„Proste rzeczy”, cykl felietonów Marcina Wichy, które ukazywały się na łamach Magazynu Świątecznego „Gazety Wyborczej” w latach 2015-2018. O świecie, który kryje się w rzeczach. I o rzeczach, które kryją się w nas.
Marcin Wicha obserwuje świat przez pryzmat rzeczy – tych, które nas otaczają, kształtują, uwierają i czasem bronią przed chaosem. W pisanych z czułością, humorem i melancholią felietonach osobista codzienność splata się z opowieścią o społeczeństwie, dizajnie, który zaraża paranoją, i rzeczywistości, w której kabel staje się symbolem prywatności.
W świecie, który uwielbia nowe gadżety, Wicha broni tego, co niepraktyczne, ciężkie i trwałe. Potrafi znaleźć sens w drobiazgach i połączyć estetykę z etyką. Pokazuje, że rzeczy są świadkami czasów – dokumentują przemiany społeczne, język, politykę i prozę życia. W „Prostych rzeczach” odbija się portret pokolenia, które dorastało między radiem na korbkę a chmurą danych.
To książka dla tych, którzy lubią myśleć, ale też dla tych, którzy po prostu lubią patrzeć na świat z ukosa. Bo – jak pisze Wicha – Nowe rzeczy się zestarzały. Za to na rondach błyszczą świeżutkie tablice na cześć żołnierzy wyklętych. One też zblakną.
“Marcin myślał o wydaniu tych felietonów. Każdy z nich jest dla mnie jak spotkanie po latach z najlepszym przyjacielem, jak anegdota powtarzana przy rodzinnym stole od pokoleń. Niech się je Wam dzisiaj dobrze czyta.”
Marta Tymowska-Wicha
Proste rzeczy
Wydawnictwo Agora
Premiera: 28 stycznia 2026
Słyszymy się w tych samych miejscach
To zawsze wygląda tak:
Wyślę ci coś. Przeczytasz?
Poszło!
Nie czytaj tego. Wysyłam drugą wersję.
Kiedy czytam, nasłuchuje z pokoju obok. Kiedy zaczynam się śmiać, zagląda i pyta: – Co cię rozśmieszyło?
Oczywiście doskonale wie, w którym momencie i co mnie rozśmieszy. I zapewne osób, w których rezonuje ten humor, jest wiele.
Co słychać? Pewność, że Marcin będzie wiedział, jak opisać to, co nam się przydarza, jest taka krzepiąca. Wystarczy mu opowiedzieć.
Ale jednocześnie wszystko, co pisze, jest pisane na poważnie. Żadnego na ostatnią chwilę, byle jak, w biegu. Szanuje czytelnika. Szanuje osoby zamawiające tekst. Ma swoją rutynę, której zawsze przestrzega: fazę odręcznych notatek, wklikania zdań do telefonu, odkładania na noc, czas zmian, lektury na głos, nagrywania, odsłuchu. To jak z wyrabianiem ciasta drożdżowego, którego się uczyłam od Joasi, jego matki. Teraz dodaję cukru, żeby drożdże miały co jeść.
Pisze o rzeczach różnego kalibru, bo wszędzie znajduje coś interesującego. Pisze, bo zawsze się czymś przejmuje. Daj znać, jak dojedziesz.
Dzień zaczyna od wiadomości po polsku, angielsku i rosyjsku. Zasypia i też słucha. Wiem, wiem, zaraz wyłączę. Bierzemy udział w protestach, pochodach, akcjach, strajku kobiet. Robimy transparenty, rekwizyty, przebieramy się za drzewa. W 2017 roku Marcin jedzie do Mińska na spotkanie z białoruskimi grafikami. W 2019, w czasie strajku nauczycieli, angażuje się we współpracę z ZNP. Pomaga swojej tłumaczce po wybuchu wojny w Ukrainie.
Pracuje właściwie bez przerwy. Poczekaj chwilę. Już cię słucham, tylko coś zanotuję. Układa zdania na spacerze, dyskutuje ze sobą, parząc kawę, edytuje, gdy jedziemy samochodem.
Pamięta wszystko, co widział i co przeczytał, od wczesnego dzieciństwa. Sięga ze swobodą do doświadczeń swoich rodziców i ich przyjaciół. Wie, w której książce i w której chmurze znaleźć cytat, ilustrację czy fotografię. Gdy późnym wieczorem trzaska drabina przestawiana od półki do półki, to znaczy, że książka nie jest na swoim miejscu. Patrzyłem już u dziewczynek. Pójdę do pracowni – może tam.
3 listopada 2024 biorę płytę Porządki Maniuchy i robię jej zdjęcie na tle jaskrawożółtych liści miłorzębu. Marcin pisze na Facebooku:
[Już jest]
Pogoda była taka ładna,
że zabraliśmy ulubioną płytę na spacer.
To jego ostatni publiczny komentarz do naszych przypadków.
Myślał o wydaniu tych felietonów. Każdy z nich jest dla mnie jak spotkanie po latach z najlepszym przyjacielem, jak anegdota powtarzana przy rodzinnym stole od pokoleń. Niech się je Wam dzisiaj dobrze czyta. Słyszymy się w tych samych miejscach.
Marta Tymowska-Wicha
Grochów, 11 listopada 2025
Ucieczka z Alcatraz
To był mój ulubiony przykład toksycznej brzydoty. Koronny dowód, że architektura wnętrz do spółki ze złym designem plują nam w twarz i tumanią młodzież.
– Spójrzcie – mówiłem – na szatnię w szkole mojego dziecka. Na piwniczną izbę, gdzie słabe światło sączy się z góry i pada na stalową kratownicę. Na siatki pomalowane olejną farbą i na rzeźnickie haki.
– Dlaczego wsadzamy dzieci do klatek? – pytałem dramatycznie.
– Żeby nie było kradzieży – rzucał ktoś w odpowiedzi.
– Żeby nie było dilowania – sugerował inny.
– Żeby woźna widziała, co się dzieje w środku.
Otóż to. Idealne więzienie to budynek, w którym minimalna liczba strażników obserwuje maksymalną liczbę skazańców. Epoka oświecenia poświęcała wiele uwagi takim łamigłówkom z pogranicza geometrii i nauk społecznych. Rozwiązanie zaproponowane w XVIII wieku przez Brytyjczyka Jeremy’ego Benthama – panoptikon – okazało się tak dobre, że do dzisiaj służy jako symbol totalnej kontroli państwa nad jednostką. Nic dziwnego, że projektanci szkół chętnie korzystali z dorobku architektury penitencjarnej. I tylko dzieci trochę szkoda.
Chodził sobie taki knypek do przedszkola. Zostawiał obuwie w szafce z motylkami, kwiatkami albo wesołą figurą geometryczną. Aż tu, bach, kończy sześć lat i trafia do szkoły. Maszeruje w galowym ubranku, niesie nowy tornister i nielegalny batonik, ale zanim się czegoś nauczy, zanim znajdzie drogę do klasy, ląduje w trójwymiarowej metaforze totalizmu. I to pod czujnym okiem woźnych.
W mojej podstawówce, zwanej z orwellowska „Różaną szkółką”, do woźnego trzeba było mówić „wujku”. Dziarski staruszek wymachiwał dyscypliną, która wyglądała jak rekwizyt z filmu Bunt na Bounty.
Może obyczaje są dziś łagodniejsze, ale kształt szatni się nie zmienił. Kraty sugerują, że dziecko zagraża sobie i innym. Musi zostać poddane nadzorowi policyjnemu. Łatwo tu dostrzec element samospełniającego się proroctwa.
Naprawdę nie mamy lepszych pomysłów wychowawczych? W klasach wiszą nowe tablice multimedialne. Na boisku ułożono miękką wykładzinę. Powstała nawet sala rekreacyjna z kolorowymi kulkami, więc dlaczego szatnia wciąż przypomina więzienie Alcatraz?
Ostatni raz wygłosiłem powyższą tyradę 31 sierpnia. Następnego ranka zrobiło mi się głupio, bo podczas wakacji pani dyrektor kazała wyrzucić kraty. Zamiast siatek są teraz boksy wydzielone ścianami z karton-gipsu. Drzwi z nietłukącą się szybą, małe haczyki na ubrania i ani jednej kamery.
Dlatego designerem września jest dla mnie pani dyrektor osiedlowej podstawówki. Chociaż to tylko jedna szatnia i jedna szkoła.
5 września 2015
W środku i na zewnątrz
Trzeba było zrobić zdjęcia. Miałem tysiąc okazji, bo mieszkam niedaleko i od lat widziałem, jak elewacje dawnej fabryki Szpotańskiego[1] znikają pod warstwą styropianu, klinkieru lub tynku. Teraz przepadło, właściciel budynku właśnie się rozprawił z ostatnim skrzydłem. Nawiasem mówiąc, właścicielem jest Szkoła Wyższa Psychologii Społecznej.
Owszem, rozległy się protesty. Zabrał głos konserwator, a „Gazeta Stołeczna” opisała sprawę na pierwszej stronie. Cóż z tego? Cenniejsze zabytki poszły ostatnio pod topór.
Fabryka Szpotańskiego to pamiątka z czasów, gdy Kamionek był warszawską Doliną Krzemową, działały zakłady optyczne, elektrotechniczne i zbrojeniowe – ówczesny high-tech – jak również warsztaty rymarskie (bo siodło stanowiło jeszcze podstawowe wyposażenie armii).
Po prostu wielki dom z szarej cegły. Po 80 latach wciąż czujemy chłodny namysł, który stał za decyzjami projektanta. Widać, że inwestor liczył złotówki. Nie popisywał się. Nie puszył. Nie wyrzucał pieniędzy na kolumnady lub imperialne wnętrza. Wybrał czysty funkcjonalizm. Jednak budynek miał swój ciężar i charakter. A także starannie przemyślany, surowy detal.
Ślepe elewacje ozdobiono pionowymi pasami. Płyciny z rzędami cegieł sprawiły, że płaska ściana ożyła, rozpoczęła codzienne gry ze światłem i cieniem.
Troska o szczegół zawsze robi na mnie wrażenie. Czasem myślę, że w architekturze właśnie to jest najlepsze: drobiazgi, bez których można się obyć. Ceglane układanki odpowiadały na jakąś pierwotną potrzebę, chyba tę samą, która sprawia, że garncarz ozdabia miskę, a koczownik – jurtę. Skąd to się w człowieku bierze? Trzeba by spytać historyka sztuki albo może psychologa społecznego (upss!).
Tymczasem detal zniknął pod styropianem. Rzeczniczka SWPS przekonująco wyjaśniła decyzję uczelni (arytmetyka zawsze jest przekonująca):
„W semestrze zimowym mieliśmy nieustanne skargi na zimno w pomieszczeniach (…). Rozważaliśmy metodę docieplania pomieszczeń od wewnątrz, ale jest wielokrotnie droższa, a uczelnia nie może uzyskać dodatkowego dofinansowania”.
Ciekawe, że przedwojenny inżynier Szpotański też był przedsiębiorcą. Jak mawiają w telewizji: działał w ramach logiki wolnorynkowej. Powinien odpuścić. Zaoszczędzić na architekcie, wykonawcy i materiale. Postąpił inaczej. Czy zrobił to dla siebie? Dla prestiżu firmy? Dla samej architektury? W ostatecznym rachunku, zrobił to dla nas, przechodniów. Dla tych na zewnątrz.
Wiem, nie ma żadnego powodu, żeby prywatna uczelnia rozdawała prezenty. Szkoła odpowiada za to, co w środku. Za komfort studentów i bilans cieplny pomieszczeń. Jednak od pewnego czasu SWPS tytułuje się „uniwersytetem”. Słownik sugeruje, że słowo „uniwersytet” jest spokrewnione ze słowem „universalis”, czyli powszechny. No, ale nowe wizytówki to jedno, a termoizolacja – drugie.
19 września 2015
Telefony
Tworzymy sieć. Nadajemy jej nazwę. Zabezpieczamy hasłem przed intruzami. Rodzinne wi-fi jest formą więzi, do naszej sieci dopuszczamy tylko najbliższych. Czasem zaufanych gości. Na ekranach i wyświetlaczach widzimy inne sieci. Sąsiedzkie, ale obce. Też mają swoje nazwy. Czasem enigmatyczne, jak „Livebox-B6Ac”. Czasem sugestywne – w przestworzach naszej kamienicy unoszą się „Balony Marioli”.
To wizytówki wspólnot, do których nie mamy wstępu. Chyba że hasło to „qwerty12”.
W dzień podłączamy się do sieci biurowych. Za cenę espresso wpraszamy się w łaski kawiarni, gdzie każą wpisać hasło „dobrakawa” – co jest poświadczeniem nieprawdy. Nawet w szpitalu możemy korzystać z „Internetu-dla-pacjentów” (zapewne lekarze mają swój własny, lepszy).
W dniach budapeszteńskiego kryzysu po dworcu Keleti[2] krążyli wolontariusze z komórkami i udostępniali swój internet uchodźcom. Był to prosty, praktyczny gest. I zarazem nowa forma pomocy: zaproszenie do sieci. Rozdawanie dostępu. Dzielenie się transferem.
Jednak uwagę komentatorów zwróciło co innego: uchodźca ze smartfonem. Ten widok utwierdza w niechęci. Budzi podejrzenia. Uchodźca ze smartfonem, państwo widzieli? Ze smartfonem! Od razu widać, że facetowi dobrze się powodzi. Wyruszył w drogę wyłącznie po to, żeby zabierać nam pracę, korzystać z socjalu i zamieniać kościoły w toalety.
A może wrogość podszyta jest niepokojem? Może człowiek z telefonem wygląda zbyt zwyczajnie? Może w skrytości ducha chcemy wierzyć, że pewne rzeczy nie przydarzają się właścicielom smartfonów?
Dotykają nas choroby i nieszczęścia, ale to nie my przeprawiamy się w małych łodziach przez morze. Nie tłoczymy się w obozach dla uchodźców. Nie szturmujemy granicznych płotów. Rekwizyty codzienności wrzucone w taki sztafaż wyglądają nieprzyjemnie. Sugerują, że i nas może spotkać to samo.
W warszawskim getcie były telefony. Działały do samego końca. Poeta getta Władysław Szlengel napisał wiersz o kimś, kto dyżuruje przy aparacie. Może podnieść słuchawkę, wybrać numer i połączyć się z aryjską stroną. Ale co z tego?
„A wieczór jesienny za szybą,
a wicher jesienny gna drogą
i myślę – chciałbym zadzwonić,
ale nie mam do kogo (…)
nakręcam numer znajomy,
odzywa się… zegarynka…”.[3]
Bo w końcu nieważne, czy mamy telefon. Ważne, czy mamy do kogo zadzwonić.
26 września 2015
Świetlica postcyfrowa
W naszej dzielnicy otworzyli klubokawiarnię. Jest to dobra wiadomość, gdyż daje nadzieję na ułatwiony dostęp do książek i kawy. Jest to również zła wiadomość, ponieważ świadczy o postępach procesu gentryfikacji. Tylko patrzeć, jak zniknie bazarek, pojawią się targi śniadaniowe, a z drugiego brzegu Wisły przywędrują hipsterzy. Sąsiedzi, którzy bywają w Śródmieściu, twierdzą, że hipsterzy to brodaci młodzi mężczyźni, obcy nam kulturowo, gdyż zamiast bronić ojczyzny, przesiadują w lokalach gastronomicznych.
Jednak nasza dzielnicowa klubokawiarnia jest nietypowa. Nie wygląda sterylnie jak laboratorium nanotechnologii, ale nie przypomina też targu staroci. Brak tutaj foteli z lat 60., kinowych krzeseł i stolików spod maszyn do szycia. Nie ma tarty szpinakowej, huculskich tkanin ani europalet.
Za to są półki. Na nich sporo książek: nowości wydawnictwa Czarne, poradniki Reginy Brett, Biblia dla najmłodszych, biografie. Pełen przekrój rynku wydawniczego (a nuż coś zaskoczy). Można się tutaj poczuć jak w zwykłej księgarni z czasów, gdy jeszcze istniały zwykłe księgarnie. Albo jak w międzynarodowym klubie prasy i książki, zanim z tych swojskich placówek wyrósł demoniczny koncern.
Największe wrażenie zrobiły na mnie plakaty, którymi wyklejono witrynę. „Przy zakupie książki gorąca czekolada gratis”, „Czas na gry planszowe” i tak dalej, aż do finałowego „Zapraszamy, wejdź”. Otóż wszystko to wyłuszczono najprawdziwszym odręcznym pismem świetlicowym. Od lat już nie widziałem takich liter.
W dawnych czasach, kiedy nie było drukarek, ploterów i foliowych wyklejanek, używano ich do gazetek ściennych, repertuarów i kronik. Kaligrafowano maksymy na szkolnych korytarzach („Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”). A jeszcze wcześniej – listy przodowników pracy, w których nazwiskom rekordzistów towarzyszyły rysunki rakiet i samolotów, a na dole tabeli wlokły się zawstydzone żółwie i ślimaki.
Zaintrygowany wszedłem do środka i zobaczyłem, że właściciel pracuje nad kolejnym afiszem. Na arkuszu brystolu nakreślił linie pomocnicze (ledwo widoczny ślad zaostrzonego ołówka). Wokół rozłożył narzędzia: linijkę, cyrkiel, gumkę myszkę, kolorowe flamastry, które kiedyś nazywano mazakami.
– Pięknie pan pisze – zauważyłem.
– Wiele lat się tym zajmowałem – odpowiedział, nie odrywając wzroku od swojego dzieła. Najwyraźniej nie chciał rozwijać tematu pochłonięty napisem „LEMONIADA 7 ZŁ”. Ja też nie dopytywałem o szczegóły, jeszcze by się pomylił. W milczeniu obserwowałem jego kunszt.
Trzymam kciuki za tę firmę. Oby dali sobie radę, oby się utrzymali na rynku. Kibicuję im wcale nie z nostalgii. Przeciwnie: mam nadzieję, że właśnie rodzi się nowy trend. Grochów przyspieszył, ruszył na skróty i wkracza w dawno wyczekiwaną epokę postcyfrową.
Gdyby ktoś był zainteresowany, to i tak nie podam adresu. Nie przyjeżdżajcie, zanim nie będziecie gotowi.
3 października 2015
Smartfon za złotówkę
Skończyła mi się umowa na telefon. Poszedłem, by przedłużyć.
Uważam, że to czysty układ oparty na obustronnych korzyściach. Przez kolejne dwa lata będę poddany totalnej inwigilacji, śledzony i profilowany. Każdy mój krok znajdzie się na mapie. Korespondencja, zdjęcia i książka adresowa posłużą Bóg wie komu do nie wiadomo jakich celów. Poza tym zainstalują mi tuzin absurdalnych aplikacji, a znaczną część tych przyjemności dopiszą do rachunku. W zamian dostanę fantastyczne dzieło technologii i designu – smartfon za złotówkę.
Smartfony za złotówkę! One wyznaczają rytm życia. Odliczam lata, miesiące i tygodnie do kolejnego smartfona za złotówkę. W noc ciemną i złą wyobrażam sobie, jak zrywam folię z ekranu, jak mruga do mnie nowa wersja Androida.
Poszedłem do punktu w centrum handlowym. Za ladą tkwiło dwóch konsultantów. Jeden blondyn, a drugi trochę agresywny. Położyłem na stole mój dotychczasowy, nadtłuczony i sterany smartfon za złotówkę. Pokazałem papiery.
– Ile chciałby pan wydać? – spytał blondyn.
– Złotówkę – odparłem.
– Smartfon za złotówkę kosztuje teraz trzy złote – odparł i pokręcił głową z podziwem. – Wie pan, ile firma na tym zarobiła?
– Niech będą trzy złote.
– Ale pan chyba nie chce takiego, nie ukrywam… (ostatniego słowa nie dosłyszałem, bo drugi, agresywny konsultant cisnął słuchawką i zaczął walić pięścią w blat).
– Kolega się stresuje – wyjaśnił blondyn. – Za trzy złote mogę panu dać kolejny smartfon z plastiku. Ale w pewnym wieku chce się od życia czegoś więcej, prawda? – Spojrzał i poczułem się jak bohater melodramatu o podstarzałym mężczyźnie, który dostrzega pustkę egzystencji i tuż przed metą postanawia spełnić zaległe marzenia.
– Mógłby mieć lepszą baterię – szepnąłem.
– Co pan?! Telefon wytrzymuje 720 cyklów ładowania, a potem nadaje się tylko do śmieci. (Drugi konsultant zaczął kopać krzesło).
– Kolega tak z przemęczenia – wyjaśnił blondyn. – Plastikowy smartfon kosztuje w sklepie 49 złotych. Jak go damy w abonamencie, to będzie pan płacił raty przez 30 miesięcy. W sumie wyjdzie trzy razy więcej. (Drugi konsultant chwycił stojak na ulotki i cisnął nim w ścianę).
– Taki jest świat – objaśniał blondyn. – Chodzi tylko o kasę. Sentymenty się skończyły, wszystko jest skalkulowane. Kochamy się jak bracia, a liczymy się, sam pan wie. (Drugi konsultant przytaknął, po czym wrócił do maltretowania wykładziny podłogowej).
– Kolega 12 godzin już tu siedzi. Ja też powinienem jechać na urlop, mam zaległy z zeszłego roku. Może jeszcze w październiku się uda.
– To świetnie.
– Na pięć dni. Czasem człowiek ma dość. A wie pan, dlaczego tak to wygląda?
– Przez kapitalizm? – zasugerowałem. – Słyszał pan o Partii Razem?
– Przez ludzi. Powiem szczerze: gdyby klienci wiedzieli, czego chcą, to nie musiałbym tyle czasu siedzieć w robocie. Przychodzą, żeby zapytać, która godzina. Jedna babcia ciągle się skarży, że ma kartę źle założoną… [Drugi konsultant chwycił bezprzewodową klawiaturę i zaatakował ekran komputera].
– To ja się jeszcze zastanowię – powiedziałem i uciekłem.
Nie wiem, jak się nazywa ta metoda sprzedaży, ale zdecydowanie wolałem, kiedy nas oszukiwali.
17 października 2015







