„Iluzjonista” to książka, która pozwala zrozumieć, kim jest 45. i 47. prezydent Stanów Zjednoczonych, skąd biorą się jego zdumiewające decyzje i raz po raz wywoływane skandale. Pokazuje, jak dzieciństwo, chłodne relacje z rodzicami, świat celebrytów i obsesja na punkcie zysku ukształtowały charakter tego kontrowersyjnego polityka. I dlaczego mimo wszystko ludzie nadal mu ufają – i na niego głosują.
Obraz człowieka, który zmienił świat na zawsze. I wrócił.
Pyskaty. Pełen sprzeczności. Samotny. Mściwy. Budzący grozę. Nieznoszący sprzeciwu. Produkt popkultury – Donald Trump.
Budzący grozę. Apodyktyczny. Potrafiący okazać życzliwość, ale równie łatwo posługujący się cynizmem – zawsze wtedy, gdy może na tym zyskać. Bystry w sposób niedoceniany przez krytyków i bardziej bezwzględny, niż myślą jego współpracownicy. Produkt popkultury, który utorował sobie drogę na sam szczyt amerykańskiej polityki. Rewolucjonista burzący dotychczasowy porządek. Mistrz autokreacji, sztukmistrz, kuglarz myślący przede wszystkim o tym, co najbardziej opłaca się powiedzieć.
luzjonista.
Donald Trump.
Jego życie i działalność od lat relacjonuje dla „New York Timesa” Maggie Haberman, laureatka Nagrody Pulitzera. Przeprowadziła setki rozmów zarówno z jego przeciwnikami, jak i współpracownikami, ale też wielokrotnie rozmawiała z nim samym. Przedstawia go jako postać skomplikowaną i pełną sprzeczności. Opisuje świat naznaczony transakcyjnymi relacjami, politycznymi manipulacjami oraz rzeczywistość, która stworzyła i podtrzymywała tego najbardziej polaryzującego lidera naszych czasów.
To książka, która pozwala zrozumieć, kim jest Trump, z czego wynikają jego poglądy, gdzie tkwią źródła jego decyzji, kontrowersji i skandali. Jak dzieciństwo, chłodne wychowanie przez rodziców, kontakty z celebrytami i nieustanne zastanawianie się „Co będę z tego miał?” wpłynęły na jego działania jako 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych.
„To książka, której Trump boi się najbardziej” – Axios
Iluzjonista. Jak Donald Trump zmienił Amerykę
Przekład: Zofia Anuszkiewicz, Agnieszka Matkowska, Paweł Dembowski
Wydawnictwo Port
Premiera: 12 listopada 2025
Wstęp
Co mam powiedzieć?
Był 5 maja 2016 roku, dwa dni po republikańskich prawyborach w Indianie. Siedziałam na tylnej kanapie żółtej taksówki, która sunęła Piątą Aleją; z komputerem otwartym na kolanach i telefonem przyłożonym do ucha.
Po drugiej stronie miałam potencjalnego kandydata republikanów na prezydenta. Skontaktowałam się z jego sztabem, by uzyskać komentarz na temat nowej fali poparcia, jaką otrzymał od Davida Duke’a, byłego wielkiego czarodzieja Ku Klux Klanu i niegdyś polityka z Luizjany, który niedawno stwierdził, że sprzeciw wobec kampanii Trumpa pochodził od „żydowskich ekstremistów” oraz „żydowskich suprematystów”. Liga Antydefemacyjna1 wezwała kandydata, tak jak to czyniła w innych momentach kampanii, do „jednoznacznego potępienia” wypowiedzi Duke’a. Donald Trump przywitał się ze mną i od razu przeszedł do meritum.
– Jestem tu z moimi dwoma żydowskimi prawnikami – powiedział, najwyraźniej mając na myśli Davida Friedmana i Jasona Greenblatta, którzy zajmowali się sprawami jego firmy, Trump Organization. – Mam oświadczenie. Jest pani gotowa? – zapytał.
Czekałam, trzymając palce nad klawiaturą.
– Nie ma miejsca na antysemityzm w naszym społeczeństwie, które powinno być zjednoczone, a nie podzielone – powiedział, a ja spisywałam jego słowa. Potem zapadła cisza. Cisza, która trwała chwilę za długo.
– To wszystko? – zapytałam.
Znów chwila ciszy. Następnie Trump zapytał:
– Co mam powiedzieć?
Trump był znany z tego, że szukał znaków, które pozwoliłyby mu zadowolić publiczność, ale w tej sytuacji jego niepewność mnie zaskoczyła. Sformułowanie wypowiedzi mającej pokazać, że chce się odciąć od najsławniejszego zwolennika supremacji białej rasy w kraju, nie powinno być trudne. Powtórzyłam to, co powiedziałam jego doradcom wyborczym: że proszę o komentarz lub reakcję na antysemickie uwagi o „żydowskich ekstremistach”. Trump chyba się zorientował, że jego pierwotne oświadczenie jest niewystarczające, i stwierdził, że „całkowicie odrzuca” słowa Duke’a.
Kilka sekund później się rozłączyliśmy.
Co mam powiedzieć?
W pewnym sensie było to pytanie determinujące wszystkie działania Trumpa jako biznesmena, którego sukces sprawił, że stał się stałym bohaterem nowojorskich tabloidów. Młody Donald Trump był wysportowanym nastolatkiem, a potem marzył o karierze w Hollywood. Ostatecznie spełnił marzenie swojego ojca o posiadaniu następcy rodzinnej firmy zajmującej się nieruchomościami. Jednak tak naprawdę syn zawsze pragnął zostać gwiazdą.
To pytanie skłoniło Trumpa do przedstawiania siebie tak, jak chciał być postrzegany – jako rzutkiego miliardera siedzącego w skórzanym fotelu w telewizyjnym reality show The Apprentice. Zazwyczaj promował siebie, mówiąc wszystko, co było konieczne, żeby przetrwać kolejny dziesięciominutowy odcinek. Kierował się również wiarą w powtarzalność, wielokrotnie przekazywał pracownikom i przyjaciołom wersję tego samego pomysłu: jeśli powtarzasz coś wystarczająco często, stanie się to prawdą. Te instynkty pomogły mu unikać publicznych i prywatnych niebezpieczeństw przez blisko pięćdziesiąt lat, a potem stały się podstawą jego podejścia do polityki jako kandydata, a następnie prezydenta i byłego prezydenta.
Chociaż niektórzy z jego zaufanych doradców mieli nadzieję, że powaga prezydentury zmieni Trumpa, to nigdy nie było to prawdopodobne. Przez lata ci, którzy zbliżyli się do niego i zdecydowali się pozostać w jego otoczeniu, często sugerowali, że dali się nabrać na coś, co najlepiej można opisać jako „dobry” Trump. Dobry Trump był zdolny do hojności i życzliwości, organizował przyjęcia urodzinowe dla przyjaciół i sprawdzał, co u nich słychać, kiedy niedomagali, dzwonił do córki politycznego sojusznika, która chorowała na raka piersi, żeby zaskoczyć ją rozmową z Białego Domu. Dobry Trump potrafił być zabawny i miły w towarzystwie, troskliwy i zaangażowany, potrafił przynajmniej udawać zainteresowanie ludźmi w swoim otoczeniu. Dobry Trump potrafił słuchać doradców, którzy mieli nadzieję poskromić jego autodestrukcyjne zapędy, i potrafił sprawiać wrażenie osoby wrażliwej. Bycie blisko Trumpa przypominało „przyjaźń z huraganem” – powiedział mi jego długoletni przyjaciel. „To było bardzo ekscytujące, ale wiedzieliśmy, w którą stronę wieje wiatr”.
W Białym Domu osoby, które spotkały Trumpa po raz pierwszy, często były zaskoczone, widząc kogoś zupełnie niepodobnego do pełnej gniewu osoby znanej z Twittera albo do wściekłego szefa przedstawianego w niezliczonych relacjach prasowych. Pod pewnymi względami Trump skorzystał na tym wizerunku w mediach i w mediach społecznościowych, w początkowych kontaktach zazwyczaj był spokojniejszy, co sprawiało, że ludzie kwestionowali prawdziwość tego, co o nim przeczytali. (Pisane wersalikami gniewne wpisy na jego koncie na Twitterze pojawiały się czasem jako komentarz do kwestii, z których on sam tak naprawdę się śmiał). Trump jest charyzmatyczny i potrafi być czarujący, a podczas pierwszych spotkań zadaje ludziom pytania dotyczące ich samych, skupiając się na nich i sprawiając, że czują się, jakby byli najważniejsi.
Ale nawet ci, którzy racjonalizowali pozostawanie blisko niego, przyznawali, że „zły” Trump zawsze ujawniał swoje prawdziwe oblicze. To człowiek, który wygłaszał rasistowskie komentarze, a następnie upierał się, że ludzie źle go zrozumieli, dając swoim sojusznikom pretekst do obrony. Interesowały go przede wszystkim pieniądze, dominacja, władza, znęcanie się nad innymi i on sam. Traktował zasady i przepisy jako niepotrzebne przeszkody, a nie ograniczenia. Nagle tracił panowanie nad sobą i w pokoju pełnym ludzi kierował swój gniew na jednego ze współpracowników, po czym przechodził do kolejnego wybuchu złości, który wzbudzał we wszystkich strach, że następnym celem może być każdy z nich. Czasami zdawał sobie sprawę, że posunął się za daleko, ale zamiast przeprosić, następnym razem, gdy spotykał swoją ofiarę, był przesadnie wylewny. Łaknął nieustannych pochwał, co skłoniło wielu współpracowników do wyrażania ich w jego obecności lub w telewizji. Stworzył środowisko nieustannie nękane rywalizacją, w którym osoby z jego otoczenia skupiały się na niszczeniu każdego, kto zaczynał zyskiwać jego względy. Ignorował rady doświadczonych pracowników rządu i profesjonalistów z branży biznesowej oraz własnych prawników. Zachęcał ludzi do podejmowania ryzykownych działań w jego imieniu i wymagał ciągłego udowadniania swojej wartości. Wielu z nich tak bardzo pragnęło aprobaty Trumpa, że spełniali jego żądania.
Pragnienie sławy rosło w nim z każdym kolejnym sukcesem, a wywołany porażką gniew, który często przejawiał się w przesadnej reakcji wobec osoby, którą obwiniał, zawsze mu towarzyszył. Trump zazwyczaj pozostawiał sobie do ostatniej chwili kilka możliwości wyboru i zmieniał zachowanie tylko wtedy, gdy musiał; najczęściej czekał, aż osoby i instytucje, które stawiały mu opór, same się poddadzą. Był na tyle nieustępliwy, że ostatecznie podporządkowywał je własnej woli. Taka wersja Trumpa była najczęściej widoczna w ciągu ośmiu tygodni poprzedzających gwałtowne wydarzenia z 6 stycznia 2021 roku, będące skutkiem jego porażki w wyborach w 2020 roku. Po odejściu ze stanowiska niektórzy z jego najbliższych współpracowników i zwolenników przyznawali prywatnie, że czują się zakładnikami odmowy Trumpa, by zejść ze sceny politycznej. Dodawali przy tym, że jedynym wydarzeniem mogącym zmienić sytuację byłaby jego śmierć.
To nie Trump wywołał tak głęboką polaryzację. Kraj był podzielony co najmniej od lat dziewięćdziesiątych, kiedy prezydent Bill Clinton i przewodniczący Izby Reprezentantów Newt Gingrich zostali wciągnięci w bezkompromisowy konflikt partyjny w kontekście coraz bardziej zaciekłych wojen kulturowych. Nastąpiła seria traumatycznych wydarzeń: proces impeachmentu, wybory prezydenckie bliskie remisu, rozstrzygnięte przez Sąd Najwyższy, katastrofalny i zmieniający świat atak terrorystyczny, dwa pozornie niekończące się i kosztowne konflikty zagraniczne, niszczycielski huragan, który obnażył dysproporcje rasowe, kryzys finansowy, który doprowadził miliony ludzi do ruiny finansowej, a nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Trump wykorzystał jednak konsekwencje tych wydarzeń, przyspieszając istniejące trendy i wykorzystując podziały kulturowe, wynikające częściowo z gniewu wobec rządu i elit finansowych oraz niechęci białych wyborców do zmian demograficznych. W kraju, który ma obsesję na punkcie celebrytów i w którym politykę przez lata traktowano jak walkę zapaśniczą lub grę, Trump znalazł swoją szansę, podsycając i czerpiąc korzyści z załamania tożsamości kulturowej i politycznej, gdy ludzie podzielili się na tych, których się nienawidzi, i tych, którzy nienawidzą nas.
Trump spędził dziesięciolecia, przeżywając jedno zawodowe doświadczenie zagrażające jego karierze za drugim, a po całym życiu blefowania, czarowania, przypochlebiania się i stosowania polityki silnej ręki w trudnych sytuacjach nie widział potrzeby zmiany podejścia po zdobyciu Białego Domu w 2016 roku. Według wszelkich obiektywnych kryteriów Trump wiódł niezwykłe życie, jeszcze zanim znalazł się w tym miejscu. Od dziesięcioleci był znaną postacią z prowokacyjnym podejściem do bogactwa, które pomogło mu wtopić się w popkulturową tkankę filmów i telewizji. Nie miał sobie równych, jeśli chodzi o umiejętność definiowania siebie na nowo, gdy balansował na krawędzi osobistej katastrofy, często spowodowanej własnym zachowaniem.
Pod koniec prezydentury miał na koncie historyczne dokonania. Zmienił orientację polityczną Partii Republikańskiej w kierunku antyinterwencjonizmu, natywizmu i konfrontacji z Chinami. Zgromadził osiągnięcia, które przeszły do historii, w tym radykalne zmiany w Sądzie Najwyższym Stanów Zjednoczonych poprzez mianowanie konserwatywnych sędziów, modyfikację przepisów podatkowych, porozumienia pokojowe na Bliskim Wschodzie oraz ożywienie gospodarki, którą odbudował jego poprzednik, a którą Trump rozwinął, osiągając rekordowo niski poziom bezrobocia. Ale żadne z tych dokonań nie wydawało mu się na tyle znaczące, by zrekompensować utratę władzy.
Kiedy odrzuciło go osiemdziesiąt jeden milionów wyborców, odbierając mu stanowisko, dzięki któremu cieszył największym w swoim dotychczasowym życiu zainteresowaniem, Trump zaatakował procesy demokratyczne, które zapewniły mu prezydenturę. Tygodniami upierał się, że głosy oddane przeciwko niemu były fałszywe, nie przedstawiając żadnych dowodów, podczas gdy jego sojusznicy składali bałamutne pozwy. Trump, który stale łączył problemy prawne z public relations, zdawał się oczekiwać, że funkcjonariusze organów ścigania i sędziowie odruchowo staną po jego stronie. Chciał mianować prawniczkę propagującą teorie spiskowe na główną doradczynię w Białym Domu i rozważał naciski na prokuratora generalnego, żeby wyznaczył specjalną radę do zbadania jej wypowiedzi, jednocześnie wysuwał aluzje, że rządowe służby zostaną wysłane do przejęcia maszyn do głosowania.
Wszystko to miało na celu sprawdzenie, jak daleko może się posunąć w tym, co często nazywał „walką”. Realizował strategię spalonej ziemi, nawet gdy jego prywatne działania po wyborach świadczyły o ponurej rzeczywistości, w jakiej się znalazł. Publicznie powtarzał hasło „Stop the Steal” (stop kradzieży), wymyślone wiele lat wcześniej2 przez jednego z jego najstarszych doradców. Prywatnie Trump remontował swoją rezydencję na Florydzie i przynajmniej udawał, że zastanawia się, czy wziąć udział w inauguracji Joego Bidena. Niektórzy sojusznicy dyskutowali, czy jacyś prawnicy byliby skłonni wynegocjować porozumienie, które pozwoliłoby mu uniknąć zarzutów karnych grożących mu po opuszczeniu urzędu (pomysł nie został zrealizowany).
Kiedy zabrakło innych możliwości, Trump zinspirował swoich zwolenników do marszu na siedzibę rządu federalnego. Nie miał kontroli nad tym wydarzeniem, i początkowo stał z boku, oglądając w telewizji, jak wybuchają gwałtowne zamieszki, a demonstranci szturmują budynek Kapitolu i przerywają poświadczenie przez urzędników prawdziwości i zgodności głosów złożonych w wyborach, które przegrał.
„Trump posiada (sic!) wyjątkowe poparcie młodych ludzi, kadry kierowniczej, pracowników umysłowych średniego szczebla i mniejszości” – czytamy w streszczeniu „Raportu dla Donalda Trumpa na temat opinii publicznej w Ameryce”, przekazanego mu w październiku 1988 roku przez firmę badawczą Penn and Schoen Associates Inc.
„Jeśli chodzi o kwestie, które osłabiają poparcie dla niego – napisał Doug Schoen, autor sondażu – tylko jedno ma naprawdę znaczący wpływ na dużą liczbę wyborców: brak doświadczenia Trumpa w rządzeniu. Można jednak temu zaradzić, a plan działania w tym zakresie przedstawiliśmy w dalszej części niniejszego memorandum”.
Dziewięćdziesięciopięciostronicowy raport został ukończony jedenaście miesięcy po opublikowaniu przez Trumpa bestsellerowej książki The Art of the Deal, czyli sztuka zawierania interesów, która wyniosła w zasadzie nieznanego poza Nowym Jorkiem dewelopera nieruchomości do rangi amerykańskiego wzorca pożądanego przez wszystkich sukcesu. W tym momencie swojego życia Trump po raz pierwszy poczuł smak sławy, narkotyku, który miał go podtrzymywać przy życiu i którego coraz większych dawek z czasem potrzebował. Ćwierć wieku później osiągnął szczyt popularności: w Białym Domu cieszył się zainteresowaniem tak dużym, jakie tylko świat był w stanie zaoferować jednej osobie.
Zanim zaczął się ubiegać o urząd, biografowie Wayne Barrett, Tim O’Brien, Gwenda Blair, Harry Hurt i Michael D’Antonio włożyli wiele pracy w opisanie kariery Trumpa, jego rodziny, powiązań biznesowych i sławy. W trakcie prezydentury i bezpośrednio po jej zakończeniu prawdopodobnie stał się tematem większej liczby książek niż jakikolwiek prezydent sprawujący urząd przez jedną kadencję, być może z wyjątkiem Johna F. Kennedy’ego. Książki te, z których część napisali moi koledzy i konkurenci zajmujący się Białym Domem, zgłębiały nastroje Trumpa, jego dysfunkcyjny styl zarządzania oraz sposób, w jaki podejmował decyzje w kluczowych kwestiach politycznych. Ich rozdziały były pełne z życia wziętych anegdot, spostrzeżeń niezadowolonych pracowników i sensacyjnych informacji, które często sprawiały, że żałowałam, iż sama ich nie zdobyłam. Ale niemal zawsze zaczynają się w Białym Domu albo w momencie rozpoczęcia kampanii prezydenckiej, kiedy Trump przedstawił się jako nowicjusz w polityce.
Rzeczywistość jest zgoła inna. Trump zastanawiał się nad startem w kampanii prezydenckiej przez większość swojego dorosłego życia, czasami z większą intensywnością, niż to okazywał. Częściowo była to próba wzmocnienia swojej marki, ale pomysł, żeby stać się sławną w kraju postacią o ogromnej władzy zawładnął jego wyobraźnią pod koniec lat osiemdziesiątych. Nawet kiedy nie ubiegał się o urząd prezydenta, przygotowywał się do tej roli. Mimo to większość strategów politycznych nie uznałaby podejmowanych przez niego działań za poważne.
Ale samo sprawowanie urzędu prezydenta rzadko dorównywało emocjom, jakich doświadczył, gdy jako kandydat partii stał w centrum rozentuzjazmowanego tłumu na konwencji, a wokół niego, jak w filmie, opadały balony. Podobnie jak inni prezydenci Trump odkrył, że ograniczone uprawnienia urzędu nie są proporcjonalne do wielkiego tytułu. Większość uprawnień związanych z prezydenturą w rzeczywistości go nie interesowała; na przemian angażował się w drobiazgi i sprawiał wrażenie, jakby podejmował różne aktywności tylko dla zabicia czasu. Pod koniec maja, podczas jednej z sesji ze współpracownikami poświęconej muzyce granej na jego wiecach, Trump kazał przeszukiwać Spotify przez ponad godzinę i słuchać piosenek z opery rockowej Tommy The Who, ponieważ próbował znaleźć utwór, który, jak się upierał, istnieje. (Doradcy nie mogli go znaleźć).
Ta książka stanowi próbę odnalezienia wątków łączących te dwa światy. Nie ma ona na celu szczegółowego omówienia lat spędzonych w Białym Domu czy spraw związanych ze śledztwem dotyczącym ewentualnego spisku między Rosjanami a sztabem wyborczym Trumpa w 2016 roku ani ostatnich dziesięciu tygodni prezydentury Trumpa. Jest to analiza świata, który ukształtował Trumpa, oraz jego osobowości i cech, które go charakteryzowały, gdy się z niego wyłonił, a także tego, jak wpłynęły one na jego prezydenturę.
Po 6 stycznia 2021 roku miałam ułatwione zadanie. Zamieszki w Kapitolu były przez moment zbyt trudne do zniesienia dla wielu bliskich współpracowników, sojuszników, doradców i współpracowników Trumpa. Część z nich nie chciała rozmawiać, ponieważ albo nadal miała wobec niego dług wdzięczności z powodów zawodowych bądź prywatnych, albo nadal się go bała. Jednak inni, zwłaszcza że Trump nie był już u władzy, okazali się bardziej skłonni do zwierzeń niż kiedykolwiek wcześniej. Na potrzeby tej książki rozmawiałam z ponad 250 osobami. Rozmowy, informacje i opisane sceny opierają się na szczegółowych notatkach i nagraniach, a także na równoczesnych obserwacjach i wspomnieniach. (Trump, odpowiadając na długą listę pytań dotyczących niektórych informacji zawartych w książce, odrzucił prawie wszystko jako „fake newsy”, „informacje nieprawdziwe” lub „fantazje”). W trakcie tych wywiadów stało się jasne, że większość tego, co wydarzyło się podczas prezydentury, można było przewidzieć na podstawie wcześniejszych etapów życia Trumpa.
Nowy Jork, z którego wywodzi się Trump, był bagnem korupcji i chaosu rozciągającym się od najwyższych szczebli władzy wykonawczej, przez część mediów, aż po branżę, w której jego rodzina zdobyła majątek. Pod koniec XX wieku w życiu publicznym Nowego Jorku dominowała plemienna polityka rasowa, uniemożliwiająca czarnym urzędnikom dostęp do stanowisk rządowych w mieście do 1989 roku, wpływająca na przedstawianie w mediach przestępczości i usług publicznych i dyktująca, co i gdzie zbudowano i kto ma za to płacić. Świat nowojorskich deweloperów był pełen podejrzanych typów, intryg i rozgrywek finansowych; współpraca z nimi często okazywała się ceną za prowadzenie interesów. Niemniej Trump w oczach dziennikarzy, którzy przygotowywali materiały na jego temat, wyróżniał się jako szczególnie bezczelny. Trudno im było wskazać innego dewelopera, który zrobiłby coś takiego jak beztroskie przyznanie się do używania pseudonimu podczas zeznań dotyczących nieopłaconych, nielegalnych pracowników, którzy zbudowali noszący jego nazwisko wieżowiec.
To właśnie chęć sprawdzenia, jak daleko może zajść w kampanii prezydenckiej, zdefiniowała późniejsze lata jego życia. Chociaż wielokrotnie rozważał start w wyborach i podjął mnóstwo żmudnych wysiłków, żeby nawiązać kontakty w kluczowych stanach, w których odbywały się prawybory, jego współpracownicy przyznali, że nigdy nie poświęcał zbyt wiele uwagi temu, na czym polegała sama praca. Nie rozumiejąc, jak działał rząd federalny i nie wykazując większego zainteresowania nauczeniem się tego, odtworzył wokół siebie świat, który go ukształtował.
Podczas dwóch kampanii wyborczych i czterech lat sprawowania władzy traktował kraj jak odpowiednik pięciu nowojorskich dzielnic. Współpracownicy Trumpa w 2017 roku szybko zorientowali się, że wyobrażał on sobie prezydenturę na wzór dawnych, wpływowych struktur Partii Demokratycznej w nowojorskich dzielnicach: jeden szef kontrolował wszystko w swoim królestwie, a jego poparcie mogło zapewnić innym sukces wyborczy. Światem tym rządził podział na „my” i „oni”, a układy rasowe potrafiły diametralnie się zmieniać z przecznicy na przecznicę.
Po przybyciu do Waszyngtonu Trump powrócił do kierowania się mądrością zebraną przez dziesięciolecia cyklicznych wzlotów i upadków w swoim biznesie i życiu osobistym. Na początku miał kilku kluczowych doradców i mentorów. Norman Vincent Peale, który był piewcą „mocy pozytywnego myślenia” i protoewangelii dobrobytu, utwierdził Trumpa w przekonaniu, że może osiągnąć wszystko, czego zapragnie. Kiedy sytuacja mu sprzyjała, Trump często przypisywał to sile umysłu. W chimerycznym właścicielu drużyny baseballowej New York Yankees, George’u Steinbrennerze, który ze zwalniania ludzi robił spektakl, wywołujący w fanach dreszczyk emocji, oraz wzbudzał zainteresowanie prasy w równym stopniu co poczynania drużyny na boisku, Trump odnalazł wzorzec hipermęskości, który często naśladował w niestabilnym okresie, gdy w latach osiemdziesiątych kraj ogarnęła panika związana z wirusem AIDS. Od Eda Kocha i Rudy’ego Gulianiego nauczył się przyciągania uwagi publiczności jako polityk. A od Meade’a Esposito, szefa Partii Demokratycznej na Brooklynie, który sprawował władzę żelazną ręką, nauczył się, jak jego zdaniem powinni się zachowywać wpływowi sojusznicy polityczni. Prowokator i polityczny podżegacz, Roger Stone, który przez lata pomagał Trumpowi w przygotowaniach do sprawowania urzędu, poczynając od pierwszych sondaży w 1988 roku, odegrał kluczową rolę w wytyczeniu politycznej drogi Trumpa. Oprócz ojca największy wpływ na przyszłego prezydenta miał Roy Cohn, który nauczył go, jak budować swoje całe życie blisko władzy, unikając odpowiedzialności i tworząc sztuczny wizerunek dzięki mediom. To, w jakim stopniu demonstracje brutalnej osobowości Trumpa były sposobem na to, by ludzie nie przejrzeli owej fasady, pozostaje tajemnicą, być może nawet dla niego samego.
Podczas piastowania urzędu prezydenta Trump w równym stopniu kierował się starymi wzorcami, jak czerpał motywację do działania, patrząc na dawnych rywali i rozpamiętując zaszłe urazy. Ci, którzy otaczali go przez jakiś czas, w zaprzątających go wielu osobistych waśniach często dostrzegali wątki związane z działalnością Trump Organization. Senator John McCain i kongresmen z Nowego Jorku Jerry Nadler, dwaj z jego ulubionych celów ataku, w latach dziewięćdziesiątych sprzeciwili się dostępowi Trumpa do federalnego programu pożyczkowego na budowę na zachodnim Manhattanie, a trzecia, kongresmenka Debbie Dingell, była żoną nieżyjącego już kongresmena, który żądał dochodzenia w sprawie jednego z działań Trumpa związanych z kasynami.
Jednak pomimo wszystkich knowań, które są częścią mitu Trumpa – rozmów o jego nieprzewidywalności i opisywania go jako agenta chaosu – według tych, którzy znają go od lat, ironia losu polega na tym, że w całym dorosłym życiu wykonał on tylko kilka znaczących ruchów. Kontratak, szybkie kłamstwo, przerzucanie winy na kogoś, odwracanie uwagi lub wprowadzenie w błąd, wybuch gniewu, teatralna złość, działania lub żądania zaplanowane tylko na potrzeby nagłówków, niezdecydowanie przykrywane kompensacyjnymi gwałtownymi ruchami do przodu, obgadywanie jednego doradcy z innym doradcą, co wbija klin pomiędzy jednym a drugim. Prawdziwym wyzwaniem jest ustalanie na bieżąco, jakiej strategii Trump użyje w danym momencie.
Oceniając innych, Trump zazwyczaj skupia się przede wszystkim na tym, czy ktoś lub coś ma „wygląd”, co odzwierciedla jego postrzeganie życia jako przedstawienia, które reżyserował. Trump ma obsesję na punkcie sekretów innych osób i jest ekspertem w wynajdowaniu ich słabości i wywieraniu nacisku na te słabe punkty, a także zachęcaniu ludzi, by próbowali go zadowolić, podejmując w jego imieniu ryzyko, tak by mógł twierdzić, że sam nie ma nic wspólnego z konsekwencjami. Chociaż często deklaruje, jak ceni lojalność, najbardziej znęca się nad tymi, którzy mu ją okazują, a przyjemność sprawia mu patrzenie, jak w poszukiwaniu przebaczenia lub aprobaty płaszczą się przed nim ci, którzy wcześniej go krytykowali. Jednak on sam nierzadko jest opisywany jako człowiek samotny i lubiący zadowalać innych, a równocześnie jako wojownik reagujący alergicznie na bezpośrednie konflikty międzyludzkie.
Jest niezwykle podatny na sugestie, wyłuskuje cudze pomysły, myśli i opinie, a potem przedstawia je jako własne; bliscy współpracownicy kampanii wyborczej nazwali go kiedyś „wyrafinowaną papugą”. Jest gotów we wszystko uwierzyć i wszystko poświadczyć. Trump ma kilka przekonań ideologicznych, ale jest skłonny je stłumić, gdy przydaje się to w jakimś celu. Wygłasza niejasne opinie, które pozwalają ludziom interpretować jego słowa tak, jak chcą, dzięki czemu obie strony tego samego problemu mogą rościć sobie prawo do jego poparcia. Trump najczęściej działa spontanicznie, nie według przygotowanego planu, ale ponieważ w ten sposób dezorientuje innych, wierzą oni, że stoi za tym wielka strategia lub tajny plan. Wszystko, co robi, często jest elementem gry, której zasady i cele mają sens tylko dla niego.
Jego potrzeba życia wiecznie tu i teraz3 zwykle przeważa nad zdolnością do myślenia w kategoriach długofalowych. Ale Trump żyje również przeszłością, nieustannie rozpamiętując głęboko zakorzenione urazy – albo wspominając lepsze czasy – i próbuje zmusić innych, by przeżywali je ponownie razem z nim. Gotowość do podjęcia działań, o których wie, że rozjuszą krytyków i sprawią, że zostanie uznany za twardziela, kieruje nim od dekad.
Jego najbardziej stałe cechy to chęć zmiażdżenia przeciwników, niezgoda na zawstydzanie lub dobrowolną rezygnację z walki, przekonanie, że sprawy zawsze potoczą się po jego myśli, i niechęć do akceptowania tradycyjnych zasad funkcjonowania świata biznesu i polityki. Te cechy dają mu przewagę, podobnie jak to, że nie ukrywa rzeczy, które inni starają się ukryć. Z czasem narastała w nim złość, zwłaszcza gdy musiał stawić czoła kolejnym dochodzeniom prowadzonym nie tylko przez prokuratorów, ale i przeciwników politycznych. Jednak przyczyny tego rozjuszenia często schodziły na dalszy plan. Podstawową zasadą ruchu politycznego Trumpa było znajdowanie publicznie akceptowalnych celów, które mogłyby służyć jako zbiorniki na istniejącą już irytację.
Gniew ów pomagał ostrzegać jego zwolenników, którzy są związani z nim bardziej przez wspólnych wrogów – liberałów, media, firmy technologiczne, rządowe organy regulacyjne – niż przez wspólne ideały. Pracownicy i doradcy, którzy się z nim utożsamiali, czuli się z nim bardziej związani, gdy był atakowany. (W Białym Domu współpracownicy, którzy wcześniej go nie znali, byli zaskoczeni emanującą od niego pewnością siebie, nawet gdy zdawało się, że jest w trudnej sytuacji). Jego najbardziej zagorzali fani widzieli w nim cząstkę siebie albo kogoś, do kogo sami chcieli się upodobnić.
Cała jego kariera biznesowa przed objęciem prezydentury nie była złudzeniem. Zbudował gigantyczny wieżowiec na Piątej Alei i stał się właścicielem trzech kasyn w Atlantic City, przekonawszy banki i urzędników państwowych, żeby udzielili mu wsparcia na te cele. Kupował duże nieruchomości i zmuszał ludzi u władzy do współpracy. Stworzył portfel udziałów. Ale nigdy nie był biznesmenem na skalę gigantów finansowych i gigantów z branży nieruchomości w Nowym Jorku, którym starał się dorównać. Ludzie z kręgów biznesowych w rodzinnym mieście Trumpa szydzili, że jego konto i portfel nieruchomości nie są aż tak imponujące, jak twierdzi, naśmiewali się z jego gotowości do użyczenia swojego nazwiska niemal każdej umowie licencyjnej. A kwestia tego, czy zawyżył wartość swoich nieruchomości, aby oszukać kredytodawców, była przedmiotem śledztwa karnego w sprawie jego firmy po odejściu z urzędu. Jednak poza bańką Nowego Jorku przez dekady był uosobieniem bogactwa; w całym kraju znano go jako kogoś, kto wybudował wielkie wieżowce oznaczone złotymi literami.
Żeby w pełni zrozumieć Trumpa, jego prezydenturę i przyszłość polityczną, ludzie muszą wiedzieć, skąd pochodzi.
Urodziłam się w Nowym Jorku w tym samym miesiącu, w którym Donald Trump po raz pierwszy wdał się z konflikt z rządem federalnym. Moi rodzice poznali się podczas pracy dla „New York Post”, jednego z tabloidów, z którymi utożsamiał się później Trump. Gdy chodziłam do publicznej szkoły podstawowej na Upper West Side na Manhattanie, wybraliśmy się na wycieczkę do ogólnodostępnego holu nowego cudu architektonicznego znanego jako Trump Tower. Przez większość dorosłego życia mieszkałam w dzielnicy, w której Fred i Donald Trumpowie nauczyli się, jak działa władza polityczna. Karierę zawodową zrobiłam w mediach, na których Trumpowi zależało najbardziej.
Przez większą część ostatniej dekady, kiedy Trump stał się postacią znaną nie tylko lokalnie, ale i w całym kraju oraz na arenie międzynarodowej, do moich obowiązków pełnoetatowej korespondentki „New York Timesa” zaliczało się pisanie reportaży o Trumpie. Doświadczyłam dwóch typów zachowań, które przejawia on wobec dziennikarzy – nieustającej chęci przyciągania uwagi mediów oraz jadowitych uwag i gniewnych wypowiedzi w reakcji na publikowane materiały. Dojście Trumpa do władzy stwarzało dziennikarzowi wiele możliwości, stając się niewyczerpanym źródłem tematów, jak i zwiększonego zainteresowania społeczeństwa. Podobnie wiele było minusów związanych z przymusowym udziałem w filmie, którego scenariusz Trump nieustannie pisał swoim życiem.
Z biegiem czasu Trump stał się jednocześnie najbardziej i najmniej odporny na krytykę spośród wszystkich osób publicznych, o których kiedykolwiek pisałam. W jednej chwili odpierał grad negatywnych komentarzy, a zaraz później skupiał się na drobnej zniewadze komentatora telewizyjnego. Od początku kariery do chwili obecnej Trump zawsze miał w swoim otoczeniu ludzi gotowych do egzekwowania jego woli, informatorów i osoby chętne do wzajemnego szpiegowania się, aby stworzyć atmosferę zagrożenia i presji, zmuszającą innych do działania na jego warunkach. Wielu z nich było gotowych wykorzystać jego wrodzoną paranoję i niewielkie zainteresowanie szczegółami, żeby naginać go do swoich celów. Trump często zachęcał ich do takich taktyk.
Odrzucenie głównego nurtu mediów przez republikanów nasiliło się za prezydentury Obamy, a następnie połączyło się z gniewem Trumpa, z tym że dla niego było to bardziej osobiste niż dla osób z jego partii. Uważał się za część mediów po tym, jak przez lata zyskał sobie przychylność jako częsty komentator telewizyjny i gość radiowy, a relacje, które mu się nie podobały, traktował jako zdradę.
Jedną z najbardziej osobliwych cech Trumpa na przestrzeni lat była jego umiejętność, nie zawsze zamierzona i często niewypowiedziana wprost, do nakłaniania ludzi wokół siebie do naśladowania jego zachowań. Wiele osób w jego otoczeniu zaczęło przejawiać cechy, na które tylko Trump mógł sobie pozwolić. Gdy był szefem prywatnej firmy rodzinnej, liczba osób podlegających jego wpływom była ograniczona. Gdy został kandydatem na prezydenta, a następnie głową państwa, jego krąg znacznie się poszerzył i objął nawet niektórych republikańskich krytyków, którzy zaczęli się zachowywać podobnie jak on.
Ale tak samo postąpiło wielu krytyków, którzy pozostali mu przeciwni, przejmując jego zwyczaj rzucania osobistych obelg lub wygłaszając twierdzenia wykraczające poza to, co wynikało z faktów, odmawiając przeprosin za błędy lub wierząc, że cel uświęca środki. W ciągu dwóch dekad obniżyła się poprzeczka tego, co uważano w polityce za dopuszczalne zachowanie publiczne, pociągając za sobą wszystkich. Trump bardzo dobrze radził sobie w tych zmieniających się warunkach.
Nawet jeśli wiele aspektów waszyngtońskich lat Trumpa – charakter, styl, podejście do władzy – było mi dobrze znanych, ciągła analiza jego świata sprawiała, że często podważałam prawdziwość faktów, podobnie jak wiele osób, które pracowały dla niego w Białym Domu.
Ostatecznie zarówno jako kandydat, jak i jako prezydent Trump rozmawiał ze mną częściej, niż twierdził, ale nie tak często, jak wmówili sobie niektórzy demokraci i niektórzy jego współpracownicy. W Białym Domu ciągle o mnie tweetował i bez powodu wymieniał moje nazwisko na spotkaniach z doradcami. Pewnego razu stało się to po tym, jak wspomniałam w wywiadzie dla PBS, że Trump ogląda telewizję przez kilka godzin dziennie. Trump poskarżył się na moją uwagę, ignorując fakt, że usłyszał ją właśnie w telewizji. Wyszydzał mój wygląd przed współpracownikami, mówiąc do jednego z nich: „Zauważyłeś, że ona ma zawsze brudne okulary?”.
Krótko po wybraniu Trumpa na prezydenta w 2016 roku ktoś, kto znał go od lat, powiedział mi zszokowany wynikiem: „Kraj wybrał Chaunceya Gardinera i nikt nie zdaje sobie z tego sprawy”, odnosząc się do bohatera Wystarczy być [Jerzego Kosińskiego]. Książkę zekranizowano, a Peter Sellers zagrał w filmie niezbyt bystrego ogrodnika imieniem Chance, który w wyniku serii nieporozumień zostaje uznany za geniusza z wyższych sfer, Chaunceya Gardinera. Ale to nie było trafne określenie, Trump nie nabrał specjalnej biegłości w niczym poza transakcjami na rynku nieruchomości, budownictwem, sportem, filmem i telewizją, ale był sprytny i mądrzejszy, niż jego krytycy powszechnie sądzili, oraz wykazywał instynkt przetrwania, który prawdopodobnie nie miał sobie równych w historii amerykańskiej polityki Nie był też jak ogrodnik Chance nieszkodliwy. Zero-jedynkowa mentalność Trumpa sprawiała, że cenę za jego sukces często musiał zapłacić ktoś inny.
Jeden fakt zawarty w artykule, który napisałam wspólnie z trzema kolegami w weekend przez wyborami w 2016 roku, o błędach popełnionych podczas kampanii Trumpa4, doprowadził kandydata do szału: ujawniliśmy, że doradcy usunęli aplikację Twitter z jego telefonu komórkowego. Kilka godzin po zamknięciu lokali wyborczych 8 listopada 2016 roku, kiedy ogłoszono zwycięstwo Trumpa w kluczowym stanie, kolega z „Timesa”, Patrick Healy, próbował dodzwonić się na jego telefon komórkowy.
– Panie Trump – powiedział Patrick, prosząc o komentarz – za chwilę zostanie pan prezydentem Stanów Zjednoczonych.
– Dziękuję, dziękuję, to wielki zaszczyt. Powiedz Maggie – dodał – że nikt nie usunął mi Twittera.
Inny kolega – Adam Nagourney, weteran waszyngtońskiego biura gazety – przysłał mi wiadomość o tym, co zwycięstwo Trumpa oznacza dla mojej kariery. „To świetna wiadomość dla ciebie” – napisał, nawiązując do typowej ścieżki kariery reportera wyborczego, który towarzyszy zwycięskiemu kandydatowi w drodze do Białego Domu, oraz do faktu, że zajmowałam się Trumpem dłużej niż inni dziennikarze.
Właśnie śledziłam ostrą, często dysfunkcyjną kampanię opartą na zemście, napędzaną przez chęć sprawowania przez kandydata kontroli: nad relacjami w mediach, jego zwolennikami i jego współpracownikami, wrodzoną potrzebę testowania granic dozwolonego zachowania oraz niebezpieczne lekceważenie demokracji i praw obywatelskich. Teraz cała władza znalazła się w jego rękach, po raz pierwszy silna skłonność do sprawowania władzy połączyła się z ogromną władzą nad życiem milionów ludzi. Natychmiast napisałam w odpowiedzi: „Nie masz pojęcia, co nas czeka”.







