Brutalne morderstwo i szkoła pełna sekretów. „Rechtorka” Magdaleny Majcher – trzeci tom serii „Kryminalny Śląsk”,powieści inspirowanych prawdziwymi wydarzeniami – to wędrówka po mrocznych zaułkach Katowic.
W życiu prywatnym dziennikarza śledczego Borysa Dyrdy nastał trudny moment. Dziennikarz przeżywa głęboki kryzys osobisty, odsuwa się od swojej partnerki Krysi i pomieszkuje w redakcji.
Tymczasem katowicka policja prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa nauczycielki jednego z liceów. Kobieta została brutalnie zamordowana w piwnicy własnego domu.
W wyniku przesłuchań uczniów oraz pracowników szkoły szybko wychodzi na jaw, że Marianna Szczerba miała opinię gnębicielki. Podejrzenia padają na jedną z nastolatek, znajomą córki Krysi.
Czy szesnastolatka mogła z zimną krwią dokonać morderstwa? Czy policja nie wyciąga wniosków zbyt pochopnie? Borys bez reszty angażuje się w sprawę – być może tę dziewczynę, w przeciwieństwie do jego syna, da się jeszcze uratować.
Wciągająca opowieść wiodąca przez najmroczniejsze zakamarki Śląska. Maestria obyczajowa i precyzja kryminalna. Taka jest „Rechtorka”!
– Jędrzej Pasierski
Rechtorka
Seria „Kryminalny Śląsk”, tom 3
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 25 lutego 2026
Prolog
Katowice, marzec 2001
W spojrzeniu swojej żony widział czyste szaleństwo. Kobieta zacisnęła palce na jego przedramionach, boleśnie wbijając mu paznokcie w skórę. W kącikach jej wysuszonych warg zebrała się ślina, a siatka zmarszczek w ciągu ledwie kilku chwil jeszcze bardziej się pogłębiła. Jej zwykle małe oczy teraz były wytrzeszczone, a na twardówkach dopatrzył się pękniętego naczynka.
W tym całym zamieszaniu potrafił myśleć tylko o tym, jak brzydka była ta kobieta. „Ta kobieta”. To jego żona, do cholery! Poczuł ogromną chęć, by dać sobie samemu w mordę za te przemyślenia. Jego rodzina go potrzebowała, bardziej niż kiedykolwiek. Żona, córka, synek, który teraz zanosił się od płaczu w drugim pokoju, wzywając mamę.
– Zrób coś! – wrzasnęła Baśka, opluwając go przy tym śliną.
Poczuł, jak delikatnie zwalnia uchwyt, więc sprawnie się uwolnił. Ta sytuacja go przerastała. Najchętniej zrobiłby to, co zwykle, kiedy w mieszkaniu wybuchała kłótnia – po prostu włożyłby kurtkę i wyszedł pokręcić się bez celu po mieście. Tyle że tym razem nie chodziło o awanturę o niepodlane kwiatki czy rzucone w kąt pokoju brudne skarpetki. Niestety.
Czasoprzestrzeń uległa zakrzywieniu. Był przekonany, że policjanci weszli do środka ledwie kilkadziesiąt sekund temu, a jednocześnie mógłby przysiąc, że stał tak w tym dziwnym uścisku z Baśką przez dobry kwadrans. Przeniósł wolne od jakichkolwiek emocji spojrzenie na Martynę. Z twarzy dziewczyny odpłynęły wszystkie kolory. Zawsze była blada, po matce, która unikała słońca, bo kiedy tylko na nie wyszła, od razu robiła się czerwona jak rak, a później cierpiała przez kilka dni. Ale teraz o Martynie można było powiedzieć, że miała nie tyle jasną karnację, co raczej jej twarz przybrała kolor bieli. Najbielszej z bieli.
Stojąca obok policjantka trzymała rękę na jej ramieniu, a on odebrał to jako niemą wiadomość: teraz to my się nią zajmiemy, skoro wy daliście dupy. Dali? Przecież jego praktycznie nie było w domu, harował od rana do wieczora, więc co mógł niby zepsuć?
– Mamooooo! – zawodził Pawełek z drugiego pokoju.
– Niechże go pani uspokoi – warknął barczysty policjant, przerywając recytację jednej z wyuczonych formułek.
Baśka posłała mężowi pełne politowania spojrzenie, które mówiło: „Nawet w takiej chwili nie potrafisz się zachować jak mężczyzna”. Wyminęła go i stanęła przed nim, dokładnie pomiędzy małżonkiem a córką podtrzymywaną przez funkcjonariuszkę.
– To jakoś pomyłka. – Wyciągnęła rękę w stronę Martyny, na co policjantka jeszcze mocniej zacisnęła dłoń na ramieniu nastolatki. Jakby nie wystarczało, że założyła jej kajdanki na nadgarstki. – Łona nic niy zrobiła, dyć to jeszcze bajtel!
– Ja nic nie zrobiłam! – powtórzyła po matce dziewczyna, zanosząc się głośnym szlochem.
Barczysty policjant wyglądał na znudzonego. Skinął głową w kierunku swojej koleżanki i mruknął coś pod nosem. Chyba „idziemy”, ale równie dobrze mogło to być „wiemy” albo „będziemy”. Baśka najwyraźniej nie miała takiego problemu ze zrozumieniem funkcjonariusza, bo znów uderzyła w płacz i rzuciła się na Martynę, aby ją wyściskać.
– Skarbie, wyciongnymy cie z tego, tyś nic nie zrobiyła, wiym o tym. Zejrzisz, wszystko sie wyjaśni, obiecuja ci to – zapewniała córkę, głaszcząc ją czule po twarzy, co nie było łatwe, bo policjantka przez cały czas próbowała ją odgonić. – Pojadymy z łojcem za tobom, widzymy sie na miejscu. Dzielno bydź, bydzie dobrze – zaznaczyła raz jeszcze.
Poczuł, że wzruszenie ściska go za gardło, ale przecież nie mógł się teraz rozkleić. Nie czas i miejsce na babskie słabości – był mężczyzną, głową rodziny, mężem, ojcem. Powinien wiedzieć, co robić, a tymczasem miał pustkę w głowie.
Potrafił myśleć tylko o tym, że jego szesnastoletnia córka jest podejrzana o zabójstwo.
Rozdział 1
Katowice, marzec 2001
1.
Borys Dyrda rzucił niemal pełną paczkę Sobieskich na niską, prostokątną ławę. Nie trafił, kartonik wylądował na podłodze. Trudno, później podniesie, nie chciało mu się teraz wstawać. Odpalił papierosa, mocno się zaciągnął i przysunął do siebie leżącą na kanapie szklaną popielniczkę. Zmrużył oczy – nadal nie zgłosił się do okulisty, ale aktualnie to najmniejszy z jego problemów – i zawiesił wzrok na ekranie telewizora.
Kurzajewski właśnie kończył rozmowę z gościem i przekazywał głos Szpakowskiemu, który miał komentować zawody Pucharu Świata na mamuciej skoczni w Oberstdorfie. Praktycznie do końca nie było wiadomo, czy Małysz wystąpi – kilka dni temu jeden z dziennikarzy „Dziennika Zachodniego” przeprowadzał wywiad z Tajnerem, który przekazał, że Adam dzięki dużej dawce antybiotyku czuje się lepiej, ale decyzja o wyjeździe do Niemiec zostanie podjęta dopiero w czwartek, czyli dwa dni przed zawodami. Udało się, czego dowód Borys widział właśnie na ekranie: wprawdzie przed skocznią przeważały czerń, czerwień oraz żółć, ale biało-czerwonych flag również było bardzo dużo. Kibice przygotowywali się na kolejny pojedynek Adama Małysza i Martina Schmitta.
Małyszomania ogarnęła całą Polskę, a Dyrda ochoczo przystąpił do kibicowania przed telewizorem sympatycznemu skoczkowi narciarskiemu z Wisły. Nigdy wcześniej nie śledził tej dyscypliny sportowej, ale szybko się połapał, co i jak. Zresztą trzeba przyznać, że zasady nie były zbyt skomplikowane. I bardzo dobrze, bo Borys ostatnio nie był w szczytowej formie. Czuł się ogłupiały, wybrakowany, nie potrafił zająć myśli na dłużej czymkolwiek innym niż wydarzenia sylwestrowej nocy. Każdą wolną chwilę spędzał przed telewizorem, wypalając jednego papierosa za drugim. Ostatnio przerzucił się na Sobieskie, bo wprowadzili na nie nową, niższą cenę – cztery złote i pięć groszy – a wszystko wskazywało na to, że w najbliższym czasie Dyrda będzie potrzebował pieniędzy.
Poprzedniego dnia oglądał kolejne mieszkanie na wynajem, ale znów się nie zdecydował. Sześćset pięćdziesiąt złotych miesięcznie, dwa pokoje, czterdzieści dziewięć metrów kwadratowych na Osiedlu Paderewskiego. Nawet nie chodziło o cenę, lecz o to, że jeśli wynajmie tę nieruchomość, to tym samym przypieczętuje nieodwracalność tego, co się wydarzyło. A przecież wciąż mógł wrócić, miał dokąd. Wcale nie musiał brać tego mieszkania na Paderewie ani żadnego innego. Wystarczyło zebrać swoje rzeczy z pokoju socjalnego redakcji, trochę tu posprzątać i pojechać do domu, póki nadal go miał. Naczelny nie pozwoli mu tutaj koczować w nieskończoność. Owszem, Biernacki był wyrozumiały, ale i jego cierpliwość kiedyś się wyczerpie.
Dyrda rozejrzał się po zagraconym pomieszczeniu, a w jego głowie mimowolnie pojawiło się wspomnienie z grudnia, kiedy w tym pokoju socjalnym znalazł śpiącą Agnieszkę. Od razu poczuł ucisk w klatce piersiowej. Grudzień i jego tragiczne zakończenie. Właśnie sobie uświadomił, że gdy spotkał tu koleżankę, nadal miał jeszcze czas, aby naprawić swoje błędy. Odliczanie już się rozpoczęło, czego Borys nie był świadom, ale przecież to żadne wytłumaczenie. Wciąż miał kilka dni, aby zrobić to, co do niego należało: być dla swojego syna ojcem, którego ten nigdy nie miał, a którego bardzo potrzebował. Tak bardzo, że to go zabiło.
Bo Borys Dyrda o wielu rzeczach nie miał pojęcia, ale tego jednego był pewien: gdyby był obecny w życiu syna, Marcin nie leżałby teraz w lodowatej ziemi na cmentarzu w Bogucicach, ledwie kilka metrów od Magika, co Roksana, córka partnerki Borysa, wielokrotnie podkreślała w trakcie pogrzebu i po nim. Jakby, kurwa, Dyrdzie robiło jakąś różnicę, czy jego syn został pochowany obok rapera, pianisty, czy jebanego piekarza. Właśnie te słowa wykrzyczał w gniewie, kiedy wrócili do mieszkania. Prosto z cmentarza, bo Borysowi, Krysi i Roksanie nie należało się miejsce przy stole na stypie.
Wówczas, kiedy już się uspokoił, obiecał Krysi, że nawrzeszczał na nie pierwszy i ostatni raz. Ale gniew i rozpacz nieustannie szukały dla siebie ujścia.
Dyrda wymierzył sobie policzek. Za karę, że tyle nad tym wszystkim rozmyśla, zamiast po prostu skupić się na Małyszu. Zgasił papierosa w popielnicy. Jego wzrok zatrzymał się na leżącej na podłodze paczce. Że też nie chciało mu się od razu po nią wstać! Teraz będzie jeszcze trudniej. „No dalej”, zachęcał sam siebie. „Podnieś dupę”.
Przegrał jednak ze stagnacją i zobojętnieniem. Rozpoczynał się konkurs w lotach narciarskich, choć do występu skoczka znad Wisły było jeszcze daleko – ci z czołówki skakali jako ostatni, a Małysz był liderem Pucharu Świata.
Winda wydała z siebie charakterystyczny dźwięk zatrzymywania się na piętrze, kiedy Dyrda wpatrywał się właśnie w paczkę papierosów, jak gdyby się spodziewał, że przyciągnie ją wzrokiem. Wzdrygnął się, nie spodziewał się nikogo w redakcji w sobotę o tej porze, ale uznał, że pewnie któryś z dziennikarzy czegoś zapomniał. A raczej któraś z dziennikarek, poprawił się natychmiast, gdy od ścian korytarza odbiło się echo kroków w butach na obcasie. Ciekawość Borysa na chwilę wzrosła, bo większość jego koleżanek w pracy stawiała na wygodę – często musiały przecież gdzieś podjechać, podejść, czasem pogonić za tematem, i to dosłownie. Dyrda szybko jednak stracił zainteresowanie, uznawszy, że to nie jego sprawa. Nie zamierzał wychylać nosa z socjalnego, ale po chwili się zorientował, że osoba, która właśnie przyjechała do redakcji, zmierza prosto do jego nory.
Zamarł, kiedy jego wzrok skrzyżował się z rozeźlonym spojrzeniem Agaty Romskiej. Była ostatnią osobą, którą spodziewał się zobaczyć w drzwiach prowadzących do pokoju socjalnego, skoro Romska nigdy w „Dzienniku Zachodnim” nie pracowała. Nie widział więc żadnego powodu, aby dziennikarka TVP3 Katowice i jego była kochanka w jednej osobie miała się zjawić w Domu Prasy Śląskiej.
Od razu zauważył, że po kilku latach znów powróciła do blond włosów, ze szkodą dla siebie, bo zdecydowanie lepiej prezentowała się jako szatynka. Nawet przez chwilę kusiło go, żeby jej to powiedzieć, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu.
– Cześć – przywitał się krótko, nawet niespecjalnie ciekawy dalszego rozwoju wydarzeń, bo w gruncie rzeczy niewiele spraw go obecnie interesowało.
– No, kurwa, dzień dobry. – Agata prychnęła z nieukrywaną złością i bez zaproszenia wparowała do środka.
Zatrzymała się idealnie przy paczce Sobieskich, więc Borys upatrzył w tym szansę dla siebie.
– Mogłabyś mi podać papierosy?
– Może jeszcze ci obciągnąć? – odpyskowała Romska, a Dyrda nawet się nie zdziwił, bo taka właśnie była Agata i nie zmieniała się z biegiem lat.
– Dzięki, nie skorzystam. A, i wiesz co? – Uznał, że jednak wbije jej szpilę. – Już dawno miałem ci to powiedzieć: w tym kolorze jest ci cholernie nie do twarzy.
W odpowiedzi Romska z uśmiechem na ustach nadepnęła obcasem na paczkę papierosów i ją zgniotła. Nawet to nie obeszło Dyrdy. W kieszeni kurtki miał kolejne trzy.
Wyglądało na to, że nie został nawet ślad po ich chwilowym ociepleniu stosunków, kiedy Borys pomógł Agacie przetrwać trudny okres rozwodu, a nawet przygarnął ją z dziećmi na jakiś czas do siebie i Krysi. Powróciły dawny sarkazm i dogryzanie sobie nawzajem, ale Dyrda by skłamał, gdyby powiedział, że go to nie kręci. Kiedyś to dogryzanie tylko podnosiło temperaturę ich relacji, która i tak była bardzo, bardzo wysoka. Nigdy wcześniej i nigdy później z żadną kobietą nie uprawiał seksu z taką częstotliwością jak z Romską, a przecież oboje byli wtedy przed czterdziestką. Nawet jako napalony nastolatek Dyrda nie lądował w łóżku ze swoją ówczesną dziewczyną, Elą – niedługo później żoną – tak nagminnie, jak wtedy z Agatą.
Ale no właśnie, to było kiedyś. W dawnym życiu, gdy Borys miał jeszcze chęci na cokolwiek poza bezmyślnym wpatrywaniem się w telewizor i leżeniem na kanapie.
Agata podeszła bliżej, zatrzymała się tuż przed Dyrdą i pociągnęła nosem.
– Śmierdzisz – zawyrokowała.
– Zasłaniasz mi. – Borys nie miał teraz większego wyboru i przyjrzał się dokładnie Romskiej.
Może jednak w tym blond kolorze nie wyglądała aż tak źle? Pasował do jej błękitnych oczu. Nadal była bardzo zgrabna. Jej kształty podkreślała prosta ołówkowa spódnica, wystająca spod rozpiętego beżowego płaszcza. Dyrda mógłby przysiąc, że nie przytyła nawet o pół kilograma od czasu, kiedy się spotykali. Przeniósł spojrzenie wyżej. Nieśmiertelna perłoworóżowa pomadka ustąpiła miejsca nowoczesnej czerwonej szmince. Szybko uciekł wzrokiem. Nie mógłby, po prostu nie mógłby tego zrobić. Nie zasłużył na nic dobrego, na żadną kobietę, a już zwłaszcza tak atrakcyjną. Zawalił najważniejszą sprawę w swoim życiu, powinien cierpieć do końca swoich dni. No i była jeszcze Krysia.
Krysia, która wciąż czekała na niego w domu i nadal naiwnie wierzyła, że jeszcze będzie dobrze.
– Nie zapytasz, co tutaj robię? – Romska nie ruszyła się nawet o milimetr.
Dyrda wzruszył ramionami, dając jej tym samym do zrozumienia, że niewiele go to obchodzi, ale ona wciąż tkwiła nad nim w tej samej pozycji, z rękami opartymi o biodra, więc skapitulował.
– Co tutaj robisz?
– Krysia mnie do ciebie przysłała.
– Krysia? – A jednak coś mogło go zainteresować.
Nie rozumiał, dlaczego jego partnerka miałaby na niego nasłać kobietę, w której nadal widziała – całkiem zresztą słusznie – konkurencję.
– Odchodzi od zmysłów. – Agata jednak zdecydowała się podnieść paczkę Sobieskich i oceniła, czy któryś z nich nadaje się do użytku. Wyciągnęła jednego, najmniej zgniecionego, a resztę rzuciła Borysowi.
– Przecież wie, gdzie jestem. – Dyrda z nieukrywanym zadowoleniem odpalił papierosa i podał zapalniczkę Romskiej.
Agata usiadła obok Borysa i zmusiła go wzrokiem, aby spojrzał jej w oczy.
– Ona cię kocha. Prawdopodobnie jest jedyną kobietą, która kiedykolwiek kochała cię naprawdę. Nie spierdol tego.
Może gdyby dziennikarz usłyszał te słowa z ust byłej kochanki w innych okolicznościach, to by go zabolały, ale teraz niewiele go obeszły. I nie chodziło tylko o to, że Romska mówiła prawdę.
– Przysłała cię tutaj, żebyś mi przekazała, że mnie kocha? Nie mogła sama tego zrobić?
– Tego mi akurat nie powiedziała, ale uznałam, że od tego zacznę. Znasz mnie. – Zaciągnęła się mocno papierosem. Ależ ona to zmysłowo robiła. – Lubię być w centrum uwagi, lubię mężczyzn, lubię dobrą zabawę. Kiedy wtedy… uciekłam od męża – powiedziała szybko ze spuszczoną głową – i zatrzymałam się z dziećmi u ciebie, pomyślałam sobie, że może będzie okazja, żeby się zabawić jak za starych, dobrych czasów. No wiesz, gdy Krysi i całej reszty nie będzie w domu.
– Co? – Tego Dyrda się nie spodziewał.
Ta rozmowa przybierała coraz dziwniejszy kierunek.
– Wiesz, dlaczego nie zrobiłam żadnego kroku? – ciągnęła niewzruszona. – Bo obserwowałam Krysię na co dzień i doszłam do wniosku, że nie mogłabym, kurwa, zrobić tego tej kobiecie. Przecież zdajesz sobie sprawę, że nigdy nie miałam żadnych skrupułów. Ale ona patrzyła i zwracała się do ciebie z taką miłością… Borys, ona jest najlepszym, co ci się w życiu przytrafiło, więc przestań odpierdalać i wracaj do domu!
– Kazała ci mnie namówić?
– Po prostu poprosiła mnie o wsparcie. Pomyśl, ile ten telefon musiał ją kosztować! Ale uznała, że może ja przemówię ci do rozsądku, skoro ona nie potrafi.
W tym momencie Dyrda stracił zainteresowanie. Jak bardzo one obie go nie rozumiały! Prowadziły jakieś babskie gierki, nie mając pojęcia, co naprawdę się z nim dzieje. Krysia zapewniała go, że wie, co czuje, ale niby skąd mogła wiedzieć? Roksana miała się świetnie. To jego dziecko umarło.
– Coś jeszcze? – zapytał lodowatym tonem. – Zaraz Małysz będzie skakał.
Romska się skrzywiła, zgasiła papierosa w popielnicy i wytarła spocone dłonie w materiał obcisłej spódnicy.
– Chyba już sobie pójdę, ale przemyśl to, co ci powiedziałam. – Z ociąganiem wstała z kanapy. – Obiecałam Krysi, że ci pomogę. Że wam pomogę – poprawiła się błyskawicznie.
– Jasne – mruknął Dyrda, nagle niby żywo zainteresowany tym, co widział na ekranie.
W rzeczywistości nie rozumiał, co się właściwie dzieje w Oberstdorfie i kto wchodzi na belkę startową. Nie dał po sobie poznać, jak bardzo zabolały go słowa Agaty, a raczej to, jaka konkluzja z nich płynęła.
Że jemu już nikt nie może pomóc.
2.<
Niedzielne popołudnie niewiele się różniło od poprzedniego. Znów stagnacja, kanapa, papierosy, skoki narciarskie. Później zamierzał przełączyć na TVN, gdzie miał zostać wyemitowany pierwszy odcinek programu, który jeszcze przed premierą znalazł się na ustach wszystkich: Big Brother. Podobno zgłosiło się ponad dziesięć tysięcy chętnych na dobrowolne zamknięcie na sto dni, bez możliwości kontaktu ze światem. Ostatecznie wybrano dwanaście osób.
Borys nigdy nie przypuszczał, że będzie się ekscytował tego typu rozrywką, ale lepsze to niż gapienie się w sufit i analizowanie, co jeszcze mógł zrobić, aby zapobiec tragedii, bo za każdym razem dochodził do wniosku, że gówno zrobił, przez co czuł się jeszcze gorzej, chociaż wcześniej wydawało mu się to niemożliwe.
Wieczór miał więc zaplanowany. Dawniej nie miał tego w zwyczaju, żył raczej spontanicznie i z dnia na dzień. Ale teraz wolał nie ryzykować, żeby zostawiać sobie jak najmniej czasu na samobiczowanie się, bo chociaż uważał, że na to zasługuje, to jednak miał w sobie resztki instynktu samozachowawczego.
Podczas gdy zawody zbliżały się ku końcowi, a kibice zadawali sobie już standardowe w tym sezonie pytanie: Małysz czy Schmitt, winda w Domu Prasy Śląskiej zatrzymała się na piątym piętrze, tak jak poprzedniego dnia. Dyrda zdążył pomyśleć, że to Romska znów postanowiła sprawdzić, jak się ma, ale na szczęście chwilę później do socjalnego zajrzał Rysiek, jeden z dziennikarzy z najdłuższym stażem. Dłużej w redakcji byli tylko Borys, Biernacki, czyli naczelny, i pani Kazia, archiwistka.
Rysiek miał na sobie nieśmiertelny sweter w geometryczne wzory, w którym Borys widywał go najczęściej. Kiedyś Dyrda się nawet zastanawiał, czy ma kilka takich samych, czy chodzi cały czas w jednym.
Na poczerwieniałej od nadmiaru alkoholu twarzy dziennikarza odmalowywało się zmieszanie. Od śmierci Marcina współpracownicy Borysa nie za bardzo wiedzieli, jak się z nim obchodzić: czy jak z jajkiem, czy może traktować go jak zawsze. Ten trend dotarł również do Biernackiego, który w ostatnim czasie pobłażał Dyrdzie, czego dowodem był nie tylko fakt, że pozwolił mu czasowo zamieszkać w redakcji, ale też to, że wymagał od niego zdecydowanie mniej niż wcześniej, zlecał niewiele artykułów, nie czepiał się, kiedy coś zawalił, i nawet gdy do niego mówił, przemawiał zupełnie innym, spokojniejszym niż zazwyczaj tonem.
– A ty nadal tutaj? – zapytał Rysiek zamiast zwyczajowego przywitania.
– Jak widać.
– Nie wiem, co nawywijałeś, ale kup kwiatki na dole i jedź do domu. Na moją to zawsze działa.
Dyrda nie podjął tego wątku, bo najzwyczajniej w świecie nie czuł takiej potrzeby.
– Masz dzisiaj dyżur? – zmienił temat.
– No. Muszę zdążyć przed zamknięciem jutrzejszego numeru z artykułem o napadzie na Kredyt Bank w Warszawie. Byłem właśnie w podwórzu zgrać zdjęcia. – Uniósł prawą dłoń, w której trzymał dyskietkę.
Prawdopodobnie nikt spoza redakcji by nie zrozumiał, dlaczego dziennikarze chodzą zgrać zdjęcia na podwórze, a tymczasem w tym niepozornym baraku, opanowanym przez chowające się po kątach myszy i goniące je koty, znajdował się prawdziwy skarb: komputer z jedną z najnowocześniejszych i najbardziej rozbudowanych w kraju baz elektronicznych, z której korzystali czasem zaprzyjaźnieni policjanci, wyciągając z niej materiały operacyjne. Mało tego, nawet siły specjalne miały wykupiony abonament do tej bazy. Dziennik sprzedawał przez nią zdjęcia, a zdarzało się, że walutą były informacje i inne fotografie. Pewnie tak było też tym razem.
Dyrda oczywiście słyszał o napadzie na stołeczny bank, w końcu ostatnio spędzał dużo czasu przed telewizorem, ale nie podjął tego wątku. Wiadomo, tragedia dla rodzin zamordowanych, on przeżywał teraz jednak własną i nie miał już siły na znoszenie cierpienia innych.
– Agnieszka urodziła – poinformował go Rysiek, zanim poszedł do siebie.
Ta wiadomość zainteresowała Borysa nieco bardziej, bo szczerze polubił tę młodą dziennikarkę i z całego serca jej kibicował w samotnym macierzyństwie. Pomyślał nawet, żeby do niej zadzwonić z gratulacjami, ale zdobył się tylko na zdawkowego esemesa. Obawiał się, że kiedy usłyszy w głosie świeżo upieczonej mamy radość, kompletnie się rozklei. Jak to jest: jedni witają na tym świecie swoje dzieci, inni chowają je do ziemi.
Przegapił skok Małysza w drugiej serii. Kiedy spojrzał z powrotem na ekran, Martin Schmitt właśnie się cieszył z kolejnego w tym sezonie zwycięstwa, Polak był drugi. Może to i lepiej, że Dyrda tego nie widział.
Już miał odłożyć Nokię na stolik i sięgnąć po kolejnego papierosa, kiedy komórka zabrzęczała w jego dłoni. Jedno zerknięcie na ekran wystarczyło, by poczuć uderzenie gorąca. Krysia. Nie kontaktowała się z nim, odkąd zabrał swoje rzeczy i wyszedł z mieszkania. „Otrząśnij się i wróć” – w głowie Dyrdy zadźwięczały ostatnie wypowiedziane tamtego dnia przez partnerkę słowa.
Poczuł ogromną ochotę, by schować głowę w piasek i odrzucić to połączenie, ale przecież był dorosłym facetem, kilka tygodni temu skończył czterdzieści trzy lata – swoje urodziny oczywiście zignorował i o to samo poprosił Krysię, chociaż ona go nie posłuchała, co stanowiło przyczynę kolejnego nieporozumienia.
Nie mógł się ukrywać w nieskończoność.
Nacisnął środkowy niebieski przycisk i przystawił telefon do ucha.
– Cześć. – Krysia brzmiała dziwnie obco, jakby mówiła do niego nie z tego świata.
– No cześć – odpowiedział.
Swojego głosu również nie poznawał. Nagle uświadomił sobie, że to nie świat jest inny, tylko oni.
– Dzwonię do ciebie na prośbę Roksany.
Wszystkiego się spodziewał, tylko nie tego. Uważał swoje relacje z córką partnerki za poprawne, ale nie spodziewał się, by nastolatka za nim tęskniła. Ba, podejrzewał, że zajęta swoimi sprawami nawet się nie zorientowała, że nagle zniknął.
– No, słucham cię.
– Kojarzysz jej koleżankę Martynę? Przychodziła do niej czasami.
Oczywiście Borys nie miał pojęcia, o kim mowa, ale uznał, że nie może się do tego przyznać. Inaczej wyjdzie to tak, jakby się nie interesował sprawami Krysi i Roksany, a to przecież nieprawda.
– Jasne, sympatyczna dziewczyna. – Dyrda uznał, że jeszcze jedno kłamstwo nie zaszkodzi. – Co z nią?
– Policja podejrzewa ją o zabójstwo jej nauczycielki – oznajmiła Krysia znów tym bezbarwnym, tak do niej niepasującym tonem.
Była jedną z najbardziej emocjonalnych osób, jakie Borys znał. Musiała sobie wcześniej przećwiczyć tę rozmowę.
– Przykro mi – mruknął Borys, bo jego otumanienie uniemożliwiło mu wyciągnięcie właściwych wniosków.
– Ona na pewno tego nie zrobiła! To dobra dziewczyna, znam ją od dziecka. Rozmawiałam z jej matką, oni też nie wierzą w winę córki.
– Słuchaj, rodzice zazwyczaj… – zaczął Dyrda, ale Krysia nie pozwoliła mu dokończyć.
– Borys, wiem, co mówię. Pamiętasz tę sprawę z Szopienic albo zabójstwo tej aktorki z Teatru Śląskiego? Policja miała swoich podejrzanych, a ty wykazałeś, że się mylili.
Zamarł, bo dopiero teraz do niego dotarło, do czego dąży Krysia.
– Halo, jesteś tam? – ponagliła.
– Jestem, tylko… – Próbował zebrać myśli.
Czuł się teraz za słaby, aby się bawić w detektywa. Nie miał sił nawet na to, by wstać z kanapy i podnieść z podłogi papierosy, a co dopiero mówić o bieganiu po mieście i tropieniu zabójcy!
– Proszę cię. – Głos Krysi zadrżał i właśnie to rozbroiło Borysa.
– Nie wiem, zastanowię się. Zobaczę, czy w ogóle coś da się z tym zrobić.
– Zadzwonisz do tego znajomego policjanta?
– Mhm. Powiedz mi tylko, ta dziewczyna… Martyna, tak? Ona chodzi z Roksaną do klasy?
Krysia westchnęła, a w tym jednym krótkim dźwięku wybrzmiało całe jej rozczarowanie. Coś w stylu: no tak, mogłam się spodziewać, że nawet nie wiesz, o kim mowa.
– Nie, już nie. Znają się od podstawówki, siedziały razem w ławce, ale do szkoły średniej poszły osobno. Siłą rzeczy kontakt się nieco rozluźnił, ale nadal często się spotykały i do siebie dzwoniły. Taka blada, wysoka brunetka, na pewno kojarzysz. Jak tu przychodziła, zawsze miała oczy obrysowane czarną kredką. Bardzo zdolna, zaczęła szkołę jako sześciolatka – wyliczała Krysia, choć te wskazówki niewiele mu pomogły.
Kojarzył jakąś dziewczynę, która malowała mocno oczy, ale nie poznałby jej, gdyby ją spotkał na ulicy.
– I policja twierdzi, że zabiła swoją nauczycielkę? Ze szkoły średniej? – upewnił się Borys.
– Tak, z Kochana. Chodzi do Dwunastego Liceum Ogólnokształcącego imienia Jana Kochanowskiego1. Mogę ci wysłać numer do jej mamy, ona wszystko ci opowie.
– Dobra, to wyślij.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Rozmowa niechybnie zmierzała ku końcowi, a żadne z nich nie wiedziało, co jeszcze mogłoby dodać. Pierwsza pękła Krysia:
– Jak sobie radzisz?
– Dobrze – skłamał. – Całkiem dobrze.
– Uważaj na siebie.
– Uważam.
– Dziękuję, Borys. W imieniu swoim i Roksany – dodała oficjalnie.
– Jeszcze nic nie zrobiłem.
Ta rozmowa niebezpiecznie się przedłużała, a prowadziła donikąd – oboje musieli o tym wiedzieć. Dyrda postanowił być tym, który ją zakończy, zanim znów rozlegnie się krępująca cisza:
– Dam znać, jeśli się czegoś dowiem. Miłego wieczoru. – Rozłączył się, zanim kobieta zdążyła zareagować.
Kiedy tylko to zrobił, od razu poczuł ochotę, by dać sobie w mordę.
„Miłego wieczoru”? Co to właściwie miało być?
3.
Jeszcze przez kilka minut po zakończeniu połączenia wpatrywał się bezmyślnie w ekran, który już dawno zdążył zgasnąć. W co on się wpakował? Perspektywa oglądania Big Brothera wydawała się o wiele bardziej kusząca niż rozwiązywanie problemów obcych ludzi. Myślał o tym Borysie, którym był jeszcze tak niedawno, trochę ponad dwa miesiące temu. Borysie goniącym za tematem, zaangażowanym, dociekliwym, upartym. Najchętniej oddzwoniłyby do Krysi, przeprosił i wycofał się z zadania, które mu powierzyła. Zrozumiałaby, na pewno by zrozumiała. Widziała przecież, co się z nim dzieje, jak przeżył odejście Marcina i jak bardzo się obwiniał o jego śmierć.
Mimo to z jakiegoś powodu wiedział, że tego nie zrobi. Kochał Krysię, kochał ją swoją chorą, niepełną i przepełnioną wątpliwościami miłością. Bo tylko taką znał, tylko takie relacje potrafił nawiązywać. A jeśli się kogoś kocha, to od czasu do czasu można coś dla niego zrobić, prawda?
Odstawił zapełnioną niedopałkami popielnicę na stolik i zmusił się, by wstać z kanapy. Powłócząc nogami, podszedł do małego owalnego lusterka zawieszonego na ścianie za drzwiami i posłał gościowi po drugiej stronie pełne krytycyzmu spojrzenie. Przydałoby się ogolić, o fryzjerze nawet nie wspominając. Kosmyki posiwiałych włosów żyły każdy swoim życiem, a grzywka przyklapła na czole między dwoma okazałymi zakolami. Trudno, nie wybiera się na konkurs piękności. Podniósł rękę, aby rozstrzygnąć, czy potrzebny mu prysznic. Doszedł do wniosku, że tak, ale szybko przekonał sam siebie, że zmiana koszulki powinna wystarczyć. Odszukał na dnie torby wygnieciony szary T-shirt, przebrał się, przygładził włosy na czubku czoła i wyszedł z socjalnego.
Ryśka znalazł tam, gdzie się spodziewał: w jego pokoju. W pomieszczeniu panował półmrok, a twarz dziennikarza oświetlał tylko monitor. Kiedy Borys wszedł do środka, Rysiek nie zaszczycił go nawet spojrzeniem.
– Mam do ciebie sprawę. – Dyrda przysunął sobie fotel z pustego biurka i usiadł na nim.
– Poczekaj, już kończę – mruknął Rysiek, nie odrywając wzroku od ekranu.
Borys przez chwilę przypatrywał się koledze w milczeniu. Upływ czasu odcisnął spore piętno na jego twarzy. Kiedy się poznali, mieli po dwadzieścia kilka lat i głowy pełne ideałów. Nigdy nie łączyła ich wielka przyjaźń, a raczej bliska znajomość poparta latami wspólnych doświadczeń, głównie zawodowych. Rysiek, podobnie jak Borys, był w redakcji właściwie od zawsze.
Jak na zawołanie z lecącego w tle radia poleciały pierwsze takty Autobiografii Perfectu. Żadna inna piosenka nie kojarzyła się Dyrdzie z młodością tak jak ta. Z młodością i przemijaniem.
– Czy ty jesteś szczęśliwy? – wypalił znienacka do kolegi.
Rysiek zamarł. Jego palec wskazujący zawisł nad literą „A” na klawiaturze, a wzrok zatrzymał się na monitorze na wysokości zdania „ochroniarz został zabity prawdopodobnie jeszcze przed kobietami”.
– O, chłopie. Chyba nie mam głowy do tej rozmowy.
– Dlaczego? W gruncie rzeczy zadałem ci proste pytanie.
– A ty jesteś szczęśliwy? – Rysiek odbił piłeczkę, ale zobaczywszy minę Borysa, błyskawicznie tego pożałował. – Przepraszam, nie powinienem.
– Całe to życie… – Dyrda spróbował uchwycić ulotność myśli. – Z nami miało być inaczej, pamiętasz?
Rysiek dokończył zdanie w artykule, żeby nie stracić wątku, po czym zapisał i zamknął plik. Nie czuł się kompetentny do przeprowadzania z Borysem tego rodzaju rozmowy, bo nie miał pojęcia, co właściwie mówi się pogrążonemu w żałobie ojcu, ale skoro już Dyrda do niego przyszedł, nie mógł odesłać go z kwitkiem.
– Borys, naprawdę bardzo mi przykro z powodu śmierci twojego syna – odezwał się oficjalnym tonem. – Gdybym mógł ci jakoś pomóc…
– To nie o to chodzi.
– Nie?
– Nie tylko. Ja już wcześniej… – Dyrda zawiesił głos. – To jak, jesteś szczęśliwy?
– Wiesz, jak jest – odpowiedział wymijająco Rysiek.
– Nie, nie wiem.
– No co mam ci powiedzieć? Żona mnie wkurwia, jest wiecznie niezadowolona, ciągle na coś narzeka. Czasem myślę o swoim życiu i zastanawiam się, czy to już naprawdę wszystko, co zaplanował dla mnie los. Wiecznie brakuje nam kasy, córka wyjechała na drugi koniec kraju, a syn… No ale są. Dobrze, że ich mam.
– Nawet wiecznie niezadowoloną żonę?
– Borys, o co ci właściwie chodzi? – zdenerwował się Rysiek. – Przychodzisz tu i ni stąd, ni zowąd wypytujesz mnie, czy jestem szczęśliwy. Przeprowadzasz jakąś sondę uliczną czy piszesz książkę?
Dyrda bez słowa wstał z fotela i podszedł do radia, aby je pogłośnić.
Stu różnych ról,
Czym ugasić mój ból?
Nauczyło mnie życie jak nikt2.
Rozległo się głośne chrząknięcie Ryśka.
– Eee, Borys, wszystko w porządku? – zapytał, wpatrując się w nieruchome plecy Dyrdy.
– W jak najlepszym – wymamrotał. – Ja też kiedyś miałem żal do losu, że przewidział dla mnie tak niewiele, ale dziś tak sobie myślę, że przecież miałem wszystko, co powinno mi wystarczyć do szczęścia, a mimo to nigdy, nawet przez chwilę, nie poczułem się w stu procentach spełniony.
Pewnego dnia
Zrozumiałem, że ja
Nie umiem nic3.
Nagle Borys wyłączył radio, obrócił się na pięcie i spojrzał na Ryśka, który zdawał się coraz bardziej zakłopotany tą dziwaczną sytuacją.
– Właściwie to mam do ciebie sprawę. Zadzwoniła do mnie… – zawahał się – znajoma i poprosiła o pomoc. Ostatnio byłem trochę nie w formie i nie za bardzo interesowało mnie, co się wokół dzieje. Kojarzysz jakieś zabójstwo, którego ofiarą była nauczycielka?
– Hmm, no coś było, ale wiesz, że ja nie siedzę w sprawach kryminalnych.
W odpowiedzi Borys wymownie zerknął na wciąż jeszcze włączony ekran komputera.
– A, to. Wiesz, to raczej krótka relacja. No i Biernacki nie miał komu tego przydzielić, Agnieszka urodziła, ty… No, a ja akurat miałem dyżur – dokończył wyraźnie zakłopotany Rysiek.
– Czyli Agnieszka u nas o tym pisała? – domyślił się Dyrda.
Dziennikarka pracowała niemal do samego końca ciąży, zapewniając, że czuje się świetnie, chociaż w ostatnich tygodniach już ledwie chodziła.
– Chyba tak, musielibyśmy zejść do baraku i sprawdzić w bazie, ewentualnie w archiwum, ale to nam zajmie trochę więcej czasu.
Borys skinął głową na znak, że się zgadza. Uważał się za tradycjonalistę, wciąż uparcie wierzył w to, że Internet nigdy nie wyprze papierowych gazet, ale nawet on musiał uznać wyższość nowoczesnych technologii. Jedyną osobą niezadowoloną z szybkiego rozwoju elektronicznej bazy była pani Kazia.
– Kiedy doszło do tego zabójstwa?
– Bo ja wiem, z miesiąc temu? Nie pamiętam dokładnie.
Dyrdzie nie spodobała się ta odpowiedź. Im więcej czasu mija, tym bardziej zawodna okazuje się ludzka pamięć, a to przecież głównie na niej opierają się dziennikarskie śledztwa. Człowiek jest najlepszym źródłem informacji.
Skoro upłynął miesiąc, dlaczego Krysia zadzwoniła do niego dopiero teraz? Wątpił, żeby tak długo zwlekała z telefonem. Odpowiedź nasuwała się więc sama: dopiero teraz policja dotarła do nastolatki.
– Mam zejść z tobą do baraku? – zagadnął go Rysiek, bo cisza między nimi się przedłużała.
– Nie, dzięki, poradzę sobie – odburknął Borys, zastanawiając się, jak bardzo nie na miejscu będzie teraz telefon do Agnieszki.
Ostatecznie uznał, że bardzo i nie ma co zawracać głowy młodej dziennikarce, skoro wszystkie odpowiedzi może znaleźć na dole. Pożegnał się z Ryśkiem i ruszył do windy.
Nawet nie pomyślał o zabraniu ze sobą kurtki czy chociaż jakiegoś swetra. W ciągu dnia było pogodnie, a przez malutkie okno pokoju socjalnego do pomieszczenia wdzierały się promienie słońca, i to go zgubiło. Tymczasem kiedy wyszedł na zewnątrz, poczuł na skórze lodowaty podmuch wiatru, a sekundę później uderzyła w niego ściana deszczu.
Szybko obszedł budynek i wszedł w podwórze od strony ulicy 3 Maja. Przegonił kota, który rozłożył się na fotelu przed biurkiem, i zalogował się do bazy. Istniało jedno zbiorcze hasło dla wszystkich dziennikarzy. Borys uważał, że to wygodne, bo jeśli ktoś chciał – jak on teraz – załatwić jakąś prywatną sprawę, nie pozostawał żaden ślad po tym, kto się logował. Zresztą to nie było zabronione – Biernacki czy ktokolwiek inny nigdy nie określił, na jakich zasadach mogą korzystać z tych danych. Dostęp był niczym nieograniczony.
Chwilę później Dyrda już miał to, czego szukał, a nawet więcej – chociaż w artykule Agnieszka nie podała nazwiska zmarłej, w bazie można było znaleźć taką informację. Rozejrzał się w poszukiwaniu czystej kartki i długopisu. Papier wyciągnął z drukarki, a coś do pisania znalazł w szufladzie. Zaczął wynotowywać:
Marianna Szczerba, lat 46, zamieszkała w Katowicach przy ulicy Słonecznej, została znaleziona martwa w piwnicy przez swoją sąsiadkę, która zeszła w sobotę rano po sanki dla dzieci. Data ujawnienia zwłok: 3 lutego, zginęła w piątek 2 lutego. Została zaatakowana tępym narzędziem, najpewniej młotkiem. Przyczyna zgonu: rozległe obrażenia mózgo- i twarzoczaszki. Policja poszukuje świadków, którzy piątkowego wieczoru przebywali w rejonie ulicy Słonecznej i mogliby wnieść coś do sprawy.
Borys kilkukrotnie podkreślił słowo „rozległe”, zastanawiając się, co Agnieszka miała na myśli.
Nie znalazł w bazie żadnej informacji o zatrzymaniu podejrzanej, co tłumaczył nieobecnością młodej dziennikarki. Zresztą Agnieszka napisała na ten temat jeden jedyny artykuł, a raczej – krótką relację. Nie mógł jej mieć tego za złe, sam tak często robił, jeśli uznawał, że temat nie jest rozwojowy, a sprawa – niezbyt ciekawa dla czytelników „Dziennika”.
Dopiero na samym końcu znalazł informację o tym, że ofiara była nauczycielką.
Społeczność cenionego w mieście i regionie „Kochana” pogrążona jest w smutku i żałobie. Dyrekcja podkreśla, że zmarła była cenioną i lubianą nauczycielką.
Ciekawe, czy uczniowie mieli na ten temat takie samo zdanie.
Dyrda wylogował się z bazy, pozamykał barak na cztery spusty i znów zmierzył się z przeszywającym chłodem. Krótką drogę do głównego wejścia do budynku pokonał biegiem, aby jak najszybciej zejść z tego zimna. To, co przeczytał, w żaden sposób nie obudziło jego zawodowej ciekawości, o ile potrafił jeszcze taką z siebie wykrzesać, ale przecież obiecał Krysi, że się pokręci przy tym temacie.
Zadzwoni do matki tej nastolatki. Tyle może zrobić.
Przypisy:
1 W rzeczywistości taka szkoła w Katowicach nie istnieje. Jest to jedyne fikcyjne miejsce, które pojawia się na kartach powieści z serii Kryminalny Śląsk. Zdecydowałam się na taki zabieg ze względu na rozwój fabuły i poważne oskarżenia, które pojawiają się w książce wobec nauczycieli i dyrekcji szkoły (wszystkie przypisy pochodzą od autorki).
2 Fragment piosenki Autobiografia zespołu Perfect. Słowa: Bogdan Olewicz, muzyka: Zbigniew Hołdys.
3 Tamże.







