Kontynuacja tragicznych losów pięknej Marii, znanej czytelnikom z powieści „Nierządnica”. Książka pisarskiego duetu kryjącego się pod pseudonimem Iny Lorentz to gwarancja znakomitej rozrywki.


Maria żyje spokojnie i dostatnio u boku ukochanego męża, kasztelana Michaela. Jej szczęście nie ma granic, kiedy wreszcie po latach zachodzi w ciążę.

Jednak sielanka nie trwa długo. Wybucha powstanie husytów, Michael udaje się na wojnę i nie wraca z pola bitwy. Maria znów zostaje sama. Na dodatek traci cały majątek i musi uciekać z rodzinnego zamku.

W dobie wojen i niepokojów nie pozostaje jej nic innego, jak dołączyć do ciągnących za wojskiem markietanek i rozpocząć życie pełne niebezpiecznych przygód.

Czy Marii uda się ocalić dziecko i odnaleźć męża, w którego śmierć nie chce uwierzyć?

 
Iny Lorentz
Kasztelanka
Przekład: Marta Archman
Seria: Nierządnica, t. II
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera w tej edycji: 26 listopada 2025
 
 


CZĘŚĆ PIERWSZA
Zdrada

I

Spojrzenie Marii błądziło po zebranych myśliwych, aż zatrzymało się na jej mężu. Siedział na koniu tak pewnie, jakby był z nim zrośnięty – w jednej ręce na pozór niedbale dzierżył cugle, w drugiej zaś przygotowaną do strzału kuszę. Obok niego jechał ich gospodarz, Konrad von Weilburg, także mężczyzna okazałej postury. Obaj byli średniego wzrostu i mieli szerokie muskularne ramiona, ale u von Weilburga było już widać wydatne zaczątki brzuszka, Michał zaś ciągle mógł się pochwalić smukłą talią i wąskimi biodrami młodzieńca, a jego twarz z wysokim czołem pod ciemnoblond włosami, z jasnymi sokolimi oczami i silnie zaznaczoną szczęką, sprawiała wrażenie dużo bardziej zdecydowanej niż twarz towarzysza. Konrad von Weilburg nawet na polowaniu nie zrezygnował z obcisłych rajtuzów i zdobnie haftowanego kubraka, gdy tymczasem Michał miał na sobie długie wygodne bryczesy oraz zwykłą skórzaną kamizelkę z półdługimi rękawami, narzuconą na zieloną koszulę. Na nogi włożył mocne wysokie buty do konnej jazdy i tylko przystrojony dwoma bażancimi piórkami beret zdradzał, że nie jest to knecht, lecz podwładny jakiegoś wielkiego pana.
Michał musiał poczuć na sobie wzrok Marii, ponieważ kolejny raz się odwrócił, lekko pomachał kuszą i obdarzył żonę pełnym miłości uśmiechem. Po czym pognał konia i zniknął w lesie wśród kolorowego jesiennego listowia. Maria przypomniała sobie ten dzień sprzed dziesięciu lat, kiedy wydano ją za mąż za przyjaciela z dzieciństwa. Sakramentalne „tak”, o które podczas ślubu w klasztorze na wyspie ani razu jej nie spytano, dziś mogłaby wypowiadać o każdej porze dnia i nocy, tak była z Michałem szczęśliwa.
Irmingard von Weilburg ustawiła swoją klacz obok konia Marii i mrugnęła do niej porozumiewawczo.
– Naprawdę powinnyśmy być zadowolone z naszych mężów. Obaj są przystojni i miłego usposobienia, a jeśli chodzi o sprawy łóżkowe, lepiej nie mogłam trafić z moim Konradem. Ale komu w drogę, temu czas; wracajmy na miejsce zbiórki. Ja tak samo niechętnie strzelam do zwierząt jak wy. Według mnie polowanie to męska rzecz, podobnie jak wojna. Poza tym mam ochotę na łyk wina korzennego, nawet jeśli z pewnością nie będzie tak smakowało jak to, którym poczęstowaliście nas zeszłego roku – z rozrzewnieniem oblizała wargi.
Maria roześmiała się serdecznie.
– A tak, tamto wino było rzeczywiście dobre. Mieszankę ziół dostałam od mojej przyjaciółki Hiltrud; ona hoduje kozy i zna tajemnice wielu roślin; wie na przykład, które z nich leczą choroby, a które tylko dobrze smakują.
– Znam ją. Kiedy ostatnio moja Czarnogrzywa – pani Irmingard poklepała klacz po szyi – zachorowała na ciężką kolkę, wysłałam do pani Hiltrud naszego stajennego, żeby przygotowała mi napar dla mojej kobyłki. Ledwie napoiłam klacz tym odwarem, a już lepiej się poczuła i w ciągu nocy wyzdrowiała.
Maria ucieszyła się z pochwały. Hiltrud była więcej niż jej najlepszą przyjaciółką, gdyż pewnego razu znalazła ją pół martwą na drodze, wyleczyła i pomogła przetrzymać pięć najgorszych lat życia. Tylko jeden człowiek znaczył dla Marii więcej niż ta kobieta – Michał, z którym łączyła ją coraz gorętsza miłość.
Dopiero kiedy koń podrzucił głową, spostrzegła, że pani Irmingard ciągle wyczekująco na nią spogląda, i odpowiedziała:
– Nie mam nic przeciwko temu, żebyśmy obserwowały polowanie z miejsca zbiórki, ponieważ w przeciwieństwie do was nie jestem dobrym jeźdźcem i nie lubię galopować przez góry i lasy.
Nieco przesadziła z tym wyznaniem, ponieważ tak naprawdę uwielbiała na swojej potulnej klaczy, podarowanej jej przez Michała, truchtem albo przyjemnym kłusem jeździć po bitych szlakach i drogach. Ale w siodle ciągle jeszcze nie czuła się zbyt pewnie. Wychowała się w Konstancji, mieście, gdzie na rynek albo do kościoła szło się na pieszo, a okolice można było zwiedzać statkiem – nigdy nie siedziała tam koniu. Później, w czasie lat banicji, pieszo przeszła tysiące mil, ale jako żonie kasztelana nie wypadało jej tak po prostu spacerować niczym zwykła dziewka i kiedy miała zamiar odwiedzić sąsiednie grody albo kozią zagrodę przyjaciółki, musiała jechać wozem albo dosiadać konia. Ponieważ nie chciała za każdym razem, gdy opuszczała Sobernburg, kazać zaprzęgać wozu, poprosiła męża, żeby nauczył ją jeździć konno. szybko jednak zrozumiała, że nigdy nie będzie taką nieustraszoną amazonką jak pani Irmingard, która w tym roku była gospodynią jesiennego polowania. na tych terenach istniał zwyczaj, że jeden z władców grodu wraz z małżonką uroczyście otwierali sezon jesiennych łowów, zapraszając z tej okazji sąsiadów z wszystkich okolicznych grodzisk.
Kiedy Maria rozmyślała o tym wszystkim, pani Irmingard nieprzerwanie paplała dalej. Władczyni Weilburga pochodziła z domu szlacheckiego, podobnie jak inni zebrani tu panowie i ich damy. Tymczasem Maria z mężem wywodzili się ze stanu mieszczańskiego. Ale nie przeszkodziło to palatynowi Ludwikowi mianować Michała kasztelanem Rheinsobern, stawiając go tym samym ponad większością obecnych tu możnych. Mimo to Irmingard i Konrad zaprzyjaźnili się z nimi, pielęgnując dobrosąsiedzkie stosunki. Większość mieszkających w okręgu Rheinsobern panów zaakceptowała pozycję Michała, zaś ci, którzy drwili sobie z niskiego pochodzenia kasztelańskiej pary, rzadko okazywali swoją niechęć, ponieważ nikt nie pragnął robić sobie wroga z człowieka będącego w takich łaskach u palatyna jak Michał Adler. Było tylko kwestią czasu, by Ludwik pasował swojego wiernego sługę na rycerza.
Irmingard spojrzała na Marię, ponieważ ta wydała jej się jednak zbyt milcząca.
– Świetnie wyglądacie w tym nowym stroju. Będziecie tak dobra i pokażecie mi krój?
– Z wielką chęcią – Maria oderwała się od swoich myśli i uśmiechem podziękowała cierpliwej gospodyni. Inne panie, opuściwszy właśnie grupę myśliwych, zaczęły do nich dołączać. Każda znała jakąś najnowszą plotkę, toteż szybko wywiązała się żywa rozmowa, która nie ucichła nawet wtedy, kiedy dotarły do położonego poniżej Weilburga miejsca zbiórki, gdzie przygotowano już uroczyste powitanie oraz suty poczęstunek. Ledwie Maria i jej towarzyszki zdążyły zeskoczyć z siodeł, a już ubrani w barwy Weilburgów paziowie wręczali im kubki z gorącym winem korzennym. Mimo słońca, jasno świecącego na niebie pozbawionym nawet jednej chmurki, koniec października był już wyraźnie chłodny, toteż rozgrzewający trunek był jak najbardziej na miejscu. napój okazał się tak gorący, że Maria o mały włos nie poparzyła sobie ust, ale smakował o wiele lepiej, niż przepowiedziała pani Irmingard.
– Łyk czegoś takiego zawsze dobrze robi – powiedziała z zadowoleniem pani Luitwine von Terlingen i ostentacyjnie wcisnęła w ręce pazia puste już naczynie. Maria poprzestała na razie na jednym kubku i teraz przyglądała się knechtom, którzy znosili zabitą zwierzynę i układali ją na skraju polany. ilość dziczyzny mającej wypełnić spiżarnię weilburskiego zamku, chłodzoną lodem jeszcze z ostatniej zimy, rzeczywiście była imponująca.
Po powrocie pierwszych myśliwych Maria długo jeszcze nie widziała Michała, zaczęła się więc martwić, że może za bardzo ryzykował i gdzieś się zranił. Kiedy wreszcie się pojawił u boku gospodarza, sprawiał jednak wrażenie rześkiego i dobrze usposobionego. Wybiegła mu naprzeciw i objęła go mocno, gdy tylko zsiadł z konia. Michał z uśmiechem przyjął te pieszczoty, po czym lekko odsunął żonę od siebie i połaskotał ją po nosie.
– No, skarbie, ile dziś zabiłaś jeleni?
– Żadnego i doskonale o tym wiesz!
– Nie trapcie się, pani Mario. Za to wasz małżonek ubił dziś najwięcej. Bez wątpienia został dziś królem myśliwych! – Konrad von Weilburg przywołał mistrza łowieckiego, kazał podać sobie wieniec jodłowy i założył go Michałowi na głowę.
W tym samym czasie pozostali uczestnicy polowania zdążyli wypić już po pierwszym kubku grzańca i prosili o dolewkę. Także Michał wypił dwa kubki, ale bardziej dla towarzystwa niż z potrzeby ogrzania zesztywniałych kości. Przyciągnął Marię do siebie i pocałował ją w policzek.
– Niech inne damy zabijają jelenie; ja kocham cię taką, jaką jesteś.
– To się nazywa męskie gadanie. – Konrad von Weilburg puścił oko do towarzysza i pocałował Irmingard w usta. Zachichotała, wskazując przy tym na suto zastawione stoły.
– Powinieneś raczej myśleć o swoich gościach niż o przyjemności. Polowanie zaostrza apetyty, a chyba nie chcesz, żeby mówiono, że z gościny u Weilburga wraca się z pustym żołądkiem.
– Rzeczywiście nie. Chodźcie do stołu, ludzie, zapraszam! Damy wam wszystko, co żołądek i wątroba mogą znieść. – Konrad objął żonę, podniósł ją i zaniósł do stołu. – Teraz powiedz choć jeden raz, że nie noszę cię na rękach! – oznajmił radośnie.
– Dzisiaj rzeczywiście tak jest. – Irmingard pocałowała męża i zachęciła gości do poczęstunku. Gdy wszyscy napełniali brzuchy, panowała cisza przerywana jedynie mlaskaniem i bekaniem. Po zaspokojeniu pierwszego głodu myśliwi zaczęli komentować swoją gwarą polowanie. Chwalono skutecznych łowców i szydzono z pecha niektórych nieszczęśników. Po chwili starsi skierowali rozmowę na politykę.
Mąż Luitwine, Gero, z nieopisanym smutkiem w oczach popatrzył na swój pusty talerz i westchnął.
– Mam nadzieję, że za rok także usiądziemy razem w tak radosnej atmosferze i pofolgujemy sobie.
– Co mogłoby nam przeszkodzić? – spytał skonsternowany gospodarz.
– To przeklęte powstanie z Czechach! Cesarz i tym razem poprosi pana Ludwika o pomoc zbrojną i po raz kolejny palatyn nie będzie potrafił odmówić, ponieważ chodzi także o Górny Palatynat. Obawiam się, że niejeden z nas zatęskni przyszłej jesieni za naszą piękną ojczyzną.
– Jeśli nie zginie… – wtrącił ktoś inny głuchym tonem. Człowiek ów uchodził za czarnowidza, mimo to większość gości wzdrygnęła się na jego słowa. Powstanie w Czechach nie było nic nieznaczącym zrywem wywołanym przez niezadowolonych szlachciców czy też dającą się szybko poskromić rewoltą chłopską, tylko krwawą wojną między cesarzem Zygmuntem, który władał też przecież królestwem Czech, a husyckimi heretykami, ci zaś do tej pory wygrywali każdą bitwę.
– Miejmy nadzieję, że palatyn będzie wystarczająco rozsądny i nie powoła nas pod broń, tylko weźmie ochotników, którym bardziej zależy na chwale i łupach niż na radosnym polowaniu w ojczyźnie.
Konrad von Weilburg podniósł kielich w nadziei, że przepędzi cień, który położył się na myślach zebranych.

II

Uczta przeciągnęła się do późnego wieczora; później goście bawili się dalej w sali rycerskiej, aż zegar wybił północ. Niektórych biesiadników służący musieli zanieść do przygotowanych dla nich komnat. Maria z Michałem kosztowali wina ostrożniej niż inni, dlatego następnego ranka mogli do woli rozkoszować się śniadaniem. Potem pożegnali się z gospodarzami, zamierzając wrócić do Rheinsobern.
– Odwiedźcie nas jeszcze, zanim śnieg sprawi, że drogi staną się nieprzejezdne – zapraszał rycerz Konrad, a jego żona poprosiła Marię, by przysłała do Weilburga sukiennika, u którego zwykle zamawiała tkaniny.
– Oczywiście, że tak zrobię – obiecała Maria, po czym pozwoliła, żeby Michał pomógł jej dosiąść drobnej gniadej klaczy. Rozważny chód kobyłki w żaden sposób nie uzasadniał jej imienia: Zajączek. Michał także usadowił się w siodle, skinął głową Weilburgom i pozostałym gościom, po czym pokłusował w kierunku bramy. Maria jechała tuż za nim, zaś przyboczny Michała – Timo o twarzy pokrytej bliznami – trzymał się nieco w tyle, żeby nie przeszkadzać małżonkom.
Michał spokojnie prowadził konia, tak że Maria mogła jechać obok męża i jednocześnie z nim rozmawiać. Mimo to szybko dotarli w okolice Renu i ujrzeli przed sobą miasto Rheinsobern wznoszące się wzdłuż jednego z pasm Szwarcwaldu. Od dziesięciu lat była to ich ojczyzna. Pod ich rządami Rheinsobern stało się małym, pełnym ruchu centrum handlowym, którego wieże kościelne już z daleka witały podróżnych. Miasto otaczały potężne mury obronne. W dwóch miejscach Michał kazał je przesunąć, żeby stworzyć miejsca pod nowe domy. Zamek Michała i Marii, Sobernburg, leżał na stromym wzgórzu wrzynającym się w gród. Tutaj także wzmocniono ostatnio mury i wybudowano nowe wieże obronne. Ciągle jeszcze twierdza przypominała jednak grubo ciosane szare pudełko, zupełnie niepasujące do malowniczego krajobrazu otulonego teraz dodatkowo jesiennym, żółto-czerwonym listowiem.
Wzrok Marii zabłądził ku północy, tam, gdzie pośród gospodarstw chłopskich leżała pełna kóz zagroda jej przyjaciółki, Hiltrud. na Zajączku dotarłaby do niej w kilka chwil, toteż przez moment walczyła z pokusą, żeby od razu tam pojechać. Z chęcią spędziłaby godzinkę w przytulnej kuchni Hiltrud, napiła się pysznego naparu z ziół i pogawędziła. Ale jako pani Sobernburga nie mogła zaniedbywać swoich obowiązków. Po trzech dniach nieobecności w domu musiała najpierw zająć się doglądaniem gospodarstwa, zanim odda się przyjemnościom.
Michał czule pogładził żonę po plecach.
– Jakoś tak nagle ucichłaś.
– Doprawdy? – Maria obdarzyła go uśmiechem. – Właśnie postanowiłam, że dziś po południu odwiedzę Hiltrud.
– Jeśli nie masz nic przeciwko temu, pojadę z tobą. Korzenne wino pani Irmingard nie było co prawda złe, jednak to, które robi Hiltrud, smakuje jakby lepiej. – Śmiejąc się radośnie, pochylił się ku Marii i namiętnie pocałował ją w policzek. – Kocham cię, mój skarbie.
– Ja ciebie też.
Pogrążyła się cała w błogim uczuciu, jakie wywołały w niej czułości męża. najchętniej od razu poszłaby z nim do łoża. Ich czeladź, przede wszystkim ochmistrzyni Marga, posądziłaby Marię o bezwstyd, gdyby w biały dzień udała się z Michałem do komnaty sypialnej, ale Maria miała ochotę na przyjemne igraszki w pościeli. Spojrzała na męża wyzywającym wzrokiem, na co on odpowiedział lubieżnym uśmieszkiem, i pognała Zajączka.
Nic jednak nie wyszło z tych planów, gdyż tuż przed miastem ujrzała obejmującą się parę. Kochankowie stali niedaleko drogi i całowali się bez opamiętania, a suknia i fryzura dziewczyny wydały się Marii znajome. Odruchowo ściągnęła cugle. Michał również zwolnił.
– Co się dzieje?
Wskazała na zakochanych, którzy – pogrążeni w miłosnym uniesieniu – nie spostrzegli jeźdźców.
– Zastanawiam się, co Ischi sobie myśli, spotykając się tu potajemnie z jakimś młodzieńcem.
– Nie nazwałbym tego potajemną schadzką! – zaśmiał się Michał. Wiedział, o co chodzi żonie, nawet gdyby nie zobaczył jej oburzonej miny. Ischi była pokojówką Marii, a młodzieniec należał do czeladzi w Sobernburgu. Jak do tej pory dziewczyna nigdy nie dawała powodów do skarg. Dopiero teraz jej pani zobaczyła ją w ramionach kochanka, co ją wzburzyło, gdyż jako władczyni zamku była odpowiedzialna za dobre prowadzenie się i morale służących. Jeśli którejś z nich zaokrąglał się brzuch, za karę okładano rozpustnicę kijami i przepędzano z miasta. W takim wypadku ksiądz przemawiał także pani domu do sumienia, zaś w ramach pokuty za nieuwagę zadawał modlitwy.
Maria ze złością strzeliła biczem w powietrzu, płosząc tym Zajączka. Michał szybko chwycił cugle, które żona nierozważnie wypuściła z rąk, i próbował uspokoić rozbrykaną klacz.
– Powinnaś trzymać nerwy na wodzy, gdy siedzisz w siodle. Zajączek to koń, choć spokojny, a nie worek słomy, z którym można robić, co się komu żywnie podoba.
– Przepraszam.
Maria ze skruchą spuściła głowę, zaraz jednak znowu spojrzała w kierunku pokojówki. Do tej pory Ischi była jej najbardziej lojalną służącą, ale teraz Maria zadawała sobie pytanie, czy może jeszcze polegać na dziewczynie, która łajdaczy się za jej plecami.
– Muszę to wyjaśnić. Jedź do domu. Za chwilę do ciebie dołączę.
W tym momencie zapomniała o przyjemnej godzinie, jaką miała zamiar spędzić z mężem. Skierowała konia w stronę zakochanych. Michał popatrzył za żoną, kręcąc głową, skinął na Tima stojącego w niewielkiej odległości za nim i pognał konia. Jego zdaniem, Maria mogłaby równie dobrze porozmawiać z Ischi później. Gdy po wszystkim wróci do domu, nie będzie w nastroju, żeby pójść z nim do łóżka.
Gdy Zajączek zbliżył się kłusem do kochanków, ci odskoczyli od siebie przerażeni. W spojrzeniu Ischi nie było jednak widać poczucia winy – pani spodziewała się po niej więcej pokory. Maria była bardziej zła na młodzieńca niż na pokojówkę. Był to Ludolf, syn i przyszły następca nadreńskiego młockarza i rajcy, Eliasa Stemma, który należał do najmożniejszych ludzi w mieście. Chłopak zapewne nie miał uczciwych zamiarów, ponieważ w jego kręgach takie dziewczęta jak Ischi uznawano co najwyżej za dobre do zabawienia się i z reguły szybko porzucano, zwłaszcza gdy związek wydawał owoce, za które poniewczasie srogo karano wyłącznie dziewki. Marii byłoby szkoda, gdyby jakiś pozbawiony skrupułów młodzian uwiódł jej pokojówkę, dlatego postanowiła oboje nauczyć rozumu.
Jej zamiary były chyba oczywiste, gdyż Ludolf popatrzył na nią z taką miną, jakby za chwilę miał stoczyć z góry przegraną walkę.
– Pani, zapewne macie o nas złe mniemanie, ale pozwólcie się zapewnić, że nie jest tak, jak myślicie.
Ischi wyszła naprzód i chwyciła strzemię Marii.
– Pani, proszę, nie gniewajcie się! Ludolf i ja się kochamy, a jeśli Bóg zechce, to się pobierzemy.
– Obiecał ci to, żebyś mu się oddała? – spytała Maria szyderczo.
Ischi energicznie pokręciła głową.
– Nie, pani. Ludolf niczego takiego ode mnie nie żądał. Jestem tak samo nieskalana jak w dniu swoich narodzin. niech zbada mnie akuszerka, jeśli mi nie wierzycie.
Maria nie zobaczyła fałszu w oczach pokojówki, dlatego rysy jej twarzy złagodniały, a na ustach pojawił się nawet cień uśmiechu. Ludolf zauważył, że gniew pani mija, z wyraźną ulgą podszedł więc do ukochanej i objął ją ramieniem.
– Pani, przysięgam wam, że dotknę Ischi dopiero wtedy, gdy zostanie moją żoną. nie będzie łatwo zdobyć od moich rodziców zgody na małżeństwo, ale jeśli z nimi porozmawiacie, będą musieli ją wyrazić.
– Tak, pani; proszę, zróbcie to dla mnie! Czy przez te wszystkie lata nie służyłam wam wiernie? – Łzy napłynęły dziewczynie do oczu, gdyż wiedziała, jak beznadziejna jest jej miłość.
Maria jednak uważała, że oboje bardzo do siebie pasują. Ischi była niewysoka i drobna, a jej kształtną twarzyczkę o dużych niebieskich oczach okalały jasne włosy. Ludolf przerastał ukochaną zaledwie o pół głowy, miał szczupłą sylwetkę, choć już teraz widać było, że z czasem nabierze ciała i zmężnieje. Jego palce, którymi potrafił wyczarować na tokarce prawdziwe dzieła sztuki, pozostaną jednak smukłe i giętkie. Miał bardziej szczerą niż urodziwą twarz, a z oczu dało się wyczytać, że można na nim polegać.
– Dobrze, wstawię się zatem w waszej sprawie, choć nie cieszy mnie, że prędzej czy później będę musiała się rozejrzeć za nową pokojówką.
Maria skinęła głową, jakby chciała w ten sposób wzmocnić swoje słowa, zaś rozpromienione szczęściem twarze kochanków utwierdziły ją w przekonaniu o słuszności podjętej decyzji. nie chciała jednak zbytnio ułatwiać im sytuacji.
– Najpierw muszę być jednak pewna, że wasza sympatia to stałe uczucie. Jeśli za rok ciągle będziecie czuli do siebie miłość, sama wyprawię wam wesele. Do tego czasu będziecie się spotykać w przyzwoitych miejscach i nie chcę usłyszeć o was ani jednego złego słowa. Zrozumiano?
Ischi chwyciła dłoń Marii i przycisnęła ją do ust.
– Dziękuję wam, pani! – krzyknęła z takim entuzjazmem, jakby Maria pozwoliła jej na natychmiastowy ślub. Również Ludolf podziękował wylewnie, przysiągł uszanować wolę Marii i spotykać się z ukochaną wyłącznie za zgodą pani.
Kasztelanka gestem dłoni przerwała ich podziękowania.
– Teraz dajcie sobie buziaka i wracajcie do swoich obowiązków. Ojciec Ludolfa chętniej zgodzi się na ożenek, jeśli praca będzie uskrzydlać jego syna.
– Macie rację, pani. Rzeczywiście muszę się spieszyć, jeśli chcę wykonać dziś wszystkie swoje zadania. – Ludolf energicznie przyciągnął Ischi do siebie, pocałował ją w usta i dziarskim krokiem ruszył w kierunku miasta.
Dziewczyna przez chwilę patrzyła za nim, po czym zakłopotana spojrzała na Marię.
– Proszę, wybaczcie mi, pani, że nie porozmawiałam z wami wcześniej. Przecież wiem, jakie macie dobre serce.
– O, potrafię też być zła – odparła Maria z uśmiechem. – Teraz chodź już do domu, chyba że wolisz, bym sama rozpinała sobie haftki sukni do jazdy konnej.
W tym momencie przyszło jej na myśl, że to Michał mógłby ją rozebrać. Zaczęła żałować, że z nim nie pojechała.
Ischi trzymała się strzemienia pani, żeby nie zostać w tyle, ale nawet wznosząca się w górę droga do grodu nie sprawiła, że zabrakło jej tchu, ponieważ Maria powstrzymywała Zajączka, dostosowując chód klaczy do kroku służącej. Kiedy skręciły na dziedziniec, ujrzały cztery młode służki siedzące i plotkujące w cieniu wieżyczek wznoszących się nad bramą wjazdową. Maria przyjrzała się każdej z dziewcząt, zastanawiając się, która nadawałaby się na następczynię Ischi. Wybór nie będzie łatwy, ponieważ Ischi to prawdziwa perła i nieprędko znajdzie się jej podobną. Dlatego Maria była zadowolona, że ma jeszcze czas na wyznaczenie i przyuczenie innej dziewki.
– Czy mój mąż już wrócił? – zawołała w stronę służących, które ciągle jeszcze chichotały, nie mogąc się uspokoić.
– Oczywiście, że tak, pani. Kazał wam przekazać, że czeka na was w sypialni – rzuciła jedna figlarnie.
– Zatem nie pozwolę mu na siebie czekać. – Maria podjechała do ławeczki przy murze, po czym zsiadła z konia bez niczyjej pomocy. Rzuciła cugle jednej ze służących. – Zaprowadź moją klacz do stajni i przekaż ją stajennemu.
Dziewczyna dygnęła, ostrożnie chwyciła cugle i popatrzyła na Zajączka z taką nieufnością, jakby klaczka w każdej chwili mogła ją ugryźć. Maria oddaliła się z uśmiechem i pospieszyła w kierunku schodów do głównego budynku. Ischi dotrzymywała kroku swojej pani, obie nie zauważyły jednak, jak zza narożnika budynku wyszła ciemno ubrana kobieta w średnim wieku, która wrzasnęła na służące:
– Do roboty, parszywe nieroby! Chyba zapomniałyście, co wam zleciłam!
Z twarzy czterech dziewcząt znikła cała radość, ustępując miejsca przerażeniu.
– Nie, pani Margo, my… – wyjąkała jedna.
Ochmistrzyni Sobernburga uniosła ramię, jakby chciała uderzyć dziewczynę.
– Nie pyskuj mi tu, tylko do roboty, inaczej poczujesz moją ciężką rękę! Co ta chabeta tu robi? O nią niech zatroszczą się stajenni.
– Pani kazała mi zaprowadzić Zajączka do stajni – broniła się służąca z cuglami w dłoni.
– To czego tu jeszcze sterczysz? – spytała groźnie ochmistrzyni. – Jeśli dalej będziecie mleć jęzorami na dziedzińcu, zamiast robić to, co wam kazałam, zastąpię was pilniejszą czeladzią!
Cztery dziewczyny rozpierzchły się w różne strony, żeby zejść przełożonej z oczu, podczas gdy ona sama błądziła wzrokiem po oknach, za którymi znajdowały się komnaty pani i pana. Ochmistrzyni ściągnęła usta. Państwo prowadzili próżniacze życie, oczywiste więc, że służki musiały być leniwe i krnąbrne.
Tymczasem Maria dotarła do sali rycerskiej i już miała ruszyć w stronę schodów, żeby przejść po nich do swoich komnat, kiedy ujrzała Michała. Zamyślony siedział na krześle przy końcu stołu i wlepiał wzrok w pergaminowy zwój.
– Co się stało? Złe wieści?
Michał wypuścił z płuc powietrze i pokiwał głową.
– Powinienem czuć się zaszczycony. Wczoraj był tu posłaniec od palatyna i przyniósł ten list. Pan Ludwik rozkazuje mi przez zimę uzbroić oddział żołnierzy i na wiosnę wyruszyć z nim na Czechy.

III

Maria wsłuchiwała się w jednostajny oddech męża u swego lewego boku i westchnęła cicho. Miała Michałowi tyle do powiedzenia, ale nie chciała go budzić, ponieważ następnego ranka miał wyruszyć na wojnę, więc potrzebował możliwie najwięcej sił. Ona nie zmruży oka tej nocy, a czeka ją jeszcze wiele kolejnych, pełnych smutku i trosk. Podczas dziesięciu lat małżeństwa nie rozstawali się na dłużej niż na dwa lub trzy dni. Opuszczenie przez Michała grodu bez żony było dla niej jak wyprawa w nieznane.
Przez otwarte okno wpadało do komnaty światło księżyca i oświetlało ją jaśniej niż pochodnia. Srebrzysty blask leżał na dużych, wypełnionych po brzegi skrzyniach, świadczących o bogactwie kasztelańskiej pary. nie padał jednak na wyłożone drewnem ściany za łóżkiem, co sprawiało, że były ciemniejsze niż noc. „Czarne jak śmierć” – przemknęło Marii przez głowę. szybko odwróciła się w stronę Michała. Jego sylwetka rysowała się wyraźnie na tle okna. Łoże, w którym leżeli, było wystarczająco obszerne dla dwóch osób lubiących mieć dużo miejsca. Maria kazała je sporządzić zaraz po tym, jak tu zamieszkali, nie była bowiem przyzwyczajona do spania blisko drugiego człowieka. Tej nocy jednak pragnęła, żeby oboje leżeli wtuleni w siebie, jak wiele innych par, a nie na odległość wyciągniętego ramienia. nie śmiała się jednak przysunąć do męża, bo nie chciała go obudzić.
Gdy już zamierzała ostrożnie wrócić do poprzedniej pozycji, Michał zrobił się niespokojny. Chrapnął krótko i donośnie, po czym zbudził się przestraszony wydanym przez siebie odgłosem. Gdy ujrzał siedzącą obok żonę, przysunął się do niej i położył rękę na jej udzie. Jego dotyk palił skórę Marii jak ogień.
– Nie chciałam cię obudzić, Michale – szepnęła.
Przyciągnął ją do siebie, ujął kosmyk jej długich włosów i owinął go sobie wokół palca wskazującego. Chociaż od czasów wędrówki Marii jej loki znacznie pociemniały, teraz w świetle księżyca lśniły niczym czyste złoto. Jej twarz wciąż jeszcze była tak łagodna i ładna, że mogłaby stanowić wzór do wizerunku najświętszej Panienki.
– Wiesz, Mario, że nie byłaś nigdy piękniejsza niż teraz? – Oczy Michała rozbłysły pożądaniem, kiedy wypowiadał te słowa. Była jego żoną, miał ją opuścić po wschodzie słońca, nie wiedząc, czy kiedykolwiek jeszcze będzie mógł ją przytulić.
Maria z żalem uniosła ręce.
– Oddałabym całą moją urodę, żebyś mógł zostać ze mną!
Michał ze zdecydowaną miną pokręcił głową.
– Nie zgodziłbym się na to, bo chcę się cieszyć myślą o powrocie do mojej pięknej żony.
Maria ze smutkiem opuściła głowę.
– Przykro mi, że nie jestem kobietą, na jaką zasługujesz.
– Co też ci przyszło do głowy? Jesteś najlepszym, co przytrafiło mi się w życiu. Utrzymujesz porządek w moim domu, wspierasz mnie w moich obowiązkach, dajesz mi w łóżku rozkosz, o jakiej inni mężczyźni mogą tylko pomarzyć. Jak mógłbym się tobą nie cieszyć? – W jego głosie pojawiła się nutka lekkiego rozdrażnienia.
Maria tego nie dostrzegła. Przytuliła się do męża, próbując powstrzymać wzruszenie.
– Smutno mi, bo nie mogę dać ci dziecka, Michale. Kiedy wrócisz, wynajdę ci służkę, z którą spłodzisz spadkobiercę.
– Mówisz tak, jakbym kiedykolwiek mógł pomyśleć o innej kobiecie! – Zaśmiał się swawolnym młodzieńczym śmiechem i pocałował ją w jedną z różanych brodawek widocznych w wycięciu koszuli. Zanim Maria zdążyła zareagować, Michał położył się na niej i delikatnie rozsunął jej uda.
– No, moja piękna, podaruj mi raz jeszcze swoją namiętność, żebym wiedział, co mnie czeka, gdy wrócę.
– Dlaczego palatyn musi wysyłać akurat ciebie? – Maria nie była w nastroju do miłosnych igraszek, kiedy jednak Michał delikatnie zaczął gryźć ją w ucho, nie potrafiła mu odmówić. Nie chciała pozbawiać męża przyjemności. Gdy w nią wchodził, poczuła wzrastające podniecenie. Powiedziała sobie, że czeka ich długie rozstanie, dlatego oboje powinni mieć co wspominać. Michał był silnym i wytrwałym, ale też delikatnym kochankiem, potrafiącym sprawić kobiecie przyjemność. Maria objęła męża mocno, zachęcając go cichymi krzykami, i poczuła, jak zalewa ją fala pożądania – wydawało jej się, że silniejszego niż kiedykolwiek.
Później leżał obok niej, dysząc, zaś jego ciało pulsowało jeszcze podnieceniem. Wtedy objęła go i jeszcze raz pocałowała.
– Jaka szkoda, że musisz wyruszać akurat teraz!
– To ważne zadanie, Mario, i zaszczyt dla mnie, że palatyn Ludwik właśnie mnie powierzył dowództwo nad oddziałem. Nawet szlachta, która będzie mi towarzyszyć ze swoją świtą, musi słuchać moich rozkazów i uznać mnie za swojego wodza.
W wieku trzydziestu sześciu lat Michał był jeszcze wystarczająco młody, by cieszyć się perspektywą zbliżającej się wojny. Mniej myślał o czekających go krwawych walkach, więcej o rozgłosie i zaszczytach. Chociaż wróg, na którego ruszał, znany był ze swych podstępów i okrucieństwa, Michał ufał potędze cesarza oraz swojego palatyna.
– Już my im pokażemy, tym czeskim heretykom! Najpóźniej jesienią będzie po wszystkim i wrócę do ciebie – zapewnił żonę.
Maria skinęła głową bez przekonania.
– Oczywiście, masz rację. Ale do tego czasu będę bardzo tęsknić.
Myślami wróciła do soboru sprzed dziesięciu lat zwołanego w jej rodzinnym mieście – Konstancji. Znowu ujrzała stos, na którym cesarz i biskupi spalili czeskiego magistra, Jana Husa. Ten płomień stał się zarzewiem o wiele większego pożaru, ale władcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego narodu niemieckiego zrozumieli to znacznie później. Krótko po śmierci Husa wybuchło w Czechach wielkie powstanie, podczas którego zwolennicy magistra przegonili i wybili rycerzy próbujących je stłumić. Po odniesieniu pierwszych zwycięstw husyci nabrali wiatru w żagle i wielokrotnie pustoszyli nie tylko te części Czech, które pozostały wierne cesarzowi Zygmuntowi – będącemu przecież także królem całego państwa – ale i sąsiednie kraje. Do tej pory nikomu nie udało się pokonać powstańców. Z roku na rok husyci nabierali więc coraz więcej odwagi, aż doszło do tego, że swojemu monarsze, który oprócz diademu Świętego Cesarstwa Rzymskiego narodu niemieckiego odziedziczył również kilka innych koron, odmówili prawa do czeskiego tronu.
Maria czuła, że strach o męża okrywa jej duszę niczym szara chusta.
– Bądź ostrożny, Michale! Cesarzowi Zygmuntowi wiele już razy nie udało się ujarzmić husytów. Skąd wiesz, że tym razem mu się powiedzie?
Michał odegnał jej wątpliwości uśmiechem.
– Jak możesz w to wątpić, skarbie? Przecież ja tam będę. – W jego głosie było tyle pewności siebie, że Maria mimo woli musiała się uśmiechnąć i zrobiło jej się lżej na sercu. Pocałowała męża w czubek nosa i ułożyła jego głowę na swoich piersiach.
– Śpij teraz, kochany, żebyś jutro rano podczas wymarszu nie był zmęczony.
– Mam nadzieję, że obudzę się wystarczająco wcześnie, żeby jeszcze raz cię poczuć pod sobą – odparł radośnie.
Kiedy jednak obudził się następnego ranka, słońce stało już nad horyzontem, a z dziedzińca dobiegał hałas, jaki czynili mężczyźni siodłający konie i zaprzęgający woły do wozów. Przepraszająco uśmiechnął się do Marii i zaczął z nią żartować, myjąc twarz i ręce. Kiedy chciała wyjść z sypialni, spojrzał z zadowoleniem na jej pośladki.
– Już się cieszę na powrót.
– Ja też.
Maria wyszła naprzeciw służącej, która wchodziła po schodach, i przejęła od niej ciężką tacę, żeby własnoręcznie podać Michałowi śniadanie.
– Bądź ostrożny i uważaj na siebie. Ja… – stłumiła łzy, próbując się uśmiechać tak samo odważnie jak on.
Michał dał jej czułego prztyczka w nos.
– Przecież zawsze jestem ostrożny, kochanie. Poza tym niebezpieczeństwo nie jest już tak wielkie jak wcześniej, bowiem Jan Žižka, ten straszny przywódca husytów, padł ofiarą dżumy. Z jego następcą, tym grubiańskim Prokopem, bez trudu sobie poradzimy.
Maria uważała, że mąż zbyt lekkomyślnie podchodzi do tej wojny. Czechy leżały wprawdzie na drugim końcu cesarstwa, ale plotki stamtąd docierały nawet do Palatynatu i wcale nie wyciszały paniki. Mówiono, że Czesi są prawdziwymi bestiami, nie szczędzą nawet dzieci będących jeszcze w łonach matek; ponadto powstańcy wielokrotnie zmuszali cesarskich do ucieczki i zabijali każdego, kto wpadł im w ręce. Gdy powtórzyła to Michałowi, spojrzał na nią z pobłażliwym uśmiechem.
– Z mojej dzielnej Marii, która kiedyś stawiła czoło takim panom jak graf von Keilburg, a nawet sam cesarz, zrobiła się mała bojaźliwa dziewczynka! Wrócę, obiecuję ci! Myślisz, że pozwolę, by przeszkodziła mi w tym garstka nędznych Czechów? Pojedziemy tam, pobijemy ich, sprawimy, że Zygmunt wróci na tron, i zanim się obejrzysz, znowu będę w domu.
– Obyś miał rację – westchnęła kolejny raz, po czym zmusiła się, by przybrać optymistyczny wyraz twarzy. – Życzę ci, żeby dopisało ci ogromne szczęście, skarbie, i mam nadzieję, że nie zapomnisz o mnie podczas tej rozłąki.
Michał popatrzył na żonę, kręcąc głową, pocałował ją i delikatnie pogłaskał po czole.
– Nie da się o tobie zapomnieć, kochanie. No, muszę się pospieszyć, bo moi ludzie już się zbierają na dziedzińcu.
Podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz. Rzeczywiście – piechota formowała już szyk. Byli to silni, wytrzymali mężczyźni, przyzwyczajeni do niewygód. Nosili grubo tkane szare koszule wojskowe, ledwo zakrywające talie, które od prostych chłopskich płótnianek różniły się jedynie naszytym herbem przedstawiającym lwa Palatynatu. Pod spodem mieli skórzane kaftany obszyte żelaznymi kółkami, służące do ochrony przed ciosami wroga. Głowy nakrywali zazwyczaj kutymi rogatymi hełmami, bardzo przypominającymi garnki.
Kowal, który sporządził te hełmy, dotychczas zarabiał na chleb wytwarzaniem i naprawianiem przedmiotów codziennego użytku. Ponieważ w Rheinsobern nie było płatnerza, Michałowi nie pozostało nic innego, jak zlecić wykonanie broni i zbroi temu człowiekowi. Jeszcze bardziej złościł kasztelana fakt, że żołnierski ekwipunek musiał być opłacony z prywatnej szkatuły jego i Marii, ponieważ od palatyna Ludwika przyszedł jedynie rozkaz, by wystawić uzbrojony oddział – władca nie przekazał Michałowi potrzebnych na to środków. Mimo to młody dowódca dołożył wszelkich starań, by nie zawieść swego pana, chociaż wieści, jakie od niego otrzymał, okazały się nad wyraz niepomyślne.
Wbrew temu, co robił dotychczas zawsze, Michał nie powiedział Marii, jak fatalna jest sytuacja we wschodnich częściach kraju. Górnemu Palatynatowi, położonemu tuż przy czeskiej granicy i nominalnie podlegającemu Ludwikowi, lecz zarządzanemu przez jego kuzynów, Jana i Ottona, po raz kolejny groziła napaść ze strony husytów. Również w Saksonii, Frankonii i Austrii ludzie drżeli przed tymi chłopskimi wojownikami, którzy chcieli pomścić swego duchowego ojca, męczennika Jana Husa, i zrzucić jarzmo niemieckich baronów. Niczym szarańcza husyci atakowali sąsiednie kraje, nie pozostawiając za sobą nic prócz spalonej ziemi.
– Przyjdzie czas, że z tym skończymy!
– Z czym? – Dopiero pytanie Marii wyrwało Michała z zadumy. Uświadomił sobie, że ostatnią myśl wypowiedział na głos.
– Z tą czeską rewoltą! – uśmiechnął się, ale jego oczy pozostały smutne. – Zejdźmy na dół.
W zbrojowni czekał już na niego Timo, starszy krępy mężczyzna z białą blizną na twarzy, biegnącą przez czoło, nos i prawy policzek. Miał towarzyszyć swemu panu podczas wojennej wyprawy jako wachmistrz i kwatermistrz. Na razie jeszcze pełnił, jak zwykle, obowiązki rękodajnego, przyniósł więc zbroję Michała i pomógł mu ją włożyć. Maria także zapinała skórzane pasy i wyciągała tkaninę ubrania spod spodu. Jako dowódca straży Rheinsobern Michał miał prawo nosić zbroję rycerską. Podczas tej wyprawy zrezygnował jednak z niewygodnego pancerza i przywdział sięgającą ud kolczugę ze stalowym napierśnikiem. Jego skórzany kubrak i nogawice nabite były stalowymi nitami, które miały ochraniać kończyny, na głowę zaś nałożył hełm z zasłoną na kark. Kiedy wbił się już w to wszystko, pomachał rękami i przespacerował się w tę i z powrotem, żeby sprawdzić, czy może się w tej zbroi swobodnie poruszać. Maria patrzyła na męża spod oka, uśmiechała się przez chwilę w zamyśleniu, po czym natychmiast znowu spoważniała. Michał wydał jej się podobny do tych legendarnych bohaterów wojennych, o których śpiewali wędrowni śpiewacy. Tymczasem podczas bitwy nie chodziło przecież o wygląd i zbroję, ale o doświadczenie. Mimo udziału w kilku wyprawach, które odbył na początku swojej służby u palatyna, tego właśnie jednak Michałowi brakowało.
„Nie doceniasz własnego męża” – złajała się Maria w duchu. Żeby nie utrudniać rozstania, podała mu rękę, uśmiechnęła się do niego, by dodać mu odwagi, i odprowadziła do obszernej sieni, gdzie zebrali się towarzyszący Michałowi rycerze i dowódcy. W ostatnich latach to surowe zimne pomieszczenie przekształcono w reprezentacyjną i jednocześnie przytulną salę. Tego dnia jednak, mimo wyszywanych arrasów na ścianach, trofeów i tkanych dywanów, sień robiła na Marii wrażenie miejsca wyjątkowo niegościnnego i chłodnego. Dlatego ucieszyła się, kiedy mąż zwołał wszystkich do wyjścia. na dziedzińcu, z jednej strony ograniczonym zbrojownią, z drugiej głównym budynkiem mieszkalnym, roiło się od ludzi. Ledwie starczyło między nimi miejsca na pięć dużych wozów i konie rycerzy.
Uzbrojona przez Michała piechota przed chwilą otrzymała długie piki, które podczas marszu piechurzy mieli nieść na ramieniu. Kasztelan skinął im dłonią z uśmiechem. W ciągu ostatnich kilku dni rozmawiał z każdym ze swoich ludzi i wierzył, że może na nich polegać. Inaczej sytuacja się miała z czternastoma rycerzami, podporządkowanymi mu jednoznacznie z rozkazu palatyna, oraz z ich świtą. Niektórzy z tych szlachetnie urodzonych panów wyraźnie dali Michałowi do zrozumienia, że służba u dowódcy straży, który wywodzi się z mieszczaństwa, nawet jeśli jest panem grodu, była im nie w smak. Dlatego też ich ludzie nie chcieli raczej słuchać rozkazów wydawanych przez niego lub podlegających mu dowódców. Michał pomyślał, że musi rozwiązać ten kłopot podczas marszu. Pękał z dumy, że właśnie jego palatyn wybrał na dowódcę, dlatego nie uśmiechało mu się oddanie pałeczki komuś innemu.
Maria podeszła do męża, kiedy rozglądał się po zebranych i wozach. Przytuliła się do niego i obdarzyła go swoim najsłodszym uśmiechem.
– Jesteś pewny, że nie powinnam pojechać z tobą kawałek? Tylko jeden albo dwa dni drogi?
Michał uśmiechnął się i pokręcił głową.
– Lepiej będzie, jeśli zostaniesz. To by było niesprawiedliwe wobec innych, którzy musieli zostawić swoje rodziny. Poza tym wolałbym kierować oczy na moich podwładnych, a nie na twoje wdzięki.
Żartował, ale zrozumiała, co miał na myśli. Chciał na samym początku odnaleźć najbardziej uciążliwą osobę i przytrzeć jej nosa. Żona nie mogła mu w tym przeszkadzać.
– Masz rację. Lepiej jak będziesz miał wszystkich na oku, ponieważ nie wszyscy są gotowi dobrze ci służyć.
Nie mówiąc głośno, o kogo jej chodzi, Maria ruchem głowy wskazała Falka von Hettenheima, zarozumiałego i wyniosłego rycerza, dla którego liczyło się jedynie szlacheckie pochodzenie, i to od wielu pokoleń. Już od dnia przyjazdu, gdy tylko znalazł się wśród swoich, obgadywał Michała, nazywając go gospodarzyną i parweniuszem, nieudacznikiem. Maria usłyszała te słowa i ze wszystkich sił musiała się powstrzymywać, żeby nie dopaść tego pyszałkowatego gbura i nie wygarnąć mu przy wszystkich – zupełnie nie jak na damę przystało – co o nim sądzi. Było tajemnicą poliszynela, że Michał przyszedł na świat jako piąty z kolei syn szynkarza z Konstancji, a nie jako potomek rycerza, udowodnił jednak palatynowi swoją wartość i za swe zasługi został nagrodzony obecnie sprawowaną funkcją.
Tymczasem rycerz Falko był przekonany, że ludźmi o niższym pochodzeniu może pomiatać jak pańszczyźnianymi chłopami. Dzień wcześniej zaczaił się na Marię w korytarzu, zaciągnął ją do komnaty niczym pierwszą lepszą sługę, podciągnął jej spódnicę i zaczął pocierać swoimi biodrami o jej uda. Dopiero gdy zwolnił chwyt, żeby rozpiąć spodnie, zdołała mu się wyrwać. Do tej pory brzmiały jej w uszach jego przekleństwa, tak samo jak słowa, że taka kurwa jak ona nie powinna się ruszać bez pozwolenia. Przez jakiś czas zastanawiała się, czy opowiedzieć Michałowi o tym zajściu czy lepiej trzymać buzię na kłódkę. W końcu zdecydowała to przemilczeć. Obaj panowie mieli wspólnie wyruszyć na wojnę, Maria nie chciała więc prowokować kłótni.
Michał dostrzegł zaciśnięte usta żony i wziął ją w ramiona.
– Nadszedł czas, mój skarbie. Życzę ci wszystkiego najlepszego. Życz mi tego również!
– Czynię to z całego serca. Już teraz za tobą tęsknię! – Odwzajemniła jego czułości, pocałowała go w usta i odeszła do tyłu. Timo przyprowadził Michałowi konia, silnego gniadego wałacha, wprawdzie nieco drobniejszego niż bojowe rumaki rycerzy, za to bardziej wytrzymałego i szybszego. Kasztelan lekko wskoczył na siodło, prawą ręką ujął cugle, lewą zaś podniósł w górę, żeby zwrócić na siebie uwagę zebranych.
– Wyruszamy. Wznieśmy okrzyk na cześć naszego palatyna!
Jego piechota potrząsnęła pikami i wrzasnęła: „Hurra!”; pozostali wydobyli z siebie jedynie słabe echo tego okrzyku.
Później jeden po drugim ustawili się w kolumnę, na której czele jechał Michał. Falko von Hettenheim wyraźnie zmuszał się do tego, żeby ustępować miejsca nieszlacheckiemu dowódcy, tak jednak kierował koniem, że łeb zwierzęcia niemalże dotykał nogi Michała. Wzrok rycerza przesunął się po Marii, po czym zatrzymał się na plecach jej męża. W oczach Hettenheima malowały się zawiść i pogarda, ponieważ odruchowo porównał piękną kasztelankę ze swoją ociężałą i nieładną żoną, która od dawna już go nie pod niecała. Nie mógł jej porzucić, gdyż była córką hrabiego Rumpolda von Lauensteina, cenionego poplecznika i bliskiego doradcy palatyna.
Gdyby ten szynkarski bękart jadący przed nim był zwykłym chłopem lub ubogim mieszczaninem, zarżnąłby go na miejscu, a potem wziąłby jego żonę i tak długo sobie jej używał, ażby mu się znudziła! Tymczasem musiał zaspokajać swoje żądze z nierządnicami ciągnącymi za wojskiem i wieśniaczkami, z którymi mógł zabawiać się do woli. Po bitwie zaś odbije sobie straty na tym, co przypada zwycięzcy. Podobno czeskie kobiety odznaczają się urodą, do syta więc skorzysta z ich wdzięków, bez względu na to, czy będzie musiał je brać przemocą czy oddadzą mu się same.
Pogrążony w rozmyślaniach puścił luźno lejce, a jego koń odszedł do tyłu, aż zrównał się z rumakiem rycerza Godewina von Berga.
Godewin, przyjaciel Falka jeszcze z lat młodzieńczych, dźgnął go lekko ostrogą i wyszczerzył zęby spod podniesionej zasłony przyłbicy.
– Co taki zamyślony?
– Myślałem o babach, których dosiądę w czasie podróży – odpowiedział rycerz Falko zgodnie z prawdą.
– Mam nadzieję, że starczy ich dla nas obu. Ten gospodarski chłopek roztropek tam, na przedzie, był zbyt wytworny, żeby zatroszczyć się o dziwki dla wojska. – Godewin westchnął z rezygnacją.
Falko zarechotał złośliwie.
– Może pan wielki kasztelan z rynsztoka przestraszył się, że jego żoneczka wmieszałaby się w szeregi sprzedajnych dziewek. Jak wiadomo, zanim ją poślubił, była wędrowną nierządnicą. Zachodzę w głowę, dlaczego nasz palatyn osadził w kasztelańskim grodzie w Rheinsobern coś tak brudnego i pozbawionego honoru.
– Może pani Maria podnosiła kieckę przy odpowiednich osobach? W końcu kąsek z niej, jakich nie spotyka się codziennie. Też bym ją chętnie odwiedził między udami.
Słowa Godewina w takim stopniu spotęgowały żądzę Falka, że boleśnie ucisnął go saczek.
– Najchętniej od razu bym zawrócił i po sam rdzeń wbił w nią moją najsilniejszą część ciała.
Godewin odrzucił głowę do tyłu i zaśmiał się.
– Chyba nie chcesz mi wmówić, że masz kość w miejscu, gdzie innym mężczyznom wisi kawał mięsa?
– Na pewno mam tam więcej niż ty.
Rycerz Falko wyszczerzył zęby i spiął ostrogami konia, aż ponownie zrównał się z gniadoszem Michała. W jego mniemaniu Godewin był mocnym w gębie głupcem, a gdy robiło się gorąco, niczym pies podwijał ogon przed tym napuszonym, pozbawionym rangi i imienia kasztelanem. Żółtodziób jeszcze nie pojął, że na wojnie chodzi przede wszystkim o własną sławę, a tej on – Falko von Hettenheim – nie odda jakiemuś synowi szynkarza. Nawet jeśli sam palatyn stukrotnie obwoła go dowódcą.
Kiedy Michał ujrzał przed sobą cień konia, odwrócił się do Falka i z wyrazu jego twarzy czytał jak z książki. Nawet nie jak z książki, gdyż czytania i pisania nauczyła go dopiero Maria i nadal jeszcze odcyfrowanie kilku linijek sprawiało mu trudności. Kasztelan wiedział, że Falka wręcz zżera wściekłość, ponieważ musi słuchać człowieka, który jego zdaniem jest nikim. Hettenheim nie mógł jednak zmienić tej sytuacji, gdyż razem ze swoim giermkiem, dwoma konnymi i pięcioma źle wyposażonymi łucznikami dołączył do oddziału, gdy palatyn dawno mianował już Michała dowódcą. Dlatego na razie nie miał innego wyjścia, jak tylko się podporządkować.
Michał był z kolei przekonany, że będzie musiał forsować swoje decyzje u Hettenheima i innych rycerzy, i wiedział, że nie będzie łatwo. Dla własnego bezpieczeństwa postanowił umocnić własną pozycję, i to jeszcze przed pierwszymi walkami. Poza tym inna rzecz nastręczała mu trosk. Taka duża siła zbrojna, jak jego oddział, powinna zaokrętować się na kilku większych barkach reńskich, dopłynąć do ujścia Menu i stamtąd przedostać się w górę rzeki na małych promach ciągnionych przez konie z brzegu. W ten sposób mogliby wygodnie pokonać trzy czwarte trasy szlakiem wodnym i oszczędzić sił zarówno ludzi, jak i zwierząt. Ale taka droga trwałaby dwa razy dłużej niż ta, którą obrał. A przecież rozkaz palatyna brzmiał, by jak najszybciej dołączyć do armii cesarza Zygmunta w Norymberdze.
Mimo kłopotów, jakie zapewne przyniesie czekający ich marsz, Michał był dobrej myśli. Miał wozy w znakomitym stanie, po brzegi wypełnione jedzeniem i bronią, nie trzeba będzie więc tracić czasu na zdobywanie prowiantu. Co prawda zapasy te przeznaczone były tylko dla niego i jego piechurów, ale pewnie będzie musiał żywić także rycerzy i ich świtę, gdyż ci prowadzili ze sobą zazwyczaj tylko jednego albo dwa juczne konie, które niosły na grzbietach cały dobytek szlacheckich panów. Nadzieja, że jego wspaniałomyślność ułatwi rycerzom pogodzenie się z rozkazami takiego dowódcy, nieco uspokajała kasztelana.
Jadąc, błądził wzrokiem po towarzyszącej mu szlachcie, która w nieładzie ciągnęła za nim niczym stado kurcząt, nie zważając na resztę wojska, i zadawał sobie w duchu pytanie, który z nich ustąpi pierwszy. Falko von Hettenheim na pewno nie, prędzej Godewin von Berg, którego postawa i mina zdradzały, jak bardzo niepewnie się czuje. Michał z uśmiechem na twarzy skinął głową w kierunku tego ostatniego i stwierdził, że młodzieniec co prawda nieśmiało, ale odwzajemnił jego pozdrowienie.

 
Wesprzyj nas