Powieść dla fanek Elizabeth Gilbert i Pip Williams, oparta na prawdziwej historii zakazanej miłości i rodzinnych tajemnic.


XIX wiek. Brazylijska dżungla, paryskie salony i rodzące się Melbourne – trzy światy, w których rozgrywa się dramatyczna historia hrabiego de Castelnau, francuskiego podróżnika i dyplomaty, oraz młodziutkiej Caroline Fonçeca.

On – dojrzały mężczyzna, na którego we Francji czeka rodzina. Ona – szesnastoletnia marzycielka, pragnąca wyrwać się z ciasnych ram plantatorskiego życia. Ich spotkanie na zawsze odmieni losy obojga.

Kilka dekad później, w 1902 roku, australijski prawnik Nathan Smithson staje przed najtrudniejszą sprawą swojej kariery: procesem o spadek ekscentrycznego Edwarda Fonçeca.

Aby zwyciężyć, Nathan musi odkryć sekrety skrzętnie ukrywane przez pokolenia – sekrety, które zaczęły się od jednej namiętnej decyzji w brazylijskiej dżungli…

Historia naturalna miłości to porywająca saga o miłości, poświęceniu i wyborach, które potrafią odmienić całe życie.

Caroline Petit
Historia naturalna miłości
Przekład: Paulina Maksymowicz
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 11 lutego 2026
 
 


PRO­LOG

☙ 1901 ❧
Wpro­wa­dze­nie do sprawy
NATHAN SMI­TH­SON
Pierw­sza wizyta w May­field, lipiec 1901

Nie mia­łem do czy­nie­nia z klien­tem, który oka­załby się waria­tem, do chwili mego pierw­szego spo­tka­nia z panem Edwar­dem Fon­seca w jego wiej­skiej posia­dło­ści. Gdy woź­nica skie­ro­wał konia na długą, krętą drogę wio­dącą do pod­jazdu, wysta­wi­łem głowę przez okno powozu, by przyj­rzeć się pół­dzi­kim zaro­ślom, strze­żo­nym przez gwar­dię hono­rową zdrew­nia­łych paproci i kęp nie­zna­nych mi odmian euka­lip­tu­sów. Późny zimowy pora­nek był chłodny, lecz ich zapach wypeł­niał powie­trze. U stóp euka­lip­tu­sów kwi­tły wiecz­nie zie­lone rośliny. W oddali rosło dziwne drzewo owo­cu­jące olbrzy­mimi orze­chami. Po nie­bie krą­żyło stadko kakadu, jakby zanie­po­ko­jo­nych naszą obec­no­ścią. Woź­nica zatrzy­mał gwał­tow­nie konia i wska­zał coś batem. Na jed­nej z dol­nych gałęzi sie­dział niedź­wia­dek koala zajęty prze­żu­wa­niem liści. Jego dosko­nała obo­jęt­ność roz­ba­wiła mnie; nie­po­kój ule­ciał.
Dotar­li­śmy do dużego, pię­tro­wego domu z cegły, z dwoma prze­szklo­nymi wyku­szami fron­to­wymi. Na weran­dzie w ogrom­nych por­ce­la­no­wych doni­cach kwi­tły jaskrawo poma­rań­czowe i czer­wone stor­czyki, które nada­wały domowi nie­zwy­kły, egzo­tyczny wygląd.
Gdy zapu­ka­łem, otwo­rzył mi pan Henry Kenny. Był to czło­wiek wysoki, liczący nie­mal sześć stóp wzro­stu, o potęż­nych ramio­nach drwala i pię­ściach bok­sera. Jego twarz roz­pro­mie­niał ser­deczny uśmiech.
– Witamy, panie Smi­th­son – powie­dział spo­koj­nie i dobit­nie. – Nie mie­wamy tutaj wielu gości. Eddie nie może się pana docze­kać.
Gdy pro­wa­dził mnie do zaku­rzo­nej bawialni, na scho­dach dały się sły­szeć odgłosy cięż­kich, pospiesz­nych kro­ków. Pan Edward Fonçeca wszedł do pokoju szyb­kim, roz­ko­ły­sa­nym kro­kiem i siadł obok Kenny’ego z gło­śnym chrząk­nię­ciem. W tej chwili, jakby przy­po­mi­na­jąc sobie o dobrych manie­rach, pod­niósł się gwał­tow­nie.
– Dzień dobry! Jakże się cie­szę, że pan przy­je­chał – oznaj­mił, na co Kenny ski­nął głową z apro­batą.
Widok męż­czy­zny nie­mal czter­dzie­sto­let­niego, roz­ta­cza­ją­cego woń taniego tyto­niu, który zacho­wy­wał się niczym nie­sforny dzie­ciak, wydał mi się oso­bliwy. Miał na sobie sto­sowny strój, lecz na przo­dzie koszuli wid­niała plama z jajecz­nicy, którą jadł zapewne na śnia­da­nie; spodnie wisiały luźno na jego chu­dej syl­wetce, a skórę miał bladą, jak czło­wiek prze­sia­du­jący wyłącz­nie w domu. Bujne, brą­zowe włosy zwi­sały w nie­sfornych strą­kach, się­ga­jąc mu nie­mal do ramion. Potrze­bo­wał fry­zjera.
– Eddie nie lubi fry­zje­rów. Nie prze­pada za nożycz­kami i nie potrafi usie­dzieć spo­koj­nie – rzekł Kenny.
Pan Fonçeca, sie­dzący na sofie, poru­szył nie­spo­koj­nie nogami i utkwił we mnie oskar­ży­ciel­skie spoj­rze­nie brą­zo­wych oczu.
– Nie roz­ma­wiaj­cie o mnie. Nie wolno.
Kenny zwró­cił się do niego, mówiąc powoli i łagod­nie:
– Pamię­tasz, Eddie, że pan Smi­th­son jest twoim adwo­ka­tem? To miły czło­wiek. Dobry czło­wiek. Twoja matka popro­siła go, żeby ci pomógł.
– Matki nie ma. Umarła.
– Tak, mówiono mi, że madame Fonçeca była wspa­niałą kobietą – ode­zwa­łem się. – Pro­szę przy­jąć moje kon­do­len­cje. Moja obec­ność tutaj ma zwią­zek z jej odej­ściem. Zapi­sała panu wszystko w testa­men­cie…
Zawa­ha­łem się i spoj­rza­łem na Kenny’ego, szu­ka­jąc u niego wska­zówki, czy powi­nie­nem roz­ma­wiać z Edwar­dem jak z każ­dym innym klien­tem. Ski­nął głową.
– Pań­ski brat, Char­les, pod­wa­żył testa­ment matki – kon­ty­nu­owa­łem. – Chce otrzy­mać dom, więk­szą część pie­nię­dzy i resztę majątku, który pan od niej otrzy­mał, więc… – urwa­łem znowu.
Pan Fonçeca mru­czał coś do sie­bie, gwał­tow­nie potrzą­sa­jąc głową; w jego oczach błysz­czał strach.
– Nie ma mowy, żeby Char­le­sowi się to udało, Eddie – pocie­szył go Kenny.
Na moment pozwo­li­łem jego sło­wom zawi­snąć w powie­trzu, zamiast dodać, że brat wystą­pił także o usta­no­wie­nie go opie­ku­nem Edwarda. Na swą obronę mogę stwier­dzić, że klient mój był zbyt zde­ner­wo­wany, by przy­jąć racjo­nalne wyja­śnie­nia co do szcze­gó­łów postę­po­wa­nia sądo­wego bądź powagi sprawy. W przy­padku wygra­nej brata jego życie zmie­ni­łoby się na zawsze.
Uspo­ko­jony pan Fonçeca wyjął wore­czek z tyto­niem i wygrze­bał z kie­szeni bibułki, by skrę­cić sobie papie­rosa. Poczę­sto­wał mnie. Potrzą­sną­łem jed­nak głową.
– Dzię­kuję, nie palę.
Zda­wał się tym stra­piony; nim zdą­ży­łem cof­nąć swoje słowa, Kenny wtrą­cił się.
– Pan Smi­th­son zapali póź­niej. Zacho­wam to dla niego – rzekł i wło­żył papie­rosa do kie­szeni.
Pan Fonçeca skrę­cił sobie dru­giego i zapa­lił; nad jego głową zawi­ro­wała gęsta chmura dymu.
– Czy chciałby pan obej­rzeć dom? – spy­tał Kenny, sygna­li­zu­jąc bez­gło­śnie, bym wyra­ził zgodę. – Eddie lubi opro­wa­dzać gości.
– Z przy­jem­no­ścią – odpar­łem.
Pan Fonçeca zerwał się na równe nogi i żwawo skie­ro­wał się na schody. Kenny i ja szli­śmy za nim.
Poje­dyn­cze łóżko było porząd­nie zaście­lone; na ścia­nie wisiał obraz przed­sta­wia­jący pastwi­sko pełne krów. Pokój wypeł­niał zasta­rzały odór dymu tyto­nio­wego. Spra­wił on, że mój żołą­dek skur­czył się nagle; z tru­dem prze­łkną­łem ślinę.
– Witam w moim pokoju – rzekł pan Fonçeca, wycią­ga­jąc ku mnie prawą dłoń.
Pospie­szy­łem nią potrzą­snąć.
– Nie – ostrzegł mnie Kenny – Eddie chciał tylko panu dać do zro­zu­mie­nia, że trak­tuje pana jak przy­ja­ciela.
Opu­ści­łem dłoń i podzię­ko­wa­łem gospo­da­rzowi, że pozwo­lił mi obej­rzeć swą sypial­nię. W odpo­wie­dzi pan Fonçeca wydmu­chał ide­alne kółko z dymu. Zda­wało mi się, że czeka na aplauz; oba­wia­łem się jed­nak, że okla­ski mogłyby go wystra­szyć, uśmiech­ną­łem się więc tylko z apro­batą.
Pokój przy­po­mi­nał mi gniazdo dzi­wacz­nego ptaka o oby­cza­jach żura­wia. Na pod­ło­dze pię­trzyły się stosy papieru. Stał tam rów­nież olbrzymi dru­ciany kosz, z któ­rego wysy­py­wały się liście paproci i euka­lip­tusa. Z otwar­tego worka wyglą­dały wydmuszki jaj róż­nych pta­ków, każda z nich z otwo­rem na czubku. Nie bra­ko­wało też otwar­tych drew­nia­nych skrzyń wypeł­nio­nych tabli­cami, do któ­rych przy­szpi­lono owady i motyle. Na komo­dzie ponie­wie­rały się wysu­szone, cien­kie jak papier skórki węży.
– Jest pan kolek­cjo­ne­rem, panie Fonçeca?
Ten prze­chy­lił głowę na bok, przy­glą­da­jąc mi się bacz­nie.
– Jestem przy­rod­ni­kiem. To bar­dzo ważna praca.
– Wła­śnie widzę.
– Nie będziemy doty­kać two­ich zbio­rów – powie­dział Kenny. – Pokaż gościowi pokój matki, Eddie.
W holu minę­li­śmy zamknięte drzwi. Wycią­gną­łem dłoń do klamki.
– Nie. To pokój mego brata. Panu się nie spodoba. Nie­do­bre miej­sce – powie­dział pan Fonçeca; w jego zmie­nio­nym nagle gło­sie zabrzmiał strach.
Kenny przy­su­nął się bli­żej.
– Eddie, Char­lie już tu nie mieszka. Wiesz prze­cież – zwró­cił się do niego uspo­ka­ja­jąco. – Uży­wamy tego pokoju tylko jako schowka.
– To wbrew zasa­dom – oznaj­mił pan Fonçeca, krzy­żu­jąc ramiona. – Nie wolno wcho­dzić.
– Nie musimy tam wcho­dzić, panie Fonçeca – ode­zwa­łem się z myślą, że popro­szę Kenny’ego póź­niej, by poka­zał mi pokój; być może zostało w nim coś po wydzie­dzi­czo­nym bra­cie. Zawsze warto poznać sekrety swego prze­ciw­nika. Pan Fonçeca przy­tak­nął; prze­szedł szybko obok zamknię­tych drzwi, wstrzy­mu­jąc oddech, po czym wypu­ścił powie­trze, gdy zna­leź­li­śmy się w pokoju jego matki.
Kwie­ci­ste, per­ka­lowe zasłony, się­ga­jące od sufitu do pod­łogi, były zacią­gnięte; w pokoju tań­czyły cie­nie. W powie­trzu uno­sił się zapach cięż­kich, słod­kich per­fum. Chu­dzie­lec krą­żył szybko po pokoju niczym pies zna­czący swój teren; potrzą­sał przy tym zma­to­wia­łymi lokami i mam­ro­tał pod nosem nie­zro­zu­miałe dla mnie słowa. Zatrzy­mał się przy łóżku z czte­rema kolu­mien­kami, rzeź­bio­nym zagłów­kiem i bal­da­chi­mem okry­tym siatką prze­ciw owa­dom. Na sto­liku noc­nym obok łóżka stała lampa gazowa; w kącie pysz­nił się wspa­niały wypchany liro­gon. Sypial­nia była dość obszerna, by pomie­ścić także impo­nu­ją­cych roz­mia­rów komodę zwień­czoną dużym lustrem i nie­wielki szez­long na paję­czych nóż­kach, przez który prze­wie­szono czer­wony, weł­niany szal, jak gdyby madame Fonçeca dopiero co wyszła i mogła wró­cić po niego w każ­dej chwili. Panu­jący w sypialni pół­mrok nie pozwo­lił mi doce­nić w pełni malo­wi­deł przed­sta­wia­ją­cych egzo­tyczne ptaki o gru­bych, zakrzy­wio­nych dzio­bach na tle soczy­ście zie­lo­nej dżun­gli – ude­rzyła mnie ich nie­zwy­kła uroda.
Pan Fonçeca stał przez chwilę nie­ru­chomo jak urze­czony, po czym całym swym cię­ża­rem padł na łóżko. Leżał z roz­rzu­co­nymi rękami, zamy­ka­jąc oczy, aż jego oddech się uspo­koił. Wytrą­cony z rów­no­wagi wido­kiem sza­leńca, który uda­wał pogrą­żo­nego we śnie, odsu­ną­łem się pospiesz­nie. W tej samej chwili kątem oka uchwy­ci­łem w lustrze odbi­cie oliw­ko­wej twa­rzy kobiety pod burzą sre­brzy­stych wło­sów. Czyżby sza­leń­stwo było zaraź­liwe?
Ock­ną­łem się z przy­wi­dze­nia na dźwięk głosu Kenny’ego:
– Pan Smi­th­son i ja musimy poroz­ma­wiać o pew­nych spra­wach, Eddie. Możesz dołą­czyć do nas w jadalni w porze lun­chu, jeśli masz ochotę. Jeżeli wolisz, powiem kucharce, żeby przy­nio­sła ci tacę do pokoju. Pani McKenna robi dla cie­bie pyszną kurę z ziem­nia­kami i kala­fio­rem. Wszystko białe, bez odro­biny zie­leni. – Kenny zwró­cił się do mnie: – Eddie prze­pada za bia­łym jedze­niem.
Pan Fonçeca otwo­rzył oczy i usiadł.
– Tru­ci­zny są zie­lone.
– Dobrze wie­dzieć, panie Fonçeca – powie­dzia­łem. – Mam nadzieję, że lunch będzie panu sma­ko­wał – doda­łem.
Tym razem pozwo­lił, bym uści­snął jego kości­stą dłoń i się uśmiech­nął. W pół­mroku robił mniej oso­bliwe wra­że­nie.
Kenny i ja zasie­dli­śmy w pokry­tej kurzem jadalni, gdzie podano nam smaczny gulasz z pie­czo­nymi ziem­nia­kami. Zapy­ta­łem, czy mógł­bym pod­czas lun­chu wypy­tać go o wszystko.
– Kiedy Eddie wcho­dzi do pokoju matki, zwy­kle zostaje tam na dłu­gie godziny, ale i tak lepiej zacze­kać – szep­nął. Wska­zał poro­zu­mie­waw­czo na schody. – Ma słuch niczym wyżeł myśliw­ski. Dałem mu tro­chę lau­da­num, więc nie­długo zaśnie.
Zauwa­żył moje zanie­po­ko­je­nie.
– Och, nie­wielką dawkę. W prze­ciw­nym razie za chwilę byłby tu z powro­tem. Bie­gałby tu i tam, a w naj­gor­szym razie mógłby uciec. – Wes­tchnął, gesty­ku­lu­jąc w powie­trzu nożem dla pod­kre­śle­nia wagi swo­ich słów. – Nie możemy pozwo­lić, aby Char­lie wygrał. Eddiego to zabije, jeśli Char­lie zosta­nie jego opie­ku­nem. Jest taki wraż­liwy, tak się boi, że wszy­scy wokół chcą go skrzyw­dzić. W rze­czy­wi­sto­ści tylko Char­lie źle mu życzy. Ci dwaj są niczym Kain i Abel. Jeden darzy dru­giego iście biblijną nie­na­wi­ścią.
– Sły­sza­łem plotki. Będę musiał zro­bić sobie notatki z naszej dal­szej roz­mowy. Czy mogę?
– Dla Eddiego wszystko… – prze­rwał i rzu­cił mi poważne spoj­rze­nie. – Nie chciał­bym, żeby pomy­ślał pan, że jestem gotów znisz­czyć Char­liego Fon­secę, byle tylko nie stra­cić pracy. Moim zda­niem on skrzyw­dziłby Eddiego. Chcę postą­pić słusz­nie, nie szu­kam korzy­ści. Kucharka zro­biła dla nas bisz­kopt z owo­cami i bitą śmie­taną.
– Widzę, panie Kenny, że ma pan wiele współ­czu­cia dla mojego klienta; jeśli zaś cho­dzi o bisz­kopt, grze­chem byłoby go nie spró­bo­wać.
Wiel­ko­lud zaru­mie­nił się z rado­ści.

Roz­mowa z panem Hen­rym Ken­nym1
NATHAN SMI­TH­SON

NS: Jak to się stało, że został pan opie­ku­nem pana Fonçeca?
HK: Silny chłop bez rodziny zawsze może zna­leźć w kolo­nii pracę jako drwal. Pew­nego dnia arau­ka­ria, którą mia­łem ściąć, upa­dła w nie­wła­ściwą stronę. Unik­ną­łem śmierci. Zawsze można jed­nak stra­cić rękę albo zmiaż­dżyć nogę. Stwier­dzi­łem, że nie warto.
NS: Zda­rzało mi się wystę­po­wać w spra­wach o wypadki przy pracy. Drwale zwy­kle prze­gry­wają. Pra­co­dawcy twier­dzą, że nie uwa­żali i sami są sobie winni.
HK: Tak to jest. Tra­cisz pracę, nie dosta­jesz odszko­do­wa­nia.
NS: A więc rzu­cił pan tę posadę?
HK: Zatrud­ni­łem się w szpi­talu Yarra Bend jako pomoc­nik do opieki nad waria­tami. Więk­szość z nich jest nie­szko­dliwa. Chcą tylko, żeby ich zosta­wiono samych z ich demo­nami i bólem. Jeden dok­tor powie­dział mi tam o posa­dzie u mło­dego pani­cza, który cierpi na… Jak on to powie­dział?… „przy­gnę­bie­nie i nad­po­bu­dli­wość”. Pen­sja była dobra. Jakich kło­po­tów mógł mi przy­spo­rzyć pięt­na­sto­la­tek? Z pew­no­ścią było to lep­sze niż opieka nad pija­kami w deli­rium, nie­do­ro­zwi­nię­tymi syfi­li­ty­kami, a poza tym… May­field… tu czło­wiek czuje się jak miesz­ka­niec ogrodu bota­nicz­nego, ale bez gości. (Ude­rza­jąca szcze­rość odpo­wie­dzi pana Kenny’ego kazała mi sądzić, że mogę zaufać temu czło­wiekowi. Wszelka prze­bie­głość wydaje się być mu obca).
NS: May­field to piękna posia­dłość, choć leży na odlu­dziu. Jak pra­co­wało się panu u hra­biego de Castel­nau i madame Fonçeca?
HK: Hra­bia był prze­mi­łym dżen­tel­me­nem, mocno już star­szym, gdy go pozna­łem2. Z zapa­łem kolek­cjo­no­wał oso­bli­wo­ści. Eddie naśla­duje go pod tym wzglę­dem. Zbiera liście i owady po całym tere­nie. Nie wolno tego kwe­stio­no­wać ani nawet roz­ma­wiać z nim o tym. Zaczyna wów­czas beł­ko­tać lub popada w szał pisa­nia o niczym, łamie sta­lówki, co ogrom­nie go dener­wuje i trudno go wów­czas uspo­koić. Wygląda, jak gdyby wiatr mógł go prze­wró­cić, ale kiedy wpada w gniew, nastę­puje w nim zmiana. Moje siniaki… Pro­szę tak na mnie nie patrzeć. Ni­gdy go nie skrzyw­dzi­łem. Ni­gdy. Przy­się­gam. Może pan spy­tać innych, jeśli pan chce.
NS: Sam widzę, że pan Fonçeca nie boi się pana. Uważa pana za swego przy­ja­ciela. Czy hra­biego łączyła bli­ska więź z panem Fonçeca? Czy trosz­czył się o sio­strzeńca?
HK: Hra­bia potra­fił zerwać liść w swoim ogródku zio­ło­wym, a potem pozwa­lał Eddiemu obej­rzeć go pod szkłem powięk­sza­ją­cym; poka­zy­wał mu żyłki i różne takie, opo­wia­dał o swo­ich podró­żach, tłu­ma­czył, dla­czego warto zbie­rać rośliny i zwie­rzęta, jak się zmie­niają w róż­nych stro­nach świata. Widzi pan, ja byłem tu tylko na wypa­dek, gdyby Eddie się zde­ner­wo­wał. Widzia­łem więc wszystko. Eddie sia­dał, koły­sał się powoli; nie patrzył na wuja, ale chło­nął każde jego słowo; prze­chy­lał głowę jak cie­kaw­ski ptak… nie jak chło­piec, wie pan, ale jak ptak, który w każ­dej chwili może wpaść w furię lub w stan apa­tii. Hra­bia umiał z nim postę­po­wać; zacho­wy­wał się jak czło­wiek, który opo­wiada dziecku bajkę na dobra­noc. Uspo­ka­jał go. Potem, kiedy hra­bia okrop­nie się roz­cho­ro­wał, Eddie sie­dział przy nim godzi­nami, patrząc, jak drze­mie. Poko­jówki uwa­żały, że to prze­ra­ża­jące, ale mnie się zawsze zda­wało, że na swój spo­sób pró­buje go chro­nić.
NS: Jak madame Fonçeca radziła sobie z cho­robą hra­biego?
HK: W pew­nym sen­sie Eddie jej poma­gał. Gdy wpa­dała w roz­pacz, krzy­czał lub pła­kał, albo ucie­kał. Musiała więc zacho­wać spo­kój, choć miała tem­pe­ra­ment, jak to zwy­kle te cudzo­ziem­skie damy. Tuż przed śmier­cią hra­bia powie­dział mi: „Zaopie­kuj się nimi. Zrób to dla mnie. Wiem, że to zro­bisz”. Więc pró­bo­wa­łem. Na początku to wszystko wyda­wało mi się cho­ler­nie dzi­waczne. Jako młoda dziew­czyna miała swo­ich nie­wol­ni­ków; potra­fiła być wład­cza i wyma­ga­jąca. Ale po swo­jemu kochała Eddiego i nie chciała za nic przy­znać przed sobą, że jest sza­lony. „Słabo się czuje”, mówiła. Twier­dziła, że źle się poczuł, gdy ogar­niała go panika i wrzesz­czał, że wszy­scy pró­bują go zabić. Bez ustanku cią­gała go po róż­nych kono­wa­łach, choć hra­bia tego nie pochwa­lał.
NS: Czy brat odwie­dza go? Czy powie­działby pan, że są ze sobą bli­sko?
HK: Char­lie to czarna owca w rodzi­nie. Wygnała go, kiedy się tu poja­wił po pogrze­bie hra­biego, ponad dwa­dzie­ścia lat temu. Madame Fonçeca leżała wów­czas chora, więc Char­lie mógł robić, co mu się żyw­nie podo­bało. Bóg jeden wie, co powie­dział wów­czas Eddiemu albo co mu zro­bił. „Nie idź z nami – powie­dział mi. – Ja się nim zajmę”. I popro­wa­dził bied­nego Eddiego niczym jagnię na rzeź. Ten wró­cił prze­mo­czony i prze­ra­żony. Przez tydzień nie ode­zwał się ani sło­wem. Char­lie twier­dził, że wpadł do stru­myka. Kłamca. Eddie nie cierpi wody. Boi się, że go ryby pogryzą. Madame Fonçeca zerwała się z łóżka w noc­nej koszuli, czarne włosy miała roz­pusz­czone… Wyglą­dała jak cza­row­nica, gdy tak wrzesz­czała na Char­liego, a on, nie­wzru­szony, zagrzmiał w odpo­wie­dzi: „Może i jestem dia­błem, ale to ty mnie takim stwo­rzy­łaś”. Wtedy zagro­zi­łem, że będzie miał ze mną do czy­nie­nia. Par­sk­nął tylko i stwier­dził, że to dom waria­tów, on zaś jest jedy­nym nor­mal­nym w tej rodzi­nie. Wsko­czył na konia i odje­chał, jak gdyby to jemu stała się krzywda. Nie­zły byłby z niego opie­kun. Nie ma w sobie krzty ser­decz­no­ści. Nie przy­pusz­czam, żeby w ciągu tych dwu­dzie­stu lat odmie­nił się na lep­sze. (Pan Kenny skrzy­żo­wał ramiona, zado­wo­lony, że wyra­ził swe zda­nie o Char­le­sie, i patrzył, jak piszę. Uśmiech­ną­łem się z apro­batą).
NS: Czy kie­dy­kol­wiek odkrył pan, co wyda­rzyło się mię­dzy braćmi tam­tego dnia?
HK: Nie. Eddie trząsł się cały, więc musia­łem go roze­brać. Na ple­cach miał czer­wone ślady, jak gdyby ktoś zbił go laską, a Char­lie miał laskę przy sobie.
NS: Jak pan sądzi, co się sta­nie, jeśli Char­les wygra w sądzie?
HK: Sprzeda ten dom, zanim zdą­żymy się obej­rzeć i wsa­dzi Eddiego do zakładu dla obłą­ka­nych. Czy sądzi pan, że wygra? Czy ma na to szanse?
NS: Czy któ­ry­kol­wiek z braci wyra­żał się kie­dy­kol­wiek o hra­bim de Castel­nau jako o swoim ojcu?
HK: Char­lie i Eddie zawsze nazy­wali go wujem.
NS: Czy hra­bia i madame Fonçeca dzie­lili ze sobą łoże?
HK: Mieli oddzielne sypial­nie. (Pan Kenny zachmu­rzył się. Dostrze­głem, że wcho­dzę na nie­bez­pieczny teren; uzna­łem jed­nak za sto­sowne drą­żyć tę kwe­stię dalej).
NS: Wie pan, co mam na myśli. Cha­rak­ter ich sto­sun­ków ma klu­czowe zna­cze­nie dla sprawy. (Zapa­dło krę­pu­jące mil­cze­nie. Utkwi­łem wzrok w note­sie w nadziei, że posta­nowi mi się zwie­rzyć. Gdy pod­nio­słem oczy, prze­ko­na­łem się, że pozo­stał nie­wzru­szony).
HK: Czy nie możemy pozwo­lić im spo­czy­wać w spo­koju?

Doku­men­ta­cja sprawy
NATHAN SMI­TH­SON

To pierw­szy raport, na jaki natra­fi­łem w archi­wum, doty­czący hra­biego de Fonçeca. Pełne imię i nazwi­sko hra­biego brzmiało: François Louis Nom­par de Cau­mont Laporte, hra­bia de Castel­nau. To nie­zwy­kłe, że jesz­cze sześć­dzie­siąt lat temu ist­nieli tacy ludzie jak on – prze­dzie­ra­jący się przez dżun­glę, ryzy­ku­jący życiem, by lepiej zro­zu­mieć świat, a także rośliny, zwie­rzęta i ludzi, któ­rzy na nim żyją.

Arty­kuł z „The Lon­don Times”, 1846
WYPRAWA NAUKOWA HRA­BIEGO CASTEL­NAU DO AME­RYKI POŁU­DNIO­WEJ

Hra­bia de Castel­nau, który został wysłany przez rząd fran­cu­ski z misją naukową do Ame­ryki Połu­dnio­wej, prze­słał wła­śnie takie oto spra­woz­da­nie do Mini­stra Edu­ka­cji Publicz­nej:
Lima. 26 stycz­nia 1846 r. Mon­sieur le Mini­stre – Minęło dwa i pół roku podróży przez inte­rior kon­ty­nentu, zanim dotar­li­śmy do Limy przez Are­qu­ipę. Licząc krót­sze wycieczki, poko­na­li­śmy odle­głość ponad 2500 mil. Przy­padł mi zaszczyt poin­for­mo­wa­nia Waszej Eks­ce­len­cji, że przy­by­li­śmy do Chu­qu­isaca; z tego mia­steczka uda­li­śmy się do Potosí, sły­ną­cego z kopalni sre­bra, nie­gdyś tak boga­tego, dziś pogrą­żo­nego w nędzy. Przez dwa­dzie­ścia pięć mil od tego punktu droga nasza wio­dła przez naj­trud­niej­sze prze­łę­cze pomię­dzy naj­wyż­szymi szczy­tami Andów; to wyja­ło­wione obszary, pozba­wione roślin­no­ści, gdzie są w sta­nie prze­żyć wyłącz­nie kon­dory olbrzy­mie. Dalej droga jest lep­sza. Gdy już dotrze się do boli­wij­skich gór sto­ło­wych, zie­mia pozo­staje pła­ska aż do La Paz i jest rów­nież wyja­ło­wiona, zaś roz­rze­dze­nie powie­trza, spo­wo­do­wane przez dużą wyso­kość, przy­czy­nia się do powsta­wa­nia bole­snej dole­gli­wo­ści, zna­nej jako s’arra­che. Bez­mierną tę rów­ninę prze­mie­rzają ogromne stada lam i mery­no­sów; te ostat­nie są tu dzi­kie. Minę­li­śmy Oruro i dotar­li­śmy do La Paz, gdzie znaj­duje się sie­dziba rządu boli­wij­skiego. Zbli­żało się wła­śnie święto z oka­zji rocz­nicy bitwy pod Ingavi. Nad brze­giem jeziora Titi­caca zna­leź­li­śmy wspa­niałe ruiny sta­ro­żyt­nego pałacu Inków z Tia­hu­anaco. Jedna z bram wjaz­do­wych sta­nowi piękne dzieło rze­mio­sła, dla­tego spo­rzą­dzi­li­śmy liczne szkice tego zabytku. Do Peru wje­cha­li­śmy mostem Desa­gu­adero. W dro­dze do Puno towa­rzy­szyły nam gwał­towne śnie­życe i gra­do­bi­cia, dla­tego też uzna­łem za sto­sowne porzu­cić chwi­lowo wyty­czoną mar­szrutę do Cuzco i posu­wać się dalej wzdłuż wybrzeża ku Limie, by następ­nie powró­cić do Cuzco po zakoń­cze­niu pory desz­czo­wej. Dla­tego skie­ro­wa­łem się w stronę Are­qu­ipy, a potem do Limy. Zaznaw­szy tu wielce nam potrzeb­nego wypo­czynku ruszymy do Cuzco, stam­tąd zaś udamy się dalej ku Ama­zonce, żeglu­jąc po wodach rzeki Apu­ri­mac. Tym spo­so­bem poko­namy całą dłu­gość pampy del Sacra­mento, choć spo­dzie­wamy się doświad­czyć w dro­dze wielu nie­bez­pie­czeństw. Pozwo­li­łem sobie prze­słać w załą­cze­niu listę przed­mio­tów wyeks­pe­dio­wa­nych do Muzeum Histo­rii Natu­ral­nej. – F. DE CASTEL­NAU
Następ­nie mamy madame Fonçeca, Caro­linę D’Araujo Fonçeca, o któ­rej pisano nie­wiele, w każ­dym razie w ogól­no­do­stęp­nych źró­dłach. W pasz­por­cie wid­nieje jej opis jako osoby smu­kłej, o twa­rzy owal­nej, ciem­nych oczach i wło­sach. Musiała być praw­dziwą pięk­no­ścią.
Oboje przez całe życie pro­wa­dzili pamięt­niki. Hra­bia trak­to­wał je z pew­no­ścią jako przy­czy­nek do pro­wa­dze­nia obser­wa­cji i zapi­sów nauko­wych. Caro­lina – przy­wy­kłem myśleć o madame Fonçeca jako o Caro­li­nie – odczu­wała zapewne potrzebę prze­la­nia na papier swych reflek­sji. Mło­dość spę­dziła na plan­ta­cji poło­żo­nej na bra­zy­lij­skim odlu­dziu. Od naj­bliż­szego mia­sta, Bahii, dzie­lił ją ponad dzień drogi; dróg zresztą nie było, jedy­nie ścieżki wydep­tane przez muły. Pamięt­nik był dla niej, jak mi się zdaje, powier­ni­kiem i przy­ja­cie­lem w świe­cie na ogół wro­gim dla kobiet takich jak ona.
Nie­prze­ło­żone dzien­niki (jego spi­sany po fran­cu­sku, jej po por­tu­gal­sku) znaj­do­wały się w pie­czy pana Wil­liama Sco­biego, eme­ry­to­wa­nego wspól­nika mojej firmy, Blake & Rig­gall. Pan Sco­bie wie­dział, że zaj­muję się sprawą spadku pana Edwarda Fonçeca. Napi­sał do mnie z prośbą o spo­tka­nie. Jako nie­opie­rzony mło­dzik, począt­ku­jący praw­nik, przy­ją­łem ten list od czło­wieka cie­szą­cego się wiel­kim powa­ża­niem jako zaszczyt. Sie­dzie­li­śmy wspól­nie w jego kawa­ler­skim domu w Toorak przy kominku, delek­tu­jąc się wspa­niałą whi­sky. Zdra­dził mi, że hra­bia i madame Fonçeca byli jego naj­bliż­szymi przy­ja­ciółmi. Na łożu śmierci madame Fonçeca (hra­bia zmarł dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej) prze­ka­zała swe dzien­niki panu Sco­biemu wraz z prośbą, aby zacho­wał je dla potom­no­ści; Edward bowiem ich nie rozu­miał, Char­les zaś z pew­no­ścią spa­liłby je, gdyby dostały się w jego ręce. Pan Sco­bie miał zamiar zle­cić tłu­ma­cze­nie pamięt­ni­ków jako żywego dowodu nie­zwy­kłej prze­szło­ści tych dwojga. Nie­stety, madame Fonçeca zmarła tydzień póź­niej, zaś pan Sco­bie, zajęty przy­go­to­wa­niami do pogrzebu, kwe­stiami mająt­ko­wymi oraz Edwar­dem, któ­rego znał od dziecka, zapo­mniał o dzien­ni­kach.
Mie­rząc mnie badaw­czym spoj­rze­niem spod krza­cza­stych, śnież­no­bia­łych brwi, wyja­wił mi, że dzien­niki mogą sta­no­wić klucz do sprawy.
– W tam­tych cza­sach nie roz­ma­wiało się o spra­wach intym­nych. Byli bar­dzo dys­kretni. – Wes­tchnął, a jego wybla­kłe oczy zalśniły od łez. – A jed­nak widać było, że się kochają.
Słowa te poru­szyły mnie, choć sam dotąd nie zazna­łem uczu­cia miło­ści. Przy­sią­głem sobie, że zro­bię wszystko, co będzie w mojej mocy.
Zna­la­złem wszyst­kie wpisy w dzien­niku, które mogą mieć zna­cze­nie dla sprawy spad­ko­wej. Roz­po­czy­nam od zapi­sków madame Fonçeca, ponie­waż świat, w któ­rym żyła, był nie­zwy­kle odmienny od naszego; musia­łem go poznać, by zro­zu­mieć stan jej umy­słu i podej­mo­wane przez nią dzia­ła­nia. Hra­biego łatwiej mi było zro­zu­mieć. Nawet dobry i dzielny czło­wiek nie umie się oprzeć pięk­nej dziew­czy­nie potrze­bu­ją­cej pomocy.

CZĘŚĆ I

Bra­zy­lia
1852–1857

☙ 1852 ❧
Przy­czyna fun­da­men­talna
CARO­LINA

Czwar­tek

Nie­na­wi­dzę mojego życia. Nie­sie mi wyłącz­nie łzy. Nikogo nie obcho­dzi, jak się czuję. Wolno mi tylko odpo­wia­dać „tak” lub „nie” i kiwać głową, gdy mamãe lub Luis do mnie prze­ma­wiają3.
Nie­na­wi­dzę tego miej­sca. Lubię wyłącz­nie biblio­tekę kocha­nego papy. Twarz Luisa pociem­niała niczym burzowa chmura i gotów był razić mnie pio­ru­nem, gdy papa chwy­cił moje dło­nie i rzekł, że książki mają być moje, a nauka jest rze­czą bez­cenną.
Luis ni­gdy nie przy­cho­dzi do biblio­teki. On nie czyta. To dzi­kus, teraz zaś całe engenho należy do niego4. Zacho­wuje się jak dumny pan i władca; tylko czeka, by ktoś sprze­ci­wił się jego woli i zasłu­żył tym samym na chło­stę.
W biblio­tece udaję, że papa nie umarł; wcho­dząc, dygam leciutko, pro­sząc w myślach, aby pozwo­lił mi poczy­tać. To nie­mą­dra, żało­sna zabawa. A jed­nak robię to za każ­dym razem.
Uwiel­biam lite­ra­turę. Czy­tam teraz Eugénię Gran­det. Bal­zac zna się na ser­cach kobie­cych. „Czyż nie jest szla­chetną cechą kobiety, że bar­dziej ją wzru­sza wymowa nie­doli niż prze­py­chy szczę­ścia?”. To takie praw­dziwe. Pod­kre­śli­łam ten frag­ment. Troszkę oble­ciał mnie przy tym strach. Pomy­śla­łam jed­nak: „Ta książka jest moja, wyłącz­nie moja”. Obry­so­wa­łam słowa grubą linią. Bar­dzo dobrze. Widać stąd, że mam głę­bo­kie prze­my­śle­nia.
Mamãe nie pamięta już, jak to jest mieć szes­na­ście lat. A może uro­dziła się stara. Luis… Luis jest pozba­wiony uczuć. Oże­nił się z Marią, żeby powięk­szyć swój mają­tek. Mamãe wciąż spo­gląda na brzuch Marii, w nadziei że zaszła w ciążę, ale to jedy­nie tłuszcz. Objada się tak, że wciąż musi posze­rzać wszyst­kie suk­nie; cho­dząc, koły­sze się jak kaczka, i nie­ustan­nie uskarża się Luisowi. Jestem dla niej nie­miła. Zapo­mi­nam zwra­cać się do niej „droga sio­stro”. Och! Zamy­kam się w gabi­ne­cie papy i udaję, że nie sły­szę jej tubal­nego woła­nia. W kółko gada o niczym. Luis na­dal cho­dzi do nie­wol­nic. Kil­koro dzieci odzie­dzi­czyło po nim długi nos. Wszy­scy udają, że tego nie widzą, a zwłasz­cza Maria. Maria jest prze­ko­nana, że Luis wycho­dzi nocami wyłącz­nie po to, aby pil­no­wać nie­wol­ni­ków, żeby nie upra­wiali czar­nej magii i nie kra­dli jedze­nia i zapa­sów. Jest żało­sna, a Luis jest opry­skliwy i okrutny. Iście nie­biań­ski mariaż.
Wszy­scy kłócą się o pie­nią­dze. Ceny cukru spa­dły i wiele plan­ta­cji w naszym okręgu prze­cho­dzi na uprawę kawy. Luis chce sprze­dać naszych robot­ni­ków. Do kawy potrzeba mniej ludzi, a za pie­nią­dze można by kupić sadzonki. Mamãe mówi, że rodzina Fonçeca upra­wia trzcinę od pię­ciu poko­leń. Luis patrzy na nią z góry i odpo­wiada: „Teraz ja tu rzą­dzę. Ja będę decy­do­wał”. Maria dokłada sobie moqu­eca i wysysa kolejną kre­wetkę. Obrzy­dliwe. Luis uśmie­cha się, zado­wo­lony z sie­bie. Mamãe robi znak krzyża; po obie­dzie wybiera się do naszej kaplicy, by pomo­dlić się za papę i zapa­lić kolejne świeczki za spo­kój jego duszy. Ja mil­czę. Luis zawsze mnie nie­na­wi­dził. Ni­gdy nie wyba­czył mi tego, że się uro­dzi­łam, że byłam ulu­bie­nicą papy, że byłam dziew­czynką, że papa i ja dzie­li­li­śmy liczne upodo­ba­nia. Jestem jak boha­terka powie­ści – wyob­co­wana, nie­ko­chana – tyle tylko, że ni­gdy nic mi się nie przy­tra­fia. Życie pły­nie, jest szare i nudne. Chcia­ła­bym uciec, lecz z pew­no­ścią zła­pa­liby mnie i oddali do klasz­toru. Quelle hor­reur!

Sobota

Nie potra­fię zmu­sić się, żeby wstać z łóżka. Czy­tam smutne wier­sze i chce mi się pła­kać. Kiedy żył papa, każdy dzień był inny. Gdy wra­ca­łam do domu ze szkoły klasz­tor­nej, wpa­dał do mojego pokoju bla­dym świ­tem, doma­ga­jąc się ze śmie­chem, aby jego com­pan­he­ira a sua vida5 towa­rzy­szyła mu w objeź­dzie engenho. Czę­sto zatrzy­my­wa­li­śmy się wów­czas przy drze­wach awo­kado; papa zry­wał jedno, roz­kra­wał je swoim kozi­kiem, posy­py­wał obie połówki cukrem z woreczka, po czym jedli­śmy je, śmie­jąc się i roz­ma­wia­jąc rado­śnie. Życie było wów­czas takie słod­kie.
Nikt ze mną nie roz­ma­wia. Rów­nie dobrze mogła­bym roz­ma­wiać ze starą Patu­lous. Prze­sia­duje na swoim sien­niku w kącie mojego pokoju, jak­bym na­dal była dziec­kiem, prze­biera rośliny i upiera się, bym nosiła przy sobie rutę dla odpę­dze­nia złych duchów. Jak dotąd nic to nie daje. Nie ośmie­li­ła­bym się jed­nak powie­dzieć o tym mãe de santõ – zła­ma­ła­bym w ten spo­sób serce sta­rej pia­stunce, ona zaś mogłaby mnie nawet prze­kląć6. Cóż, wszy­scy mamy swoje tajem­nice.
Po co mam wsta­wać? Nagle przy­po­mi­nam sobie. Nie będę musiała oglą­dać ciotki Julianne przy śnia­da­niu. Nie jest moją rodzoną ciotką. To daleka kuzynka papy ze strony matki. Wczo­raj wie­czo­rem przy­ci­snęła mnie do chu­dej piersi i rze­kła: „Nie zapo­mnij ni­gdy swego cudow­nego papy”. Wiedźma! Jak śmie sądzić, że mogła­bym kie­dy­kol­wiek zapo­mnieć o papie. Nikt jej nie lubi. Ma trzy różańce! Wypa­dają jej włosy. Prze­świ­tuje przez nie różowa, łusz­cząca się skóra. Zawsze, gdy czy­tam o „sta­rych pan­nach”, mam przed oczami obraz ciotki Julianne. Choć od śmierci papy minęły trzy mie­siące, ona na­dal wydziela woń cho­roby, a może sta­ro­ści. Gdy mówi, ślina gro­ma­dzi się w kąciku jej ust. Obnosi się ze swoją poboż­no­ścią i dobrymi uczyn­kami; co za szczę­ście, że wyjeż­dża do kuzyna N., któ­remu wła­śnie uro­dziło się dziecko, i to jemu będzie zawra­cać teraz głowę. Dla­czego to ona nie umarła?
Papa był tak chory, że nie miał siły jej ode­słać. Gdy było po wszyst­kim, zaczęła prze­sia­dy­wać na weran­dzie niczym usy­cha­jąca roślina donicz­kowa.
Pisząc te słowa, sły­szę gło­śny świer­got pta­ków za oknem. Poranny deszcz ustał. Czas wsta­wać.

Nie­dziela

Luis prze­jął po papie zwy­czaj wygła­sza­nia coty­go­dnio­wych bło­go­sła­wieństw. Umarł król, niech żyje król. On jed­nak jest tylko nie­zno­śnym ksią­żąt­kiem. Albo księ­ciem zamie­nio­nym w żabę. Nie, raczej w ropu­chę. Z pew­no­ścią mógłby żywić się muchami i kara­cza­nami. Jest taki odra­ża­jący. Sia­duje teraz u szczytu stołu. Ni­gdy na niego nie patrzę. Maniery ma wprost fatalne. Mãe tego nie widzi, a może nie chce widzieć. Cza­sami jestem pewna, że jest pijany, ale nikt tego nie komen­tuje. Jeśli jestem dość głu­pia, by uchwy­cić jego spoj­rze­nie, zabija mnie wzro­kiem.
Dzi­siej­sze bło­go­sła­wień­stwo dla robot­ni­ków było okropne. Luis poło­żył sobie pod nogami grubą laskę – niczym mil­czącą groźbę – i prze­kła­dał ją wie­lo­krot­nie, by zna­la­zła się ide­al­nie pod kątem pro­stym do jego sze­roko roz­sta­wio­nych stóp. Nik­czem­nik. Mãe stała z boku, w czar­nym stroju, z oczami utkwio­nymi w kru­cy­fik­sie wiszą­cym na ścia­nie. Luis zażą­dał, abym sta­nęła obok niej i patrzyła. „Jeste­śmy rodziną”, przy­po­mniał mi, choć widać było, że wolałby wyklu­czyć mnie z grona swo­ich krew­nych. Podzie­lam jego uczu­cia. Gdy weszli robot­nicy, każdy z nich spo­glą­dał natu­ral­nie na mãe, cze­ka­jąc, aby roz­dała wszyst­kim czy­stą odzież na cały tydzień – koszule i spodnie dla męż­czyzn i białe koszule oraz spód­nice z szorst­kiego lnu dla kobiet. Dziś jed­nak roz­da­wała je Maria. Wła­ści­wie rzu­cała nimi we wszyst­kich, oba­wia­jąc się choćby dotknąć czar­no­skó­rych. Luis stał przy niej, sztywno wypro­sto­wany, cze­ka­jąc, aż każdy z nie­wol­ni­ków wygłosi for­mułkę: „Ojcze, daj mi bło­go­sła­wień­stwo”. Oba­wiali się choćby spoj­rzeć mu w twarz; zamiast tego wpa­try­wali się we wła­sne stopy, gdy Luis mówił: „Ja, król, was bło­go­sła­wię”.
Ofi­cjal­nie sta­łam się obec­nie pro­ble­mem o imie­niu Caro­lina, jedną z tych spraw, któ­rych papa nie zdą­żył zała­twić do końca. Luis chce się mnie pozbyć, wydać za mąż, ale nie ma naj­mniej­szej ochoty dać mi posagu. Nie da mi pie­nię­dzy – bo ich nawet nie mamy – dys­po­nu­jemy wyłącz­nie zie­mią. Per­spek­tywa roz­sta­nia z choćby pię­dzią ziemi rodu Fonçeca jest dla niego nie­zno­śna. Ni­gdy tego nie zrobi. Patrzył na mnie dziś z pogardą, jak zawsze, gdy roz­ma­wiali z mãe o tym, że trzeba wydać mnie za mąż, a ja nazwa­łam go świ­nią. Ude­rzył mnie. Polała się krew. Mãe krzyk­nęła. Maria skrzy­żo­wała tylko tłu­ste ramiona; wyglą­dała na zado­wo­loną. Czego można się spo­dzie­wać po brzyd­kiej gru­ba­sce, która nie może nawet uro­dzić dziecka? Jeśli Maria przy­tyje bar­dziej, będzie musiała prze­cho­dzić przez drzwi bokiem. Nie­na­wi­dzi mnie za moją mło­dość i urodę. To papa powie­dział mi, że jestem piękna; to nie moja próż­ność. Luis zwró­cił się do mãe: „Zrób coś z nią. To cza­row­nica”. Mãe ode­słała mnie do mojego pokoju. Nie mam nic prze­ciwko temu. Mam tu swoje książki, jeśli jed­nak zechcę dostać cokol­wiek do jedze­nia, będę musiała bła­gać go na kola­nach o prze­ba­cze­nie.
Póź­niej, tuż przed obia­dem zeszłam po cichu na dół w poszu­ki­wa­niu mãe. Zna­la­złam ją jak zawsze w kaplicy, pogrą­żoną w modli­twie przed wybla­kłym obra­zem mil­czą­cej Madonny o twa­rzy peł­nej miło­ści. „Caro­lino – zwró­ciła się do mnie – musisz się uspo­koić. Co powie­działby papa?”.
Pochy­li­łam głowę bez słowa. Gdy­bym otwo­rzyła usta, wydo­byłby się z nich krzyk: „Nikogo z was nie obcho­dzi, co ze mną będzie. Papa nie pozwo­liłby Luisowi mnie ude­rzyć ani wydać mnie za mąż, żeby się mnie pozbyć”. Patrzyła na mnie tak smutno, że ule­głam i cicho odmó­wi­łam zdro­waśkę. Uca­ło­wała mój poli­czek, ja zaś roz­pła­ka­łam się, nie z poczu­cia winy, jak sądziła mãe, ale dla­tego, że życie jest takie nie­spra­wie­dliwe. Dla­czego to nie Luis umarł zamiast papy?

Środa

Koniec ze szkołą klasz­torną w Bahii. Mamãe przy­nio­sła mi tę wia­do­mość, ale to sprawka Luisa. Nie­mal sły­szę, jak mówi: „Dziew­częta nie potrze­bują edu­ka­cji. Każdy roz­sądny męż­czy­zna uzna wykształ­ce­nie za skazę na jej cha­rak­te­rze. Ma już szes­na­ście lat. Jest doro­sła. Czego jesz­cze mia­łaby się uczyć? Wystar­czy”. Tak wła­śnie myśli wielu wła­ści­cieli plan­ta­cji. Trzy­mają swoje córki w oko­wach. Nie, to nie tak, ukry­wają je gdzieś w mrocz­nych kątach jak brudną pościel. Bal­zac byłby prze­ra­żony, gdyby dziś żył. Szkoda, że ni­gdy nie odwie­dził Bra­zy­lii. W Bahii nie ma towa­rzy­stwa; może w Rio. Nie wiem. Ni­gdy nie podró­żo­wa­łam; znam świat wyłącz­nie z ksią­żek.
Co gor­sza, mamãe wyjeż­dża do Bahii, do wuja Anto­nia, by szu­kać męża dla mnie. Mąż będzie okropny. Nikogo to nie obcho­dzi, nawet mãe. Zawsze wolała Luisa, swego pier­wo­rod­nego. Liczy się tylko wola syna. Luis chce sprze­dać kolej­nych nie­wol­ni­ków, twier­dzi, że mamy zbyt wiele gąb do wykar­mie­nia. Świetny pomysł! Musi zająć się uprawą kawy i robie­niem pie­nię­dzy. Tak, musi stać się bogaty! Wszy­scy chcemy, żeby mu się to udało. Ha! Nie ja. Luis nie ma poję­cia o kawie, wyłącz­nie ją pije. Wyrzuci Costę i zatrudni nowego zarządcę. To on jest tu panem. Wszy­scy muszą mu się kła­niać. Ja muszę zostać w domu, bo szkoła to strata pie­nię­dzy. To, czego pra­gnę, nie ma zna­cze­nia. Kto chciałby mądrej żony? Nikt.
Mãe chce, aby ciotka Julianne (kuzynka N. zapewne wyzdro­wiała na samą myśl, że na łożu śmierci ciotka Julianne będzie trzy­mała ją za rękę) przy­je­chała i została ze mną, gdy ona będzie roz­py­ty­wała wśród krew­nych o męża dla mnie, ponie­waż Luis jedzie do Rio po sadzonki kawy, a Maria ma zatrzy­mać się u swej rodziny. Dwa mie­siące lub dłu­żej sama z ciotką Julianne! Cho­dzi­łaby za mną jak pies, dopy­tu­jąc się nie­ustan­nie, co robię. „Czy­tasz, dla­czego?”. „Poczy­taj mi – co to zna­czy?”. Gdy­bym ośmie­liła się czy­tać Bal­zaca, wpa­dłaby w furię i spa­liła moje książki. W naj­lep­szym razie kaza­łaby mi czy­tać żywoty świę­tych mãe. Och! Cie­kawe są w nich wyłącz­nie opisy tor­tur. Każ­dego wie­czoru kła­dła­bym się do łóżka, wymy­śla­jąc męczar­nie dla ciotki.
Bła­ga­łam i pro­si­łam, by pozwo­lono mi jechać do Bahii z mamãe lub zostać samej w domu; obie­cy­wa­łam, że będę zacho­wy­wać się bez zarzutu i zro­bię wszystko, czego zechce rodzina – zaak­cep­tuję ich wybór, wyjdę za mąż, będę miła. Ten jeden raz mamãe wzięła moją stronę i rze­kła: „Nie­ła­two jest być kobietą (czy ja w ogóle myślę o sobie jako o kobie­cie?). Jed­nakże dzieci są bło­go­sła­wień­stwem”. Ukry­łam nie­smak. Dzieci! Nie inte­re­sują mnie dzieci. Ani miłość. Ani słowa o miło­ści. Kiedy jed­nak orze­kła, że mogę zostać sama, obsy­pa­łam ją poca­łun­kami.

Ponie­dzia­łek

Jest późno; piszę w łóżku przy świe­tle świecy. Miał się dziś odbyć uro­czy­sty, poże­gnalny obiad. Troje malu­chów bawiło się pod sto­łem, dopra­sza­jąc się o jedze­nie z naszych tale­rzy. Kome­dia. Zacho­wy­wały się jak szcze­niaki, wysta­wiały głowy spod stołu, uśmie­chały się, bły­ska­jąc ząb­kami i pro­siły o kre­wetki i cia­sto mio­dowe. Mãe roz­wo­dziła się nad sakra­men­tem mał­żeń­stwa, pobło­go­sła­wio­nym przez Boga. Maria roz­sia­dła się, tłu­sta i zado­wo­lona z sie­bie: ona wszak osią­gnęła ten stan łaski.
– A miłość? – spy­ta­łam mãe.
W obli­czu takiego zuchwal­stwa aż zbla­dła z obu­rze­nia. Jakże żało­wa­łam, że nie ugry­złam się w język. Luis, który zwy­kle nie zwraca uwagi na nasze roz­mowy przy obie­dzie, wtrą­cił się, plu­jąc okrusz­kami. Według niego jestem okropną dziew­czyną, wyda­nie mnie za mąż będzie gra­ni­czyło z cudem, jestem głu­pia i czy­tam o wiele za dużo. Książki roz­mięk­czyły mi mózg. Zaszcze­piły mi dziwne pomy­sły, ode­rwane od praw­dzi­wego życia. Nazwał mnie prze­mą­drzałą jędzą.
Wszy­scy umil­kli; nawet dzieci pod sto­łem prze­stały jeść. Wybu­chłam.
– Powiedz szcze­rze, Luis, czy kochasz Marię? A może kochasz jej posag i pozy­cję jej rodziny?
Luis wstał i pod­szedł do mojego krze­sła; sta­nął za nim, sapiąc. Odwró­ci­łam się, jakby powo­do­wana nie­wi­dzialną siłą. Rzu­cił się na mnie z pię­ściami. Zoba­czy­łam gwiazdy.
Mamãe krzyk­nęła:
– Prze­stań!
– Widzisz, z czym muszę się mie­rzyć, mãe? – szczek­nął Luis. – Wyro­sła z niej zupełna dzi­ku­ska. Wynoś się. Do swo­jego pokoju.
– Podła dziew­czyna – dodała Maria. – Dosta­łaś to, co ci się nale­żało. Nikt się z tobą nie ożeni. Jesteś sztuczna, snu­jesz się z kąta w kąt, uda­jąc tra­giczną hero­inę. – Przy­cią­gnęła do sie­bie Luisa i poca­ło­wała go prze­cią­gle. – Oto miłość – ogło­siła.
Krę­ciło mi się w gło­wie. Odsu­nę­łam krze­sło i sta­nę­łam przed Luisem. Zapy­ta­łam słodko, czy mogę odejść.
Wbił palce głę­boko w moje ramię.
– Teraz ja jestem głową tej rodziny. To, czy wyj­dziesz za mąż, za kogo i kiedy, zależy ode mnie.
Zdo­by­łam się jedy­nie na dygnię­cie, nie mogąc wymó­wić ani jed­nego słowa wię­cej. Pró­bu­jąc zacho­wać resztki god­no­ści, powoli wyszłam z pokoju, powta­rza­jąc w myślach: „Nie płacz; nie pozwól, żeby zoba­czył twoje łzy; niech nie myślą, że cię poko­nał”.
Co mam robić?

 
Wesprzyj nas