Czasem nieszczęście zaczyna się od pełnego dobroci gestu. Kiedy książę Xianle, Xie Lian, w trakcie parady ratuje od śmierci chłopca, nie przeczuwa, że sprowadza na swoje królestwo klątwę. Susza, wojna i zaraza pochłaniają wszystko, co kochał. Wśród narastającego chaosu pojawia się tajemnicza postać w bieli – z kuszącą propozycją odwetu…


Historia księcia Xianle, Xie Liana, to opowieść o chwale, upadku i niewyobrażalnym cierpieniu.

Paradę w Xianle przerywa nagły krzyk. Mimo że Xie Lian ratuje spadającego z muru chłopca, to ten akt odwagi staje się początkiem pasma nieszczęść: suszy w Yong’an, buntów, wojny, a w jej cieniu – zarazy.

„Choroba szkaradnych obliczy” odbiera ludziom rozum i… życie. Nie ma na nią lekarstwa.

Pojawia się jednak tajemnicza postać w bieli z kuszącą propozycją odwetu. Oko za oko, krew za krew.

Czy Xie Lian zdoła powstrzymać tych, którzy pragną zemsty?

***

„Błogosławieństwo Niebios” (oryg. Tiān Guān Cì Fú, znane również jako TGCF) to chińska powieść gatunku xianxia autorstwa Mo Xiang Tong Xiu (MXTX), która zdobyła ogromną popularność na całym świecie.

Gatunek xianxia (仙侠) to jeden z najpopularniejszych nurtów chińskiej literatury fantasy. Słowo to powstało z połączenia dwóch znaków: xiān (nieśmiertelny) oraz xiá (bohater/wojownik).

W przeciwieństwie do gatunku wuxia (który skupia się na realistycznych sztukach walki), xianxia zanurza się głęboko w magię, mitologię i poszukiwanie wiecznego życia.

Choć TGCF opiera się na schematach xianxia, autorka Mo Xiang Tong Xiu często je dekonstruuje. Zamiast skupiać się tylko na zdobywaniu potęgi, pokazuje, że bycie bogiem nie czyni nikogo nieomylnym. Bogowie w tej historii bywają małostkowi, zazdrośni i skorumpowani, podczas gdy demony mogą wykazywać się większą lojalnością i moralnością.

Mo Xiang Tong Xiu
Błogosławieństwo Niebios. Tom 3
Przekład: Piotr Machajek, Aleksandra Woźniak-Marchewka
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 12 listopada 2025
 
 


KSIĘGA DRUGA
Książę, Który Raduje Bogów

Rozdział pierwszy
RZUT OKA NA ALEJĘ BOSKIEGO WOJOW­NIKA

Biały pła­tek pod­ry­fo­wał po nie­bie peł­nym okrzy­ków i kolo­ro­wych wstęg, po czym wylą­do­wał na mie­czu.
Klinga ude­rzyła, prze­szyła serce demona. Zgi­nął na miej­scu.
– Demony poko­nane, złe moce okieł­znane, niech Nie­biosa nam bło­go­sła­wią!
Po obu stro­nach Alei Boskiego Wojow­nika wrzawa nio­sła się jak fale, jedna wyż­sza od dru­giej. Przed czer­wo­nymi wro­tami kró­lew­skiego pałacu odgry­wa­jący boga i demona tao­iści ukło­nili się na wszyst­kie strony, po czym się roze­szli. Ta wstępna walka wystar­czyła jed­nak, by atmos­fera stała się jesz­cze goręt­sza. Nie tylko obie strony ulicy były upa­ko­wane do gra­nic moż­li­wo­ści, lecz jacyś śmiał­ko­wie wspięli się nawet na dachy. Kla­skali, wołali, tań­czyli, wese­lili się.
Na wyso­kim tara­sie roz­ra­do­wany tłum zło­żony z rodziny kró­lew­skiej, ksią­żąt i szlachty oglą­dał wido­wi­sko. Tak wiel­kie wyda­rze­nie przy­cią­gnęło tysiące ludzi i gdyby miano wska­zać naj­bar­dziej nie­co­dzienną paradę z oka­zji Święta Latarni w histo­rii pań­stwa Xianle, z pew­no­ścią byłaby to ta dzi­siej­sza!
W pała­co­wej bra­mie setka ludzi tkwiła w uważ­nym, cichym ocze­ki­wa­niu. Zabił dzwon, a młody męż­czy­zna w wyso­kim nakry­ciu głowy i zdo­bio­nych sza­tach uło­żył w zagłę­bie­niu łok­cia koń­ski ogon i powie­dział poważ­nie:
– Straż przed­nia!
– Są!
– Nie­bianki!
– Są!
– Muzycy!
– Są!
– Jeźdźcy!
– Są!
– Demon!
– Jest!
– Wojow­nik Radu­jący Bogów!
Brak odpo­wie­dzi.
Młody tao­ista zmarsz­czył brew i powtó­rzył gło­śno:
– Wojow­nik Radu­jący Bogów? Jego Ksią­żęca Wyso­kość?
Tak jak wcze­śniej, nikt nie odpo­wie­dział. „Demon”, który się przed chwilą ode­zwał, zawa­hał się, po czym ścią­gnął maskę. Pod zie­loną skórą i ostrymi kłami kryła się uro­dziwa twarz.
Schlud­nie odziany mło­dzie­niec miał około szes­na­stu, sie­dem­na­stu lat, oczy błysz­czące jak dwie kulki obsy­dianu, mięk­kie włosy, opa­da­jące kil­koma kosmy­kami na czoło. Wyda­wał się spo­kojny i uło­żony, co kon­tra­sto­wało z trzy­maną przez niego w ręku maską dzi­kiego demona.
– Mistrzu, Jego Ksią­żęca Wyso­kość powie­dział, żeby się nie mar­twić, nie­długo przyj­dzie – ode­zwał się.
Mistrz Mei Nia­nqing nie wie­rzył wła­snym uszom.
Znik­nął w tak klu­czo­wym momen­cie!
W ich stronę zaś ciem­nym kory­ta­rzem pod bramą ktoś pędził. To też był szes­na­sto-, sie­dem­na­sto­letni mło­dzie­niec, wypro­sto­wany, wyso­kiego wzro­stu, o skó­rze zło­ci­stej niczym psze­nica. Na ple­cach miał długi czarny łuk oraz śnież­no­biały koł­czan. Cho­ciaż wyda­wał się młody, spoj­rze­nie miał nie­prze­jed­nane. Led­wie Mei Nia­nqing go zoba­czył, zła­pał go i spy­tał:
– Feng Xin! Co z Jego Ksią­żęcą Wyso­ko­ścią?
– Mistrzu, mel­duję, że Jego Wyso­kość zabija demony na Górze Szla­chet­nych!
I po co pytał? Mei Nia­nqing był jesz­cze bar­dziej zroz­pa­czony.
– A nie sie­dzi tam już od mie­siąca? Jak to moż­liwe, że cią­gle tam jest?
– Tak! Ale te demony są wyjąt­kowo pod­stępne, więc czaił się na nie aż mie­siąc, wkrótce uda mu się je dorwać, dla­tego powie­dział, że jesz­cze chce pocze­kać!
– Jak długo chce cze­kać? Prze­cież to mnie wykoń­czy! – ryk­nął Mei Nia­nqing. – Kom­pa­nia repre­zen­ta­cyjna zaraz przej­dzie przez pała­cową bramę, gdy plat­forma wyje­dzie i ludzie zoba­czą jedy­nie demona, a nie nie­śmier­tel­nego, obrzucą nas, oby tylko, blu­zgami, nie wyj­dziemy z tego żywi! Dla­czego z Mu Qin­giem go nie zatrzy­ma­li­ście?
Mu Qing jed­nak zacho­wał spo­kój.
– Książę powie­dział, że jeśli zasadzka się nie powie­dzie i będzie musiał pocze­kać do następ­nego razu, może umrzeć kil­ka­dzie­siąt osób. Zdąży wró­cić, zanim pojawi się Wojow­nik Radu­jący Bogów. Mistrzu, dzia­łaj, pro­szę, według planu. Jeżeli teraz nie wydasz roz­kazu wymar­szu, pomyślna godzina minie.
Cze­ka­jący od świtu tłum nie mógł już wytrzy­mać, krzy­czał i pospie­szał. Nie było wyj­ścia.
Bez Wojow­nika Radu­ją­cego Bogów mogło być źle, ale spóź­nić się – jesz­cze gorzej!
Zre­zy­gno­wany Mei Nia­nqing dał znak dło­nią.
– Muzyka! Ruszamy!
Na jego roz­kaz, przy dźwięku fletni, stu kró­lew­skich wojow­ni­ków wykrzyk­nęło jed­nym gło­sem i poma­sze­ro­wało. Kom­pa­nia repre­zen­ta­cyjna wyru­szyła.
Pierwsi szli wojow­nicy sym­bo­li­zu­jący usu­wa­nie prze­szkód. Za nimi wybrane spo­śród tysięcy skromne, piękne dzie­wice sypały kwiaty z koszy­ków, które nio­sły w rękach. Muzycy sie­dzieli na zło­tym wozie i wygry­wali melo­dię. Gdy tylko wyszli przez bramę, zostali powi­tani wes­tchnie­niami zachwytu, a tłum rzu­cił się do walki o kwiaty. Te obra­cały się w pył, ale ich zapach pozo­sta­wał. Jak­kol­wiek piękne, jak­kol­wiek zbyt­kowne by to było, to tylko wstęp. Wła­śnie miała wyje­chać ostat­nia plat­forma.
Cią­gnięta przez szes­na­ście bia­łych koni w zło­tej uprzęży, prze­je­chała przez bramę i powoli uka­zała się oczom tłumu. Na niej zaś odziany na czarno demon w potwor­nej masce wbił w pod­łogę przed sobą długą sza­blę1. Poja­wił się na sce­nie w iście impo­nu­ją­cym stylu.
Ale cud się nie wyda­rzył. Na­dal ani śladu Wojow­nika Radu­ją­cego Bogów.
Tłum zaszem­rał. Rodzina kró­lew­ska, ksią­żęta i szlachta ścią­gnęli lekko brwi i spoj­rzeli po sobie.
– Co się stało? – dopy­ty­wali. – Dla­czego na plat­for­mie nie ma Wojow­nika Radu­ją­cego Bogów?
W cen­trum, na tara­sie wyso­kiego budynku, sie­dzieli uro­dziwy męż­czy­zna i piękna kobieta, król i kró­lowa Xianle, i cho­ciaż oboje na twa­rzach mieli uśmie­chy, w ich oczach gościł smu­tek. Mogli jedy­nie wymie­niać spoj­rze­nia i pocie­szać się nawza­jem.
Ale tłumu po obu stro­nach alei nie miał kto pocie­szyć, zebrani krzy­czeli, jakby zaraz mieli roz­sa­dzić dachy. Na szczę­ście demon na plat­for­mie był wyjąt­kowo spo­kojny. Kil­ku­dzie­się­ciu tao­istów prze­bra­nych za łow­ców demo­nów wsko­czyło jeden za dru­gim na scenę, a on po kolei ich poko­ny­wał i strą­cał w dół. Gdyby oce­niać po twa­rzy i postu­rze, Mu Qing przy­po­mi­nał raczej uczo­nego, ale ciężka sza­bla w jego dłoni wyda­wała się nie mieć wagi. Cień ostrza tań­czył, a demon wal­czył wspa­niale, nagro­dzono go więc wiwa­tami. Tyle że więk­szość publicz­no­ści nie przy­szła tu, by oglą­dać, jak demon krzyw­dzi ludzi, krzy­czeli więc jeden przez dru­giego:
– A gdzie Wojow­nik Radu­jący Bogów?!
– Chcemy zoba­czyć Jego Ksią­żęcą Wyso­kość jako Cesa­rza Boskiego Wojow­nika!
– Co tu się odwala?! – Z wyso­kiego budynku dobiegł gniewny głos. – Kto by chciał oglą­dać te pier­doły? Gdzie, kurwa, mój książę kuzyn?
Jeden po dru­gim widzo­wie zadzie­rali głowy, by na tara­sie ujrzeć bie­gną­cego do kra­wę­dzi i wygra­ża­ją­cego pię­ściami mło­dzieńca w zdob­nych sza­tach. Miał pięt­na­ście, może szes­na­ście lat, wyglą­dał olśnie­wa­jąco i przy­cią­gał wzrok, lecz przez wykrzy­wia­jący jego twarz gry­mas i mor­der­czy wzrok spra­wiał wra­że­nie, jakby miał zaraz prze­sko­czyć przez barierkę i zacząć kogoś bić. Budy­nek był jed­nak za wysoki. Chło­pak chwy­cił więc białą jade­itową czarkę, którą miał pod ręką, i rzu­cił.
Czarka pole­ciała w kie­runku głowy demona, który choć odwró­cony tyłem, spo­strzegł, co się dzieje. Jego miecz wysko­czył w górę, a czarka wylą­do­wała na czubku ostrza, wywo­łu­jąc falę aplauzu. Qi Rong roz­gnie­wał się jesz­cze bar­dziej i chciał rzu­cić czymś jesz­cze, ale kró­lowa zawo­łała kogoś, by go odcią­gnął. Co się udało, ale nie bez spo­rego wysiłku. Miny człon­ków rodziny kró­lew­skiej były coraz poważ­niej­sze, nie­któ­rzy nie mogli już usie­dzieć na miej­scach. Za szkar­łatną zasłoną z gazy ary­sto­kratki ze słyn­nych rodów zakry­wały twa­rze jedwab­nymi wachla­rzami i cho­ciaż były zatro­skane, żadna z nich się nie ode­zwała.
Ale zwy­kłych ludzi nie krę­po­wała ety­kieta i nie­któ­rzy zaczęli roz­py­ty­wać:
– Jego Ksią­żęca Wyso­kość nie przy­szedł?
– Gdzie jest gege Lian2?
Parada w Święto Latarni bez Wojow­nika Radu­ją­cego Bogów to byłby dopiero nie­co­dzienny przy­pa­dek!
Wtem ryk prze­to­czył się przez tłum niczym grom, a towa­rzy­stwo na tara­sie się oży­wiło. Zoba­czyli, jak śnież­no­biała postać spada z nieba i ląduje lekko przed demo­nem!
Ledwo stopy wojow­nika w bieli dotknęły plat­formy, war­stwy jego szat roz­ło­żyły się jak płatki olbrzy­miego kwiatu. Twarz skry­wał za złotą maską, w jed­nej ręce dzier­żył miecz, drugą trą­cił deli­kat­nie ostrze, a ono odpo­wie­działo przy­jem­nym dla ucha brzęk­nię­ciem. Ruch był spo­kojny i wywa­żony, jakby wojow­nik w ogóle nie zwra­cał uwagi na demona przed sobą.
Na plat­for­mie biała i czarna postać stały naprze­ciw sie­bie, potrzą­sa­jąc bro­nią, aż wresz­cie zwarły się w walce.
Qi Ron­gowi na ten widok aż się zaświe­ciły oczy, pod­sko­czył i zawo­łał gło­śno:
– Książę kuzyn! Mój książę kuzyn przy­był!!!
I na górze, i na dole, wszyst­kim ode­brało mowę.
To wej­ście naprawdę przy­po­mi­nało zstą­pie­nie z nieba, jakaż odwaga!
Bar­ba­kan miał co naj­mniej kil­ka­na­ście metrów, ale książę, któ­rego ciało warte było wię­cej niż całe złoto kró­le­stwa, fak­tycz­nie z niego sko­czył. W tam­tej chwili tłu­mowi się zdało, że zaprawdę bóg zstą­pił do świata śmier­tel­nych, nie­mal tra­cono głowy, krew wrzała, wszy­scy krzy­czeli do utraty tchu i kla­skali, aż dło­nie im poczer­wie­niały.
Król i kró­lowa wymie­nili spoj­rze­nia, w któ­rych krył się uśmiech, i cho­ciaż kró­lew­ska rodzina nie kla­skała, ich twa­rze wresz­cie się roz­luź­niły i wzdy­chali z zachwy­tem. Wachla­rze nie zdo­łały ukryć rumień­ców na twa­rzach panien.
Mei Nia­nqing naresz­cie mógł otrzeć pot z czoła. Spoj­rzał na szkar­łatną zasłonę. Pięk­no­ści ledwo było zza niej widać, ale dobie­gały go ich nie­spo­kojne wes­tchnie­nia. Wie­dział, kim są. Zaśmiał się w duchu. Nagle usły­szał, jak kró­lowa mówi cicho do króla:
– Dziecko znowu roz­ra­bia.
– I jesz­cze sko­czył z tak wysoka! – Król otarł pot z czoła.
– Wasze Wyso­ko­ści mogą być spo­kojne – powie­dział Mei Nia­nqing nie bez odro­biny dumy. – Książę z zamknię­tymi oczami i wspiąłby się, i zesko­czył nie tylko z tych mar­nych kil­ku­dzie­się­ciu metrów muru, lecz także ze szczytu Góry Wiel­kiej Zie­leni!
Wojow­nik Radu­jący Bogów był naj­waż­niej­szą posta­cią w para­dzie Święta Latarni. Musiał być to mło­dzie­niec bie­gły w sztuce mie­cza. Do tego sta­ran­nie zapla­no­wany strój, nie­sły­cha­nie zachwy­ca­jący, przy czym cały ekwi­pu­nek ważył ponad sto jinów3. Z takim cię­ża­rem musiał sto­czyć, wpraw­dzie uda­waną, lecz wido­wi­skową walkę z wojow­ni­kiem prze­bra­nym za demona i ode­grać cały, co naj­mniej sze­ścio­go­dzinny występ bez abso­lut­nie żad­nej pomyłki. Dla zwy­kłego czło­wieka było to zada­nie nie do wyko­na­nia.
– Patrz­cie! – powie­dział pew­nie Mei Nia­nqing. – Dzięki Jego Wyso­ko­ści dzi­siej­sza ofiara dla Nie­bios zapi­sze się w histo­rii!
Obaj mło­dzieńcy na plat­for­mie byli nie­zrów­nani. Błysk mie­czy, atak, blok, krzyki się nasi­lały, blask broni ośle­piał. Walka sta­wała się coraz bar­dziej zacięta, a pokrzy­ki­wa­nia widzów coraz gło­śniej­sze.
– Zabij! Zabij demona! – roz­le­gało się z nie­zli­czo­nych gar­deł.
Świst ostrza, białe świa­tło. Tłum wrza­snął i wstrzy­mał oddech. Radu­jący Bogów wytrą­cił demo­nowi miecz, który pole­ciał i wbił się w czer­woną kolumnę przy ulicy. Spró­bo­wał go wycią­gnąć pewien śmia­łek, ale choć dwoił się i troił, miecz ani drgnął.
– Co za siła! – wykrzyk­nął.
Spod zło­tej maski dobiegł cichy śmiech. Wojow­nik w jed­nej ręce dzier­żył kwiat, miał wła­śnie zadać ostatni cios i „zabić” demona, gdy nad nimi roz­legł się krzyk.
Radu­jący Bogów się zdu­miał i pod­niósł głowę, by ujrzeć nie­wy­raźną syl­wetkę spa­da­jącą z muru. Nie­wiele myśląc, w mgnie­niu oka wybił się z obu nóg, sko­czył i poszy­bo­wał w górę. Jego rękawy powie­wały niczym motyle skrzy­dła i choć wyglą­dał, jakby leciał do nieba, zro­bił zale­d­wie kil­ka­na­ście kro­ków na murze, po czym lekko jak piórko opadł na zie­mię. Dopiero gdy sta­nął pew­nie, wypu­ścił powie­trze i spoj­rzał w dół.
Brudny chło­piec z twa­rzą obwią­zaną ban­da­żami kulił się w jego ramio­nach i wpa­try­wał w niego.
Mógł mieć sie­dem, naj­wy­żej osiem lat, był chudy i drobny, a jego małe ciałko drżało jak nowo naro­dzone zwie­rzątko. Spo­mię­dzy nie­dbale zawi­nię­tych wokół głowy ban­daży spo­glą­dało wiel­kie czarne oko, w któ­rym odbi­jała się biała postać. Wpa­try­wał się w trzy­ma­ją­cego go czło­wieka, nie mru­gnąw­szy ani razu, jakby nie umiał doj­rzeć nic innego.
Książę sły­szał tylko, jak ota­cza­jący go ze wszyst­kich stron ludzie gwał­tow­nie biorą wdech. Wciąż klę­czał na jed­nym kola­nie, z pochy­loną głową, kiedy kątem oka zauwa­żył, że coś leży na ziemi.
Serce mu zamarło.
Złota maska zakry­wa­jąca jego twarz spa­dła.
Pewny krok wojow­ni­ków się zała­mał, na twa­rze roz­rzu­ca­ją­cych kwiaty nie­bia­nek wypły­nął strach, złoty powóz się zatrzy­mał, wiel­kie białe konie unio­sły kopyta i rżały, a flet­nia­rze zagrali kilka fał­szy­wych tonów. Jedni szli, inni stali, gdyby szybko nie udało się zsyn­chro­ni­zo­wać kroku, sytu­acja wymknę­łaby się spod kon­troli.
Tłum po obu stro­nach alei nie zdą­żył jesz­cze zare­ago­wać, kiedy na wyso­kim tara­sie król i kró­lowa pod­nie­śli się ze swo­ich krze­seł. Skoro oni stoją, jak pozo­stali śmie­liby sie­dzieć? Dostoj­nicy jeden po dru­gim wsta­wali więc, na twa­rzach ukry­tych za czer­woną zasłoną panien malo­wało się prze­ra­że­nie. Mistrz ledwo wygrzał sobie sto­łek, a już musiał się pod­nieść. Qi Rong wsko­czył na barierkę, pod­wi­nął rękawy i wołał gniew­nie:
– Co znowu? Co z tymi oddzia­łami? Co ta zgraja śmieci wypra­wia? Nie jedli­ście dziś, że nawet z końmi nie potra­fi­cie sobie pora­dzić?
Widząc, jaka wrzawa zapa­no­wała wśród tłumu i że za chwilę nasta­nie chaos, Radu­jący Bogów natych­miast powstał i pod­niósł głowę.
Książę wart był tyle złota, ile sam ważył. Pra­wie się wcze­śniej nie poka­zy­wał, bo a to ukry­wał się w pałacu, a to zaszy­wał w górach, by prak­ty­ko­wać, więc teraz nie mogli się oprzeć, by nie zer­k­nąć na jego twarz. Wystar­czyło jedno spoj­rze­nie, a wstrzy­mali oddech.
Skóra mło­dzieńca była tak biała, że aż prze­zro­czy­sta, jak jadeit, który jeśli patrzeć na niego zbyt długą chwilę, roz­pad­nie się na kawałki. Ale brwi wyda­wały się dumne, a oczy jaśniały niczym poranna zorza. Piękna twarz i wyjąt­kowa uroda spra­wiały, że ludziom bra­ko­wało śmia­ło­ści się mu przy­glą­dać, cho­ciaż ksią­żęta zwy­kle przyj­mują uwagę ze strony innych ze spo­ko­jem.
Miał szes­na­ście, sie­dem­na­ście lat, naj­lep­szy wiek. Gdyby spy­tać kogoś, jak powi­nien wyglą­dać Wojow­nik Radu­jący Bogów, to wła­śnie tak.
Korzy­sta­jąc z tego, że uwaga tłumu była zwró­cona na księ­cia, Feng Xin prze­biegł przez ulicę, chwy­cił maskę i wpadł mię­dzy straż hono­rową, krzy­cząc:
– Nie pani­kuj­cie, idź­cie dalej! Dopiero po tym okrą­że­niu wróć­cie do pałacu!
Oddział zaczął ponow­nie for­mo­wać szyk, każdy powró­cił na swoje miej­sce. Odgry­wa­jący demona Mu Qing prze­sło­nił niebo niczym czarna chmura, wycią­gnął sza­blę z kamien­nego filaru i uda­wał, że chce zabić dziecko w ramio­nach wojow­nika. Zwarli się i roz­dzie­lili kilka razy. Wal­cząc, wró­cili na plat­formę, jakby nic się nie stało. Tłum dał się ponieść i znów zawrzał.
To był pierw­szy raz, kiedy Xie Lian dzię­ko­wał, że uro­dził się z takimi rysami, w obli­czu kata­strofy mógł bowiem za ich pomocą odcią­gnąć uwagę – bar­dzo, bar­dzo dobrze… Jedną ręką obej­mo­wał chłopca, drugą zręcz­nie wywi­jał mie­czem. Spa­ro­wał kilka cięć, gdy usły­szał, że chło­piec jęk­nął, pomy­ślał więc, że pew­nie jest prze­ra­żony tym, że znaj­duje się w samym środku walki. Xie Lian przy­ci­snął go moc­niej do sie­bie.
– Nie bój się! Jestem przy tobie, nic cię nie skrzyw­dzi!
Chło­piec zła­pał kur­czowo szaty na jego piersi, jakby się chwy­tał ostat­niej deski ratunku. Xie Lian się domy­ślał, że dziecko jest prze­ra­żone. Ale tak czy ina­czej, rytuał został już prze­rwany.
– Mu Qing! – krzyk­nął.
Demon ledwo zauwa­żal­nie ski­nął głową i spraw­nie zaata­ko­wał. Xie Lian wycią­gnął miecz, Mu Qing udał, że został tra­fiony, sza­mo­tał się chwilę i z gło­śnym hukiem zwa­lił na zie­mię.
I tak Radu­jący Bogów zabił demona!
Krzyk tłumu uniósł się ponad chmury. Potężna pro­ce­sja ku czci Nie­bios kon­ty­nu­owała marsz, zmie­rza­jąc w stronę pałacu. Być może z powodu emo­cji ludzie nie stra­cili entu­zja­zmu przez ten wypa­dek, wręcz prze­ciw­nie, byli jesz­cze bar­dziej roz­ocho­ceni. Tysiące ruszyły za plat­formą w kie­runku pałacu.
– Chroń­cie księ­cia! – krzyk­nął z tarasu król Xianle.
Straż­nicy jed­nak nie zdo­łali zatrzy­mać tłumu, który bez trudu zła­mał ich obronny szyk. Na szczę­ście w tym samym momen­cie ostatni z kom­pa­nii hono­ro­wej nik­nęli już za bramą pałacu. Czer­wona brama zatrza­snęła się za plat­formą, wie­lo­barwne flagi prze­stały powie­wać, a tłum niczym fala ude­rzył we wrota. Odgłosy wale­nia w drzwi i wiwa­tów roz­dzie­rały niebo.
Za bramą pałacu Wojow­nik Radu­jący Bogów z brzę­kiem odrzu­cił miecz i zaczął ścią­gać z sie­bie war­stwy szat. Wypu­ścił gło­śno powie­trze i ogło­sił:
– Padam z nóg!
Mu Qing też zdjął maskę demona, bez­gło­śnie ode­tchnął, a gdy zoba­czył, jak Xie Lian szar­pie się z sza­tami, nie wytrzy­mał i wycią­gnął rękę.
– Ja to zro­bię, Wasza Wyso­kość, jak będziesz tak cią­gnął, to się zaci­śnie i cię udusi!
Na dole Feng Xin biegł za plat­formą, krzy­cząc:
– Wasza Wyso­kość, czemu zabra­łeś to dziecko?!
Chło­piec cią­gle tulił się do piersi Xie Liana, małe ciałko było sztywne, nie poru­szył się ani tro­chę. Xie Lian zsu­nął z ramion wierzch­nią szatę i się wypro­sto­wał.
– A co, mia­łem go zosta­wić na zewnątrz? Na uli­cach chaos, a on jest taki mały, od razu by go zadep­tali na śmierć. – Powie­dziaw­szy to, pogła­skał chłopca po gło­wie. – Skąd się tam wzią­łeś, mały? – spy­tał z uśmie­chem. – Jakim cudem nagle spa­dłeś z nieba?
Chło­piec nie mru­gnął ani razu, nie ode­zwał się też ani sło­wem.
– Ska­mie­niał ze stra­chu – pod­su­mo­wał Mu Qing.
Xie Lian znowu popra­wił chłopcu roz­czo­chrane włosy.
– Jest w szoku – wyja­śnił. – Feng Xin, zabierz go do domu. Sprawdź tylko wcze­śniej, czy nie jest ranny, całą twarz ma w ban­da­żach.
– Dobrze. – Feng Xin wycią­gnął ręce.
Xie Lian wziął dziecko pod ramiona i chciał mu je podać. To się jed­nak nie udało.
– Wasza Wyso­kość, czemu go nie pusz­czasz? – spy­tał Feng Xin.
– Puści­łem prze­cież? – odparł zdzi­wiony Xie Lian. Spoj­rzał w dół i się zaśmiał, gdy spo­strzegł, że chło­piec tak bar­dzo nie chciał go puścić, że obiema rękami wcze­pił się w jego szaty.
Kil­koro ludzi zamarło, po czym roze­śmiało się gło­śno. Xie Lian prak­ty­ko­wał w Kró­lew­skiej Świą­tyni, wielu adep­tów i adep­tek robiło wszystko, aby go zoba­czyć, a ujrzaw­szy raz, chciało zoba­czyć i kolejny. Naj­chęt­niej prak­ty­ko­wa­liby u jego boku. Kto by pomy­ślał, że taki mały chło­piec myśli podob­nie.
– Wasza Ksią­żęca Wyso­kość, ten chło­piec cię polu­bił, nie chce iść! – uznali zgod­nie zgro­ma­dzeni wokół mło­dzi tao­iści.
– Serio? – Xie Lian się zaśmiał. – Nie da rady, mam jesz­cze sporo do zro­bie­nia. Mały, wra­caj do domu.
Dopiero teraz chło­piec zaczął powoli roz­luź­niać uścisk i Feng Xin go prze­jął. Cho­ciaż był trzy­many przez kogoś innego, błysz­czące czarne oko wciąż pozo­sta­wało utkwione w Xie Lia­nie. Jego spoj­rze­nie nie przy­po­mi­nało wzroku dziecka, wyglą­dał, jakby był w tran­sie. Pozo­stali tao­iści zaczęli szep­tać mię­dzy sobą, ale Xie Lian już na niego nie patrzył, tylko zwra­cał się do Feng Xina:
– Nie cią­gnij, jak­byś wyno­sił śmieci, prze­stra­szysz go!
– Lepiej się nie śmiej – powie­dział Feng Xin gniew­nie. – Nic się nie sta­nie, jak się prze­stra­szy. Niech Wasza Wyso­kość lepiej się zasta­nowi, co powie mistrzowi. Jego to dopiero nastra­szy­łeś!
Wszy­scy zamil­kli.
Mistrz rze­czy­wi­ście był prze­ra­żony.

KRÓ­LEW­SKA ŚWIĄ­TY­NIA, PAWI­LON BOSKIEGO WOJOW­NIKA

W opa­rach kadzi­deł i wśród gło­sów recy­tu­ją­cych sutry4.
– Na kolana! – roz­ka­zał Mei Nia­nqing.
Xie Lian uklęk­nął przed zło­tym posą­giem Cesa­rza Boskiego Wojow­nika. Feng Xin i Mu Qing podą­żyli za swoim panem i klęk­nęli za nim.
Mei Nia­nqing pod­niósł misterną złotą maskę. – Wasza Ksią­żęca Wyso­kość, ech, Wasza Ksią­żęca Wyso­kość. – Wes­tchnął.
Xie Lian się wypro­sto­wał.
– Jestem.
– Na pewno wiesz, że w całej histo­rii Xianle się nie zda­rzyło, aby pod­czas Parady Święta Latarni plat­forma okrą­żyła mia­sto trzy­krot­nie. Trzy­krot­nie! – mówił z żalem Mei Nia­nqing.
Każdy rytuał, każde usta­wie­nie pod­czas Parady Święta Latarni miały swoje zna­cze­nie, a każde pełne okrą­że­nie plat­formy wokół murów ozna­czało modli­twę o pokój i bez­pie­czeń­stwo kraju przez rok. Tak więc od liczby okrą­żeń zale­żało, przez ile lat nie będzie trzeba orga­ni­zo­wać tak wystaw­nego wyda­rze­nia. Nie tylko dobra wróżba, lecz także oszczęd­ność.
Ale trzy razy – to zbyt nie­bez­pieczne! Czy to nie ozna­czało, że zostały tylko trzy lata?
Jesz­cze gor­sze było to, że złota maska Wojow­nika Radu­ją­cego Bogów opa­dła w trak­cie rytu­ału.
Od daw­nych cza­sów ludzie wie­rzyli, że dusza wszech­rze­czy mieszka w czło­wieku, a dusza czło­wieka mieszka w gło­wie, dla­tego też pod­czas obrzędu wojow­nik musiał nosić złotą maskę. To, co naj­lep­sze, należy poświę­cić Nie­bio­som, jego twarz mogli więc podzi­wiać tylko nie­śmier­telni, zwy­kli ludzie byli tego nie­godni.
– Poprzedni Wojow­nicy Radu­jący Bogów prze­szli co naj­mniej pięć okrą­żeń, a było i dwa­dzie­ścia! A ty? – besz­tał go roz­cza­ro­wany Mei Nia­nqing. – Z zamknię­tymi oczami byś zro­bił i sto! A wykoń­czy­łeś się na trze­cim. Świet­nie, Wasza Ksią­żęca Wyso­kość zapi­sze się na kar­tach histo­rii!
W pawi­lo­nie stała setka tao­istów, ale nikt nie ośmie­lił się ode­zwać, jedy­nie Xie Lian nie potra­fił zamilk­nąć.
– Mistrzu, nie patrz na to w ten spo­sób. Czyż nie byłoby złą wróżbą, gdyby na para­dzie polała się krew? Przy­naj­mniej wszystko się skoń­czyło przy­zwo­icie, to naj­lep­szy moż­liwy wynik.
Ale Mei Nian­gqing nie odpusz­czał.
– I oczy­wi­ście jak nie ty, to kto! Na miej­scu było tylu kró­lew­skich żoł­nie­rzy, każdy mógł go zła­pać!
– Ale naprawdę jak nie ja, to kto? Kto poza mną mógłby to zro­bić? – Xie Lian się uśmiech­nął.
Nie było sensu zaprze­czać, bo miał rację. Ale patrząc na jego zado­wo­le­nie, Mei Nia­nqing czuł zarówno iry­ta­cję, jak i roz­ba­wie­nie.
– Klęcz! – zawo­łał. – Mówię ci, Wasza Ksią­żęca Wyso­kość, będziesz musiał odpo­ku­to­wać!
– Tak jest…
– Jest jesz­cze jedna sprawa.
Nie mogło to być nic gor­szego niż kwe­stia parady.
– Mów, pro­szę – powie­dział szybko Xie Lian.
– Dzi­siaj Ich Kró­lew­skie Wyso­ko­ści znów chcą cię spy­tać o starą sprawę – jęk­nął Mei Nia­nqing.
Xie Lian od razu odwró­cił wzrok.
A więc może wpaść w jesz­cze więk­sze kło­poty!
Ta tak zwana stara sprawa doty­czyła ożenku Xie Liana.
– Pod­czas dzi­siej­szej parady widzia­łem na plat­for­mie wido­ko­wej cały zastęp wysoko uro­dzo­nych panien – mówił Mei Nia­nqing z chłod­nym uśmie­chem. – Były księż­niczki z kró­lew­skich rodów, panny z rodzin uczo­nych, córki boga­czy, wszyst­kie stały tam i cię obser­wo­wały. Ich Wyso­ko­ści pole­ciły mi prze­ka­zać, że to panny wybrane dla cie­bie z rodów z każ­dego zakątka kraju. Niech Wasza Ksią­żęca Wyso­kość spró­buje zna­leźć czas, żeby spoj­rzeć, czy jest jakaś odpo­wied­nia.
– Uczeń jest oddany Dro­dze5, nie pra­gnie rado­ści docze­snego świata – powie­dział Xie Lian poważ­nie. – Pro­szę, mistrzu, o prze­ka­za­nie takiej wia­do­mo­ści.
– Król i kró­lowa mówią, że nie mają zamiaru cię pona­glać, ale te panny to naj­wyż­sza półka, jeśli cho­dzi o urodę, pocho­dze­nie i cnoty – mówił Mei Nia­nqing. – Być może jedna z nich to wła­śnie twoja upra­gniona księżna? Jeśli lubisz pełne werwy, jest panienka Jian­lan, jeżeli wolisz wysoko uro­dzone, jest księż­niczka Xia­oy­ing, jaką­kol­wiek byś sobie zama­rzył, taka się znaj­dzie! Ich Wyso­ko­ści mówią, że w osta­tecz­no­ści możesz się spo­ty­kać z jedną dzien­nie, na dzi­siaj masz zapla­no­waną księż­niczkę Xia­oy­ing… Cze­kaj! Klęcz! Kto pozwo­lił ci wstać? Wasza Ksią­żęca Wyso­kość! Wasza Ksią­żęca Wyso­kość!
Ale Xie Lian z dwoma słu­gami zdą­żyli już uciec. Led­wie książę sły­szał o ożenku, ucie­kał w panice, nie zwa­ża­jąc na cere­mo­niał. Mistrz mógł sobie wołać swo­jego uko­cha­nego ucznia, ale i tak nie potra­fił się na niego zło­ścić. Pozo­stało mu jedy­nie rwać włosy z głowy i tym bólem zagłu­szyć ból serca.
Cała trójka dotarła do Pawi­lonu Xianle, zbu­do­wa­nego spe­cjal­nie dla Jego Wyso­ko­ści. Dopiero tam Xie Lian zaczął zdej­mo­wać rytu­alne szaty. Odzie­nie i nakry­cie głowy Wojow­nika Radu­ją­cego Bogów pod­le­gało suro­wym regu­łom, każdy ele­ment miał okre­ślone zna­cze­nie, nie można było pomi­nąć ani jed­nego szcze­gółu. Na przy­kład wierzch­nia szata była biała, co sym­bo­li­zo­wało czy­stość, środ­kowa, czer­wona – pra­wość, złota korona na spię­tych wło­sach – wła­dzę kró­lew­ską i bogac­two, białe pióra – wnie­bo­wstą­pie­nie. Sze­ro­kie rękawy ozna­czały „wspie­ra­nie żyją­cych istot”. I tak dalej, i tak dalej.
Można sobie więc wyobra­zić, że czy to wkła­da­nie, czy zdej­mo­wa­nie, musiało się odby­wać war­stwa po war­stwie i było nie­zwy­kle skom­pli­ko­wane. Xie Lian oczy­wi­ście nie mógł zro­bić tego sam, cze­kał, aż Mu Qing roz­wiąże mu pas.
– Ojciec i matka znów chcą mnie zwieść, żebym zszedł z góry! – mówił, wciąż z drżącą w gło­sie nutką stra­chu. – Znowu mam wybie­rać żonę, tym razem zna­leźli ich cały zastęp!
– Sły­sza­łem, że księż­niczka Xia­oy­ing i panienka Jian­lan są słyn­nymi pięk­no­ściami. Naprawdę nie chcesz iść zoba­czyć, co Ich Wyso­ko­ści dla cie­bie przy­go­to­wały? – Feng Xin powstrzy­my­wał się od śmie­chu.
– Lepiej nie – zde­cy­do­wał Xie Lian po chwili namy­słu. – Droga, którą podą­żam, wymaga ode mnie zacho­wa­nia czy­sto­ści, nie mogę się oże­nić. Jeśli z żadną się nie zoba­czę, będzie można powie­dzieć, że całym ser­cem podą­żam za Drogą, wszystko jasne od samego początku. Jeżeli się z nimi spo­tkam, ale nie wybiorę ich na żony, to będzie dla nich trud­niej­sze do znie­sie­nia.
Zdjął złoty guan6 i roz­pu­ścił dłu­gie włosy, po czym usiadł na łóżku i kop­nął nogami, aż spa­dły z nich śnież­no­białe buty.
– Co jest? – spy­tał, widząc, że Mu Qing ze ścią­gnię­tymi brwiami przy­gląda się dopiero co zdję­tym przez Xie Liana sza­tom Radu­ją­cego Bogów.
– Wasza Wyso­kość, są brudne.
– A… Pokaż.
Rze­czy­wi­ście, na śnież­no­bia­łym stroju wojow­nika wid­niały dwa ciemne odci­ski dłoni. Białe szaty Radu­ją­cego Bogów naj­lepsi krawcy uszyli z dosko­na­łej jako­ści tka­nin, ozdo­biono je mister­nymi haftami, a obwie­dzione jasnymi, zło­tymi taśmami brzegi były piękne, lecz nie zbyt­kowne. Dwa ciemne odci­ski były więc wyraź­nie widoczne.
– To ten mały, który spadł z nieba? – spy­tał Xie Lian. – Pamię­tam, że zła­pał mnie za ubra­nie i nie chciał puścić. Miał na twa­rzy ban­daże, nie wiem, czy się bił, czy co się stało. Feng Xin, obej­rza­łeś go?
– Nie – odparł przy­gnę­biony Feng Xin. – Gdy tylko go wypro­wa­dzi­łem z pałacu, kop­nął mnie w kolano i uciekł. Kurwa, na­dal boli.
– Na pewno dla­tego, że byłeś dla niego nie­do­bry! – Xie Lian ze śmie­chu prze­wró­cił się na łóżko. – Mnie prze­cież nie kop­nął.
Mu Qing nie sko­men­to­wał, tylko zabrał szaty i się odwró­cił. Xie Lian od razu wstał.
– Mu Qing, wra­caj! Co robisz?
– Wypiorę – odparł Mu Qing.
– Co będziesz prał, nie przej­muj się tym, Mu Qing. – Xie Lian pocią­gnął go za rękaw. – Nie­źle dzi­siaj wal­czy­łeś! A nie mówi­łem? Sza­blą wła­dasz dużo lepiej niż mie­czem!
– Naprawdę?
– Mhm! Ale myślę, że możesz być jesz­cze szyb­szy, zobacz, jeśli ja zro­bię tak…
Zesko­czył raźno z łóżka, demon­stru­jąc ręką ruch mie­cza. Mu Qing patrzył pil­nie, ale Feng Xin mach­nął mie­czem Radu­ją­cego Bogów i zago­nił Xie Liana z powro­tem na łóżko.
– Chcesz się bić, to włóż buty! – krzyk­nął. – Roz­czo­chrane włosy i bose stopy, jak ty wyglą­dasz!
Zapę­dzony na łóżko Xie Lian, któ­remu Feng Xin prze­rwał ten rado­sny pokaz, rzu­cił w niego poduszką i powie­dział:
– Wiem! – Zebrał obiema dłońmi włosy, żeby je spiąć. Nagle zmarsz­czył czoło. – Dziwne – powie­dział.
– Co znowu? – spy­tał Feng Xin.
– Bra­kuje jed­nego kol­czyka – powie­dział Xie Lian, gnio­tąc pła­tek ucha.
W Xianle powszech­nie wie­rzono, że osta­teczną gra­nicą w tao­istycz­nej kul­ty­wa­cji jest „har­mo­nia yin i yang”, „męskość i kobie­cość w jed­nym ciele”, a boskość pod­lega nie­ustan­nej zmia­nie i nie jest ogra­ni­czona przez płeć, może być męska, może być żeń­ska. Tę ideę odzwier­cie­dlała także postać Radu­ją­cego Bogów. Każdy Wojow­nik Radu­jący Bogów w histo­rii miał strój i ozdoby skom­po­no­wane zarówno z męskich, jak i dam­skich ele­men­tów, jak kol­czyki, szpilki do wło­sów, wstążki i tym podobne. Kiedy Xie Lian prze­brał się za Radu­ją­cego Bogów, wło­żył kol­czyki.
Była to para pięk­nych czer­wo­nych kora­li­ków, lśnią­cych i nie­zwy­kle rzad­kich. Gdy jed­nak przed chwilą roz­cze­sał włosy, zorien­to­wał się, że z pary został tylko jeden.
Gdy tylko padły te słowa, twarz Mu Qinga stę­żała, a Feng Xin rzu­cił się do poszu­ki­wań, ale wró­cił z pustymi rękami.
– Wszystko gubisz, potra­fisz nawet zapo­dziać coś, co masz w uchu! – zbesz­tał Xie Liana.
Xie Lian znowu roz­ło­żył się na łóżku.
– Prze­stań na mnie krzy­czeć! Przy­naj­mniej sam się nie zgu­bi­łem, a to byłby pro­blem, pozo­stałe rze­czy można gubić.
Mu Qing nie odpo­wia­dał przez chwilę, wziął mio­tłę i zaczął zamia­tać.
– Ten kol­czyk jest bar­dzo cenny, spró­bujmy jesz­cze poszu­kać. Może spadł pod łóżko albo pod szafę. Jeżeli się nie uda, zawo­łamy kogoś, żeby nam pomógł.
– Nie ma mowy, im wię­cej ludzi, tym więk­szy chaos. Nie możemy pozwo­lić, by ktoś go zna­lazł i zabrał – sko­men­to­wał Feng Xin.
Mu Qing wła­śnie spraw­dzał pod łóż­kiem, ale gdy tylko to usły­szał, wyraz jego twa­rzy się zmie­nił, a mio­tła, którą ści­skał w dłoni, z gło­śnym trza­skiem pękła na dwoje.
Xie Lian zamarł, Feng Xin też osłu­piał.
– O co ci cho­dzi, czemu to zła­ma­łeś?
– Chcesz coś powie­dzieć, to mów wprost – odparł lodo­wato Mu Qing. – Po co te zawo­alo­wane ataki?
Feng Xin był zawsze szczery i bez­po­średni, pierw­szy raz ktoś zarzu­cił mu ukryte inten­cje, tym bar­dziej więc zabra­kło mu słów.
– A co ja powie­dzia­łem? Nie mówi­łem prze­cież, że cho­dzi o cie­bie, o co się wście­kasz?
Xie Lian zaklął w duchu.
– Feng Xin, cicho! – krzyk­nął.
Na czoło Mu Qinga wyszło kilka ciem­nych żył.
– Co jest? – spy­tał Feng Xin.
Xie Lian nie miał siły mu tego wyja­śniać, mógł jedy­nie powie­dzieć Mu Qin­gowi:
– To nie­po­ro­zu­mie­nie, on nie miał na myśli cie­bie!
Mu Qing zaci­snął i roz­luź­nił pię­ści, w końcu jed­nak nic nie zro­bił, odwró­cił się tylko, dopadł drzwi i wyszedł. Xie Lian pode­rwał się z łóżka i chciał iść za nim, ale zdo­łał ujść zale­d­wie kilka kro­ków, kiedy zła­pał go Feng Xin.
– Nie masz butów! Jak chcesz wyjść?
– Muszę go zatrzy­mać! – wykrzyk­nął Xie Lian.
– Naj­pierw się ubierz i zepnij włosy. Po co się nim przej­mo­wać? Kto wie, co go ugry­zło? Odbiło mu.
Xie Lian zro­zu­miał, że już nie dogoni Mu Qinga, mógł więc tylko zająć się ubie­ra­niem i ukła­da­niem wło­sów.
– Nie odbiło mu! Po pro­stu nie­for­tun­nie to ują­łeś. – Wes­tchnął.
– A co powie­dzia­łem nie tak? – dopy­ty­wał Feng Xin, poda­jąc mu szaty.
Xie Lian wkła­dał wła­śnie buty.
– Lepiej nie pytaj! Nie chcesz go gonić, sam pójdę.
– Jest coś, o czym nie chcesz mi powie­dzieć? – spy­tał Feng Xin podejrz­li­wie.
– Nie ma! – stwier­dził Xie Lian sta­now­czo, po czym wypadł na zewnątrz. Po chwili głos Feng Xina umilkł. Xie Lian się odwró­cił i ode­tchnął z ulgą, gdy zoba­czył, że tam­ten go nie ściga.
Nie był zbyt zręczny w kła­ma­niu, a Feng Xin znał go zbyt dobrze. Gdyby dalej naci­skał, Xie Lian nie zdo­łałby tego dłu­żej ukry­wać. A nie mógł ujaw­nić przy­czyny zacho­wa­nia Mu Qinga.
By o tym opo­wie­dzieć, trzeba się cof­nąć o trzy lata. Tam­tego roku czter­na­sto­letni Xie Lian wszel­kimi spo­so­bami nękał rodzi­ców, aż wresz­cie król i kró­lowa pozwo­lili mu, by jesz­cze przed osią­gnię­ciem peł­no­let­no­ści mógł oddać się prak­tyce ducho­wej w Kró­lew­skiej Świą­tyni. Gdy ukoń­czono budowę pawi­lonu Xianle, pod­eks­cy­to­wany Xie Lian wyru­szył w góry. Nie miał dużo bagażu: dwa wozy ksią­żek, dwie­ście mie­czy, to wszystko. Król i kró­lowa oba­wiali się jed­nak, że w górach czeka go samot­ność i będzie nie­szczę­śliwy, wysłali więc na Górę Wiel­kiej Zie­leni czter­dzie­ścioro sług i osiem wiel­kich wozów jego sta­rych rze­czy. Wśród nich był złoty pawi­lon skła­da­jący się ze stu ośmiu płat­ków złota.
Na początku tao­iści z Kró­lew­skiej Świą­tyni nie znali księ­cia zbyt dobrze. Kiedy więc zoba­czyli te luk­susy, to cho­ciaż ich nie wygła­szali, w myślach nie powstrzy­mali się od komen­ta­rzy. A kiedy i Xie Lian ujrzał tę wytworną kawal­kadę, nie wie­dział, czy ma się śmiać, czy pła­kać, i roz­ka­zał im wra­cać do pałacu. Ale pod­czas porząd­ków zauwa­żył, że w zło­tym pawi­lo­nie bra­kuje jed­nego płatka. Feng Xin prze­cze­sał oko­licę i niczego nie zna­lazł, więc Xie Lian, chcąc nie chcąc, sam się zabrał do poszu­ki­wań. Mei Nia­nqing usły­szał skądś o tej spra­wie. Rzą­dził świą­ty­nią twardą ręką i roz­gnie­wał się na myśl, że ktoś sku­szony zło­tem mógł je ukraść albo scho­wać. Był zde­cy­do­wany, że wyko­pie ten zagi­niony złoty pła­tek choćby spod ziemi. Zapowie­dział też, że osoba, u któ­rej pła­tek zosta­nie zna­le­ziony, zosta­nie surowo uka­rana. Tego wie­czora trzy tysiące ludzi z Kró­lew­skiej Świą­tyni nie robiło nic innego, jak tylko skru­pu­lat­nie prze­szu­ki­wało pokoje. Xie Lian się nie spo­dzie­wał, że sprawa odbije się aż tak sze­ro­kim echem. Jesz­cze mniej – że gdy poszu­ki­wa­nia ruszą pełną parą, ktoś przyj­dzie do niego w sekre­cie i poda mu złoty pła­tek.
Tym czło­wie­kiem, mło­dym, pobla­dłym ze stra­chu sługą był Mu Qing.
Oka­zało się, że pła­tek wypadł z wozu, gdy ten się toczył po nie­rów­nej dro­dze w górę. Mu Qing zna­lazł go w zaro­ślach, gdy szedł po wodę. Był zajęty obo­wiąz­kami, nie wie­dział, co to jest, więc scho­wał pła­tek pod matą, z myślą, że zała­twi sprawę wie­czo­rem. Skąd mógł wie­dzieć, że kiedy wróci po całym dniu pracy, okaże się, że zagi­nio­nym płat­kiem zain­te­re­so­wał się sam mistrz?
Był w trud­nej sytu­acji, mógł się jedy­nie przy­znać do winy. Wie­dział, że sprawy zaszły już za daleko, nie ma szans na lep­sze roz­wią­za­nie, bła­gał więc Jego Ksią­żęcą Wyso­kość o lżej­szą karę, żeby cho­ciaż nie wypę­dzano go ze świą­tyni. Jego ojciec umarł wcze­śnie, a z rodziny została mu tylko matka, która zara­biała na ich utrzy­ma­nie szy­ciem. Teraz jed­nak wzrok jej się popsuł i mogła jedy­nie cze­kać, aż syn przy­nie­sie do domu jakieś pie­nią­dze. Nie mógł odejść.
Xie Lian bar­dzo współ­czuł temu pechow­cowi. Cho­ciaż nie ukradł, nie miał szans się z tego wytłu­ma­czyć, tak czy tak pozo­sta­łaby skaza.
– Nie przej­muj się tym, znajdę roz­wią­za­nie. Bądź spo­kojny, nikomu nie powiem – mówił, widząc jego roz­pacz.
Poszedł więc zatrzy­mać wiel­kie poszu­ki­wa­nia.
– Głu­pia sprawa, naro­bi­łem wam tylko kło­potu – wyja­śniał. – Teraz sobie przy­po­mnia­łem, że zgu­bi­łem ten pła­tek jesz­cze w pałacu. Od początku było sto sie­dem płat­ków.
Cała Kró­lew­ska Świą­ty­nia prze­trzą­snęła tej nocy każdy kąt w poszu­ki­wa­niu zagi­nio­nego płatka. Oni się tu pocili, dwo­ili i tro­ili, a Xie Lian nagle wyska­kuje z tym wyja­śnie­niem, zago­to­wali się więc ze wście­kło­ści. Ale że wszy­scy byli poważ­nymi tao­istami całym ser­cem odda­nymi kul­ty­wa­cji, bar­dzo szybko o spra­wie zapo­mnieli. Gdyby jed­nak Xie Lian nie pocho­dził z kró­lew­skiej rodziny, mogłoby mu gro­zić wyklu­cze­nie.
Przez trzy lata Xie Lian nikomu o tym nie powie­dział. Skąd mógł wie­dzieć, że przez nie­ostrożne słowa Feng Xina Mu Qing zro­zu­mie wszystko opacz­nie? Jeśli bowiem podej­rze­wał Xie Liana o wyda­nie sekretu zło­tego płatka, mógł zakła­dać, że Feng Xin fak­tycz­nie ma ukryte inten­cje. Na pewno było to trudne dla Mu Qinga. Książę bar­dzo chciał go zna­leźć i wszystko wyja­śnić, ale prze­szu­kał całą oko­licę i nic. Wtedy dogo­nił go Feng Xin.
– Coś przede mną ukry­wasz!
– Jesz­cze raz mnie spy­tasz i koniec naszej przy­jaźni. – Xie Lian się bał, że Feng Xin przej­rzy go na wylot. – I nie znaj­dziesz sobie żony.
– Koniec przy­jaźni! – par­sk­nął Feng Xin. – I następ­nego dnia całe Xianle usły­szy, jak Jego Wyso­kość pod­czas ubie­ra­nia pod­du­sił się wła­snym sznur­kiem od skar­pety!
– Wcale nie jestem taki deli­katny! – Xie Lian tup­nął nogą. Naj­bar­dziej nie lubił, gdy ktoś mu to wyty­kał.
– Dobra, dobra, nie jesteś – odparł Feng Xin. – Jesz­cze go szu­kasz? Roz­py­ty­wa­łem o niego, praw­do­po­dob­nie zszedł na dół, pew­nie wró­cił do domu.
– Co?! – Xie Lian natych­miast zmie­nił kie­ru­nek. – W takim razie my też szybko musimy zejść.
– Co się tak gorącz­ku­jesz? To w górę, to w dół, można zdech­nąć ze zmę­cze­nia. Szcze­rze mówiąc, Wasza Wyso­kość, nie rozu­miem, dla­czego tak go cenisz. Doro­sły facet, a pała­cowe kon­ku­biny tak nie kręcą jak on. Same pro­blemy!
– Niby co z nim jest nie tak? – spy­tał ze śmie­chem Xie Lian. – Po pro­stu doświad­czył w życiu wię­cej niż my, trudno się dzi­wić, że jest draż­liwy. Ale nie jest złym czło­wie­kiem i ma talent. Niczym kawa­łek pięk­nego jade­itu, tylko pocho­dze­nie i cha­rak­ter ma nie­zbyt dobre. Inni ludzie nie mogą mu pomóc, ale może ja potra­fię? W prze­ciw­nym razie czym róż­ni­łaby się moja prak­tyka od bycia zwy­kłym czło­wie­kiem?
– Naprawdę go nie lubię. – Feng Xin podra­pał się po gło­wie. – Ale to ty jesteś księ­ciem, więc cię słu­cham.
Dopiero co wspięli się na górę, a już musieli wra­cać w pośpie­chu. Kiedy zeszli, przed potężną bramą zoba­czyli piękny, oka­zały powóz. Leżał na nim mło­dzie­niec w zdob­nych sza­tach, z biczem w dłoni, z nogą zało­żoną na nogę, wyda­wał się zado­wo­lony z sie­bie. Gdy tylko zoba­czył Xie Liana, zerwał się na równe nogi i zakrzyk­nął rado­śnie:
– Książę kuzyn! – Mło­dzień­cem był oczy­wi­ście Qi Rong. Dosko­czył do nich w dwóch kro­kach i powie­dział wesoło: – Wresz­cie się cie­bie docze­ka­łem!
Xie Lian pogła­skał go po gło­wie.
– Znowu uro­słeś, Ron­grong? Skąd wie­dzia­łeś, że dzi­siaj będę scho­dził?
– Nie wie­dzia­łem. – Qi Rong zachi­cho­tał. – Po pro­stu cze­ka­łem, w końcu musia­łeś zejść. Wie­dzia­łem, że się docze­kam.
– Masz sporo wol­nego czasu – powie­dział Xie Lian bez­rad­nie. – A nauczy­łeś się wszyst­kiego i ćwi­czy­łeś walkę mie­czem? Jeśli matka znowu każe mi spraw­dzić twoje zada­nia, być może nie będę mógł cię pochwa­lić.
Qi Rong prze­wró­cił oczami i pod­sko­czył.
– Nie przej­muj się tym! – wołał. – Spójrz na mój nowy powóz! Dokąd jedziesz, kuzynku? Wsia­daj, pod­wiozę cię!
Chwy­cił Xie Liana za rękę i wcią­gnął go na powóz. Xie Lian pomy­ślał jedy­nie, że będzie to bar­dzo nie­bez­pieczne.

 
Wesprzyj nas