Poruszający debiut prozatorski o macierzyństwie i samotności w Meksyku. Matka, która straciła dziecko próbuje poradzić sobie z żałobą i dręczącymi ją wątpliwościami. Po drugiej stronie kraju kobieta, po latach niespełnionych pragnień, posuwa się do porwania małego dziecka. Nie wie jeszcze, jak bardzo odmieni to jej życie…
Co dzieje się, gdy pragnienie macierzyństwa zderza się z rzeczywistością? W prozatorskim debiucie jedna z ważniejszych meksykańskich pisarek szuka odpowiedzi na to pytanie.
„Puste domy” to poruszająca opowieść o dwóch kobietach połączonych losem zaginionego dziecka. Pierwsza – matka, która je utraciła – zmaga się z żałobą i własnymi wątpliwościami, czy w ogóle pragnęła mieć dziecko.
Druga – mieszkająca na drugim końcu Meksyku kobieta, która po latach pragnienia dziecka decyduje się je ukraść – nie spodziewa się, jak bardzo odmieni to jej życie.
Przeplatające się głosy bohaterek odsłaniają pragnienia, żale i społeczne oczekiwania wobec kobiet, tworząc poruszający portret macierzyństwa i samotności we współczesnym Meksyku.
Brenda Navarro (ur. 1982) – meksykańska pisarka, redaktorka i scenarzystka. Debiutowała w 2018 roku powieścią Casas vacías (Puste domy), za którą otrzymała Premio Tigre Juan i PEN Translation Award. Cztery lata później wydała „Prochy w ustach”, wyróżnione kilkoma laurami i nominowane do prestiżowej, przyznawanej co dwa lata Premio Bienal de Novela Mario Vargas Llosa.
Puste domy
Przekład: Agata Ostrowska
Wydawnictwo ArtRage
Premiera: 15 grudnia 2025
Daniel zniknął trzy miesiące, dwa dni i osiem godzin po swoich urodzinach. Miał trzy lata. Był moim synem. Ostatni raz widziałam go między huśtawkami a zjeżdżalnią w parku, do którego zabierałam go popołudniami. Nic więcej nie pamiętam. A nie: było mi smutno, bo Vladimir powiedział mi, że odchodzi, ponieważ nie chce tego dewaluować. Dewaluować, czyli obniżać wartość, jak wtedy, kiedy sprzedaje się za dwa pesos coś, co jest o wiele więcej warte. Taka właśnie byłam, kiedy straciłam syna, byłam tą, która od czasu do czasu, między jednym kilkutygodniowym romansem a drugim, żegnała się z kolejnym przelotnym kochankiem, oferującym seksualne okazje niczym prezenty, bo potrzebował ulżyć sobie w marszu. Oszukana klientka. Oszukańcza matka. Ta, która nie widziała.
[. . .]
Istnieje tyle różnych form znikania, że kiedy staje się ono czynnością, przyjmuje formę tego, kto przez to przechodzi: Daniel zniknięty, Fran znikający, ja zniknę. W końcu staliśmy się tymi, których nigdzie nie ma, tymi, którzy się rozpływają, rozpłynęli, rozpłyną. Zniknięci: ukryci, oddaleni, schowani, przepadnięci, wyparowani, nieobecni, brakujący, oddzieleni, nieosiągalni, rozpłynięci, zaginieni, ulotnieni, niezainteresowani pojawianiem się w naszym życiu. Istnieje tyle różnych form znikania, że na przykład Frana, choć obecny, nigdy nie było. Troszczył się o nas, zapewniał pełną lodówkę i media, ale nie było go. Drżeliśmy na myśl, że któregoś dnia słońce albo poranek, albo kawa, albo jakiś posiłek wyda nam się dobry. Nie mogliśmy być szczęśliwi bez Daniela. Ponury dom, ukryty między jedną stertą przedmiotów – które pewnego dnia zaczęłam po prostu rzucać gdzie popadnie – a drugą, brudniejszą i bardziej spleśniałą, która zalegała na regale w salonie. W tej stercie znajdował się umyty talerz po ostatnim posiłku Daniela, spoczywał pośród zgnilizny, tak jak krzyż Chrystusa spoczywa na ścianach katolickich domów. Daniel, byt nieobecny w teraźniejszości, ale niezbędny, żeby utrzymywać nas w stanie nieożywionym, bez chęci do życia.
[. . .]
Myślałam o tych wszystkich sytuacjach, w których mogłam całkiem zwariować, kiedy zarzucałam na siebie starą bluzę i spodnie, żeby polecieć szukać mamy. Słońce jeszcze nie wzeszło na dobre, ulice były ciemne i puste. Nie wiedziałam, w którą stronę mam biec. Już na głównej alei zrozumiałam, że dalej biec nie ma sensu. Nie rozumiałam, jak to się mogło stać tak szybko, żebym nic nie zobaczyła, żebym nie mogła obronić Leonela, żebym nie zdążyła go jej wyrwać, zanim go zabrała.







