Co byś zrobił, gdyby mógł cofnąć się w czasie? Zbrodnia, tajemnica i miłość. Walka na śmierć i życie. „Węzeł czasu” to powieść Remigiusza Mroza, która po mistrzowsku łączy elementy thrillera, historii alternatywnej i sensacyjnego romansu.


Opowieść o uczuciach, które podjęły walkę z czasem.

Aga budzi się w środku lasu bez pojęcia o tym, gdzie jest i jak się tam znalazła. Ostatnim, co pamięta, jest kawa z przyjaciółką na opolskim rynku w środku lata 2025 roku.

Teraz odczuwalna temperatura wskazuje, że od tamtej pory minęło przynajmniej kilka miesięcy. Gdzie przepadły jej wspomnienia? Dlaczego nic nie pamięta? I dlaczego ma na sobie cudze ubrania, kojarzące się z dwudziestoleciem międzywojennym?

Zanim ma szansę zrozumieć, że jest nie tylko w nieswoim miejscu, ale także w nieswoim czasie, w lesie zjawia się dwóch mężczyzn. Zamiast języka polskiego, posługują się niemieckim. Zamiast z Opola, pochodzą z Oppeln. Aga zaś zamiast w Polsce, musi odnaleźć się w Rzeszy Niemieckiej.

Poznaje Augusta Bekkera, oficera Schutzpolizei ścigającego Polaków. Okazuje się dla niej zarazem przekleństwem, jak i błogosławieństwem.

Remigiusz Mróz
Węzeł czasu
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 12 listopada 2025
 
 


1

Nie pamiętamy swoich narodzin z dobrego powodu. Gdybyśmy zachowywali te wspomnienia, wszyscy zaczynalibyśmy życie od poszukiwania dobrego terapeuty, który pomógłby poradzić nam sobie z traumą przyjścia na świat.
Myślę, że z tego samego powodu natura nie pozwala pamiętać przejść w czasie. Musi dziać się wówczas coś, z czym żaden człowiek nie potrafiłby sobie poradzić.
Kiedy ocknęłam się w lesie, samotna, zagubiona i przerażona, ta niepamięć wydawała się przekleństwem. Teraz przypuszczam, że była błogosławieństwem.
Otworzyłam oczy, biorąc haust powietrza tak, jakbym robiła to po raz pierwszy. Płuca nie chciały przyjąć tlenu, a serce nie chciało zacząć bić, zupełnie jakby jakaś siła powstrzymywała mnie przed tym, bym na nowo ożyła.
Od razu spróbowałam się podnieść, moje ciało potrzebowało jednak chwili, bym przekonała je, że mam nad nim kontrolę. Poderwałam się zbyt szybko. Zakręciło mi się w głowie, w uszach zadudniło, a obraz przed oczami się rozmazał.
By nie stracić równowagi, musiałam wesprzeć się o pień masywnego, wysokiego drzewa, które wyglądało, jakby mogło z powodzeniem zawalczyć o laur Europejskiego Drzewa Roku. Naraz zorientowałam się, że miałoby sporą konkurencję – wokół znajdowały się podobne mu giganty.
Nie rozumiałam, gdzie jestem, dlaczego jestem i czy w ogóle jestem. Otępiony umysł próbował dopasować elementy układanki, ale wychodziły z nich jedynie abstrakcyjne kształty.
W porządku, po kolei. Musiałam ustalić kilka spraw.
Po pierwsze: chyba żyję. Być może. Najprawdopodobniej. Nawet na pewno, bo cokolwiek kryje się za zasłoną śmierci, wygląda inaczej.
Po drugie: mam na sobie obce ubranie, nieprzyjemne w dotyku, składające się z wełnianej bufiastej koszuli, kulotów do połowy łydki i wysokich butów. Na to narzucony taliowany płaszcz, który widywano już chyba tylko w muzeach poświęconych okresowi międzywojennemu. Na ziemi leżą apaszka, niewielki kapelusz oraz skórzana torba, ewidentnie również należące do mnie.
Po trzecie: ostatnie, co pamiętam, to kawa i gofry z nutellą w Dolce Vita na Krakowskiej. Był środek lata, upał. Duży upał, który powinien dalej mi doskwierać, mimo to czułam, że jest nie więcej niż dziesięć stopni. Siedziałam tam z najbliższą mi osobą, wieloletnią przyjaciółką Zuzą, rozmawiałyśmy o tym, że zbliża się rocznica zaginięcia mojej siostry, nastroje miałyśmy minorowe i nawet wizja zamówienia lodów oraz prosecco niespecjalnie pomagała.
Po czwarte: ktoś się zbliża.
Nie zdążyłam nawet podnieść torby i sprawdzić, co się w niej kryje, kiedy rozległ się donośny głos jednego z pary idących ku mnie mężczyzn.
– Wer sind Sie?
Mówiłam po niemiecku całkiem dobrze, uczyłam się tego języka już w podstawówce, mimo to wydawało mi się, jakbym słyszała mowę całkowicie obcą.
– Was machen Sie hier? – dodał mężczyzna.
Miał na sobie niebieskoszary mundur, z jednej strony kojarzący mi się z formacjami policyjnymi, z drugiej sprawiający wrażenie wojskowego. Twarz tego mężczyzny była jak z kamiennych postumentów przełomu wieków – mocno ciosana, z wyraźnymi, ostrymi krawędziami. Wzrok przejmujący, skupiony, czujny. Nie dostrzegłam w nim chęci pomocy, raczej gotowość, by mnie aresztować.
– Antworten Sie – polecił.
Był jednym z tych, którzy nie musieli podnosić głosu, by krzyczeć.
Do tej pory mógłby mówić do mnie także po polsku lub japońsku, nie robiłoby to żadnej różnicy. Wreszcie jednak mój umysł wskoczył na odpowiednie tory.
Ten człowiek domagał się, żebym mu odpowiedziała.
– Przepraszam – rzuciłam po niemiecku. – Uderzyłam się w głowę i…
– Co pani tutaj robi?
– Właściwie to…
– Dokumenty – uciął.
Zrobił krok w moją stronę, zaś jego towarzysz odpiął kaburę z bronią i rozejrzał się ostrożnie. Ci dwaj najwyraźniej nie byli tu bez powodu. Szukali kogoś. I obawiali się, że ta osoba może im zagrozić.
– Dokumenty – powtórzył chłodno pierwszy z nich.
Dopiero kiedy skinęłam głową, uświadomiłam sobie, że cała się trzęsę. Policjant spojrzał na mnie niepewnie, jakby starał się przesądzić, czy to autentyczna reakcja.
Schyliłam się po torbę, podniosłam ją ostrożnie, tak naprawdę niepewna, czy w ogóle należy do mnie. Co dopiero mówić o jej zawartości. Mogło się okazać, że znajduje się tam coś, czego mieć nie powinnam.
– Papiere – polecił jeszcze raz funkcjonariusz. – Schneller.
To zrozumiałabym nawet bez kilkunastoletniej nauki niemieckiego. Otworzyłam skórzaną torbę i zamarłam, widząc, co jest w środku. Nowy model iPhone’a.
Czy już wtedy instynktownie rozumiałam, że zagubiłam się w czasie? Tak, oczywiście, że tak. Gdybym ocknęła się na tratwie pośrodku oceanu, nie sądziłabym przecież, że znajduję się na rzece.
Mogłam oszukiwać się, że to jakiś upiorny żart, że ktoś dosypał mi coś do kawy, że stoi przede mną dwóch przebierańców, a te stare masywne drzewa wokół to halucynacja. Część mnie chciała pójść tym tokiem myśli, część jednak nie była gotowa na to pozwolić. Podskórnie rozumiałam, że to się dzieje naprawdę, nawet jeśli mój umysł nie potrafił tego zaakceptować.
Nie było to tak trudne, jak się wydaje. Każdy z nas codziennie przeżywa coś podobnego – każdy bez wyjątku. Nawet jeśli później tego nie pamiętamy, co noc udajemy się tam, gdzie dzieją się niestworzone rzeczy – ludzie potrafią latać, zmarli prowadzą z nami konwersacje, świat przybiera fantasmagoryczne kształty. W snach wszystko wydaje nam się realne, a mimo to nie budzimy się codziennie przerażeni tym, co nas spotkało.
Był to pierwszy raz, kiedy powinnam była zrozumieć najważniejszą kwestię związaną z podróżowaniem w czasie. Natura wie, co robi.
Wtedy jednak skupiłam się wyłącznie na tym, co jeszcze znajdowało się w torbie. I spośród kilku rzeczy szybko wyłowiłam tę, która interesowała policjanta. Była to niewielka kartonowa książeczka, ani chybi czyjeś dokumenty.
Na froncie widniał napis: DEUTSCHES REICH, pod nim znajdował się niemiecki orzeł, jeszcze pozbawiony swastyki, a niżej kolejny napis: REISEPASS.
A zatem paszport. Chciałam sprawdzić, na kogo jest wystawiony, mężczyzna jednak natychmiast mi go odebrał. Otworzył, przesunął po nim wzrokiem, po czym wbił we mnie oczy.
Z trudem przełknęłam ślinę i zmusiłam się, by zerknąć na to, na co przed momentem patrzył on.
Zauważyłam zdjęcie kobiety, która łudząco mnie przypominała. Było wykonane w sepii, a ona miała na sobie przechylony na bok kapelusz i dawny strój wieczorowy. Nie uśmiechała się, wyglądała, jakby fotograf czymś ją przestraszył.
– Agnes Schiffer – odezwał się policjant.
Imię się zgadzało, tyle że figurowało w niemieckiej wersji. Nazwisko się nie zgadzało. Mimo to skinęłam głową, jakby należało do mnie, a funkcjonariusz jeszcze przez moment przyglądał się paszportowi. Wydawało mi się, że zaraz odkryje jakąś nieścisłość, uzna go za podrobiony dokument, a potem zakuje mnie w kajdanki i przewiezie na najbliższą komendę.
Zamiast tego oddał mi książeczkę.
Paszport wystawił organ zwany Polizeidirektion, 22 maja 1931 roku w Monachium. Opatrzony był dwiema niebieskimi pieczątkami, zawierał podstawowe informacje, rzekomo na mój temat. Agnes Schiffer, urodzona w München, w 1901 roku. Zawód: stenotypistka. Kolor oczu: ciemnobrązowe. Kolor włosów: ciemnobrązowe. Dzieci: brak. Małżonek: brak.
Pod fotografią znajdowała się krótka formułka – zapewnienie, że posiadacz dokumentu jest tym, kto znajduje się na zdjęciu. Obok dostrzegłam podpis wykonany moim pismem.
Mężczyzna przyglądał mi się przez moment, a potem obrócił się do swojego towarzysza i uspokoił go ruchem ręki. Ten zamiast mną na powrót zainteresował się okolicą. Podczas gdy on skanował ją wzrokiem, pierwszy policjant znów wbił we mnie spojrzenie.
Oczy miał w kolorze swojego munduru, który historycy zapewne określiliby jakimś niemieckim zlepkiem słów, typu polizeiblau czy feldblau. Ni to szary, ni to niebieski. Z pewnością chłodny, ale przynajmniej niekojarzący się ze zbrodniczymi formacjami niemieckimi.
Brakowało na nim charakterystycznych elementów nazistowskich, barwa też nie pasowała do tych znanych mi z muzeów czy filmów. Krój, dość obcisły, uwydatniał szerokie ramiona człowieka, który nadal patrzył na mnie w niemożliwy do rozszyfrowania sposób.
Jedno było pewne. Wzrok policjanta sprawiał, że chciało się założyć ręce za plecy i wyprostować.
– Polizeileutnant August Bekker – przedstawił się wreszcie.
Nie bardzo wiedziałam, co się dzieje, tym bardziej co odpowiedzieć.
– Ma pani szczęście, że na nas trafiła – dodał August.
Wcześniejsze słowa ledwo do mnie docierały, te jednak utorowały sobie drogę jak taran. Przebiły się przez opary mojego zamętu i osiadły gdzieś, gdzie mogły pozostać bezpieczne latami. Gdzie mogły spokojnie czekać na to, aż przesądzę, na ile są prawdziwe.
– Poszukujemy dwóch zbiegłych przestępców – oznajmił Bekker. – To ludzie zgoła niebezpieczni. Uzbrojeni.
Po tym zamilkł, jakby spodziewał się, że dopowiem sobie resztę. Lub jakby po prostu nie lubił mówić.
– Nie dostrzegła ich pani?
– Nie.
– Kuracjusze pobliskiego domu wypoczynkowego chorych na płuca donieśli o ich obecności w tych lasach.
– Cóż…
Rozejrzałam się, jakby był to szczyt moich możliwości pomocy. Jednocześnie zastanawiałam się, czy moje słowa, konstrukcje zdań i wymowa są właściwe. Zupełnie jakby jedna drobna pomyłka mogła sprowadzić na mnie tragedię.
– Owi kryminaliści to bracia ze zbliżoną fizys.
– Nikogo nie widziałam.
– Jest pani co do tego przekonana?
Nie było to pytanie, ale zarzut. Zrozumiałam, że jeśli szybko nie wyjaśnię powodu mojej dezorientacji, napytam sobie biedy.
– Obawiam się, że niczego nie jestem teraz pewna – odparłam.
– Słucham?
– Mam pewne problemy z orientacją. Musiałam się o coś potknąć, upaść i uderzyć się w głowę. Zemdleć być może. Ocknęłam się dopiero, kiedy panowie się zjawili.
Postarałam się o choćby niewyraźny uśmiech, a potem potarłam kark. Bekker zmrużył oczy.
– Jest pani ranna?
– Nie, chyba nie, ale uderzenie musiało być mocne, bo umysł mam zamroczony.
– To znaczy?
– Nie do końca wiem, gdzie jestem. Ani który mamy dzień.
Nie wyglądał, jakby miał zamiar dać wiarę wersji o niefortunnym wypadku, ale obszedł mnie, a potem przyjrzał się mojej potylicy. Oceniwszy, że faktycznie nie widać żadnych śladów, znów wrócił do świdrowania mnie wzrokiem.
– Mam mały zamęt w głowie – powiedziałam. – Może mi pan powiedzieć, gdzie jesteśmy?
– W Derschau.
Derschau. Suchy Bór.
Oczywiście znałam to miejsce, rodzice zabierali mnie tu na grzyby w czasach, kiedy Opole nie miało aspiracji, by rozlewać się poza tory kolejowe na wschodnim skraju miasta. Niemiecką nazwę też dobrze kojarzyłam, znajdowała się na dwujęzycznej tabliczce przy wjeździe do wsi.
Nie potrafiłam przypomnieć sobie, kiedy ostatnim razem do niej zawitałam. Na pewno jednak nie było tutaj takich drzew. O ile mnie pamięć nie myliła, większość lasu porastały kilkudziesięcioletnie sosny, zasadzone w PRL-u.
– Została pani zaatakowana? – spytał August.
Próbował ukryć niepokój w głosie, trzymać się służbowego chłodu, ale dało się wyczuć, że pod tym szaroniebieskim mundurem kryje się człowiek.
– Chyba nie możemy tego wykluczyć – odparłam.
Odpiął kaburę, rozejrzał się szybko, jakby spodziewał się, że napastnicy są gdzieś blisko.
– Proszę upewnić się, że ma pani wszystkie swoje rzeczy – polecił Bekker. – I że nie miała miejsca żadna hańba.
Wciąż mówił oficjalnym niemieckim, za którym wcale nietrudno było mi podążyć. W szkole nie uczyłam się slangowych określeń, właściwie rzadko pojawiały się przecież jakiekolwiek nieformalne wstawki. Język ten poznawałam od strony poprawnościowej, która w tym wypadku ewidentnie była preferowana.
– Pozwoli pani, że się rozejrzę.
– Oczywiście.
Odszedł kawałek, polecając swojemu towarzyszowi, by miał mnie na oku. Ja zaś zaczęłam zastanawiać się nad tym, czy aby faktycznie nie zostałam zaatakowana. Jeśli kręciło się tu jakichś dwóch przestępców, trudno było to wykluczyć.
Odwróciłam się tyłem do funkcjonariusza i sprawdziłam to, co August sprawdzić proponował. Miałam na sobie bieliznę nijak przystającą do stroju, zwyczajną, którą nosiłam na co dzień. Oprócz tego staromodne pończochy, misternie umocowane do pasa w talii. Nie miały w sobie nic z elastyczności, którą znałam, a wyraźny szew znajdował się z tyłu.
Cała konstrukcja wydawała się nienaruszona, najwyraźniej podobnie jak i moja godność. Zajęłam się więc przeglądem tego, co znajdowało się w skórzanej torbie.
Smartfon był wyłączony, może rozładowany. W niewielkiej portmonetce znajdowało się trochę bilonu w fenigach, oprócz tego miałam pugilares z banknotami. Marki sprawiały wrażenie, jakby dopiero co opuściły drukarnię i nie przeszły jeszcze przez niczyje ręce.
Oprócz tego sporo miejsca zajmował notes z podniszczoną brązową okładką oraz dwie niewielkie książki. Miały pomarańczowy napis OMNIBUS na okładce, jedna opatrzona była dopiskiem „1931”, druga „1932”.
Wyciągnęłam ostrożnie pierwszą, zanim jednak zdążyłam otworzyć, kątem oka złowiłam wracającego do mnie Augusta. Natychmiast wsunęłam omnibusa z powrotem do torby.
– Nic nie wskazuje na to, by znajdowały się tu osoby trzecie – odezwał się Bekker.
– Dzięki Bogu.
Spojrzał na mnie z rezerwą, a ja przeklęłam się w duchu za niefrasobliwość. Nie wiedziałam, czy takie odwołanie do Boga w ogóle jest na miejscu w tym czasie, w tym miejscu. Ani czy formułka „Gott segne” jest właściwa.
Nie musiałam do końca rozumieć swojego położenia, by wiedzieć, że powinnam zachować większą ostrożność.
Uśmiechnęłam się blado, robiąc wszystko, by sprawiać wrażenie obłożnie chorej, która tylko cudem trzyma się na nogach.
– Może mi pan powiedzieć, który mamy dzień?
– Czwartek.
– A konkretniej?
– Piętnasty października.
– Roku…
Tym razem w jego oczach zakołatał się niepokój.
– Tysiąc dziewięćset trzydziestego pierwszego – odparł August. – Aż tak nietęgo z pani pamięcią?
– Aż tak nietęgo – potwierdziłam.
Głos miałam nieobecny, podobnie jak umysł i duszę. Bekker, wypowiadający to charakterystyczne, zbite neunzehnhunderteinunddreissig na jednym wydechu, zdawał mi się nagle jakimś sztucznym tworem, nieprzystającym do znanej mi rzeczywistości.
– Zatem powinniśmy…
Raptem urwał.
Ja również nie miałam szansy dokończyć jakiejkolwiek z tryliona myśli, które nieoczekiwanie mnie napadły. Nie tylko one bowiem przypuściły atak.
Rozległ się głośny wystrzał, potem kolejny.
Nim się zorientowałam, towarzysz Augusta chwycił się za podbrzusze, a krwistoczerwona plama w przerażająco szybkim tempie rozlewała się na jego mundurze. Bekker zawołał coś, wyrwał broń z kabury, wystrzelił.
Rozległy się kolejne krzyki, kolejne salwy. Cały świat zmienił się w jeden wielki huk.
Padłam na ziemię, rzucona na nią przemożną siłą uderzenia.

 
Wesprzyj nas