Mateusz Wyżga omija dworskie komnaty i pola bitewne, by zajrzeć do chat, zagród i karczm dawnej Rzeczypospolitej. Na szerokich równinach dawnej Sarmacji, od Bałtyku po stepy Dniepru, toczy się życie pełne trudu i niebezpieczeństw. „Polska sarmacka” to historia zwykłych ludzi, utkana ze śladów, których nie zatarły upływające wieki.


Przed nami ludzie, którzy nigdy nie weszli do historii.
Teraz po raz pierwszy wychodzą z mroku zapomnienia.

Mieszczka Anna Molska odważnie staje przed sędziami i wie, że się nie podda.
Ludwik Skrzetuski tuż przed dokonaniem zajazdu na sąsiada klepie po karku swego wierzchowca i przypomina sobie, jak pierwszy raz ojciec posadził go na konia.
Michał Koźmian zakrwawioną i trzęsącą się dłonią chowa kawałek cukru do kieszeni.
Chłopka Marianna patrzy swoimi modrymi oczami zza kopki siana na pana Walentego Szomańskiego. Powoli dojrzewa między nimi miłość.

Od stawów pełnych ryb nad śląską granicą aż po bezmiar stepu, hen za Chortycę, największą wyspę Dniepru. Od nieba znaczonego mewami ponad bogatym, nadbałtyckim Gdańskiem, poza pełny szarych gołębi stołeczny Kraków, aż ku brzegom Morza Czarnego. Oto Rzeczpospolita Obojga Narodów, wyobrażona, nadwiślańska Sarmacja Polaków, Litwinów, Rusinów i innych nacji, istniejące przez kilkaset lat na równinach Europy środkowej imperium.

Niemal wszyscy są tu uzbrojeni, od szlachcianki i księdza po ostatniego parobka. Życie wisi na włosku i można zginąć każdego dnia.

Jakimś jednak cudem miliony ludzi urodzonych w Polsce sarmackiej między rokiem 1500 a 1800 nie pozabijały się, wytrwały w swej codzienności, dając nam w konsekwencji i życie, i języki, i kulturę.

Jaka była ta Polska naszych przodków?
Mateusz Wyżga szuka jej tam, gdzie nikt nie szukał. W tym, co husarz robi, kiedy nie uczestniczy w bitwie, a chłopka, kiedy nie opiekuje się noworodkiem.

Przed nami historia zwykłych ludzi, utkana ze śladów, których nie zatarły upływające wieki.

Mateusz Wyżga
Polska sarmacka. Historia zwykłych ludzi
Wydawnictwo Znak Horyzont
Premiera: 26 listopada 2025
 
 

WSTĘP

„Dawno, dawno temu…” Tak zacząłbym tę opowieść, gdybym był szanującym się bajkopisarzem. Ja jednak jestem historykiem, opieram się na dowodach i zacznę inaczej, bo to, co tu przeczytacie, wydarzyło się naprawdę: „Z pewnością by wszystką szlachtę wybili!”. Kto krzyczy te słowa? Gdzie jest? Wraz z otwarciem tej książki został aktywowany portal czasu. Ty i ja jesteśmy przybyszami z przyszłości. Nagle budzimy się w tym samym miejscu nad Wisłą, widzimy tę samą nazwę miejscowości, używamy podobnego języka i posługujemy się swoimi nazwiskami. Ale jest jakoś inaczej, ludzie wydają się trochę inni – jakby to był sen. Nasza kapsuła czasu, oszroniona w lodowatej czeluści, powoli ląduje na ziemi, z której ledwie przed chwilą się wzniosła. Nikt z obecnych tu, w wieczności, ludzi zaklętych w czasie przeszłym – nie widzi nas ani nie słyszy. A może właśnie żyją oni cały czas w swojej epoce, którą budzimy? Może właśnie czują, jakby ktoś ich obserwował? Przenika ich ciepło naszych dłoni trzymających tę książkę. Może my też miewamy podobne uczucia, bo obserwują nas z ukrycia przybysze z przyszłości, nasi późni potomkowie? Może już dawno zostaliśmy opisani?
Tymczasem to my jesteśmy obserwatorami. Przed nami ludzie, którzy nigdy nie weszli do historii, a teraz po raz pierwszy wychodzą z mroku zapomnienia. Mieszczka Anna Molska odważnie staje przed sędziami i wie, że się nie podda. Wyobraźmy sobie, jak Ludwik Skrzetuski tuż przed dokonaniem zajazdu na sąsiada klepie po karku swego wierzchowca i przypomina sobie, jak ojciec pierwszy raz posadził go na konia. Michał Koźmian zakrwawioną i trzęsącą się dłonią chowa do kieszeni kawałek cukru. Chłopka Marianna patrzy swoimi modrymi oczami zza kopki siana na pana Walentego Szomańskiego – powoli dojrzewa między nimi miłość. Czy to rodzice któregoś z nas? Ignacy Gałdek znów zachodzi do karczmy. Kogo wykopały z ziemi dzieci bawiące się za dębnym młynem w Krakowie? Dlaczego chłopi niemal do nieprzytomności pobili Kacpra Thyme, kata z miasteczka Poniec? Za kilka–kilkaset stron przyjdzie czas na nich wszystkich. Przed nami historia zwykłych ludzi.
„Z pewnością by wszystką szlachtę wybili!” Rozglądamy się teraz pilniej. Nad zamkiem w Sieradzu wstaje słońce. Dla wszystkich opisanych tu bohaterów, żyjących gdzieś tam w starej „Polszcze”, dawno przed naszym urodzeniem wzeszło już po raz ostatni. Blanki murów odbija spokojna tafla rzeki Żegliny. Żadna, nawet najmniejsza chmurka nie zakłóca głębokiego błękitu nieba. Ze szczytu jednej z wież miejskich, która wystrzela w niebo, widok niesie się daleko. Wszędzie dostrzegamy zwykłe życie. Mężczyźni w płóciennej odzieży wychodzą w pole z narzędziami rolniczymi na ramionach. Niektórzy prowadzą kolebiące się ociężale woły. Kobiety pochylają się nad pieloną kapustą, odznaczającą się niebieskawo w podłużnych grządkach, a w pobliżu dzieci wypatrują, czy to Baba Jaga skrzeczy w gęstych zaroślach. Na wieży zamku sieradzkiego widnieje krzaczaste bocianie gniazdo. Owo gniazdo wskazuje swej znajomej służąca piwowara. Śmieją się, mrużąc oczy pod wpływem mocnego słońca. Tego samego słońca co nasze. Sączy się przypołudniowy, senny czas. W kancelarii sądu grodzkiego, znajdującej się na terenie zamku, ledwie słychać skrobanie gęsiego pióra po chropawej kartce papieru czerpanego. Pismo jest ukośne, staranne, a ręka pisarza – pewna. Trwa właśnie rozprawa sądowa dotycząca brutalnego mordu. „Z pewnością by wszystką szlachtę wybili…”
Słowa te padły kiedyś w Polsce, w Rzeczypospolitej Obojga Narodów, w wyobrażonej nadwiślańskiej Sarmacji Polaków, Litwinów, Rusinów i innych nacji, w imperium istniejącym przez kilkaset lat na równinach Europy Środkowej. W imperium nietypowym; w ojczyźnie małych ojczyzn; w państwie oddolnym o ziarnistej strukturze, odśrodkowym, w którym zwykły szlachcic na zagrodzie miał się za równego wojewodzie, a niektóry kmieć czy mieszczanin – za udzielnego pana swego obejścia. W państwie położonym między Zachodem a Wschodem, rozciągającym się od stawów pełnych ryb nad śląską granicą aż po bezmiar stepu, hen za Chortycę, największą wyspę Dniepru. Między Północą a Południem, od nieba znaczonego mewami ponad bogatym nadbałtyckim Gdańskiem, przez pełny szarych gołębi stołeczny Kraków, aż ku brzegom Morza Czarnego. Od Oceanu Sarmackiego, jak Jan Długosz nazywał Morze Bałtyckie, ku Górom Świętokrzyskim, które w opowieści naszego średniowiecznego kronikarza otrzymały miano Alp Sarmackich1.
Nie przywołaliśmy tu słów o lotnych jak bojowe drony Tatarach, ni o Szwedach czy o Kozakach. Wyrzekło je trzech panów Ostrowskich z ziemi sieradzkiej po śmierci swego brata. Śmierci zadanej z rąk plebejskich. Otóż – jak zapisano – pewien „chłop, zwaśniwszy się na szlachcica, onego zabił”2. Pod wielkimi wojnami Rzeczypospolitej toczyła się mała wojna zwykłych ludzi w obejściu domowym, po sąsiedzku i między osadami. Uzbrojony był niemal każdy – od szlachcianki, przez księdza, po ostatniego parobka. Cepy, szable, noże i pięści – na różne sposoby przekonywano się, jak nietrwałe są bariery stanowe; ciało zaś, czy to mieszczańskie, chłopskie czy jaśniepańskie, boli i krwawi tak samo. Życie wisiało na włosku i każdego dnia można było zginąć.
Jakimś jednak cudem miliony zwykłych ludzi, urodzonych w Polsce sarmac­kiej między 1500 a 1800 rokiem, wytrwały w swej codzienności, a w konsek­wen­cji dały nam i życie, i języki, i kulturę, a razem z tym ogromną spuściznę materialną oraz piśmienniczą. Skoro się nie pozabijali, to trzeba zapytać – i jest to naczelna kwestia niniejszej książki – jak oni wszyscy się ze sobą dogadywali i współistnieli? Intrygę książki stanowi fakt, że mniej więcej co dziesiąty mieszkaniec zaliczał się do stanu szlacheckiego – to typowo polskie zjawisko. Oczywiście dysponujemy jedynie szacunkami. Ale jest to dużo, nawet jeżeli ostrożnie przyjmiemy jako minimum 5,5–6,5% szlachty na tle ogółu mieszkańców Rzeczypospolitej w XVII wieku3, a drugie tyle uznamy za ludzi będących w procesie zmiany społecznej, awansu, degradacji albo orbitujących na obrzeżu stanu szlacheckiego. Siłą rzeczy nie dla wszystkich starczyło miejsca przy pańskim stole i ludzie byli niejako skazani na współpracę. Tak wielka proporcja szlachty na tle plebejów oznacza, że procesy narodowotwórcze musiały – przynajmniej nieformalnie – postępować w najlepsze na bazie codziennych relacji społecznych. A zatem czy wszystkich naszych przodków łączyło coś poza byciem pod panowaniem jednego króla? Albo lepiej nawet spytać: Co nas łączyło? – bo w wielopokoleniowych ciągach genealogicznych wywodzimy się zarówno genetycznie, jak i kulturowo z tamtego społeczeństwa. I co nas dzieliło oprócz herbu? Jak oddolnie kształtowało się nasze społeczeństwo? Jak opisać to z poziomu zwykłych ludzi? Skoro zło tak łatwo można ukazać, bo samo pcha się przed oczy z każdej niemal sądowej zapiski archiwalnej, to jak zmierzyć i uwiarygodnić nawet nie tyle dobro, ile normalność? Jak w klinczu wiadomości niecodziennych i spornych – bo takie z reguły zapisywano – odtwarzać życie codzienne? To jest bowiem książka najzwyczajniej o relacjach międzyludzkich, międzystanowych, o których wciąż tak mało wiemy. A jednocześnie o poszukiwaniu ludzkiej sprawczości; własnej, odśrodkowej woli jednostki, realizowanej bez względu na społeczne i geograficzne miejsce urodzenia. O praktyce uważności i o woli życia, której my w jakimś sensie jesteśmy efektem.
By pogłębić wrażenie czytelnika, że został od razu wrzucony niemal prosto między setki bohaterów pierwszoplanowych i wydarzenia tu opisywane, esej metodologiczny przeniosłem do tyłu, za główną narrację. Jajko schowało się za kurę4. Tymczasem przed wami nawałnica prostych ludzkich historii pozyskanych z materiału empirycznego, z archiwaliów, i dziesiątki miejscowości tworzące kalejdoskop całej Polski, widzianej zarówno spod karczmy na warszawskiej Pradze, jak i pagórkowatych okolic małopolskich Raciborowic, gdzie od setek lat kobiety zanoszą do małego wiejskiego kościółka polne bukiety na Matkę Boską Zielną, trzymając je na rękach podczas sumy jakby niemowolęta. Dawni ludzie będą często zabierać głos, chociażby nużyła nas aż tak bliskość tego wszystkiego, czego sami doświadczamy w codzienności. Choćby wydawało się, że ot, zamiast książki trzymacie w ręce katalog. Mam wrażenie, jakbym rzucił w tłum mikrofon. Każdy chce powiedzieć do niego przynajmniej kilka słów, po czym podaje go dalej5. Przy próbie syntetycznego ujęcia całej Polski sarmackiej pierwszeństwo oddaliśmy dawnym wydarzeniom, nie opiniom o nich ani historiografii. Cóż bowiem innego zostało nam po przeszłości, jeśli nie szczątki w postaci zapisek o zdarzeniach i niezmiażdżonych przez upływający czas budynków, przedmiotów życia codziennego? Cała reszta to sztuka opowieści. Wielokrotne studia przypadku są tu jak pozytywka, wciąż wygrywająca tę samą melodię codzienności. Możecie się zastanawiać, dlaczego historyk społeczny tak napastliwie poszukuje nieuchwytnej, minionej codzienności. Odpowiedź jest prosta: wydaje mi się, że to w niej odbywały się ludzki trening uważności, koncentracja na trwającym życiu, bycie tu i teraz, ot – rzeczywistość. Jeśli pojmiemy codzienność, pojmiemy sens życia i wolę istnienia, którym wszystko inne było poddane. I tego sami od dawnych ludzi możemy się uczyć, zatopieni coraz bardziej w iluzji cyfrowej.
Przed wami opowieści o ludziach takich jak my – zwykłych, ubogich i bogatych. Uczłowieczanie ludzi bez historii, nietypowy cherry picking – zrywanie z drzewa wisienek zarówno dojrzałych i słodkich, jak i robaczywych, pogniłych i zdziobanych przez ptactwo. Ludzi w kontuszu, często pocerowanym, albo w siermiędze; zaradnych i słabych, tęgich i szczupłych, ot – przodków naszych, poddanych porządkowi czasu. Historia zwykłych ludzi, sarmatek i sarmatów przez małe, średnie i duże „s”, przez których zmultiplikowane indywidualne losy możemy poznać źródła współczesnego społeczeństwa polskiego6. Czy okaże się, że czytamy o ludziach w jakiś sposób do nas podobnych? Niech umarli przemówią raz jeszcze przez swoje czyny oraz przez swoje słowa, zapisane dawno temu. Nam pozostaje robić wszystko, by nie wpaść w pułapkę uproszczonej interpretacji kolei ich życia. Tym bardziej że na początku będziemy pisać o rzeczach strasznych. Zejdziemy na samo dno ludzkiego piekła, jak ongiś włoski poeta Dante w Boskiej komedii. Potem zacznie się wspinaczka ku rzeczom zgoła normalniejszym.
Poniżej – z obowiązku – wprowadziłem wstęp merytoryczny, ponieważ książka ma pełnić zarazem funkcję naukową, jak i popularyzacyjną. Chcę cię wprowadzić, miły czytelniku, zarówno na salony, jak i do kuchni historii. Dotrzemy na przodek jednego z tuneli w kopalni czasu, jakimi historycy nawiercają skamienielinę zapomnienia. Tam wespół ze mną będziesz trzymać wiertło i wydobywać cenny kruszec – ludzkie chwile, godziny i dni. Wstęp ów znajdzie rozwinięcie w eseju metodologicznym (albo raczej metafizycznym) zamieszczonym na końcu niniejszej książki. Będzie zatem przypominać rozłupaną skorupkę jajka.
Jako regionalista wolałbym, by każdą monografię wsi, parafii, gminy czy miasta rozpoczynano od historii zwykłych ludzi i codzienności, a dopiero potem opisywano wszelkiego rodzaju podziały własności, świat ziemian (cóż za niezwyk­ła analogia – szlachtę posiadającą nieruchomości nazywa się jak mieszkańców naszej planety; czyż plebeje mieliby pochodzić z Marsa?). Posmak tego wysiłku tu właśnie zaznaczam. Przeszłość nadchodzi.
Obszar geograficzny. Przestrzeń niniejszych badań w części pokrywa się z dawną Rzecząpospolitą, określaną jako Rzeczpospolita szlachecka, Rzeczpospolita Obojga Narodów albo – zwyczajnie – Polska. Analiza objęła przede wszystkim ziemie etnicznie polskie – „Polskę etnograficzną”, jak to ujmował przed laty Jan Rutkowski – zamieszkałe od wieków przez Słowian zachodnich, a w opisywanych czasach Koronę. Gdy będziemy zmierzać na wschód i północ, nasza koncentracja na życiu społecznym będzie się rozrzedzać, tak jak rzedło osadnictwo polskie w żywiole ruskim i litewskim Rzeczypospolitej7. Dlatego w tytule widnieje słowo „Polska”, a nie „Rzeczpospolita” czy „Korona” – nazwa zachodniej części tego państwa. Z kolei określenie „sarmacka” odnosi się zarówno do epoki staropolskiej, jak i do źródeł naszego narodowego charakteru, gdyż Polska szlachta chciała uchodzić za potomków walecznych antycznych Sarmatów, za których jeszcze Jan Długosz miał Polaków. A plebeje, zapatrzeni w swych panów, chłonęli tę kulturę. Mieszczanie również mówili o sobie, że są sarmaccy. A większość z nich wywodziła się ze wsi, z chłopstwa. Dlatego też podtytuł książki – Historia zwykłych ludzi – meandruje w kierunku szerokich mas społeczeństwa8. Zresztą legendy o początkach Polski i Polaków zlewają ze sobą wszystkie stany, wskazując nawet chłopskie korzenie herbów polskiej szlachty i że niektóre „prostość jakąś kmiecą obrazem swym pokazują”9. Jak będę się starał dowieść w tej książce, rozmaite uwikłania wszystkich stanów społeczeństwa staropolskiego – a zwłaszcza gospodarcze, społeczne i kulturowe – oscylowały wokół swoistej „sarmackiej” oryginalności zrodzonej nad Wisłą, określanej z czasem jako „sarmatyzm”. Bo o sarmackiej genezie naszego społeczeństwa mówiło się już w średniowiecznej Europie10.
Nie mogłem przepuścić tej książki przez żaden bardziej szczegółowy filtr analizy historycznej jak praca, rodzina czy przemoc. Sprawy, o których piszemy, mają zbyt szerokie pola znaczeniowe, dotykają codzienności i niecodzienności, mentalności, cielesności, godności czy sprawczości jednostki i grup lokalnych. Nie jest to zarazem synteza dziejów – raczej ich antysynteza. To podejście bliższe się zdaje nie tradycyjnej historii, ale antyhistorii, ponieważ poza epoką staropolską, wyznaczoną w przybliżeniu, czas został wywleczony na lewą stronę jak worek, w którym było zboże. Daty rozpierzchły się jak ziarna. A jednocześnie przestały przeszkadzać. Tak – witajcie w bezczasie historycznym, w wannie czasu, której brzegi ograniczają się do doby staropolskiej. Nic tu nie tyka, nie ma pośpiechu takiego, w jakim nas wychowano – pod dyktando sekund, pod bicz terminarza. Czas wyznaczają słońce, potrójne pianie kogutów i dzwon na wieży. A jednocześnie będę starał się wam pokazać, jak niewiele w nas samych ulega zmianie przez kolejne wieki. Może widać coś na zewnątrz: dżinsy zamiast kontusza, smartfon za­miast ryngrafu, ale w środku – co historykowi chyba najtrudniej przyznać, bo zajmuje się on uwikłaniem człowieka w czasie – wciąż jesteśmy niemal tacy sami.
W ramach poszukiwania genezy naszego narodowego i społecznego charakteru będę próbował stanąć w poprzek dwóch tendencji, które naprzemiennie wiją się w rodzimej nauce i kulturze – zwrotowi sarmackiemu (szlacheckiemu) i zwrotowi ludowemu. Jest to o tyle istotne, że udział liczbowy szlachty w społeczeństwie, większy niż na dawnych ziemiach czeskich czy węgierskich, odbijał się wieloma ciekawymi splotami.
Będziemy szukać polskiej duszy nie na mównicach i ambonach, nie w konstytucjach i pismach myślicieli, ale oddolnie – przez obserwowanie relacji społecznych napędzających codzienność i pracę, zwłaszcza relacji międzystanowych, a więc między chłopstwem, mieszczaństwem a szlachtą i duchowieństwem, tymi wszystkimi, o których dziś powiedzielibyśmy: „zwykli ludzie”, chociaż dzieliły ich bariery społeczne. Większość z nich była sobie bliska majątkowo i kulturowo: nie umiała pisać lub czyniła to z wysiłkiem, słuchała podobnej muzyki i pracowała fizycznie. Na razie nie ma tu miejsca dla magnatki. Pozwólmy jej mknąć dalej przez jej codzienność i patrzmy, jak w kurzu drogi oddala się jej pozłacana karoca. Interesuje nas bardziej ten, kto prowadzi pojazd.
Chronologia. Książka dotyczy nowożytnej historii społecznej ziem polskich, czyli XVI–XVIII wieku. Nie interesują mnie jednak zmiana w czasie, nadziewanie wydarzeń na rożen chronologii ani związki przyczynowo-skutkowe, lecz coś zupełnie przeciwnego – a mianowicie to, co pozostaje stałe, co jest uparte i właściwie nie przemija. Owo długie trwanie, powracające – wedle koncepcji Fernanda Braudela, wybitnego francuskiego historyka – niemal bezwiednie przez setki lat. Deszcz leci w dół, nie w górę, skapuje na nos zarówno w 1501 roku, jak i w 2025 roku, i powoduje określone zachowanie człowieka. Głód zmusza do zapchania żołądka, a zimno – do okrycia się i wzniecenia ognia. To jest czas cywilizacji. Na historię prawie nieruchomą nakłada się czas gospodarczy. To dopiero poruszane jego prądami, jakby w wodach morskich, zaistnieją historie wydarzeniowe – krótkie, głośne i efektywne, odchodzące w niepamięć tak szybko, jak nadeszły. To przychodzi nam na myśl, kiedy wspominamy, że ów znakomity badacz uczynił bohaterem swojej książki Morze Śródziemne, które w przekroju ma dno (niemal bezczas cywilizacji), głębiny (czas gospodarczy) oraz powierzchnię (czas wydarzeniowy).
Są, rzecz jasna, niezwyczajne wydarzenia, które wywołały szok, a przez to wypaliły się na powierzchni naszej codzienności już na zawsze. Wystarczy przywołać dzień ataku na wieże WTC w Stanach Zjednoczonych albo dzień katastrofy prezydenckiego samolotu w Smoleńsku. Ileż nieważnych dotąd codziennych rytuałów wryło się w nas już na zawsze. Wiązany krawat, smak sałatki warzywnej, zapach proszku do prania akurat z tego dnia. Tak też gwałtowny i zaskakujący incydent odbija w sobie powidok nieuchwytnej codzienności, jakby okrywająca ją szata została gdzieś rozerwana i odsłoniła nagą skórę. Wydarzeniami odkształcającymi codzienność w mikroskali były właśnie tysiące drobnych historii zwykłych ludzi, zapisane w księgach sądowych. Niecodzienność i codzienność w wiecznym pościgu archiwalnym. A zarazem to, że zwykli ludzie wciąż pojawiają się w zapiskach sądowych, że nie tracimy ich spod szkiełka mikroskopu, stanowi dowód na ich sprawczość. Oni wiedzieli, że coś mogą ugrać, wybronić, zyskać. Choćby ktoś inny zapisał ich zeznanie, szukamy w nim ukrytego „ja” bohatera11.
To jest – jak śpiewa zespół Coma – ich „pierwsze wyjście z mroku”. Do wielkiej historii weszli oni kuchennymi drzwiami, są nieśmiali, wolno i cicho idą pustym teraz korytarzem, aż trafiają na wybłyszczony parkiet rozjaśnionej sali współczesności. Ich życie stoi teraz na półkach księgarskich obok różnorodnych popularnych, niecodziennych i nietuzinkowych książek. I tak idą przez ten owalny gabinet. Na ścianach portrety poważnych arystokratów, heroicznych bohaterów z pól bitew – to im zwykli ludzie gotowali strawę, cerowali bieliznę i podawali w boju kopie, poranionych ciągnęli do tyłu. Dalej zaś, na pociemniałych nieco obrazach, twarze bogatych rajców największych miast Rzeczypospolitej, duchowni i profesorowie. Gdy tak idą wskroś tego pomieszczenia, nasi mikrobohaterowie pytają jeden drugiego: „To tu teraz tak można? Tak bez plakietki VIP? Nas się tu teraz oczekuje?”. Zwykli ludzie na czerwonym dywanie. Zawsze, zawsze ich szukałem, zapomnianych. To były prawdziwe postacie. Czyż muszę ich więc na powrót uczłowieczać, czy muszę udowadniać ich sprawczość? Przecież większość z nas jest ich biologicznymi potomkami!
Chcę opisać wszystko to, co nie poddaje się chronologii ani zmianie w czasie; co jest trwałe jak odległości geograficzne czy sezonowość. Po latach analiz procesów ludnościowych, ujęć statystycznych i długofalowych procesów gospodarczych, których dokonywałem jako demograf historyczny, gdy mam już zgromadzoną w bazach danych całą tę wiedzę o wichrach życia, chcę drążyć jeszcze głębiej. Iść dalej niż polityka i zmiany koniunktury. Zająć się zwykłym człowiekiem – z szacunkiem dla jego indywidualności, sprawczości i podmiotowości, logiki i miejsca w świecie, który tylko pozornie minął. Poskładać pejzaż społeczny z ocalonych w zapiskach szczątek, napędzający się siłą odśrodkową, oddolną energią małych ojczyzn, wsi i miasteczek. Te drobne trybiki dopiero współtworzyły wielki proces dziejowy. W ten sposób od mikrohistorii, zwielokrotnionej przez przypadki jednostkowe i społeczności lokalne z różnych obszarów ziem polskich Rzeczypospolitej Obojga Narodów, pragnę dojść aż do państwa widzianego nie tyle odgórnie, ile z takiej perspektywy, jakby było ono jedną wsią, a król… jej sołtysem albo dziedzicem. Moja potrzeba szerokiego spojrzenia na społeczeństwo Rzeczypospolitej to zarazem próba poszukania odpowiedzi na „niepokojące problemy chwili” – jak pisał Fernand Braduel. To taka historia zaangażowana, świadoma swych obowiązków i zarazem ambitna, jest niezwykle ważna teraz nad Wisłą, w czasie kolejnego zwrotu ludowego i zarazem sarmackiego. Przykład francuskiego badacza pokazuje, że ukazanie różnorodnych aspektów życia ludzkiego jest atrakcyjne nie tylko dla historyków, chociaż jego płynność okazuje się tak trudna i ryzykowna w opisie. Cel jest jednak zbyt ważny, zbyt pożyteczny, by obawa przed ukazaniem szerokiego pejzażu staropolskiego społeczeństwa miała ten pokaz uniemożliwić12.
Daty zostały zepchnięte do narożnika przypisu źródłowego13, ponieważ w pulsie życia społecznego niewiele znaczą, a może bardziej zaburzają wywód. Historia społeczna był to bowiem spektakl bardzo powoli postępującej ewolucji, a nie rewolucji. Zamiast solistów prezentujemy chór, zamiast wirtuozów – symfonię. Z premedytacją mieszam w języku narracji czas przeszły i teraźniejszy, by jeszcze bardziej zbliżyć tamtych ludzi do nas, aż ich zobaczymy koło siebie albo zaczniemy przeczuwać, że sami trafiliśmy do ich świata.
Nasze podejście wyznacza historia społeczna, historia zwykłych ludzi i ich codzienności. Czy nasze wyobrażenia o przeszłości, o świecie płaszcza i szpady, Sienkiewiczowskiej Trylogii i serialu 1670 okażą się trwałe w zderzeniu z minionym zwykłym życiem, odbitym w zapiskach archiwalnych? Życie to zazwyczaj pozostawało niedostrzegane z powodu swej oczywistości i banalności14. To właśnie nazywam historią odśrodkową, w której w ramach poszukiwań genezy współczesnego narodu polskiego zagłębiamy się w ludzkiej jednostce, by przez lokalizmy oraz relacje rodzinne i sąsiedzkie zmierzać ku szerokim połaciom kraju15. Wchodzimy w ten świat najgłębiej, jak tylko pozwala nam – bądź co bądź – ograniczone pole manewru. Jednocześnie przyjęty styl narracji obnaża autora niewszystkowiedzącego (niechże czytelnik ma świadomość, że prócz niego jest tam, w zaświecie, jeszcze ktoś żywy), który idzie równym krokiem z czytelnikiem i bohaterami opowiadanych historii, zagląda do zaułków miasteczek i za zmurszały świerk w lesie, w osłupieniu poznaje koleje życia znędzniałej szlachcianki czy przedsiębiorczego kmiecia, nie może się nadziwić przeszłej rzeczywistości. Jest jak dziecko realizujące marzenia. Dla pisarza, jak wskazuje Frederick Forsyth, to praktyka nieodzowna, a pisarz i badacz historyczny nie jest tu wyjątkiem. Historyk społeczny winien zadurzyć się w otaczającej go współczesności, odczuwać nienasycenie społeczeństwem, pilnie je obserwować, mieć tam swoje zarazem laboratorium i terytorium łowieckie. A typowe i nietypowe zachowania i twarze jak gotowe formy życia odłożyć sobie do późniejszego wykorzystania w archiwum, drugiej przestrzeni swej pracy16. Chcąc zrozumieć właściwie i dogłębnie przeszłość zwykłego człowieka, przyglądam się dobrze współczesności.
Gdy badacz odrzuca wspomnianą naukową wszechwiedzę i doświadcza wraz z czytelnikiem spaceru po przeszłości, „musi zrezygnować z rozumienia, żeby zrozumieć więcej”17. Nie podzieliłem z góry ludzi na panów i poddanych, na głupich i mądrych, na leniwych i pracowitych. Poczekałem cierpliwie, aż przeszłość nadejdzie i sama zacznie się opowiadać. A ja będę jej trzymał przy ustach mikrofon – jak dziennikarz. Najbardziej ze wszystkiego chodziło mi o unikalne spojrzenie na przeszłość.
Pozostaje jeszcze jeden aspekt. Kiedy trzymam w ręce jakąkolwiek parafialną księgę zmarłych, mam głębokie przeświadczenie, że występuję w roli ducha wszechwładnego, demiurga, który zna datę końca życia człowieka. Mam na myśli kogoś, kogo wcześniej na podstawie innych źródeł umiałem zastać, kiedy ten jeszcze żył. Jakaż to władza, jaka świadomość: móc być zarazem organizatorem historycznego eksperymentu, obserwacji uczestniczącej czyjegoś istnienia, które się wciąż dzieje w zapisce archiwalnej, ale – w przeciwieństwie do bohatera historii – znać datę jego zgonu co do dnia, a niekiedy godziny. Mało tego – znać przyczynę śmierci i miejsce pochówku. To totalna, ponadrzeczywista władza nad pamięcią, życiem i ludzką jednostką. W historii pociąga mnie refleksja nad jej nieodwracalnością. Odwracalne i negocjowane są jedynie sądy o niej.
Przedmiot badań. Książka zwraca uwagę na zwykłych ludzi, niebędących jednostkami sprawczymi w historii podręcznikowej, ale już w swoim życiu i w lokal­nej wspólnocie – owszem. Co więcej, to jednostki sprawcze w skali geografii swojego życia codziennego, w skali społeczności lokalnej. W ten sposób zwykły człowiek staje się w obszarze historii społecznej oddolnym „twórcą cywilizacji”18. Zajmują nas przede wszystkim mieszkańcy wsi, bo w pejzażu staropolskiego świata to wieś dominowała demograficznie i przestrzennie nad miastem. Mieszka tam głównie ludność chłopska, a wciąż wiemy o niej najmniej. Prócz niej na wsi żyje szlachta, nieliczne duchowieństwo i Żydzi. Razem tworzą oni już około czterech piątych ludności Rzeczypospolitej. Pozostały odsetek żyje w miastach. Ale nie są to jedynie mieszczanie cieszący się pełnią praw i obywatelstwem lokalnym. Sporo tam chłopstwa, które z mieszczanami łączą rozliczne więzi. Wymierające demograficznie miasta wciąż zasila dopływ ludności ze wsi. Poza tym ubożsi członkowie rozrastającego się stanu szlacheckiego poszukują tam szansy dla siebie, a szlachta bogata – magnaci – wznosi swoje rezydencje. Z drugiej strony i na wsi ciągle widzimy mieszczan robiących tam interesy, a także wszelkiej maści ludzi żyjących na obrzeżach społeczeństwa stanowego.
Nie miejsce teraz na potężne nazwiska ani daty wielkich zwycięstw czy porażek oręża polskiego, których zapamiętania wciąż się wymaga, a które i mnie ulatują z głowy. Ja sam zacząłem dogłębnie rozumieć historię dopiero wtedy, kiedy skupiłem się na studiach nad genealogią rodzinną, nad historią swojego domu, swojej miejscowości i swojego regionu, a nie na losie abstrakcyjnych królów i bardzo dawnych czasach. Podróż do wczoraj wolałem zacząć od wczoraj, a nie od X wieku. Bo jako dziecku i młodzieńcowi niewiele mi te odrealnione bohaterskie czy królewskie postaci i wydarzenia mówiły, nie umiałem im zaufać, nie przekonywały mnie, nie wyobrażałem sobie, jak pachną, jak kochają i jak cierpią. Przypominały sztukę teatralną albo film kostiumowy.
By określić istotę życia, ważniejszy dla nas jest szary, powszedni dzień, bo pozwala on lepiej zrozumieć istotę dziejów. Ponieważ uprawiam historię antyheroiczną, a nie tę opiewaną na pomnikach i w rotach, moi bohaterowie wygrywali swe bitwy przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Były to bitwy o zasoby, ziemię, żywność, opał, dobrą stawkę za pracę, czas wolny dla siebie i rodziny. Bitwy takie jak nasze. Zwycięstwo tych osób to nasze dzisiejsze życie, bo mimo wszystko z otchłani dziejów udało się przekazać do przyszłości jego puls, jego płomień. Dawni mieszkańcy ziem polskich nie wytrzebili wszystkich lasów, nie wyłowili wszystkich ryb – coś nam zostawili. Przekazali współczesności nie tylko żywą cząstkę siebie w naszej postaci, lecz także fragmenty swego świata, fauny i flory. Rzucamy na nich swój długi genealogiczny cień. Przedmiotem badań są więc ci wszyscy, którzy ciężko pracują na chleb, zamartwiają się, planują i starają się pogodzić to, co przynosi kolejny dzień, z własnymi siłami i możliwościami.
Podstawa źródłowa i metody badań. Historycy od dawna podnosili, że tylko wejście w materiał empiryczny, w prawdziwe ludzkie życie i codzienne okoliczności może nas zbliżyć do faktycznego opisu rzeczywistości społecznej19. Ujęcie to pozwala nam przejść od oczekiwanych zachowań oraz norm prawnych i zwyczajowych do tego, jak były one realizowane. Dlatego, po pierwsze, całe społe­czeństwo dawnej Polski jest bohaterem zbiorowym tej opowieści – nikomu nie daję forów. Jeżeli najwięcej zdarza się nam mówić o plebejach, to wynika to z prostego faktu, że statystycznie stanowili najliczniejszą grupę, a wciąż wiemy o nich najmniej. Chociaż w dokumentach to właśnie ich krzywd, trudów i problemów opisano najwięcej, nawet jeżeli zostało to wykonane przez ich feudalnych zwierzchników. W tym celu posłużyłem się przede wszystkim metodą mikro­historyczną, która przez egzemplifikację konkretnych przypadków, chwytanie najdrobniejszych poszlak próbuje określić ich znaczenie, a przez to świat dawny nie tylko opisać, lecz również go zrozumieć i wyjaśnić. Ba, ów świat „utworzyć/odtworzyć”, a także – na ile to możliwe – zbliżyć się do sposobu myślenia naszych przodków20. Pogłębione przypadki konkretnych osób i zdarzeń zostały osadzone w tle podobnych historii, raptem zasygnalizowanych21. Rzeczywistość dawna była tak skomplikowana, że wciąż wymyka się naszym próbom całościowego jej ujęcia.
By pokazać prawdziwe ludzkie życie, bazuję na niewykorzystanych szerzej materiałach archiwalnych. Archiwa to miejsce, w których odkłada się czas minio­ny. Z punktu widzenia dnia dzisiejszego są one pełne śmierci i niepamięci – ale jakże jest to potrzebne żywym ludziom! Aby zobaczyć relacje międzystanowe, należy szukać źródeł, krojących społeczeństwo w poprzek, jak gorący nóż kroi tort. Takimi źródłami okazały się państwowe księgi grodzkie i ziemskie, a także parafialne księgi metrykalne. Mają one szeroką reprezentatywność regionalną, społeczną, rzeczową i chronologiczną. Te rękopisy, dokumentujące człowiecze trwanie, zalegają nazbyt jeszcze często w zapomnieniu na półkach archiwalnych. To one stanowią podstawę źródłową tej pracy. Znajdują się w nich sprawy doty­czące właściwie wszystkich stanów społecznych. Księgi sądów państwowych zawierają cały ogrom indywidualnych przypadków, niekiedy dokładnie opisanych, jak również wypowiedzi uczestników. Dzięki ich dobremu zachowaniu niemal na całym obszarze współczesnej Polski można komponować narrację wedle przyjętego układu rzeczowego, a jako punkt odniesienia mieć przykłady zewsząd. Dla porównania, w typowych dla społeczeństwa plebejskiego księgach sądowych, miejskich i wiejskich właściciel osady to bowiem na ogół wielki nieobecny. Dziedzic woli scedować drobniejsze problemy dotyczące codzienności mieszkańców na nich samych. Ale w sądach państwowych naprzemiennie widzimy stałą obecność różnych stanów społecznych. Dostrzegana tam aktywność procesowa plebejów owych to nic innego jak dowód ich sprawczości i podmiotowości. Z powodu swej lakoniczności dokumenty sądowe nie są wdzięcznym źródłem do analizy historycznej. Pełno w nich procesów niezakończonych, pełno przesadnych skarg, zeznań i opinii nie zawsze możliwych do weryfikacji, ale ich ogromna liczba pozwala wyciągnąć szersze wnioski na temat relacji międzyludzkich22. Mimo że wnikają w rzeczy etycznie i moralnie trudne, kontrowersyjne, ponure23. Tu jednak bliskość relacji międzyludzkich i międzystanowych potwierdzają wykorzystywane przeze mnie od dwóch dekad jako podstawa badań demografa historycznego parafialne księgi metrykalne. Ludzie tam wpisani żyli naprawdę, pojawili się u plebana w kancelarii, by ochrzcić dziecko, ustalić datę ślubu albo poprosić o pogrzeb bliskiej osoby24.
W przypadku akt sądowych trzeba wskazać, że obecnie nie da się dokładnie określić, ile sporów – jaka ich proporcja względem rzeczywistości społecznej – rozstrzygano w sądach wiejskich, miejskich albo grodzkich. Można to jednak ro­zumieć inaczej: trafiały tam te sprawy, które wykraczały poza pole negocjacji i zwyczajowe normy, oraz te, które powinny zostać zapisane. Innymi słowy: sprawy najważniejsze. Nie zapisywano tam wszakże fraszek na błogie chwile ludzkiego życia, nie wnoszono na ich cześć peanów. Zapytajmy od razu, którym źródłom zaufalibyśmy bardziej w kontekście odtwarzania życia codziennego ludu: fraszkom czy aktom sądowym? To przeciwstawne brzegi tej samej wanny z ludzkim życiem. Tych drugich jest jednak więcej i pisano je z potrzeby rzeczywistego załatwienia sprawy, nie w wyniku natchnienia uzdolnionego literacko rybałta czy szlachcica. Chociaż bywają trudne, są soczewką, w której skupia się codzienność tak nieuchwytna gdzie indziej. Żadne inne kategorie źródeł z okresu staropolskiego nie są chyba tak różnorodne, wielowymiarowe i tak bliskie zwykłemu człowiekowi, na ogół niepiśmiennemu – czy byłby to szlachcic, mieszczanin czy chłop.
Detaliczna i niestandardowa obserwacja pokazała różnorodne ludzkie zachowania, które kruszą nasze stereotypowe wyobrażenia o dawnych Polakach. Niestandardowa także w takim rozumieniu, że przy opisie niecodziennych sytuacji próbujemy uchwycić nieuchwytną codzienność, metody rozwiązywania problemów, komunikację międzyludzką i sposoby widzenia otaczającego świata.
Księgi sądowe grodzkie i ziemskie są na pewno specyficzne, momentami ich treść jest ponura, ale obejmują cały niemal obszar ziem polskich, rozmaite sprawy i wszystkie stany społeczne jako uczestników, świadków, ofiary albo powodów wszczynanych procesów. Kiedy słabnie jedność stanowa i szlachta skacze sobie przed sądem do oczu, donosi na siebie, pokazuje, jakim złem jest krzywdzenie ich poddanych, siłą rzeczy zyskujemy powidok czegoś, czego normalnie mieliśmy nie widzieć. Idealny obraz przeszłości pęka. Oprócz spraw karnych toczyło się też mnóstwo różnorodnych spraw cywilnych, a poza tym zawierano kontrakty i transakcje, sporządzano testamenty, zestawienia gospodarcze, opisy posiadłości ziemskich i miejscowości. Nadto chłopi ze wsi leżących w pobliżu urzędów grodzkich tam właśnie wnosili swe sprawy i nie prowadzili u siebie osobnej wiejskiej księgi sądowej25. Podobny zakres spraw dotyczący interesów ekonomicznych chłopstwa i podobną kontrolę ludności można dostrzec w księgach poszczególnych wsi czy majątków ziemskich, ale mają one wymiar lokalny i zachowały się wybiórczo – obejmują głównie teren Małopolski – co utrudnia zastosowanie metody porównawczej26. Podobnie nie każde miasto zachowało swe księgi urzędowe z okresu staropolskiego27.
Ta metoda stanowi jeden z głównych argumentów, by szukać podobnych sobie mikrozjawisk społecznych na dużym obszarze, wciągać w szerszy kontekst podejście mikrohistoryczne, które celuje w badanie zwykłego człowieka, dawniej niepiśmiennego, przede wszystkim na podstawie ksiąg sądowych, jak żadne inne źródło odbijających jego mentalność. Tu również należy zwrócić uwagę na fakt, że materiały sądowe trzeba czytać krytycznie. Oznacza to, że nie tyle dajemy wiarę opisanym zeznaniom, ile poszukujemy pewnych standardów ludzkich zachowań albo wyobrażeń o innych ludziach i relacji międzyludzkich, sprawczości zwykłych ludzi, tożsamości jednostki, realizując opis w nurcie historii kulturowej28. Czytanie akt sądowych wymaga nie tylko znajomości literatury przedmiotu, ale też stosowania dla przeciwwagi innych kategorii źródłowych. Tę funkcję pełniły przede wszystkim inwentarze dóbr ziemskich i zapiski kronikarskie oraz różne inne typy źródeł, dość dobrze już znanych i wykorzystywanych w nauce i publicystyce, takie jak instruktarze gospodarcze, akty normatywne, literatura piękna i ikonografia z epoki. Dlatego właśnie zdecydowałem się na oddanie roli przewodniej opisanym wyżej państwowym księgom sądowym – ich zawartość jest wciąż szerzej nieznana i wydobywa na światło dzienne nie to, jak być powinno, ale to, jak mogło być w istocie.
Opisy mikrohistoryczne osadziłem również na szerszym tle demograficznym i społecznym. Indywidualne, anegdotyczne wypowiedzi i zachowania zarejestrowane w ciągu trzech stuleci w aktach sądowych w postaci zmultiplikowanej przestrzennie pozwoliły ustandaryzować pełniejszy obraz. Na tym właśnie zasadza się warsztat badawczy historyka, że poszukuje on właściwych metod analizy dla podjętej problematyki, obejmujących zarówno krytyczne czytanie źródeł, jak i wysnuwanie racjonalnych wniosków.
Dużą pomocą w trakcie tej pracy była inwentaryzacja do dziejów wsi przeprowadzona z ramienia Naczelnej Dyrekcji Archiwów Państwowych w latach 1951–1953 przez około sześćdziesięciu archiwistów w archiwach na terenie całej Polsce. Badacze podjęli się wtedy bardzo trudnego wyzwania zmierzenia się z piętnastoma tysiącami wytworzonych przez kancelarie sądów państwowych ksiąg grodzkich i ziemskich, liczącymi łącznie miliony stron. Na boku pozostawiono wtedy źródła kościelne, ale obecnie, dzięki dynamicznemu podstępowi digitalizacji ksiąg metrykalnych, dało się obie kategorie źródeł skonfrontować. Ze zgromadzonej masy ksiąg sądowych wspomniani badacze wyodrębnili około dziewięciu tysięcy tak zwanych ksiąg relacji z różnymi wpisami, zeznaniami w sprawach prywatnych i publicznych29. Inwentaryzacja, określana też potocznie mianem kwerendy wiejs­kiej, pozostawiła tysiące drobnych, na ogół lakonicznych wypisów pojedynczych spraw w postaci kart inwentarzowych, podzielonych wedle ustalonego podziału z odesłaniem do ówczesnej sygnatury oryginalnego źródła (dziś nie zawsze łatwej, a wręcz możliwej do identyfikacji). Ale pozwoliło to zorientować się w zawartości materiału dotyczącego historii społecznej. Były to takie kategorie tematyczne jak testamenty szlacheckie i chłopskie, ucisk chłopów, sprzedaż chłopa bez gruntu, kredyt na wsi czy obyczaje na wsi, czary i zabobony30. Narracja niniejszej książki została ułożona w odmiennym porządku, według obecnego stanu wiedzy i aktualnych problemów badawczych, a także społecznego zapotrzebowania na wiedzę. Istotne jest to, że wykorzystałem te same materiały, których przed siedmioma dekadami użyli badacze tworzący swą narrację w duchu narzuconego marksizmu. Od przełomu lat 40. i 50. XX wieku w badaniach naukowych i dydak­tyce historii istniał „szturm ideologiczny”. Priorytetowe znaczenie nadano historii społecznej, by dowieść wagi mas ludowych w historii Polski, a zwłaszcza „pogłębiającego się ucisku”. Ministerstwo Oświaty nalegało na wprowadzenie ideologii marksistowskiej w podręcznikach, by młodzież widziała miniony świat „w obiektywnym świetle historii walk społecznych, szczególnie wiekowej niedoli chłopskiej, źródeł zastoju i zacofania”. To zaś uprościło wizję dobra i zła. Chociaż wydobyte z archiwów fakty nie były przekłamaniem, jednak dobierano je starannie do forsowanej powszechnie wizji przeszłości Polski31.
Szczegółowe analizy wybranych przypadków umożliwiły mi sprawdzenie, jak ten sam materiał, na którym oparło się niemało badań w ostatnich kilku deka­dach, pozwala odsłaniać inne połacie przeszłej rzeczywistości. Pogłębionymi studiami danych osób i zdarzeń z doby staropolskiej powstrzymywałem nawałnicę rozmaitych drobnych ludzkich przypadków, które znajdują się na niemal każdej stronie ksiąg sądowych i dowodzą, jak urozmaicone było życie. Mnóstwo cytowanych przypadków służy zapobieganiu wrażenia czytelnika, że malowany tu obraz przeszłego życia dociera do ramy, za którą już nic nie ma. Wszak w minionej rzeczywistości nie było nijakiej ramy, a życie toczyło się na okrągło, tak jak kula ziemska.
Tym sposobem – przez modelowanie wielozmienne i osadzanie ludzkich losów w rozmaitych kontekstach – w swoim laboratorium czasu minionego raz używałem lunety, a raz mikroskopu, przesuwałem się jak wahadło zegara od ujęcia masowego do mikrohistorii. Na to dodatkowo nałożyło się doświadczenie pracy w regionalizmie i genealogii, które wraz z demografią historyczną i mikrohistorią dało mi szersze spojrzenie na społeczeństwo staropolskie, od jednostki ludzkiej i tożsamości lokalnej do szerokich zjawisk społecznych – nazwałem to historią odśrodkową. Mikrohistorie ukazałem jednocześnie na tle pociągniętego delikatnym pędzlem „globalnego obrazu […], by czytelnik nie zagubił się w gąszczu dowodów i dyskusji”32.
Moja uwaga skupiła się też na nietypowych sytuacjach, na zdarzeniach wymykających się ówczesnemu pojęciu i odstających od przyjętych, oczekiwanych norm. To wtedy przeszłość nieświadomie odsłania swoje prawdziwe oblicze. Oblicze, którego ludzie nie chcieli nam pozostawić. Są to nieprawdopodobne przypadki, takie jak podjęcie przez szlachcica pracy u bogatego kmiecia. Takie zdarzenia musiały się nieść szeroko, bo pokazywały dziury w barierach stanowych. Widzimy, jak struktury świata feudalnego w czasach nowożytnych zaczynały się rozszczelniać, a jednocześnie rozpoczynał się proces tworzenia protonarodu. Tysiące spraw we wspomnianej inwentaryzacji przekroczyły możliwości pojedynczego badacza. Niemożliwe było przyjrzenie się każdej z nich szczegółowo, bo – jak pisał Fernand Braudel – aby „zbadać te zadziwiające bogactwa, kopalnie tego, co najpiękniejsze czy historyczne, nie jednego życia, lecz dwudziestu, to znaczy trzeba by dwudziestu badaczy, z których każdy poświęciłby temu całe swoje życie[…]”33. Historia zawsze pozostaje pewnym wyborem, ale wymaga od badacza poszukiwania osi dawnej rzeczywistości, nieustannego przywracania symetrii minionego życia.
Ograniczenia niesie również wciąż niedokończona digitalizacja ksiąg sądowych. Praca nad książką wymagała ode mnie wyjazdów na kwerendy do różnych archiwów państwowych w różnych miastach Polski w poszukiwaniu oryginałów ksiąg oraz śladów opisywanej inwentaryzacji. Nie wszystkie księgi są też udostępniane – z racji złego stanu lub trwającej konserwacji. Nie wszystkie dawne sygnatury oznaczone w inwentaryzacji udało się odnaleźć po przeszło siedemdziesięciu latach zmian i reform w archiwach.
Kiedy w poszukiwaniu codziennego życia analizuje się źródła archiwalne o charakterze sądowym, odnosi się wrażenie, że tego typu dokumenty są jak opis nocy, gdy szukamy dnia. Ale w przedświcie można już dostrzec zapowiedź dnia. O przebiegu i skutkach zajazdu dowiadujemy się z relacji ludzi, którzy go przeżyli, byli jego uczestnikami bądź obserwatorami, względnie – jego ofiarami. To rzutuje na odtworzenie przebiegu zajścia.
W poszukiwaniu zwykłych ludzi, społeczeństwa staropolskiego złożonego z chłopstwa, mieszczaństwa i szlachty, ludzi różnorodnych wyznań religijnych, etnosów i języków, nieustannie inspiruje nas – tak jak kiedyś zainspirował Bernta Engelmanna, autora książki My poddani. Antypodręcznik historii Niemiec – wiersz Berta Brechta Pytania czytającego robotnika:

Kto wybudował siedmiobramne Teby?
W księgach podają tylko imiona królów.
Czyżby królowie sami dźwigali głazy?
[…] W ów wieczór, gdy chiński mur był ukończony,
dokąd poszli murarze?
[…] Hiszpański Filip płakał, kiedy jego flota zatonęła.
Czy płakał ktoś jeszcze?
Fryderyk Drugi zwyciężył w wojnie siedmioletniej.
Kto oprócz niego?
Co kraj to zwycięstwo.
Kto przyrządzał uczty dla zwycięzców?
Co dziesięć lat wielki człowiek.
Kto pokrywał koszty?
Tyle przekazów.
Tyle pytań34.

Zadaniem tej książki było zasypanie czarnej dziury wiadomościami o zwyk­łych ludziach. A zarazem danie impulsu do badań. Mnóstwo ludzi i spraw zostało tu bowiem jedynie wspomnianych, stanowi niejako ujęcie słownikowe, katalogowe wypustki źródłowe pozostawione do dalszych studiów szczegółowych. Są jak iskry pochodni wrzuconej w ciemną studnię. W studnię czasu. Mam wrażenie, że przez ostatnie lata mentalnie nie wychodziłem z tej studni, a na salonach współczesności gościłem jedynie ciałem. Doświadczałem pulsu staropolskiej codzienności, życia w jej mikrospołecznościach, wśród umarłych czułem się jak antropolog Bronisław Malinowski prowadzący badania wśród rdzennych mieszkańców na Wyspach Trobrianda albo jak Jacek Olędzki, który z powodzeniem kontynuował metodę obserwacji uczestniczącej Malinowskiego w mazowieckiej wsi Murzynowo nad wiślanym brzegiem35.
Od razu dodajmy, że jako autor za wszelką cenę pragnąłem być jak najbliższej szerokiej publiczności czytelniczej i współczesności. Jako historyk i jako reprezentant największej grupy społecznej na świecie – umarłych – mam świadomość wielkiej odpowiedzialności; wiem, że jestem mostem między przeszłością a współczesnością. Ważnymi elementami szeroko pojętego życia naukowego (oprócz prac analitycznych i dydaktyki) są kontakt badacza ze społeczeństwem, promocja wiedzy oraz jej wyjaśnianie. Przez lata przygotowywania tej książki odwiedziłem z odczytami nie tylko wiele uniwersytetów w kraju i za granicą, ale również szkoły, remizy, domy ludowe, biblioteki miejskie i wiejskie, brałem udział w spotkaniach z mieszkańcami i pasjonatami historii, udzielałem wywiadów mediom oraz uczestniczyłem w szeroko pojętej kulturze popularnej. Bohate­rów niektórych historii „ożywiałem” drobnymi narracjami w social mediach, gdzie odbiorcy komentowali ich zachowanie i życie. Mnie to doświadczenie dawało siłę do dalszej pracy badawczej. We wszystkich tych przestrzeniach obecność his­toryka jest niezwykle potrzebna.
Niniejsza książka jest więc hybrydą między pracą naukową a popularną. Ale chce ciążyć – nawet bardziej, niż na to wygląda – ku nauce. Moim zamiarem jako badacza było bowiem zabrać czytelnika do swojego laboratorium, między niewidzialne próbówki i alembiki kopcące dymem reakcji historycznej i refleksji nad człowiekiem oraz człowieczeństwem. W tej książce czytelnik pozna dolę i niedolę naukowca, zobaczy jego wątpliwości, doświadczy momentów, w których przerasta go gmach czasu minionego. Zastanie go w chwilach bezradności, kiedy wypuszcza z siebie masy drobinek źródłowych, by przynajmniej w ten sposób zmniejszyć swoją frustrację.
Problem dotyczący wiadomości o zwykłych ludziach z czasów staropolskich polega na tym, że na ogół opisano ich zachowania albo słowa, kiedy działy się najważniejsze wydarzenia w ich życiu, jak ślub czy chrzest dziecka, kiedy coś przeskrobali albo kiedy ich skrzywdzono. Jak czytelnik zauważy, zgromadziłem przede wszystkim nośne casusy, materiały anegdotyczne, w których narracja naukowa zdaje się jedynie wątłym klejem, polepą między historyjkami w skali mikro. Tak jak u Jaroslava Haška możemy dostrzec społeczną historię Czech w literackim ujęciu, ledwie spojoną niemrawą, senną podróżą dobrego wojaka Szwejka. Osadzona momentami w realizmie skłaniającym się ku metafizyce i magiczności – chociaż w moim zamierzeniu na wskroś historyczna – narracja tej książki chce na każdym kroku rozsadzać granice metody i poznania naukowego. To nieco eksperymentalne podejście w historiografii, empatyczne, w którym „ciekawe opowieści” – jak wskazuje Tomasz Wiślicz przy omówieniu mikrohistorii – są wybrane przede wszystkim dla ciebie, drogi czytelniku, by wciąż przyciągać twoją uwagę niczym kolorowe kwiecie wabi pszczołę, angażować twoje emocje i twoją wyobraźnię, by pomóc ci zrozumieć naszych przodków i samego siebie36. Kwiat i owad – jedno drugiemu pozwala żyć. Z założenia zebrany materiał archiwalny, tu i tam, zdawałoby się, dopiero zapisany gęsim piórem, nie został wykorzystany przyczynkarsko, jak pstrokacizna odpustowa. Jeżeli świat nauki zmierza ku historii globalnej, tysięcznych danych, to zwrot ów próbuje nie zagubić człowieka indywidualnego w całym jego bogactwie. Jak pisze Piotr Kowalski, historia może być „opowieścią, którą badacz pieczołowicie konstruuje. Fakty są plastycznym tworzywem, które zyskują kształt i sens tylko dzięki temu, że historyk powołuje je do życia: przedstawia je, opisuje, wyjaśnia i szereguje”. Piotr Kowalski dodaje, że „narracja historyczna potrzebuje anegdot, by nadać im status zdarzenia-znaku”37. Zgromadziłem te wszystkie historie, w których widać, jak było, a nie – jak być powinno. A było przeróżnie. To gorąca, żywa i elastyczna rzeczywistość, z którą dopiero się idzie do sądu, by przygiąć ją do oczekiwanej normy. Zwykli ludzie nie umieli pisać, nie przelewali swoich myśli na papier. Przelewano je za nich i w ich imieniu. Pismo to nazwanie i utrwalenie rzeczywistości, a zatem w jakimś wymiarze władza nad drugim człowiekiem. To mogło rzutować na sposób zapisu o ludziach niepiśmiennych. Wychodzimy temu naprzeciw, dlatego mieszamy miejsce i chronologię, aż z odmętów czasu minionego wyłania się dość spójny obraz rzeczywistości. Byle tylko dostrzec zwykłego człowieka. W przenośni taki człowiek w historii to Ikar niknący gdzieś w tle obrazu przypisywanego Peterowi Brueglowi starszemu Pejzaż z upadkiem Ikara.
Chociaż w duchu mikrohistorii pracowałem przede wszystkim z materiałami sądowymi, nie miałem wątpliwości, że tak trzeba. Jako demograf historyczny wcześniej inaczej patrzyłem na ludzkie instynkty. Kiedy zgromadziłem kilka tysięcy danych o urodzeniach w konkretnej parafii, wystarczyło cofnąć ich daty o dziewięć miesięcy, by zrozumieć postawy prokreacyjne ludności. Gdy pojąłem mechanizmy ruchu naturalnego, uznałem, że akta sądowe mogą być co najmniej tak ważne jak ówczesne wspomnienia czy literatura. Może to czynnik jeszcze bardziej optymalizujący, równoważący dane statystyczne niż swoboda myśli i wypo­wiedzi literackiej czy pamiętnikarskiej? Tu rządzą schludność i rzeczowość normatywu stosowanego, ale i zapisana wypowiedź ludzi, którzy pisać sami nie umieli. Poja­wiała się jednak możliwość kombinowania, upiększania siebie i swojego postę­powania w zeznaniach. Uznałem wobec tego, że sprawy sądowe, przykre i straszne, są jak maksymalne wychylenia cieczy w wannie pędzącej na strusich nogach przez ludzki czas. Tak wy­gląda jeden z obrazów Zdzisława Beksińskiego, którego olejną kopię namalowałem niegdyś – gdy byłem sołtysem – w domu ludowym w Dziekanowicach, między mieszkańcami zgromadzonymi na zbiórkę podatku.
Wydarzenia najgorsze z możliwych – to głównie je zapisano – stanowią ranty tej pędzącej wanny. Wyobrażam sobie, że zanurzam się w głębię tej wanny, by znaleźć tak trudny do uchwycenia puls zwykłego życia zwykłych ludzi. Jak napisał Carlo Ginzburg, klasyk historii oddolnej, o swej drodze badawczej, która: „doprowadziła [go] do mikrohistorii: badania anormalnych przypadków, czytanych między wierszami”38. Ja sam zrozumiałem, że gdzieś tam w historii między ludźmi była głęboka, niewerbalna relacja, podobna do tej łączącej bohaterów filmu Między słowami Sofii Coppoli. A ja za wszelką cenę dążę do tego, by ją poznać i opisać.
Za mną, czytelniku. W lasach Woli Błędowej słychać czyjś krzyk…

 
Wesprzyj nas