„Paryż–Hollywood” to komedia romantyczna – odpowiednio francuska, wystarczająco amerykańska, zarazem filmowa i pełna humoru godnego klasyków gatunku.
Marianne Corvo, dziennikarka filmowa pracująca w tygodniku kulturalnym, przygotowuje się do ważnego kroku w swojej karierze: wywiadu z Benem Whyte’em, wielką gwiazdą kina. Bożyszczem tłumów. Panem i władcą box-office’u. Symbolem seksu, który pożera dziennikarzy na śniadanie (ale tylko czasami).
Znalazłszy się twarzą w twarz z aktorem (wszech)światowej sławy, zwykle opanowana i profesjonalna Marianne nagle traci rezon, strzela gafę za gafą, a słynący z iście piekielnego temperamentu Whyte… zostaje oczarowany jej nieporadnością.
Tak zaczyna się historia niezwykłej miłości, pełnej zwrotów akcji i przeszkód, które staną na drodze gdzieś między Paryżem a Hollywood.
Cécile Mury
Paryż – Hollywood
Przekład: Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 11 lutego 2026
Paryż – Hollywood
Przekład: Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 11 lutego 2026
ROZDZIAŁ 1
ZAWRÓT GŁOWY
Nawet wykładzina dywanowa wiedziała, że nic tu po mnie.
Dała temu wyraz, pogardliwie skrzypiąc pod podeszwami moich adidasów. Pięciogwiazdkowy Hotel Meurice, trzecie piętro. Zerkałam na pozłacane sztukaterie zdobiące długi, uderzająco cichy korytarz i obawiałam się, że utonę w pastelowym luksusie tego miejsca.
Przytłoczona zatęskniłam za panującym na zewnątrz zamieszaniem. Ulica była zamknięta dla samochodów od Rivoli do Placu Concorde. Ludzie się przekrzykiwali, samochody trąbiły. Połowa paryskich policjantów – jeśli przesadzam, to tylko lekko – z trudem powstrzymywała napierające tłumy. Fani, dźwięk telefonów komórkowych, plakaty wyrażające uwielbienie, bukiety kwiatów w folii. Paparazzi z teleobiektywami wielkimi jak bazuki. Gapie przystający na ulicy i gromadzący się pod hotelem:
– Co tam się dzieje?… Ależ to Ben Whyte. Podobno tam jest…
No jasne. Ten kretyn tam był. To przez niego musiałam grać w Igrzyska śmierci, przeciskając się przez oblegający budynek tłum konkurentów. O mało nie wgnietli mnie w metalową barierkę, kiedy czekałam, aż jeden z ochroniarzy ze słuchawką w uchu raczy spojrzeć na zdjęcie na mojej legitymacji prasowej i upewni się, że nie należę do hordy hardcorowych wielbicieli gotowych na wszystko, byle tylko zbliżyć się do sławnego obiektu ich miłości.
I wszystkich moich snów, już jako nastolatki.
Do Bena Whyte’a.
Aktora, z którym miałam dziś przeprowadzić wywiad.
Idola mojego pokolenia.
Ben Whyte i jego zielone oczy. I ten dołeczek, który pojawiał się na jego policzku – tylko jednym, lewym – kiedy się uśmiechał. Och, ten boski dołeczek.
I ta cholerna trema!
Mam nauczkę, odechce mi się błaznować. Ben Whyte to, Ben Whyte tamto. Ben Whyte w wygaszaczu komputera służbowego (w zbroi, na koniu). Plotłam o nim z wypiekami na twarzy, jak głupia gęś. Rzucałam się na wszystkie jego filmy. Były jak przerwa w szkole, chwila odmóżdżenia między niemiecko-serbskim dramatem a filmem dokumentalnym o ginących gatunkach. Stopniowo, zupełnie niechcący, zatknęłam swój sztandar i zagarnęłam dla siebie tego celebrytę.
Każdy ma jakąś niewinną obsesję. Każdemu zdarza się bujać w obłokach. Ale ja jestem dziennikarką w dziale filmowym „L’Oeil Hebdo”, najważniejszym francuskim czasopiśmie poświęconym kulturze. Powinnam zauważyć czyhające na mnie niebezpieczeństwo.
A praca w „Oku” wiąże się nie tylko z wysłuchiwaniem wciąż tych samych żarcików (w rodzaju: „Bawisz się w wolontariat?”). To także możliwość obcowania z gwiazdami. Przez chwilę. Czasami. Na przykład podczas akcji promocyjnych, jeśli Paryż znajdzie się na trasie. Miewamy „doskonałe okazje”, jak mawiają korespondenci prasowi.
W ten sposób człowiek ląduje pewnego chłodnego marcowego dnia w końcu korytarza luksusowego hotelu.
Wsadź sobie takie „doskonałe okazje”!
Apartamenty trzysta dwanaście i trzysta czternaście. Trudno przeoczyć afisz formatu XXL, stosowanego dziś, żeby ściągać widzów na blockbustery: ruiny wieżowców, plątanina pogiętego żelastwa, które zdaje się błagać niebiosa o litość. Tytuł brzmiał Z-End. Z jak zombi, więc nie ma się z czego śmiać: ani śladu dołeczka – na pierwszym planie usmolony, ze wzburzonym włosem, ostatni ocalony przedstawiciel ludzkości ma smutną twarz. Bo koniec świata jest smutny. A żywe trupy są zupełnie do dupy.
Wczoraj rano na próżno usiłowałam przekonać o tym naczelnego. Vincent Teyssier-Turpin, przez wszystkich, łącznie z żoną i dentystą, zwany VTT, wezwał mnie do siebie. Radośnie unosząc brwi, krzaczaste i siwiejące, rzucił, przekonany, że daje mi najwspanialszy prezent:
– Zgadnij, z kim się jutro spotkasz.
Serdecznie dziękuję. Niektórzy lubią oglądać zdjęcia z Himalajów, ale to wcale nie znaczy, że mają ochotę zabić się, wchodząc na szczyt jakiejś góry.
Próbowałam się z tego wymigać, tłumaczyłam, że Z-End to tylko wielki wirtualny park rozrywki dla bandy maniaków i nekrofili. Dlaczego mielibyśmy robić reklamę takiemu filmowi, publikując wywiad?… I czy te walce drogowe globalnej kultury jednorazowego użytku naprawdę potrzebują naszej pomocy?… Co ty na to, VTT? Tyle że w rzeczywistości, zdumiona, zdołałam tylko wydukać:
– Vincent, przecież ten film jest beznadziejny.
Zaciągnął się elektronicznym papierosem, który gulgotał jak słomka na dnie szklanki, i powiedział:
– Co z tego, chodzi o Bena Whyte’a. Dwie strony. Na poniedziałek.
Czy to się podoba mojemu szefowi i lwiej części światowej publiczności, czy nie, facet nie należy do najmilszych. Jak to się mówi w naszym fachu, to trudny klient. Innymi słowy, pożera dziennikarzy na deserek.
W roku dwa tysiące szesnastym wyszedł ze studia amerykańskiej stacji NBC w trakcie programu na żywo. Prowadzący uparł się, żeby zmusić go do czytania małych liter z tablicy okulistycznej. Powszechnie wiadomo, że Ben Whyte jest ślepy jak kura. Ten gag go zirytował. Odmówił. Prowadzący nalegał… I został w studio sam. Trzaśnięcie drzwi, przerwa reklamowa, skandal.
Ale ja przecież nie zamierzałam sprzedać mu okularów.
W roku dwa tysiące dwudziestym pierwszym, podczas imprezy na jachcie u wybrzeży Saint-Barth, cisnął do morza telefon gościa, który ukradkiem próbował go sfotografować. I nie poprzestałby na telefonie, gdyby inni goście nie powstrzymali go w porę od wyrzucenia za burtę właściciela komórki.
No i jeszcze ta sprawa w Seulu w zeszłym roku. Podczas tournée reklamowego, takiego jak to, w hotelu takim jak ten, siłą – chwytając za kołnierz koszuli – wyrzucił prowadzącego z nim wywiad koreańskiego dziennikarza. Podobno chodziło o pomyłkę w tłumaczeniu.
Trzy wybuchy, a było ich więcej. „Mój gwiazdor” to tykająca bomba. Mam z nim spotkanie za dziesięć minut, już niemal słyszę to groźne tik-tak zegara.
Drzwi apartamentu trzysta dwanaście, służącego za poczekalnię grupie wybranych, były szeroko otwarte. Ludzie wchodzili i wychodzili, tłoczyli się nawet w korytarzu, podpierali ściany. Niektórzy po prostu siedzieli na podłodze.
Lekki zgiełk. Tłumione podniecenie.
Tuż obok dwóch niewzruszonych olbrzymów strzegło wejścia do trzysta czternaście. Wyglądali jak kariatydy nafaszerowane anabolikami. Czarne garnitury, ogolone głowy. Jeżeli ci dwaj są z prasy, to ja jestem SpongeBob.
Drzwi były niedomknięte. Ze środka dobiegały odgłosy trwającego wywiadu. I nagle Jego Głos. Nie dałoby się pomylić go z żadnym innym. Głęboki, donośny, wibrujący niczym uwertura wagnerowskiej opery.
Zaraz dostanę zawału. Podniośle, po wagnerowsku.
Nadal tkwiłam w korytarzu, wyobrażając sobie swoje nowiutkie bajpasy, kiedy stanęła przede mną Françoise Saunier, rzeczniczka prasowa organizująca spotkania. „Halo, halo, Marianne!” Jakie znowu halo? Ledwie się znałyśmy. Mimo to powitała mnie, jakbyśmy niejeden wolny wieczór spędziły na wzajemnym malowaniu sobie paznokci (i to u nóg!). Uznałam, że Françoise stara się nieco to wszystko uczłowieczyć. Buzi, buzi. Uderzyła mnie woń perfum: przywiędłe kwiaty z dziwną, przyprawiającą o ból głowy nutą. Patrzyłam na jej krótko obcięte włosy, obserwowałam żywą gestykulację i makijaż, który ukrywał zmęczenie i zmarszczki. Szacowałam, że zaczynała, kiedy ja chodziłam do maluchów… Prawdopodobnie niewiele się od tego czasu zmieniłyśmy. Tym lepiej dla niej, tym gorzej dla mnie.
– …dwadzieścia minut!
Słucham?
– Powiedziałam, że wszyscy zzielenieją z zazdrości! Udało się załatwić ci dwadzieścia minut z Benem.
Dwadzieścia minut… Nic z tego nie rozumiałam. Przecież to „press junket”, jak mówią w naszym świecie. Taśmowa reklama. Rzeźnia. Hollywoodzka wersja szerokiej dystrybucji. Każdy dostawał swój wywiad w pigułce, w plastrach po cztery do najwyżej pięciu minut. I następny proszę. Zazwyczaj tak było.
Cholera, dwadzieścia minut. Nie byłam przygotowana. To mnie przerastało. Nie miałam wystarczająco dużo pytań. Nie miałam dość HP, punktów życia, jak to się określa w grach komputerowych.
Najchętniej wróciłabym do domu. Natychmiast.
Moja rozmówczyni nie miała daru telepatii, więc nie słyszała moich jęków. Sądziła, że ma do czynienia z prawdziwą profesjonalistką, a nie z drugoroczną uczennicą, której przypadkiem przydzielono pracę dla dorosłych. Lada chwila miałam zostać zdemaskowana:
– A co ty tu robisz, zgubiłaś się mamie?
A jednak nie. Wręcz przeciwnie. Rozpromieniona Françoise Saunier czekała, aż i moją twarz rozświetli uśmiech.
– Sama zobaczysz, Ben jest niezwykły. Taki sympatyczny, bardzo bezpośredni. Powiedziałabym nawet, że jest autentyczny…
Ależ oczywiście.
Tylko co to znaczy „autentyczny”? Tutaj nic nie było autentyczne, może z wyjątkiem luksusowych mebli apartamentu trzysta dwanaście, do którego w końcu weszłam.
Wewnątrz panował ścisk. Omijałam trójnogi kamer, szukając wolnego krzesła. Nie znalazłam; przecisnęłam się pod ścianę, gdzie czekał bufet z przekąskami, różnymi napojami, słodkimi bułeczkami i kolorową piramidą makaroników Ladurée. Schrupałam truskawkowy. Był jasnoczerwony, trochę klejący, więc pożałowałam tego wyboru. Brakowało tylko, żebym wyszczerzyła zęby w uśmiechu wampira!
Zanim Françoise Saunier odfrunęła w stronę kolejnej osoby, rzuciła, dobijając mnie:
– Marianne, pamiętaj tylko: żadnych pytań osobistych. On tego nienawidzi.
Zupełnie jakbym zamierzała pytać go o kolor slipów albo ulubioną pozycję tantryczną. No dobrze, a gdyby coś takiego mi się wymsknęło? Gdybym niechcący przekroczyła granice? Czy na przykład wolno mi zapytać go o pochodzenie bez ryzyka, że skoczy mi wtedy do gardła? Ben Whyte nie był Amerykaninem. Dopiero jako dziewiętnastolatek wyruszył do Hollywood, a urodził się w Auckland w Nowej Zelandii jako zwykły śmiertelnik. Dalsze jego życie to pasmo sukcesów: trzy Złote Globy, nagroda dla najlepszego aktora w Cannes. Wciąż nie zdobył jednak Oscara.
Notatka na później: absolutnie nie wspominać o Oscarach.
Skubnęłam jeszcze jeden makaronik. Tym razem waniliowy, żeby pasował do koloru zębów. Oblizałam cukier z palców. Próbowałam się trochę uspokoić. Z góry poczuć jak po wszystkim. Cóż to jest dwadzieścia minut wobec całego życia? Prawie nic. Przejazd metrem. Albo spokojny prysznic.
Żadnych pytań osobistych, a będzie dobrze.
ROZDZIAŁ 2
CZAS APOKALIPSY
Zapadał zmierzch. Nie chciało mi się włączyć lampy na nocnym stoliku. Nie chciało mi się nawet przebrać. Siedziałam na podłodze przy łóżku, powoli wysychając. Jakby nie dość, że zmokłam, to jeszcze się poplamiłam: kawa, którą zalałam dżinsy, ciągle nie wyschła. Nadal przyprawiała mnie o przejmujący dreszcz zawstydzenia.
Tam, przed chwilą, właśnie na to popatrzył Ben Whyte. Na moje udo. Prawe, zaplamione od biodra po kolano.
– Weź sobie coś do picia – poradziła mi Françoise.
Już od dwóch godzin przewijam w pamięci wciąż ten sam film. Niekończące się oczekiwanie, utkane z niecierpliwości i strachu, jakbym robiła na drutach: oczko prawe – wszystko będzie dobrze; oczko lewe: zaraz umrę. Duży, dymiący dzbanek, który właśnie podniosłam, gdy znów stanęła za mną Troskliwa Organizatorka:
– Chodź. Twoja kolej.
Aż podskoczyłam.
Nie wolno kazać gwiazdorowi czekać, musiałam natychmiast iść do apartamentu trzysta czternaście, choćby z udem poparzonym arabiką. Cały dzbanek kawy, sądząc po mojej nodze. Sterta serwetek, które podawali mi świadkowie wypadku, żebym mogła ograniczyć skutki katastrofy, niewiele pomogła.
– This is Marianne Corvo, from the French magazine „L’Oeil Hebdo”. Przydarzyła jej się niemiła przygoda…
– And this is Ben Whyte.
Parzy!
Znalazłam się w dokładnej replice salonu, z którego wyszłam, w kolejnej przechowalni mebli w stylu Ludwika XV albo może XVI, nie mam zielonego pojęcia, który z Burbonów w takich gustował. Jedynym królem był zasiadający tu mężczyzna. Groźny, nieruchomy i rozleniwiony, tkwił w subtelnie złoconym fotelu, jakby szykował się do wymierzenia sprawiedliwości, w zadumie podpierając brodę ręką.
Można było pomyśleć, że pozuje do zdjęcia na afisz nieznanego szekspirowskiego dramatu. Poza tym z tą krótką, szczeciniastą bródką szatyna wyglądał jak potomek Ryszarda III: Ben Pierwszy zwany Posępnym, równie otwarty jak zwodzony most w czasie oblężenia.
Jak można być tak masywnym, a zarazem zgrabnym? A w tym przypadku: tak niegrzecznym? Nie wstał, nie wysilił się na żaden gest ani słowo, nie raczył nawet rzucić: „Podejdź bliżej, flądro!” (albo, w wersji oryginalnej nadętego snoba: Come forth, thou filthy slot!). A on tylko gapił się na moje parujące udo.
Mężczyzna i kobieta siedzący po jego bokach również patrzyli, jak pospiesznie podchodzę – klip-klap, stuk-puk. Patrzyli z pogardliwym niesmakiem, z jakim obserwuje się w letni wieczór owady pędzące na oślep ku światłu latarni.
Ona była brunetką, on był chudy. Oboje mało wyraziści.
Françoise Saunier zza moich pleców próbowała mi ich przedstawić. Ludzie z Golden Lion, wielkiego studia, w którym powstał film. Normalna sprawa. Spotkania z tak sławnymi gwiazdami nigdy nie odbywają się bez obecności kogoś, kto pełni funkcję bariery ochronnej. Ale umknęło mi, kim dokładnie byli, ba, nie zapamiętałam nawet ich nazwisk. Mózg mi pałał, skóra paliła i ledwie pamiętałam, jak sama się nazywam.
Chyba nic nie jest tak poruszające jak wrażenie, że nieznajomy jest starym znajomym. Ben Whyte widział tylko tę plamę na spodniach, ja widziałam wszystkie postacie, w które się wcielał. Wszystkie zebrane w jednym ciele, w jednym fotelu. Każdy szczegół tej twarzy wydawał mi się bliższy niż moje własne odbicie w lustrze. Troszeczkę za długa broda, klasyczna broda bufona. Górna warga taka cienka, że chciałoby się schrupać tę dolną, bardziej mięsistą. Nos prosty, nozdrza rozszerzone, rodzący się gniew.
I te oczy, zwłaszcza te oczy. Wydłużone, duże, o opadających powiekach. Zbity pies. Ale pierwszy lepszy kundel, maltretowany czy nie, nie ma takiego spojrzenia, takich zielonych jak młoda sosna tęczówek. Mech, wartki strumień i choinki. Terytorium wilka.
Do diabła z moimi złudzeniami kinomanki. Wilk to nie pies. To groźne zwierzę. Zwłaszcza ten egzemplarz, bo wariuje z nudów, zamknięty w złotej klatce. Kiedy rzeczniczka prasowa wychodziła, zostawiając nas „sam na sam”, z najwyższym trudem oparłam się chęci uczepienia się jej spódnicy. Zamykające się drzwi jęknęły jak krata celi.
To wtedy uznałam, że czas usiąść. I usiadłam na tym, co miałam najbliżej.
Tak jakoś wyszło, że najbliżej był człowiek.
Czwarty łotr, podstępny wspólnik tamtych. Wygodnie rozpierający się na kanapie. Trudno było go nie zauważyć. Ale mnie się to udało – wzięłam go za poduszkę. Kiedy ciężko opadłam na jego kolana, wszyscy krzyknęli. Nawet ja. Poderwałam się jak oparzona i wpadłam prosto na niski stolik.
Drgania. Brzęk. Szklanka poturlała się na skraj blatu.
Ben Whyte jęknął: Oh, God.
Być może pewnego dnia przerobię to na dobrą anegdotę. Na jedną z tych historyjek, które chętnie opowiada się przy poobiedniej kawie, żeby rozbawić towarzystwo. „Tak, tak, Marianne, opowiedz nam jeszcze raz, jak usiadłaś na Benie Whycie! – To nie tak, nie na Benie Whycie, nie na Benie Whycie. Ale posłuchajcie, to jeszcze nie wszystko…”
Pewnego dnia, ale na pewno nie dziś wieczorem i nie w najbliższym czasie. Dziś wieczorem zadręczam się, siedząc w ciemnościach. Najchętniej wcisnęłabym się do kosza na śmieci i przykryła pokrywą, żeby zaczekać tam na przyjazd śmieciarki.
Gwiazdor usadowił się wygodniej na kanapie. Obrzucił mnie lodowatym spojrzeniem, zupełnie jakby mówił: „Zaczynamy czy gówno z tego będzie?”.
Gówno.
Powiedziałam: What…
Powtórzyłam: What…?
I tyle.
Tylko pustkowie, po którym hula wiatr.
Przygotowałam pytania. Przetłumaczyłam je, wykułam na pamięć. Czytałam je jeszcze raz, dziś rano w redakcji. A potem w metrze. I znowu w sąsiednim apartamencie, gdzie najwyraźniej utknęły, przyklejone do makaroników.
Pochylił się. Włosy opadły mu na czoło: What… what?
Co co?
Dopiero teraz zauważyłam ohydny nadruk na jego koszulce: rozkładającą się głowę, która grzebała sobie językiem w uchu. I nazwę jakiegoś podrzędnego zespołu metalowego wypisaną szarymi gotyckimi literami na czarnym tle: The Dead Cherries. Martwe Czereśnie.
Martwe. Dead.
Braindead. The Walking Dead… Shaun of the Dead… Evil Dead.
Z-End.
– Co można…
Dead…
– Co czuje się… grając z zombi?
Tak, ja naprawdę zadałam takie pytanie.
– No cóż, ja… Chwileczkę. Jak to z zombi?
– Yyy, miałam na myśli…
(Absolutnie nic nie miałam na myśli).
– …Czy to się różni… od gry z ludźmi?
Katastrofa. Titanic. Lusitania.
Nozdrza Bena Whyte’a drgały.
– Rozumie pani, że zombi nie są prawdziwe. Tak jak w Parku Jurajskim nie grały prawdziwe dinozaury. Mam nadzieję, że nie czuje się pani rozczarowana.
– Skądże znowu, ani trochę. Chciałam się tylko dowiedzieć, czy miał pan… czy się pan nacieszył…
(Wciąż ta pustka).
– …dobrym ciupcianiem.
Wszyscy skamienieli.
Przecież ustaliliśmy: żadnych osobistych pytań.
Nikt nawet nie wspomniał o lapsusie.
Rozpaczliwie próbowałam ratować sytuację.
– Nie, nie, pomyłka! Crew, crew, nie screw! Ekipa. Czy miał pan dobrą ekipę. A nie… nie…
Oczy Jego Wysokości zapałały jakimś ogniem.
Siedząca po jego lewicy brunetka prawie się rozsypała. Chudzielec po prawicy wolnym ruchem dobył telefonu. Kanapa za moimi plecami jęknęła z rozpaczy.
Cisza się przeciągała.
Tik-tak.
Ben Whyte przeczesał palcami brodę. Miał ręce dusiciela. Duże, grube, kanciaste. Na małym palcu ulubiona ozdóbka mafiozów – pierścień z szarego metalu.
Niespiesznie zapalił papierosa. Czerwonego Dunhilla. Jakby nas tu nie było. Ani mnie, ani jego goryli z Golden Lion, ani przepisów antynikotynowych. Hotel zapewnił mu zresztą piękną kryształową popielniczkę Baccarat. Whyte zdążył zapełnić ją niedopałkami.
I w końcu, zdumiewająco spokojny, zza kłębów kuszącego dymu, rzucił:
– Niechże pani przynajmniej usiądzie. I zacznijmy w końcu ten cholerny wywiad.
„Fucking”.
Tik-tak.
Czym prędzej wypełniłam polecenie, tym razem dbając, żeby nikogo nie przygnieść. W efekcie o mało nie usiadłam w powietrzu. Tylko cudem trafiłam pośladkiem na oparcie kanapy. Zostałam na nim niczym na grzędzie.
Zgasił ledwie zapalonego papierosa.
– A teraz słucham.
– Ja też.
– Słucham?
– Słucham.
– …
– No dobrze. Cóż. Jeśli chodzi o zombi…
– Znowu… Tak?
– Otóż ja… Czy pan je lubi?
– Kto, ja? Pyta pani, czy lubię je jako widz?
– Owszem, ale nie… Nie, żadnych…
(…pytań osobistych).
– Pan… To znaczy… Tamten. Czy on je lubi?
– Jaki tamten?
– Ten… ten z Z-End.
– Bohater, którego gram?
– Tak, dokładnie. On. Czy je lubi?
– Oglądała pani ten film?
– Oczywiście, ja…
– W takim razie musiała pani chyba zauważyć, że poświęca mnóstwo czasu na siekanie ich na kawałki. A one robią, co mogą, żeby go pożreć. Zgadzamy się?
– Tak.
– A więc zna już pani odpowiedź na to… pytanie. Tak mi się przynajmniej wydaje.
– Ale… Niezupełnie. Weźmy na przykład czerwone mięso… Wszyscy je lubią, a przecież…
– …
Nie mam pojęcia, co mnie napadło. Z perspektywy czasu skłonna jestem uznać to za krótkotrwałe zaburzenia psychotyczne. Ludzie z Golden Lion patrzyli na siebie, zapewne zastanawiając się, czy już interweniować, czy raczej pozwolić, żeby Ben Whyte sam wykonał brudną robotę.
A on powiedział:
– Wnoszę z tego, że nie jest pani weganką.
Trzydzieści sekund ciszy, wpatrywania się sobie w oczy. Trzydzieści sekund w tej zieleni to dużo.
A potem pokręciłam głową tak energicznie, że spinka, która podtrzymywała mój koczek, skoczyła jak żaba i wylądowała pod jego nogami.
Zacisnął usta. Przez gęstą mgłę wstydu i włosów zobaczyłam, jak się pochylił. Myślałam, że podniesie spinkę. Pomyliłam się. Siedział pochylony ze skrzyżowanymi ramionami, jakby zgiął się pod wpływem gwałtownego bólu.
Co za dużo, to niezdrowo.
Chciałam przeprosić.
– Pójdę już… Przepraszam, że byłam tak lepka.
Przed chwilą to sprawdziłam. Naprawdę powiedziałam „lepka”.
Clumpy. Zamiast „niezręczna”. Clumsy.
Mój angielski znowu zawiódł. Nie tak dawno spędziłam rok w Dublinie, studiując tam w ramach Erasmusa. Wszyscy na czele ze mną uważali, że po tym krótkim czasie zanurzenia w Guinnessie jestem dwujęzyczna. Nawet nie przeszło mi przez myśl, żeby poprosić o tłumacza na dzisiejsze spotkanie.
Wciąż zgięty wpół Ben Whyte jakby czknął. Po chwili znów wydał ten dźwięk. Potężny dreszcz wstrząsnął jego ramionami.
Facet śmiał się jak szalony.
Wyprostował się gwałtownie, próbował coś powiedzieć, o mało się nie udławił, a w oczach stanęły mu łzy. I znowu się zaczęło. Ale to dołeczek, który zobaczyłam, ten radosny rowek na policzku, ostatecznie mnie pokonał. Równie dobrze mogłabym wybuchnąć płaczem, jednak udzieliła mi się jego wesołość. Upuściłam torebkę na ziemię, bliska histerii o mało nie spadłam z oparcia kanapy.
Nie od razu zauważyłam, że on już się opanował. Teraz ja jedna w tym przedsionku piekieł rechotałam ze śmiechu. Pozbierałam rzeczy, myśląc o groźnych brwiach VTT, gdy przekażę mu wiadomość. Stary, ty też możesz zapomnieć o tym cholernym wywiadzie.
Byłam już prawie przy drzwiach.
– Hej… A jak pani się nazywa?
– Corvo. Marianne Corvo.
– Marianne, naprawdę nie chce pani nawet spróbować?… Jeszcze trochę?
Osłupiałam, ale chyba nie tak jak trójca strażników.
– No… Niechże pani wróci.
Psiakość!
Obserwował, jak posłusznie zawracam, a na jego twarzy malował się ten łotrowski uśmiech, w którym unoszą mu się policzki i lekko napręża broda. Uśmiech, którym podbił tłumy. Zupełnie nie przypominał ponurego i wyniosłego drapieżcy z początku spotkania.
Zdołałam dokonać wielkiego wyczynu: normalnie usiadłam.
– Marianne, ile ma pani lat?
Bardzo zabawna zamiana ról.
– Dwadzieścia osiem.
– A ja myślałem, że jest pani młodsza. Od dawna zajmuje się pani dziennikarstwem?
– Około pięciu lat.
– A jednak…
Wal się.
– Wie pani, kogo mi przypomina?
Nie, a kogo? Borata? Głupiego i głupszego? Nie wiedziałam i wcale nie chciałam wiedzieć. Wpatrywałam się w moją nieszczęsną spinkę, która poniewierała się zapomniana tuż przy jego eleganckim czarnym pantoflu.
– Petera Sellersa. Słyszała pani o nim?
Prawie zgadłam. Nieodżałowany Peter Sellers. Wielki komik lat sześćdziesiątych. Zyskał sławę dzięki rolom chodzącej katastrofy, zwłaszcza w Przyjęciu (rozwalił przyjęcie) i Różowej Panterze (rozwalał śledztwa).
– Bardzo chciałbym się z nim spotkać…
Czyżby nie słyszał, że facet umarł, zanim on się urodził?
– A teraz, dzięki pani, czuję się prawie tak, jakby tu był.
Jasne. Ben Whyte zatrzymał mnie wyłącznie po to, żeby zabawić się moim kosztem. Poćwiczyć dołeczek na twarzy, nabijając się ze mnie, jakbym była przerywnikiem w rozmowach z poważnymi ludźmi.
– Dobrze, na czym skończyliśmy? Już wiem, na czerwonym mięsie. Dyskutowaliśmy o tatarze z zombi…
A potem spojrzał na mnie. Moja mina najwyraźniej wzbudziła jego litość:
– Never mind. Proszę, kontynuujmy.
Za późno. Ledwie zdążyłam wydukać dwa nijakie pytania, a już pojawiła się Françoise Saunier, by mnie zabrać. W ślad za nią do salonu weszła ekipa telewizyjna.
Wszyscy wstali. Tym razem Ben Whyte bardziej się postarał. A ja stanęłam nos w nos z nim.
A raczej – z nosem na wysokości jego torsu. Stwierdziłam, że jest dla mnie za wysoki. Zastanawiałam się, jak to by było wspinać się po nim. Lekki zawrót głowy. Chwilę później, nie zwracając uwagi na rękę, którą do niego wyciągnęłam, wziął mnie w ramiona.
W te cholerne prawdziwe ramiona.
To znaczy – prawie. Potrafię oczywiście odróżnić hug, ten przelotny, grzecznościowy uścisk, pozorowaną amerykańską serdeczność. Jednak kiedy Ben Whyte musnął moje ramiona, kompletnie zapomniałam, że taki obyczaj istnieje. Na swoją obronę mogę powiedzieć, że poczułam jego zapach. I nagle otulił mnie nieomylny dowód człowieczeństwa: tytoń, czysta koszula, werbena. Zareagowałam odruchowo.
I bardzo po francusku.
On pochylił się do uścisku, ja wyciągnęłam się, żeby pocałować go w policzek. Chwila dezorientacji, niezręczne spotkanie z jego brodą – jedwabistą jak żadna inna w historii męskiego zarostu… I oto moje usta wylądowały na jego szyi.
Cichy odgłos mlaśnięcia na jego skórze miał mnie prześladować do końca moich dni.
Kiedy wreszcie odważyłam się zrelacjonować sprawę Naczelnym Krzaczastym Brwiom, przedstawiłam nieco podkolorowaną wersję zdarzeń. W końcu poparzenie uda to niemal wypadek w miejscu pracy, więc…
– Mam gdzieś twoje przygody z kawą!
Za grosz współczucia. Była siódma wieczorem, a ja musiałam znosić to telefoniczne i wiekopomne zmywanie głowy.
– Marianne, powiem ci, co teraz zrobisz. Pójdziesz tam jeszcze raz.
– Ale…
– Żadnego ale. Ben Whyte to okładka najbliższego numeru. Zapomniałaś o tym? Nie obchodzi mnie, jak to zrobisz, ale mam w poniedziałek rano znaleźć na biurku jego portret. Dlatego zadzwonisz do jego rzeczniczki prasowej. Natychmiast. Powiesz jej, że musisz uzupełnić wywiad.
– Ale jest już za późno, ja…
– Radź sobie sama. Artykuł, do diabła. W poniedziałek.
Piekło dla błaznów.
ROZDZIAŁ 3
DZIEŃ ŚWISTAKA
Noc była już późna. Z nosem przyklejonym do szyby taksówki patrzyłam, jak przesuwa się przede mną Bulwar Batignolles. Witryny przemalowały chodniki na odblaskową żółć, śmietniki czekały, drzewa nudziły się uwięzione. Wszystko było spokojne.
Ale nie ja. I nie ten stary gruchot, który też za mocno się trząsł. Zwolnił na Placu Clichy, przed Kinem Wepler. Nagle Ben Whyte obrzucił mnie spojrzeniem z afisza wysokości dwóch pięter. Rozjuszony olbrzym w łachmanach, uzbrojony po zęby, a nad nim spękane litery: Z-End.
Wyciągnęłam szyję, by lepiej widzieć, i przeczytałam zdanie z plakatu: „To koniec naszego świata. Czy zdołacie przetrwać w jego świecie?”. Świetne pytanie.
Wybuch śmiechu, tak gwałtowny, że przyprawił mnie o ból żeber. Dławiłam się, śmiech przeszedł w napad kaszlu.
Spojrzenie taksówkarza w lusterku wstecznym:
– No proszę, następna… O tej godzinie zawsze jest tak samo. Sami uchlani jak świnie. A jeśli się pani pochoruje, to stary dureń będzie musiał czyścić całą tapicerkę. Co?
Chwileczkę, nocny motylu. Alkohol nie ma z tym nic wspólnego.
To nie on uderzył mi do głowy.
Gdybym wiedziała…
Gdybym wiedziała, strach miałby inny wymiar.
Wczesnym wieczorem drżałam o pracę. Kiepsko to wyglądało. Kiedy Françoise Saunier zorientowała się, po co dzwonię, zapomniała, że jesteśmy na ty.
– Jutro? Znowu? Żartuje pani.
W odpowiedzi wydałam ciąg niezrozumiałych dźwięków. Nawet dla mnie.
– Ale właściwie dlaczego? Coś poszło nie tak? Nikt mi nic nie mówił. W dodatku słyszałam, jak się śmiał, chociaż zwykle…
Chociaż zwykle wali pięścią w stół?
– Terminarz jest już wypełniony po brzegi. Ekipa Bena nigdy nie zatwierdzi powtórnego wywiadu…
Przyznam, że na ich miejscu też bym tego nie „zatwierdziła”. Wpisałabym siebie na czarną listę. Dożywotnio.
– Chyba że…
Niemal słyszałam, jak biedna Françoise w pośpiechu stara się coś wymyślić. Na jednej szali niezdara z „L’Oeil”. Ale także okładka „L’Oeil”. Czytelnicy „L’Oeil”. Na drugiej gwiazdor i ludzie z jego ekipy, którzy gwizdali na francuską prasę.
– Proszę posłuchać. Spróbujemy. Teraz Ben jest w dzienniku telewizyjnym France 2, wszyscy są bardzo zajęci. Oddzwonię do pani. Ale nie łudźmy się. Między nami mówiąc, nie liczyłabym na nic.
Kiedy wreszcie oddzwoniła, leżałam już pod kołdrą wpatrzona w ekran komputera i rozpamiętywałam swoją porażkę przy jednym z odcinków Doktora Who. Angielskie SF i kawałek starej pizzy: oto moja recepta na pocieszenie.
Tyle że… „Marianne? Zgodzili się. Masz pięć minut z Benem. Ale nie jutro. Teraz. Natychmiast”.
Wyskoczyłam z piżamy.
Pogalopowałam pod prysznic.
Wyskoczyłam, pośliznęłam się. Przewróciłam wszystkie flakoniki. Spaprałam makijaż. Zaczęłam od początku. Wyglądałam jak lemur w stylu Tima Burtona. Straciłam kilka cennych chwil na odszukanie na dnie szafy mojej jedynej czarnej sukienki, ponieważ okazało się, że wciśnięto mnie na przyjęcie.
Françoise zaznaczyła: „Pamiętaj, obowiązuje dress code. To koktajl”. Jakby uważała za oczywiste, że rozumiem.
Niech będzie ta stara kiecka.
Kierunek: Hotel Raphael. Elegancki hotel w XVI dzielnicy, kilka kroków od Łuku Triumfalnego, w epicentrum luksusu. Znowu barierki, znowu kontrole, znowu winda. A dla mnie kolejna kara. Pięciogwiazdkowa wersja mitu o Syzyfie z Benem Whyte’em w roli głazu.
Weszłam na taras, gdzie przedpremierowa impreza na dobre się już rozkręciła.
Wybrańcy obejrzeli Z-End w Kinie Grand Rex, w obecności Aktora. Zakładam się, że wymknął się przed projekcją. Przeszedł kilka kroków po czerwonym dywanie, w blasku fleszy – dość, żeby zablokować ruch na bulwarach i wprawić w popłoch przechodniów.
Na dachu Hotelu Raphael nie działo się nic tak tandetnego. Pogoda dopisała, głos Nata King Cole’a pieścił Mona Lisę pod niebem z czarnego aksamitu. Tym razem poza grupą właścicieli gazet – i mną, choć nie rozumiem, skąd ten błąd – nie zaproszono prasy, by także mogła podziwiać pejzaż stworzony dla Amerykanów w podróży poślubnej: opalizujące dachy i migoczącą Wieżę Eiffla. Wielki wiszący ogród z roślinnymi alkowami, zapewniające prywatność stoliki i subtelnie oświetlone zakątki przeznaczone były dla elity.
Koktajl.
Wyszukana mieszanka aktorów, influencerów, producentów i innych ważnych figur. Gwiazdy, półgwiazdy i ćwierćgwiazdy. A nawet Bertrand Levallon, nasz niesławny minister ekonomii i finansów. Ta ultraliberalna kanalia przy barze, zwracająca się do grupki wazeliniarzy. Miałam ochotę wepchnąć mu do nosa wykałaczki po gęsich wątróbkach, jak torreador piki.
Krótko mówiąc, miałam okazję rozwijać się zawodowo w oparach władzy i stygnących przystawek. Tylko nie wiedziałam, co robić ani do kogo się zwrócić. Françoise Saunier uprzedziła mnie, że nie pojawi się na koktajlu, ponieważ przygotowuje konferencje prasowe na kolejny dzień. Nie udzieliła mi żadnych wskazówek, zapewniła tylko, że moje nazwisko znajduje się na liście gości.
I że „Ben” osobiście mnie „zatwierdził”.
„Jego współpracownicy posłali mnie do d…, nie chcieli słuchać żadnych tłumaczeń, tak jak przewidywałam. Ale on zaczął się śmiać, kiedy usłyszał twoje nazwisko. Powiedział: «Damy radę gdzieś ją upchnąć… Albo na kimś!». Nie zrozumiałam tego żartu, ale… Krótko mówiąc, dopisało ci szczęście, Marianne”.
Szczęście wisielca.
Czekałam na skraju szachownicy dla gigantów, sącząc szampana. Zastanawiałam się, kto w tym azylu milionerów korzysta z takich rozrywek, a Nat King Cole dopieszczał właśnie każdą głoskę słowa Love. Doszedł do V, jak Very, very extraordinary, kiedy zaczęło się poruszenie. Goście się przesuwali. Strzelały flesze aparatów fotograficznych. Oto pojawił się Ben Whyte. Czarna marynarka, czarna koszula. All black.
Very, very extraordinary.
– Nie znalazłaś mocniejszych słów? Nie jestem pewien, czy po dwunastu pierwszych razach wyczuwa się twoją ekstazę.
Jean przetarł oczy. Był rozczochrany i pomięty, na policzku miał jeszcze odciśniętą poduszkę. Chodząca definicja uważnego słuchacza.
Taksówka przywiozła mnie pod jego dom na Placu Pigalle. Owszem, w środku nocy. Wolałam nie wracać do siebie, jeszcze nie, nie od razu. Musiałam wszystko z siebie wyrzucić, choćby po to, żebym sama mogła w to uwierzyć. I oczywiście padło na niego. Na mojego najlepszego przyjaciela. Brata.
Związani od podstawówki. Na śmierć i życie.
Zwłaszcza na śmierć, biorąc pod uwagę, o której zadzwoniłam do jego drzwi.
I to właśnie kiedy nie miał dyżuru. Jean jest pielęgniarzem w szpitalu Neckera. A tej nocy to mnie potrzebna była pilna pomoc.
Siedząc w bokserkach na rozesłanej kanapie w swojej kawalerce – jeszcze mniejszej od mojej nory, na samym szczycie próchniejących schodów, które cuchnęły starą zupą i ścierą – nienawidził mnie całą mocą zaspanej duszy. Jego facet wcale się nie gniewał. Serge, przypadkowa ofiara. Brodaty, siwiejący. Równie smagły, gruby i krępy jak Jean był blady, długi i jasnowłosy. Kanciasty młynek do pieprzu obok wysokiej solniczki.
Serge wsunął na nos okulary i zaczął zasypywać mnie pytaniami:
– Niemożliwe… Ben Whyte DWA RAZY w ciągu jednego dnia? No i jaki on jest? Sympatyczny?… Straszny?…. Rzeczywiście jest taki napakowany?… Dotknęłaś go? Są twarde?
Cierpliwości.
Jean ziewał jak stary, zblazowany lew. Podjęłam opowieść.
Na rooftopie Hotelu Raphael Ben Whyte uścisnął niezliczone dłonie. Kilku wybrańców objął.
Nikt nie wykorzystał takiej okazji, żeby wessać mu się ustami w szyję.
Ale każdy gotów był rozpychać się łokciami i deptać po innych, byle tylko zyskać chwilę jego uwagi, kilka słów albo zaszczytne spojrzenie aktora. Jakaś kobieta rozmawiała z nim, nie przestając dotykać swego ramienia i obrzeża satynowego kimona. Jakby targało nią podświadome pragnienie zdarcia z siebie fatałaszków. Tu i teraz, natychmiast, dla niego, między dwiema jukami. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym im przerwać, żeby rzucić: „Dobry wieczór pani, przepraszam, że przerywam ten wiosenny taniec godowy, ale tu chodzi o moją pracę”.
Zostawił ją w pół zdania, zainteresowany kimś innym. I straciłam go z oczu, zepchnięta za ruchomy mur bardziej natrętnych gości. Czułam się, jakbym była w Luwrze przed Mona Lisą, oblężoną przez cały autokar gimnazjalistów na szkolnej wycieczce.
Zawahałam się, wycofałam i dreptałam w pobliżu przez dobre pół godziny, aż sytuacja trochę się uspokoiła.
A uspokoiła się nie bez powodu: Whyte zniknął.
Dwa razy okrążyłam taras. Zaglądałam za każdy krzaczek. Nic. Żadnej znajomej twarzy. Nikogo, kto mógłby mi pomóc.
Była północ. Na skraju przepaści.
W końcu wycofałam się na bok, do jednego z zewnętrznych salonów wytyczonych przez gęste kępy bukszpanu. Drewno tekowe, trzcinowe fotele, poduchy – pozory spokoju. Załamana osunęłam się na sofę i wspomniałam swoją ciepłą kołdrę, piżamę, Doktora Who z nostalgią i goryczą, z jaką wygnaniec myśli o chatach w rodzinnej wiosce.
Na niskim stoliku dziesiątki kolorowych świec kiwały płonącymi główkami.
Pora już chyba na SMS do VTT: „Znowu się nie udało”, i hop do łóżka.
…
– Przychodzisz prosto z pogrzebu, Peterze?
Aż upuściłam telefon.
Pojawił się nagle i przyprawił płomyki o drżenie.
Król świata.
Wertykalne emocje.
– Dlaczego tak powiedział? Byłaś nadąsana? – zapytał Serge, okazując zarazem większe zainteresowanie, gdy tymczasem Jean nie walczył już z zamykającymi się powiekami.
– Nie, to z powodu mojego stroju.
Serge rzucił okiem na górę sukienki. Fale przezroczystego tiulu. Małe haftki. Kokardy. Kompromis między korsykańską wdową a nadmiarem gotyckich zdobień. Dostałam ją od mojej siostry Charlotty. Całkowicie (i źle) ręcznie szyta. Do dzisiejszego wieczoru kiecka wisiała w szafie, z dala od mody, w zapomnieniu.
– Jasne. Mimo wszystko to trochę obraźliwe…
Trochę.
Ben Whyte stał przed roślinną alkową, a w jego oczach migotały płomyki i iskierki.
Chętnie odpłaciłabym mu zjadliwym żarcikiem, znalazłabym celną, choć banalną ripostę, jakie padają z ust filmowych bohaterów: „To prawda. Moja godność nie przeżyła wywiadu z panem. Ale widzę, że i pan nosi żałobę?”. Bo przecież on był w czerni od stóp do głów.
Albo raczej jak Cary Grant w dniu premiery.
Metal na jego palcu błysnął w świetle. Zimny, groźny blask przypomniał mi sławne słowa Tolkiena: „Jeden pierścień, aby nimi wszystkimi rządzić […] i w ciemności związać”1.
…W ciemności, z której wypełzła najgłupsza odpowiedź w moim życiu:
– Z pogrzebu?… Ależ nie. Przyszłam tu z domu.
Zbliżył się o krok, wcisnęłam się w sofę.
Weź się w garść, Peter… Marianne. Przecież to tylko facet, nie Tadź Mahal. I nie da się o nim powiedzieć, że jest doskonały. A już na pewno, że jest ładny. Ma gębę pijaczyny z pubu, upartego jak osioł. Te grube rysy twarzy, ta zadziorna broda niknąca w mroku. Zwyczajny turysta, potomek awanturników i żołnierzy, nędzarzy i poszukiwaczy złota.
Barwna gromada przodków.
– A gdzie jest ten dom?… Blisko stąd?
Już myślałam, że doda: „Idziemy tam?”. Słowo daję. Postawię szprycera temu, kto mi wytłumaczy dlaczego. Chwila paniki, okopanie się:
– O nie, nie, to daleko. O wiele za daleko. Musielibyśmy wziąć taksówkę…
– Co?! – jęknął Serge.
– My? – powtórzył Ben Whyte. – Zaprasza mnie pani?
– Kto? Ja? Hola, wcale nie. Nigdy, ja nigdy…
Wykrzywił się w uśmiechu.
– Hola… wcale nie, nigdy-przenigdy? Ojojoj!
– No nie, ale… Oczywiście, że pan… że ja… Że byłoby mi bardzo miło pana we mnie gościć, ale…
– Ach tak?
Bardzo, ale to bardzo rozbawiony.
– U MNIE! Chciałam tylko powiedzieć, że…
Zamilkłam pogrążona.
Z samego rana pójdę sobie zrobić trepanację.
– Że mieszka pani daleko, tak, rozumiem. A na której planecie?
Jego uniesione brwi wyglądały jak daszki nad oczyma. Uznał, że jestem zabawna. Szkoda tylko, że i ja nie mogłam dobrze się bawić, bo w uszach dzwoniło mi słowo „bezrobocie”.
Kilku sługusów za jego plecami parsknęło śmiechem. Jego ekipa. Nieodstępująca go na krok. Tego człowieka chyba nawet rano, w łazience, otaczają masażyści brody i podawacze mydła.
Brakowało mu już tylko błaźnicy.
– No dobrze, zaczynamy? Naprawimy ten pani zepsuty wywiad?
I podszedł, żeby usiąść na mojej sofie. Tuż obok. Wiklinowy mebel zadrżał. Ja też. Powietrze przesiąkło wonią werbeny i luksusu. Jakim cudem można tak mocno pachnieć czystością, zwłaszcza po północy?
Zaraz potem dwóch gości z jego ochrony zajęło stojące naprzeciwko fotele. Obrzucił ich zimnym spojrzeniem:
– A wy tu po co?
– Prasa… – zaczął lekkim tonem starszy.
– Dziękuję – przerwał mu Ben Whyte. – Ale tym razem prasa i ja poradzimy sobie sami, prawda, Peter?
Poderwali się i stanęli na baczność.
– Chwileczkę. Chętnie bym się czegoś napił. Whisky, czysta. Jeżeli mają, to Dalmore. I…?
Werbena.
Powiedziałam:
– To samo.
Myślałam, że Jean zasnął, oparty na ramieniu Serge’a, on jednak gwałtownie się wyprostował i wpadł mi w słowo:
– Przecież nie znosisz whisky… Po tamtym kacu, pamiętasz…
Pamiętałam.
Przyniesiono nam alkohol, całą butelkę, rdzawą i przysadzistą, zdobioną łbem srebrzystego jelenia. Sporo paliwa jak na nędznych pięć minut wywiadu w cztery oczy, pod osłoną trzech ścian roślinnych i jednego muru z ludzi: szerokich pleców goryla.
„Peter” i Smok: powrót.
Ben Whyte błyskawicznie wychylił szklankę whisky. Wykorzystałam okazję, by obserwować ruchy jego jabłka Adama i dyskretnie przesunąć wzrok na małe zagłębienie u nasady szyi, pomiędzy obojczykami.
– No tak. To się nazywa rękojeść mostka. Po łacinie manubrium sterni. O Boże, facet ma kości! Od samego początku jest istotą ludzką!
Jean wywrócił oczyma: wstał, żeby zaparzyć kawę w malutkiej kuchni.
Świetnie. Teraz przynajmniej na dobre się obudził.
Tak czy inaczej, rękojeść mostka w dyskretnym rozchyleniu koszuli zasługiwała na zupełnie inną nazwę: może „Kolebka Pożądania”, a może „Łyżeczka Raju”?
– Nie chce pani spróbować? – zapytał Aktor.
Słodki Jezu!
– Powinna pani, to doskonała whisky.
– Ja… To… Czy mogę nagrywać ten wywiad? Tak by było lepiej…
Kolejne słowa zamarły w moich ustach, zmiażdżone spojrzeniem, którym zmierzył mnie od kołnierzyka po łydki.
– Czy ta piekielna sutanna zakrywa panią do kostek?
Pochylił się, jakby chciał rozsznurować gorset sukienki.
– A, jednak nie.
Potrafił doskonale kpić.
– Sprzedają to w komplecie z kominiarkami?
Nie chciałam pozwolić, żeby zbił mnie z tropu:
– Niestety nie. Ale ponieważ mamy tylko pięć minut, więc…
– No tak, racja. Pięć minut to trochę za mało na czarną mszę.
– Ja…
– Chce pani, żebym zamówił kurczaka? Nie będziemy przecież składali ofiary z tych roślin.
Znów zaśmiał się tym ciepłym, schrypniętym śmiechem palacza.
– Dobrze, już nie będę… Ale to i pani… To halloweenowe przebranie, i te olbrzymie oczy…
Olbrzymie oczy?
– Zupełnie jakby Tweety przyszedł złożyć się w ofierze Szatanowi.
Wybuch śmiechu.
Goryl – blisko dwa metry wrogich mięśni i szyja jak pomarszczona kiełbasa – odwrócił się na moment. Pewnie chciał sprawdzić, czy Mroczny Tweety nie zabija jego klienta ostrzem dowcipów.
Wyżyłam się na whisky. Była gorzka i obrzydliwa, ale żeby łatwiej przeżyć poniżenie, musiałam się znieczulić. Przy okazji pochlapałam się trunkiem.
Znów popatrzył na mnie w tej kiecce, a potem dobił zgryźliwym współczuciem:
– Czy czasem zdarza się pani zrobić coś normalnie?… Między dwoma balami kostiumowymi?
Zamiast odpowiedzieć, znów się napiłam. Nie chciało mi się już nawet patrzeć na to jego kuszące… matrimonium.
– Ma-nu-brium sterni… – jęknął Jean, unosząc do ust filiżankę parującej kawy.
Zamknij się.
Ben Whyte oparł się wygodnie, odchylając głowę do tyłu.
– Proszę mi wybaczyć. To był długi dzień. Zaczynam odczuwać zmęczenie…
Czas spowolnił. Słychać było już tylko przytłumiony szmer rozmów gdzieś za krzewami. I Nata King Cole’a, wciąż zabawiającego gości, wciąż tak słodkiego, śpiewającego półgłosem. Kizas, kizas, kizas? Ciekawe pytanie, „Qui sait”, „Kto wie”, dlaczego tak rozpala mnie to zielone spojrzenie?
– Zaczynajmy. I niech pani zapomni o pięciu minutach. Po prostu zobaczymy, co z tego wyjdzie.
– Dziękuję. I dziękuję, że okazał pan tyle cierpliwości dziś po południu.
– Wcale nie jestem cierpliwy.
– A jednak…
– Pokazałem, jak bardzo jestem spokojny i miły? Peter, przecież cały świat wie, że jestem podłym dupkiem…
Ben Whyte zawiesił głos, patrząc spod oka, jakby czekał na moją reakcję.
– Ale pani… pani była… jest pani… zabawna.
Wielu aktorów to maniakalni uwodziciele. Doskonale o tym wiem. To silniejsze od nich – uwielbiają grać komedię bliskości, intymności, udzielając wywiadu. Dlaczego nie? Nikt nie da się zwieść pozorom, a poza tym to zabawniejsze niż oberwać po gębie.
Zajmuję się tą pracą już od kilku lat i sama doświadczyłam takich uwodzicielskich sztuczek. Jednak na ich tle dzisiejszy wieczór wypadał jak porównanie ławicy sardynek ze Szczękami.
– …Bardzo zabawna.
Ta chęć, żeby brodzić jeszcze bliżej zagrożenia. Dość blisko, by podziwiać kobiecą linię jego rzęs, ich gęstość, ich równiutko rozmieszczone końcówki. By zauważyć kilka blond pasemek w brodzie szatyna, która…
Krótko mówiąc, zgubiłam wątek.
– Marianne?
Mar-ian… Moje imię, to prawdziwe, w Jego Ustach.
– Czekam na pani pytania. Nie możemy przecież siedzieć tu przez całą noc.
O mało nie umarłam ze wstydu. Chociaż raz rób, co do ciebie należy. Powściągnij te napady erotomanii kinowej, na jaką cierpią miliony tobie podobnych. Wszyscy, którym się wydaje, że posiedli aktora, którego orgazmy, cierpienia i zbliżenia tak często widzieli. Bo oni wszyscy zapominają, że ekran odbija jedynie ich własne pragnienia.
Ben Whyte i jego publiczny wizerunek w pięknym czarnym garniturze. Otoczony pożądaniem wygłodzonych tłumów…
– Czy te zombi, które pana tropiły, są metaforą sławy?
Czasami długa chwila ciszy po pytaniu jest dobrym znakiem.
A czasami nie.
Gdyby spojrzenia mogły kąsać, musieliby założyć mi szwy.
– Co to ma wspólnego ze sławą? Skąd się wziął ten głupi pomysł?
Nie głupszy od twojego durnego kiczu. Kiedy właśnie zadałam mu pierwsze prawdziwe pytanie! Ten typek od wielu godzin zatruwał mi życie, a wszystko pod pozorem, że muszę jakoś na nie zarabiać. Mimo tego zamierzałam przeprosić. Machinalnie.
Ale on dodał:
– Jest pani bardzo miła z tymi pani zombi, pośmialiśmy się razem, jeśli jednak dalej to będzie tak wyglądało, szybko zrobi się nieprzyjemnie. Ten wieczór to pani joker. Niech go pani nie zmarnuje.
Ben Whyte, światowa gwiazda mansplainingu.
Tego już nie zniosłam.
– …Żadne moje zombi.
– Jak to?
– To nie są „moje” zombi. Chętnie zapytałabym pana o kucyki, jeśli pan woli. Co prawda nie widziałam, żeby stadami truchtały po Z-Endzie, ale nie szkodzi. Zróbmy, jak się panu podoba. A jeśli nie, to może pogadamy znowu o mojej sukience. O tak, to świetny temat. I wcale nie jest nieprzyjemny czy niestosowny. Super profesjonalny. Na pewno ma pan jeszcze w zanadrzu kilka świetnych żarcików… Tweety zarzyna kozły? Tweety uprowadza dziewice?… No jak?… Szkoda. Ale chyba musi je pan sobie wsadzić tam, gdzie tego pańskiego „jokera”. Dziękuję. Życzę miłego wieczoru.
Dopiłam whisky. Duszkiem.








