Fundamenty Zachodu to nie tylko dorobek kulturowy starożytnej Grecji i Rzymu. To cztery tysiące lat odkryć, globalnych kontaktów i rozwoju społeczności. W tej przełomowej książce Josephine Quinn pokazuje, że nasz świat został ukształtowany nie przez odizolowane cywilizacje, ale przez stulecia kontaktów między ludźmi. To całkowicie nowe i świeże spojrzenie na historię.


Dzieje dynamicznych relacji między społecznościami w ciągu czterech tysięcy lat.

Fundamentem Zachodu są idee i wartości zrodzone w starożytnej Grecji i Rzymie, które zniknęły z Europy w „wiekach ciemnych” i zostały odkryte na nowo w okresie renesansu. A jeśli to tylko część prawdy?

W tej śmiałej pracy Josephine Quinn przekonuje, że prawdziwa historia Zachodu jest znacznie bogatsza, niż każe nam wierzyć ten ugruntowany paradygmat. Spora część naszych wspólnych dziejów została zapomniana, zagłuszona przez powstałą w epoce wiktoriańskiej koncepcję odrębnych, zamkniętych w sobie „cywilizacji”.

Prowadząc nas od epoki brązu do epoki wielkich odkryć geograficznych, Josephine Quinn snuje w tej książce opowieść o tysiącleciach globalnych kontaktów i wymiany, które ukształtowały to, co dziś nazywa się Zachodem. Prowadząc nas od wynalezienia alfabetu przez lewantyńskich robotników w Egipcie po dotarcie indyjskich cyfr do Europy za pośrednictwem świata arabskiego, Quinn dowodzi, że rozpatrywanie społeczeństw w izolacji jest nie tylko przestarzałe, ale i błędne. Że motorem dziejów nie są odosobnione „cywilizacje”, ale kontakty i powiązania między ludźmi i społecznościami.

***

Książka roku według „The Times” i „The Sunday Times”, „Observera”, „The Economist”, „Guardiana”, „BBC History” oraz „History Today”.

Josephine Quinn
Jak świat stworzył Zachód. Cztery tysiące lat historii
Przekład: Norbert Radomski
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 12 listopada 2025
 
 


„Nasza cywi­li­za­cja to ogromny gobe­lin sple­ciony z naj­roz­ma­it­szych ele­men­tów, w któ­rym nor­dycka zachłan­ność sąsia­duje z rzym­skim pra­wem, a nowe bur­żu­azyjne kon­we­nanse z relik­tami syryj­skiej reli­gii. W takiej tka­ni­nie nie ma sensu szu­kać nitki, która pozo­stała czy­sta, dzie­wi­cza i wolna od wpływu innych, pobli­skich nici”.
James Joyce, Ire­land, Island of Saints and Sages, 1907

Uwagi wstępne
 
W książce doty­czą­cej tak wielu ludów i miejsc, języ­ków i sys­te­mów pisma spój­ność kon­wen­cji zapisu jest nie­osią­galna. Sta­ra­łam się uni­kać nie­po­trzeb­nego zamie­sza­nia i czę­sto uży­wam nazw raczej zna­jo­mych niż ści­śle popraw­nych; z góry prze­pra­szam tych, któ­rzy wie­dzą lepiej. Wolę też okre­ślać ludy przez ich geo­gra­ficzne pocho­dze­nie niż domnie­maną przy­na­leż­ność etniczną, czę­sto kon­stru­owaną zresztą przez ich sąsia­dów lub nawet współ­cze­snych histo­ry­ków, i dla kla­row­no­ści wolę kon­krety od abs­trak­cji, a więc na przy­kład „Azję Zachod­nią” od „Bli­skiego Wschodu”. Uży­wam skró­tów „p.n.e.” i „n.e.”, a nie „przed Chr.” i „po Chr.”, gdyż tak mnie nauczono i z przy­zwy­cza­je­nia, a także aby unik­nąć stron­ni­czego okre­śle­nia anno Domini; twier­dzę zara­zem, że ten sys­tem nota­cji nie odwo­łuje się do fak­tycz­nie „naszej”, ale do „chrze­ści­jań­skiej” ery. Piszę wielką literą „Zachód”, „Wschód”, „Pół­noc” i „Połu­dnie”, kiedy mam na myśli kon­cep­cje, a nie strony świata. Prze­kłady, jeśli nie zazna­czono ina­czej, są mojego autor­stwa.

Wprowadzenie

Co roku w listo­pa­dzie sia­dam na sofie w swoim uczel­nia­nym gabi­ne­cie, żeby przej­rzeć tego­roczną por­cję podań na stu­dia, i czy­tam tę samą rzecz ujętą nie­mal dokład­nie w te same słowa: „Chcę stu­dio­wać świat antyku, bo Gre­cja i Rzym są korze­niami zachod­niej cywi­li­za­cji”.
Rozu­miem, dla­czego nie­któ­rzy z moich przy­szłych stu­den­tów tak wła­śnie to widzą. Sza­cowne źró­dła od Encyc­lo­pe­dia Bri­tan­nica po Wiki­pe­dię opi­sują roz­wój jedy­nej w swoim rodzaju, spe­cy­ficz­nie zachod­niej kul­tury zbu­do­wa­nej na ide­ach i war­to­ściach Gre­cji i Rzymu, stra­co­nych dla Europy pod­czas „wie­ków ciem­nych”, ale odkry­tych ponow­nie przez rene­sans. Nie­kiedy opo­wieść ta obej­muje także kra­iny i tek­sty biblijne, ale inne sta­ro­żytne „cywi­li­za­cje”, jeśli w ogóle zostały wspo­mniane, to tylko jako wyparte przez świat kla­syczny w nie­po­wstrzy­ma­nym mar­szu histo­rii i kul­tury na zachód.
Poprzed­nicy Gre­ków i Rzy­mian mogą być cie­kawi – a nawet godni podziwu – ale nie są „nasi”. Wszel­kie ich doko­na­nia zostały usu­nięte w cień przez wkład Gre­cji i Rzymu, któ­rym przy­pi­suje się wszystko, co dobre, od filo­zo­fii i demo­kra­cji po teatr i beton. Sąsie­dzi Gre­ków i Rzy­mian są kom­plet­nie igno­ro­wani, podob­nie jak póź­niej­sze kon­takty mię­dzy zachod­nimi Euro­pej­czy­kami a ludami żyją­cymi na pół­noc, połu­dnie i wschód od nich.
Mogli­by­ście sądzić, że jako pro­fe­sor histo­rii kla­sycz­nej zgo­dzę się z tym. Stu­dia nad świa­tem grecko-rzym­skim dają mi wiele satys­fak­cji, a przy­pi­sane Gre­kom i Rzy­mia­nom miej­sce w sercu idei „Zachodu” jest jed­nym z powo­dów, dla któ­rych moja dzie­dzina wciąż ist­nieje. Jed­nak trzy dekady naucza­nia i badań prze­ko­nały mnie, że nar­ra­cja sku­piona wyłącz­nie na Gre­cji i Rzy­mie zubaża nasz obraz prze­szło­ści, a także nasze rozu­mie­nie świata, w któ­rym żyjemy. Praw­dziwa histo­ria tego, co dziś nazy­wamy Zacho­dem, jest znacz­nie szer­sza i bar­dziej inte­re­su­jąca.
Po pierw­sze, Grecy i Rzy­mia­nie mieli wła­sną histo­rię, się­ga­jącą korze­niami innych miejsc i star­szych ludów, a więk­szość swo­ich idei i doko­nań tech­nicz­nych prze­jęli skąd­inąd: zbiory praw i lite­ra­turę z Mezo­po­ta­mii, kamienną rzeźbę z Egiptu, iry­ga­cję z Asy­rii, a alfa­bet z Lewantu. Byli tego świa­domi i szczy­cili się tym.
Grecy wie­dzieli też dosko­nale, że dzielą region śród­ziem­no­mor­ski z innymi – z Kar­ta­giń­czy­kami i Etru­skami, Ibe­rami oraz Izra­eli­tami – i że żyją obok potęż­niej­szych impe­riów na wscho­dzie. Ich legendy łączą grec­kich hero­sów z kró­lo­wymi, kró­lami i bogami obcych krain, zarówno rze­czy­wi­stych, jak i wyima­gi­no­wa­nych: Feni­cjan, Fry­gów, Ama­zo­nek. Zało­ży­ciel­ski mit Rzymu nato­miast czy­nił to mia­sto azy­lem dla zbie­gów, rzym­ski poeta Katul­lus mógł zaś sobie wyobra­żać, że podró­żuje z przy­ja­ciółmi do Indii, Ara­bii, Par­tii, Egiptu, a nawet do „Bry­tów na krańcu świata”1.
Po dru­gie, Grecy i Rzy­mia­nie w nie­wiel­kiej mie­rze wyzna­wali to, co dziś nazy­wamy zachod­nimi war­to­ściami. Prawdę mówiąc, znaczną część tego, co w oczach tych sta­ro­żyt­nych ucho­dziło za natu­ralne, my uzna­li­by­śmy za dziwne lub wręcz nie­do­pusz­czalne. Ateń­czycy prak­ty­ko­wali demo­kra­cję dla męż­czyzn, któ­rzy sła­wili uwo­dze­nie chłop­ców, pod­czas gdy ich kobiety wio­dły cichy żywot w ukry­ciu. Rzy­mia­nie masowo korzy­stali z pracy nie­wol­ni­ków, a dla roz­rywki oglą­dali publiczne egze­ku­cje.
I wresz­cie nie ma żad­nego wyraź­nego powią­za­nia mię­dzy sta­ro­żyt­nymi Gre­kami i Rzy­mia­nami a nowo­żyt­nym „Zacho­dem”: naro­do­wymi pań­stwami zachod­niej Europy oraz ich osad­ni­czymi kolo­niami za oce­anem. Sto­lica impe­rium rzym­skiego prze­nio­sła się w poło­wie pierw­szego tysiąc­le­cia n.e. do Kon­stan­ty­no­pola i pozo­stała tam na ponad tysiąc lat. Muzuł­ma­nie tym­cza­sem połą­czyli wie­dzę Gre­ków z nauką Per­sji, Indii i Azji Środ­ko­wej, roz­pro­wa­dza­jąc nowe wyna­lazki po Afryce, Ara­bii i Oce­anie Indyj­skim, pod­czas gdy żegla­rze na pół­noc­nych morzach i jeźdźcy na Wiel­kim Ste­pie trans­por­to­wali towary i idee z Chin do Irlan­dii.
Taki roz­le­gły świat roz­cią­ga­jący się od Pacy­fiku po Atlan­tyk młode narody zachod­niej Europy odzie­dzi­czyły w XV w. n.e., gdy wyru­szały ku nowemu. Te tysiąc­le­cia inte­rak­cji jed­nak w dużej mie­rze zostały zapo­mniane, zagłu­szone przez idee powstałe w epoce wik­to­riań­skiej, które podzie­liły świat na „cywi­li­za­cje”, odrębne i czę­sto sobie wro­gie.
Zamie­rzam opo­wie­dzieć odmienną histo­rię – taką, która nie roz­po­czyna się w grecko-rzym­skim Śród­ziem­no­mo­rzu i po wie­kach odra­dza w rene­san­so­wych Wło­szech, ale śle­dzi powią­za­nia, które od epoki brązu po epokę wiel­kich odkryć geo­gra­ficz­nych two­rzyły to, co dziś nazy­wamy Zacho­dem, kiedy spo­łecz­no­ści spo­ty­kały się, mie­szały ze sobą, a cza­sem roz­dzie­lały. Mówiąc ogól­niej, chcę dowieść, że to wza­jemne kon­takty, a nie cywi­li­za­cje, są moto­rem dzie­jów.

 

Cywi­li­za­cje są dziś tak powszech­nym spo­so­bem postrze­ga­nia świata, że mogą się wyda­wać pra­wem natury, uni­wer­sal­nym mode­lem orga­ni­za­cji spo­łe­czeństw ludz­kich. W rze­czy­wi­sto­ści są sto­sun­kowo nie­daw­nym euro­pej­skim wymy­słem, czę­ścią zja­wi­ska, które nazy­wam „optyką cywi­li­za­cyjną”.
Jesz­cze w XVIII wieku biblijna tra­dy­cja mówiąca, że cały świat został zalud­niony po poto­pie przez synów Noego, sprzy­jała inklu­zyw­nemu podej­ściu do prze­szło­ści: wszyst­kich ludzi łączyło wspólne pocho­dze­nie i wszy­scy nale­żeli do jed­nej rodziny2. „Odkry­cie” Nowego Świata i poja­wie­nie się chrze­ści­jań­skich misjo­na­rzy na całym glo­bie zaowo­co­wało fascy­nu­ją­cymi opo­wie­ściami o nowych ludach, które nale­żało sumien­nie wpa­so­wać w ten biblijny sche­mat3.
Cywi­li­za­cja wyło­niła się w dwóch fazach: w licz­bie poje­dyn­czej i mno­giej. Kiedy rze­czow­nika tego użyto po raz pierw­szy we Fran­cji w latach pięć­dzie­sią­tych XVIII wieku, ozna­czał on abs­trak­cyjną kon­cep­cję spo­łe­czeń­stwa na wyż­szym szcze­blu roz­woju4. Od lat sześć­dzie­sią­tych tegoż stu­le­cia jej orę­dow­ni­kami stali się szkoccy filo­zo­fo­wie, któ­rzy nakre­ślili stan­dar­dowy szlak ewo­lu­cji pro­wa­dzą­cej do tego peł­nego urze­czy­wist­nie­nia poten­cjału ludz­kiego, od łow­ców, poprzez paste­rzy i rol­ni­ków, po kup­ców i przemysłow­ców5. Jak wyja­śniał póź­niej bry­tyj­ski libe­rał John Stu­art Mill, miarą postępu ku tak rozu­mia­nej cywi­li­za­cji było powsta­nie rol­nic­twa, miast, prze­my­słu, tech­niki i han­dlu:

 

Jakie­kol­wiek byłyby cechy tego, co nazy­wamy dzi­ko­ścią, ich prze­ci­wień­stwo, a raczej cechy, jakich spo­łe­czeń­stwo nabiera, kiedy odrzuca tamte, sta­nowi cywi­li­za­cję. I tak dzi­kie ple­mię składa się z garstki jed­no­stek, wędru­ją­cych albo roz­pro­szo­nych z rzadka na roz­le­głej połaci terenu: gęstą popu­la­cję więc, zamiesz­ku­jącą stałe sie­dziby i sku­pioną w dużej mie­rze w mia­stach i wio­skach, okre­ślamy mia­nem cywi­li­zo­wa­nej. W sta­nie dzi­ko­ści nie ma albo pra­wie nie ma han­dlu, manu­fak­tur, rol­nic­twa: kraj bogaty w owoce rol­nic­twa, han­dlu i manu­fak­tur nazy­wamy cywi­li­zo­wa­nym6.

 

Tak rozu­miana cywi­li­za­cja w licz­bie poje­dyn­czej była teo­re­tycz­nie sta­nem, do któ­rego każda spo­łecz­ność ludzka mogła aspi­ro­wać przy odpo­wied­nich sta­ra­niach i edu­ka­cji, a wszyst­kie ludz­kie spo­łe­czeń­stwa można było usze­re­go­wać na pod­sta­wie ich suk­ce­sów na tym fron­cie1. W prak­tyce stan­dard wyzna­czała zachod­nia Europa. „Ele­menty te”, wyja­śnia Mill, „są obecne w nowo­żyt­nej Euro­pie, a zwłasz­cza w Wiel­kiej Bry­ta­nii, w znacz­nie więk­szej mie­rze i szyb­ciej się roz­wi­jają niż gdzie­kol­wiek czy kie­dy­kol­wiek indziej”7.
To abs­trak­cyjne poję­cie cywi­li­za­cji zapew­niło też cenne wspar­cie zachod­nio­eu­ro­pej­skiemu impe­ria­li­zmowi8. Mill, który przez ponad trzy­dzie­ści lat pra­co­wał dla Bry­tyj­skiej Kom­pa­nii Wschod­nio­in­dyj­skiej, uwa­żał, że cywi­li­zo­wane spo­łe­czeń­stwa zasłu­żyły na prawo do wol­no­ści i suwe­ren­no­ści, które nie było udzia­łem spo­łe­czeństw mniej roz­wi­nię­tych9. Miały one obo­wią­zek poma­gać innym w ich wła­snej podróży tą samą drogą, ale, jak ujął to w roku 1859: „Despo­tyzm jest upraw­nioną metodą rzą­dze­nia bar­ba­rzyń­cami, byleby miał na celu polep­sze­nie ich losu”10.
Jesz­cze w XIX wieku nie było „cywi­li­za­cji” w licz­bie mno­giej, a tylko „cywi­li­za­cja”, i poglądy Milla sta­no­wią zwień­cze­nie tej pierw­szej fazy optyki cywi­li­za­cyj­nej. Jeśli cywi­li­za­cja była dla niego czymś podziel­nym, to tylko do pew­nego stop­nia. Jed­nak w cza­sach, w któ­rych two­rzył, oświe­ce­niowy uni­wer­sa­lizm oraz idea nie­ustan­nego postępu dzie­jo­wego ustę­po­wały już miej­sca par­ty­ku­la­ry­zmowi i rela­ty­wi­zmowi kul­tu­ro­wemu. Nie­któ­rzy uczeni zaczy­nali uży­wać formy mno­giej, „cywi­li­za­cje”, w zna­cze­niu okre­ślo­nych grup ludz­kich żyją­cych w kon­kret­nych miej­scach, z wła­sną odrębną histo­rią i trwa­łym cha­rak­te­rem, w obrę­bie któ­rych roz­wój był pro­ce­sem wewnętrz­nym i samo­rod­nym.
W 1828 roku fran­cu­ski histo­ryk i poli­tyk François Guizot wygło­sił na Sor­bo­nie cykl wykła­dów „Dzieje cywi­li­za­cji euro­pej­skiej”. W pierw­szym oma­wiał on „cywi­li­za­cję powszechną rodu ludz­kiego”11. W dru­gim jed­nak zwró­cił się ku „cywi­li­za­cjom” – poszcze­gól­nym prze­ja­wom tej powszech­nej cywi­li­za­cji, zwłasz­cza ku tym, które poprze­dzały cywi­li­za­cję „euro­pej­ską”, będącą głów­nym obiek­tem jego zain­te­re­so­wa­nia: mię­dzy innymi Hin­du­som, Etru­skom, Rzy­mia­nom i Gre­kom.
Miały one już wyraź­nie zary­so­wane cha­rak­tery: „Rzu­ciw­szy okiem na cywi­li­za­cje, które poprze­dziły cywi­li­za­cję euro­pej­ską now­szą”, mówi Guizot, „ude­rza natych­miast pewna jed­ność, która tam panuje. Zdaje się, iż one wypły­nęły z jed­nego fak­tum, z jed­nej idei […], która nią wła­dała i z któ­rej wypły­nęły insty­tu­cje, oby­czaje, wyobra­że­nia reli­gijne, sło­wem cały roz­wój”12. W Egip­cie na przy­kład była to teo­kra­cja, w Feni­cji zaś han­del.
Skie­ro­wało je to na inne drogi niż „z gruntu euro­pej­ską” cywi­li­za­cję cza­sów Guizota, wspólną dla Anglii, Fran­cji, Nie­miec i Hisz­pa­nii, któ­rej cechami szcze­gól­nymi były róż­no­rod­ność i wol­ność: „Gdy w innych cywi­li­za­cjach wyłączne pano­wa­nie […] jed­nej zasady, jed­nej formy było powo­dem tyra­nii, w now­szej Euro­pie roz­ma­itość żywio­łów porządku spo­łecz­nego, nie­moż­ność ich wyłą­cze­nia się wza­jem­nego zro­dziły swo­bodę”132. Tymi roz­ma­itymi żywio­łami były, według Guizota, Kościół chrze­ści­jań­ski, Rzy­mia­nie oraz „nie­okrze­sani bar­ba­rzyńcy ger­mań­scy”, któ­rzy przy­szli po nich.
Ilu­struje to kolejny aspekt euro­pej­skiej optyki cywi­li­za­cyj­nej: poszu­ki­wa­nie lokal­nych przod­ków kul­tu­ro­wych. Nie­któ­rzy, jak Guizot, spo­glą­dali ku Ger­ma­nom, Rzy­mowi i Kościo­łowi. Inni, na fali euro­pej­skiego „fil­hel­le­ni­zmu” wspie­ra­ją­cego grecką wojnę o nie­pod­le­głość prze­ciwko Tur­cji osmań­skiej (1821–1830), widzieli w tej roli Gre­ków. Przy­kła­dem tego podej­ścia jest zaska­ku­jące stwier­dze­nie wysu­nięte w 1846 roku przez samego Johna Stu­arta Milla, że zwy­cię­stwo Ateń­czy­ków nad Per­sami pod Mara­to­nem było jed­nym z naj­waż­niej­szych wyda­rzeń w dzie­jach… Anglii:

 

Praw­dzi­wymi przod­kami naro­dów Europy nie są (jak się słusz­nie mawia) ci, z któ­rych krwi wyro­sły, ale ci, od któ­rych wzięły naj­bo­gat­szą część swego dzie­dzic­twa. Bitwa pod Mara­to­nem, nawet z per­spek­tywy angiel­skiej histo­rii, jest waż­niej­sza niż bitwa pod Hastings. Gdyby wynik tam­tego dnia był odmienny, Bry­to­wie i Sasi być może wciąż wędro­wa­liby po lasach14.

 

Bez względu na pre­fe­ro­wane wzorce histo­ryczne dzie­więt­na­sto­wieczni inte­lek­tu­ali­ści euro­pej­scy coraz bar­dziej sku­piali się raczej na cywi­li­za­cjach niż na cywi­li­za­cji i raczej na iden­ty­fi­ko­wa­niu oraz hie­rar­chi­zo­wa­niu cech kul­tu­ro­wych wła­ści­wych poszcze­gól­nym spo­łe­czeń­stwom niż na ich postę­pach na dro­dze ku wspól­nemu ide­ałowi czło­wie­czeń­stwa. Kul­tury w takim uję­ciu były nie tylko odse­pa­ro­wane od sie­bie, ale i miały natu­ralne limity swego roz­woju. Z cza­sem pomo­gło to uspra­wie­dli­wić bar­dziej bru­talne formy impe­rial­nych rzą­dów nad ludami postrze­ga­nymi już wtedy jako z gruntu odmienne i gor­sze15. Impe­rium nie miało odtąd natu­ral­nego końca.
Dostrze­ga­nie róż­nic mię­dzy poszcze­gól­nymi ludami nie było, rzecz jasna, niczym nowym, podob­nie jak rado­sne odkry­cie, że cha­rak­ter wła­snego ple­mie­nia oka­zuje się obiek­tyw­nie naj­bar­dziej atrak­cyjny. Nowo­ścią było jed­nak kon­stru­owa­nie ogól­nej kla­sy­fi­ka­cji ludz­kich kul­tur. Sprzy­jała temu inna popu­larna kon­cep­cja, która poja­wiła się mniej wię­cej w tym samym cza­sie: że ludzi można podzie­lić na „rasy”, róż­niące się pod wzglę­dem natu­ral­nych uzdol­nień i inte­li­gen­cji, któ­rych ewo­lu­cję zde­ter­mi­no­wały – albo ogra­ni­czyły – owe wro­dzone bio­lo­giczne cechy16. Rasy te sze­re­go­wano następ­nie w roz­ma­ite sys­temy oparte na kolo­rze skóry, które loko­wały na samym dole Austra­lij­czy­ków, po nich nato­miast, w tej kolej­no­ści, Afry­ka­nów i miesz­kań­ców Azji Wschod­niej, na szczy­cie zaś Euro­pej­czy­ków.

 

Idea cywi­li­za­cji euro­pej­skiej bywała mimo wszystko pro­ble­ma­tyczna. Wielu euro­pej­skich osad­ni­ków w mło­dych Sta­nach Zjed­no­czo­nych widziało w ame­ry­kań­skiej rewo­lu­cji rady­kalne zerwa­nie ze Sta­rym Świa­tem. Tym­cza­sem wśród tych, któ­rzy pozo­stali na miej­scu, stop­niowo nara­stały wąt­pli­wo­ści co do Rosji. Atrak­cyjną alter­na­tywą był „Zachód”, poję­cie bar­dziej ela­styczne, któ­rego można było uży­wać obok albo zamiast „Europy”. Mogło obej­mo­wać, wedle uzna­nia, mniej­szą albo więk­szą część Europy i roz­cią­gać się na euro­pej­skie kolo­nie za oce­anem17.
Ów „Zachód” funk­cjo­no­wał obok rów­nie ela­stycz­nego poję­cia „Wschodu”. W XIX wieku gra­nicę mię­dzy nimi wyzna­czały czę­sto poli­tyczne podziały w łonie Europy: w 1834 roku bry­tyj­ski mini­ster spraw zagra­nicz­nych, wiceh­ra­bia Pal­mer­ston, okre­ślił koali­cję Wiel­kiej Bry­ta­nii, Fran­cji, Por­tu­ga­lii i Hisz­pa­nii jako „sojusz mię­dzy kon­sty­tu­cyj­nymi pań­stwami Zachodu” i „prze­ciw­wagę dla Świę­tego Przy­mie­rza Wschodu”: Rosji, Prus i Austrii. Podobny kon­trast poja­wił się w wewnątrz­ro­syj­skich spo­rach mię­dzy „okcy­den­ta­li­stami” i „sło­wia­no­fi­lami”, a wojna krym­ska z 1854 roku wzmoc­niła pogląd o róż­nicy mię­dzy Rosją (tym razem dzia­ła­jącą w poje­dynkę) oraz resztą18.
Ten sam binarny podział można było zasto­so­wać także do rasy i reli­gii, i nie tylko na linii styku mię­dzy Europą a Azją. W 1891 roku Edward Fre­eman, pro­fe­sor histo­rii nowo­żyt­nej w Oks­for­dzie, opu­bli­ko­wał The History of Sicily, w któ­rej przy­wo­łał te same fun­da­men­talne kon­tra­sty mię­dzy jej sta­ro­żyt­nymi grec­kimi i fenic­kimi miesz­kań­cami, a póź­niej mię­dzy tam­tej­szymi chrze­ści­ja­nami i muzuł­ma­nami:

 

Siłą roz­strzy­gnąć trzeba było kwe­stię […], czy ta cen­tral­nie poło­żona wyspa na cen­tral­nie poło­żo­nym morzu nale­żeć ma do Zachodu czy do Wschodu, do ludzi o aryj­skim czy o semic­kim rodo­wo­dzie. I jak zawsze, ile­kroć do gry wcho­dzą Semici, kon­flikt rasowy od początku zaostrzał też kon­flikt na tle wiary. O Sycy­lię, ten przy­czó­łek Europy, trzeba było wal­czyć, naj­pierw z Feni­cja­nami, a póź­niej z Sara­ce­nami19.

 

Optyka cywi­li­za­cyjna i Zachód powoli połą­czyły się w kon­cep­cję „cywi­li­za­cji zachod­niej”, któ­rej cechami szcze­gól­nymi były demo­kra­cja i kapi­ta­lizm, wol­ność i tole­ran­cja, postęp i nauka20. Była ona z gruntu chrze­ści­jań­ska i opie­rała się na tra­dy­cji biblij­nej, ale rzym­ski Kościół i grecki Nowy Testa­ment pomo­gły wpleść Gre­cję i Rzym w jądro tej opo­wie­ści. W 1912 roku wykła­dowca z Cam­bridge J.C. Sto­bart mógł roz­po­cząć swój popu­larny tom na temat minio­nej świet­no­ści Rzymu, The Gran­deur That Was Rome – dopeł­nie­nie wyda­nego rok wcze­śniej dzieła The Glory That Was Gre­ece – dumną dekla­ra­cją: „Ateny i Rzym stoją obok sie­bie jako rodzice zachod­niej cywi­li­za­cji”21.

 

W XX wieku wyima­gi­no­wane gra­nice cywi­li­za­cji zachod­niej nie prze­stały się prze­su­wać. „Żela­zna kur­tyna”, która opa­dła na Europę w 1945 roku, wyty­czyła nową gra­nicę ze strefą sowiec­kich inte­re­sów, a Zachód stał się punk­tem zbor­nym soju­szu Sta­nów Zjed­no­czo­nych i państw zachod­niej Europy22. Wyda­rze­nia z wrze­śnia 2001 roku pomo­gły na nowo utoż­sa­mić Wschód ze świa­tem islamu, ale kiedy piszę tę książkę, wojna w Ukra­inie znów kom­pli­kuje obraz.
Zmie­nił się rów­nież spo­sób pisa­nia o cywi­li­za­cjach. W poło­wie XX wieku pro­ste hie­rar­chie wyszły z mody zastą­pione przez opra­co­wa­nia o pozor­nie neu­tral­nym podej­ściu, raczej porów­nu­jące niż sze­re­gu­jące roz­ma­ite cywi­li­za­cje23. Były one wciąż postrze­gane jako odrębne twory. W 1963 roku wielki fran­cu­ski histo­ryk regionu śród­ziem­no­mor­skiego Fer­nand Brau­del opu­bli­ko­wał pod­ręcz­nik szkolny Gra­ma­tyka cywi­li­za­cji, w któ­rym suge­ro­wał, że „cywi­li­za­cje” mają swój wła­sny cha­rak­ter oraz „men­tal­ność zbio­rową”24. Był otwarty na pogląd, że powierz­chow­nie są one nie­szczelne: „Na pierw­szy rzut oka każda cywi­li­za­cja przy­po­mina dwo­rzec towa­rowy, na któ­rym bez prze­rwy eks­pe­diuje się i przyj­muje paczki o naj­róż­niej­szej zawar­to­ści”. Nie­mniej róż­nice mię­dzy nimi sta­no­wią „nie­zwy­kle odporne na dzia­ła­nie czasu” cechy, które „zmie­niają się bar­dzo powoli, prze­obra­żają po dłu­gich, mozol­nych, nie­uświa­da­mia­nych przy­go­to­wa­niach”25.
Poko­le­nie póź­niej koniec zim­nej wojny przy­niósł nowe wcie­le­nie optyki cywi­li­za­cyj­nej. W 1996 roku poli­to­log z Harvardu Samuel P. Hun­ting­ton uznał cywi­li­za­cje za wyróż­nik nowej epoki, argu­men­tu­jąc, że naj­waż­niej­sze podziały mię­dzy­ludz­kie mają teraz cha­rak­ter raczej kul­tu­rowy i reli­gijny niż poli­tyczny czy eko­no­miczny. Wyróż­nił dzie­więć nowo­żyt­nych cywi­li­za­cji o geo­gra­ficz­nych i reli­gijnych ety­kiet­kach, w tym cywi­li­za­cję „zachod­nią” się­ga­jącą do daw­nej „żela­znej kur­tyny”, a poza nią cywi­li­za­cje „pra­wo­sławną” oraz „islam­ską”. Co naj­waż­niej­sze dla nas, ów stan rze­czy odzwier­cie­dlał jego zda­niem trwały ele­ment kon­dy­cji ludz­kiej: „Histo­ria ludz­ko­ści to dzieje cywi­li­za­cji. Nie spo­sób myśleć o niej w innych kate­go­riach”. Co wię­cej, „przez więk­szy okres dzie­jów ludz­ko­ści kon­takty mię­dzy cywi­li­za­cjami miały cha­rak­ter spo­ra­dyczny albo w ogóle ich nie było”26.
Z tego powodu każda kul­tura rośnie niczym osobne drzewo, o korze­niach i gałę­ziach wyraź­nie róż­nią­cych się od sąsia­dów. Każda poja­wia się, roz­kwita, po czym upada i robi to w zasa­dzie bez udziału innych. Wzrost i zmiany są wyni­kiem wewnętrz­nych pro­ce­sów, a nie zewnętrz­nych powią­zań. W modelu tym cywi­li­za­cje mogą zmie­nić nazwę, ale nie zmie­niają swo­jej natury.
W XXI wieku ten spo­sób myśle­nia wciąż jest normą, odróż­nia­jąc „Zachód”, chrze­ści­jań­ską kul­turę o grecko-rzym­skich lub jesz­cze wcze­śniej­szych „indo­eu­ro­pej­skich” korze­niach, od „Wschodu”, któ­rego cen­trum jest Rosja, Chiny bądź islam. Nawet w libe­ral­nych kon­cep­cjach „wie­lo­kul­tu­ro­wo­ści” przyj­muje się za punkt wyj­ścia ist­nie­nie, czy wręcz war­tość, odręb­nych „kul­tur”. Optyka cywi­li­za­cyjna staje się cywi­li­za­cyj­nym fak­tem.
Do łask wró­ciło także hie­rar­chi­zo­wa­nie. W naj­bar­dziej pozy­tyw­nej wer­sji idea cha­rak­te­ry­stycz­nego, odręb­nego zachod­niego dzie­dzic­twa opar­tego głów­nie na grec­kich i rzym­skich war­to­ściach za wzór par­ty­cy­pa­cji poli­tycz­nej, eks­pre­sji twór­czej i wol­no­ści słowa przyj­muje w szcze­gól­no­ści – nieco na wyrost – sta­ro­żytne Ateny. Ma ona także nowych orę­dow­ni­ków w świe­cie aka­de­mic­kim, takich jak Ram­say Cen­tres for Western Civi­li­sa­tion, które utwo­rzono od 2020 roku na trzech dużych austra­lij­skich uni­wer­sy­te­tach27. W innych czę­ściach świata eks­tre­mi­ści ubrani w spar­tań­skie hełmy albo noszący tatu­aże z rzym­skimi hasłami gło­szą przy­ro­dzoną war­tość bia­łej, zachod­niej i euro­pej­skiej spu­ści­zny zagro­żo­nej „wiel­kim zastą­pie­niem” przez obcych28.
Łatwo zba­ga­te­li­zo­wać wizję grecko-rzym­skich korzeni współ­cze­snego Zachodu jako prze­sta­rzałą i z pew­no­ścią nie znaj­dzie­cie jej w naj­now­szych poważ­nych pra­cach nauko­wych ani nawet w pod­ręcz­ni­kach. Jest ona jed­nak wciąż obecna, zyskuje na popu­lar­no­ści i sta­nowi część szer­szego pro­blemu. W optykę cywi­li­za­cyjną wbu­do­wane jest zało­że­nie o trwa­łej istot­nej róż­nicy mię­dzy spo­łe­czeń­stwami ludz­kimi, które wyrzą­dza realne szkody. Ludzie giną z rąk zelo­tów „Bia­łego Zachodu”, a ujaw­nia­jące się w nie­któ­rych kra­jach Europy odmienne postawy wobec uchodź­ców wojen­nych z Syrii i Ukra­iny demon­strują zdol­ność cywi­li­za­cyj­nego eks­klu­zy­wi­zmu do unie­waż­nia­nia ludz­kiego cier­pie­nia.

 

Dawny model trwa­łych, odręb­nych bio­lo­gicz­nie „ras” został osta­tecz­nie wysłany do lamusa przez gene­tykę29. Wszy­scy ludzie są bli­sko spo­krew­nieni ze sobą – bli­żej niż na przy­kład znacz­nie mniej­sza świa­towa popu­la­cja szym­pan­sów. Róż­nice gene­tyczne mię­dzy gru­pami ludz­kimi żyją­cymi daleko od sie­bie oczy­wi­ście zwięk­szają się z cza­sem. Jed­nak nie­dawne postępy w pozy­ski­wa­niu i bada­niu antycz­nego DNA ujaw­niły, że gęst­sze zgru­po­wa­nia genów, jakie można wyróż­nić na mapie dzi­siej­szego świata, róż­nią się dia­me­tral­nie od tych z nawet sto­sun­kowo nie­dawnej prze­szło­ści. Są poje­dyn­czą migawką z nie­usta­ją­cego pro­cesu mię­dzyludzkich kon­tak­tów i wymiany.
Nasi przod­ko­wie czę­sto podró­żo­wali, poko­ny­wali znaczne odle­gło­ści i nie­rzadko napo­ty­kali nie­znane im wcze­śniej ludy. Migra­cje, mobil­ność i mie­sza­nie się są nie­od­łączną czę­ścią dzie­jów ludz­ko­ści. Jak ujął to gene­tyk z Harvardu, David Reich, drzewo „do opisu rela­cji popu­la­cyj­nych zupeł­nie się nie nadaje. Geno­mowa rewo­lu­cja uświa­do­miła nam, jak liczne były przy­padki krzy­żo­wa­nia się zróż­ni­co­wa­nych ludz­kich popu­la­cji i jak ogromna była ich skala; znacz­nie lep­szą niż drzewo meta­forą tej zło­żo­nej histo­rii byłaby na przy­kład ple­cionka z wielu krzy­żu­ją­cych się i nakła­da­ją­cych na sie­bie włó­kien”30.
Pora zasto­so­wać podobne rozu­mo­wa­nie do ludz­kiej kul­tury. Optyka cywi­li­za­cyjna kom­plet­nie wypa­cza naszą opo­wieść. To nie ludy two­rzą histo­rię, lecz ludzie, oraz rela­cje, jakie ze sobą nawią­zują. Ludz­kie spo­łe­czeń­stwo nie jest lasem peł­nym drzew, z sub­kul­tu­rami odga­łę­zia­ją­cymi się od poszcze­gól­nych pni. Przy­po­mina raczej grządkę kwia­tów, które wyma­gają regu­lar­nego zapy­la­nia, aby wydać nasiona i wyro­snąć na nowo31. Odrębne lokalne kul­tury poja­wiają się i zni­kają, są jed­nak two­rzone i pod­trzy­my­wane przez inte­rak­cje – a odkąd kon­takt został nawią­zany, żaden ląd nie jest samotną wyspą.
Będę tu dowo­dzić, że ni­gdy nie było jed­nej, czy­sto zachod­niej lub euro­pej­skiej kul­tury. To, co nazy­wamy zachod­nimi war­to­ściami – wol­ność, racjo­na­lizm, spra­wie­dli­wość i tole­ran­cja – nie jest ani wyłącz­nie, ani pier­wot­nie zachod­nie, a sam Zachód jest w dużej mie­rze wytwo­rem wie­lo­wie­ko­wych powią­zań ze znacz­nie roz­le­glej­szą sie­cią spo­łe­czeństw z połu­dnia, pół­nocy i wschodu32. Okres objęty tą książką jest nato­miast epoką melanżu, w któ­rej jed­nostki i spo­łecz­no­ści dzia­łają i reagują we wza­jem­nych rela­cjach. Nie ozna­cza to, że owe inte­rak­cje są zawsze pozy­tywne i poko­jowe. Prawdę mówiąc, naj­więk­sze prze­miany doko­nują się w cza­sach wiel­kiego zamętu i anta­go­ni­zmów – migra­cji, wojen i pod­bo­jów – a ludzie nie­raz uczą się naj­wię­cej od naj­zaw­zięt­szych prze­ciw­ni­ków.
Moja opo­wieść nie jest pro­stą histo­rią o, na przy­kład, nie­koń­czą­cej się eks­pan­sji sieci spo­łecz­nych i gospo­dar­czych, nie­po­wstrzy­ma­nym postę­pie ludz­ko­ści czy – jak ujmo­wali to nie­któ­rzy dzie­więt­na­sto­wieczni uczeni – „świe­tle ze Wschodu”, które peł­nię mocy osiąga dopiero na Zacho­dzie33. Ma skom­pli­ko­waną fabułę, wątki poboczne i parę nie­ocze­ki­wa­nych zwro­tów akcji. Nie jest to też książka o „wpły­wo­lo­gii”: wszech­obec­nej, ale bez­sen­sow­nej kon­cep­cji, która sta­wia sprawy na gło­wie, przy­pi­su­jąc zasługę za trans­fer kul­tu­rowy wzor­cowi zamiast jego naśla­dow­com. Ale prze­szłość nie wpływa na przy­szłość: to ludzie decy­dują, jak inter­pre­to­wać, roz­wi­jać lub adap­to­wać to, co w niej zastają34.
Pisząc tę książkę, czer­pa­łam obfi­cie z naj­now­szych badań histo­rycz­nych, arche­olo­gicz­nych i bio­lo­gicz­nych, takich jak „geno­mowa rewo­lu­cja” XXI wieku, która zmie­nia nasze wyobra­że­nia o prze­miesz­cza­niu się i krzy­żo­wa­niu ludzi w prze­szło­ści. Ale sięga ona rów­nież do star­szych spo­so­bów myśle­nia o histo­rii i jej kształ­to­wa­niu przez podróże, spo­tka­nia i rela­cje mię­dzy­ludz­kie. Byłam też celowo kon­ser­wa­tywna, pomi­ja­jąc wiele inte­re­su­ją­cych i prze­ko­nu­ją­cych teo­rii na temat kon­tak­tów i trans­mi­sji kul­tu­ro­wej mię­dzy odle­głymi spo­łecz­no­ściami, żeby sku­pić się na naj­le­piej udo­ku­men­to­wa­nych przy­kła­dach.
Mniej wię­cej 4 tysiące lat oddzie­lają dwie rewo­lu­cje, które wyzna­czają ramy cza­sowe moich docie­kań: poja­wie­nie się żeglugi peł­no­mor­skiej na Morzu Śród­ziem­nym, co zapew­niło pierw­sze szyb­kie połą­cze­nie z zacho­dem, oraz roz­wój nowych narzę­dzi nawi­ga­cyj­nych, które rady­kal­nie posze­rzyły zachodni hory­zont. Przez więk­szość tego czasu Europa sta­no­wiła pery­fe­rie roz­le­głych sieci kul­tu­ro­wych, han­dlo­wych i poli­tycz­nych, dopóki żeglar­skie pań­stwa na jej zachod­nim krańcu nie zaczęły two­rzyć nowego, zdo­mi­no­wa­nego przez chrze­ści­jań­stwo atlan­tyc­kiego świata – świata, który był jesz­cze sil­niej powią­zany na jesz­cze więk­szych prze­strze­niach, ale gło­sił nową ide­olo­gię dystansu i sepa­ra­ty­zmu.
Przez cały ten czas ludzie podró­żo­wali w celach han­dlo­wych i dyplo­ma­tycz­nych, dla zysku, przy­gody i łupów. Nie ogra­ni­czały ich abs­trak­cyjne cywi­li­za­cje, ale auten­tyczne bariery pustyń, gór i mórz – które poko­ny­wali, nie godząc się na osa­mot­nie­nie.

 

Do pierw­szych kon­tak­tów mię­dzy impe­riami Egiptu i Mezo­po­ta­mii a prost­szym świa­tem leżą­cym na zachód od nich doszło za pośred­nic­twem regionu, który wcze­śni euro­pej­scy podróż­nicy nazwali Lewan­tem – kra­iną wscho­dzą­cego słońca – oraz paru naj­star­szych miej­skich spo­łecz­no­ści świata35. To wła­śnie w jed­nym z tych miast zaczyna się nasza opo­wieść: w mie­ście, które dało nazwę pierw­szym mor­skim żaglow­com.

1] Nie wszyst­kie euro­pej­skie tra­dy­cje inte­lek­tu­alne postrze­gały „cywi­li­za­cję” jako osta­teczny cel: uczeni nie­mieccy, na przy­kład, przed­kła­dali moralną siłę wcze­śniej­szego etapu Kul­tur ponad deka­dencką fran­cu­ską ele­gan­cję Zivi­li­sa­tion, w którą prze­miana zawsze jej gro­ziła.

2] Podob­nie jak Mill, Guizot przy­znał wła­snemu naro­dowi szcze­gólne miej­sce: „Dobre jest nas Fran­cu­zów poło­że­nie do zgłę­bia­nia cywi­li­za­cji euro­pej­skiej […] sądzę, iż bez pochleb­stwa rzec można, że Fran­cja była środ­kiem, ogni­skiem cywi­li­za­cji euro­pej­skiej […]. W naro­dzie fran­cu­skim jest coś towa­rzy­skiego, coś sym­pa­tycz­nego, coś udzie­la­ją­cego się z więk­szą łatwo­ścią i mocą zara­zem niż w cha­rak­te­rze każ­dego innego ludu”.

1
Pierwszy żagiel
BYBLOS, ok. 2000 p.n.e.

Jest cie­pły pora­nek, tuż po świ­cie, około 4 tysięcy lat temu. Znaj­du­jemy się w por­cie Byblos, zbu­do­wa­nym na cyplu u pod­nóży chłod­nych zie­lo­nych zbo­czy gór Libanu. Łodzie rybac­kie wyszły już w morze, a na brzegu trwa oży­wiona krzą­ta­nina: pod­pły­wają sza­lupy ze stat­ków kupiec­kich, które rzu­ciły kotwicę poprzed­niej nocy, mło­dzi męż­czyźni prze­rzu­cają się żar­tami, ładu­jąc worki i kosze na grzbiety osłów, a na połu­dnie od kamien­nych murów mia­sta tra­twy wyła­do­wane pniami drzew suną z prą­dem rzeki ku wybrzeżu. Wysoko nad por­tem wznosi się nowa świą­ty­nia z wieżą kie­ru­jącą żegla­rzy do bez­piecz­nej przy­stani i kotwi­cami wmu­ro­wa­nymi w schody i ściany dla ochrony przed nie­szczę­ściem36. Miesz­kańcy tego zwar­tego, ruchli­wego mia­steczka uznają swój dług wobec morza.
Parę kilo­me­trów od brzegu piękny sta­tek żaglowy, więk­szy od pozo­sta­łych, stoi na kotwicy na pły­ciź­nie. Pół­nocno-zachod­nie wia­try przy­ci­chły w ostat­nich tygo­dniach, tem­pe­ra­tura spa­dła i teraz sta­tek czeka już tylko na pasa­że­rów i załogę.
Han­del kie­ruje tych ludzi w roz­ma­ite zakątki sieci miast oraz impe­riów, rze­mieśl­ni­ków i poetów, któ­rej cen­trum two­rzą doliny rzeczne Egiptu i Azji Zachod­niej, ale połą­czo­nej z sze­ro­kim świa­tem poza ich obrę­bem. Mówią kil­koma języ­kami i gdy­by­śmy spo­tkali ich zeszłej nocy, mogli­by­śmy od nich usły­szeć parę opo­wie­ści przy dzba­nie zna­ko­mi­tego miej­sco­wego wina.
Jeden z kup­ców popły­nął wzdłuż wybrzeża, a potem w górę Nilu, mija­jąc ponad sto pira­mid – gro­bow­ców zbu­do­wa­nych przez egip­skich kró­lów-kapła­nów – aby robić inte­resy w poło­żo­nym wśród pia­sków han­dlo­wym mie­ście Kerma, sto­licy boga­tej w złoto połu­dnio­wej kra­iny, którą Egip­cja­nie nazy­wają Kusz. Stam­tąd wypra­wił się przez wschod­nią Saharę nad Morze Czer­wone, gdzie dołą­czył do kon­woju stat­ków pły­ną­cych na połu­dnie do Rogu Afryki, w poszu­ki­wa­niu kości sło­nio­wej, hebanu, kadzi­dła i złota.
Dwóch innych kup­ców odbyło długą podróż z kara­waną osłów do Mezo­po­ta­mii. Naj­pierw skie­ro­wali się na pół­noc przez góry prze­łę­czą Akkar, któ­rej dziś strzeże zamek krzy­żow­ców Krak des Che­va­liers, a potem na wschód po rów­niej­szym tere­nie w stronę Eufratu. Jeden z nich ruszył dalej lądem nad Tygrys, gdzie łamał się chle­bem z ludźmi, któ­rzy wędro­wali na połu­dnie zza Kau­kazu, pro­wa­dząc piękne konie i ładu­nek futer. Opo­wie­dzieli mu oni o pła­skiej jak stół rów­ni­nie na pół­nocy, przez którą można jechać całymi mie­sią­cami. Drugi prze­wiózł swoje towary łodzią w dół Eufratu do warow­nego mia­sta Ur na pół­nocnym wybrzeżu Zatoki Per­skiej, portu znacz­nie więk­szego od Byblos.
Odwie­dził tam święty okręg w pół­nocno-zachod­niej czę­ści mia­sta, poświę­cony bogu księ­życa Nan­nie i jego mał­żonce Nin­gal, z licz­nymi świą­ty­niami i dzie­dziń­cami, biu­rami rzą­do­wymi i wiel­kim pała­cem króla. Na jego dru­gim końcu wspiął się po tro­istych scho­dach nowego zigu­ratu, schod­ko­wa­tej świą­tyni-góry z cegły zwią­za­nej bitu­mem; z jego wierz­chołka przy­glą­dał się stat­kom wypły­wa­ją­cym do Ara­bii i Indii oraz wra­ca­ją­cym z ładow­niami wypeł­nio­nymi mie­dzią i dro­gimi kamie­niami. W por­cie roz­ma­wiał ze sta­rym czło­wie­kiem, który przed kil­ku­dzie­się­ciu laty został wysłany tu znad Indusu, by doglą­dać inte­re­sów han­dlo­wych swej rodziny, i słu­chał jego opo­wie­ści o leżą­cej daleko na wscho­dzie wiel­kiej zie­lo­nej doli­nie z dziw­nym gar­ba­tym bydłem i pię­cioma ogrom­nymi mia­stami zbu­do­wa­nymi z wypa­la­nej czer­wo­nej gliny37.

 

Ta nocna roz­mowa w Byblos odsła­nia przed nami nie­ustan­nie zmie­nia­jący się, roz­le­gły, powią­zany świat pełen podróż­ni­ków, dla któ­rych optyka cywi­li­za­cyjna nie mia­łaby więk­szego sensu. Kiedy załoga wypły­nie ran­kiem, obie­rze nowy kurs, w stronę zacho­dzą­cego słońca. Zanim jed­nak sami ruszymy jej śla­dem, musimy się cof­nąć do począt­ków, aby się prze­ko­nać, jak bar­dzo dzieje ludz­ko­ści zależą od kon­tak­tów mię­dzy­ludz­kich i jak dotarły do tego punktu.
Ludzie zawsze szu­kali towa­rzy­stwa, nawet na pozio­mie gatunku: w wyniku takich spo­tkań – przy­ja­ciel­skich lub nie – my, Euro­pej­czycy, wszy­scy mamy w genach mały, ale zna­czący odse­tek nean­der­tal­skiego dzie­dzic­twa, a we współ­cze­snych popu­la­cjach prze­trwało DNA co naj­mniej trzech innych archa­icz­nych gatun­ków czło­wieka38. Odkąd Homo sapiens wyparł inne odmiany na całej pla­ne­cie, szedł wciąż przed sie­bie – a cza­sem też wio­sło­wał. Łowcy-zbie­ra­cze wędro­wali za zwie­rzyną i zgod­nie z porami roku, także po to, by spo­ty­kać się ze sobą. Wzno­sili wspól­nymi siłami zagad­kowe mega­lity w górach Tau­rus i uczto­wali w zbu­do­wa­nych z mamu­cich kości sza­ła­sach nad Dnie­prem i Donem39. Wymie­niali mię­dzy sobą surowce: miesz­kańcy Cypru i wybrzeży Morza Czer­wo­nego cie­szyli się na obsy­dian ze środ­ko­wej Ana­to­lii, twarde szkliwo wul­ka­niczne, z któ­rego powsta­wały zna­ko­mite narzę­dzia tnące. Wymie­niali też infor­ma­cje tech­niczne: na roz­le­głym obsza­rze od Mezo­po­ta­mii po Syrię szybko się roz­prze­strze­niały nowe wzory gro­tów strzał40.
Kiedy 12 tysięcy lat temu, po zakoń­cze­niu epoki lodo­wej, glo­balny kli­mat usta­bi­li­zo­wał się i ocie­plił, na tere­nie tak zwa­nego Żyznego Pół­księ­życa (który w rze­czy­wi­sto­ści przy­po­mina raczej bume­rang) wymiana nabrała jesz­cze więk­szego zna­cze­nia. Tam, w nowych, łagod­nych warun­kach, obfi­tość miej­sco­wej zwie­rzyny i dzi­kich roślin zachę­ciła do pierw­szych eks­pe­ry­men­tów z rol­nic­twem. Pio­nie­rzy wzięli miej­scowe dzi­kie trawy o drob­nych, łatwo roz­sie­wa­ją­cych się nasio­nach i przez sta­ranną, wie­lo­krotną selek­cję skło­nili je do wytwa­rza­nia dużych, mocno tkwią­cych w kło­sie zia­ren, które łatwiej było ludziom zebrać, zjeść i prze­ro­bić na mąkę, ale wyma­gały one odtąd ludz­kiej pomocy przy sie­wie41. Inna forma selek­tyw­nej hodowli zmie­niła dzi­kie zwie­rzęta w sługi czło­wieka: psy już dawno wyod­ręb­niły się z wil­ków i były towa­rzy­szami polo­wań, a teraz tury zostały prze­isto­czone w krowy, dziki w świ­nie, owce zaś stra­ciły natu­ralną agre­sję421.
Rol­nic­two wyma­gało bar­dziej osia­dłego trybu życia, ale wciąż było uza­leż­nione od kon­tak­tów i komu­ni­ka­cji. Każde z udo­mo­wień doko­nało się na kon­kret­nym obsza­rze Żyznego Pół­księ­życa – psze­nica, bydło i owce na pół­noc­nych wzgó­rzach, jęcz­mień i świ­nie w róż­nych miej­scach na zachód od Eufratu, a kozy w dzi­siej­szym Ira­nie. Jed­nakże około 7000 roku p.n.e. wszyst­kie te nowe rasy wystę­po­wały już w całym regio­nie43. Wyma­gało to cze­goś wię­cej niż tylko wymie­nia­nia się nasio­nami i przy­chów­kiem: ludzie musieli wyja­śnić jedni dru­gim, jak siać, upra­wiać, zbie­rać i przy­rzą­dzać nowe rośliny, a także jak roz­mna­żać, żywić i pie­lę­gno­wać nowe zwie­rzęta.
Hodowla szer­szej gamy roślin i zwie­rząt zna­cząco zmniej­szyła ryzyko zwią­zane z rol­ni­czym try­bem życia, zależ­nym od kapry­sów pogody i bogów. Mimo to rol­nic­two nie odpo­wia­dało każ­demu: to praca cięż­sza niż polo­wa­nie i zbie­rac­two, a osia­dła siła robo­cza jest wylę­gar­nią cho­rób zakaź­nych. Jed­nak plony sprzy­jają wzro­stowi popu­la­cji, co skła­nia do migra­cji w poszu­ki­wa­niu nowych ziem. Od siód­mego tysiąc­le­cia p.n.e. rol­nic­two roz­prze­strze­niło się na pokaźne poła­cie globu. Rol­nicy migro­wali ze swymi zwie­rzę­tami, nasio­nami i umie­jęt­no­ściami na połu­dnie do Egiptu, na wschód do Iranu i doliny Indusu, na pół­noc do Ana­to­lii, a stam­tąd na zachód do Europy. Osia­dali wszę­dzie, gdzie dzięki szczę­ściu lub pomy­sło­wo­ści mogli uzy­skać plony, kosz­tem ludów, które tam polo­wały i wypa­sały stada.
Naj­bar­dziej uda­nych eks­pe­ry­men­tów doko­nali w suchych doli­nach rzecz­nych Mezo­po­ta­mii, „Mię­dzy­rze­cza”, kra­iny wci­śnię­tej w łuk Żyznego Pół­księ­życa. Uprawa płod­nych alu­wial­nych gleb mię­dzy Tygry­sem i Eufra­tem wyma­gała budowy skom­pli­ko­wa­nej sieci kana­łów i rowów nawad­nia­ją­cych, lecz nagra­dzała rol­ni­ków spek­ta­ku­lar­nymi zbio­rami. Mogli teraz pro­du­ko­wać dość żyw­no­ści, aby zapew­nić byt tym, któ­rzy zosta­wali garn­ca­rzami, kapła­nami lub admi­ni­stra­to­rami, i w pią­tym tysiąc­le­ciu p.n.e. zaczęły poja­wiać się mia­sta. Pod koniec czwar­tego tysiąc­le­cia p.n.e. Uruk nad Eufra­tem było praw­dziwą metro­po­lią zaj­mu­jącą 250 hek­ta­rów – mniej wię­cej tyle co lon­dyń­skie Soho – z kana­łami, świą­ty­niami i 20–40 tysią­cami miesz­kań­ców442.
Admi­ni­stra­cyjne wymogi zarzą­dza­nia roz­le­głymi rol­ni­czymi tere­nami wokół murów mia­sta spra­wiły, że w Uruk opra­co­wano też pierw­szy na świe­cie znany sys­tem stan­dar­do­wych miar i wag oparty na ładunku, jaki mógł unieść prze­ciętny męż­czy­zna (talent) i na dłu­go­ści jego przed­ra­mie­nia (łokieć)45. Tu także poja­wiło się pierw­sze pismo. Począt­kowo był to po pro­stu sys­tem licze­nia – kółka ozna­czały dzie­siątki, kre­ski jed­nostki – z cza­sem jed­nak skry­bo­wie zaczęli doda­wać pik­to­gramy wska­zu­jące, co jest liczone. Pod koniec czwar­tego tysiąc­le­cia roz­bu­do­wali ten kod, co pozwo­liło im zapi­sy­wać miej­scowy język, a potem dzieła lite­rac­kie, zna­kami odci­ska­nymi ryl­cem na gli­nia­nych tablicz­kach i zna­nymi dziś jako pismo kli­nowe, od kształtu śla­dów pozo­sta­wia­nych przez rysik463.
W poło­wie trze­ciego tysiąc­le­cia p.n.e. połu­dniową Mezo­po­ta­mię pokry­wała mozaika miast rzą­dzo­nych przez kró­lów, nie­które z dzie­siąt­kami tysięcy miesz­kań­ców. Podob­nie było w Egip­cie, gdzie rol­nic­two dotarło w szó­stym tysiąc­le­ciu p.n.e. Także tu potrzebne były skom­pli­ko­wane tech­niki iry­ga­cyjne, aby zatrzy­mać i roz­pro­wa­dzić coroczne wylewy Nilu, a plony były rów­nie impo­nu­jące. Pod koniec czwar­tego tysiąc­le­cia nad Nilem wyro­sły wiel­kie mia­sta, a około 3000 roku p.n.e. spo­łecz­no­ści Gór­nego i Dol­nego Egiptu połą­czyły się w „Stare Pań­stwo” pod pano­wa­niem dyna­stii, które pisały hie­ro­gli­fami, budo­wały pira­midy i wła­dały prze­szło milio­nem ludzi.
Jest to histo­ria tak zna­joma, że może się wyda­wać nie­uchron­nym bie­giem zda­rzeń, pierw­szymi kro­kami na skon­stru­owa­nej w XVIII wieku dra­bi­nie postępu: od łow­ców, poprzez paste­rzy, aż po rol­ni­ków, któ­rzy wzno­sili mia­sta oraz doro­bili się wład­ców, praw i insty­tu­cji, krótko mówiąc, cywi­li­za­cji. W rze­czy­wi­sto­ści ujaw­nia ona jed­nak luki w tra­dy­cyj­nej opo­wie­ści o samo­roz­woju47. Podob­nie jak wcze­śniej­sze, mniej­sze wspól­noty, kró­le­stwa Mezo­po­ta­mii i Egiptu nie stwo­rzyły się same. Nie były też jedy­nymi inte­re­su­ją­cymi spo­łecz­no­ściami w tej epoce.
Nawet naj­wcze­śniej­sze mia­sta musiały spro­wa­dzać mate­riały budow­lane – drewno, kamień i metale – z dale­kich stron, two­rząc roz­cią­ga­jące się na tysiące kilo­me­trów powią­za­nia gospo­dar­cze mię­dzy kró­lami, gór­ni­kami i drwa­lami. W trze­cim tysiąc­le­ciu p.n.e. nato­miast nowej epoce regu­lar­nej dale­ko­sięż­nej wymiany dało począ­tek wyna­le­zie­nie brązu. Sta­ro­żytni kowale stwo­rzyli tę nową sub­stan­cję, łącząc miedź z innymi meta­lami, i uzy­skali moc­niej­szy, tward­szy stop o niż­szej tem­pe­ra­tu­rze top­nie­nia, łatwiej­szy do odle­wa­nia i dający ostrzej­sze kra­wę­dzie tnące48. Wkrótce wyko­ny­wano z niego wszystko, od garn­ków i ozdób po broń i pan­ce­rze, ale miało to swoją cenę. Samą miedź trudno jest zna­leźć poza regio­nami gór­skimi, a wyso­kiej jako­ści brąz otrzy­my­wano, doda­jąc cynę, która jest naprawdę rzadka mię­dzy wybrze­żem Atlan­tyku a Azją Środ­kową, gdzie wydo­by­wali ją Ela­mici – po sume­ryj­sku „górale” – zamiesz­ku­jący połu­dniowo-zachodni Iran, któ­rzy następ­nie wysy­łali ją do Mezo­po­ta­mii i odle­glej­szych krain49.

 

Odby­wa­jące się na coraz więk­szą skalę podróże i han­del wyma­gały nowych metod trans­portu. One także zostały zapo­ży­czone z zewnątrz – nie były dzie­łem rol­ni­ków ze słyn­nych sta­ro­żyt­nych „cywi­li­za­cji” Egiptu i Mezo­po­ta­mii, ale paste­rzy z pół­nocy i połu­dnia. Mowa o kole i ośle.
Koło po raz pierw­szy poja­wiło się na chłod­nych, tra­wia­stych rów­ni­nach Wiel­kiego Stepu, który cią­gnie się przez tysiące kilo­me­trów od Man­dżu­rii po tereny na pół­noc od Morza Kaspij­skiego i Czar­nego. Te pła­skie, prze­cięte nie­licz­nymi rze­kami tereny zachę­cają do dale­kich podróży; sprzyja im rów­nież kli­mat. Bydło i owce mogły zapew­nić wyży­wie­nie i odzież pod­czas wędrówki, ale jeśli cho­dzi o trans­port cięż­szych przed­mio­tów, jedy­nymi opcjami było tocze­nie ich po pod­ło­żo­nych kło­dach albo cią­gnię­cie na saniach, naj­le­piej przez woły.
Zmie­niło się to z wyna­le­zie­niem około 3500 roku p.n.e. koła i, co waż­niej­sze, osi. W ste­po­wych gro­bach dato­wa­nych na trze­cie tysiąc­le­cie p.n.e. odkryto tysiące wozów50. Te wcze­sne koła wyko­ny­wane były z litego drewna, któ­rego nie cięto na pla­stry w poprzek pnia, gdyż byłyby zbyt słabe, ale wzdłuż, na deski. Zna­ko­mi­cie nada­wały się do wozów cią­gnię­tych przez woły i pod koniec czwar­tego tysiąc­le­cia wto­czyły się do Mezo­po­ta­mii, gdzie wyko­rzy­stano je też w garn­car­stwie51.
Drew­niane koła wcho­dzą w grę tylko wów­czas, gdy ma się dość odpo­wied­niego drewna i zwie­rzęta do ich cią­gnię­cia. Paste­rze bydła ze wschod­niej Sahary i Rogu Afryki nie mieli ani jed­nego, ani dru­giego, ale nie­dawne bada­nia gene­tyczne suge­rują, że w czwar­tym tysiąc­le­ciu oswo­ili afry­kań­skiego dzi­kiego osła, uzy­sku­jąc osła domo­wego52. W 3000 roku p.n.e. zwie­rzę to dotarło na pół­noc do Egiptu, gdzie o sza­cunku, jaki słusz­nie wzbu­dziło, świad­czy wymyślny pochó­wek, jaki spra­wiono dzie­się­ciu osłom w mie­ście Aby­dos53. W odróż­nie­niu od konia czy wołu osioł jest mało wyma­ga­ją­cym kom­pa­nem. Łatwo go przy­uczyć do pracy i pie­lę­gno­wać, zręcz­nie poru­sza się w trud­nym tere­nie, żywi się wszyst­kim, przez kilka dni może się obyć bez wody i potrafi unieść ładu­nek ważący jedną trze­cią tego co on54.
Wciąż rzecz jasna nie może się on rów­nać z wozem zaprzę­żo­nym w woły, ale do trans­portu na więk­sze odle­gło­ści miesz­kańcy wschod­niej Afryki mieli Nil, rzekę, która wartko pły­nie na pół­noc, pod­czas gdy prze­wa­ża­jące wia­try wieją na połu­dnie. Uczy­niło ją to ide­al­nym labo­ra­to­rium kolej­nej nowinki tech­nicz­nej, która umoż­li­wiła sprawne podró­żo­wa­nie rzeką w obu kie­run­kach. Przed­sta­wie­nia łodzi żaglo­wych poja­wiają się po raz pierw­szy pod koniec czwar­tego tysiąc­le­cia na przed­mio­tach wyko­na­nych na pół­nocy kra­iny Kusz, a wkrótce także w Egip­cie55.
Żeglar­stwo zapewne ogra­ni­czało się począt­kowo do rzeki: żagle przed­sta­wione na tych wcze­snych wyobra­że­niach są umiesz­czone zbyt bli­sko dziobu, by manew­ro­wać na otwar­tych wodach. Osły dotarły dalej: kli­nowy znak ozna­cza­jący „osła” poja­wia się na tablicz­kach z Uruk z końca czwar­tego tysiąc­le­cia, a w trze­cim wystę­pują tam już szczątki tych zwie­rząt4.
Nie­bez­pieczne morza, nie­do­stępne góry i bez­wodne pusty­nie wciąż były jed­nak prze­szkodą dla bez­po­śred­nich kon­tak­tów mię­dzy rol­ni­czymi doli­nami rzecz­nymi Egiptu i Azji Zachod­niej. Łącz­ność zapew­niała więc bar­dziej osło­nięta, lecz znacz­nie dłuż­sza okrężna trasa wio­dąca przez porty, rów­niny i góry zachod­niego Lewantu, wąskiego przy­brzeż­nego pasa lądu ogra­ni­czo­nego masy­wem gór Libanu, który od zawsze łączył wschód i zachód, pół­noc i połu­dnie.
Pierw­sze podróże przez Lewant odby­wały się lądem. Owe osły cią­gnęły zapewne przez pół­wy­sep Synaj i wzdłuż lewan­tyń­skiego wybrzeża, po czym skrę­cały w głąb lądu w stronę Dwu­rze­cza56. Nawet powolna i pośred­nia komu­ni­ka­cja miewa jed­nak spek­ta­ku­larne efekty i może tłu­ma­czyć sys­tem pisma, który poja­wił się w Egip­cie pod koniec czwar­tego tysiąc­le­cia, zwany dziś hie­ro­gli­ficz­nym od grec­kich słów ozna­cza­ją­cych „święte znaki”. Pod wzglę­dem formy nie ma on nic wspól­nego z mezo­po­tam­skim pismem kli­no­wym, ale poja­wie­nie się pierw­szego na świe­cie pisa­nego języka mniej wię­cej w tym samym cza­sie w dwóch róż­nych miej­scach byłoby nie­zwy­kłym zbie­giem oko­licz­no­ści.
Komu­ni­ka­cja ta przy­spie­szyła w poło­wie trze­ciego tysiąc­le­cia, gdy tech­nika żeglar­ska Egiptu poszła naprzód i jego statki zaczęły się zapusz­czać na Morze Śród­ziemne. Około 2600 roku p.n.e. egip­skie tek­sty doku­men­to­wały regu­larny han­del mor­ski z lewan­tyń­skimi por­tami57. O sto lat póź­niej­sze egip­skie rzeźby przed­sta­wiają już peł­no­mor­skie statki z żaglami i takie­lun­kiem, które mogły spro­stać wia­trom i falom.
W poło­wie trze­ciego tysiąc­le­cia rzeźby i malo­wi­dła przed­sta­wia­jące łodzie żaglowe zaczęły się poja­wiać także na sta­no­wi­skach nad Zatoką Per­ską. Nie ma żad­nych świa­dectw żeglugi wokół Pół­wy­spu Arab­skiego aż do pierw­szego tysiąc­le­cia p.n.e., a przed­sta­wie­nia wcze­snych mezo­po­tam­skich i egip­skich jed­no­stek suge­rują, że nie były one oparte na tym samym wzorcu, jed­nak podob­nie jak w wypadku hie­ro­gli­fów nawet pośred­nie rela­cje o mor­skich stat­kach w jed­nej z tych krain mogły pod­su­nąć dobry pomysł miesz­kań­com dru­giej58.
Żeglar­stwo, bez względu na to, jak się poja­wiło, także tutaj dało kup­com dostęp do nowych świa­tów. Około 2400 roku p.n.e. bogate groby odkryte w por­cie Ur wypeł­niły się egzo­tycz­nymi kamie­niami z dale­kich stron: lapis-lazuli z Afga­ni­stanu i tur­ku­sami z Uzbe­ki­stanu, a także kar­ne­olem z doliny Indusu, gdzie rol­nicy wzno­sili potężne mia­sta z ufor­ty­fi­ko­wa­nymi cyta­de­lami, regu­larną siatką ulic, monu­men­tal­nymi łaź­niami i kana­li­za­cją pod­łą­czoną do każ­dego domu59.

 

Tym­cza­sem nad Morzem Śród­ziem­nym Byblos stało się głów­nym por­tem egip­skich stat­ków pły­ną­cych na pół­noc, do tego stop­nia, że w egip­skich tek­stach wszyst­kie żaglowce mor­skie nazy­wane są „stat­kami z Byblos”, nawet jeśli zbu­do­wano je nad Morzem Czer­wo­nym na potrzeby wypraw na połu­dnie do kopalń złota w kró­le­stwie Punt na Rogu Afryki60. Głów­nym towa­rem wie­zio­nym z Byblos na połu­dnie było zawsze twarde, wytrzy­małe drewno cedrowe ści­nane w górach Libanu. Wyko­ny­wano z niego wypo­sa­że­nie egip­skich gro­bow­ców i świą­tyń, wyko­rzy­sty­wano je też do budowy stat­ków, w tym czter­dzie­sto­me­tro­wej barki pogrze­bo­wej króla Chufu (Che­opsa), którą zako­pano obok jego pira­midy w Gizie61.
W efek­cie tej szcze­gól­nej rela­cji samo Byblos roz­ro­sło się z małej nad­brzeż­nej wio­ski powsta­łej wokół natu­ral­nego źró­dła w tęt­niące życiem mia­sto por­towe w egip­skim stylu, pełne egip­skich dóbr oraz inskryp­cji, gdzie wize­runki miej­sco­wej bogini, Pani Byblos, przed­sta­wiały ją jako wer­sję egip­skiej bogini Hathor62.
Nawet przy regu­lar­nie przy­by­wa­ją­cych stat­kach i mnó­stwie ludzi, któ­rych można było wypy­tać, opa­no­wa­nie sztuki żeglar­skiej zaj­mo­wało mary­na­rzom i szkut­ni­kom z Byblos nieco czasu: musieli się nauczyć, jak ota­klo­wać sta­tek, a przede wszyst­kim jak go zbu­do­wać, co obej­muje oprócz cie­siel­stwa także wyrób lin i żagli63. Do tego docho­dził pro­blem ste­ro­wa­nia nim. Aż do połowy dru­giego tysiąc­le­cia p.n.e. statki żaglowe pły­wały bez kilu, który zapew­niałby im sta­bil­ność na wzbu­rzo­nym morzu, i miały tylko jeden pro­sto­kątny żagiel, co ozna­czało, że potrze­bo­wały wia­tru od lądu, by móc opu­ścić port, oraz bocz­nego lub tyl­nego wia­tru, żeby pły­nąć naprzód – choć sprawę nie­wąt­pli­wie popra­wiało uży­cie wio­seł64.
Koniec koń­ców jed­nak miesz­kańcy Byblos i sąsied­nich por­tów zaczęli budo­wać wła­sne statki i wypra­co­wy­wać tech­niki pozwa­la­jące żeglo­wać na zachód na morzu obfi­tu­ją­cym w zachod­nie wia­try. Ozna­czało to coś wię­cej niż stop­niowe dosko­na­le­nie żeglar­skich umie­jęt­no­ści i tech­nik: wyzna­czało nowy począ­tek. Sta­tek żaglowy może poko­nać w ciągu dnia 100–150 kilo­me­trów, dwa albo trzy­krot­nie wię­cej niż naj­szyb­sza łódź wio­słowa, przy znacz­nie mniej­szym wysiłku, więk­szej prze­strzeni na ładu­nek i sta­bil­niej­szej kon­struk­cji65. Przez tysiące lat kon­takty w base­nie Morza Śród­ziem­nego for­mo­wały się i rwały, ale żagiel nadał im trwa­łość.

 

W por­cie sta­tek wła­śnie odbija od brzegu. Nasi żegla­rze z Byblos jako jedni z pierw­szych biorą kurs na zachód. Zastaną tam zupeł­nie inny świat, bez państw, bez miast, bez świą­tyń i bez zna­jo­mo­ści pisma. Na zie­miach, które dziś nazy­wamy Europą, roz­pro­szona lud­ność zamiesz­ki­wała ufor­ty­fi­ko­wane wio­ski i odosob­nione gospo­dar­stwa, żyjąc z uprawy roli. Ludzie ci nie uwa­żali się za pry­mi­tyw­nych ani za szcze­gól­nie ubo­gich: nie czy­tali wiel­kich osiem­na­sto­wiecz­nych inte­lek­tu­ali­stów euro­pej­skich i nie wie­dzieli, że histo­ria powinna być cią­głym mar­szem ku miej­skiemu sty­lowi życia, han­dlowi i pra­wom.
Nie byli kom­plet­nie odizo­lo­wani. W środ­ko­wej Euro­pie znaj­do­wane są koła z czwar­tego tysiąc­le­cia p.n.e., były one jed­nak mniej przy­datne na wzgó­rzach i w górach niż na pła­skich rów­ni­nach Wiel­kiego Stepu czy Mezo­po­ta­mii i wydaje się, że w ogóle nie dotarły na zachodni kra­niec kon­ty­nentu66. Ludzie utrzy­my­wali zamiast tego kon­takt drogą wodną, korzy­sta­jąc z małych łódek wio­sło­wych i czó­łen, które w dobry dzień mogły poko­nać dwa­dzie­ścia kilo­me­trów: mniej niż kara­wana osłów i znacz­nie mniej niż nie­ob­cią­żony pie­chur67. Zda­rzało im się jed­nak prze­mie­rzać pokaźne odle­gło­ści. Ale z dala od głów­nego nurtu wymiany tech­nicz­nej, han­dlo­wej i poli­tycz­nej ludzie wie­dli mniej skom­pli­ko­wany żywot i wię­cej spraw wyglą­dało wciąż tak samo.
Wkrótce miało się to zmie­nić.

1] Tur mie­rzył do dwóch metrów w kłę­bie i mógł ważyć nawet tonę, miał sze­ro­kie barki i dłu­gie, zakrzy­wione rogi. Ostatni osob­nik padł w Pol­sce w XVII w. n.e.

2] Hek­tar to 100 × 100 metrów, mniej wię­cej tyle co wiel­kość boiska do rugby, i odpo­wied­nik 2,5 akra.

3] Sume­ryj­ski, pierw­szy pisany język świata, nie ma żad­nych ist­nie­ją­cych krew­nych. Podob­nie jak wiele póź­niej­szych języ­ków wyróż­niał „rodzaje” gra­ma­tyczne, ale nie były to rodzaje męski, żeń­ski i nijaki; zamiast tego Sume­ro­wie dzie­lili swój świat na ludzi (w tym bogów) i nie­lu­dzi (w tym zwie­rzęta).

4] Egip­cja­nie tym­cza­sem nie znaj­do­wali więk­szego zasto­so­wa­nia ani dla koła, ani nawet dla brązu.

 
Wesprzyj nas