Hipnotyczna, pełna dzikiej energii powieść o świecie, który pod ciężarem kolonialnej przeszłości chyli się ku upadkowi, a mimo to pulsuje nadzieją na lepsze jutro. W jej centrum znajduje się Oblivia – niema nastolatka z wysiedlonej aborygeńskiej społeczności, żyjąca na bagnach w rdzewiejącej łodzi z czarnymi łabędziami tak jak ona pozbawionymi domu.
Australia, niedaleka przyszłość. Ludność aborygeńska wciąż żyje głównie na kontrolowanym przez rząd wycinku Terytorium Północnego, a środowisko naturalne uległo nieodwracalnym spustoszeniom z powodu zmiany klimatycznej.
Pochodząca z wysiedlonej społeczności Oblivia, niema nastolatka, ofiara gwałtu grupowego z rąk nawąchanych benzyny nastolatków, mieszka w jednej z niezliczonych rdzewiejących łodzi na bagnie, które miejscowi dzielą z tysiącami czarnych łabędzi, zmuszonych do przeniesienia się tu z innych części kraju.
Opowieść prowadzi nas przez życie Oblivii, aż po małżeństwo z Warrenem Finchem, pierwszym aborygeńskim prezydentem Australii, i wyniesienie do godności pierwszej damy, uwięzionej w podtopionym, osuwającym się w bezprawie mieście na południu kraju.
„Księga łabędzi” łączy w sobie wszystkie najlepsze cechy pisarstwa Alexis Wright: głębokie zrozumienie rzeczywistości, w której zmuszona jest funkcjonować ludność aborygeńska, dziką energię i humor, niosące nadzieję nawet w najmroczniejszych chwilach, i wreszcie – doskonale skonstruowaną opowieść, czerpiącą z mitów, legend i baśni, w której oprócz Oblivii Ethylene przewija się cały korowód niezwykłych postaci, takich jak ciocia Bella Donna, Kapitan Zatoki, Czerwona, Mechanik, gadająca małpa o imieniu Rigoletto, trójka dżinnów z doktoratami, i wiecznie obecne w tle, prowadzące nas przez całą historię, łabędzie.
Księga łabędzi
Przekład: Aga Zano
Wydawnictwo ArtRage
Premiera: 23 stycznia 2026
PRELUDIUM: IGNIS FATUUS
Na poddaszu mojego mózgu mieszka sobie w domku dla lalek dziki wirus. Na rześkim niebie bez końca migoczą nad księżycowo wyboistym ogrodem drobniuteńkie gwiazdy. Obłąkany wirus siedzi sobie na kanapie, jednym okiem łypie zawsze na podwórko, wypatruje intruzów. Zalegający na progu stos nakazów eksmisji w niczym mu nie przeszkadza. Wirus myśli, że jest ostatnim czystej krwi osobnikiem swojego gatunku, jaki w całej krainie pozostał przy życiu. Wszystko inne to mieszańce. Funta kłaków! Nawet nieruchomości jedno z drugim nie ma. Nie do wiary, że mózg naprawdę może się dać wciągnąć w rzyganie złymi wspomnieniami na piękne, spieczone słońcem równiny.
Wewnątrz domeczku wirus produkuje arsenał bardzo niebezpiecznych pomysłów, a jeśli zobaczy gdzieś łopoczącą na wietrze białą flagę, bierze bazookę i przez okno wystrzeliwuje rakiety do mieszkania, w kosmos, na pole, czy jak kto tam sobie nazywa życie. Najbardziej niepokojące w tej fenestralnej palbie jest pytanie, co nam zostanie na koniec i które rozbryzgi różnych prawd, niosących opowieść o łabędziu z kością, przetrwają na tej ziemi.
No więc mój mózg jest równie przeżarty co porzucony gdzieś w krzakach stary, rozwalony Commodore. Jakoś tam sobie radzę. Brnę przez gruzowisko. Proszę bardzo! Oto ja – zygzaczkiem, wężykiem po gorącym asfalcie, na którym nigdy nie ustaje ruch. Oto ja – uciekam przed jazgotem helikopterów, rozcinających gęste, burzowoszare kłęby dymu. Wreszcie rozpoznaję niosący się z oddali monotonny głos. Zbliża się.
Oblivio! Nieziemski głos starej kobiety od łabędzi wyrywa się z gruntu pod moimi stopami, choć ona przecież od lat nie żyje. Tyle czasu minęło, a biała baba dalej woła mnie po imieniu! Gdzie ta moja mała aborygeńska znajda? Imienia brak. Mudunyi? Oficjalnie: Oblivion Ethyl(ene). Co ty, dziewucho, wyprawiasz? – pyta. Co jak co, ale wychodzić tak do ludzi to ja cię nie uczyłam. Mierzy mnie surowym wzrokiem. Skórę i kości. Włosy zgolone na gładko nożem tuż przy czaszce. Jestem spalona na tę samą barwę co suche błoto. Biała przygląda się spierzchniętej ziemi. Nie spodziewałam się, że kiedyś tu wrócisz – dodaje. Duch twierdzi, że nadal widzi w niej dziecko, które wydobył kiedyś z wnętrzności starego eukaliptusa, wyglądającego, jakby miał z tysiąc lat. Tylko że to nie jest miejsce dla duchów przybywających skądinąd, wirus bez przerwy szczeka jak stróżujący pies. Uuba, bubla, bubla! Duch starej baby płoszy się jak kocur, co daje ze strachu drapaka – tak ją przeraził zwyrodniały rechot wirusa, niosący się po przypalonym krajobrazie. Mało jej z tego pietra nie wywróci na lewą stronę. Zdążyła jeszcze rzucić parę słów na do widzenia, Ja wiem, kim ty jesteś, i już, jak nie czmychnie przez równinę, chwila moment i znika za horyzontem.
Jak się chce takiego wirusa z głowy eksmitować, to nie można pukać do drzwi jego staroświeckiego domku na prerii, kiedy operuje się wyłącznie przebrzmiałym myśleniem, bo on na takie stukanie po prostu nie zareaguje, nie wyjdzie na próg, nie łypnie w słoneczny blask, nie pogada o niczym jak równy z równym, a już tym bardziej nie zacznie wokół ciebie, człowieku, skakać niby jakiś Chubby Checker dla ubogich, stawać na rzęsach i na czym tam jeszcze. Na gościnność też nie ma co liczyć – nawet w najupalniejsze lato – choćby się nie wiem ile stukało, wołało, że cukierek albo psikus, ceremonialnie składało dary na progu czy wpadało w histerię, że nikt nam nie otwiera.
Mogę udowodnić, że mam tego wirusa. Zachowałam wymiętoszony świstek z wynikami badań lekarskich, przeprowadzonych przez największych specjalistów medycyny i nauki. Wszyscy oznajmili, że mam mózg zupełnie wyjątkowy. Znachorzy, też ci z najlepszych na świecie, orzekli, że taki wirus to nie żaden cud, tylko taki biedny, zagubiony i wchłonięty duch, jeden z tych, co dużo rozmyślają o sprawach, które zaszły gdzie indziej na naszej planecie – tyle rozmyślał, że mi się zaplątał w głowie. Lecz podobnie jak nie mogą nic poradzić, kiedy człowiek za dużo wchłonie domowego rumu, kartoniaka czy innego kamukamu, tak i w moim przypadku nie ich rolą jest mnie leczyć – tak mi powiedzieli.
Wirus to nostalgia za tym, co zagraniczne, wyjaśnili, albo, jak to mówią Francuzi, nostalgie de la boue; choroba wyrosła z kierowania każdej kropli energii w wyobrażony, idealny świat, w którym dźwięczą pieśni o solidarności, jak We Shall Overcome. Mój wirus śpiewa głosem niezwykłym, mocno zaciąga, jak Australijczyk cierpiący na syndrom wiecznej izolacji – całe serce sobie wyśpiewuje o krykiecie czy futbolu bez jednej myśli w głowie, jak Harry Belafonte w tej piosence o bananach. No cóż, nic w tym złego. Zdzierał sobie stęsknione gardło ku wszechświatowi innych wirusów, żyjących w zanieczyszczonych mikroskopijnych miastach gdzieś na bagnach mojego umysłu.
Ten skrajnie przegrany, niezadowolony z przymusowego pobytu w cudzym mózgu, zachowywał się tak, jakby wjechał nowiutkim Ferrari prosto w najgorsze slumsy na osyfiałej pustyni w jednym z najsamotniejszych miejsc na świecie i został nagle zmuszony, by całą swoją wysoką kulturę upchnąć w jakiejś szopie. Lekarze uznali to za wyjątkowe zjawisko, za absolutny cud, że nikt poza mną nie skończył z wirusem takim jak ten szajbus, który mi się zaplątał we łbie – a wiedzieli, że tak jest, bo przebadali tysiące wszelkiej maści fundamentalistów. Stwierdzili, że te badania to marnowanie środków publicznych, i na potwierdzenie swojego stanowiska napili się wody z bagna.
Po odkryciu, jak wyrwać się z rzeczywistego wymiaru tego miejsca, tworzyłam sobie iluzoryczne przedwieczne ojczyzny, do których mogłam się zakradać i niszczyć rozległe tereny należące do posiadłości wirusa. Jego domek otaczają teraz górzyste obce kraje, przyduszające jego równiny długim cieniem, a między górami rozlewają się pustynie, po których tułały się miliony spragnionych wędrowców, nad wybrzeżami zaś kotłują się morza, szarpane falami tak wściekłymi, jakby je wzbijał jakiś King Kong, falami jak monstra ryczące tuż u progu. Bez żadnego oporu, nic w ogóle, stałam się cyganką, uzależnioną od podróży w te odległe mirażowe ojczyzny, tylko po to, by zwabić wirusa, ukrytego gdzieś na jego własnym zatłoczonym globie, i przekonać go, by otworzył drzwi. Jakby mnie kto pytał – właśnie tam się to zaczyna. Oto wyprawa po suwerenną władzę nad moim własnym mózgiem.
Ściemniam więc w broszurkach, które wysyłam wirusowi, wyjaśniam w nich, że muszę koniecznie przyjechać z wizytą, że łączą mnie z tymi kontynentami świata mojej wyobraźni więzy krwi, warte, by za nie umierać, i drzewo genealogiczne, rosnące w snach o odległych krainach. To fakt, dodaję, moja ojczyzna rozrosła się tak bardzo, że ciągłe podróże ku jej coraz dalej wysuniętym granicom są koszmarem. Jestem jak Święty Mikołaj, przemierzający niebiosa w jedną noc mungamba pod miliardowy nowy adres, no i po co? Żeby dostarczyć samą siebie, te dobra, których odbiorca może sobie życzy, a może nie. Wirusa zaintrygowała moja wizja przynależenia wszędzie; zapytał, po co podejmuję te wyprawy, zagarniające jeszcze więcej miejsc, od których w jego małym światku robi się już naprawdę tłoczno. Wyjaśniam, że zaczynam podróże lokalnie, płynę przez żółte wody powodziowe, które rozlewają się w jeszcze większe akweny wewnątrz lądu, aż docieram do aluwialnej równiny, karmiącej cieniste ogrody, gdzie mieszkańcy mnie nie znają i chcą wiedzieć, po co do nich przybyłam. Zawsze ruszam dalej.
I tak to podróżuję, napędzana ciekawością, co to znaczy mieć ojczyznę, wędrować dalej w głąb obcych krain, pełnych świętego pyłu i sadów rodzących drogocenne owoce, malutkie i dojrzałe na słońcu, krainy to na wpół zniszczone przez wojnę, to znowu chlaśnięte w twarz brutalnym głodem. Lecz mimo to miejscowi, nawet gdy im niosę w dom podarki, znajdują obok głodu i zmęczenia odwagę, by przepędzić nieznajomą ze swojego raju, i nic ich nie obchodzi, jak daleką drogę przebyła. Liczy się tylko to, że nie jest jedną z nich.
Mówię wirusowi, że jak w domu czułam się raczej w muskającym mi twarz chłodnym powiewie spod łagodnych skrzydeł dzikiego łabędzia, szybującego w wielkiej migracji przez kontynenty nad ośnieżonymi szczytami, niż na tych upiornych rozległych terenach nieopisanej urody, która nie dała mi nigdy żadnej radości. Muszę iść dalej, aż dotrę do tego ostatniego miejsca pod suchym nimbusem z kurzu, gdzie dawno temu czułam, że do czegoś przynależę.
Wirus myśli, że chcę tego, czego on chce – ukryć się w najciemniejszym zakątku jego różowego jak landrynka łóżka, gdzie śpi i śni głęboko w moim chorym umyśle.
CYKL PIACHU
I gęgot słyszę, gdy przewodnik stada
Towarzysza wzywa, co w tyle opada…2
Kiedy zmienił się świat, ludzie byli inni. Miasteczka się pozamykały, miasta zabito dechami, dzielnice opustoszały, rządy padły. Nie wyglądało, żeby ktoś tam miał oczywiste dla mnie i dla ciebie skrupuły, czy odejść z tego miejsca, o którym mówili, że to nikomu niepotrzebna kupa śmiecia, i nigdy już nawet o nim nie pomyśleć.
Matka Natura? Ha! Kto by policzył, ile serc jest w stanie wyrwać żywcem? Nigdy jej się to nie znudzi. I kto wie, gdzie na tej ziemi człowiek później znowu swoje serce znajdzie? Ludzie w drodze nazywali ją Matką Katastrofą od powodzi, pożaru, suszy i zamieci. To były jej cztery pory roku, którymi ciskała w świat, kiedy jej się zachciało.
Gdziekolwiek spojrzeć, ludzie kręcili się po wyobraźni czarnowidzów i mówili językami wymierania.
Gadali, jak przetrwać pod starą markizą niekończącą się kurzawę albo że większą część życia spędzili w powodzi podchodzącej im aż pod sam brzuch; mówili o falach tsunami i że już zawsze będą musieli radzić sobie z radioaktywnym opadem na wybrzeżach i polach. W innych częściach planety ludzie w ogóle rzadko mieli okazję do rozmowy, bo byli zajęci czołganiem się przez śnieżyce, by nie pogrzebało ich żywcem w jakiejś zaspie. Proszę mi wierzyć, mało komu się paliło do pogaduszek, kiedy światowe rządy sypały się szybciej, niż zawiązywały między jedną zagładą a drugą. Sami to możecie ocenić. Wierzcie albo nie.
Ignis Fatuus = Błędny Ognik. To o tobie, Oblivion! Jesteś kropka w kropkę jak ten Rip Van Winkle z bajki. Ten, co do niego wołali: „Zbudź się, chłopie”, a on spał jak kamień, dłużej niż stary pies, spał przez tyle lat, że jak się obudził i poszedł do domu, to się okazało, że domu już dawno nie ma, zostały po nim tylko krzaki, tylko skrub, i nikt już nawet faceta nie kojarzył. Był pusty w środku, człowiek zagadka. Nikt go nie pamiętał. Mógłby być kimkolwiek. Co i rusz ktoś go dźgał w sterczące żebra i dopytywał: „Kim ty jesteś, no jak myślisz?”, każdy chciał wiedzieć, jak się nazywa, czemu twierdzi, że jego dom gdzieś zniknął i inne takie. No bo dom to nie jest łatwo zgubić. Jaki człowiek by sobie na to pozwolił? No to dobrze mu tak. Ma za swoje. Gdzie się zostawiło dom – to się zawsze powinno wiedzieć.
„No tutaj był! Tutaj!” – upierał się ten Rip Van Winkle. Zmyślał na poczekaniu zupełnie tak jak ty, Oblivion. I jego też nikt nie lubił.
Niektórzy sądzą, że przed suszą doszło do wypadku. Zaginęła mała dziewczynka. Wpadła głęboko pod ziemię, w trzewia ogromnego eukaliptusa. Zasnęła tam i bardzo długo spała w spowitej ciszą czeluści pośród plątaniny wielkich korzeni. Wszyscy zapomnieli, że w ogóle kiedyś istniała – chociaż to akurat nikomu nie zajęło wiele czasu.
Dziewczynka na dobre utkwiła w świecie snu i tylko palce bez przerwy jej się poruszały, kreśliły powolne zawijasy jak melodię. Zapisywała starożytnymi symbolami zwrotkę za zwrotką na wszystkim, czego zdołała dotknąć – wewnątrz własnych dłoni i na zakurzonych korzeniach drzewa. I cokolwiek tam pisała, albo każdy znak czerpany z rozbełtanej pierwotnej materii tych przedwiecznych ziem należał do odradzającego się instynktownie najstarszego z języków, albo – przez jakiś osobliwy zbieg okoliczności – palce nieprzytomnego dziecka układały słowa przypominające trele ptaków śpiewających o nadejściu dnia; dziewczynka nie rozumiała jednak gulgotów i charczeń dawno umarłego języka, wchłoniętego przez starożytny rzeczny eukaliptus.
Jej palce śledziły ruchy wymarłego języka, by pisać o martwych drzewach, którymi upstrzone są bagna, gdzie nad głębokim jeziorem, zasilanym przez starego krewniaka, ducha źródlanego, rosły niegdyś, póki wszystkie powoli nie umarły, dikili, eukaliptusy starsze od wzgórz. Stało się to podczas wielkich burz piaskowych, które spadły na tę ziemię jak klątwa po przybyciu ludzi z morza. Ich głosy niosły się w środku nocy nad ciężkimi falami. Wszystkie krzyki osiadły na wstęgach słonej mgły, sunącej leniwie znad wody, niesionej przedwiecznym wietrznym prądem – wędrowały przez wiele kilometrów jednym przesmykiem z moskitami i nietoperzami, nad wijącą się wężowo ścieżką, aż spadły tam, gdzie mogły się zagrzebać w miejscu spoczynku starej opowieści, którą nosił w sobie rdzenny lud jeziora.
Chrabąszcze pokrywające taflę wody w ułamku sekundy wstrząsnęły nocą, powierzchnia rozpękła się jak drogocenne weneckie szkło na chodniku. Ryk chropawych głosów z morza poderwał duchy, które wyłoniły się z jeziora – bo usłyszały, jak ci ludzie je wzywają – pół godziny po północy, pół po drugiej, niosło się echem w nawiasach z trzciny.
Senne dzieci z maleńkich osad wokół jeziora słyszały głosy mówiące z rozległych liściastych pól lilii wodnych. Czuły, jak słowa za nimi gonią, jak owijają im stopy niczym sznur i próbują wciągnąć z powrotem, uniemożliwić ucieczkę. Każdy, kto się ośmielił odwrócić i spojrzeć w echa jeziora, słyszał głosy wyrywające się jak psi szczek z pysków ryb, które prześlizgiwały się po powierzchni wody w pogoni za chmarami moskitów – coś koło czwartej.
Idące z głębi morza echa głosów brały się z gardeł ludzi Sił Zbrojnych, uczestniczących w wielkoskalowej operacji zgarniania zasolonego śmiecia, który dryfował i podrygiwał sobie na falach aż po horyzont.
Wojskowi drażnili się z tymi powidokami duchów i wygnańców, żądali, by poddały się przed nadejściem świtu, krzyczeli: Łapcie to swoje wyzwolenie! Wolność! Takie z was duchy, co? Tragiczne to były żądania dla porzuconej stali, popękanych desek, mosiężnych latarni i osprzętu, z których widmowi marynarze nie mogli nic odpowiedzieć wojskowym głosom. A jednak, o dziwo, wraki usłuchały. Jeden po drugim wypełzały zza fal, lśniły w blasku tańczących z księżycem gwiazd.
W stronę lądu ruszyła cała parada holowników, ciągnących pozgarniane z wody kadłuby, przewalały się przez fale, głosy wzbierały i opadały w rytm rozkazów, a flotylla sunęła przez głęboki przesmyk do rozlewistego jeziora, nad którym żyli jego opiekunowie – Aborygeni odpowiedzialni za tę ziemię. Rozmowy wojskowych, którzy tamtej nocy wieźli trupy łodzi na jezioro, szybko odeszły w zapomnienie, bo w tych stronach słowa obcych nic nie znaczyły.
Do tego momentu ludzie jeziora byli pewni własnej izolacji, wierzyli wręcz, że dla świata zewnętrznego są po prostu niewidzialni. Bardziej ich zajmowały pieśni dziękczynne dla przedwiecznych duchów za kolejne lata przeżywane wśród żółwi, węgorzy, słodkowodnych małży i reszty wodnego stworzenia. Teraz zaś szczerze nimi wstrząsnęły głosy brzmiące jak wściekłe zwierzęta, szarpiące między sobą ochłap pożywienia.
Było to upiorne, ale strach nie brał się z niczego innego jak tylko z instynktu i poczucia, że ich dotychczasową niewidzialność odsłoniła jedna prosta rzecz – oświetliły ją w środku nocy, jasno jak w południe, promienie wojskowych szperaczy na akumulatorach, omiatające teren przed holownikami to z jednej, to z drugiej strony, jakby rozglądały się po brzegu w poszukiwaniu świadków.
Instynkt dążenia ku niewidzialności wszystkim mieszkańcom kazał wymknąć się z domów i ukryć w buszu, lecz przy tej mało chwalebnej ucieczce jeden z tak zwanych nowodziennikarzy zauważył coś bardziej elektryzującego.
Ktoś zobaczył bowiem na własne oczy, jak turbiny holowników burzą i pienią wodę w jeziorze, ubijają niczym trzepaczki, rozbryzgując po drodze całe przedwieczne martwe – bo martwe uniosło się na powierzchnię – i pryskają nim jak odorem wieczności. Nic zatem dziwnego, że miejscowi, wedle tradycji prawowici właściciele i tak dalej, za bardzo się bali, żeby wrócić nad jezioro. Nasłuchali się różnych złych historii, co się stało z tymi, którzy tam poszli.
Palce Oblivii ciągle pisały w spiralnym języku po kurzu, osiadającym na wszystkim, czego świadkiem było za swego życia drzewo, ale też na opowieściach snutych wciąż przez miejscowych – o tym, że przedziesiąt dekad walczyli bez skutku jak żywe topory, za wszelką cenę próbując odzyskać to, co od początku należało do nich, i o tym, co później, zanim te stare rody odpuściły sobie dalsze wycieczki po cudzych krainach, mówiąc, że dość już się nabłąkały bezdomnie po świecie, gorzej niż stado zamorskich cyganów, i wreszcie powróciły tam, gdzie ich pradawny dom, gdzie ziemia przodków.
Jakby tego wszystkiego było mało – ledwo co tam ich stopa stanęła, a już usłyszeli, że teraz, po dwóch z górką wiekach nielegalnej okupacji, Australijczycy uznają wprawdzie prawo rdzennych mieszkańców do ziemi, ale tak się pechowo składa, że w chwili kiedy miejscowi stąd odeszli, ich prawo do ziemi nieodwracalnie przepadło, no po prostu rozpłynęło się w powietrzu.
Pierwsze, co zobaczyli po powrocie, to to, że jezioro, które nie należało już do nich, zmieniło się w jakieś trzęsawisko pływającego śmiecia. Nawet holowniki tam porzucono, żeby sobie nieskrępowanie, niezmącenie gniły. Niezrażeni prawowici właściciele zignorowali ten widok i zachowywali się tak, jakby jezioro nadal było tym samym krystalicznie spokojnym miejscem co zawsze, od czasów niepamiętnych, przed dniem, kiedy wypłoszono stąd ich lud.
Podjęli żywot nad drapiącym w oczy widokiem rdzy zatopionej pośród lilii, a już wkrótce wszyscy czuli się tak, jakby nigdy się stąd nie ruszyli. Przedziwne jednak, co widok potrafi zrobić z ludzkim myśleniem. Rdzewiejące wodne rumowisko pilnowało swych tajemnic, a miejscowi – którzy nie wiedzieli, na co tak naprawdę patrzą ani dlaczego złom w odpowiedzi patrzy na nich – również zamknęli się w sobie.
Marzyli i prosili los, aby ten emocjonalny wrzód po prostu zniknął, żeby został raz na zawsze wycięty z ich ziemi. Stanowił ślad po zatopionej tu obcej historii, której nie można było pozwolić na zgnicie i wsiąknięcie w święty ląd. Sumienie po prostu nie pozwalało im patrzeć na wraki pogrzebane wśród duchów przodków.
Byli to ludzie naprawdę bardzo uparci, trzymający się za wszelką cenę ziemi ojców, choć doskonale wiedzieli, że od zatrutego jeziora boli brzuch, bo musieli patrzeć na każdą szklankę skażonej wody, lecz pili mimo to.
W kwestii tego, co czyste i nieskalane, już nie mieli za bardzo wyboru. Nie było sensu rozmyślać o tym, że brudna woda doprowadzi do zdeformowania ich kultury na całą wieczność.
Ci ludzie byli odporni na wszelkie legendy o szczęściu i nieszczęściu. Widzieli, że mnóstwo dzieci rodzi się bez śladu skażenia. Wszystkie dzieci w zachowanej historii ludzi jeziora, bez względu na to, jak na ich rodziny wpłynęła interwencja wojsk, były otaczane wielką miłością – dopóki nie pojawiła się ta dziewczynka, tak różna od innych synów i córek przybyłych na ich świat, no tak całkiem różna, że mieszkańcy musieli zadać sobie pytanie, dlaczego Oblivia w ogóle się urodziła, po tym jak stara Bella Donna wywlokła niemowę z eukaliptusa po latach – dekadzie całej – od zaginięcia, tę dziewuchę, która wyparła się własnego ludu, bo zachowywała się tak, jakby przeskoczyła ludzką historię, jakby wywodziła się prosto z drzewa ich przodków. Czas pokaże, czy to prawda, czy też kłamstwo. Kto niby miałby prawo to oceniać?
Śmieci na powierzchni jeziora regularnie miały zastosowanie jako cel do ćwiczeń dla wojskowych samolotów, które zrzucały na nie bomby. Maszyny pojawiały się na niebie bez zapowiedzi przez cały rok, od czasu do czasu po prostu sunęły nisko nad wodą. Miejscowi właściciele tych ziem z początku byli zaskoczeni, lecz wkrótce zorientowali się, że ich ziemia to tak naprawdę sekretny poligon Sił Obronnych, na którym odbywają się pełnoskalowe manewry. Co to za wystrzał? Różne rzeczy wystrzeliwano w powietrze i równano z ziemią, szły rzeczy najróżniejsze do piachu i pod niebo w tym odciętym od świata północnym zakątku kraju.
Los jeden wie, ile milionów ludzi na całym świecie składało swym bogom w ofierze świnie, kwiaty, pierwsze kłosy nowych plonów. Byli nawet tacy, którzy ofiarowywali bóstwom członków własnych plemion. Teraz zaś nadszedł dzień, w którym nowoczesny człowiek stał się nową twarzą Boga i sam sobie w ofierze złożył całą Ziemię. Miejscowy lud z bagna nie zdołał nawiązać z tym nowym Bogiem jakiejś wielkiej przyjaźni. Jakież to było piekło żyć w cieniu nowoczesnej maszynerii wojennej, jak psy walczące z postępem w obronie swojego własnego, spokojnie płynącego czasu. No cóż! Nie dałoby się chyba lepiej opisać ludzi jeziora, którzy od wieków nie ruszali się z miejsca.
Dla ludu jeziora były to czasy antyzłote, czasy, w których stare, jątrzące się odpływy i przegniłe ziemie chlastało raz po raz, mocno i bezlitośnie, takie czy inne nieszczęście, a każdy kolejny cios okazywał się równie zaskakujący co pierwszy, drugi czy jeszcze sto następnych, sypiących się gradem, jakby na wybraną przez los specjalnie ziemię.
Burze piaskowe dalej przewalały się przez jezioro, aż je zmieniły w bagno. Piasek latał, noszony upiornym wichrem, zebrał się w górę, zakończoną ostrym szczytem, mierzącym prosto w niebo. Góra zablokowała kanał prowadzący do bagna od morza. Wtedy na miejsce przybył starszy, uzdrowiciel ziemi, i ocenił rozmiar zniszczeń na totalne, po piździe szpetne spustoszenie. Pojawił się nagle jak upiór albo licho. Kadawala. Dadarrba-barri nyulu jalwa-kudulu. Oznajmił, że serce ma ciężkie i pełne bólu. Uzdrowiciel pojawia się niespodziewanie, znikąd, jak samolot. Bala-kanyi nyulu. Leci, dokąd zechce. Ten stary wululuku był Aborygenem z domieszką krwi azjatyckiej, takim, na jakiego najróżniejsi ludzie mówią: mieszaniec, żółty albo wielorasowy miejski Aborygen. Mieszaniec. Że co niby! Co niby! Mieszanka. Pomieszanie. Nie że po prostu taki czy taki. Ekstrakt! Utracona czystość. Niegodzien czystego zaufania. Ekstra! Nieważne! Ludzi nazywał na różne sposoby, ale o sobie mówił: zarządca zatoki. Chętnie okrywał się określeniami pozbieranymi po świecie za rozmaitej klasy zasługi: kościsty, poczerniały od słońca chłop w ciemnych okularach, golący się niechlujnie, ze szczeciną na szczęce – trochę coś ktoś jakby jak Mick Jagger. Ktoś o niezwykłych uzdrowicielskich mocach, kto wędrował wszędzie tam, gdzie go potrzebują, wmyślając się po prostu w umysł tego, kto chory. Jego było wanami, paliwo istnienia, i jego wakubaji – okamgnienie. Upakował się na szczyt piaskowej góry i rozsiadł tam, zamieszkał jak persona non grata. Żywot w stylu japońskim. Coś na kształt figury mędrczo-guru-eksperckiej. Wybrał prostotę, na wzór wydmowych pustelników, jedzących ślimaki jakieś. Ktoś, kto zasób żywieniowy ma poza tym raczej nikły, wody w kranie też tam u siebie za bardzo nie uświadczył. No ale ponad ludem żyją tylko króle, i tylko króle tak na innych mogą patrzeć z góry. A więc może on też był trochę królem.
Oblivia pamiętała taką swoją myśl, że kurz potrafi zmienić kurs przeznaczenia, a przyszło jej to do głowy, jak pierwszy raz zobaczyła łabędzia. Przez niebo przetaczały się właśnie rdzawe duchy, kiedy w porze obiadowej nad jej przyrzecznym zakątkiem północnego świata pojawił się czarnosiwy łabędź. Ogół ludu bagnowego siedział tu i tam sobie nieprzejęty i szuflował do ust świeżo usmażoną rybę, aż wtem rozległa się osobliwa pieśń łabędzia. W całej osadzie ucichło. Nikt słowem się nie odezwał. Miejscowi przerwali jedzenie. Uniesione widelce zamarły w połowie drogi znad talerza. Obiad stygł, a oni gapili się na pierwszego łabędzia, jakiego w tym kraju widziano. Tylko myśli im brzęczały, kotłowały się od pytań, czemu ten przedziwny ptak zatrzymał upał popołudnia pieśnią akurat tutaj, gdzie o łabędziach nie ma żadnych pieśni. I zapytywali miejscowi krewniaka, ducha rdzawego pyłu: Co to ma, chłopie, być?
W całej tej przepastnej ciszy, w której letnie słońce rozgrzewało umysł ducha kurzu, łabędź wyglądał bardziej jak zwiastun niepokojących przeczuć niż jak cud wysłany na ratunek światu. Widok ogromnego ptaka, lecącego przez najzwyklejszy pylisty dzień, wzburzył resztki spokoju, jakie Oblivia nosiła w patykowatym ciele. Wszyscy patrzyli, jak łabędzie pióro spływa z nieba i opada jej na głowę. Skóra Oblivii natychmiast pociemniała na czerwonobrązowo. A co z jej kręconymi włosami? No a co ma być! Nic się nie zmieniło. Jak zawsze sterczały na wszystkie strony. Ngirriki! Jaka potargana! Zawsze jakby nosiła na głowie kłąb zimowej słomy, której nikt nawet sznurkiem nie przewiązał. Problem z nią był psychologiczny. Warraku. Wariatka. Jeszcze bardziej teraz stuknięta niż kiedykolwiek wcześniej. Tę zmianę najłatwiej się dało zauważyć. Zrobiła, czego się po niej spodziewano. Zanurkowała twarzą jak widłami w nieznośne, przepalone żarem kadzie pyłu, w niezliczone diuny wspomnień spraw rozdętych i niebezpiecznych. Wszystko się w jej umyśle pomieszało. Taką krzywdę robi człowiekowi napiętrzone doświadczenie wygnania, tak zrobiłoby każdemu, kto wierzy, że pół życia przespał w trzewiach drzewa eukaliptusowego. No cóż! Utopijnych mrzonek było tu albo za dużo, albo za mało, lecz Oblivia zorientowała się przynajmniej, że łabędź także jest wygnańcem.
Nagle ptak oderwał się od nieba, przeleciał nisko nad bagnem, niemal dotykając tafli wody, akurat na tyle powoli, by dobrze przyjrzeć się dziewczynie. Gdy jej oko napotkało chłodne łabędzie spojrzenie, poczuła się jakby odsłonięta, upolowana i odnaleziona, a ci, co tak nagle przerwali zajadanie ryby, obserwowali wielkie czarne stworzenie, jak patrzy prosto na tę jedną jedyną osobę, na którą nigdy wcześniej nikomu się nie chciało specjalnie jakoś patrzeć. Oddech jej zdezerterował, a umysł fastrygował dziurę za dziurą, żeby jakoś go powstrzymać: Co oni sobie teraz o mnie myślą? Czemu łabędź musiał akurat mnie sobie wybrać, a nie kogoś innego z tych wszystkich ludzi? Co to jest za zwiastun? Myślenie palpitacyjne nie było jej najmocniejszą stroną. Ją wykarmiła zaraza wykluczenia. Zawsze lepiej było się nie zastanawiać, co myślą o niej inni. I właśnie w tej wąskiej szczelinie spoglądania na coś osobliwego i nieznajomego dziewczyna uznała, że łabędź nie jest łabędziem takim zwyczajnym, że nie zabłądził tu, nie zboczył z wyznaczonej ścieżki. Ona wiedziała na pewno, że ptak został wypędzony z miejsca, w którym powinien był wyśpiewywać swoje opowieści, i że teraz szuka swojej duszy właśnie w niej.
Czarny łabędź jeszcze przez chwilę szybował nisko, aż wreszcie wzniósł się ku górze, tak prostując przy tym szyję, jakby ciągnęły go za dziób niewidzialne nitki, cieńsze od pajęczej sieci. Oblivia zobaczyła, że gdzieś na drugim końcu świata trzyma te nitki zgraja małp o zeszronionych pyskach. Jechały na stadzie reniferów, parły przez cząsteczki lodu na odległym niebie. Te napięte nici pobrzękiwały akordami łabędziej muzyki zwanej Hansdhwani, muzyki, którą stara cyganicha Bella Donna wygrywała na flecie z łabędziej kości, i można było wtedy patrzeć, jak pod jej półprzezroczystą skórą w rytm melodii pulsuje krew. Właśnie ta łabędzia raga spływała teraz na dziewczynę z nieba, ta muzyka cykli wędrówek i migracji, rozmywania i gęstnienia, lotu nad najwyższymi z ośnieżonych szczytów, nad rzekami bogów i boginek, przemierzania mórz na rozpostartych skrzydłach, pulsujących w rytm spokojnego bicia serca.
To wtedy dziewczyna zorientowała się, że słyszy podmuch spod skrzydeł innych łabędzi, nadlatujących już z daleka. Szeleściły jak anioły, szepczące coś jeden do drugiego z nieba. Tamtego dnia, gdy pierwszy raz ujrzała łabędzia, zastanawiała się, skąd one tu przybyły, jak przeniknęły do jej snów w tym kraju. Nie miała pojęcia, jak długo trwał lot wielkich czarnych ptaków z odległych, niedosiężnych krain do miejsca, gdzie nie czekała na nie żadna napoczęta opowieść.
Łabędzie były jak cygański tabor, przeczesujący pustynię w poszukiwaniu stojącej poburzowej wody w nieckach wyschniętych przed wiekami jezior, bo ich własne środowisko wieloletnia susza już dawno spiekła na wiór. Stały się nomadami, migrującymi jak ich biali kuzyni świata Północy, którzy przemierzają tam i z powrotem dawno ustalone letnie i zimowe szlaki. Tyle tylko, że w przeciwieństwie do nich czarne łabędzie podążały coraz dalej w głąb kontynentu śladem wód pocyklonowych.
Całe zgraje łabędzi przelatywały nad sztucznymi zbiornikami i wątłymi zaporami na terenach rolniczych i dalej, ku przykopalnianym tamom osadowym i stawom na ścieki z miast w głębi lądu, których wały trzeba było wiecznie podnosić, warstwa za warstwą, póki nie wzbijał się znów pył, i cięły niebo nad terytorium nieznanym dotąd tym południowym ptakom, chociaż może nie tak do końca, może znali to miejsce dawno temu ich przodkowie, w czasach gdy wielkie stada przemierzały wielkie połacie kontynentu. Widząc to, miejscowi pomyśleli: To pewnie łabędzie tej starej cyganichy!
A więc to była prawda. Stara badibadi zawsze twierdziła, że potrafi wezwać łabędzie, ale to na białych najbardziej jej zależało, nie na czarnych. Bella Donna i dziewczyna, którą po latach poszukiwań wyciągnęła z pnia eukaliptusa i adoptowała, mieszkały razem na jednym z zardzewiałych wraków, wystających z wody pośrodku bagna, nad którym frunęły czarne ptaki. Oblivia pamiętała opowieści starej o tym, jak to zawdzięcza życie łabędziowi. Jak bardzo tęskni za łabędziami ze swojego świata. One były jej marzeniem, jej Śnieniem z dalekiego kraju.
Przyszła, jak się zaczynała pora kurzu, twierdzili niektórzy z tych pokrytych najstarszym pyłem, wspominając suszę i żółwie, które mieszkały tu od tysięcy lat i odpełzały w busz, aby tam umierać. Uważnie przyglądali się jej kościom, dobrze widocznym pod przezroczystą, cienką skórą. Ich zdaniem zrobiła się taka, bo stara jadła za dużo ryb, jak jeszcze mieszkała nad morzem, i dodawali, że Bella Donna stanowi świetny przykład na to, dlaczego nie należy gmerać przy rządzących nami prawach. Ci ludzie dość już długo żyli, by pamiętać to i owo o innych częściach świata – młodsze pokolenia miały po korek własnych wojen i nic ich nie interesowało, co się dzieje dalej niż na granicy ich własnego bagna. Ci strażnicy prawa byli zdania, że we wszystkich plemionach na całym świecie ludzie powinni zachowywać się tak samo i dokładnie tak jak tutaj, a poza tym chętnie mówili o konsekwencjach łamania praw natury, takich jak wdzieranie się na cudzą ziemię. Tak bardzo jak prawa natury to mało co ich interesowało.
Dziewczyna była cała pełna opowieści starej o łabędziach na długo przed tym, jak jakiegoś na oczy zobaczyła, i w duchu naśladowała stary europejski akcent Belli Donny, choć ani jedno słowo nie padało z jej ust: Łabędzie oglądałam całe życie. W przeróżnych krajach się na nie napatrzyłam. Niektóre mają wielkie skrzydła, jak łabędź trąbiący w Ameryce Północnej. Kiedy kurz zaczyna lepić się tym aniołom stróżom do oddechu, one wędrują przez niekończące się kurzawy, poprawiając kurs i wylatując wyżej w niebo, gdzie szybują przez chwilę jak łabędzie czarnodziobe, pogwizdują cicho między sobą, aż wreszcie łopoczą mocniej skrzydłami i znikają gdzieś w oddali. Wiem to na pewno, bo jestem tą, która opowiada o łabędziach.
Tam, skąd pochodzę, całe stada jeleni stały bez ruchu, jak posągi z żółtawego lodu, zmrożone przez rozszalałą zamieć. Oniemiałe łabędzie kryły się w oblodzonych trzcinowiskach. Bogaci wsiadali do swoich samolotów i odlatywali całymi armadami, jak migrujące ptaki. Ludzie z biedy, tacy jak ja, musieli iść stadami przed siebie, przez obce lądy i morza, tylko po to, by wyklinano ich i przepędzano od granicy do granicy.
Wiesz co, dziewczyno? To łabędziowi zawdzięczam, że w ogóle jeszcze żyję. Ale dobrze, tak czy siak, historia mojego szczęścia to tylko element większej kompozycji z martwych opowieści, porzuconych na poboczach, gdzie zbierają kurz. W swoim czasie z pyłu uniosą się miliony szeptów… Ale ja opowiadam ci tu tylko o mnie i łabędziach.
Czy mogła o tym zdecydować jakaś przedwieczna ręka przeznaczenia? Sparciały od żaru kraj wyglądał tak, jakby wszystkie systemy pogodowe na kontynencie sturlano z górnego i dolnego skraju niczym starożytne zwoje, aż – brzdęk! – zderzyły się nad zwrotnikiem Koziorożca. Tam aury zamieniły się miejscami, północna z południową, a niezwykły przypadek wywrócenia klimatu do góry nogami sprawił, że cały kontynent pokrył się kurzem i pyłem. Gdy po iluś tam latach pogoda wreszcie się trochę wyrównała, oba końce kraju wyglądały tak, jakby ich normalną pogodę wytwarzało suche niegdyś centrum Australii. Serce kraju zamknęły obręcze gorących, dusznych burz, a chłodne niegdyś południe nasiąkało tropikalną wilgocią północy, aż wszystko znikało na wiele dni pod kurzem – Jundurr! Jundurr! – albo pod płachtami ciężkich cyklonicznych deszczów.
W swojej podróży czarny łabędź dotarł nad miejsce, gdzie głodne dingo warrki, lisy i dzikie psy dara kurrijbi buju kopały sobie schronienia przed pyłem i tłoczyły się potem w norach, jeden na drugim; pośród traw, na dachach i w martwych lasach uwijały się najfikuśniejsze i najkolorowsze z ptaków, co dawniej mieszkały sobie w kraju bagiennym, a wśród nich migrujące jaskółki i żurawie tańczące po polach, wszystko to upychało się rok za rokiem w splątaną siatkę labiryntu z uwalanych błotem, napierających jedno na drugie gniazd otoczonych śmieciem, fale cienkich plastikowych nitek tańczyły do rytmu z szaleńczo rozbrykanym wiatrem, razem ze srebrzysto-białymi celofanowymi papierkami po lizakach, zaściełających brzegi przemęczonego z wszech stron bagna.
A leć ty, warczy Oblivia pod nosem, przypominając sobie, że jest otoczona ludźmi, którzy najpewniej mają na nią oko. Niczyjej uwadze nie umknęło, że łabędź się jej przyglądał.
Ludzkie głosy wyrwały ptaka z nostalgicznego zawieszenia, aż zakołysał się na przygiętych z nagła skrzydłach, ale nie przerwał lotu nad zakurzonym krajobrazem. To dziecko! Stworzenie ani na chwilę nie mogło oderwać wzroku od dziewczynki daleko w dole, na rdzawej ziemi. Muzyka zerwała się, jakby pękły struny, a łabędź przez kilka chwil spadał ku ziemi. Może właśnie w tych sekundach spadania ogromny ptak umieścił się w opowieściach tego kraju – po czym załopotał znowu skrzydłami, odzyskując rytm, i ruszył dalej w lot.
Kiedy łabędź zniknął, Oblivia nie zastanawiała się już nad nim więcej, z wyjątkiem może jednej myśli, takiej, że ptak zmierzał we właściwą stronę – ku wodzie, ku morzu, miejscu, o którego istnieniu wiedziała z opowieści o tym, co kryje się za północnym horyzontem. Oblivia myśli, że ludzie ją obgadują, i zerka spode łba na zbieraninę chat, upchniętych jedna przy drugiej niczym kręgi śpiącego węża okalającego bagno: spektakl barw, mieniących się w jaskrawym blasku słońca, spektakl nadmiaru i nadużycia, chaos miłości, szczęścia, smutku i wścieklizny, wszystko to w jednym plastrze, jednym skrawku ludzkości żyjącej ciągłym przetrwaniem. Dookoła wykłócały się głośno ptaki, ganiały jeden za drugim po dachach, próbując wywalczyć sobie skrawek miejsca w powietrzu gęstym od wysokich kosztów życia dla widoku martwego jeziora.
Ci ludzie wciąż się na mnie gapią, mówi dziewczynka bezgłośnie – czytaj mi z ust, centymetry od twarzy Belli Donny. Żaden dźwięk nie opuszcza jej warg od dnia, kiedy postanowiła przestać mówić, bo uznała, że mówić nie warto. Od czasu, gdy ostatnie wypowiedziane słowo przeraziło ją do żywego, od dnia, kiedy jej język nagle szarpnął i wyhamował, wzbijając tuman kurzu, i został jej tylko wrzask, przeraźliwe Aaaaaaaa! niosące się przez busz, gdy spadała do pustej nory drzewa – od tamtej chwili wolała milczeć.
Bella Donna nie lubiła, kiedy gorący oddech Oblivii uderzał ją w twarz, to naruszało jej granice. Prywatność w ułamku sekundy zmienia się w rumowisko, rozwleczone po jałowym polu jej osobistego ja, choć przecież rozumie, że dziewczynka w ten swój niezdarny sposób usiłuje się z nią komunikować. Że mała nigdy nie otrząsnęła się po gwałcie. Tylko że wiedzieć a czuć – to dwie różne rzeczy. Niby wie, a kontratakuje, i jak w każdym długofalowym konflikcie gdziekolwiek na świecie jeden akt przemocy zaraz staje się historią narodzin kolejnego. Pamiętaj, kto cię ocalił, i to gołymi rękami. Widziałaś, żeby ktoś jeszcze wykopywał cię tam z drzewa? W tym upale? Pamiętasz, jak słońce mi w samo południe jarzyło po łbie? A może słyszałaś, żeby ktoś prócz mnie tam wołał pomocy? Krzyczał ktoś, żeby cię wyciągnąć, zanim umrzesz? Nie! Nikt inny tam nie przyszedł, nie pomógł starej kobicie. Nikt inny nie poświęcił całych lat życia na to, żeby cię odnaleźć. Tylko ja łaziłam po buszu i cię, dziewuszko, wołałam – pamiętasz. Nawet matka z ojcem zapomnieli, kim ty jesteś. Umarłaś dla nich! Tak sobie uznali, że umarłaś. Tylko ja cię szukałam.
Bella Donna mogła sobie do woli szukać sposobu na niemówiące dziecko – lecz doskonale wiedziała, że dziewczynka i tak nie zdoła wydać z siebie nic poza kilkoma odgłosami, które nawet nie przypominają samogłosek. Jakby ostatnie wymówione przez nią słowa zostały gdzieś niedokończone, zapomniane, zawisłe w powietrzu. Jedyne dźwięki, jakie wydobywały się z ust dziewczynki, miały tak niską częstotliwość, że stara kobieta z trudem je w ogóle wychwytywała, bo brzmiały zupełnie jak wzdychające w oddali krzewy, liście szarpane podmuchem wiatru, szelest wiyarr – ostrych, kołysanych powietrzem traw, a czasem jak głuchy zaśpiew niesionej skądś ptasiej melodii albo buzujący pożar buszu, jego trzaski i syki, płynące z jujuu jungku bayungu, z bardzo daleka. Takie to odgłosy słyszała stara kobieta między rozzłoszczonymi wargami Oblivii.
Dziewczynki tak naprawdę wcale nie obchodziło, czy stara cyganka z krainy różanych krzewów jej słucha, czy nie, ani też nie obchodziło jej gadanie starej, że będzie się Oblivią opiekować, póki jej piach w grobie nie przysypie, i że nawet z grobu będzie wstawała, żeby jej posprzątać, nagotować i co tam jeszcze, bo jest świętym człowiekiem, skoro już wzięła na siebie taką odpowiedzialność. Mówię ci, że oni mi się przyglądają.
A po co niby, dziewczyno? Boże najmilszy, oni widzą tylko to, co chcą. Są ślepi, nie głupi. Widzą, a są ślepi, staremu głosowi nie chciało się odpowiadać dziewczynce – nie rozumiał jej niemówstwa, więc pozostawało tylko na bieżąco zmyślać.
Oblivio! Poruszona stara kobieta, przeświadczona, że zrozumiała, co dziecko mówi czy też może myśli, że udało się jej złamać szyfr języka wiatru i wichury, odezwała się podwyższonym tonem, sugerującym jej wysoką pozycję w biednej miejscowej społeczności. Nadała dziewczynce takie eleganckie imię i w ogóle. Oblivion Ethyl(ene), w skrócie Oblivia, wyrażające jej wykształcone podświadomie, wielowarstwowe przywiązanie do dziecka, któremu być może najlepiej byłoby po prostu umrzeć, zamiast wracać na świat jak przykry zapach z grobu. Mówiła dalej, dumna z siebie za każdym razem, kiedy wypowiadała to imię: Oblivio! Jak na swój wiek to zrobiłaś się bardzo cyniczna.
Bella Donna starała się jak najlepiej zarządzać ciężarem, jaki wzięła sobie na barki: postawiła sobie za cel, by wychować dziewczynkę na normalnego człowieka, który siedzi prosto przy stole, korzysta z noża i widelca, umie się zachować podczas jedzenia, mówi grzecznie, chodzi lekko jak motylek, ubiór ma niedziwaczny, codziennie się uczy nowych, zachwycających rzeczy i wykazuje się jakąś życiową odpornością. Oblivia w kółko śpiewa sobie w głowie: O, nie! Sporadycznie, cały czas. Pełna bądź przydatnych funkcji. I jeszcze coś: Porządna bądź dla ludzi.
Jakby Oblivia niczego zupełnie się nie nauczyła przez te lata życia ze starą kobietą, niczego z wyjątkiem tego, jak się wiecznie garbić i być chudą jak tyczka, lecz nawet ona nie była w stanie zatrzymać siły natury. Nie mogła całe życie walczyć z tym, co oczywiste, ani wiecznie sobie wyobrażać, że jest jak obierka po zgniłym owocu, zwinięta gdzieś w drzewnym pniu. Kości jej się prostowały. Rosła coraz wyższa, skóra jej pociemniała z nijakiego bursztynowomiodowego odcienia drzewnej twardzieli do promienistego starego złota, do barwy spieczonych na rdzawo ścian kopalni ochry, lśniących po deszczu w pełnym słońcu.
W świecie bagna ludzie mieli uszy doskonale przystosowane do wychwytywania każdego słowa, jakie niosło się po powierzchni wody z kadłuba wraku Belli Donny w dal i znów do niego. Jakby wyciągnąć rękę, to prawie by się je dało złapać. Słuchano odgłosów uznawanych za ogólne takie bzdety dobiegające z kuchni starej kobiety. Dziewczynka naśladuje te jej elegancko wymawiane słowa, chociaż woli tempo miejscowego dialektu, które może odczytywać jak tutejsza, cmoka językiem za zamkniętymi ustami, bezdźwięcznie powtarzając homilie swojego domowego życia: Twarda musisz być. Wyrwij się stąd. Zmień coś na świecie. Nie bądź taka jak reszta tych ludzi tutaj. Dobrego dnia.
Sposób mówienia starszej pani uznawano za dość ujmujący, lecz w rdzennych mieszkańcach tych okolic nie wzbudzał on żadnych głębszych uczuć; we wspólnym mniemaniu była to piękna angielszczyzna, bez wątpienia, bardzo by z nią Australii na lepsze wyszło, tyle że nie tutaj. Naturalnie! Na bagnie, gdzie żyło się prosto, jej język był zbyt łagodny, jak mruczenie kota. Nie zdołałby się dostosować do powszechnej tu szorstkości, z jaką obchodzono się normalnie z tutejszym stanem rzeczy, zbyt był międzykulturowo naturalny, tu bowiem angielszczyzna w każdym wydaniu używana była wyłącznie w celach politycznych. Wszystko, co w jej angielszczyźnie brzmiało stosownie i porządnie, nadawało się bardziej do rozmówek daleko stąd, w kraju, z którego ten język się wywodził. Może na przykład do przechadzek po okolicznościach misternie zaprojektowanych angielskich ogrodów, w towarzystwie dam i dżentelmenów, których codzienność rozpromieniały widoki świeżych pąków różanych i niespodziewanie smyrgająca po ścieżce wiewiórka z krągłym żołędziem w ząbkach.
Ludzie z bagna nie byli nieświadomi białych, bo ci w końcu nie pojawili się tu wczoraj. Napatrzywszy się na to wszystko do woli, upierali się teraz, że mają na koncie dziesięć jak nie więcej pokoleń wiedzy i doświadczeń, ciasno upakowanych w przekonanie, że biali ludzie tu działają na ich korzyść. Sezonowi rolnicy, zbieracze ziemniaków, kapusty, fasoli, żółtych gruszek, pszenicy na whisky, winogron na wino, krów mlecznych, świń, trufli, oliwek, śmiercionośnych sporów, kar więzienia, dominacji, różnic między biednymi a bogatymi, niewoli, wojny i terroru – wszystkiego, czym można było uczcić odległe ziemie przodków. Ale! Co tu się przejmować, jak głos kobiety robił: Bla! Bla!, albo dzwonił: Ting! Tang! Thing! Ting! Tang! What! – to tylko igła jej wewnętrznego kompasu obkręcała się z powrotem ku północy z każdego punktu jej wędrówek po Ziemi. Opera! To tylko opera. Tak miejscowi, żyjący w ciasnym upakowaniu na rozległym terenie wokół bagna, opisywali tę jej gadkę.
Stara kobieta mówiła głośno do dziewczynki, dokarmiając przy tym stada czarnych łabędzi, tłoczących się wokół jej wraku. Miała już dość. Zawsze i wszędzie dotąd dobrze się dogadywała z ludźmi, a tu nagle dziecko tak nieuprzejmie ją traktuje. I to nie tylko na tym bagnie. O, tak, mówiła, korzystałam nieraz z okazji, by wpływać na ludzi na całym świecie. Tyle że do tego musisz nauczyć się korzystać z głosu. Dziewczynka pomyślała, że słowa to tylko geograficzny przyrząd, który można dowolnie poddawać transplantacji z miejsca na miejsce po całym świecie. A skoro coś takiego jest możliwe: To może dałoby się tak zrobić, żeby jej głos usłyszeli też ludzie zmyśleni?
Ta biała kobieta, ta wanymarri, pochodziła z jednej z tych nacji, które Ziemia straciła w wojnach klimatycznych, z nowych cyganów tego świata – lecz ludzie z bagna powiedzieli, że jakby ich kto pytał, to mieli od niej więcej szczęścia, i to nawet mimo tego, że jest białą kobitą. Oni mieli dom. No i prawda. Czarni, tacy jak oni, mieli jakieś swoje gdzieś, a wszędzie indziej miliony białych dryfowały pośród niezliczonych milionów bezpaństwowców, morskich cyganów, szukających jakiegoś miejsca do mieszkania.
Bella Donna z Mistrzów twierdziła, że jest potomkinią słuchacza kwartetu F-dur Hoffmeistera. Chwaliła się, że to kompozycja wielbiona na całym świecie: Ale nie tutaj. O, w rzeczy samej! Ludzie z bagna o takiej muzyce w życiu nie słyszeli. Chociaż z drugiej strony, dodawała, mimo że teraz żyje się jej całkiem dobrze wśród australijskich Aborygenów, pochodzi po równo z wielu innych krajów i nie czuje się ani całkiem stąd, ani całkiem skądinąd. Jak się przez całe długie życie napodróżowało tyle co ona, to nic dziwnego, że wszędzie na świecie człowieka usłyszą, skoro wszędzie się swój język zostawiło. Kobieta często powtarzała dziewczynce, że przechowuje w głowie wszystkie dawne i obecne miejsca przebywania ludzkości. Po to jest głowa – żeby przechowywać wiedzę o świecie, bo kto wie, czy kiedyś nie będzie ci potrzebna.
Ta! Na pewno!
Jako że wszystkie historie zaczynają się od dawno, dawno temu, to i stara kobieta zawsze tak otwierała swoją, i zawsze przy tym patrzyła w lewitujące kryształowe kule, którymi żonglowała w trakcie, jakby każda opowieść, jaka kiedykolwiek istniała, wzięła się z tych przedmiotów. A gdy jej śnieżne włosy tak skrzyły, jak naładowane prądem, i unosiły się dziko na wietrze, wszystko było możliwe. Okalały jej wysoką, szczupłą sylwetkę, a wypłowiałe czerwone hibiskusy na sukience wzdymały się jak w porywach cyklonu. Jej stuletnią twarz wygniatała setka nowych zmarszczek. Pęknięcia na jednej z kul wypełniały się smugami białej mgły. W innej kłębił się czerwony kurz.
Ona patrzyła przed siebie nieobecnymi oczyma barwy oceanu, może takiego nabrała nawyku w podróżach po niespokojnych morzach, ale najstraszniejsze było to, że sprawiała wrażenie, jakby każde wypowiadane słowo uwalniała tak naprawdę z tych szklanych kul hipnotyzujących, płonących złotem zbłąkanych promieni słońca. Moc tych przedmiotów aż otumaniała; nikomu nie przyszło do głowy, że kobieta być może coś im gmera w umysłach, albo nawet rzuca jakieś zamorskie klątwy. Zręczna sztuczka przykuwała wzrok, ludzie wpatrywali się kolejno w każdą wirującą kulę, gdy ta jakby cudem zawisała na chwilę w powietrzu, nieruchomiała w najwyższym punkcie i powoli opadała, oni zaś w tym czasie chwytali na łapu-capu wszystko, co chcieli zapamiętać z opowieści Belli Donny.
Dla ludzi z bagna to mogła być nawet sama Aine, irlandzka bogini słońca. Stara kobieta, bez ceregieli wywleczona ze swojego jeziora, straumatyzowana, strupiała, i jeszcze teraz zmuszona do znoszenia różnych upokorzeń, bo ją przewłóczył los po świecie jak nie w jednej zaśmierdłej łajbie, to w drugiej. Bagno stało się miejscem reinkarnacji dla najrozmaitszych ludzi i stworzeń, które je zamieszkiwały. A ona była tu figurą, nie ma co, uwodziła ludzi, sny im przemeblowywała i żonglowała, czym jej się zachciało, gdzieś na obrzeżach ich umysłów. Ona, bogini, która wylazła z oceanu, a potem się stała zwykłą starą babą.
Bella Donna twierdziła, że w kraju, z którego pochodzi, ludzie współczesnego świata żyli niegdyś bardzo szczęśliwie, nie robiąc mniej lub więcej nic poza dbaniem z dnia na dzień o własny dobrobyt, aby podlewać czymś każdy swoją historię, ale teraz już po nich. Zawsze wracała do wspomnienia samotnego białego pióra z łabędziego skrzydła – leżało na pajęczynie za oknem domu jej dzieciństwa, stojącego tuż przy lesie, w którym mieszkały sarny i jelenie. Deklamowała wtedy strofę z wiersza węgierskiego poety: Śnieg, mgła, odciski palców jak łabędzie pióra na szybie… Wszystko to tylko dziecięce wspomnienie3 – i zawsze w tym momencie opowieści nagle przerywała, jakby jej najcenniejsza chwila melancholii nie pasowała do tego miejsca.
Twierdziła, że pewnego dnia szatan, nie żaden człowiek, tylko wybryk natury, wypowiedział jej ludziom wojnę. Ale kobito stara co to był za potwór? No! Ludzie z bagna chcieli wiedzieć. Mieli prawo dopytywać. Ona patrzyła na nich spłoszona, jakby ktoś kazał jej opisać coś absolutnie niewyjaśnialnego, co przydarzyło się ludziom, którzy przeżyli dziko zmieniający się klimat, rozszalałe burze spiętrzonych lat suszy, wysokich temperatur i wichur w jednych krajach i głębokie mrozy długich zim w innych. Pokój, mówiła, rządy wzywające swych obywateli do walki o ziemię nazywały to pokojem. Widziała, jak ten cały pokój przewala się przez łagodne równiny jej ojczyzny, jak niszczy wszystko, co napotka, i zostawia ocaleńców z niczym innym jak tylko z potworną opowieścią.
Słuchajcie mnie, co mówię: miasta duże i małe, domy, pola, plony i zwierzęta, wszystko zostało zmiażdżone, zmiecione, i nie miało jak powrócić. To ze złej pogody wychodzili tacy fanatycy. Głos jej drżał, jakby język miała w płomieniach, i wyliczała po kolei swych wrogów: Dyktatorzy! Bandyci! Znęcacze! Cały dzień by tak mogła wymieniać zbrodniarzy tego świata, którzy zniszczyli jej ojczystą ziemię. Gotowych zepchnąć świat w niepowstrzymaną, katastrofalną lawinę zniszczenia i nienawiści, prosto pod opad nuklearny, krzyczała, jak gdyby ludzie z bagna byli głusi na odgłosy świata zewnętrznego. Na działkę sąsiada każdy miał zawsze oko. Jeden zachłanny na nową ziemię kraj walczył z drugim, równie łakomym, i tak to się toczyło, wszystkich ludzi wystających liczebnością nad kreskę się zabijało albo sami odchodzili, rzucali się do oceanu. Jej głos łagodniał, opadał w spokojną ogrodową kadencję bardziej stosowną dla damy, choć drgała w nim wciąż pamięć życia przesiąkniętego morskimi falami, życia w brutalnie zmieniającym się świecie, w świecie zmienionym nieodwracalnie. Kto i jak miałby wracać do kompletnie zniszczonego kraju, na radioaktywną ziemię? I w którym niby tysiącleciu, tym czy następnym? Czy ktoś z jej narodu w ogóle to przetrwa? Były to słowa przerażające, gorzkie, ale i zniewalające umysł oszołomionych ludzi z bagna, próbujących wyobrazić sobie tę krainę duchów, do której nikt się nigdy nie zapuszcza.
I co, tak bez kraju, wyobraź to sobie? Wyobraź! Wyobrazić się nie ma jak. Bo kraj swego ludu nigdy nie opuszcza. Tak twierdzili ludzie z bagna, bo jakiś kraj w niej widzieli i go z niej wywlekali słuchaniem, jakby przebierali śmieci z kubła, rozsypywali je na wszystkie strony – trudno sobie w ogóle uzmysłowić, skąd się to wszystko wzięło. Prosiła ich, by myśleli o jej narodzie, kiedy sami wchodzą na ścieżkę udręki, wydeptaną im przez tych, którzy przeszli tędy wcześniej.
I co z nimi? Ci ludzie nie posiadali nic poza szmatą na grzbiecie i paroma przydatnymi gratami, które by zdołali na nim unieść, typu: telewizory, komputery, telefony komórkowe? Szuch! Plask! Bang! Takie dźwięki rozlegały się tu całymi dniami, jak różnymi technologiami przerzucano się przez góry w poszukiwaniu wody i jedzenia. Historia jej narodu, twierdziła kobieta, przypomina opowieść z księgi koszmarów. Co dalej? Ludzie z bagna znali się na opowieściach. One miały wartość. Można za nie kupić zaufanie. Dużo kupić można. Nawet milczenie. Ta opowieść była jak nowa garść pieniędzy wśród ludzi wiecznie wobec siebie podejrzliwych.
Uciekający na oślep mieszkańcy zmienili się w uchodźców, wiecznie prących przed siebie donikąd, jak jelenie przez zimowy step. Głód nie puszczał ani na chwilę. Fale szkodników, szczurów poprzebieranych za ludzi, zapędzały ruchome ludzkie łańcuchy prosto w pułapki. Człowieka za człowiekiem zabijano bez powodu, bez korzyści, bez końca. Tak wyglądało życie Belli Donny, kiedy jej naród wypędzono z jego kraju. Wreszcie, jak już znaleźli się za punktem bez powrotu, w górach porośniętych tysiącletnią jarzębiną, w której kotłowało się od leśnych duchów, dotarli na kolejny szczyt beznadziei. Oszołomieni, gapili się w dół znad chmur oblepiających górskie zbocza, szukali w gęstej mgle prześwitów, chcieli zobaczyć, czy twarz tak wielkiego nieludzkiego zła nie leży gdzieś pośród rzek i lasów poprzetykanych smużkami dymu z obozowych ognisk, lecz w końcu nawet ci, którzy do tej chwili przetrwali, poddali się losowi i całkowitej zagładzie.
Niech się dzieje! Zrezygnowani, lecz i przedziwnie pogodni jak na ostateczne zrozumienie, że znaleźli się przed bramą domu Stwórcy, Bella Donna mówiła, że ci, którzy stali na szczycie góry, gotowi na śmierć, zwrócili słabe spojrzenia ku Niebiosom. Jeśli istniała jakaś perspektywa szersza od otaczającego ich krajobrazu, to w tej właśnie chwili uznawali oni istnienie o wiele potężniejszej od niego ręki, wymierzającej im karę najwyższą za zepsucie, choć niegdyś sądzili, że wiodą żywot całkiem zwyczajny. Nagle jednak, gdy klęczeli na zamarzniętej glebie i modlili się w milczeniu, by koniec nadszedł szybko, zdarzyło się coś bardzo niezwykłego.
Usłyszeli, jak Bóg zbliża się przez mgłę. Rozległa się muzyka, tak słodka, jak gdyby to śpiewała dla nich sama natura, jakby słuchać delikatnego wykonania Spiegel im Spiegel na wiolonczeli. Przeleciał nad nimi samotny biały łabędź, łopoczący skrzydłami w rytm muzyki. Skrzydła bijące jak dzwon pod obłokiem4, wyszeptała stara kobieta wers, który pewien irlandzki bard nakreślił niegdyś kroplą inkaustu, by nam osłodzić nieco świat. Zobaczyli łabędzia niemego, który z ośmiu istniejących na świecie gatunków jest jednym z największych. Ptak krążył nad nimi przez chwilę, a następnie spłynął na ziemię i wylądował pośród nich. Szeptem ich pozdrowił i życzył, by szczęście im sprzyjało. Gorący łabędzi oddech zawisł w zimnym powietrzu niewielkim obłokiem.
Słuchajcie uważnie: W myślach naszych nie było odwagi. Czy ten tłusty ptak, jedyny, jakiego od wielu dni żeśmy widzieli, ptak, który zjawił się tu jak anioł w odpowiedzi na nasze ostatnie modlitwy, no więc czy tego ptaka można zjeść? Czy anioły wolno zjadać, czy wolno chociaż jednego na tylu głodnych?
Łabędź miał brudne pióra, przeżarte popiołem czerniącym śnieg na spalonych nizinnych równinach głęboko pod chmurami. Widać tam się wcześniej przechadzał. Nie zabawił długo. Ruszył ciężko, jak to łabędź, i zabrał na płetwiastych łapach przeszłość, teraźniejszość oraz przyszłość, klaszcząc na odchodne o roztrzęsione, zarosłe mchem alpejskie mokradła, aż pobiegł najpierw po wodzie, a potem już po powietrzu.
Inaczej jednak niż dzikie zwierzę, ten łabędź powrócił. Zatoczył kilka kręgów nad ludźmi zgromadzonymi na górze, zmuszając ich, by podnieśli się z klęczek z lodowatej ziemi i wreszcie się ruszyli. Siarczysty mróz, o wiele już ostrzejszy niż niesione wiatrem drobiny lodu, mógłby w jednej chwili zmienić ich w zmrożone posągi. Kilka tysięcy ludzi zaczęło chodzić w kółko, brnąc przez kąsający ich deszcz i mróz, lecz podnosiły ich na duchu opowieści o łabędziu, który przysiadł niegdyś u stóp świętego. Wyprawa do studni wspomnień o łabędziach, do jakiej tamtego dnia doszło, była bardzo niezwykła. Głębiej! Głębiej! I jeszcze głębiej, do wspomnienia, że przecież to stworzenie wywodzi się od Łabędzia Królewskiego, co z kolei przekonało wszystkich o ich własnych związkach z proweniencją łabędzia. Ktoś krzyknął do kołującego ptaka: Lohengrin. Na wspomnienie opery Wagnera ożywił się chór i odpowiedział: Rycerz Lohengrin przybył w łodzi ciągniętej przez łabędzia6. Opowieść! Łabędzia opowieść! Szybciej! Szybciej! To im się przypomniało, tamto się przypomniało; i już, proszę, oto wieki pełne łabędziej miłości i nienawiści w opowieściach rozłupanych przez tę zbitą kupę potępieńców, szukających strzępów ciepła na zamarzniętym mchu. W wyobraźni chwytali tryliony łabędzi, wywlekali je z najgłębiej upchniętych zakamarków umysłu. No to tak! Niech nas Pan Bóg chroni, rzekła Bella Donna i zaintonowała: żyj i daj żyć, a po chwili cała rzesza ludzka śpiewała już ile sił, by się tym trochę ogrzać, aż wreszcie podjęto decyzję, by wrócić się z góry.
Podążali za łabędziem szybko, bez tchu, niżej i niżej, i nabierali znów sił od samej tylko wiary, że jeszcze zostało na świecie coś dobrego. Od tego tylko, że przypomnieli sobie Boga, słowa, wersy z wiersza, Na wodzie, gładkiej aż do skał krawędzi – pięćdziesiąt dziewięć łabędzi5. Stara kobieta wyglądała tak, jakby znów się znalazła na tej górze, jakby znowu był tamten dzień sprzed lat, recytowała wyśpiewywane przez lud frazy coraz szybciej, w rytm uderzeń dziesiątek stóp na kamienistej ścieżce, I, zataczając krzykliwe spirale, odfrunęły gdzieś dalej5.
Za sprawą łabędzia znów uwierzyli w życie, tak odruchowo i naturalnie, jakby usiedli obejrzeć ulubiony cotygodniowy program w telewizji. Gdzieś w trzewiach wiedzieli, że łabędź zawsze już będzie na tej ziemi, zawsze powróci, na zawsze zostanie zapamiętany. Byli niczym ich przodkowie z wieków ciemnych, którzy podążali niegdyś za łabędziami każdą i wszelką urojoną drogą, skupieni wyłącznie na tym, żeby się ratować – przed czym? Przed podobnym nieszczęściem? Łabędź przeleciał nad pianą niebieskobiałych potoków, przewalających się w dół po górskich zboczach. Szliśmy za samą ideą życia, wyjaśniła kobieta, wierząca, że łabędź to przewodnik, który powrócił z naszej przeszłości.
Leciał tak on i leciał, a każdy mężczyzna, każda kobieta i każde dziecko szli za nim i też przewalali się w dół jak jeden strumień po skalistych górskich ścianach, po śliskich porostach, by jak najdalej uciec, aż wreszcie, nim zapadła noc, wielki biały ptak przeciął porywiste wiatry nad brzegiem siwego morza i poprowadził lud Belli Donny ku bezpiecznemu od wojny schronieniu.
W głębokim złudzeniu, że mają szansę na ocalenie od ścigającego ich nieszczęścia, ludzie szli za łabędziem, potykając się o własne nogi, choć porywisty wiatr chlastał ich po twarzy, próbował odepchnąć od morza. Oni jednak, pędzeni zgrozą przekonania, że nie mają dokąd inąd się udać, szli dalej przed siebie za cudem, jakim był dla nich biały łabędź. Brnęli przez ciemność, biegli po rzece skutej twardo lodem, aż dotarli na morski brzeg. Rzucili się prosto do lodowatej wody, ku niezdatnym do pływania na otwartych wodach bezpańskim łodziom rybackim, kołyszącym się wciąż w zatoce.







