spowodowały zakażenie. Te bakterje to nasz wielki nieprzyjaciel. (…)
Jeszcze jest to ważniejszem przy łożysku przodującem. Tu szczególnie łatwo o zakażenie, bo wprowadzone bakterje idą od razu do otwartych naczyń krwionośnych, przechodzą od razu do krwi, gdzie im się świetnie powodzi, gdzie się rozmnażają w miliony, zakażając cały organizm, i sprowadzają śmierć rodzącej.
Ledwo Regina skończyła tłumaczyć ostatnie słowa, profesor Schaefer spytał, kto jest autorem tego artykułu.
– Profesor doktor Ada Markowa – odpowiedziała Marynia.
Tego nie trzeba było tłumaczyć. Autorka była powszechnie znaną lekarką, położną i społeczniczką. A do tego żoną charyzmatycznego chirurga, Wielkiego Maksa Rutkowskiego. Dla Reginy była kimś więcej, kimś niezwykle ważnym. Ale nie pora była teraz o tym myśleć.
Profesor Schaefer otworzył drzwi do sali operacyjnej i poinformował doktora Schwarza i Dianę, aby przygotowali się do cesarskiego cięcia. Przechodząc obok szafki, wrzucił do kosza plik miesięczników „Położna”. Zaszurały miękko. I to był jego jedyny komentarz w tej sprawie.
Położna i salowa dołączyły do operujących, bo personelu było za mało. Na pierwszym stole operacyjnym spoczywała nieruchoma postać znieczulonej kobiety, której dopiero co zaszyto rany po wyciętym wyrostku robaczkowym. Paradoksalny brzuch rozlewał się ponad tym stołem jak spłaszczony pagórek. Regina pomyślała, że ma kształt dokładnie taki, jak góra Bocheniec w jej rodzinnej wsi, Jadownikach. Na Bocheńcu była kapliczka św. Anny, i Regina mimowolnie westchnęła, powierzając w tym westchnieniu intencję, skoro nie było czasu ni warunków na myśli i słowa.
Brzuch jak Bocheniec poruszył się w odpowiedzi. Dziecko żyło, mimo podanych środków. Przecież eter musiał działać także na nie. Może drgnęło przez sen.
Eter jest płynem. Wodojasnym, bezbarwnym, o charakterystycznym zapachu, przy temperaturze 35 stopni wrzącym, przez co bardzo szybko się ulatnia. Już przy zwykłej ciepłocie pokoju, w sali operacyjnej paruje. Eter jest w wysokim stopniu środkiem łatwo palnym, pary eteru, zmieszane z powietrzem, dają mieszaninę wybuchającą. Eter powinien być przechowywany w ciemnem miejscu i w zamkniętej flaszce, a co najważniejsze, zdala od ognia, gdyż łatwo zapala się i wybucha. Rozbicie flaszki przy płomieniu otwartym, nawet gdy on jest oddalony, może spowodować wybuch. Od razu w tem miejscu chcę przestrzec przed niebezpieczeństwem zetknięcia się z ogniem, czy to będzie zapałka, świeca czy lampa naftowa. Bezwarunkowo wiec należy unikać stosowania eteru przy otwartym płomieniu, nawet zamkniętym w latarni, podobnie ma się rzecz z gazem, zupełnie bezpieczną jest elektryka. Najczęstsze oparzenia i śmierć, nie mówiąc o szkodach materjalnych, są skutkami nieostrożności. Zwłaszcza więc położne, o ile mają w swej praktyce z eterem do czynienia, pomagając lekarzowi przy operacji, w tak niekorzystnych warunkach, jakie są po wsiach i małych miasteczkach, muszą być bardzo ostrożne – pisał doktor Leon Steinberg w drugim numerze miesięcznika „Położna” z grudnia 1928 roku. Żydowski ginekolog, przyjmujący przed wojną przy Starowiślnej 77 w Krakowie. Co robił teraz, gdy stracił prawo do wykonywania zawodu? Czy żył jeszcze?
Cały szereg bowiem zabiegów porodowych i poporodowych, wymagających obecności lekarza, musimy nieraz wykonywać w uśpieniu. W tych musi położna dać sobie radę z narkozą, jednym słowem musi umieć chorą uśpić, musi znać przebieg i skutki narkozy, a przez to pomaga lekarzowi.
Diana dyskretnie czuwała nad tą kobietą, dodając następną dawkę eteru, bo za wcześnie było jeszcze na obudzenie po operacji. W tym czasie salowa i położna przygotowały środki dezynfekujące i wszystkie potrzebne narzędzia do drugiej operacji, a dyrektor osobiście wprowadził na salę Niemkę, w spokojnej rozmowie wydobywając z niej wszystkie potrzebne informacje. Doktor Schwarz telefonował na górne piętro, by przysłano jeszcze jedną pielęgniarkę do pomocy, i niedługo potem do ekipy dołączyła zakonnica, pracująca na oddziale dziecięcym. Wszyscy byli już osłonięci bawełnianymi maskami Mikulicza, więc niewiele było widać z twarzy, ale oczy tej zakonnicy patrzyły na Reginę z tak szczególnym wyrazem, że było jasne, iż coś jej powiedzieć mają. Lecz nie pora była na domysły. Dawna nadpołożna przez lata ćwiczyła trzymanie emocji i umysłu w dyscyplinie. Skupić się na operacji znaczyło siebie odłożyć na później – ciało i rozum uczynić tylko narzędziem, które miało pomóc drugiemu człowiekowi w przeżyciu. To się bardzo dobrze sprawdzało. Trzeba było tylko pamiętać, aby do siebie potem wrócić. Po wyjściu ze szpitala najpierw pozwolić sobie na te wszystkie myśli, zatrzymane, ale przecież cierpliwie napływające. Dlatego Regina zawsze chodziła wszędzie pieszo. Potrzebowała czasu, by dogonić samą siebie i pozostać spójną.
Więc te oczy to były oczy Bronki Cebuli, tak dobrze znajome, od pierwszych lat życia. Bronki, która urodziła się w tej samej wsi, w tym samym dniu co Regina, dokładnie w Boże Ciało roku 1896, na ręce ciężarnej matki Reginy, która już wtedy odczuwała własne porodowe skurcze. Bronka była przyjaciółką Reginy w czasie ich wspólnej nauki w szkole powszechnej. Później wybrała klasztorne życie. A teraz była tu, więc odeszła od sądeckich klarysek albo zmuszono ją do tego w ten czas wojenny. Lecz jej oczy nie skrzyły się radością spotkania. One wyrażały ostrzeżenie.
Przed czym ostrzegała Bronka? Co mogła zobaczyć, idąc schodami i korytarzem na salę operacyjną? Spojrzenie zakonnicy przeniosło się znacząco na brzuch ciężarnej Niemki, którą Diana przygotowywała do znieczulenia, podczas gdy lekarze sposobili już narzędzia i po raz kolejny odkażali ręce w płynach antyseptycznych.
Chcę tu zwrócić uwagę na niezmiernie ważną sprawę, jaką jest uzębienie chorej. Odnosi się to do protez, czyli sztucznych szczęk, które są tak bardzo rozpowszechnione. Te muszą być przed narkozą bezwzględnie usunięte z jamy ustnej, przytem obowiązkiem położnej jest nie tylko zapytanie, czy niema sztucznych zębów do wyjmowania, ale stwierdzenie tego, jeżeli nie chce narazić się na bardzo niebezpieczne powikłanie narkozy, jakiem może być połknięcie sztucznej szczęki lub wpadnięcie do tchawicy w czasie usypiania. Często chore, wstydząc się, zatajają posiadanie obcych szczęk, przezco wprowadzają nas w błąd.
Więc oczywiście w programie przedoperacyjnym była jeszcze obowiązkowa kłótnia położnej z pacjentką, że wcale nie ma żadnej protezy. Ale to była Diana, z którą nikt nie ośmielił się dyskutować. Kobieta wreszcie zdecydowała się powierzyć położnej swoje sztuczne zęby najdyskretniej, jak potrafiła, i przystąpiono do znieczulenia.
Zadaniem położnej będzie pouczyć chorą, jak się powinna zachować w czasie usypianiu i tu zwrócenie uwagi na to, że nie należy się bronić przed wdechiwaniem narkotyku, lecz wykonywać głębokie wdechy pod maską. Niekiedy bowiem wystarczy kilka głębokich wdechów, aby sprowadzić głęboki sen. Dalej powinna położna tam, gdzie może się spodziewać nieprawidłowego przebiegu porodu i konieczności uśpienia, przestrzec rodzącą przed piciem i jedzeniem, aby uniknąć w czasie i po uśpieniu przykrych wymiotów.
Ostatnia przed operacją chwila na napływ myśli. Niemka nie dotarła tu sama. Pewnie gdzieś na korytarzu czekał jej mąż. Kim mógł być? To pytanie odbiło się widocznie w oczach Reginy. Widząc lekarzy pochylających się nad obnażonym brzuchem nieprzytomnej już kobiety, zakonnica dyskretnie w powietrzu narysowała palcem coś, co wyglądało jak spirala. A może litera G?
Zatem gestapo. Zrozumieniu towarzyszył nieco głębszy oddech Diany, która także to zobaczyła. Dobrze, że doktor Schwarz nie wie. Jego dłoń była pewna, przechodząc skalpelem przez kolejne warstwy skóry pacjentki. Regina pomyślała z mimowolnym uznaniem i wdzięcznością o dyrektorze Schaeferze. Przecież musiał wiedzieć. W żaden sposób nie okazał pracownikom, że to cięcie cesarskie jest obarczone aż takim ryzykiem.
Zakonnica odwróciła wzrok od operowanego ciała. Regina także nie lubiła asystować przy tak głębokich ingerencjach, ale cóż, taka praca. W końcu jednak lekarze wyjęli dziecko, oblepione mazią płodową i krwią. Nie wykazywało oznak życia. Po natychmiastowym przecięciu pępowiny położna i pielęgniarka zajęły się resuscytacją noworodka i po chwili z kąta sali dało się słyszeć subtelne odgłosy życia. Regina podstawiła lekarzom naczynie na łożysko i dyskretnie podawała narzędzia, starając się być niemal przeźroczysta, aby nie zdenerwować dyrektora tym, że salowa asystuje. Lecz kto inny miał to robić? Bronka wygarniała śluz z ust dziecka, Marynia znalazła się u wezgłowia pacjentki wcześniej operowanej na wyrostek robaczkowy, która wykazywała pierwsze oznaki powracania do przytomności, a Diana czuwała nad podażą eteru znieczulonej Niemce, doskonale wiedząc, o co toczy się gra.
Szkodliwość eteru od chloroformu jest dla ustroju ludzkiego znaczniejsza, śmiertelność wynosi przy eterze 1 na 5000, a przy chloroformie 1 na 2000.
Czy ta kobieta obudzi się do życia? Czas bywa wiecznością. To była jedna z takich chwil. A może nigdy nie było żadnej innej chwili, tylko ta jedna, gdy razem trwali, pacjenci, lekarze, położne, pielęgniarki, salowe, zjednoczeni wspólnym celem, aby po prostu przeżyć, przetrwać każdą minutę, bez strat.
Regina doskonale wyczuwała bliskość Śmierci. Jej babka Regina Perkowa i matka Franciszka Diabelec kłaniały się Łaskawości, Śmierci, widząc zagęszczoną ciemność. Tak po prostu.
Regina Zdzieńska postrzegała Śmierć na biało. Może to ten oślepiający blask szpitalnych kafelków, które przecież sama obecnie szorowała do lśnienia, i to jasne, bolące w oczy światło. Szyby pomalowane na śnieżną biel, aby świat tu nie docierał, by ta sala operacyjna była całym światem.
A lekarze zszywali już ciało kobiety po cesarskim cięciu, nie pozwalając sobie na otarcie potu z czoła, bo to by było niehigieniczne. Regina myślała o tym dniu, kiedy zszywano tak jej ciało, gdy urodzili się Jan i Wawrzyniec, bliźniacy poprzecznie ułożeni, jeden nazwany na cześć jej młodszego zaginionego w wojnie z bolszewikami brata, a ten drugi – po ukochanym ojcu, którego zabrała pierwsza wojna. Czy wtedy też po śnieżnobiałej sali przechadzała się Śmierć?
Regina poczuła zniecierpliwienie. Te myśli, one są teraz zbyteczne. Wygnała je wielkim wysiłkiem woli, a potem przyjęła z rezygnacją swoją część rachunku za to stałe napięcie – ciągły ból głowy. Och, z jaką chęcią właśnie teraz poszłaby do kuchni, gdzie wstawiła kwiaty do słoika, i przykładałaby do skroni te liście lilaka, które miały pomóc w migrenie. Liście na skronie, kwiaty na oczy, na usta, całą twarz zanurzyłaby w bukiecie, niech jej zazdroszczą albo współczują ci, którzy mają katar od zapachu bzu.
Pozostała przez resztę nocy z tą jedną jedyną myślą. Że tam w kuchni czekają na nią kwiaty. Świtało już, gdy obie pacjentki odzyskały przytomność. Więc jednak żadna z nich nie była przypadkiem jednym na pięć tysięcy.
Regina pospiesznie sprzątała salę operacyjną, czując przy tym luksus swobodnego przepływu refleksji. Z dnia na dzień coraz bardziej doceniała pracę salowej, a zwłaszcza w porównaniu z wyczerpującymi nerwy operacjami czy porodami zabiegowymi, w których uczestniczyła prawie od początku pracy akuszerskiej.
Najważniejsze było życie, i tego się trzymała. Człowiek. Spojrzenie w oczy, potraktowanie z szacunkiem, to było priorytetem, a nie sala szpitalna. Jako nadpołożna nie pozwalała przyspieszać porodu różnymi ingerencjami tylko po to, żeby szybciej opróżnić i posprzątać salę, aby czekała ona nieskazitelnie czysta na następną pacjentkę. Ale jako salowa dostrzegała związek lśniącej sali z życiem. Musiała taka być, aby zachować stałą sterylną gotowość do ratowania kolejnych istnień, jak nieustająco myte dłonie akuszerki, jak wieczny ogień podtrzymywany w starożytnej świątyni Westy. Inaczej upadnie Rzym.
I znów pozazdrościła matce, siostrom, a nawet sobie samej – z czasów, gdy była młodziutką początkującą akuszerką – tej swobody, jaką było przyjmowanie porodów w domach rodzących, czasem w stodołach, a czasem nawet w polu. Ze wszystkimi niedogodnościami i z całym ryzykiem, jakie się z tym wiąże. Jednak życie przyniosło jej inne wyzwania. Radziła sobie z nimi, jak umiała najlepiej. Cel był ten sam, żywa i zdrowa matka, żywe i zdrowe dziecko. Jeśli jednak te kobiety ktoś kierował do kliniki uniwersyteckiej, to oznaczało brak normy, komplikacje, przeróżne patologie. Rozwiązywanie ciąży za pomocą operacji lub zabiegów. Niektóre były bardzo drastyczne. Regina często uważała, że przy innym postępowaniu, przy cierpliwości, spokoju, dobrej akuszerce, która wierzy w ten poród, niejedna pacjentka mogłaby urodzić w domu. Ale skoro już trafiła do szpitala, nie wolno było takiej pacjentki wypuścić.
Można czasami bez badania niepotrzebnie odesłać kobietę do zakładu – pisała profesor doktor Ada Markowa w pierwszym numerze miesięcznika „Położna”. To może się zdarzyć, że czasami położna odeśle pacjentkę bez koniecznej potrzeby, ale to jej nie przyniesie ujmy. Lekarze i pacjentki będą więcej szanować takie położne, które przejęte troską o życie ludzkie skierują do nas o jeden przypadek za dużo, aniżeliby kierowały o ten jeden za mało, w którym przyjdzie śmierć.
Wobec sumienia swojego będzie położna przy takiem postępowaniu w porządku i powie sobie: powierzono mi dwa pokolenia naraz: pokolenie dojrzałe, mam je przed niebezpieczeństwem chronić i przy życiu utrzymać, i pokolenie przyszłe, które oby w zawiązku nie zginęło. Oddałam te dwa życia na czas pod opiekę powołanych do tego lekarzy – więc spełniłam należycie swój obowiązek.
Reginie brakowało spotkań z Adą. Potrzebowała kogoś, przy kim nie musiałaby być tak opanowaną, zawsze mocną, tylko po to, aby dbać o słabsze nerwy i podstawowe potrzeby wszystkich wokół. A zwłaszcza teraz.
I rozmyślając o swoich autorytetach, sama nie wiedziała kiedy wyczyściła toalety i opróżniła wszystkie nocniki u osób przewlekle leżących. Właśnie szorowała i dezynfekowała dłonie, aby czystymi dostarczać pacjentom śniadanie, gdy ktoś ją nagle cichutko zawołał po imieniu i zaraz wpadła w gorące uściski przyjaciółki z dzieciństwa.
– Regina! Nie wiedziałam, że ty tu nadal pracujesz, mówiono mi…
– Bronia! Nie wiedziałam, że ty tu tutaj!
– Teraz jestem Ewa – powiedziała poważnie zakonnica. – Siostra Ewa.
– Ewa? – Niedowierzająco spytała Regina. – Myślałam, że tam w zakonie to same Marie i Klary, albo Immakulaty i Innocencje.
– A ja jestem Ewa – ucięła krótko dawna Bronia, i dodała serdecznie – ale kocham cię po dawnemu! Moja pierwsza przyjaciółka! I jedyna. – Znów spoważniała.
Tak. To dawne imię nie pasowało już do zakonnicy. Bronia była zawsze pogodna, choćby nie wiadomo, co się działo. I tej dziewczyny już tu nie było. Zamiast niej Reginę uściskała raz jeszcze okrągła osoba o bardzo poważnym spojrzeniu. W zmarszczkach na jej czole była cała historia do opowiedzenia, ale ona musiała zaczekać. Ruszyły do swoich obowiązków, zakonnica do pielęgniarskich na oddziale dziecięcym, a salowa Regina Zdzieńska z posiłkiem do pacjentów.
Gdy weszła do sali, z której wczoraj Marynia Bujakówna wyszła z płaczem, wszyscy trzej chorzy wenerycznie Niemcy czekali już na nią z obnażonymi przyrodzeniami. Zatrzymała się, w pierwszym odruchu zaskoczenia. A potem, nadmiernie nie rozważając, czy nie przypłaci tego życiem, powiedziała do nich po niemiecku, że ekshibicjonizm jest kwalifikowany jako choroba psychiczna i że będzie musiała to zgłosić, bo takie są zasady. Panowie zbledli. Wszyscy znali rozkazy führera na temat chorych psychicznie. Regina wycofała się z tacą, mówiąc im, że jeżeli chcą śniadanie, to najpierw muszą umyć i zdezynfekować ręce. I naprawdę tego dopilnowała.
Kiedy wreszcie wyszła, zamykając za sobą drzwi, taca o mało nie wypadła jej z rąk. Za jej plecami stała Diana i zaśmiewała się z tej sytuacji, starając się nie wydawać żadnego odgłosu, bo ci Niemcy to jednak były szychy.
Z daleka usłyszały podniesiony głos dyrektora Schaefera. Urywki słów po niemiecku nie układały się w żadną całość.
Diana złapała ją za rękę i wciągnęła do toalety.
– Mamy w budynku gestapo – powiedziała cicho. – Placenta praevia to żona jednego z nich.
Regina spojrzała na nią, niepewna, co tak naprawdę Diana miała na myśli. Przecież była folksdojczem. Na ile można jej zaufać?
Diana spojrzała wymownie na ostatnie drzwi korytarza. W tej sali doktor Stefan Schwarz ukrywał chore Żydówki, oddzielając je od świata dużą kartką z napisem „ACHTUNG13, TYFUS”.
– Schwarz z Bujakówną mają teraz poród kleszczowy – powiedziała z pozornym spokojem.
Czyli Diana wiedziała bardzo dużo, i mimo wszystko sprawiała wrażenie, że to zostanie bezpieczne. Tajemnicza z niej była osoba. Może ten status folksdojcza miał działać równie ostentacyjnie, jak kartka „ACHTUNG, TYFUS” na drzwiach.
Popatrzyły na siebie. Czy to wystarczy? Kartka na drzwi, żeby ich zatrzymać?
– Czy Schwarz wie? Że tu są?
Diana pokiwała głową.
Regina jęknęła w duchu. Byle nie zadrżały mu dłonie.
No i ten poród kleszczowy. Marynia Bujakówna nie miała w tym wprawy. Kiedy procedura zmusza położną, aby do tego zabiegu solidnie nacięła krocze rodzącej, trzeba nade wszystko spokoju – a jeszcze bardziej przekonania, że to właściwa decyzja, takie okaleczenie kobiety. Skoro ratuje się życie albo dwa, to czasem trzeba coś poświęcić i nie wolno, absolutnie nie wolno w tej chwili zastanawiać się, czy ta kobieta pragnęłaby to poświęcić. Czy dziecko w miłości było poczęte, czy w przemocy? Czy matka przyjęła dziecko wdzięcznym sercem, czy modliła się o poronienie? Nie. Kiedy położna w klinice asystuje lekarzowi, podając mu kleszcze Madurowicza, nie wolno jej myśleć o tym, że ta kobieta, pacjentka, może już nigdy nie zaznać przyjemności z mężczyzną, jeśli blizna będzie rozległa i będzie spinać i uwierać jej ciało. Ratując życie, myśli się o życiu, ale nikt się nie zastanawia nad jego późniejszą jakością.
Z drugiej strony, jeśli poród nie szedł, jeśli dziecko uwięzione w ciele naciskało, gniotło, nie dawało się urodzić, potęgowało cierpienie rodzącej – ogromne, bezradne, podszyte lękiem cierpienie, takie, w którym jest tylko ból pomnożony do potęgi, to czy człowiek nie pragnie przede wszystkim uwolnienia od tego bólu? Kobiety, które z jakiegoś powodu nie mogą urodzić, dałyby sobie zrobić absolutnie wszystko, by ktoś zakończył ich tortury. By wyjść wreszcie z tej chwili swego życia, przeskoczyć do innej, zamknąć ten rozdział na zawsze.
Regina odetchnęła. Marynia Bujakówna nie ma takich dylematów, nie myśli o niczyich utraconych przyszłych przyjemnościach, jest niewinna jak święta z obrazka. A przede wszystkim – to ona sama ją uczyła, nadpołożna Regina Zdzieńska, wykształciła swoje panie uczennice na profesjonalistki. Marynia się pomodli i uczyni wszystko, co doktor Schwarz każe, i zrobi to spokojnie, z wyczuciem, kierując się dobrem pacjentki i jej dziecka. Nawet gdyby w kącie stało gestapo.
A Stefan Schwarz? Ten to miał stalowe nerwy. Z pola bitwy, jakim była praca asystenta ginekologii i położnictwa na III Oddziale Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, we wrześniu 1939 przeniósł się do wojskowych szpitali, gdzie niósł pomoc rannym. Gdzieś pod Zamościem został wzięty do niewoli, ale zdołał z niej zbiec, jakim cudem? Powrócił do Krakowa, ponownie podjął pracę w szpitalu i udawał, że był tu cały czas. Pomagał Żydom, współpracował z ukrywającymi się władzami Uniwersytetu Jagiellońskiego, nauczał studentów na tajnych kompletach. Może było mu łatwiej, ze względu na niemieckie nazwisko. A może wcale nie. Nie było tygodnia bez nacisków. Konsekwentnie odrzucał propozycje współpracy z nazistami i pracował dalej tak, jakby jutra miało nie być.
To była całkiem dobra filozofia życia. Epikureizm pracy. Co innego się ma, jeśli nie to?
Diana von Graf widziała te zmagania, ale nie doradzała ani nie odradzała. Aż tak blisko z doktorem nie byli. A że ona oficjalnie była folksdojczem? Widać każdy tu toczył jakąś własną grę.
Głosy w gabinecie dyrektora nasiliły się jeszcze, a potem nastała cisza. Dało się słyszeć kroki, jedne energiczne, nauczone do wybijania marszowego rytmu, a pozostałe ciche. Zza zakrętu korytarza wyszło trzech mężczyzn: dyrektor Schaefer w towarzystwie cywila w garniturze, a za nimi mundurowy. Dyrektor podał temu cywilowi śnieżnobiały fartuch z własnej kolekcji, a potem obaj skierowali się do pokoju, w którym spoczywała operowana wczoraj kobieta, żona gestapowca, pozostawiając żołnierza na korytarzu.
Oficer w mundurze nawet nie usiłował iść cicho. Zmierzał prosto ku sali z napisem „ACHTUNG, TYFUS”, lecz musiał najpierw minąć obie położne. Kobiety wstrzymały oddech. Diana już otwierała usta, by go jakoś zatrzymać, lecz oficer zwrócił się do Reginy.
– Zdzieńska. Folgen Sie mir14.

 
Wesprzyj nas