Nowa książka autorki zekranizowanego przez Netflix „Ukochanego dziecka”. Od mocnego debiutu „Ukochane dziecko” po bezgraniczny mrok „Perfect Day” – każda jej książka ukazuje spektrum ludzkich traum.


W 2022 roku Romy Hausmann zadebiutowała książką „Ukochane dziecko”, szturmem podbijając tysiące czytelniczych serc w Polsce i szybko stając się bestsellerem. W recenzjach czytaliśmy, że to coś zupełnie innego, niż znałyście dotychczas i thriller przez wielkie T. Nadszedł czas na kolejną przerażającą historię pióra niemieckiej autorki!

Minęło dwadzieścia lat, odkąd Julie Novak zniknęła. Jej rodzina się rozpadła. Jedyną osobą, która wciąż wierzy, że dziewczyna żyje, jest jej ojciec, Theo. Nie przestaje jej szukać. Któregoś dnia kontaktuje się z nim podcasterka Liv. Twierdzi, że natrafiła na nowy trop. Theo chce poznać prawdę, ale musi się spieszyć, ponieważ cierpi na postępującą demencję i jego umysł powoli ogarnia ciemność.

Kto wiele lat temu porwał jego córkę? Dlaczego były chłopak Julie, Daniel, tak skrupulatnie zamknął sypialnię zmarłej matki? I czy istnieje coś okrutniejszego niż niepewność co do losu własnego dziecka?

***

Romy Hausmann nie pisze po prostu thrillerów psychologicznych. Tworzy światy mówiące o lęku, poczuciu winy i tęsknocie za wybawieniem. Od mocnego debiutu „Ukochane dziecko” po bezgraniczny mrok „Perfect Day” – każda jej książka ukazuje spektrum ludzkich traum. Postaci, które są obciążone winą innych, rodziny przypominające więzienia, zbrodnie bez krwi, ale zostawiające ślady w pamięci. Pióro Hausmann jest ostre, ale nigdy bezduszne. Autorka nie ocenia, tylko obserwuje. I właśnie w tym – w tych najcichszych linijkach – kryje się prawdziwa odwaga.
Giouli Tsakalou, „Eleftheros Typos”

Romy Hausmann
Córeczka
Przekład: Agata Teperek
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 11 lutego 2026
 
 


Kiedyś, dawno temu, kilka ryb zbłądziło i u wybrzeża Meksyku wpłynęło do głębokich grot, do których w ogóle nie dochodziło światło. Powinno było to oznaczać dla nich wyrok śmierci, one jednak, zamiast umrzeć, dostosowały się do panujących warunków, do zimna i ciemności. Dla lepszej orientacji oddawały coraz więcej ze swojej zdolności widzenia na rzecz zmysłu równowagi, miało to znaczące konsekwencje dla ich dalszego rozwoju. Najpierw straciły kolor, ubarwienie. Potem z ich oczu zanikła siatkówka, aż w końcu w ogóle przestały wykształcać oczy.
Są paskudne i słabe.
Ale żyją, mimo wszystko.
Takie uczyniło je ich otoczenie, są tym, do czego zmusiła je natura. Zastanawiam się, co by było, gdyby którejś z ryb udało się wypłynąć z tego głębokiego, czarnego labiryntu. Gdyby dotarła do lśniącej w słońcu powierzchni. Czułaby światło? Czułaby ciepło? Czy z czasem znów by się do tego przyzwyczaiła? Odzyskała oczy i wzrok? A może byłaby…
Urywam. Ktoś z tyłu kładzie mi dłoń na barku i mocno ściska, czym przywołuje mnie do rzeczywistości. Jeszcze raz głęboko oddycham, z nadzieją, że uspokoję rozedrgane palce.
Daj mu jego spokój, brzmi instrukcja.
Przypuszczam, że nie wolno mi przesadzić. Mimo to chcę przynajmniej spróbować. Muszę.
– Masz na myśli… to znaczy… może zająłbyś się w weekend światłem? – Zerkam na sufit; pośrodku wystają dwa gołe kable, wyglądają jak obumarłe pędy roślin.
– Tak, może – słyszę w odpowiedzi, a uścisk na moim ramieniu tężeje po raz wtóry, jakby dla przypomnienia, co leży na szali. Opuszczam palce na klawiaturę i zaczynam stukać.
Musisz przestać mnie szukać.
I tak mnie nie znajdziesz, tutaj, na dole, w tej głębokiej, ciemnej grocie, dodaję w myślach.

1. Scenariusz
Dziesięć dni wcześniej

Theo

Klik, rozlega się w głowie. Klik, jak przy pstrykaniu staroświeckim włącznikiem.
Widno, orientacja: siedzę na krześle. Nie siadałem. Wokół białe ściany, przede mną to… no to… jak mu tam… biurko, drewniane, z drzewa wiśni, może mahoniowe. Po lewej okno, słońce, tańczący w powietrzu kurz. Nie rozmywaj się na drobne, Theo. Szczegóły tylko odciągają uwagę.
Od niego, mężczyzny. Wysoki i smukły, blada cera, spiczasty nos jak dziób koguta. W białym kritlu. Dotykam piersi, patrzę po sobie. Mam koszulę, na niej sweter. Mężczyzna jest w moim kritlu.
– Theo.
Skąd on wie, jak mi na imię? O co chodzi? Zrywam się z miejsca, krzesło leci do tyłu. Wiem na pewno, nie siadałem na krześle! Ten patyczak zbiera się w sobie, chwyta kołyszące się krzesło, zanim to będzie runięte na ziemię.
– Wszystko dobrze.
Głos jest spokojny, monotonny, częstotliwość jak środek przeciwbólowy. Podnoszę ręce, obejmuję pulsujące skronie. Środek do narkozy na dziesięć liter: Sufentanyl. C22H30N2O2S. Opioid syntetyczny, najsilniejszy dopuszczony do stosowania u ludzi. Numer WE: 641-081-8. Teraz to do mnie dociera. Uśpił mnie. Uśpił mnie i posadził na krześle.
Muszę się wydostać, natychmiast muszę się stąd wynosić. Patyczak, kuśtykając, podąża za mną, odprowadza mnie do drzwi.
– No widzisz – mówi, jakby chciał mi czegoś dowieść. Żebym to wiedział, co takiego chce mi przekazać. Nie znam go, to kompletnie obcy facet. Nie, nie obcy. Jest jakieś mgliste przeczucie. Ból.
– Proszę. – Ostrożnie sięgam po klamkę. – Mam żonę. Ma na imię Vera. Z pewnością już na mnie czeka z kolacją.
Patyczak dotyka mojego ramienia, powoli kręci głową. Znów ten monotonny głos:
– Vera na ciebie nie czeka, Theo. Ona nie żyje od czterech lat.
– Nie żyje – powtarzam łamiącym się głosem. Nie znajdę adwokatnej zniewagi dla swojego viceversa, a łzy już spływają mi po policzkach.
Dupek.
Już wiem, co chciałem mu powiedzieć. I wściekam się na siebie, że nie wpadłem na to w odpowiednim momencie. Patyczak z kogucim nosem: To Claus, Claus Dellard. Pragnie być koryfreuszem w dziedzinie neurologii i psychiatrii. A jest dupkiem. Starym, wyniosłym donosicielem. Zamiast zostawić mnie w spokoju, zadzwonił po Sophię i stąd cały ten ananas. Poniżona zabiera mnie od Dellarda, jak matka odbiera wyrodnego syna z dywanika dyrektora szkoły. Przepraszam cię, Claus. Najwyraźniej nie miał dziś dobrego dnia, Claus. Tak, Claus. Zajmę się nim, Claus.
Claus – pah!
– Może nie jest to wcale takie nie do pomyślenia, że dobrowolnie usiadłeś na krześle w gabinecie – mówi teraz Sophia. – Bądź co bądź, byłeś umówiony na wizytę. A wtedy przecież się siada, to całkowicie normalne.
Burczę. Wolałbym, żeby się nie mieszała. Mam siedemdziesiąt cztery lata i umiem jeździć autobusem. Każdy głupek to umie. Jak bym miał inaczej dostać się do tego szpitala.
– Tato?
– Co jeszcze ci nagadał ten idiota?
– Masz na myśli Clausa? Nic! Nikt mi nic nie nagadał.
– Nie kłam, Sophio. – Z pewnością powiedział jej o Verze. Jakbym nie wiedział, że nie żyje. Jakby mnie przy tym nie było i jakbym nie trzymał jej wtedy za rękę. I jakby ta kolacja nie miała być jedynie wywiadówką, żeby pozbyć się Dellarda, ale w tym całym ananasie po prostu zdarzyło mi się małe przejęzyczenie.
W tym momencie zerkam na zegarek w samochodzie Sophii: środek dnia, dwunasta czterdzieści trzy. Chodziło mi o „obiad”, „obiad” miałem na myśli.
– Zadzwonili z rejestracji i spytali, czy mogłabym po ciebie przyjechać. I tyle, tato. Naprawdę. – Posyła mi krótkie spojrzenie z boku i coś jakby uśmiech, co w jej mniemaniu ma mi dodać otuchy. Nienawidzę, kiedy tak robi.
– Zapewne znów ci coś…
– Tato, proszę. Przecież byłeś tam cały czas. Co takiego miałby mi o tobie nagadać?
Zerkam na nią. Wygląda jak Vera, kiedy była młoda, tylko w takiej bardziej szorstkiej wersji, z drobniejszymi rysami i karbem w kształcie litery V między brwiami. I kolorem włosów; tak, kolor włosów też jest inny. Okropny. Liczę. Sophia musi mieć trzydzieści cztery lata. Tyle, ile Vera, kiedy ją rodziła. 2876 gramów, 47 centymetrów. Pędraczek. Ha. Tracę pamięć, akurat!
Muszę się dowiedzieć. Muszę wiedzieć, czy Sophia mówi prawdę. Jestem pewien, że nie zachowa tego zbyt długo dla siebie, jeśli Dellard nagadał jej głupot, że zapomniałem o śmierci jej ukochanej matki. Test, tak. Poddam Sophię testowi.
– Twoja matka – rzucam i nie mówię nic więcej, tylko czekam na reakcję.
– Co z nią?
– Z kim?
– Z mamą. Zacząłeś coś o niej mówić.
Moja Vera, uśmiecham się.
– Była taka piękna. – Wyglądam przez okno, zerkam na niebo. – Pamiętasz, jaka była piękna, Sophio? Pamiętasz to jeszcze?
– Oczywiście, tato. Była przepiękna.
– Nie tylko zewnętrznie, prawda? Także wewnętrznie była najpiękniejszą osobą na świecie. Wierzyła, że prawdziwa natura człowieka siedzi w jego sercu.
– Tak, była bardzo wyjątkowa.
– Całymi dniami nie robiłem nic innego, tylko rozcinałem klatki piersiowe, i po co to? Serce to przecież zawodna gruda, nic więcej. Ale z twojej matki była zagorzała romantyczka, całe życie zdawała się na tę grudę. – Wzdycham, ale zaraz sobie przypominam, dlaczego w ogóle zacząłem mówić o Verze. Zapewne nawet dobrze, że nic nie usłyszy o tym wszystkim. Prawdziwa natura człowieka tkwi gdzieś indziej. Nie w jego sercu, tylko tuż za czołem. W płacie czołowym, Lobus frontalis.
– Tak, to fakt. Ale mimo wszystko radziłaby ci teraz całkowicie racjonalnie, żebyś dał szansę Clausowi. Jest bardzo kompetentny i do tego ma wiele empatii.
Odwracam wzrok, spoglądam na Sophię siedzącą za kierownicą. Długie, ufarbowane na czarno włosy są wilgotne, zostawiły wyraźny ślad na niebieskim podkoszulku. Może zadzwoniono do niej ze szpitala akurat w chwili, gdy stała pod prysznicem.
– Skąd to przekonanie co do jego kompetencji? Tylko dlatego, że nosi biały kritel?
– Kitel, tato.
Właśnie otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć, kiedy Sophia dodaje:
– Przepraszam. Myślałam po prostu, że będziesz czuć się u niego swobodniej niż u obcego lekarza, dla którego jesteś tylko kartą pacjenta. Jakkolwiek patrzeć, pracowaliście razem przez lata. I jest twoim przyjacielem.
Brzmi to jak pytanie. Nie uważam go jednak za warte odpowiedzi. Claus Dellard nigdy nie był moim przyjacielem. Co najwyżej nadętym kogutem. Już wcześniej nie mogłem go znieść, teraz nie mogę trzy razy bardziej.
Dłuższą chwilę jedziemy w milczeniu. Aż Sophia mówi:
– W sprawie twojego auta dzwoniłam już do Richarda. Odbierze je po pracy.
– Och. – Czyli wcale nie dotarłem do szpitala autobusem. Nie, przyjechałem tam sam. Ciemnozielony saab, rocznik dwa tysiące jedenaście, stoi w tym… no… jak mu tam… w garmażu szpitalnym.
– Richard jest…
– Twoim mężem. Nie jestem głupi, Sophio.
– Nie o to mi wcale…
– Bądź już wreszcie cicho.
Słucha mnie, milczenie jest lepsze. Po przejechaniu dwóch skrzyżowań z sygnalizacją robi mi się przykro. Była taka mała, kiedy się urodziła, ot, pędraczek. Znów zerkam w lewo.
– Ty też jesteś piękna.
– Dziękuję, tato.
– Tylko te twoje włosy mi się nie podobają.
– Wiem, tato.
Ponownie spoglądam przez okno – w górę, na niebo, na ten błękit. Jesteś tam gdzieś, Vero? Widzisz mnie? Jeśli tak, to lepiej odwróć wzrok. Dellard twierdzi, że się zmieniłem. Tego samego zdania jest Sophia. Trę oczy, za jednym zamachem wycieram też czoło. Sophia powinna myśleć, że się pocę, nic więcej, że tylko się pocę, to przecież całkowicie normalne w środku lata. Ten, kto się nie poci, nie żyje. Lub cierpi na anhydrozę, zmniejszenie wydzielania potu, często o podłożu genetycznym. Silna postać anhydrozy może prowadzić do zaburzeń termoregulacji, w najgorszym wypadku do udaru cieplnego. A ten z kolei do śmierci. Wiem to przecież. A więc lepiej od razu wytrę sobie twarz. Nie dlatego, że płaczę – co to, to nie, ja nie płaczę! Nigdy! Zdarza mi się to naprawdę rzadko! – tylko tak po prostu, bo jestem zdrowym, całkowicie zdrowym, żwawym, pocącym się człowiekiem. Ha! Triumfowo spoglądam po raz kolejny na Sophię, ona jednak wcale na mnie nie patrzy, skupia się na jeździe. Nawet lepiej, bo jej umiejętności jeździeckie są równie okropne co włosy.
– Jeśli chcesz, to wejdę z tobą – mówi, zatrzymawszy się przed sześciopiętrowym blokiem w Spandau. – Moglibyśmy razem wypić kawę.
Kręcę głową i otwieram drzwi po stronie pasażera.
– Piętro drugie, miejsce parkingowe numer sześćdziesiąt osiem, między srebrnym audi A6 a czerwonym mini cooperem, o ile te będą tam jeszcze stały wieczorem.
Patrzy na mnie skonsternowana.
– Richard – przypominam jej. – Dziś po pracy ma przyprowadzić mój samochód.
Obmacuję kieszenie spodni i robionego na drutach swetra, wreszcie znajduję kluczyk. Już mam go odłożyć na środek deski rozdzielczej, kiedy Sophia mówi:
– Może lepiej weźmiemy go na razie do siebie nad Weißensee.
Wybałuszam oczy, dłoń wciąż wodzi po desce rozdzielczej.
– Nie powinieneś sam prowadzić, tato. – Wzrok ma rozbiegany, od razu widać, że z trudem przychodzi jej spoglądanie mi w oczy.
– Pod względem czysto prawnym wygląda to tak, że we wczesnym stadium…
– Tato, proszę.
Upuszczam kluczyk na deskę rozdzielczą, wysiadam, ruszam do wejścia. Za plecami słyszę, jak Sophia wyłącza silnik, potem znów zatrzaskują się drzwi samochodu.
– Tato!
Odwracam się. Wydaje się smutna. Wilgotne włosy zwisają smętnie, podobnie jak wąskie ramiona i kąciki ust. Rusza z miejsca i chwilę później przyciska się do mnie mocno; ogarnia mnie poczucie, że jej serce wbije się mi w pierś. Staram się wytrzymać i nie złościć. Na Sophię, która z pewnością myśli sobie, że jak mnie przytuli, to będzie po sprawie. Na Clausa Dellarda, tego głupiego koguta. Na cały świat, który sprzysiągł się przeciwko mnie. Nawet na Boga, w którego w zasadzie nie wierzę, ale który być może jest i chce mi dowieść swojego istnienia, odbierając to, co pozostało mi jako ostatnie. Do dziś bowiem byłem pewien, że dwie rzeczy będą zawsze niezmienne, bez względu na to, jak jakiś idiota zakwalifikuje mój stan. Dwie rzeczy, które nie tkwią w rozpływającej się szarej masie za czołem. Które być może nie siedzą nawet w tej zawodnej grudzie, gdzie dopatrywała się ich Vera. Dwie rzeczy, które wnikły głębiej: do kości, do całej mojej istoty. Które wdycham i wydmuchuję każdego dnia, w każdej godzinie, sekunda po sekundzie.
Pierwsza z nich: śmierć Very.
Wracam pamięcią do gabinetu Dellarda: muszę przyznać, że złapał mnie na niewiedzy. Przynajmniej przez króciuteńką chwilę.
Ale skoro coś takiego może się przydarzyć, co to znaczy dla tej drugiej kwestii? Co to znaczy dla ciebie, Julie? Co, jeśli któregoś ranka się obudzę, nie pamiętając, że kiedykolwiek istniałaś? Zapewne będzie to dzień, kiedy popełnię samobójstwo, jakby zdalnie sterowany, nie mając bladego pojęcia dlaczego. Odsuwam od siebie Sophię i mówię:
– Idź już.

Liv

Liv: Julie Eileen Novak przychodzi na świat szóstego czerwca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku w berlińskiej dzielnicy Mitte jako najstarsza córka Very i Theo Novaków. Theo, światowej sławy chirurg, jest ordynatorem Oddziału Kardiochirurgii w stołecznym Szpitalu Klinicznym Charité. Dzięki temu może zapewnić rodzinie dostatnie życie, by nie powiedzieć, że Novakowie opływają w luksusy w swoim ogromnym domu w willowej dzielnicy Grunewald. Vera, z wykształcenia nauczycielka, rezygnuje z pracy po ślubie z Theo, żeby w pełni poświęcić się rodzinie. W dzisiejszych czasach może to uchodzić za staroświeckie rozwiązanie, ale jesteśmy w latach osiemdziesiątych, w czasach, gdy na ogół panowała jednomyślność co do podziału ról płciowych. Mówiąc krótko: tatuś przynosi pieniążki do domu, a mamusia gotuje mu za to coś dobrego i dogląda potomstwa. Na dłuższą metę to jednak nie wystarcza Verze; chce czuć się potrzebna także poza domem. Dlatego angażuje się w pomoc dzieciom i młodzieży z chorobami psychicznymi. Coś takiego wydaje się z kolei bardzo nowoczesne, bo – powtórzmy jeszcze raz – mówimy o końcówce lat osiemdziesiątych, gdy podejście na przykład do depresji czy choroby afektywnej dwubiegunowej było zupełnie inne niż obecnie. Mała Julie jest wielkim szczęściem Novaków, a to szczęście jeszcze się powiększa, kiedy dwa lata później rodzi się jej siostra Sophia. Do rodziny należą ponadto kotka i au pair, która pilnuje Julie i Sophii, gdy Vera ma coś do załatwienia w ramach swojego wolontariatu. I albo kot, albo au pair nazywa się Feline… Ha, ha, ha, to spojrzenie, Phil! Bezcenne! Ale ze źródeł naprawdę jasno to nie wynika. Raz kotka jest nazywana Feline, raz au pair…
Phil: A niech mnie, tylko to sobie wyobraź, przyjeżdżasz gdzieś jako au pair i nazywasz się może… sam nie wiem… Nicole lub Jacqueline. A potem lądujesz w prasie i dziennikarze określają cię imieniem kota.
Liv: Z drugiej strony może się cieszysz, że nikt nie zna twoich prawdziwych personaliów, bo doniesienia prasowe dotyczą mimo wszystko przestępstwa. Może więc wcale nie zależy ci na tym, żeby być w centrum zainteresowania. W każdym razie Novakowie, jak to często bywa w naszym podcaście, stanowią absolutnie… no?
Phil: Rodzinę jak z obrazka. Oczywiście. To niemal klasyka.
Liv: Dokładnie. I żebyś mógł to sobie lepiej wyobrazić, przyniosłam ci zdjęcie, na oko zrobione jakoś w dziewięćdziesiątym siódmym. Julie musiała mieć wtedy dziesięć lat, a jej siostra Sophia – osiem.
Phil: Wow, skąd je wytrzasnęłaś?
Liv: Cóż, mon cher. Mam swoje źródła.
Phil: To na pewno… Tak, już na pierwszy rzut oka widzę, w czym rzecz. Przypomina to bardziej reklamę proszku do prania niż rodzinną fotografię. Mama, tata i dwie małe rudowłose dziewczynki, wszyscy siedzą razem na kocu piknikowym na pomoście i patrzą w obiektyw. I to wszystko wydaje się takie kompletnie… cóż, jak by to określić…? Sztuczne, zahacza niemal o kicz. Dziewczynki mają warkocze ze wstążeczkami i są ubrane w identyczne różowe sukienki. Ojciec rodziny wygląda jak wykapany lekarz. Charyzmatyczny, ale jakiś taki ugładzony, jak ulizany telemarketer. Ma na sobie jasnoniebieską koszulę z podwiniętymi wysoko rękawami i podniesionym kołnierzykiem, do tego beżowe szorty i granatowe mokasyny. Tak, a matka… powiedziałbym, że olśniewająco piękna. Równie dobrze mogłaby być słynną aktorką. Ma długie rude włosy, a na sobie jasnożółtą sukienkę.
Liv: Coś jeszcze?
Phil: Hm, zakładam, że zdjęcie zrobiono na posesji Novaków, jest położona tuż nad jeziorem i znajduje się tam pomost dla jachtów. Przed rodziną są rozłożone na kocu pojemniki z jedzeniem – przynieśli kanapki, owoce i krojone warzywa. I wszyscy się uśmiechają. No cóż, wszyscy poza jedną osobą.
Liv: Dokładnie do tego zmierzam. Tak naprawdę Julie nie wydaje się wcale szczęśliwa, prawda?
Phil: Fakt. Zdjęcie jest na tyle stare, że brak ostrości. Mimo to widać na nim jak na dłoni, że Julie ma skrzywioną minę. Tak jakby przed chwilą płakała.
Liv: A jeśli przyjrzysz się nieco dokładniej, to być może zauważysz coś jeszcze.
Phil: Wow, ale odjazd. Masz rację. Na sukience widać liczne czerwone plamy. Czy to… krew?

Theo

Nie na rękę mi, że Sophia idzie na górę. Jest jednak uparta, jak matka, niełatwo jej się pozbyć. Próbowałem wszystkiego, naubliżałem Richardowi, co do którego nie mam wcale pewności, że nie zarysuje mi korozji, wyjeżdżając z garmażu. Naubliżałem nawet Sophii, krytykując ten okropny kolor włosów i chuchrowatą sylwetkę. Powiedziałem, że nie dziwota, że musi chodzić w długich portkach nawet w lecie. Skoro jest taka chuda, to stale marznie i trzęsie się jak srający pies. Mimo to depcze mi po rzepkach, kiedy wspinamy się na trzecie piętro. W oczy rzuca mi się poniżająca karteczka samoprzylepna na drzwiach toalety; nie pamiętam, czy zrobiłem dzisiaj rano to… no jak to się nazywa… zmyłem naczynia. Albo wczoraj. Wstydzę się. Bo nie mogę sobie przypomnieć, czy odbębłem zmywanie, i za unoszący się na klatce zapach zupy gulaszowej; nic nie mogę na to poradzić. Wstydzę się z powodu niewielkiej kałuży koło lewej stopy Sophii; może to woda, lecz równie dobrze może to być piwo lub psie siuśki. Przede wszystkim wstydzę się swojego mieszkania, w którym lada chwila zaserwuję córce kawę. Jest małe i ponure. Bez porównania z domem, w którym dorastała, ot, bezduszne zaświadczenie o porażce. Znienacka odwracam się i rozkładam ręce, jak wielki spanikowany ptak rozpościerający skrzydła. Sophia w samą porę robi unik.
– Ciii, tato – mówi, kiedy mija pierwsze przerażenie. – Nazywasz się Theo Novak. Jesteś w domu, na klatce schodowej, idziesz do swojego mieszkania w Spandau. To ja, Sophia, twoja córka. Kocham cię, nie musisz się bać. – Z każdym słowem jej dłoń ostrożnie przysuwa się do mojego policzka, aż stojąca jeden stopień poniżej mnie Sophia znajduje się na mojej wysokości i dotyka mojej twarzy.
– Proszę, idź już. – Mój głos przypomina niemal dyszenie.
Kręci głową.
– Idź. – Tym razem syczę.
Zwleka.
– Może chociaż wezmę od ciebie pranie? – W jej spojrzeniu dryfuje coś, czego w pierwszej chwili nie umiem umiejscowić. Wiem tylko, że żadne dziecko nie powinno tak patrzeć na swojego ojca.
– Nie trzeba. – Odwracam się plecami i pokonuję resztę schodów na trzecie piętro.
Mój świat, świat złożony z bałaganu, złości i żółtych karteczek samoprzylepnych zapisanych charakterem pisma Sophii. „Kuchnia” informuje jedna z nich i wisi stosownie na końcu wąskiego korytarza na drzwiach, które prowadzą do kuchni. Na lodówce – kolejna karteczka, a na niej: „Lodówka – tylko jedzenie!”, bo kiedyś ktoś przez nieuwagę włożył do niej gazetę. Nie wiem, ile razy odrywałem te głupie karteczki, zgniatałem i wrzucałem do śmieci. Nie dlatego, że zapomniałem to w patologiczny sposób, tylko dlatego, że nawet głowa bez diagnozy nie byłaby w stanie zliczyć tych wszystkich razów. Robię to zawsze, gdy się obawiam, że Sophia może złożyć mi wizytę – o „odwiedzinach” od dawna nie ma już mowy. Niech sobie nie myśli, że pogodziłem się z tymi jej przeklętymi karteczkami; niech sobie nie myśli, że nie radzę sobie we własnym domu. Nie jestem głupi, co najwyżej nieco roztrzepany. Nic nowego; już Vera mi to wytykała, odkąd po raz kolejny zapomniałem z domu aktówki. Ach, moja Vera. Robiła najlepsze boeuf… no jak mu tam… na świecie. No, ten od nazwiska słynnej rosyjskiej rodziny arystokratycznej, na dziewięć liter: Stroganow. Tak, właśnie. Przechodząc obok, zrywam z lodówki karteczkę i przeciskam się obok stołu do okna. Przy odrobinie dobrej woli widok na fasadę przeciwległego budynku ukazuje się w lepszejszym świetle, gdy w oddali lśni jezioro, którym lekka bryza kołysze w promieniach słońca. Nie widać ścian oszpeconych graffiti, dzięki soczyście zielonym rozłożystym drzewom, które wyciągają się ku kablowatemu niebu. Bo nie ma na pierwszym planie Sophii, która w tej chwili chce wsiąść do samochodu, ale zwleka, by posłać ostatnie spojrzenie w okno mojej kuchni. Zamiast niej widzę rowerującą Julie, która się waha, kiedy dostrzega mnie w oknie gabinetu. Widzę, jak się uśmiecha, w konspiracyjnym geście przykłada palec do zdziubkowanych ust i mruga. Udając zrezygnowanego, kręcę głową i też się uśmiecham. „Uważaj na siebie, aniołku”, mówią bezgłośnie moje usta. Julie, ona mnie rozumie, dzielące nas metry i ściany nie mają znaczenia, zawsze tak było, i córka odpowiada mi cicho, choć w przenikliwy sposób: „Kocham cię, tato”. Następnie wsiada na rower, ubrana w ulubione dżinsy – dzwony z dziurami na kolanach – i starą bluzkę Very z lat siedemdziesiątych, po czym odjeżdża. Znów kręcę głową i odwracam się od okna. Vera, ona wzburzona zmyłaby Julie uszy, gdyby tylko wiedziała, że zamiast uczyć się w pokoju do jutrzejszego sprawdzianu z biologii, nasza córka woli spotkać się z przyjaciółkami. A może nawet z jakimś kawalerem? Nie, myślę sobie. O czymś takim by mi powiedziała.
Uśmiechając się pod nosem, siadam przy biurku, biorę długopis i otwieram kartę pacjenta. Ryba z karpiowatych na trzy litery: jaź. Rzeka zapomnienia w mitologii greckiej na cztery: Lete. Kwiat (duchowej) dorosłości na pięć liter: lotos, koniec życia na sześć…
Wydaję odgłos, który nawet w moich uszach brzmi obco. Nie siedzę przy biurku w willi w Grunewaldzie. Siedzę w kuchni dwupokojowej nory w Spandau. A akta pacjenta to poranne wydanie „Berliner Rundschau”, rozłożone na stronie z krzyżówkami. Gwałtownym ruchem zmiatam gazetę ze stołu. A potem ryczę jak dziecko, po raz trzeci tego dnia.
Przepraszam cię, Julie.
Przepraszam.

Daniel

„Na sukience widać liczne czerwone plamy. Czy to… krew?”
Nic nie mogę poradzić, że przewracam oczami. Już na samo to, jak to ujęli, jakby mieli zdjęcie Novaków na wyłączność. Cóż, mon cher. Mam swoje źródła. Nic nie masz, Liv Keller. Zero szacunku, zero etosu, zero pojęcia, co najwyżej Google. Tam można znaleźć to zdjęcie w setkach wersji, bo nie było wtedy praktycznie ani jednej gazety, która by go nie przedrukowała. Myślę nawet, że to sam Theo Novak udostępnił je redakcjom; w każdym razie pokazał je kiedyś w wywiadzie telewizyjnym. Zresztą mniejsza o to, ten temat był już tydzień temu poruszany w innym podcaście o tematyce True Crime. I również w nim infantylna para moderatorek rozwodziła się w nieskończoność o zapłakanej Julie i czerwonych plamach na jej sukience, by chwilę później stwierdzić, że z pewnością chodzi tu o rozpryśnięty sok z wiśni, które widać w jednym z plastikowych pojemników na kocu. Dałbym sobie rękę uciąć, że tutaj też zaraz będzie mowa o jakimś omenie.
„…mimo wszystko wydaje się to trochę makabryczne, nie sądzisz? Jak spojrzenie w przyszłość…”
Pauzuję i ściągam słuchawki z uszu. Wiedziałem. Omen. Nie skończy się to dobrze dla Julie. Raz ci się zdarzy w dzieciństwie mieć kiepski humor i do tego ufajdać sobie odświętną sukienkę, a już zostajesz skazana na śmierć. Jesteście obrzydliwe, wy, hieny prowadzące podcasty, wiecie o tym? Jesteście obrzydliwi i tacy przewidywalni! Dopiero kiedy zaczynają mnie boleć kłykcie, spostrzegam, jak mocno ściskam telefon w palcach. Kręcę głową i luzuję chwyt. Ludzi nie przekonasz. Oni na to nie pozwolą. Z opinii dziergają prawdę, a z rzekomej prawdy skręcają sznurek. Niemal odruchowo sięgam do kołnierzyka i rozpinam górny guzik koszulki polo. Jest ciepły dzień, przytłaczająco duszny. Na wieczór zapowiadają burzę, co oznacza, że muszę dziś skończyć punktualnie, żeby zawczasu wrócić do domu. Zerkam w niebo, potem przenoszę wzrok z powrotem na leżący na kolanach telefon. Co ja bym dał za to, żeby choć raz usłyszeć tę historię tak, jak naprawdę się wydarzyła. Jest dla mnie jasne, że ta cała Liv, jak jej tam?, i jej kolega też nie spełnią mojego marzenia, ale nadzieja… ta stara dziwka za każdym razem zwodzi świszczącymi obietnicami. Nie, postanawiam. Tym razem nie mnie na to złapią, już raz dałem się podpuścić. Nie, nie pozwolę, żeby to się powtórzyło. Odrywam wzrok od moich kolan i przenoszę go na ogród. Moja koleżanka Anna wybiera się gdzieś z panią Lessing z pokoju trzysta szesnaście. W ślimaczym tempie suną naprzód, pani Lessing podpiera się przy tym o chodzik. Anna od czasu do czasu zerka na zegarek, z kolei jej osiemdziesięciodwuletnią podopieczną w pełni pochłania koordynacja ostrożnie stawianych kroków z jednej strony, a chłonięcie otoczenia z drugiej. Przyglądam się, jak pani Lessing z uśmiechem na twarzy wskazuje jedno z potężnych drzew, kasztanowiec o długich, drobnych, białych kwiatostanach. Z kolei oczy Anny znów są utkwione w nadgarstku. Taki już jest ten świat. Brak w nim cierpliwości, manier, współczucia. Kiedy pani Lessing dostrzega, że tutaj siedzę, wesoło do mnie macha. Wsuwam telefon wraz ze słuchawkami do kieszeni spodni, wygładzam sobie włosy i podnoszę się z ławki, na której zamierzałem spędzić przerwę na lunch. Kilka kroków i już jestem po drugiej stronie żwirowej ścieżki, żeby zaoferować się tej starej kobiecie jako towarzystwo podczas spaceru, na który wyraźnie ma ochotę pójść.
– Zastąpię cię, Anno.
Nie trzeba jej tego dwa razy powtarzać: bez pożegnania, bez żadnego „dziękuję”, jedynie skinąwszy głową, Anna się oddala. Znów kręcę głową i podaję pani Lessing swoją lekko ugiętą rękę, jakbym chciał ją poprowadzić na parkiet.
– Mogę prosić?
– Sama nie wiem. – Posyła niepewne spojrzenie chodzikowi.
– Nie potrzebuje go pani. Ma pani przecież mnie.
Pani Lessing spogląda na mnie, wciąż lekko onieśmielona. Głęboko w niej tkwi mentalność pokolenia, które za nic nie chce stwarzać problemów. Lub z którego skutecznie wyrugowano prawo do robienia jakichkolwiek trudności najpóźniej po kilku miesiącach od trafienia tutaj, do domu opieki. Mniej więcej wtedy bowiem złożona przez rodzinę obietnica, że będą przyjeżdżać w odwiedziny co najmniej dwa razy w tygodniu, obraca się w nicość i zastępuje ją szara rzeczywistość – jest się pozostawionym na śmierć, pod opieką Ann tego świata, które z kolei każdego dnia są przytłaczane własną rzeczywistością. Być może kiedyś nawet miały dobre intencje, chciały zrobić coś znaczącego – aż zauważyły, jak często teoria różni się od praktyki. Pensja opiekunki socjalnej ledwie starcza na opłacenie czynszu; praca jest wymagająca pod każdym względem. Nie tylko fizycznie, lecz także psychicznie. Co dzień trzeba znosić konfrontacje z degeneracją i śmiercią. I może nie wystarczy tego jedynie jakoś przetrzymać, należy dostrzec w tym pewien dar.
– Da mi pani jeszcze kosza, pani Lessing. I złamie mi tym pani serce.
– Ach, drogi panie Danielu. – Z uśmiechem bierze mnie mimo wszystko pod ramię i razem ruszamy z miejsca, powoli, ostrożnie, krok za krokiem. – Co ja bym zrobiła, gdybym nie miała tu pana.
– Miałaby pani jakiegoś innego wielbiciela.
Pani Lessing chichocze. Spostrzegam, że tego ranka nikt nie czesał jej włosów ani nie pomagał się ubrać. Nie tylko dlatego, że jest zdecydowanie zbyt ciepło ubrana, na jej ciemnozielonym wdzianku z długim rękawem widać też pojedyncze plamy: resztki żółtka i jeszcze coś jasnego, może śmietana z wczorajszego spotkania przy kawce. Plamy – tak, znowu wracam myślami do podcastu. Do Julie i plam po soku na jej sukience.
– Mimo wszystko mam wyrzuty sumienia, że zakłócam panu przerwę obiadową.
– Żaden problem. – Głaszczę bladą dłoń, którą pani Lessing wcisnęła pod mój łokieć, szukając jakiegoś oparcia. – I tak nie mam nic do roboty.
– Nie? Zdawał się pan taki pochłonięty własnymi myślami, kiedy siedział pan na ławce. Ma pan jakieś problemy w pracy?
– Nie, nie, nic takiego. Wie pani przecież, jak bardzo lubię tę robotę.
– I w domu też wszystko w porządku, tak? Pana pieseczek czuje się już lepiej?
Muszę się uśmiechnąć za każdym razem, kiedy słyszę, jak pani Lessing nazywa moją Queen „pieseczkiem”. Może tylko dlatego, że jeszcze nigdy nie widziała jej na zdjęciu.
– Dużo lepiej, dziękuję.
– A te napady?
W mgnieniu oka znów poważnieję. Nie powinienem był o tym wspominać pani Lessing, bo od tamtej pory pyta mnie o to przy każdej okazji, a wtedy w mojej głowie momentalnie pojawia się obraz plującej i wyjącej Queen, jakby wstąpił w nią diabeł. Bolesny widok, ledwie do zniesienia.
– Ustąpiły.
– Dzięki Bogu. My też mieliśmy pieseczka, mój mąż i ja, kiedy dzieci już się wyprowadziły. Takiego małego bolończyka.
– Tak, już mi pani o nim kiedyś opowiadała. Wabił się Jimmy, prawda?
– Tak, nasz kochany mały Jimmy. Był dla nas źródłem tak wielu radości, ale dopadło go ciężkie choróbsko. – Patrzy na mnie. – Proszę chodzić regularnie ze swoją Queen do weterynarza, drogi panie Danielu. Naprawdę, to bardzo ważne.
– Queen czuje się znakomicie – mówię z naciskiem. – Nie mogę tylko zostać dzisiaj po godzinach. Zapowiadali burze, a ona zawsze nieco się boi, kiedy jest sama w domu, a za oknem grzmi.
– Och, mogę to zrozumieć. Ja też nie czuję się dobrze, kiedy na dworze huczy i błyska. Dla mojego męża był to zawsze powód do drwin. Proszę sobie wyobrazić, że on mógł nawet iść podczas burzy na spacer! – Po krótkim śmiechu następuje wyczekujące spojrzenie. – A więc? Co pana tak zajmuje?
Wzruszam ramionami.
– Słuchałem podcastu. Nic, czego z chęcią nie zamieniłbym na spacer z panią.
– Ach, tak. – Pani Lessing kiwa głową ze zrozumieniem. – To taki rodzaj audycji radiowej w internecie, prawda? Moja wnuczka też zawsze słucha podcastów. Planuje zajrzeć do mnie w weekend.
– Bardzo się cieszę. Dawno jej tutaj nie było.
– No cóż, ma już trzydzieści lat i własną rodzinę. Zawsze tak dużo się u niej dzieje. – Usta pani Lessing markują uśmiech. – O czym był więc ten pana podcast?
– True Crime, to znaczy „prawdziwe przestępstwa”. Prowadzący co tydzień omawiają rzeczywisty przypadek kryminalny. Na ogół odbywa się to tak, że jeden z pary prowadzących bierze na siebie rolę opowiadającego, a drugi pozornie spontanicznie na to reaguje. – Kręcę głową. – Sądzę, że w rzeczywistości nie ma w tym grama spontaniczności, tylko wszystko przebiega dość ściśle według scenariusza.
– Mój mąż też zawsze tak twierdził, kiedy oglądaliśmy telewizję. „Elly”, mówił, „nie wierz w to, co widzisz. Oni mają na wszystko jakiś scenariusz, nawet w wiadomościach”.
Idziemy kawałek. Ogród stanowi najpiękniejszą część Ośrodka dla Seniorów St. Elisabeth; tutaj przyroda podporządkowuje sobie ludzi, nie na odwrót. Drzewa wyciągają się w górę i rozchodzą na boki, nie zważając na swój wiek i warunki pogodowe. Nawet te, które raz w roku zostają wyznaczone, żeby dozorca oznaczył je farbą w spreju do wycinki. Akurat wtedy one jak na złość znów budzą się do życia, a dozorcy nie pozostaje nic innego, jak odejść ze swoją piłą. Cóż… Jak to się ładnie mówi? Skazani na śmierć wyciskają z życia ostatnie kropelki.
– No i? – pyta po chwili pani Lessing. – O jaką sprawę kryminalną chodziło dzisiaj? Wie pan, mój mąż i ja często oglądaliśmy w telewizji program z Eduardem Zimmermannem, leciał w piątki na dwójce. „Elly”, mówił zawsze mój mąż, „ten świat jest pełen wariatów”.
– Co też pani powie.
– A więc?
Tłumię w sobie westchnienie i na rozwidleniu żwirowych ścieżek kieruję się w stronę gmachu głównego. Przerwa obiadowa już niemal się skończyła, a mojej towarzyszce drzemka zapewne dobrze zrobi, żeby potem, w sam raz wypoczęta, mogła udać się na gimnastykę dla seniorek.
– Chodziło o młodą dziewczynę – odpowiadam. – Niejaką Julie.
Jak na komendę pani Lessing się zatrzymuje i spogląda na mnie przenikliwie. Przez chwilę się zastanawiam, czy coś zauważyła. Czy się zawahałem? Może mimo wszystko niechcący westchnąłem albo zabrzmiałem jakoś dziwnie, kiedy wypowiadałem imię Julie?
Odchrząkuję, gotowy na zmianę tematu. Mam czterdzieści dwa lata, jestem w wieku, w którym traci się włosy i przybiera na wadze. W wieku, w którym młodość i związane z nią możliwości migoczą już tylko gdzieś w oddali. Bywa to czasem przygnębiające, a czasem wcale nie, bo jest to także wiek, w którym rozumie się już ludzi i mechanizmy ich działania. Na przykład u ludzi takich jak pani Lessing wszystko obraca się wokół jednego: samotności. Zadają pytania tylko z jednego powodu: w głębi duszy mają nadzieję, że ich samych też ktoś o coś zapyta. Tak naprawdę wcale nie chcą słuchać, a jedynie czekają na okazję, żeby opowiedzieć o sobie, bo wiedzą, że nie zostało im na to wiele czasu. Ich historie mają datę przydatności; muszą je puścić między ludzi, dopóki jeszcze mają szansę, żeby na końcu pozostało po nich chociaż coś niewielkiego. Przynajmniej jakieś małe wspomnienie, drobna anegdota, która u tego, kto ich słucha, przywoła uśmiech na twarzy, kiedy pokój zajmowany przez opowiadającą lub opowiadającego dawno już znajdzie nowego lokatora.
– Chętnie bym posłuchał, jaka pani była jako młoda dziewczyna – mówię więc, żeby dać pani Lessing szansę. – Z pewnością była z pani naprawdę gorąca laska.
Zaciska czujne oczy, z pozoru bez trudu lustrując mnie wzrokiem, i stwierdza:
– Próbuje pan wywieść mnie w pole, drogi panie Danielu. A ja bardzo bym chciała się dowiedzieć, co takiego przydarzyło się tej Julie.

Liv

Liv: Przeskoczmy nieco w czasie, do lata dwa tysiące trzeciego roku. Julie ma już szesnaście lat i po wakacjach zacznie naukę w jedenastej klasie w liceum imienia Walthera Rathenaua w berlińskiej dzielnicy Grunewald. Do tej pory była bardzo dobrą uczennicą, która z imponującą wręcz szybkością przyswajała wiedzę. W pełni wdała się w ojca, Theo: jej konik to nauki ścisłe. Marzy o tym, żeby po maturze studiować geofizykę i oceanografię, a więc naukę o morzu, najchętniej gdzieś za granicą. Zgodnie z późniejszymi planami zawodowymi również w czasie wolnym bardzo ciągnie ją do wody. Już jako dziesięciolatka zdobyła pierwsze uprawnienia nurkowe, a w wieku czternastu lat zrobiła patent żeglarski. W międzyczasie nurkowanie stało się jej ulubionym hobby, podobnie jak pływanie po jeziorze motorówką, żeglowanie lub ogólnie po prostu pływanie. Dodatkowo uczęszcza z siostrą Sophią na zajęcia ze sportów walki i bierze lekcje tańca. I muszę tu powiedzieć całkiem szczerze: jak, do diabła, udaje jej się znaleźć na to wszystko czas? To nie może być normalna dziewczyna, ale jakiś cyborg! Nie tylko ma niebywale wiele zainteresowań, lecz otacza ją też liczne grono przyjaciół i przyjaciółek, z którymi stale coś robi. Chodzą na zakupy lub do kina albo całą paczką spotykają się u Julie w domu, dokładniej w starej szopie na łodzie na działce Novaków. Słuchają muzyki i z pewnością ukradkiem wypijają jedno lub dwa piwa.
Phil: I jarają zioło, i całują się.
Liv: Nie ma na to żadnych dowodów, ale tak, może tak być.
Phil: No jasne, w tym wieku.
Liv: Chcesz powiedzieć, kiedy ma się szesnaście lat? Przy czym część znajomych Julie faktycznie jest starsza. Wśród nich wyróżnia się szczególnie jedna osoba: dwudziestodwuletni Daniel W., który na początku czerwca dwa tysiące trzeciego roku poznał Julie. I zgadnij jak?!
Phil: No?
Liv: Megastereotypowo. Julie jechała na rowerze i złapała gumę, Daniel W. przypadkowo właśnie tamtędy przejeżdżał samochodem i zaoferował pomoc, wybawiając dziewczynę z opresji.
Phil: Uhm.
Liv: Cóż, zapewne się zdarza przy takiej różnicy wieku. Tych dwoje w każdym razie szybko zostaje parą, co jednak wkrótce prowadzi do awantur w domu Novaków, rodzice Julie nie są tym bowiem ani trochę zachwyceni.
Phil: To w pełni zrozumiałe. Mowa przecież o dorosłym już mężczyźnie, Julie z kolei dopiero dojrzewa. U kogo nie zapaliłoby się od razu światełko alarmowe?
Liv: Fakt. Jednak to nie tylko różnica wieku martwi jej rodziców. Daniel W. bowiem, tutaj możesz obejrzeć go sobie na zdjęciu, które ci przyniosłam, nie tylko wygląda jak James Dean, ale jest dokładnie takim typem, jakich chętnie grywał James Dean, outsiderem. Wywodzi się z raczej dość ubogiej rodziny i właśnie przerwał edukację zawodową. Oczywiście zupełnie nie pasuje to do wytwornych Novaków. Do tego szybko daje się zauważyć jego wpływ na Julie. Dziewczyna zaczyna zaniedbywać szkołę, co przy planach, jakie ma na przyszłość, może się w końcu okazać na wskroś problematyczne. Zaniedbuje też rodzinę i paczkę znajomych, bo odtąd spędza czas niemal wyłącznie z Danielem W. Celowo odizolowuje on ją coraz bardziej od dawnego otoczenia, jak później wyznał w wywiadzie prasowym jeden z najlepszych przyjaciół Julie.
Phil: Toksyczny związek.
Liv: Rodzice Julie wkrótce starają się to ukrócić: zabraniają jej spotykać się z Danielem W. I ku powszechnemu zdziwieniu Julie najwyraźniej trzyma się tego zakazu. Pełna entuzjazmu w połowie sierpnia dwa tysiące trzeciego roku zaczyna nowy rok szkolny. Poza tym znów spędza dużo więcej czasu ze swoją paczką i oddaje się licznym hobby. W skrócie: wygląda na to, że znów jest dawną Julie. Potem jednak…
Phil: Tadadada, złowieszcza muzyka.
Liv: Tak, mniej więcej. Jest niedziela, siódmy września dwa tysiące trzeciego roku, bardzo wczesny ranek, odpowiednio ku temu ponury. Matka Julie, Vera, właśnie wstała i idzie szykować śniadanie dla całej rodziny. Kiedy po drodze na klatkę schodową mija gabinet swojego męża, jej uwagę zwraca niebiesko-białe światło, które przez uchylone drzwi pada na podłogę u jej stóp. Vera Novak wchodzi do pokoju i stwierdza, że rzuca je włączony ekran komputera. Wyświetla się na nim otwarty plik Worda z najniższym żądaniem okupu w historii niemieckiej kryminalistyki. Zanim przyjrzymy się temu wnikliwiej, przedstawię je w skrócie tobie i naszym słuchaczom dla lepszej orientacji. W dokumencie napisano, że córka Novaków została porwana i mają zapłacić trzydzieści tysięcy euro w zamian za jej życie. Vera od razu zagląda do pokoju Julie i faktycznie, nie ma tam ani śladu szesnastolatki. Ogarnięta paniką kobieta wpada do swojej sypialni i budzi męża…

Theo

Sen, idzie tak: Vera stoi w nogach łóżka. Macha rękami, słowa wylatują z ust jak pociski. Nie docierają jednak do mojej świadomości, uderzają w czoło i na nim się zatrzymują.
Julie, coś z Julie.
Vera migiem obchodzi nasze łóżko, po czym ciągnie mnie za rękę. Jestem lekarzem, stale zaprogramowanym na nagłe wypadki, błyskawiczne reagowanie. Wszystko inne może kosztować czyjeś życie.
Mówię: „Vero, tylko spokojnie”. Zawsze mówię „tylko spokojnie”, bo to kluczowe w nagłych wypadkach: zachować spokój. „Julie!”, woła Vera, a ja: „Tylko spokojnie”, na co ona sprzedaje mi koliczek. „Nie rozumiesz, Theo?”
W tym momencie do pokoju wchodzi Julie. Jej twarz jest wymazana krwią, jej włosy posklejane i ciemnoczerwone. W dłoni szeleści jej kawałek papieru.
„Masz te pieniądze, tato?”, pyta, łzy zostawiają na jej wymazanych policzkach jasne tory. W odpowiedzi szybko kiwam głową. „To dobrze, tato. Mogę więc teraz pójść i obmyć sobie twarz”. Po tych słowach opuszcza naszą sypialnię. Odtrącam Verę i pędzę za córką do łazienki.
Nie ma tam jednak Julie.
Obracam się raz za razem wokół własnej osi, jakby naprawdę istniał cień szansy, że mogłem ją przeoczyć. Dopiero gdy w progu staje Vera, jej krzyk sprawia, że raptownie nieruchomieję. Patrzę na żonę, na jej szeroko otwarte oczy, prawą, trzęsącą się dłoń, którą przykłada do ust, krzyk robi się umilkły. Potem mój wzrok podąża za jej spojrzeniem do kranu. Z którego kapie krew. I się budzę.
Ten koszar nawiedził mnie nie pierwszy raz. Nie żebym wiedział to z całą pewnością, tak jednak czuję; takie pełza po mnie uczucie. Siadam. Od razu plecy dają mi się we znaki, vertebrae lumbales, wrażliwy region. Warto rozważyć ibuprofen. C13H18O2. Niesteroidowy środek przeciwzapalny i przeciwreumatyczny, najczęściej stosowany analgetyk na ból, gorączkę i zapalenia obok paracetamolu i kwasu acetylosalicylowego. Albo pomyśleć o nowej kanapie. Ta jest od dawna wyleżała, skórzane opicie pokrywają zadrapania i matowe, szorstkie placki. W dawnym domu stała w moim gabinecie i była używana do rozmów, do tych poufnych momentów, w których ludzie patrzą sobie w oczy, do wyznawania grzechów, opowiadania o swoich planach i decyzjach. Przez te wszystkie lata tylko raz na niej spałem – po kłótni z Verą, kiedy wściekła wykwaterowała mnie z sypialni. Nie mieściło jej się w głowie, jak mogłem przegapić bal Julie na zakończenie dziewiątej klasy, ale mus to mus. Dzisiaj ta kanapa stoi w mojej kuchni, która w dodatku jest dla niej za mała. Ale jeśli pominąć fakt, że i tak nie mam możliwości finansowych, żeby kupić sobie nową, to ten mebel jest jednym z nielicznych, które w ogóle zabrałem z naszego domu. W takim razie lepszy ten paracetamol. Pocieram sobie czoło. Tamten sen wciąż kołacze mi się po głowie, poza tym jednak popołudniowa drzemka spełniła zadanie. Jeśli nie liczyć delikatnego bólu pleców, to czuję się dobrze. Wiem dokładnie, gdzie jestem, i potrafię nazwać wszystkie przedmioty w swoim polu widzenia. Krzesło. Stół. Aneks kuchenny. Ekspres do kawy. Sterta brudnych… no jak im tam… skupiony zaciskam powieki… naczyń. Kiwam głową zadowolony; każdą komódkę mojego ciała przepełnia entuzjazm. Wstaję. Chciałbym coś zrobić. Chciałbym się przejść. Odwiedzić Verę i przynieść jej kilka świeżych kwiatów. Moja Vera. Kochała kwiaty. Nie te bufońskie cięte, w ogromnych bukietach, tylko takie, które po prostu rosną tam, gdzie przyroda im na to pozwoli. Kosaćce, mieczyki, rzeżuchę łąkową. Nigdy nie kupowała kwiatów, zawsze sama je zrywała, w naszym ogrodzie na dole, nad jeziorem. Mimo wszystko wezmę jej coś z kwiaciarni przy cmentarzu, niech nie myśli, że się zrobiłem skąpany. Poza tym nie wiem, gdzie w okolicy można zerwać kwiaty. Na wąskim pasie zieleni przed blokiem, w którym mieszkam, rosną co najwyżej stokrotki, zbłądzone między porozrzucane na ziemię papierki, puste puszki i psie kupy. Potem do mnie dociera, że Sophia zarekwirowała kluczyki do mojego auta. Chociaż? Ostrożnie sprawdzam kieszenie spodni, a potem jeszcze raz deskę z kluczami w przedpokoju. Ha! Miałem racę, dobrze pamiętałem – co wprawia mnie w jeszcze lepszejszy nastrój, ale nie rozwiązuje mojego problemu. Zastanawiam się i do głowy przychodzi mi autobus. Każdy głupek umie jeździć autobusem. Idę do sypialni. Tam, pod oknem, stoi wciśnięte biurko, kolejna relikwia przetransportowana z przeszłości, na nim: komputer. Jest już nieco przestarzały, pod względem rozmiaru i osiągów nie do porównania z tymi, które dzisiaj są w użyciu, ale dobrze służy swojemu celowi. Włączam go i natychmiast staje się do usłyszenia buczenie, wentylacja. Chcę sprawdzić połączenie autobusowe na cmentarz w Grunewaldzie, gdy przychodzi mi do głowy, żeby kliknąć jeszcze w skrzynkę pocztową. Kiedyś dostawałem dziesiątki zapytań, zaproszeń na sympozja, próśb o wywiady do czasopism branżowych albo podań od młodych ludzi, którzy właśnie skończyli studia i marzyli o tym, żeby pracować w moim zespole. Zatrzymuję się w pół ruchu, bo uświadamiam sobie, jak stale spadała liczba tego rodzaju zapytań, a w ich miejsce przychodziły inne, które za każdym razem przypominały ujęte w słowa pchnięcia sztyletem – prośby o wywiad w związku z zaginięciem córki. Kiedy i te wreszcie się skończyły, najpierw mnie to uradowało. Aż dotarło do mnie, co to znaczy. Nikt już nie wierzy, że Julie jeszcze żyje. Spisano ją na sterty.
Tak jak i mnie w międzyczasie spisano.
Wiem, że jestem chory. Wiem, jak ta choroba z reguły się kończy. Niech mnie, potrafię odczytać przeklęty rezonans magnetyczny i znam wszystkie badania. A mimo to mam wrażenie, że nie chodziło tutaj o mój rezonans, kiedy Dellard mi go pokazał, i te wszystkie rzeczy, które mówił, nie odnosiły się do mnie. Może mimo wszystko się myli lub robi tak, żeby się na mnie zemścić, bo… bo ten… no jak mu tam… Dellard zawsze był idiotą.
Kurator myszki przejeżdża przez reklamy i przypomnienia, żebym wreszcie zrobił coś z antywirusem, którego subskrypcja już się skończyła. Aż trafiam na temat wiadomości, który wyróżnia się spośród innych. Brzmi tak: „Prośba o wywiad na temat przypadku Pana córki Julie”. Drżącą dłonią, wstrzymując oddech, najeżdżam kuratorem na tę wiadomość.

Szanowny Panie,
nazywam się Liv Keller i razem ze swoim partnerem, Philippem Hendricksem, nagrywam od 2020 roku podcast Two Crime – True Crime Podcast. Co miesiąc słucha nas ponad 800 000 osób, dzięki czemu jesteśmy najpopularniejszym niemieckojęzycznym podcastem o prawdziwych zbrodniach. Planujemy właśnie odcinek dotyczący sprawy Pana córki Julie – w tym roku przypada dwudziesta rocznica jej zaginięcia, a ta sprawa bardzo nas ujęła. Trudno pojąć, że chociaż upłynęło już tyle czasu, wciąż nie udało się ustalić, co stało się z Julie, i dlatego chcielibyśmy się przyłożyć do tego, żeby jeszcze raz zwrócić uwagę opinii publicznej oraz śledczych na tę sprawę. Etos dziennikarskiej staranności zabrania nam jednak, byśmy ograniczyli się wyłącznie do stworzenia kompilacji z tego, co znajdziemy na ten temat w internecie, chcielibyśmy zaprosić Pana do naszego odcinka. Tylko tak będziemy mogli mieć pewność, że otrzymamy godne zaufania wypowiedzi z pierwszej ręki.
Nagranie odbyłoby się w połowie sierpnia w naszym studiu przy Knesebackstraße, tutaj w Berlinie; emisja jest planowana na trzeci tydzień sierpnia. Byłabym wdzięczna, gdyby mógł Pan do mnie zadzwonić (mój numer znajdzie Pan w stopce).
Z poważaniem
Liv Keller

– To zapytanie sprzed dwóch tygodni, nie jest więc już w ogóle aktualne – oświadcza Sophia w pierwszej reakcji, co jednak nieszczególnie mnie interesuje. Kiedy moja córka to zauważa, staje przede mną w rozkroku i bierze się pod boki. – Nie! – mówi kategorycznie. – Wybij to sobie z głowy! Nie ma mowy, żebyś udzielił tego wywiadu!
Żałuję już, że w ogóle do niej zadzwoniłem z prośbą, żeby przyszła. Sam ton i sposób, w jaki stoi przede mną w tej chwili, gdy ja siedzę wpadnięty w wytartą od użytku skórzaną kanapę, oraz Richard, którego bez wcześniejszego uzgodnienia ze mną po prostu tu przywiozła i który teraz stuka za nią moimi brudnymi naczyniami – momentalnie sprawiają, że robię się wściekły. Wstaję z miejsca. Sophia – bez względu na to, jak bardzo próbuje stroszyć piórka – jest o dwie głowy niższa ode mnie i chuda jak źdźbło trawy.
– Nie będziesz decydować o tym, czy spotkam się z tą dziennikarką, czy nie – burczę.
– Och, a jednak – odburkuje. – Bo ta decyzja dotyczy nie tylko ciebie, lecz także mnie, a w dalszej kolejności również Richarda.
Poirytowany wymijam wzrokiem Sophię i spoglądam na jej męża, który na moment przerywa zmywanie i wzdycha przez ramienie. Rodzina Richarda pochodzi z Brazylii. Dzięki chudej, umięśnionej sylwetce i niemal idealnej twarzy Richard wygląda jak posąg z cennej kolekcji sztuki, tak jakby jego twórca podczas rzeźbienia dał się ponieść wenie. Verze Richard by się podobał, ale ona sama też była przecież takim dziełem sztuki. Ja osobiście uważam, że jest zbyt ładny jak na mężczyznę, któremu można by było zaufać.
– Nie sądziłem, że on ma z tym… – zaczynam, ale Sophia nie daje mi dokończyć.
– Tak, gdybyś zapomniał, i proszę, na poważnie weź tę opcję pod uwagę, Richard i ja właśnie jesteśmy w trakcie procedury adopcyjnej. I nie jesteśmy, powtórzę raz jeszcze, nie jesteśmy gotowi zrezygnować z szansy na dziecko tylko dlatego, że twoim zdaniem po tych wszystkich latach trzeba tę całą sprawę podgrzewać na nowo.
– Tę całą sprawę, Sophio? – Zbliżam się do niej o krok, żeby jeszcze uwidocznić różnicę wzrostu między nami. – Julie nie jest żadną sprawą, tylko twoją siostrą! Dziewczyną, która godzinami przesiadywała w ogrodzie i urządzała tam te… jak im tam… tea party, kiedy ty nie miałaś akurat przyjaciółki do zabawy! Która zabierała cię na zajęcia z gimnastyki i przerobiła dla ciebie swoją sukienkę na bal, bo tak ci się podobała! Która ci…
– Ach. Więc to jeszcze pamiętasz. Ale już to, że Richard i ja staramy się zaadoptować dziecko od blisko roku, nie jest oczywiście na tyle ważne, żeby zakodowało się to gdzieś tam w tej twojej mózgownicy, tak żebyś zawsze mógł to przywołać.
– Sophio… – Richard z kapiącym talerzem w dłoni odwraca się do niej przy zlewie i kręci głową. – Przecież on tego nie robi specjalnie.
– No fakt, to nie ma w ogóle o czym mówić – rzuca ironicznie Sophia i uderza się rozłożoną dłonią w czoło. – On jest chory! Czasem przez cały dzień nie wstaje z łóżka! – Odwraca się do Richarda, wyjmuje mu z dłoni talerz i wymachuje nim przed moim nosem. – Ledwie sam jest w stanie zadbać o swoje mieszkanie, nie mówiąc o tym… – Wolną ręką sięga do guzików mojego swetra i za nie pociąga. Drugi guzik od góry jest zapięty w trzeciej dziurce. – Tylko na niego popatrz! Wygląda, jakby mieszkał na ulicy! Te włosy! Ta broda! Czyś ty się, tato, w ogóle przeglądał ostatnio w lustrze? – Puszcza sweter, ale dalej wymachuje talerzem. – Ma zaburzenia świadomości, wydaje mu się, że został uprowadzony przez obcego, podczas gdy naprawdę siedzi w gabinecie, a tym rzekomym obcym jest nie tylko jego lekarz prowadzący, lecz także wieloletni przyjaciel i współpracownik! Właśnie to stało się nie dalej jak dzisiaj. Pamiętasz jeszcze, tato?
Wpatruję się w podłogę, ale Sophia… ona jeszcze nie skończyła.
– Wahania nastroju! Problemy ze znalezieniem słów! – Unosi ręce, w prawej dłoni wciąż trzyma świeżo umyty talerz. – Ale jasne, co to niby jest? Dajmy mu udzielić w spokoju wywiadu, żeby przed całym światem mógł zrobić z siebie skończonego durnia!
Klik…

Liv

Liv: Tamtej niedzieli, siódmego września dwa tysiące trzeciego roku, wciąż nie zrobiło się jeszcze całkiem jasno, gdy przed domem Novaków zatrzymuje się kolumna policyjnych radiowozów. Vera zgłosiła na numer alarmowy zniknięcie ich córki i już pół godziny później w sprawę zostali zaangażowani liczni funkcjonariusze, co jest w najwyższym stopniu zadziwiające, jeśli wziąć pod uwagę sformułowane przez porywaczy żądanie okupu, które Vera znalazła w komputerze męża. W tej wiadomości napisano bowiem tak: Szanowna Pani Novak, szanowny Panie Novak, przeczytajcie, proszę, uważnie tę wiadomość i skrupulatnie trzymajcie się naszych wskazówek. Mamy Państwa córkę. Póki co jest cała i zdrowa pod naszą opieką, to jednak może się bardzo szybko zmienić, jeśli nie spełnią Państwo naszych żądań. Proszę spakować 30 000 euro do czarnej torby sportowej, którą Państwa córka zazwyczaj zabierała na treningi karate. W ciągu dnia zadzwonimy do Państwa, żeby udzielić dalszych instrukcji co do przekazania pieniędzy. Proszę nawet nie myśleć o tym, żeby wciągać w to policję. Obserwujemy Państwa dom i podjęliśmy techniczne środki zaradcze, żeby mieć pod nadzorem dostępne szlaki komunikacyjne. Jeśli mimo wszystko zdecydują się Państwo skontaktować z policją, proszę się liczyć z niezwłocznymi konsekwencjami. Poślemy Państwa córkę na śmierć. A ona pożegna się z tym światem, mając świadomość, że zostawili ją Państwo na lodzie. Już o to zadbamy, żeby jej zwłoki przepadły, czym odbierzemy Państwu możliwość pochówku. Przez resztę życia będą Państwo musieli żyć ze świadomością, jakie fatalne konsekwencje pociągnęła za sobą Państwa decyzja. Proszę nas nie lekceważyć. Dla nas, w przeciwieństwie do Państwa, ta sytuacja nie jest niczym nowym. Od dawna pracujemy w „handlu wymiennym”. Czasem dobrze się to kończy, czasem nie – wszystko zależy wyłącznie od tego, czy nasi „partnerzy biznesowi” trzymają się ustalonych przez nas reguł. Żadnych sztuczek! Mamy silniejsze karty przetargowe. I wiemy, co robimy. Proszę się przygotować.
Phil: Wow, okej. Muszę to najpierw przetrawić.
Liv: Czym ewidentnie różnisz się od Novaków, bo oni – jak już wspomniałam – mimo wyraźnego ostrzeżenia porywaczy od razu kontaktują się z policją.
Phil: Zdecydowanie jest to jakaś decyzja.
Liv: W przypadku której trzeba brać pod uwagę, że może kosztować ich córkę życie. Jasne, rodzice w tej chwili czują się prawdopodobnie całkowicie przytłoczeni, ale czy ktoś naprawdę podejmowałby takie ryzyko? Szczególnie że w tym liście napisano, że dostępne szlaki komunikacyjne są pod nadzorem. No więc czy normalny człowiek – nawet jeśli zamierza zwrócić się z prośbą do służb – nie postępowałby przypadkiem tak, żeby nikt się o tym nie dowiedział?
Phil: Masz na myśli tę kolumnę radiowozów przed domem?
Liv: Nie sposób już o coś bardziej rzucającego się w oczy.
Phil: Fakt. Ale jeśli pominąć, że rodzice działają całkowicie wbrew instrukcjom porywaczy: co to jest w ogóle za dziwaczna kwota okupu? Kto zadaje sobie tyle trudu, żeby sformułować list tej długości, skoro kwintesencję daje się wyrazić w czterech krótkich zdaniach: Mamy Państwa córkę. Chcemy za nią 30 000 euro. Żadnej policji, bo zginie. Odezwiemy się w ciągu dnia. I tyle.
Liv: Swoją drogą, wczoraj nawet sprawdzałam, ile zajmuje napisanie takiego tekstu. Mówimy tu o dwustu dwudziestu jeden słowach. Nie jestem, rzecz jasna, profesjonalną stenotypistką, ale do pisania używam dziesięciu palców i przynajmniej sobie wmawiam, że w gruncie rzeczy idzie mi to sprawnie. Mimo to pisanie zajęło mi całe pięć i pół minuty, bo popełniłam przy tym cztery błędy. A ja tylko przepisałam ten list, to znaczy nie musiałam się jakoś specjalnie zastanawiać, jak to najlepiej sformułować. Możemy więc przyjąć, że ci, którzy pierwotnie przygotowali ten list, potrzebowali na to zdecydowanie więcej czasu niż moje zaledwie pięć i pół minuty. Ale szczerze: kto robi coś takiego? Chodzi mi o to… wyobraź sobie, że jesteś jednym z porywaczy…
Phil: Z całą pewnością nie siedziałbym spokojnie w gabinecie ojca porwanej i nie wypisywał takich dyrdymałów, ryzykując tym samym, że zostanę nakryty. Żądanie okupu przygotowałbym już w domu, a później tylko je tam podrzucił. Potem wszedłbym do domu Novaków, zabrał dziewczynę i jak najszybciej wziął nogi za pas.
Liv: Ty, i zapewne każdy inny zdrowo myślący człowiek na tym świecie, byś tak postąpił. Tym bardziej jeśli jesteś rzekomym profesjonalistą w takiej osobliwej formie „handlu wymiennego”.
Phil: Dziwna wydaje się też sama kwota okupu. Taka bogata rodzina trzyma zapewne trzydzieści tysięcy euro w domu na drobne wydatki, co?
Liv: Cóż, i tak, i nie. Być może porywacze wychodzili z założenia, że Novakowie mają taką kwotę w domu, powiedzmy, pod przysłowiową poduszką. Wypłatę sześcio- czy nawet siedmiocyfrowej kwoty Theo Novak musiałby wcześniej zgłosić w banku, co łączyłoby się zapewne nie tylko z dodatkowymi pytaniami, lecz także z pewną zwłoką.
Phil: No okej. Ale skoro tak kurczowo trzymam się wiary w to, że Novakowie mają gotówkę w domu, to dlaczego po prostu sam jej nie wziąłem? Przecież już i tak byłem w tym domu i najwyraźniej ani mocno się nie spieszyłem, ani nie byłem cały w nerwach, że mnie nakryją. Po co więc zadaję sobie tyle trudu z porywaniem dziewczyny?
Liv: Zmierzasz do tego, że w rzeczywistości wcale nie chodzi ci o pieniądze, tylko od początku zależy ci na dziewczynie? Ale to ma przecież dokładnie tak samo mało sensu, co nie? Bo skoro tylko chcesz porwać tę dziewczynę, to po co tracisz czas na wypisywanie żądania okupu?
Phil: Myślisz więc, że uprowadzenie Julie tak czy inaczej miało coś wspólnego z pieniędzmi?
Liv: Tak, musiały być ważne. Inaczej nie narażałbyś się bez potrzeby na niebezpieczeństwo, że zostaniesz przyłapany.
Phil: Uważaj, Liv: myślę, że jestem kłamcą. Nie jestem częścią grupy, jak twierdzę w żądaniu okupu. Nie jest to też moja praca. Jestem raczej insiderem, kimś, kto na tyle dobrze zna tę rodzinę, żeby wiedzieć o pieniądzach. Jestem samotnym wilkiem o bardzo osobistym motywie.
Liv: To całkiem możliwe. Jest to w każdym razie trop, za którym bardzo szybko podążyli policjanci. Bo tamtego dnia w domu Novaków nie ma – poza samą Julią, ma się rozumieć – jeszcze czegoś absolutnie decydującego.

Theo

Widno, orientacja.
Ta… no jak jej tam… kuchnia. Stół. Mężczyzna naprzeciwko mnie, dłonie złożone na blacie, jak do modlitwy. Ja: otwieram usta. Słowa nie chcą wyjść. Z gardła wydobywa się tylko rzężenie. Mężczyzna: przesuwa dłoń po stole. Jego dłoń na mojej dłoni.
Głos:
– Już wszystko dobrze, Theo. Jesteś u siebie w mieszkaniu w Spandau. To ja, Richard, twój zięć. Poznajesz mnie?
Znów rzężenie z gardła. Dłoń zaciska się w pięść.
– Wiem, było dla ciebie trochę zbyt wiele emocji.
Ja: chcę wstać. Richard won. Niech tu nie siedzi, nie z dłonią na mojej pięści.
– Napijesz się czegoś, Theo? Coś ci przynieść?
Ja: kręcę tą, no… głową.
– Może szklankę wody?
Kręcę, kręcę. Obraz w głowie, młoda Vera. Słowa ledwo co kapią:
– Sophia?
– Powiedziałem jej, żeby wróciła do domu. Musiała się najpierw uspokoić, dokładnie tak jak ty.
Ja: patrzę w podłogę. Tam: rozbite.
– Jej też nie zawsze jest łatwo, wiesz o tym? Tak bardzo chciałaby ci pomóc, ale ma wrażenie, że nie chcesz jej na to pozwolić. I to ją rani, Theo. Naprawdę ją to rani.
Ja: wciąż wlepiam wzrok w rozbite. Słowa kapią:
– Czy… ja…?
– Wpadłeś w złość, tak. Ale nic się nie martw. Nie uderzyłeś jej ani nic, jeśli tego się teraz boisz. Nigdy byś jej nic nie zrobił, nawet za tysiąc lat.
Richard: wstaje. Obchodzi stół, pochyla się, podnosi kawałek rozbitego.
– Odłamki przynoszą szczęście, co? – Uśmiecha się lekko. – Wyrwałeś Sophii talerz z ręki i cisnąłeś nim o podłogę.
Łzy.
– Hej. Przecież to tylko talerz. Masz ich tu całe mnóstwo. Nawet takich dopiero co umytych. Chodź.
Richard mi pomaga. Wstawanie, przechodzenie, drobne kroki, dziesięć, jedenaście, dwanaście. Żółta karteczka „sypialnia”. Łóżko. Ja: siedzę. Richard: moje buty, mój sweter, moje… jak im tam… spodnie, moja koszula.
– Tak lepiej, co? A teraz odpocznij i prześpij się trochę. Potem świat znów będzie inny.
Kłamca. Mimo to słowa kapią:
– Dziękuję.

Daniel

– …tamtego dnia w domu Novaków nie ma, poza samą Julią, ma się rozumieć, jeszcze czegoś absolutnie decydującego…
Między tym budującym pseudonapięcie wprowadzeniem a rozwikłaniem zagadki, cóż takiego decydującego tam brakuje, włącza się reklama. Liv Keller jawi się jako zagorzały mól książkowy stale borykający się z brakiem niezbędnego czasu, a jej partner jest wybawcą, który, rzecz jasna, natychmiast ma w pogotowiu rozwiązanie. Mianowicie: platformę z audiobookami, która redukuje tysiące książek do ich głównego przesłania. Czuję, jak w lewej skroni pulsuje mi tętnica. Bo właśnie w tym cały sęk: ludzie chcą wszystko redukować do samego sedna. Nie chcą niczego naprawdę pojąć, bo do tego trzeba zająć się przyczynami, zrozumieć przebieg i konsekwencje. Musieliby wysilić umysł i własne człowieczeństwo.
Nie jest bowiem tak, że nie próbowałem im wytłumaczyć. Po tym wszystkim, co mi zrobiono, przemogłem się, byłem gotowy opowiedzieć swoją wersję historii. I? Nadzieja, ta dziwka, i znów na końcu rozczarowanie. Ludzie na świecie nie są ani trochę zainteresowani tym, żeby myśleć samodzielnie. Zadowalają się ochłapami, które inni im rzucają, bo tak jest wygodniej.
Odrywam lewą rękę od kierownicy i masuję sobie pulsujący punkt na skroni. Mój nastrój szoruje po dnie. Bezkresne błękitne niebo zredukowało się stosownie do nisko wiszącej szarej masy. To nie ta reklama tak mnie rozjuszyła, muszę przyznać sam przed sobą. Chodzi o fałsz, brak mi słów. Ta bezdenna obłuda. Bo przecież to oczywiste, do czego zmierza ta historia. Jak zawsze – do nic niewartego, nieokrzesanego byłego chłopaka Julie o niemal pedofilskich skłonnościach. Jak zawsze, zawsze, zawsze. Walę dłonią w kierownicę; klakson wydaje z siebie sekwencję żałosnych, drobnych tonów, podczas gdy Liv Keller beznamiętnym głosem powtarza nazwę platformy audiobookowej i podaje kod rabatowy, przygotowany specjalnie dla słuchaczy podcastu. Piętnastoprocentowa zniżka na miesięczny abonament. Nie mogę tego pojąć. Dzięki tym reklamom napełniają sobie jeszcze kieszenie tymi szkodliwymi twierdzeniami. Uspokój się, Danielu. Musisz się uspokoić. Nie wolno ci wrócić do domu w takim stanie, Queen sobie na to nie zasłużyła. Jeśli nie dajesz rady dłużej tego słuchać, to to wyłącz, i tyle.
– Zapamiętajcie sobie, kod rabatowy to twocrime15, pisane łącznie, małymi literami – mówi Liv Keller; potem wreszcie rozwiązuje zagadkę, przerwaną przez reklamę włączającą się w nieprzyjemnym momencie sztucznie budowanego napięcia: brakowało także odcisków palców, obcego DNA, nie mówiąc już o śladach włamania do domu Novaków. Policji udało się znaleźć jedynie wybite okno w piwnicy. Jednak to, czy faktycznie zostało ono wybite tamtej konkretnej nocy, a nie wcześniej, z innych powodów niż włamanie, do dziś pozostaje zagadką. Tak czy inaczej, śledczy dopatrywali się w braku jakichkolwiek innych śladów jasnej przesłanki do tego, że za zniknięciem Julii siódmego września nie może stać nikt obcy.
– Przemawia za tym także to, że Julie nie krzyczała, kiedy porywacz ją uprowadzał – dodaje Liv Keller, ale tego jej partner nie może, rzecz jasna, zostawić bez komentarza.
– No cóż, porywacz mógł jej także zagrozić bronią, żeby nie krzyczała.
Tak, akurat. Dopiero co twierdziliście, że sprawca w ogóle się nie przygotował i brak mu profesjonalizmu, a teraz ma on niby wyciągnąć broń z rękawa. Skąd miałby ją wziąć, mądrale?
– A więc im dłużej się nad tym zastanawiam – reasumuje ten typ – tym bardziej jestem pewny, że ktokolwiek tamtej nocy uprowadził Julie Novak z jej rodzinnego domu, to zdecydowanie nie był ktoś obcy.
I tym samym zaczyna się część, na którą tych dwoje – co wyraźnie słychać po ich podekscytowanych głosach – od początku czekało. Ta część leży teraz przed nimi jak kawałek surowego mięsa, a oni rzucają się na nią jak dwie wygłodniałe hieny – wreszcie, wreszcie nadszedł ten moment. Czas na jedyny wyobrażalny scenariusz. Czas kogoś powiesić. Moje palce wystrzeliwują w stronę ekranu, dziko w niego stukam. Przerwa, potrzebuję przerwy, chwilowego odroczenia wyroku, choćby kilku minut. Sześciu, jeśli chcieć być dokładnym. Sześciu minut i jedenastu sekund. Tyle właśnie trwa Heroes Davida Bowiego, piosenka znajdująca się na szczycie listy moich ulubionych kawałków. Naciskam „play”, po czym sięgam do prawego schowka, żeby wyciągnąć z niego paczkę papierosów. Zapalam jednego, otwieram boczne okno i głęboko się zaciągam. To tylko sześć minut i jedenaście sekund, ale w tym czasie choć raz nie jestem kozłem ofiarnym, tylko bohaterem. Queen, myślę, pobudzony tekstem piosenki, i się uśmiecham. Zaraz będę w domu, u mojej dziewczynki.

 
Wesprzyj nas