„Poniedziałek z matchą” to delikatna i kojąca proza, której czar otula jak aromat wspaniałej zielonej herbaty. W Marble Café każdy poniedziałek może odmienić czyjeś życie. Wystarczy usiąść przy stoliku, poczuć zapach intensywnie zielonej herbaty matcha i pozwolić, by świat na chwilę zwolnił.


Matcha – intensywnie zielona herbata pełna energii – w Marble Café staje się napojem, który koi zmysły, dodaje otuchy i otwiera drogę do zmian.

Raz w miesiącu kawiarnia zamienia się w magiczny zakątek, do którego trafiają goście na wyjątkową degustację. Już jeden łyk potrafi złagodzić ciężar codzienności.

Nad parującymi filiżankami zasiadają ci, którzy znaleźli się na życiowym zakręcie. W tej niezwykłej kawiarni odnajdą nie tylko spokój, lecz także własną siłę.

Ciepła, poruszająca opowieść o nowych początkach, drugich szansach i mocy spotkań przy filiżance matchy.

***

• Otula jak czarka herbaty w zły dzień. Delikatna, kojąca i mądra – o ludziach, którzy przychodzą do kawiarni z ciężarem na sercu i wychodzą z odrobinę lżejszym oddechem. Idealna, jeśli potrzebujesz pięknej historii o drugich szansach.
– Beata Skrzypczak, @opowiemci

• Zbiór kameralnych opowiadań, w których krzyżują się ścieżki przypadkowych bohaterów. To krótkie historie ujmująco dotykające przeznaczenia i otulające dobrym słowem. Każda z nich przywołuje myśl o ulotnych spotkaniach, które stają się nośnikiem ważnych zmian, wartościowych rozmów oraz uczuciowych wyznań. To niesamowite, z jaką łagodnością Michiko Aoyama zachęca do czułego życia w zgodzie z samym sobą.
– Miłka Kołakowska, @mozaikaliteracka

Michiko Aoyama
Poniedziałek z matchą
Przekład: Barbara Słomka
Seria „Japońska Relacja”
Wydawnictwo Relacja
Premiera: 14 stycznia 2-26
 
 


Rozdział 1
Poniedziałek z matchą (styczeń – Tokio)

Do kogo ja właściwie kieruję prośby, gdy składając ręce, mówię w myślach: „Niech wydarzy się coś dobrego”? W tej chwili zapewne do bóstw shintoistycznych, jestem bądź co bądź w świątyni. Ale gdzież te bóstwa są? Za skrzynią, do której wrzuca się ofiarę? Na niebie? A może jeszcze gdzie indziej?
Już prawie połowa stycznia, ale świątynię odwiedzam po raz pierwszy w tym roku, więc to moja modlitwa noworoczna, hatsumode.
Pracuję w sklepie z telefonami znajdującym się w dużym centrum handlowym. Było cały czas otwarte na przełomie grudnia i stycznia, więc nie mieliśmy wolnych dni w okolicy Nowego Roku. Wyznaczano nam krótkie zmiany, ale ja, jako singielka, pracowałam więcej, żeby osoby z rodzinami mogły mieć dłużej wolne.
Rodzice narzekali: „Miho ma już dwadzieścia sześć lat, a nie znajduje czasu, żeby pomóc w przygotowaniu noworocznych potraw”. Wybaczcie, ale to moje najlepsze lata pracy. Od dziecka uwielbiałam wszelkie mechanizmy, więc całkiem podoba mi się praca przy telefonach komórkowych. Jednak w styczniu zmienili zupełnie grafik pracy, a ja źle popatrzyłam na plan i, choć dziś mam wolne, przyszłam na poranną zmianę. Bardzo mnie to zdołowało. Przecież właśnie dziś mogłam sobie pospać! A wczoraj w nocy posiedzieć dłużej. Nie chciało mi się od razu wracać do domu, więc zrobiłam rundkę po centrum. Ale są dni, gdy nic się człowiekowi nie układa. Poszłam do sklepu, w którym miałam upatrzoną kurtkę puchową, niestety ten fason już wyprzedali. Jakoś się pozbierałam, wstąpiłam do fast foodu i wzięłam frytki; dodają do nich keczup, którym natychmiast ubrudziłam sobie rękaw swetra. Zaprałam więc plamę w toalecie i chciałam osuszyć go chusteczką, ale okazało się, że nie mam chusteczki, zapomniałam. Co za pechowy dzień! W ogóle nie należę do szczęściarzy, ale dziś to już prawdziwa tragedia. A może dzieje się tak, bo w tym roku jeszcze nie byłam w świątyni? Z centrum do świątyni jest wprawdzie kawałek, ale przejdę się, może odpędzę zły los.
Odwiedziłam więc świątynię, a po drodze przypomniałam sobie o Marble Café. To malutki lokal na końcu wiśniowej alei, która ciągnie się wzdłuż rzeki, niedaleko świątyni. W kawiarni panuje przyjemna atmosfera, szef jest młody i uroczy, a wystrój i filiżanki w bardzo dobrym guście. Naturalnie i kawa, i herbata smakują wyśmienicie. Uwielbiam tę kawiarnię, choć mogę ją odwiedzać tylko w te dni, kiedy pracuję na porannej zmianie. To jest to, w taki pechowy dzień jak dziś muszę pójść do ulubionego lokalu, żeby poprawić sobie humor.
Szłam, mając z boku pozbawione kwiatów i liści gałęzie wiśni sakura. Szalikiem w czerwoną kratkę owinęłam się po usta, ratował mi życie, dłonie w kieszeniach płaszcza zesztywniały mi z zimna. Zza drzew wyłonił się daszek przy wejściu do Marble Café. Zapragnęłam jak najszybciej wejść do środka, by się rozgrzać, gdy wtem stanęłam jak wryta. Przecież dziś poniedziałek, kawiarnia nieczynna. Jak pech, to pech! Gdybym wcześniej o tym pomyślała, nie przylazłabym aż tutaj. Przypomnieć sobie, kiedy jest się prawie u celu, a niech to! Westchnęłam głęboko i już miałam zawrócić, gdy nagle drzwi kawiarni się otworzyły. Wpatrywałam się uważnie. Wyszła bardzo niska kobieta i ruszyła w moją stronę. Mogła być odrobinę starsza ode mnie. Miała lśniące włosy, ufarbowane na popielaty brąz.
– Przepraszam. – Odważyłam się ją zagadnąć, gdyśmy się mijały, a ona popatrzyła na mnie swoimi migdałowymi oczami. – To Marble Café jest otwarte?
– No tak – powiedziała z uśmiechem. – Mają wolne, ale pracują. Proszę tam wejść.
Co za miły dla ucha głos z delikatną chrypką, pomyślałam, i w tej samej chwili kobieta szybko się oddaliła.
Podeszłam więc, jak zasugerowała, do kawiarni i zajrzałam dyskretnie przez okno. Było zaledwie kilka osób, przy kontuarze i przy stoliku. Kiedy chwytałam za klamkę, mój wzrok zatrzymał się na umocowanej do drzwi tabliczce. Litery „rble” były zaklejone taśmą maskującą, a na niej widniało „tcha”, napisane czarnym mazakiem. Czyli Matcha Café.
Matcha Café? To jakiś żart?
Patrząc ze zdziwieniem na przerobioną tabliczkę, myślałam: „Co za niechlujna robota”, gdy nagle drzwi się otworzyły i drobny pan w średnim wieku wysunął z nich głowę. Powiedział:
– Zapraszam.
Widząc okazały pieprzyk na jego czole, przypomniałam sobie, że raz go już tu widziałam, sympatyczny szef kawiarni zwracał się do niego chyba „Master”. Nie wyglądał, jakby tu pracował: siedział przy kontuarze z gazetą sportową. To pewnie przezwisko. I ten pan z pieprzykiem… to znaczy Master, wyjaśnił jeszcze:
– Tylko dziś jest tu Matcha Café. Jeśli nie ma pani nic przeciwko matchi1, to zapraszamy.
Uwielbiam matchę. Matcha latte, pudding, lody z matchą. Weszłam do środka, czując, że jestem uratowana. Oprócz Mastera w kawiarni była jeszcze jakaś para, która siedziała przy stoliku w głębi, a za kontuarem stał mężczyzna w granatowym tradycyjnym stroju japońskim. Wybrałam stolik na wprost kontuaru i zdjęłam płaszcz. Wreszcie odetchnęłam. Zapragnęłam całą sobą gorącej, słodkiej mlecznozielonej matcha latte.
– Serdecznie witamy! – Mężczyzna w kimonie postawił przede mną szklankę z wodą i podał mi menu. Na papierze czerpanym przyklejonym do tekturki było napisane pędzelkiem:
Matcha mocna koicha 1200 jenów
Matcha delikatna usucha 700 jenów
Obie serwujemy z ciasteczkiem.
Zdziwiłam się. Ach, więc nie podają tu takich rzeczy jak matcha latte czy pudding o jej smaku. To herbaciarnia w starym, tradycyjnym stylu.
– To… wszystko, co macie?
– Tak.
Przyszedł po zamówienie, a minę ma obojętną i patrzy gdzieś w bok. Ma wąską brodę i prosty nos. Może być z pięć lat starszy ode mnie. Wygląda na nieco zarozumiałego panicza, który nawykł do noszenia tradycyjnych strojów. Czekając na moje zamówienie, nawet na mnie nie patrzy. Spojrzałam w kartę. Nie ma puddingu, ale tradycyjne ciasteczko też nie jest złe. Nie bardzo wiem, czym różni się mocna matcha od słabej, ale droższa powinna być smaczniejsza, to oczywiste. Właśnie odbyłam noworoczną wizytę w świątyni, modląc się, aby los był łaskaw tego roku, postanowiłam więc zaszaleć i zrobić coś dla siebie.
– W takim razie mocną proszę. – Podniosłam głowę i napotkałam jego spojrzenie.
Panicz natychmiast odwrócił wzrok.
– Mocna, przyjąłem – wyszeptał niskim głosem i pośpiesznie ruszył w stronę kontuaru.
Nie musisz tak ostentacyjnie okazywać niechęci! Dotknięta do żywego jego nazbyt aroganckim zachowaniem, straciłam humor. Po jakie licho ja tu przyszłam!? Rozejrzałam się wokół. Master, jak przedtem, siedział przy kontuarze z rozpostartą gazetą. Mężczyzna i kobieta spokojnie o czymś rozmawiali ściszonymi głosami. Z daleka wyglądali młodo, ale jak się lepiej przyjrzałam, uznałam, że dobiegają czterdziestki. Obydwoje mieli na serdecznym palcu lewej ręki skromną obrączkę. A więc to małżeństwo. Coś wspaniałego. Ufają sobie, czują się razem bezpiecznie. Może i ja kiedyś spotkam kogoś, zakocham się i będziemy tacy jak oni. Gdy tak przyglądałam się z rozmarzeniem temu małżeństwu, które prezentowało szczęście w czystej postaci, Master odezwał się do mnie zza kontuaru.
– Szalik na podłodze.
A, spojrzałam w dół i zobaczyłam bezładnie leżący na podłodze szalik, który wcześniej trzymałam na kolanach. Schyliłam się, by go podnieść, a mężczyzna mówił dalej:
– Często do
Powiedział „do nas”, czyli to jednak właściciel.
– Od czasu do czasu. Dziś przyszłam, ale zapomniałam, że kawiarnia jest nieczynna. Tymczasem widzę, że państwo organizują też coś takiego jak Matcha Café.
– Uhm. W wolne dni albo po zakończeniu pracy organizujemy czasem wydarzenia kulturalne.
Nie miałam o tym pojęcia. Marble Café to cudowne miejsce, ale nie reklamują się ani nie ma ich w mediach społecznościowych.
– Nie ogłaszacie się na stronie internetowej czy Twitterze? Skoro organizujecie imprezy, dobrze byłoby, gdybyście rozpowszechniali o nich informacje, przyszłoby więcej gości.
Master uśmiechnął się półgębkiem i protekcjonalnym tonem powiedział:
– Znacznie ciekawiej jest, kiedy samo się tak ułoży, że ktoś, wcale o tym nie wiedząc, trafi tutaj. Tak jak ty dzisiaj.
– Ma pan na myśli przeznaczenie?
– Każde spotkanie, czy to ludzi, czy to rzeczy, oznacza, że było im pisane się spotkać. Los jest jak ziarno: małe, niepozorne, a wyrastają z niego rośliny, które pięknie rozkwitają i owocują. Choć trudno to sobie wyobrazić, widząc ziarno.
Pomyślałam o kurtce, której nie udało mi się kupić, i zaatakowałam:
– Ale przecież bywa i tak, że wszystko kończy się na jednym spotkaniu, nic z niego nie wyrasta!
– Ale to nie znaczy, że nie działało przeznaczenie, widać pisane było tylko jedno spotkanie. To tak jak z ziarnem słonecznika, które się zjada. I to też służy człowiekowi, zjedzenie tego ziarna przekłada się w jakiś sposób na to, co później nastąpi.
Ziarna słonecznika. Pokręciłam głową, nigdy ich nie jadłam, na co Master się roześmiał.
– To dzisiejsze wydarzenie to raczej żart niż przedsięwzięcie komercyjne. Nie ma większego znaczenia, ilu gości nas odwiedzi. A zatem witamy w Matcha Café!
Czy to faktycznie jakiś żart? Wydałam pomruk zdziwienia i w tej samej chwili zjawił się Panicz z czarną tacą z laki.
– Przepraszam, że musiała pani czekać. Mocna matcha i ciasteczko piwonia wiosenno-jesienna kanbotan dla pani – powiedział z akcentem z Kansai, Japonii Zachodniej. Widocznie stamtąd pochodzi.
Ciasteczko nazwane piwonią wiosenno-jesienną wyglądało prześlicznie: spomiędzy różowych płatków jak falbanki, uformowanych z pasty fasolowej, wychylały się żółte pręciki.
– Wspaniały kwiat! Na przekór zimnu, śmiało otwiera pąki – powiedział Master i odwrócił się z powrotem w stronę kontuaru.
Małżeństwo wstało od stolika, więc Panicz podszedł do kasy. Kobieta popatrzyła na stojące obok kasy opakowania zielonej herbaty, jedno kupiła i obydwoje wyszli. Zostaliśmy w kawiarni we trójkę. Przez chwilę podziwiałam piękne ciasteczko. Stojąca obok mocna matcha miała, zgodnie z nazwą, ciemnozielony kolor. A gdy wzięłam czarkę w dłonie, zobaczyłam, że herbata ma zawiesistą konsystencję, zupełnie jak farba. Pierwszy raz widziałam coś takiego.
Ciekawe, jak smakuje. Wypiłam łyk i odruchowo odsunęłam czarkę od ust. Wydałam z siebie dziwny dźwięk: „błe!”, nie mogłam się po prostu powstrzymać. Niby nie był zbyt głośny, ale wyraźnie rozbrzmiał w lokalu, gdzie nie było innych gości.
Mocna! Herbata nie była po prostu gorzka czy cierpka, nie wiedziałam, jak nazwać ten nieznany mi intensywny kwaskowato-cierpko-gorzki smak. Widząc to, Master śmiał się ze mnie.
– Najpierw je się ciasteczko.
Odkroiłam więc w pośpiechu kawałeczek ciastka i wzięłam do ust. Zamierzałam jeść elegancko, ale nie miałam wyboru, trudno. Kiedy poczułam w ustach słodycz, podjęłam wyzwanie po raz drugi. Wyglądało na to, że teraz się uda, wystarczy zaakceptować tę głębię smaku – pomyślałam, ale okazało się to zbyt trudne. Nie mogłam się sobie nadziwić: toż to prawdziwe samobiczowanie, ale żal zostawić, kosztowało przecież aż tysiąc dwieście jenów. Zaczęłam więc pić wielkimi łykami wodę i w tej właśnie chwili na kontuarze rozległ się sygnał dzwoniącego telefonu. Panicz natychmiast chwycił smartfon.
– Coo… jest? – Mężczyzna nerwowo postukiwał palcem w ekran.
– Trzeba zrobić swipe up – rzuciłam bez zastanowienia.
– Swipe up? – Popatrzył na mnie błagalnym wzrokiem.
– Trzeba delikatnie przesunąć palcem w górę po ekranie.
Paniczowi udało się odebrać połączenie i już uspokojony zaczął rozmowę: tak, tak, nie, ja nie dzwoniłem. Typowa sytuacja dla ludzi, którzy dopiero zaczynają używać smartfona. Nie potrafią odebrać połączenia, niechcący dotykają ekranu i dzwonią do kogoś, nie wiedząc o tym.
Wzięłam do ust ostatni kawałeczek piwonii i desperacko wypiłam resztę herbaty. A przecież wybrałam droższą, by poczuć się lepszą. Jednak dziś jest pechowy dzień pod każdym względem.
Gdy Panicz skończył rozmowę, Master zapytał:
– Ojciec?
– Tak. Oddzwaniał, wygląda na to, że toto samo do niego zadzwoniło. – Panicz z nienawiścią wskazał smartfon. – Dwa tygodnie temu właśnie wymieniłem na niego stary telefon z guzikami, ciężko się go obsługuje, to irytujące. Ciągle zawraca głowę jakimiś aktualizacjami, a jak robię, co każe, zmieniają się ustawienia aplikacji, zdarza się, że gorzej działają. A przecież kupiłem najnowszy model.
Nie wytrzymałam.
– Smartfon to w zamyśle rzecz nieukończona – powiedziałam, ściągając na siebie wzrok obu mężczyzn. – Mam z nimi do czynienia w pracy, więc odczuwam to codziennie. Świat smartfonów jest w ciągłym ruchu. Pojawiają się nowe wirusy, warunki połączenia bywają czasem niestabilne i, wreszcie, zmieniają się potrzeby klientów. Żeby sprostać tym zmianom w otaczającym świecie, te urządzenia również muszą się po trochu modyfikować.
Master pokiwał głową, a ja ciągnęłam z zapałem:
– Aktualizacje mogą stwarzać pewne niedogodności, ale gdy się spojrzy na to z szerszej perspektywy, widać, że te nieudane próby zmian prowadzą do powolnego ulepszenia smartfonów jako takich. Nie trzeba zmieniać aparatu, można na starym wypróbować nowe rozwiązania, poszerzać swoje możliwości, uważam, że to wspaniałe. Dla mnie smartfony są jak żywe istoty, tacy fajni goście. – W tym miejscu z przerażeniem zasłoniłam ręką buzię. Zagalopowałam się. Zawsze tak mam, gdy mowa o smartfonach. Skrzywienie zawodowe.
Panicz spuścił nagle wzrok i spytał cichym głosem:
– A może napije się pani ousu?
– Ousu?
– To delikatna matcha. Taka zwyczajna z pianką, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni. Łatwo się ją pije. Chciałbym panią poczęstować, podziękować, że powiedziała mi pani, jak odebrać telefon.
W tym momencie Master popatrzył na mnie i spytał jakby od niechcenia:
– A może chce pani zobaczyć, jak się przygotowuje matchę?
– Jasne. Mogę?
Pochyliłam się zaciekawiona, na co Panicz pokiwał delikatnie głową, a Master uśmiechnął się, składając gazetę.
– Dobrze, a to znasz? Szczęście sprzyja tym, co potrafią się dobrze bawić.
– Czyje to powiedzenie?
– Moje – rzucił i odniósł gazetę na stojak obok kasy.
Trudno rozgryźć tego człowieka. Po chwili podszedł Panicz z tacą i dzbankiem i postawił je na stoliku przede mną. Na tacy była czarka, pędzelek i łyżeczka z bambusa, i jeszcze sitko. Pusta czarka była rozgrzana, koniuszek pędzelka zmoczony.
– No to zaczynamy.
Panicz wsypał na sitko półtorej łyżeczki sproszkowanej herbaty. Dokładnie rozgniótł łyżeczką grudki. Potem delikatnie zalał wrzątkiem roztarty proszek w czarce i zaczął roztrzepywać pędzelkiem.
– Poruszamy do przodu, do tyłu i znów do przodu, jakbyśmy pisali literę M.
– M? To z alfabetu?
– Tak.
Wydawał się zdumiony moim pytaniem, więc wyjaśniłam swoją wątpliwość.
– A jak w takim razie wyjaśniano to w czasach, kiedy nie znaliśmy alfabetu? Na przykład mistrz Sen no Rikyu2.
Panicz się roześmiał.
– Jak to mogło być? Nie zastanawiałem się nad tym.
No proszę… Ten człowiek potrafi robić słodką minę. Chociaż mógłby się trochę częściej uśmiechać. Poczułam się błogo, lód w moim sercu zaczynał topnieć. Co to ma znaczyć, skąd to uczucie? Mężczyzna zrobił pędzelkiem szybki zygzak, po czym delikatnie pogładził powierzchnię matchy, żeby pozbyć się wielkiej piany. I znów zanurzył głęboko pędzelek.
– Na koniec robimy powolny ruch, kreśląc sylabę の, i powoli wyjmujemy.
Panicz wyciągnął pędzelek prościutko do góry i uradowany oznajmił:
– Pewnie Sen no Rikyu używał takiego wyjaśnienia.
Dopiero teraz popatrzył mi prosto w oczy. Ale tym razem to ja nie mogłam wytrzymać jego spojrzenia, zaczęłam więc uciekać wzrokiem. Mężczyzna wszedł za kontuar, przyniósł stamtąd talerzyk z ciasteczkiem i postawił go na tacce, mówiąc: „Śnieżny zajączek yuki usagi dla pani”. Zrobiony z białego ubitego ryżu mochi zajączek zdawał się przeskakiwać przez ośnieżoną górę. Skosztowałam powolutku zajączka, po czym sięgnęłam po matchę. Pyszna! Nałożyły się na siebie szlachetna słodycz ciasteczka i zapach herbaty przyjemnie łaskoczący nozdrza. Tak, w tej kolejności smaki wzmacniają się nawzajem. Wreszcie się rozluźniłam i odetchnęłam z ulgą.
– Jestem szczęśliwa, że tak mnie panowie ugościli. Mam pecha, nic mi nigdy nie wychodzi. Dziś też pomyliłam grafik i niepotrzebnie przyjechałam do pracy, kurtka, na którą polowałam, została sprzedana, a na domiar złego wylałam na siebie keczup, za dużo tego wszystkiego.
Panicz słuchał cierpliwie, a gdy skończyłam, przechyliwszy głowę, powiedział:
– To raczej nie pech, tylko…
– Jak to?
– Po prostu nieuwaga, czyżbym się mylił?
Co za poważna mina! Zaczęłam się powoli rozluźniać, a ten mi wbija szpilę. Wszystko jasne, po prostu mnie nie lubi. Tymczasem Panicz mówił tak:
– Nie ma pani żadnego pecha! To prawdziwe szczęście, mieć pracę, w której robi się to, co się kocha aż tak, by opowiadać o tym z pasją, jak pani. Myślę, że smartfony też są szczęśliwe, że tak je pani kocha.
Oho, szczęśliwe smartfony? Nie myślałam nigdy w ten sposób. Smartfony, które czują moją pasję, cieszą się z tego powodu… Poczułam wdzięczność, że ktoś z boku tak pomyślał. No i ma rację, jestem niepozbierana. Nie mam żadnego pecha. Wybuchnęłam śmiechem, a jednocześnie z moich oczu popłynęły łzy. Byłam szczęśliwa. Bardzo. Sięgnęłam do torby po chusteczkę, żeby wytrzeć łzy z policzków, i nagle przypomniałam sobie, że jej nie mam. W tej samej chwili coś nagle pojawiło się przed moimi oczami – pięknie złożony granatowy ręczniczek. I smutna twarz Panicza patrzącego gdzieś obok. Ale gdy się lepiej przyjrzałam, zauważyłam, że ma czerwone uszy.
– Dzię… dziękuję bardzo.
Wzięłam ręczniczek, a wtedy Panicz rzucił do Mastera: „Wyrzucę śmieci” i wyszedł. W rogu ręczniczka był białą nicią wyhaftowany ideogram kitsu oznaczający szczęście. Czyżby to miał być talizman?
– O, używa go. To prezent ode mnie – powiedział Master, który teraz miał w ręce jakiś magazyn. – Umieściłem tam jego imię. Kitsu od Kitsubei. Pomyślny znak, prawda? To jedyny syn właścicieli herbaciarni Fukuido. Nazywa się Kitsubei Fukui, z takim imieniem i nazwiskiem powinien mieć wspaniałe życie. Bo przecież ideogram fuku też oznacza szczęście, a ideogram i – obecność.
A więc nazywa się Kitsubei. Pomyślałam: „Jak dobrze, że zapomniałam chusteczki” i zaczęłam dalej roztrząsać sytuację. Gdybym kupiła tę puchową kurtkę, pewnie wróciłabym z nią do domu. Gdybym nie pomyliła grafiku pracy, z pewnością bym tu dziś nie przyszła. To moje niedbalstwo przywiodło mnie do Matcha Café. Mam cholernego farta. Ciekawe, czy spotkam Panicza, kiedy znów tu przyjdę. Spytałam Mastera:
– Kiedy znów będzie otwarta Matcha Café?
– Co? Nie będzie, jest tylko dzisiaj. Fukuido to herbaciarnia z Kioto. Kitsubei przyjechał zamiast ojca na spotkanie Stowarzyszenia Herbaciarzy, pierwszy raz jest w Tokio, a jutro już wraca do siebie.
Jak to, naprawdę? Więc to już koniec. No i wyszło na to, że jednak pech. Rozczarowana, przemyślałam wszystko od nowa. Jeśli chcę go znowu spotkać, muszę sama zadziałać w tej sprawie. Skoro dane mi było przyjść tu dzisiaj, to znaczy, że połknęłam ziarno przeznaczenia. Powinnam postarać się, by coś z niego wyrosło. Udając, że podpieram twarz, złożyłam pod brodą dłonie.
Oby udało mi się znowu spotkać pana Kitsubeia! Oby się wszystko ułożyło! Skupiłam uwagę na miejscu, gdzie stykają się moje dłonie mocno przylegające do siebie, czułam ciepło własnego ciała. Ach, więc to tak, moje prośby kieruję do wnętrza dłoni.
– Ale… – odezwał się znowu Master, przewracając kartki czasopisma. – Otwierają filię w Tokio. A Kitsubei będzie jej szefem. Wiosną sam się tutaj przeprowadza.
Moja prośba skierowana do wnętrza złożonych dłoni, zdaje się, wypuściła pędy. Ścisnęłam dłonie. Będzie dobrze, mam wyjątkowe szczęście.

 
Wesprzyj nas