„Matilde” to zaskakująca, nieodkładalna i niezapomniana opowieść o miłości, przyjaźni i stracie w czasach, gdy zubożałe i upokorzone Niemcy wstawały z kolan, a pełni nadziei i pychy niemieccy chłopcy i dziewczęta wierzyli, że świat stoi przed nimi otworem… Tymczasem on runął, a pod gruzami legło całe ich dotychczasowe życie.


Krótko przed wybuchem II wojny światowej najlepsza partia w mieście – Matilde Berg, córka majętnego bankiera z Breslau – pragnie poślubić Hansa. Działacz Hitlerjugend, syn cukiernika z okrytej złą sławą dzielnicy, nie podoba się ojcu dziewczyny. Zakochani szukają więc pomocy u gestapowca Lischki, nie dostrzegając jego nieczystych intencji.

Wkrótce Hansa porywa wojenna zawierucha, a rodzice Matilde trafiają do obozu. Pozbawiona bliskich dziewczyna będzie musiała stawić czoła dorosłości i przetrwać koszmar oblężenia Festung Breslau.

Czy jej miłość do Hansa wytrzyma próbę czasu? Czy życie ma sens, kiedy tracisz wszystko, co kochasz? Kim jest Matilde Berg i kim się stanie, żeby przeżyć?

Po wielu latach inna Matylda zada te pytania pewnemu emerytowanemu milicjantowi. Razem odkryją historię tytułowej Niemry, nieodłącznie związaną z niemieckim Breslau i polskim Wrocławiem.

***

• Jeden z najciekawszych debiutów powieściowych ostatnich lat.
– Maciej Siembieda, autor serii o Jakubie Kani oraz „Katharsis”

• Powieść, która zaskakuje. Z każdą przewróconą kartką coraz bardziej pragniesz się dowiedzieć, co dalej.
– Zofia Mąkosa, autorka serii „ Wendyjska Winnica”, „Makowa Spódnica” i „ Pomiędzy”

• Wyborny, niezwykle dojrzały debiut! Powieść, jaka nie zdarza się często. Nie można jej pominąć w swoich czytelniczych planach! Świetny styl i pasjonująca, nietuzinkowa fabuła, łącząca elementy kryminału, romansu i powieści historycznej. I ten wcale nie tak cichy bohater, którym autor uczynił niemieckie Breslau i polski Wrocław… Oto przepis na bestseller!
– Małgorzata Tinc, ladymargot.pl

• Bezkompromisowy obraz hitlerowskiej indoktrynacji i jej destrukcyjnego wpływu na młode umysły. Opowieść o kobiecie, która boleśnie zderzyła się z fikcją, jaką okazała się ideologia, która zniszczyła tak wiele istnień…
– Joanna Wolf, @nienaczytana

R.A. Olek
Matilde
Seria „Niemra”, tom 1
Wydawnictwo Książnica
Premiera: 26 lutego 2025
 
 

Przed­wo­jenne na­zwy nie­miec­kie i ich pol­skie od­po­wied­niki

Bad Po­lzin – Po­łczyn-Zdrój
Bad Re­inerz – Dusz­niki-Zdrój
Barm­he­rzige Brüder­kir­che – Ko­ściół Świę­tej Trójcy Za­konu Bo­ni­fra­trów
Beu­then – By­tom
Bie­litz – Biel­sko
Bre­slau – Wro­cław
Bruch­nal – Ja­wo­rów
Brück­tor­brücke – most nad Mły­nówką
Deutsch Lissa – Le­śnica, osie­dle Wro­cła­wia
Eu­len­ge­birge – Góry So­wie
Fün­fte­ichen – Mi­ło­szyce
Glatz – Kłodzko
Glat­zer Ne­iße – Nysa Kłodzka, rzeka
Gol­la­so­witz – Go­la­so­wice
Ha­bel­schwerdt – By­strzyca Kłodzka
Haupt­bahn­hof – Dwo­rzec Główny
Heu­scheu­er­ge­birge – Góry Sto­łowe
Hir­sch­berg – Je­le­nia Góra
Hohn­dorf – Wy­szki
Ka­iser­brücke – most Ce­sar­ski
Ka­iser-Wil­helm­straße – ul. Po­wstań­ców Ślą­skich
Kat­to­witz – Ka­to­wice
Klein Gan­dau – Gą­dów Mały, osie­dle Wro­cła­wia
Klet­sch­kau­er­straße – ul. Klecz­kow­ska
Krie­tern – Krzyki, dziel­nica Wro­cła­wia
Le­ier­dör­fel – Kar­łó­wek
Lem­berg – Lwów
Lie­gnitz – Le­gnica
Löwen­brun­nen – Lwia fon­tanna
Me­mel­land­straße – ul. Pia­stow­ska
Neu­dor­fstraße – ul. Ko­man­dor­ska
Nie­der­schle­sien – Dolny Śląsk
Oder-Stadt­teil – Przed­mie­ście Od­rzań­skie
Rie­sen­ge­birge – Kar­ko­no­sze
San­din­sel – Wy­spa Pia­skowa
Sche­it­ni­ger Stern – Gwiazda Szczyt­nicka, dziś: pl. Grun­waldzki
Schüt­zen­straße – ul. Ło­wiecka
Schwe­id­nitz – Świd­nica
Stadt­gra­ben – ul. Pod­wale
St.-The­re­sien-Gym­na­sium – Gim­na­zjum św. Te­resy
Su­de­ten – Su­dety
Süd­park – park Po­łu­dniowy
Tau­ent­zien­platz – pl. Ko­ściuszki
Te­schen – Cie­szyn
Tsche­pine – Szcze­pin, osie­dle Wro­cła­wia
War­schau – War­szawa
War­tha – Bardo
We­istritz – By­strzyca, rzeka
Zob­ten­berg – Ślęża

Pro­log
1970

Na­zy­wam się Ma­tylda Górna i je­stem mar­twa. Tak na­pi­sano na gro­bie, na który wła­śnie pa­trzę. „Zm. 17 paź­dzier­nika 1956”. Imię i na­zwi­sko – moje. Dla­tego tu­taj przy­szłam. Żeby się upew­nić. I za­pa­lić świeczkę.
Wielki paź kró­lo­wej roz­siadł się na po­mniku. Po­woli roz­kłada i składa skrzy­dła, jakby chciał mi coś po­ka­zać. Może po­wie­dzieć? Dziwne, skąd tu mo­tyl o tej po­rze roku? Prze­cież zni­kają spło­szone pierw­szym chło­dem je­sieni.
– Dzień do­bry – do­biega mnie zza ple­ców. Od­wra­cam się i wi­dzę męż­czy­znę o za­tro­ska­nych oczach. Do­strze­gam w nich py­ta­nie.
– Dzień do­bry, ja przy­pad­kiem. Prze­cho­dzi­łam i… – Za­czy­nam się tłu­ma­czyć. Nie chcę, by się do­my­ślił, że to nie jest przy­pa­dek.
– Kim pani jest? – Prze­rywa mi, jakby znał nie tylko dal­szy ciąg zda­nia, lecz także wie­dział, o czym my­śla­łam, wy­bie­ra­jąc się na ten grób. Je­dyny z ta­kim na­zwi­skiem na cmen­ta­rzu w Kłodzku.
– Dla­czego pan pyta? – Uśmie­cham się ner­wowo. On wciąż się we mnie wpa­truje. – Mó­wi­łam już, że prze­cho­dzi­łam przy­pad­kiem i za­in­te­re­so­wał mnie ten grób. Pan we Wszyst­kich Świę­tych nie czyta na­pi­sów na na­grob­kach?
– Nie – od­po­wiada. – Ja przy­cho­dzę tylko na ten je­den. – Po­ka­zuje na po­mnik, ale wciąż się we mnie wpa­truje. To krę­pu­jące, ale w ja­kiś prze­dziwny spo­sób miłe. W jego spoj­rze­niu nie ma na­tar­czy­wo­ści, ra­czej zdzi­wie­nie. Jakby chciał się upew­nić, czy do­brze wi­dzi.
Znów spo­glą­dam na po­mnik. Paź kró­lo­wej gdzieś znik­nął.
– „Po­kój jej du­szy” – czy­tam. – Ład­nie. My­śli pan, że ma po­kój? Ta Ma­tylda?
Męż­czy­zna wzdryga się i od­wraca wzrok. Po­chyla się, żeby po­sta­wić znicz. Wieje dziś ja­koś tak nie­przy­jem­nie, li­ście lecą na grób. Pod­nosi je­den i ob­raca w pal­cach. Chowa go za pa­zu­chę i sięga do kie­szeni płasz­cza po pa­pie­rosy. Czę­stuje mnie bez słowa, ale kręcę głową, że dzię­kuję. Od­pala jed­nego, za­ciąga się.
– Mogę pa­nią za­pro­sić na kawę?
– Dla­czego? – py­tam za­sko­czona.
Męż­czy­zna jest ode mnie dużo star­szy, szpa­ko­waty. Trzyma się pro­sto. Bez trudu po­chy­lał się nad płytą. Pew­nie ro­bił to wiele razy, co­dzien­nie, bez naj­mniej­szego wy­siłku. Przy­stojny, ale prze­cież mógłby być moim oj­cem. Tylko te oczy, młod­sze niż twarz.
– Chcę pani o kimś opo­wie­dzieć – mówi, wy­pusz­cza­jąc ob­łok dymu.
– O niej? – py­tam, wska­zu­jąc na grób.
Po­ta­kuje i znowu się za­ciąga.
– A w za­mian pani po­wie mi, kim jest i co pani tu robi.
Udaję, że się za­sta­na­wiam, ale prze­cież tego wła­śnie chcia­łam. Przy­szłam tu po od­po­wie­dzi.
– Do­brze – mó­wię. – Cho­ciaż nie co dzień uma­wiam się na kawę z nie­zna­jo­mymi. W za­sa­dzie ni­gdy.
Za­ciąga się ostatni raz. Wi­dzę, jak drżą palce, któ­rymi trzyma pa­pie­rosa. To nie z po­wodu zimna, je­stem pewna.
Idziemy ra­mię w ra­mię alejką do bramy cmen­ta­rza. On pach­nie ty­to­niem, wodą ko­loń­ską i czymś jesz­cze, bar­dzo od­le­głym. Dłuż­szą chwilę pró­buję to roz­po­znać, wresz­cie do mnie do­ciera. To za­pach mo­rza – fal, pia­sku i pół­noc­nego wia­tru.
Przy bra­mie że­gnają nas buki, ma­cha­jąc na wie­trze go­łymi ra­mio­nami. Ty­siące ogni­ków chwieje się w gę­stym od mgły po­wie­trzu.
– Nie za­pa­lił pan świeczki – ni to py­tam, ni za­uwa­żam.
– Nie mu­szę. – Uśmie­cha się, pierw­szy raz. – Ona wie, że pa­mię­tam.

***

Po­rucz­nik Le­sław Ja­siń­ski by­wał w Kłodzku rzadko, za to re­gu­lar­nie. Raz w roku lu­bił od­wie­dzić stare kąty, przejść się po rynku i placu Grot­t­gera. Wpa­dał do ko­mendy mi­li­cji przy placu Cho­pina, gdzie za­czy­nał ka­rierę jesz­cze w la­tach pięć­dzie­sią­tych. Urze­kły go wtedy nie­od­le­głe góry, po­nie­miec­kie ka­mie­nice i ulotny za­pach wspo­mnień po daw­nym uroku mia­steczka.
Dla­czego przy­jeż­dżał na Dolny Śląsk za­wsze u progu je­sieni? Mó­wił, że lubi spo­kój, ci­szę i li­ście opa­da­jące pod cię­ża­rem sią­pią­cego desz­czu. Zna­jomi z Gdyni, gdzie miesz­kał i pra­co­wał, pu­kali się w czoło. Ale on, kiedy tylko mógł, brał urlop w Za­duszki.
– Pan znowu u nas – po­wie­działa pani He­lenka, re­cep­cjo­nistka w ho­telu Asto­ria. Jej trwała on­du­la­cja była sym­bo­lem mia­sta pra­wie na równi z Twier­dzą Kłodzko, a dla by­wal­ców Asto­rii na­wet więk­szym.
„Pewne rze­czy się nie zmie­niają” – po­my­ślał Ja­siń­ski.
– Je­sień, pani He­lenko. Jak co roku to mój czas na Kłodzko – od­parł.
– Po­kój ten sam co za­wsze?
– Tak, po­pro­szę.
– Który to już bę­dzie raz?
– Trzy­na­sty chyba, zresztą kto to zli­czy.
– Oj, to pe­chowy? Nie szkoda panu urlopu na Kłodzko?
Nie od­po­wie­dział od razu. Tak na­prawdę przy­jeż­dżał do Kłodzka na cmen­tarz. To tam by­wał, naj­czę­ściej z koń­cem paź­dzier­nika, za­nim jesz­cze groby roz­świe­tlił blask ty­sięcy ogni­ków.
– Lu­bię za­pach tego mia­sta, spa­cery przez most Że­la­zny, na ry­nek i do twier­dzy. – Za­pa­trzył się w nie­wi­dzialny punkt w prze­szło­ści. – I re­stau­ra­cję Pod Pstrą­giem. Nie ma pani cza­sem wra­że­nia, że ten lo­kal trwa w tym sa­mym miej­scu nie­za­leż­nie od ka­pry­sów rzeki? Tyle razy wy­le­wała, a pły­nie prze­cież pra­wie pod pod­łogą.
– Z pana jest po­eta. – He­lenka po­ki­wała głową. – A że Nysa ka­pry­śna, to ra­cja. Kaśka spod Pstrąga mówi, że co chwila im ele­wa­cję pod­mywa. I grzyb włazi.
– Wi­dzi pani? A trwają, na prze­kór rzece.
– I po to pan przy­jeż­dża, pa­trzeć na Nysę? Je­dzie mi tu czołg? – He­lenka od­chy­liła po­wiekę ob­fi­cie wy­sma­ro­waną tu­szem.
– Taki tyci, tyci może je­dzie – dro­czył się Ja­siń­ski. – Do­bra­noc, pani He­lenko. – Wziął klucz, za­mknął się w po­koju i za­raz za­snął.
Przy­śniło mu się, że prze­cha­dza się po cmen­tar­nych alej­kach tą samą trasą co za­wsze i idzie do za­po­mnia­nej kwa­tery z na­pi­sem „Po­kój jej du­szy”. Siada przy niej, za­pala znicz i my­śli.
Nie­raz za­sta­na­wiał się, co tam robi. Dla­czego przez tyle lat nie może za­po­mnieć wy­da­rzeń z paź­dzier­nika pięć­dzie­sią­tego szó­stego, kiedy w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach zgi­nęła je­dyna osoba, którą ko­chał.
„Zo­stała za­mor­do­wana” – po­pra­wiał się cza­sem, w my­ślach od­czy­tu­jąc co roku datę jej śmierci. Nie żyła, o czym za każ­dym ra­zem mu­siał so­bie przy­po­mi­nać, pa­ląc pa­pie­rosa za pa­pie­ro­sem nad jej gro­bem. Ni­gdy nie po­znał wszyst­kich oko­licz­no­ści tej bez­sen­sow­nej śmierci. Wie­dział tylko, że wtedy, w pięć­dzie­sią­tym szó­stym, świat się dla niego skoń­czył. Pa­mięt­nego sie­dem­na­stego paź­dzier­nika.
– Stało się, ode­szła – po­wie­dział na głos i się obu­dził, zlany po­tem i ro­ze­dr­gany. Nie da­wało mu spo­koju uczu­cie, że to, co po­wie­dział, nie jest prawdą. Pierw­szy raz od lat za­pra­gnął wró­cić do tam­tej sprawy.
Ubrał się po­spiesz­nie i zszedł na śnia­da­nie. Było krótko po szó­stej, jesz­cze ciemno. Zła­pał ka­wa­łek bułki z dże­mem, po­pił kawą zbo­żową i szybko wy­szedł z ho­telu, żeby nie spo­tkać wścib­skiej He­lenki.
Jak na ko­niec paź­dzier­nika po­goda wy­jąt­kowo do­pi­sy­wała. Nie pa­dało, a słońce zda­wało się że­gnać lato ostat­nimi pro­mie­niami cie­pła. Ze względu na aurę Ja­siń­ski spo­dzie­wał się wię­cej od­wie­dza­ją­cych niż zwy­kle. Za­sko­czyły go ci­sza i pustki na za­cie­nio­nych alej­kach. Prze­spa­ce­ro­wał się swoją zwy­cza­jową trasą, zdzi­wiony, jak nie­wiele się tu zmie­niło od ze­szłego roku. Nie­które miej­sca wy­glą­dały tak samo od trzy­na­stu lat. Jakby nikt już nie umie­rał. Tylko drzewa sią sta­rzały. I wspo­mnie­nia. Do­tarł na „swój” grób.
„Dziwna ta je­sień, nie­ty­powa” – po­my­ślał, za­pa­la­jąc znicz. Jakby na po­twier­dze­nie jego prze­czuć, nie­da­leko roz­legł się od­głos kro­ków.
Ja­siń­ski skrzy­wił się po­iry­to­wany, że ktoś za­kłó­cił mu chwilę kon­tem­pla­cji. Zga­sił pa­pie­rosa i od­szedł od grobu. Chciał się upew­nić, czy jego świeczka nie znik­nie. Zda­rzało się już przed Za­dusz­kami, że kra­dziono po­je­dyn­cze zni­cze. Sta­nął na rogu alejki za ży­wo­pło­tem i na­słu­chi­wał.
Ktoś zbli­żał się w nie­rów­nym tem­pie, za­trzy­my­wał się, po czym na prze­mian szedł i biegł.
„Ja­kiś rap­tus” – po­my­ślał Ja­siń­ski. „Kto biega po cmen­ta­rzu. Zło­dziej?”
Wyj­rzał ostroż­nie zza krza­ków, aku­rat kiedy ta osoba za­trzy­mała się przy gro­bie. „Jego” gro­bie, pod­pi­sa­nym Ma­tylda Górna, ur. 10 lu­tego 1923, zm. 17 paź­dzier­nika 1956.
Nie­spo­dzie­wany gość nie był zło­dzie­jem. Ja­siń­ski oce­nił z kil­ku­dzie­się­ciu me­trów: dziew­czyna, lat około dwu­dzie­stu pię­ciu, ubrana mło­dzie­żowo w spodnie dzwony i kurtkę parkę. Włosy dłu­gie, ja­sny blond. Tyle za­no­to­wał w pa­mięci. Od­szedł za­wsty­dzony. Za­pewne przy­pad­kowa osoba, która za­in­te­re­so­wała się na­pi­sem na gro­bie.
Na­za­jutrz, obok swo­jego zni­cza, zna­lazł świeczkę.
Każ­dego na­stęp­nego dnia zja­wiał się na cmen­ta­rzu o tej sa­mej po­rze, krótko przed wie­czo­rem. Świeczka od ta­jem­ni­czego go­ścia już stała. Co­dzien­nie nowa. Ja­siń­ski za­pa­lał swoją. Rano za­pewne ta­jem­ni­cza nie­zna­joma znaj­do­wała ją wy­pa­loną i zo­sta­wiała na­stępną. Taka roz­mowa zni­czy trwała pra­wie ty­dzień.
Ja­siń­ski nie chciał spo­tka­nia z dziew­czyną. Za­sta­na­wiał się nad wcze­śniej­szym wy­jaz­dem, za­prze­sta­niem od­wie­dzin, za­koń­cze­niem tej hi­sto­rii, która prze­cież już dawno była za­mknięta. Pierw­szego li­sto­pada nie przy­szedł na grób, li­cząc, że ona od­wie­dzi go wtedy po raz ostatni. Dru­giego, za­raz po śnia­da­niu, spa­ko­wał swoje rze­czy i po­szedł na cmen­tarz. Szyb­kim kro­kiem prze­mie­rzył alejki do sta­rej kwa­tery z za­mia­rem po­że­gna­nia się z Ma­tyldą.
Dziew­czyna już tam była. Stała nad gro­bem, wpa­tru­jąc się w wy­pa­lony znicz i swoją świeczkę. Po­czuł, że robi mu się go­rąco na myśl, że ktoś oprócz niego czyta te same li­tery i daty, tak bar­dzo na­zna­czone smut­kiem.
– Dzień do­bry – ode­zwał się gło­śno.
Od­wró­ciła się i spoj­rzała na niego. Ta twarz, tak zna­joma, a jed­nak inna. Za­marł. Od­po­wie­działa coś, ale nie usły­szał co.
Wy­star­czył mu dźwięk głosu.

***

Przy­kle­jony do twier­dzy kłodzki ry­nek nie jest duży, ale ma wiele uroku. Za­nim prze­to­czyły się przez niego wo­jenne za­wie­ru­chy, go­ścili tu żoł­nie­rze i ofi­ce­ro­wie pru­skiego gar­ni­zonu. Przy­cho­dzili do Café Moltke, flir­to­wali z da­mami przy fon­tan­nie Löwen­brun­nen albo szu­kali płat­nego to­wa­rzy­stwa w oko­li­cach Brück­tor­brücke.
W tam­tych cza­sach wy­da­wało się, że Glatz bę­dzie taki za­wsze, ale hi­sto­ria jak rzeka zmie­niła bieg pod wpły­wem dzie­jo­wej po­wo­dzi. Twier­dza opu­sto­szała, a gwar niem­czy­zny za­stą­piło pol­skie sze­lesz­cze­nie. Ka­mie­nice, od­dane prze­sie­dleń­com ze wschodu, gu­biły tynk i dawny szyk. Sklepy, ka­wiar­nie i re­stau­ra­cje opu­sto­szały. Tylko Ra­tu­szowa trzy­mała fa­son, od­wie­dzana przez miej­sco­wych no­ta­bli no­wej Pol­ski i nie­licz­nych tu­ry­stów.
„Ta­kie to nie­dzi­siej­sze, bur­żuj­skie” – po­my­ślała Ma­tylda, pod­no­sząc do ust fi­li­żankę kawy.
Sie­działa z nie­zna­jo­mym, wdy­cha­jąc aro­maty pod­wie­czorku zmie­szane z wil­got­nym za­pa­chem sta­rych płasz­czy. Nie czuła się do­brze w ta­kim miej­scu, ale on je wy­brał i nie wy­pa­dało od­mó­wić. Mi­ster­nie wy­ko­nane na­czynko, wy­ma­lo­wane w mo­tyle, le­dwo można było zła­pać za uszko. Po­my­ślała, że fi­li­żanki, z któ­rych piją, mogą pa­mię­tać jesz­cze ko­men­danta twier­dzy albo przed­wo­jen­nych wła­ści­cieli ka­mie­nic do­koła rynku.
– Sma­kuje pani? – za­py­tał.
– Nie bar­dzo – od­parła szcze­rze. – Nie lu­bię kawy. Tam, gdzie się wy­cho­wa­łam, była okropna.
– Och, trzeba było po­wie­dzieć. Za­mó­wił­bym her­batę. – Od­wró­cił się, żeby we­zwać ob­sługę.
– Nie ma pro­blemu. Spró­buję, skoro już je­stem w ta­kim miej­scu. – Uśmiech­nęła się prze­pra­sza­jąco. – Jest inna niż tam, pew­nie lep­sza. Tylko wspo­mnie­nie spra­wia, że nie po­tra­fię do­ce­nić smaku.
– A skąd pani po­cho­dzi?
– Po­wiem, je­śli pan się wresz­cie przed­stawi. – Spoj­rzała na niego znad fi­li­żanki.
– Och, prze­pra­szam. W tym za­mie­sza­niu za­po­mnia­łem. – Ner­wo­wym ge­stem po­pra­wił man­kiet, za­kło­po­tany jej ba­daw­czym spoj­rze­niem.
– Nie było żad­nego za­mie­sza­nia – po­wie­działa Ma­tylda. – Spo­tka­li­śmy się prze­cież na cmen­ta­rzu. Trudno o bar­dziej spo­kojne miej­sce.
– To za­leży… – Męż­czy­zna się za­my­ślił, ale po chwili wy­cią­gnął dłoń. – Le­sław Ja­siń­ski.
– Ma­tylda Górna. – Gdy od­da­wała uścisk, po­czuła, że za­drżał. – Co się stało?
– Nic. – Cof­nął gwał­tow­nie rękę, trą­ca­jąc fi­li­żankę. Kawa się roz­lała, na­czy­nie spa­dło na pod­łogę i roz­biło się z brzę­kiem.
– Wszystko w po­rządku, pa­nie po­rucz­niku? – za­py­tała zza kon­tu­aru kor­pu­lentna kel­nerka.
– Tak – od­parł. – To zna­czy nie, pani Lo­dziu. Zbi­łem fi­li­żankę, prze­pra­szam.
– Nic się nie stało, pa­nie Leszku. – Kel­nerka po­de­szła ze ścierką i za­brała się do wy­cie­ra­nia plamy.
– Po­skle­jam, obie­cuję.
– Który to już raz, pa­nie po­rucz­niku? – Mru­gnęła do niego i wró­ciła do pu­co­wa­nia kie­lisz­ków. – Do­brze, że pija pan w fi­li­żan­kach tylko z tego kom­pletu.
Ostat­nią uwagę po­mi­nął mil­cze­niem. Wró­cił my­ślami do mło­dej to­wa­rzyszki. Wpa­try­wał się w nią i nie­znacz­nie marsz­czył brwi, jakby się za­sta­na­wiał, z kim ma do czy­nie­nia.
– Pani imię – wy­du­sił wresz­cie. – Na­zywa się pani tak samo jak ona. – Ostat­nie słowo wy­po­wie­dział z drże­niem, w któ­rym dziew­czyna usły­szała czu­łość. I ból.
– Wła­śnie – od­parła. – Miał mi pan o niej opo­wie­dzieć.
– Chęt­nie, ale naj­pierw chciał­bym po­słu­chać, jak pani tra­fiła na ten grób. – Z nie­słab­ną­cym zdu­mie­niem przy­glą­dał się jej twa­rzy. Była taka po­dobna, że wy­da­wało mu się, jakby roz­ma­wiał z tamtą Ma­tyldą, któ­rej grób od­wie­dzał od tylu lat. – Bo prze­cież nie od­kryła go pani przy­pad­kiem, prawda?
– Prawda, ale to bar­dzo długa hi­sto­ria. – Dziew­czyna spoj­rzała na ze­ga­rek. – I nie wiem, od czego za­cząć.
– Może naj­pro­ściej, od po­czątku.
– Tak chyba bę­dzie naj­le­piej – zgo­dziła się. Za­wie­siła wzrok na po­nie­miec­kiej fi­li­żance Ja­siń­skiego z ini­cja­łami gra­we­ro­wa­nymi szwa­ba­chą: H.K.B. – Oba­wiam się tylko – spoj­rzała na niego nie­pew­nie – że znamy różne wer­sje tej hi­sto­rii. A czy w ogóle do­trzemy do prawdy?
– Ona z pew­no­ścią gdzieś tu jest – po­wie­dział mi­li­cjant. – Za­klęta w przed­mio­tach i w pa­mięci tych stron. Ra­zem mo­żemy ją od­kryć.
– Albo cho­ciaż spró­bo­wać – zgo­dziła się Ma­tylda.

 
Wesprzyj nas