Fundamenty Zachodu to nie tylko dorobek kulturowy starożytnej Grecji i Rzymu. To cztery tysiące lat odkryć, globalnych kontaktów i rozwoju społeczności. W tej przełomowej książce Josephine Quinn pokazuje, że nasz świat został ukształtowany nie przez odizolowane cywilizacje, ale przez stulecia kontaktów między ludźmi. To całkowicie nowe i świeże spojrzenie na historię.
Dzieje dynamicznych relacji między społecznościami w ciągu czterech tysięcy lat.
Fundamentem Zachodu są idee i wartości zrodzone w starożytnej Grecji i Rzymie, które zniknęły z Europy w „wiekach ciemnych” i zostały odkryte na nowo w okresie renesansu. A jeśli to tylko część prawdy?
W tej śmiałej pracy Josephine Quinn przekonuje, że prawdziwa historia Zachodu jest znacznie bogatsza, niż każe nam wierzyć ten ugruntowany paradygmat. Spora część naszych wspólnych dziejów została zapomniana, zagłuszona przez powstałą w epoce wiktoriańskiej koncepcję odrębnych, zamkniętych w sobie „cywilizacji”.
Prowadząc nas od epoki brązu do epoki wielkich odkryć geograficznych, Josephine Quinn snuje w tej książce opowieść o tysiącleciach globalnych kontaktów i wymiany, które ukształtowały to, co dziś nazywa się Zachodem. Prowadząc nas od wynalezienia alfabetu przez lewantyńskich robotników w Egipcie po dotarcie indyjskich cyfr do Europy za pośrednictwem świata arabskiego, Quinn dowodzi, że rozpatrywanie społeczeństw w izolacji jest nie tylko przestarzałe, ale i błędne. Że motorem dziejów nie są odosobnione „cywilizacje”, ale kontakty i powiązania między ludźmi i społecznościami.
Książka roku według „The Times” i „The Sunday Times”, „Observera”, „The Economist”, „Guardiana”, „BBC History” oraz „History Today”.
Jak świat stworzył Zachód. Cztery tysiące lat historii
Przekład: Norbert Radomski
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 12 listopada 2025
„Nasza cywilizacja to ogromny gobelin spleciony z najrozmaitszych elementów, w którym nordycka zachłanność sąsiaduje z rzymskim prawem, a nowe burżuazyjne konwenanse z reliktami syryjskiej religii. W takiej tkaninie nie ma sensu szukać nitki, która pozostała czysta, dziewicza i wolna od wpływu innych, pobliskich nici”.
James Joyce, Ireland, Island of Saints and Sages, 1907
Uwagi wstępne
W książce dotyczącej tak wielu ludów i miejsc, języków i systemów pisma spójność konwencji zapisu jest nieosiągalna. Starałam się unikać niepotrzebnego zamieszania i często używam nazw raczej znajomych niż ściśle poprawnych; z góry przepraszam tych, którzy wiedzą lepiej. Wolę też określać ludy przez ich geograficzne pochodzenie niż domniemaną przynależność etniczną, często konstruowaną zresztą przez ich sąsiadów lub nawet współczesnych historyków, i dla klarowności wolę konkrety od abstrakcji, a więc na przykład „Azję Zachodnią” od „Bliskiego Wschodu”. Używam skrótów „p.n.e.” i „n.e.”, a nie „przed Chr.” i „po Chr.”, gdyż tak mnie nauczono i z przyzwyczajenia, a także aby uniknąć stronniczego określenia anno Domini; twierdzę zarazem, że ten system notacji nie odwołuje się do faktycznie „naszej”, ale do „chrześcijańskiej” ery. Piszę wielką literą „Zachód”, „Wschód”, „Północ” i „Południe”, kiedy mam na myśli koncepcje, a nie strony świata. Przekłady, jeśli nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa.
Wprowadzenie
Co roku w listopadzie siadam na sofie w swoim uczelnianym gabinecie, żeby przejrzeć tegoroczną porcję podań na studia, i czytam tę samą rzecz ujętą niemal dokładnie w te same słowa: „Chcę studiować świat antyku, bo Grecja i Rzym są korzeniami zachodniej cywilizacji”.
Rozumiem, dlaczego niektórzy z moich przyszłych studentów tak właśnie to widzą. Szacowne źródła od Encyclopedia Britannica po Wikipedię opisują rozwój jedynej w swoim rodzaju, specyficznie zachodniej kultury zbudowanej na ideach i wartościach Grecji i Rzymu, straconych dla Europy podczas „wieków ciemnych”, ale odkrytych ponownie przez renesans. Niekiedy opowieść ta obejmuje także krainy i teksty biblijne, ale inne starożytne „cywilizacje”, jeśli w ogóle zostały wspomniane, to tylko jako wyparte przez świat klasyczny w niepowstrzymanym marszu historii i kultury na zachód.
Poprzednicy Greków i Rzymian mogą być ciekawi – a nawet godni podziwu – ale nie są „nasi”. Wszelkie ich dokonania zostały usunięte w cień przez wkład Grecji i Rzymu, którym przypisuje się wszystko, co dobre, od filozofii i demokracji po teatr i beton. Sąsiedzi Greków i Rzymian są kompletnie ignorowani, podobnie jak późniejsze kontakty między zachodnimi Europejczykami a ludami żyjącymi na północ, południe i wschód od nich.
Moglibyście sądzić, że jako profesor historii klasycznej zgodzę się z tym. Studia nad światem grecko-rzymskim dają mi wiele satysfakcji, a przypisane Grekom i Rzymianom miejsce w sercu idei „Zachodu” jest jednym z powodów, dla których moja dziedzina wciąż istnieje. Jednak trzy dekady nauczania i badań przekonały mnie, że narracja skupiona wyłącznie na Grecji i Rzymie zubaża nasz obraz przeszłości, a także nasze rozumienie świata, w którym żyjemy. Prawdziwa historia tego, co dziś nazywamy Zachodem, jest znacznie szersza i bardziej interesująca.
Po pierwsze, Grecy i Rzymianie mieli własną historię, sięgającą korzeniami innych miejsc i starszych ludów, a większość swoich idei i dokonań technicznych przejęli skądinąd: zbiory praw i literaturę z Mezopotamii, kamienną rzeźbę z Egiptu, irygację z Asyrii, a alfabet z Lewantu. Byli tego świadomi i szczycili się tym.
Grecy wiedzieli też doskonale, że dzielą region śródziemnomorski z innymi – z Kartagińczykami i Etruskami, Iberami oraz Izraelitami – i że żyją obok potężniejszych imperiów na wschodzie. Ich legendy łączą greckich herosów z królowymi, królami i bogami obcych krain, zarówno rzeczywistych, jak i wyimaginowanych: Fenicjan, Frygów, Amazonek. Założycielski mit Rzymu natomiast czynił to miasto azylem dla zbiegów, rzymski poeta Katullus mógł zaś sobie wyobrażać, że podróżuje z przyjaciółmi do Indii, Arabii, Partii, Egiptu, a nawet do „Brytów na krańcu świata”1.
Po drugie, Grecy i Rzymianie w niewielkiej mierze wyznawali to, co dziś nazywamy zachodnimi wartościami. Prawdę mówiąc, znaczną część tego, co w oczach tych starożytnych uchodziło za naturalne, my uznalibyśmy za dziwne lub wręcz niedopuszczalne. Ateńczycy praktykowali demokrację dla mężczyzn, którzy sławili uwodzenie chłopców, podczas gdy ich kobiety wiodły cichy żywot w ukryciu. Rzymianie masowo korzystali z pracy niewolników, a dla rozrywki oglądali publiczne egzekucje.
I wreszcie nie ma żadnego wyraźnego powiązania między starożytnymi Grekami i Rzymianami a nowożytnym „Zachodem”: narodowymi państwami zachodniej Europy oraz ich osadniczymi koloniami za oceanem. Stolica imperium rzymskiego przeniosła się w połowie pierwszego tysiąclecia n.e. do Konstantynopola i pozostała tam na ponad tysiąc lat. Muzułmanie tymczasem połączyli wiedzę Greków z nauką Persji, Indii i Azji Środkowej, rozprowadzając nowe wynalazki po Afryce, Arabii i Oceanie Indyjskim, podczas gdy żeglarze na północnych morzach i jeźdźcy na Wielkim Stepie transportowali towary i idee z Chin do Irlandii.
Taki rozległy świat rozciągający się od Pacyfiku po Atlantyk młode narody zachodniej Europy odziedziczyły w XV w. n.e., gdy wyruszały ku nowemu. Te tysiąclecia interakcji jednak w dużej mierze zostały zapomniane, zagłuszone przez idee powstałe w epoce wiktoriańskiej, które podzieliły świat na „cywilizacje”, odrębne i często sobie wrogie.
Zamierzam opowiedzieć odmienną historię – taką, która nie rozpoczyna się w grecko-rzymskim Śródziemnomorzu i po wiekach odradza w renesansowych Włoszech, ale śledzi powiązania, które od epoki brązu po epokę wielkich odkryć geograficznych tworzyły to, co dziś nazywamy Zachodem, kiedy społeczności spotykały się, mieszały ze sobą, a czasem rozdzielały. Mówiąc ogólniej, chcę dowieść, że to wzajemne kontakty, a nie cywilizacje, są motorem dziejów.
Cywilizacje są dziś tak powszechnym sposobem postrzegania świata, że mogą się wydawać prawem natury, uniwersalnym modelem organizacji społeczeństw ludzkich. W rzeczywistości są stosunkowo niedawnym europejskim wymysłem, częścią zjawiska, które nazywam „optyką cywilizacyjną”.
Jeszcze w XVIII wieku biblijna tradycja mówiąca, że cały świat został zaludniony po potopie przez synów Noego, sprzyjała inkluzywnemu podejściu do przeszłości: wszystkich ludzi łączyło wspólne pochodzenie i wszyscy należeli do jednej rodziny2. „Odkrycie” Nowego Świata i pojawienie się chrześcijańskich misjonarzy na całym globie zaowocowało fascynującymi opowieściami o nowych ludach, które należało sumiennie wpasować w ten biblijny schemat3.
Cywilizacja wyłoniła się w dwóch fazach: w liczbie pojedynczej i mnogiej. Kiedy rzeczownika tego użyto po raz pierwszy we Francji w latach pięćdziesiątych XVIII wieku, oznaczał on abstrakcyjną koncepcję społeczeństwa na wyższym szczeblu rozwoju4. Od lat sześćdziesiątych tegoż stulecia jej orędownikami stali się szkoccy filozofowie, którzy nakreślili standardowy szlak ewolucji prowadzącej do tego pełnego urzeczywistnienia potencjału ludzkiego, od łowców, poprzez pasterzy i rolników, po kupców i przemysłowców5. Jak wyjaśniał później brytyjski liberał John Stuart Mill, miarą postępu ku tak rozumianej cywilizacji było powstanie rolnictwa, miast, przemysłu, techniki i handlu:
Jakiekolwiek byłyby cechy tego, co nazywamy dzikością, ich przeciwieństwo, a raczej cechy, jakich społeczeństwo nabiera, kiedy odrzuca tamte, stanowi cywilizację. I tak dzikie plemię składa się z garstki jednostek, wędrujących albo rozproszonych z rzadka na rozległej połaci terenu: gęstą populację więc, zamieszkującą stałe siedziby i skupioną w dużej mierze w miastach i wioskach, określamy mianem cywilizowanej. W stanie dzikości nie ma albo prawie nie ma handlu, manufaktur, rolnictwa: kraj bogaty w owoce rolnictwa, handlu i manufaktur nazywamy cywilizowanym6.
Tak rozumiana cywilizacja w liczbie pojedynczej była teoretycznie stanem, do którego każda społeczność ludzka mogła aspirować przy odpowiednich staraniach i edukacji, a wszystkie ludzkie społeczeństwa można było uszeregować na podstawie ich sukcesów na tym froncie1. W praktyce standard wyznaczała zachodnia Europa. „Elementy te”, wyjaśnia Mill, „są obecne w nowożytnej Europie, a zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, w znacznie większej mierze i szybciej się rozwijają niż gdziekolwiek czy kiedykolwiek indziej”7.
To abstrakcyjne pojęcie cywilizacji zapewniło też cenne wsparcie zachodnioeuropejskiemu imperializmowi8. Mill, który przez ponad trzydzieści lat pracował dla Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, uważał, że cywilizowane społeczeństwa zasłużyły na prawo do wolności i suwerenności, które nie było udziałem społeczeństw mniej rozwiniętych9. Miały one obowiązek pomagać innym w ich własnej podróży tą samą drogą, ale, jak ujął to w roku 1859: „Despotyzm jest uprawnioną metodą rządzenia barbarzyńcami, byleby miał na celu polepszenie ich losu”10.
Jeszcze w XIX wieku nie było „cywilizacji” w liczbie mnogiej, a tylko „cywilizacja”, i poglądy Milla stanowią zwieńczenie tej pierwszej fazy optyki cywilizacyjnej. Jeśli cywilizacja była dla niego czymś podzielnym, to tylko do pewnego stopnia. Jednak w czasach, w których tworzył, oświeceniowy uniwersalizm oraz idea nieustannego postępu dziejowego ustępowały już miejsca partykularyzmowi i relatywizmowi kulturowemu. Niektórzy uczeni zaczynali używać formy mnogiej, „cywilizacje”, w znaczeniu określonych grup ludzkich żyjących w konkretnych miejscach, z własną odrębną historią i trwałym charakterem, w obrębie których rozwój był procesem wewnętrznym i samorodnym.
W 1828 roku francuski historyk i polityk François Guizot wygłosił na Sorbonie cykl wykładów „Dzieje cywilizacji europejskiej”. W pierwszym omawiał on „cywilizację powszechną rodu ludzkiego”11. W drugim jednak zwrócił się ku „cywilizacjom” – poszczególnym przejawom tej powszechnej cywilizacji, zwłaszcza ku tym, które poprzedzały cywilizację „europejską”, będącą głównym obiektem jego zainteresowania: między innymi Hindusom, Etruskom, Rzymianom i Grekom.
Miały one już wyraźnie zarysowane charaktery: „Rzuciwszy okiem na cywilizacje, które poprzedziły cywilizację europejską nowszą”, mówi Guizot, „uderza natychmiast pewna jedność, która tam panuje. Zdaje się, iż one wypłynęły z jednego faktum, z jednej idei […], która nią władała i z której wypłynęły instytucje, obyczaje, wyobrażenia religijne, słowem cały rozwój”12. W Egipcie na przykład była to teokracja, w Fenicji zaś handel.
Skierowało je to na inne drogi niż „z gruntu europejską” cywilizację czasów Guizota, wspólną dla Anglii, Francji, Niemiec i Hiszpanii, której cechami szczególnymi były różnorodność i wolność: „Gdy w innych cywilizacjach wyłączne panowanie […] jednej zasady, jednej formy było powodem tyranii, w nowszej Europie rozmaitość żywiołów porządku społecznego, niemożność ich wyłączenia się wzajemnego zrodziły swobodę”132. Tymi rozmaitymi żywiołami były, według Guizota, Kościół chrześcijański, Rzymianie oraz „nieokrzesani barbarzyńcy germańscy”, którzy przyszli po nich.
Ilustruje to kolejny aspekt europejskiej optyki cywilizacyjnej: poszukiwanie lokalnych przodków kulturowych. Niektórzy, jak Guizot, spoglądali ku Germanom, Rzymowi i Kościołowi. Inni, na fali europejskiego „filhellenizmu” wspierającego grecką wojnę o niepodległość przeciwko Turcji osmańskiej (1821–1830), widzieli w tej roli Greków. Przykładem tego podejścia jest zaskakujące stwierdzenie wysunięte w 1846 roku przez samego Johna Stuarta Milla, że zwycięstwo Ateńczyków nad Persami pod Maratonem było jednym z najważniejszych wydarzeń w dziejach… Anglii:
Prawdziwymi przodkami narodów Europy nie są (jak się słusznie mawia) ci, z których krwi wyrosły, ale ci, od których wzięły najbogatszą część swego dziedzictwa. Bitwa pod Maratonem, nawet z perspektywy angielskiej historii, jest ważniejsza niż bitwa pod Hastings. Gdyby wynik tamtego dnia był odmienny, Brytowie i Sasi być może wciąż wędrowaliby po lasach14.
Bez względu na preferowane wzorce historyczne dziewiętnastowieczni intelektualiści europejscy coraz bardziej skupiali się raczej na cywilizacjach niż na cywilizacji i raczej na identyfikowaniu oraz hierarchizowaniu cech kulturowych właściwych poszczególnym społeczeństwom niż na ich postępach na drodze ku wspólnemu ideałowi człowieczeństwa. Kultury w takim ujęciu były nie tylko odseparowane od siebie, ale i miały naturalne limity swego rozwoju. Z czasem pomogło to usprawiedliwić bardziej brutalne formy imperialnych rządów nad ludami postrzeganymi już wtedy jako z gruntu odmienne i gorsze15. Imperium nie miało odtąd naturalnego końca.
Dostrzeganie różnic między poszczególnymi ludami nie było, rzecz jasna, niczym nowym, podobnie jak radosne odkrycie, że charakter własnego plemienia okazuje się obiektywnie najbardziej atrakcyjny. Nowością było jednak konstruowanie ogólnej klasyfikacji ludzkich kultur. Sprzyjała temu inna popularna koncepcja, która pojawiła się mniej więcej w tym samym czasie: że ludzi można podzielić na „rasy”, różniące się pod względem naturalnych uzdolnień i inteligencji, których ewolucję zdeterminowały – albo ograniczyły – owe wrodzone biologiczne cechy16. Rasy te szeregowano następnie w rozmaite systemy oparte na kolorze skóry, które lokowały na samym dole Australijczyków, po nich natomiast, w tej kolejności, Afrykanów i mieszkańców Azji Wschodniej, na szczycie zaś Europejczyków.
Idea cywilizacji europejskiej bywała mimo wszystko problematyczna. Wielu europejskich osadników w młodych Stanach Zjednoczonych widziało w amerykańskiej rewolucji radykalne zerwanie ze Starym Światem. Tymczasem wśród tych, którzy pozostali na miejscu, stopniowo narastały wątpliwości co do Rosji. Atrakcyjną alternatywą był „Zachód”, pojęcie bardziej elastyczne, którego można było używać obok albo zamiast „Europy”. Mogło obejmować, wedle uznania, mniejszą albo większą część Europy i rozciągać się na europejskie kolonie za oceanem17.
Ów „Zachód” funkcjonował obok równie elastycznego pojęcia „Wschodu”. W XIX wieku granicę między nimi wyznaczały często polityczne podziały w łonie Europy: w 1834 roku brytyjski minister spraw zagranicznych, wicehrabia Palmerston, określił koalicję Wielkiej Brytanii, Francji, Portugalii i Hiszpanii jako „sojusz między konstytucyjnymi państwami Zachodu” i „przeciwwagę dla Świętego Przymierza Wschodu”: Rosji, Prus i Austrii. Podobny kontrast pojawił się w wewnątrzrosyjskich sporach między „okcydentalistami” i „słowianofilami”, a wojna krymska z 1854 roku wzmocniła pogląd o różnicy między Rosją (tym razem działającą w pojedynkę) oraz resztą18.
Ten sam binarny podział można było zastosować także do rasy i religii, i nie tylko na linii styku między Europą a Azją. W 1891 roku Edward Freeman, profesor historii nowożytnej w Oksfordzie, opublikował The History of Sicily, w której przywołał te same fundamentalne kontrasty między jej starożytnymi greckimi i fenickimi mieszkańcami, a później między tamtejszymi chrześcijanami i muzułmanami:
Siłą rozstrzygnąć trzeba było kwestię […], czy ta centralnie położona wyspa na centralnie położonym morzu należeć ma do Zachodu czy do Wschodu, do ludzi o aryjskim czy o semickim rodowodzie. I jak zawsze, ilekroć do gry wchodzą Semici, konflikt rasowy od początku zaostrzał też konflikt na tle wiary. O Sycylię, ten przyczółek Europy, trzeba było walczyć, najpierw z Fenicjanami, a później z Saracenami19.
Optyka cywilizacyjna i Zachód powoli połączyły się w koncepcję „cywilizacji zachodniej”, której cechami szczególnymi były demokracja i kapitalizm, wolność i tolerancja, postęp i nauka20. Była ona z gruntu chrześcijańska i opierała się na tradycji biblijnej, ale rzymski Kościół i grecki Nowy Testament pomogły wpleść Grecję i Rzym w jądro tej opowieści. W 1912 roku wykładowca z Cambridge J.C. Stobart mógł rozpocząć swój popularny tom na temat minionej świetności Rzymu, The Grandeur That Was Rome – dopełnienie wydanego rok wcześniej dzieła The Glory That Was Greece – dumną deklaracją: „Ateny i Rzym stoją obok siebie jako rodzice zachodniej cywilizacji”21.
W XX wieku wyimaginowane granice cywilizacji zachodniej nie przestały się przesuwać. „Żelazna kurtyna”, która opadła na Europę w 1945 roku, wytyczyła nową granicę ze strefą sowieckich interesów, a Zachód stał się punktem zbornym sojuszu Stanów Zjednoczonych i państw zachodniej Europy22. Wydarzenia z września 2001 roku pomogły na nowo utożsamić Wschód ze światem islamu, ale kiedy piszę tę książkę, wojna w Ukrainie znów komplikuje obraz.
Zmienił się również sposób pisania o cywilizacjach. W połowie XX wieku proste hierarchie wyszły z mody zastąpione przez opracowania o pozornie neutralnym podejściu, raczej porównujące niż szeregujące rozmaite cywilizacje23. Były one wciąż postrzegane jako odrębne twory. W 1963 roku wielki francuski historyk regionu śródziemnomorskiego Fernand Braudel opublikował podręcznik szkolny Gramatyka cywilizacji, w którym sugerował, że „cywilizacje” mają swój własny charakter oraz „mentalność zbiorową”24. Był otwarty na pogląd, że powierzchownie są one nieszczelne: „Na pierwszy rzut oka każda cywilizacja przypomina dworzec towarowy, na którym bez przerwy ekspediuje się i przyjmuje paczki o najróżniejszej zawartości”. Niemniej różnice między nimi stanowią „niezwykle odporne na działanie czasu” cechy, które „zmieniają się bardzo powoli, przeobrażają po długich, mozolnych, nieuświadamianych przygotowaniach”25.
Pokolenie później koniec zimnej wojny przyniósł nowe wcielenie optyki cywilizacyjnej. W 1996 roku politolog z Harvardu Samuel P. Huntington uznał cywilizacje za wyróżnik nowej epoki, argumentując, że najważniejsze podziały międzyludzkie mają teraz charakter raczej kulturowy i religijny niż polityczny czy ekonomiczny. Wyróżnił dziewięć nowożytnych cywilizacji o geograficznych i religijnych etykietkach, w tym cywilizację „zachodnią” sięgającą do dawnej „żelaznej kurtyny”, a poza nią cywilizacje „prawosławną” oraz „islamską”. Co najważniejsze dla nas, ów stan rzeczy odzwierciedlał jego zdaniem trwały element kondycji ludzkiej: „Historia ludzkości to dzieje cywilizacji. Nie sposób myśleć o niej w innych kategoriach”. Co więcej, „przez większy okres dziejów ludzkości kontakty między cywilizacjami miały charakter sporadyczny albo w ogóle ich nie było”26.
Z tego powodu każda kultura rośnie niczym osobne drzewo, o korzeniach i gałęziach wyraźnie różniących się od sąsiadów. Każda pojawia się, rozkwita, po czym upada i robi to w zasadzie bez udziału innych. Wzrost i zmiany są wynikiem wewnętrznych procesów, a nie zewnętrznych powiązań. W modelu tym cywilizacje mogą zmienić nazwę, ale nie zmieniają swojej natury.
W XXI wieku ten sposób myślenia wciąż jest normą, odróżniając „Zachód”, chrześcijańską kulturę o grecko-rzymskich lub jeszcze wcześniejszych „indoeuropejskich” korzeniach, od „Wschodu”, którego centrum jest Rosja, Chiny bądź islam. Nawet w liberalnych koncepcjach „wielokulturowości” przyjmuje się za punkt wyjścia istnienie, czy wręcz wartość, odrębnych „kultur”. Optyka cywilizacyjna staje się cywilizacyjnym faktem.
Do łask wróciło także hierarchizowanie. W najbardziej pozytywnej wersji idea charakterystycznego, odrębnego zachodniego dziedzictwa opartego głównie na greckich i rzymskich wartościach za wzór partycypacji politycznej, ekspresji twórczej i wolności słowa przyjmuje w szczególności – nieco na wyrost – starożytne Ateny. Ma ona także nowych orędowników w świecie akademickim, takich jak Ramsay Centres for Western Civilisation, które utworzono od 2020 roku na trzech dużych australijskich uniwersytetach27. W innych częściach świata ekstremiści ubrani w spartańskie hełmy albo noszący tatuaże z rzymskimi hasłami głoszą przyrodzoną wartość białej, zachodniej i europejskiej spuścizny zagrożonej „wielkim zastąpieniem” przez obcych28.
Łatwo zbagatelizować wizję grecko-rzymskich korzeni współczesnego Zachodu jako przestarzałą i z pewnością nie znajdziecie jej w najnowszych poważnych pracach naukowych ani nawet w podręcznikach. Jest ona jednak wciąż obecna, zyskuje na popularności i stanowi część szerszego problemu. W optykę cywilizacyjną wbudowane jest założenie o trwałej istotnej różnicy między społeczeństwami ludzkimi, które wyrządza realne szkody. Ludzie giną z rąk zelotów „Białego Zachodu”, a ujawniające się w niektórych krajach Europy odmienne postawy wobec uchodźców wojennych z Syrii i Ukrainy demonstrują zdolność cywilizacyjnego ekskluzywizmu do unieważniania ludzkiego cierpienia.
Dawny model trwałych, odrębnych biologicznie „ras” został ostatecznie wysłany do lamusa przez genetykę29. Wszyscy ludzie są blisko spokrewnieni ze sobą – bliżej niż na przykład znacznie mniejsza światowa populacja szympansów. Różnice genetyczne między grupami ludzkimi żyjącymi daleko od siebie oczywiście zwiększają się z czasem. Jednak niedawne postępy w pozyskiwaniu i badaniu antycznego DNA ujawniły, że gęstsze zgrupowania genów, jakie można wyróżnić na mapie dzisiejszego świata, różnią się diametralnie od tych z nawet stosunkowo niedawnej przeszłości. Są pojedynczą migawką z nieustającego procesu międzyludzkich kontaktów i wymiany.
Nasi przodkowie często podróżowali, pokonywali znaczne odległości i nierzadko napotykali nieznane im wcześniej ludy. Migracje, mobilność i mieszanie się są nieodłączną częścią dziejów ludzkości. Jak ujął to genetyk z Harvardu, David Reich, drzewo „do opisu relacji populacyjnych zupełnie się nie nadaje. Genomowa rewolucja uświadomiła nam, jak liczne były przypadki krzyżowania się zróżnicowanych ludzkich populacji i jak ogromna była ich skala; znacznie lepszą niż drzewo metaforą tej złożonej historii byłaby na przykład plecionka z wielu krzyżujących się i nakładających na siebie włókien”30.
Pora zastosować podobne rozumowanie do ludzkiej kultury. Optyka cywilizacyjna kompletnie wypacza naszą opowieść. To nie ludy tworzą historię, lecz ludzie, oraz relacje, jakie ze sobą nawiązują. Ludzkie społeczeństwo nie jest lasem pełnym drzew, z subkulturami odgałęziającymi się od poszczególnych pni. Przypomina raczej grządkę kwiatów, które wymagają regularnego zapylania, aby wydać nasiona i wyrosnąć na nowo31. Odrębne lokalne kultury pojawiają się i znikają, są jednak tworzone i podtrzymywane przez interakcje – a odkąd kontakt został nawiązany, żaden ląd nie jest samotną wyspą.
Będę tu dowodzić, że nigdy nie było jednej, czysto zachodniej lub europejskiej kultury. To, co nazywamy zachodnimi wartościami – wolność, racjonalizm, sprawiedliwość i tolerancja – nie jest ani wyłącznie, ani pierwotnie zachodnie, a sam Zachód jest w dużej mierze wytworem wielowiekowych powiązań ze znacznie rozleglejszą siecią społeczeństw z południa, północy i wschodu32. Okres objęty tą książką jest natomiast epoką melanżu, w której jednostki i społeczności działają i reagują we wzajemnych relacjach. Nie oznacza to, że owe interakcje są zawsze pozytywne i pokojowe. Prawdę mówiąc, największe przemiany dokonują się w czasach wielkiego zamętu i antagonizmów – migracji, wojen i podbojów – a ludzie nieraz uczą się najwięcej od najzawziętszych przeciwników.
Moja opowieść nie jest prostą historią o, na przykład, niekończącej się ekspansji sieci społecznych i gospodarczych, niepowstrzymanym postępie ludzkości czy – jak ujmowali to niektórzy dziewiętnastowieczni uczeni – „świetle ze Wschodu”, które pełnię mocy osiąga dopiero na Zachodzie33. Ma skomplikowaną fabułę, wątki poboczne i parę nieoczekiwanych zwrotów akcji. Nie jest to też książka o „wpływologii”: wszechobecnej, ale bezsensownej koncepcji, która stawia sprawy na głowie, przypisując zasługę za transfer kulturowy wzorcowi zamiast jego naśladowcom. Ale przeszłość nie wpływa na przyszłość: to ludzie decydują, jak interpretować, rozwijać lub adaptować to, co w niej zastają34.
Pisząc tę książkę, czerpałam obficie z najnowszych badań historycznych, archeologicznych i biologicznych, takich jak „genomowa rewolucja” XXI wieku, która zmienia nasze wyobrażenia o przemieszczaniu się i krzyżowaniu ludzi w przeszłości. Ale sięga ona również do starszych sposobów myślenia o historii i jej kształtowaniu przez podróże, spotkania i relacje międzyludzkie. Byłam też celowo konserwatywna, pomijając wiele interesujących i przekonujących teorii na temat kontaktów i transmisji kulturowej między odległymi społecznościami, żeby skupić się na najlepiej udokumentowanych przykładach.
Mniej więcej 4 tysiące lat oddzielają dwie rewolucje, które wyznaczają ramy czasowe moich dociekań: pojawienie się żeglugi pełnomorskiej na Morzu Śródziemnym, co zapewniło pierwsze szybkie połączenie z zachodem, oraz rozwój nowych narzędzi nawigacyjnych, które radykalnie poszerzyły zachodni horyzont. Przez większość tego czasu Europa stanowiła peryferie rozległych sieci kulturowych, handlowych i politycznych, dopóki żeglarskie państwa na jej zachodnim krańcu nie zaczęły tworzyć nowego, zdominowanego przez chrześcijaństwo atlantyckiego świata – świata, który był jeszcze silniej powiązany na jeszcze większych przestrzeniach, ale głosił nową ideologię dystansu i separatyzmu.
Przez cały ten czas ludzie podróżowali w celach handlowych i dyplomatycznych, dla zysku, przygody i łupów. Nie ograniczały ich abstrakcyjne cywilizacje, ale autentyczne bariery pustyń, gór i mórz – które pokonywali, nie godząc się na osamotnienie.
Do pierwszych kontaktów między imperiami Egiptu i Mezopotamii a prostszym światem leżącym na zachód od nich doszło za pośrednictwem regionu, który wcześni europejscy podróżnicy nazwali Lewantem – krainą wschodzącego słońca – oraz paru najstarszych miejskich społeczności świata35. To właśnie w jednym z tych miast zaczyna się nasza opowieść: w mieście, które dało nazwę pierwszym morskim żaglowcom.
1] Nie wszystkie europejskie tradycje intelektualne postrzegały „cywilizację” jako ostateczny cel: uczeni niemieccy, na przykład, przedkładali moralną siłę wcześniejszego etapu Kultur ponad dekadencką francuską elegancję Zivilisation, w którą przemiana zawsze jej groziła.
2] Podobnie jak Mill, Guizot przyznał własnemu narodowi szczególne miejsce: „Dobre jest nas Francuzów położenie do zgłębiania cywilizacji europejskiej […] sądzę, iż bez pochlebstwa rzec można, że Francja była środkiem, ogniskiem cywilizacji europejskiej […]. W narodzie francuskim jest coś towarzyskiego, coś sympatycznego, coś udzielającego się z większą łatwością i mocą zarazem niż w charakterze każdego innego ludu”.
1
Pierwszy żagiel
BYBLOS, ok. 2000 p.n.e.
Jest ciepły poranek, tuż po świcie, około 4 tysięcy lat temu. Znajdujemy się w porcie Byblos, zbudowanym na cyplu u podnóży chłodnych zielonych zboczy gór Libanu. Łodzie rybackie wyszły już w morze, a na brzegu trwa ożywiona krzątanina: podpływają szalupy ze statków kupieckich, które rzuciły kotwicę poprzedniej nocy, młodzi mężczyźni przerzucają się żartami, ładując worki i kosze na grzbiety osłów, a na południe od kamiennych murów miasta tratwy wyładowane pniami drzew suną z prądem rzeki ku wybrzeżu. Wysoko nad portem wznosi się nowa świątynia z wieżą kierującą żeglarzy do bezpiecznej przystani i kotwicami wmurowanymi w schody i ściany dla ochrony przed nieszczęściem36. Mieszkańcy tego zwartego, ruchliwego miasteczka uznają swój dług wobec morza.
Parę kilometrów od brzegu piękny statek żaglowy, większy od pozostałych, stoi na kotwicy na płyciźnie. Północno-zachodnie wiatry przycichły w ostatnich tygodniach, temperatura spadła i teraz statek czeka już tylko na pasażerów i załogę.
Handel kieruje tych ludzi w rozmaite zakątki sieci miast oraz imperiów, rzemieślników i poetów, której centrum tworzą doliny rzeczne Egiptu i Azji Zachodniej, ale połączonej z szerokim światem poza ich obrębem. Mówią kilkoma językami i gdybyśmy spotkali ich zeszłej nocy, moglibyśmy od nich usłyszeć parę opowieści przy dzbanie znakomitego miejscowego wina.
Jeden z kupców popłynął wzdłuż wybrzeża, a potem w górę Nilu, mijając ponad sto piramid – grobowców zbudowanych przez egipskich królów-kapłanów – aby robić interesy w położonym wśród piasków handlowym mieście Kerma, stolicy bogatej w złoto południowej krainy, którą Egipcjanie nazywają Kusz. Stamtąd wyprawił się przez wschodnią Saharę nad Morze Czerwone, gdzie dołączył do konwoju statków płynących na południe do Rogu Afryki, w poszukiwaniu kości słoniowej, hebanu, kadzidła i złota.
Dwóch innych kupców odbyło długą podróż z karawaną osłów do Mezopotamii. Najpierw skierowali się na północ przez góry przełęczą Akkar, której dziś strzeże zamek krzyżowców Krak des Chevaliers, a potem na wschód po równiejszym terenie w stronę Eufratu. Jeden z nich ruszył dalej lądem nad Tygrys, gdzie łamał się chlebem z ludźmi, którzy wędrowali na południe zza Kaukazu, prowadząc piękne konie i ładunek futer. Opowiedzieli mu oni o płaskiej jak stół równinie na północy, przez którą można jechać całymi miesiącami. Drugi przewiózł swoje towary łodzią w dół Eufratu do warownego miasta Ur na północnym wybrzeżu Zatoki Perskiej, portu znacznie większego od Byblos.
Odwiedził tam święty okręg w północno-zachodniej części miasta, poświęcony bogu księżyca Nannie i jego małżonce Ningal, z licznymi świątyniami i dziedzińcami, biurami rządowymi i wielkim pałacem króla. Na jego drugim końcu wspiął się po troistych schodach nowego ziguratu, schodkowatej świątyni-góry z cegły związanej bitumem; z jego wierzchołka przyglądał się statkom wypływającym do Arabii i Indii oraz wracającym z ładowniami wypełnionymi miedzią i drogimi kamieniami. W porcie rozmawiał ze starym człowiekiem, który przed kilkudziesięciu laty został wysłany tu znad Indusu, by doglądać interesów handlowych swej rodziny, i słuchał jego opowieści o leżącej daleko na wschodzie wielkiej zielonej dolinie z dziwnym garbatym bydłem i pięcioma ogromnymi miastami zbudowanymi z wypalanej czerwonej gliny37.
Ta nocna rozmowa w Byblos odsłania przed nami nieustannie zmieniający się, rozległy, powiązany świat pełen podróżników, dla których optyka cywilizacyjna nie miałaby większego sensu. Kiedy załoga wypłynie rankiem, obierze nowy kurs, w stronę zachodzącego słońca. Zanim jednak sami ruszymy jej śladem, musimy się cofnąć do początków, aby się przekonać, jak bardzo dzieje ludzkości zależą od kontaktów międzyludzkich i jak dotarły do tego punktu.
Ludzie zawsze szukali towarzystwa, nawet na poziomie gatunku: w wyniku takich spotkań – przyjacielskich lub nie – my, Europejczycy, wszyscy mamy w genach mały, ale znaczący odsetek neandertalskiego dziedzictwa, a we współczesnych populacjach przetrwało DNA co najmniej trzech innych archaicznych gatunków człowieka38. Odkąd Homo sapiens wyparł inne odmiany na całej planecie, szedł wciąż przed siebie – a czasem też wiosłował. Łowcy-zbieracze wędrowali za zwierzyną i zgodnie z porami roku, także po to, by spotykać się ze sobą. Wznosili wspólnymi siłami zagadkowe megality w górach Taurus i ucztowali w zbudowanych z mamucich kości szałasach nad Dnieprem i Donem39. Wymieniali między sobą surowce: mieszkańcy Cypru i wybrzeży Morza Czerwonego cieszyli się na obsydian ze środkowej Anatolii, twarde szkliwo wulkaniczne, z którego powstawały znakomite narzędzia tnące. Wymieniali też informacje techniczne: na rozległym obszarze od Mezopotamii po Syrię szybko się rozprzestrzeniały nowe wzory grotów strzał40.
Kiedy 12 tysięcy lat temu, po zakończeniu epoki lodowej, globalny klimat ustabilizował się i ocieplił, na terenie tak zwanego Żyznego Półksiężyca (który w rzeczywistości przypomina raczej bumerang) wymiana nabrała jeszcze większego znaczenia. Tam, w nowych, łagodnych warunkach, obfitość miejscowej zwierzyny i dzikich roślin zachęciła do pierwszych eksperymentów z rolnictwem. Pionierzy wzięli miejscowe dzikie trawy o drobnych, łatwo rozsiewających się nasionach i przez staranną, wielokrotną selekcję skłonili je do wytwarzania dużych, mocno tkwiących w kłosie ziaren, które łatwiej było ludziom zebrać, zjeść i przerobić na mąkę, ale wymagały one odtąd ludzkiej pomocy przy siewie41. Inna forma selektywnej hodowli zmieniła dzikie zwierzęta w sługi człowieka: psy już dawno wyodrębniły się z wilków i były towarzyszami polowań, a teraz tury zostały przeistoczone w krowy, dziki w świnie, owce zaś straciły naturalną agresję421.
Rolnictwo wymagało bardziej osiadłego trybu życia, ale wciąż było uzależnione od kontaktów i komunikacji. Każde z udomowień dokonało się na konkretnym obszarze Żyznego Półksiężyca – pszenica, bydło i owce na północnych wzgórzach, jęczmień i świnie w różnych miejscach na zachód od Eufratu, a kozy w dzisiejszym Iranie. Jednakże około 7000 roku p.n.e. wszystkie te nowe rasy występowały już w całym regionie43. Wymagało to czegoś więcej niż tylko wymieniania się nasionami i przychówkiem: ludzie musieli wyjaśnić jedni drugim, jak siać, uprawiać, zbierać i przyrządzać nowe rośliny, a także jak rozmnażać, żywić i pielęgnować nowe zwierzęta.
Hodowla szerszej gamy roślin i zwierząt znacząco zmniejszyła ryzyko związane z rolniczym trybem życia, zależnym od kaprysów pogody i bogów. Mimo to rolnictwo nie odpowiadało każdemu: to praca cięższa niż polowanie i zbieractwo, a osiadła siła robocza jest wylęgarnią chorób zakaźnych. Jednak plony sprzyjają wzrostowi populacji, co skłania do migracji w poszukiwaniu nowych ziem. Od siódmego tysiąclecia p.n.e. rolnictwo rozprzestrzeniło się na pokaźne połacie globu. Rolnicy migrowali ze swymi zwierzętami, nasionami i umiejętnościami na południe do Egiptu, na wschód do Iranu i doliny Indusu, na północ do Anatolii, a stamtąd na zachód do Europy. Osiadali wszędzie, gdzie dzięki szczęściu lub pomysłowości mogli uzyskać plony, kosztem ludów, które tam polowały i wypasały stada.
Najbardziej udanych eksperymentów dokonali w suchych dolinach rzecznych Mezopotamii, „Międzyrzecza”, krainy wciśniętej w łuk Żyznego Półksiężyca. Uprawa płodnych aluwialnych gleb między Tygrysem i Eufratem wymagała budowy skomplikowanej sieci kanałów i rowów nawadniających, lecz nagradzała rolników spektakularnymi zbiorami. Mogli teraz produkować dość żywności, aby zapewnić byt tym, którzy zostawali garncarzami, kapłanami lub administratorami, i w piątym tysiącleciu p.n.e. zaczęły pojawiać się miasta. Pod koniec czwartego tysiąclecia p.n.e. Uruk nad Eufratem było prawdziwą metropolią zajmującą 250 hektarów – mniej więcej tyle co londyńskie Soho – z kanałami, świątyniami i 20–40 tysiącami mieszkańców442.
Administracyjne wymogi zarządzania rozległymi rolniczymi terenami wokół murów miasta sprawiły, że w Uruk opracowano też pierwszy na świecie znany system standardowych miar i wag oparty na ładunku, jaki mógł unieść przeciętny mężczyzna (talent) i na długości jego przedramienia (łokieć)45. Tu także pojawiło się pierwsze pismo. Początkowo był to po prostu system liczenia – kółka oznaczały dziesiątki, kreski jednostki – z czasem jednak skrybowie zaczęli dodawać piktogramy wskazujące, co jest liczone. Pod koniec czwartego tysiąclecia rozbudowali ten kod, co pozwoliło im zapisywać miejscowy język, a potem dzieła literackie, znakami odciskanymi rylcem na glinianych tabliczkach i znanymi dziś jako pismo klinowe, od kształtu śladów pozostawianych przez rysik463.
W połowie trzeciego tysiąclecia p.n.e. południową Mezopotamię pokrywała mozaika miast rządzonych przez królów, niektóre z dziesiątkami tysięcy mieszkańców. Podobnie było w Egipcie, gdzie rolnictwo dotarło w szóstym tysiącleciu p.n.e. Także tu potrzebne były skomplikowane techniki irygacyjne, aby zatrzymać i rozprowadzić coroczne wylewy Nilu, a plony były równie imponujące. Pod koniec czwartego tysiąclecia nad Nilem wyrosły wielkie miasta, a około 3000 roku p.n.e. społeczności Górnego i Dolnego Egiptu połączyły się w „Stare Państwo” pod panowaniem dynastii, które pisały hieroglifami, budowały piramidy i władały przeszło milionem ludzi.
Jest to historia tak znajoma, że może się wydawać nieuchronnym biegiem zdarzeń, pierwszymi krokami na skonstruowanej w XVIII wieku drabinie postępu: od łowców, poprzez pasterzy, aż po rolników, którzy wznosili miasta oraz dorobili się władców, praw i instytucji, krótko mówiąc, cywilizacji. W rzeczywistości ujawnia ona jednak luki w tradycyjnej opowieści o samorozwoju47. Podobnie jak wcześniejsze, mniejsze wspólnoty, królestwa Mezopotamii i Egiptu nie stworzyły się same. Nie były też jedynymi interesującymi społecznościami w tej epoce.
Nawet najwcześniejsze miasta musiały sprowadzać materiały budowlane – drewno, kamień i metale – z dalekich stron, tworząc rozciągające się na tysiące kilometrów powiązania gospodarcze między królami, górnikami i drwalami. W trzecim tysiącleciu p.n.e. natomiast nowej epoce regularnej dalekosiężnej wymiany dało początek wynalezienie brązu. Starożytni kowale stworzyli tę nową substancję, łącząc miedź z innymi metalami, i uzyskali mocniejszy, twardszy stop o niższej temperaturze topnienia, łatwiejszy do odlewania i dający ostrzejsze krawędzie tnące48. Wkrótce wykonywano z niego wszystko, od garnków i ozdób po broń i pancerze, ale miało to swoją cenę. Samą miedź trudno jest znaleźć poza regionami górskimi, a wysokiej jakości brąz otrzymywano, dodając cynę, która jest naprawdę rzadka między wybrzeżem Atlantyku a Azją Środkową, gdzie wydobywali ją Elamici – po sumeryjsku „górale” – zamieszkujący południowo-zachodni Iran, którzy następnie wysyłali ją do Mezopotamii i odleglejszych krain49.
Odbywające się na coraz większą skalę podróże i handel wymagały nowych metod transportu. One także zostały zapożyczone z zewnątrz – nie były dziełem rolników ze słynnych starożytnych „cywilizacji” Egiptu i Mezopotamii, ale pasterzy z północy i południa. Mowa o kole i ośle.
Koło po raz pierwszy pojawiło się na chłodnych, trawiastych równinach Wielkiego Stepu, który ciągnie się przez tysiące kilometrów od Mandżurii po tereny na północ od Morza Kaspijskiego i Czarnego. Te płaskie, przecięte nielicznymi rzekami tereny zachęcają do dalekich podróży; sprzyja im również klimat. Bydło i owce mogły zapewnić wyżywienie i odzież podczas wędrówki, ale jeśli chodzi o transport cięższych przedmiotów, jedynymi opcjami było toczenie ich po podłożonych kłodach albo ciągnięcie na saniach, najlepiej przez woły.
Zmieniło się to z wynalezieniem około 3500 roku p.n.e. koła i, co ważniejsze, osi. W stepowych grobach datowanych na trzecie tysiąclecie p.n.e. odkryto tysiące wozów50. Te wczesne koła wykonywane były z litego drewna, którego nie cięto na plastry w poprzek pnia, gdyż byłyby zbyt słabe, ale wzdłuż, na deski. Znakomicie nadawały się do wozów ciągniętych przez woły i pod koniec czwartego tysiąclecia wtoczyły się do Mezopotamii, gdzie wykorzystano je też w garncarstwie51.
Drewniane koła wchodzą w grę tylko wówczas, gdy ma się dość odpowiedniego drewna i zwierzęta do ich ciągnięcia. Pasterze bydła ze wschodniej Sahary i Rogu Afryki nie mieli ani jednego, ani drugiego, ale niedawne badania genetyczne sugerują, że w czwartym tysiącleciu oswoili afrykańskiego dzikiego osła, uzyskując osła domowego52. W 3000 roku p.n.e. zwierzę to dotarło na północ do Egiptu, gdzie o szacunku, jaki słusznie wzbudziło, świadczy wymyślny pochówek, jaki sprawiono dziesięciu osłom w mieście Abydos53. W odróżnieniu od konia czy wołu osioł jest mało wymagającym kompanem. Łatwo go przyuczyć do pracy i pielęgnować, zręcznie porusza się w trudnym terenie, żywi się wszystkim, przez kilka dni może się obyć bez wody i potrafi unieść ładunek ważący jedną trzecią tego co on54.
Wciąż rzecz jasna nie może się on równać z wozem zaprzężonym w woły, ale do transportu na większe odległości mieszkańcy wschodniej Afryki mieli Nil, rzekę, która wartko płynie na północ, podczas gdy przeważające wiatry wieją na południe. Uczyniło ją to idealnym laboratorium kolejnej nowinki technicznej, która umożliwiła sprawne podróżowanie rzeką w obu kierunkach. Przedstawienia łodzi żaglowych pojawiają się po raz pierwszy pod koniec czwartego tysiąclecia na przedmiotach wykonanych na północy krainy Kusz, a wkrótce także w Egipcie55.
Żeglarstwo zapewne ograniczało się początkowo do rzeki: żagle przedstawione na tych wczesnych wyobrażeniach są umieszczone zbyt blisko dziobu, by manewrować na otwartych wodach. Osły dotarły dalej: klinowy znak oznaczający „osła” pojawia się na tabliczkach z Uruk z końca czwartego tysiąclecia, a w trzecim występują tam już szczątki tych zwierząt4.
Niebezpieczne morza, niedostępne góry i bezwodne pustynie wciąż były jednak przeszkodą dla bezpośrednich kontaktów między rolniczymi dolinami rzecznymi Egiptu i Azji Zachodniej. Łączność zapewniała więc bardziej osłonięta, lecz znacznie dłuższa okrężna trasa wiodąca przez porty, równiny i góry zachodniego Lewantu, wąskiego przybrzeżnego pasa lądu ograniczonego masywem gór Libanu, który od zawsze łączył wschód i zachód, północ i południe.
Pierwsze podróże przez Lewant odbywały się lądem. Owe osły ciągnęły zapewne przez półwysep Synaj i wzdłuż lewantyńskiego wybrzeża, po czym skręcały w głąb lądu w stronę Dwurzecza56. Nawet powolna i pośrednia komunikacja miewa jednak spektakularne efekty i może tłumaczyć system pisma, który pojawił się w Egipcie pod koniec czwartego tysiąclecia, zwany dziś hieroglificznym od greckich słów oznaczających „święte znaki”. Pod względem formy nie ma on nic wspólnego z mezopotamskim pismem klinowym, ale pojawienie się pierwszego na świecie pisanego języka mniej więcej w tym samym czasie w dwóch różnych miejscach byłoby niezwykłym zbiegiem okoliczności.
Komunikacja ta przyspieszyła w połowie trzeciego tysiąclecia, gdy technika żeglarska Egiptu poszła naprzód i jego statki zaczęły się zapuszczać na Morze Śródziemne. Około 2600 roku p.n.e. egipskie teksty dokumentowały regularny handel morski z lewantyńskimi portami57. O sto lat późniejsze egipskie rzeźby przedstawiają już pełnomorskie statki z żaglami i takielunkiem, które mogły sprostać wiatrom i falom.
W połowie trzeciego tysiąclecia rzeźby i malowidła przedstawiające łodzie żaglowe zaczęły się pojawiać także na stanowiskach nad Zatoką Perską. Nie ma żadnych świadectw żeglugi wokół Półwyspu Arabskiego aż do pierwszego tysiąclecia p.n.e., a przedstawienia wczesnych mezopotamskich i egipskich jednostek sugerują, że nie były one oparte na tym samym wzorcu, jednak podobnie jak w wypadku hieroglifów nawet pośrednie relacje o morskich statkach w jednej z tych krain mogły podsunąć dobry pomysł mieszkańcom drugiej58.
Żeglarstwo, bez względu na to, jak się pojawiło, także tutaj dało kupcom dostęp do nowych światów. Około 2400 roku p.n.e. bogate groby odkryte w porcie Ur wypełniły się egzotycznymi kamieniami z dalekich stron: lapis-lazuli z Afganistanu i turkusami z Uzbekistanu, a także karneolem z doliny Indusu, gdzie rolnicy wznosili potężne miasta z ufortyfikowanymi cytadelami, regularną siatką ulic, monumentalnymi łaźniami i kanalizacją podłączoną do każdego domu59.
Tymczasem nad Morzem Śródziemnym Byblos stało się głównym portem egipskich statków płynących na północ, do tego stopnia, że w egipskich tekstach wszystkie żaglowce morskie nazywane są „statkami z Byblos”, nawet jeśli zbudowano je nad Morzem Czerwonym na potrzeby wypraw na południe do kopalń złota w królestwie Punt na Rogu Afryki60. Głównym towarem wiezionym z Byblos na południe było zawsze twarde, wytrzymałe drewno cedrowe ścinane w górach Libanu. Wykonywano z niego wyposażenie egipskich grobowców i świątyń, wykorzystywano je też do budowy statków, w tym czterdziestometrowej barki pogrzebowej króla Chufu (Cheopsa), którą zakopano obok jego piramidy w Gizie61.
W efekcie tej szczególnej relacji samo Byblos rozrosło się z małej nadbrzeżnej wioski powstałej wokół naturalnego źródła w tętniące życiem miasto portowe w egipskim stylu, pełne egipskich dóbr oraz inskrypcji, gdzie wizerunki miejscowej bogini, Pani Byblos, przedstawiały ją jako wersję egipskiej bogini Hathor62.
Nawet przy regularnie przybywających statkach i mnóstwie ludzi, których można było wypytać, opanowanie sztuki żeglarskiej zajmowało marynarzom i szkutnikom z Byblos nieco czasu: musieli się nauczyć, jak otaklować statek, a przede wszystkim jak go zbudować, co obejmuje oprócz ciesielstwa także wyrób lin i żagli63. Do tego dochodził problem sterowania nim. Aż do połowy drugiego tysiąclecia p.n.e. statki żaglowe pływały bez kilu, który zapewniałby im stabilność na wzburzonym morzu, i miały tylko jeden prostokątny żagiel, co oznaczało, że potrzebowały wiatru od lądu, by móc opuścić port, oraz bocznego lub tylnego wiatru, żeby płynąć naprzód – choć sprawę niewątpliwie poprawiało użycie wioseł64.
Koniec końców jednak mieszkańcy Byblos i sąsiednich portów zaczęli budować własne statki i wypracowywać techniki pozwalające żeglować na zachód na morzu obfitującym w zachodnie wiatry. Oznaczało to coś więcej niż stopniowe doskonalenie żeglarskich umiejętności i technik: wyznaczało nowy początek. Statek żaglowy może pokonać w ciągu dnia 100–150 kilometrów, dwa albo trzykrotnie więcej niż najszybsza łódź wiosłowa, przy znacznie mniejszym wysiłku, większej przestrzeni na ładunek i stabilniejszej konstrukcji65. Przez tysiące lat kontakty w basenie Morza Śródziemnego formowały się i rwały, ale żagiel nadał im trwałość.
W porcie statek właśnie odbija od brzegu. Nasi żeglarze z Byblos jako jedni z pierwszych biorą kurs na zachód. Zastaną tam zupełnie inny świat, bez państw, bez miast, bez świątyń i bez znajomości pisma. Na ziemiach, które dziś nazywamy Europą, rozproszona ludność zamieszkiwała ufortyfikowane wioski i odosobnione gospodarstwa, żyjąc z uprawy roli. Ludzie ci nie uważali się za prymitywnych ani za szczególnie ubogich: nie czytali wielkich osiemnastowiecznych intelektualistów europejskich i nie wiedzieli, że historia powinna być ciągłym marszem ku miejskiemu stylowi życia, handlowi i prawom.
Nie byli kompletnie odizolowani. W środkowej Europie znajdowane są koła z czwartego tysiąclecia p.n.e., były one jednak mniej przydatne na wzgórzach i w górach niż na płaskich równinach Wielkiego Stepu czy Mezopotamii i wydaje się, że w ogóle nie dotarły na zachodni kraniec kontynentu66. Ludzie utrzymywali zamiast tego kontakt drogą wodną, korzystając z małych łódek wiosłowych i czółen, które w dobry dzień mogły pokonać dwadzieścia kilometrów: mniej niż karawana osłów i znacznie mniej niż nieobciążony piechur67. Zdarzało im się jednak przemierzać pokaźne odległości. Ale z dala od głównego nurtu wymiany technicznej, handlowej i politycznej ludzie wiedli mniej skomplikowany żywot i więcej spraw wyglądało wciąż tak samo.
Wkrótce miało się to zmienić.
1] Tur mierzył do dwóch metrów w kłębie i mógł ważyć nawet tonę, miał szerokie barki i długie, zakrzywione rogi. Ostatni osobnik padł w Polsce w XVII w. n.e.
2] Hektar to 100 × 100 metrów, mniej więcej tyle co wielkość boiska do rugby, i odpowiednik 2,5 akra.
3] Sumeryjski, pierwszy pisany język świata, nie ma żadnych istniejących krewnych. Podobnie jak wiele późniejszych języków wyróżniał „rodzaje” gramatyczne, ale nie były to rodzaje męski, żeński i nijaki; zamiast tego Sumerowie dzielili swój świat na ludzi (w tym bogów) i nieludzi (w tym zwierzęta).
4] Egipcjanie tymczasem nie znajdowali większego zastosowania ani dla koła, ani nawet dla brązu.







