Elżbieta Sieradzińska, autorka biografii niezwykłych kobiet, serwuje pełnokrwistą opowieść o artystce, która uczyniła z życia sztukę walki, prowokacji i miłości. Konwenanse dla niej nie istniały, podobnie jak ograniczenia narzucane jej płci i rasie.
Ile żyć może pomieścić jedno ludzkie istnienie? Ile masek może założyć jedna kobieta, zanim stanie się symbolem?
Josephine Baker była ikoną – ale też zagadką. Dziecko slumsów St. Louis, które wspięło się na szczyty sławy jako tancerka rewii i piosenkarka, pierwsza czarnoskóra celebrytka o globalnym zasięgu. Uwielbiana w Paryżu skandalistka sceniczna i muza mistrzów awangardy, jak Picasso czy Le Corbusier. Jednak za scenicznym blaskiem kryła się także kobieta walcząca: członkini francuskiego ruchu oporu, agentka kontrwywiadu, oficer Wolnej Francji, aktywistka antyrasistowska, idealistka głęboko wierząca w braterstwo ludzi bez względu na rasę czy wyznanie.
Biografia Baker to kalejdoskop światów, epok i tożsamości. Na orbicie Josephine krążyli między innymi Charles de Gaulle, Jackie Kennedy, Grace Kelly, Charlie Chaplin, Fidel Castro i Frida Kahlo. Adoptowała dwunastkę dzieci różnych narodowości, tworząc „tęczową rodzinę” – żywy manifest międzyludzkiej równości. Z pasją gromadziła egzotyczne zwierzęta i jeszcze większe rzesze wielbicieli.
Elżbieta Sieradzińska, autorka biografii niezwykłych kobiet, serwuje pełnokrwistą opowieść o artystce, która uczyniła z życia sztukę walki, prowokacji i miłości. Oddaje sprawiedliwość złożoności Baker: kobiety niepokornej, targanej sprzecznościami, a zarazem zawsze wiernej sobie, której imię do dziś symbolizuje artystyczną wolność, odwagę, siłę, empatię i wiarę w lepszy świat, w którym różnorodność nie dzieli, lecz wzbogaca.
Josephine Baker to biograficzny samograj. Czarna dziewczyna ze slumsów w St Louis, która została gwiazdą europejskiej sceny. Tancerka, piosenkarka, agentka, aktywistka, matka “tęczowego plemienia”. Konwenanse dla niej nie istniały, podobnie jak ograniczenia narzucane jej płci i rasie: uśmiechała się promiennie i robiła, co chciała. Serce w ogniu to portret fascynującej, skomplikowanej kobiety i czasów, w których żyła. A Elżbieta Sieradzińska maluje go tak, że niemal możesz Josephine dotknąć.
Katarzyna Wężyk
Ta książka to studium fascynującej i silnej kobiety, z determinacją, odwagą i pasją kształtującej swoje życie. Każdy rozdział czyta się jak porywającą powieść, która pochłania bez reszty. Wspaniale nakreślone tło historyczne przenosi nas do czasów, kiedy wolność, równość i emancypacja nie były oczywistością.
Anna Szymańczyk
Serce w ogniu. Burzliwe życie Josephine Baker
Wydawnictwo Marginesy
Premiera: 22 październikqa 2025
Od autorki i wydawcy
Lata, w których żyła bohaterka tej książki, przypadły na okres, kiedy w Ameryce Północnej i w wielu krajach świata panuje bezwzględny rasizm, a polityczna poprawność jako wzorzec funkcjonowania społeczeństwa nie istnieje. Niniejsza książka zawiera słownictwo wówczas powszechne we wszystkich sferach życia, a dziś całkowicie niedopuszczalne, zarówno z punktu widzenia społecznego, etycznego, jak i prawnego. Jednak trudno, nie używając go, oddać nastroje, klimat i charakter tamtych czasów, tak w Stanach Zjednoczonych początku XX wieku, jak w Europie. Jego użycie w tej książce należy jednak traktować wyłącznie na prawach historycznego cytatu.
Prolog
Jak zimne są wody Morza Śródziemnego u wybrzeży Korsyki o tej porze roku? Jest czerwiec, więc ich temperatura nie powinna spadać poniżej 19 stopni Celsjusza, ale płynący o tym nie myślą. Widzą tylko kołyszący się na wodzie kadłub maszyny. Szybko, szybko, jeszcze szybciej. Silnymi ruchami ramion rozgarniają fale. To strzelcy senegalscy, żołnierze armii francuskiej. Są na przepustce. Leżeli sobie beztrosko na plaży, gdy nadleciał samolot. Od razu zauważyli, że coś jest z nim nie tak. Wyraźnie tracił wysokość. O tym, że oba silniki odmówiły posłuszeństwa, wiedzieć nie mogli, za to widzieli, jak wszelkie próby poderwania maszyny przez pilota spełzły na niczym. Było pewne, że samolot spróbuje wodować, ale równie dobrze mógł rozbić się o powierzchnię. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Zderzenie z wodą. Potężna fala ogromniała, rosła wysoko ponad kadłub, wreszcie zwolniła i zaczęła opadać.
Z piany i ze spiętrzonych fal wyłonił się Caudron C.440 Goéland z wymalowanym na kadłubie krzyżem lotaryńskim – w lipcu 1940 roku ten dawny symbol diuków Andegawenii i Lotaryngii, dumnie noszony przez Joannę d’Arc, stał się oficjalnie symbolem oporu wobec niemieckiego okupanta, wątpliwości więc nie było: to maszyna Wolnych Sił Powietrznych Francji. Po chwili wszystko się uspokoiło, samolot unosił się swobodnie na rozkołysanych falach. Strzelcy wskoczyli do wody. Nie mają żadnego sprzętu ratowniczego, płyną wpław. Jak długo? Ile starczy sił. Wreszcie kołyszący się na falach żółto-zielony kadłub jest na wyciągnięcie ręki.
Jeszcze parę chwil i… strzelcy nie mogli uwierzyć własnym oczom. Na skrzydle maszyny stanęli rozbitkowie, trzej mężczyźni w lotniczych kombinezonach – i to było w porządku – ale co na pokładzie, a raczej na skrzydle wojskowego samolotu robi kobieta? W dodatku tak elegancka, czarnoskóra i piękna. Po prostu piękna! Senegalczycy otrząsnęli się ze zdziwienia, otoczyli samolot i doholowali do portu Coti-Chiavari. No, może nie do samego portu. Zanurzeni w wodzie po pierś, przenieśli na plecach rozbitków na suchy ląd. Oczywiście j ą najpierw!
W dzienniku pokładowym, zachowanym w Departamentalnym Muzeum Ruchu Oporu i Deportacji w Tuluzie, pod datą 6 czerwca 1946 roku można zobaczyć cztery kolorowe, trochę dziecinne rysunki i zwięzły opis zdarzenia, sporządzony równym, niemal technicznym pismem kapitana. Na koniec dowódca dodał żartobliwie: „Należy zaznaczyć, że [Senegalczycy] nie mieli na sobie kąpielówek”, chociaż powodów do żartów nie było. Dwóch strzelców nie wróciło na brzeg. Pod notatką widnieje potwierdzający zdarzenie zamaszysty, złożony czarnym atramentem podpis: Josephine Baker!
1
Bure wody Missouri
St. Louis blues
„Jestem szczęśliwa, że urodziłam się właśnie tu, w moim kochanym mieście”, szczebioce bohaterka muzycznego filmu Vincentego Minnellego Spotkamy się w St. Louis (Meet me in St. Louis) z roku 1944. W scenie końcowej bohaterka dodaje: „To nasze miasto, nasze St. Louis! I takie wspaniałe rzeczy to tylko tu”. O jakich to wspaniałościach paple córka filmowego zamożnego prawnika, pana Smitha, z miasta nad Missouri? O jednej z najważniejszych wystaw epoki postwiktoriańskiej, światowej ekspozycji z 1904 roku, pokazującej wszelkie ówczesne zdobycze nauki i handlu. Akcja filmu rozgrywa się podczas intensywnych przygotowań do wystawy w idyllicznym, cukierkowym i wymuskanym świecie St. Louis – czy raczej jego dzielnic dla bogatych. Ów świat równiutko przystrzyżonych miejskich trawników, starannie ubranych i równie starannie wychowanych dziewcząt, grających w tenisa i zajmujących się głównie problemem znalezienia sobie miłego męża może się podobać, ale także zmylić. I myli. Widz, wciągnięty w rodzinne problemy zamążpójścia córek i muzyczne popisy znakomitej Judy Garland, nie podejrzewa, nie wie, a jeśli nawet wie, to zapomina, iż istniało także inne St. Louis i inne problemy. W całym filmie nie pojawia się ani razu niebiała twarz, a jeśli już, to wyłącznie w roli praczki, służącej czy kucharki. Czarni mieszkańcy St. Louis istnieli, owszem. Tylko że to, czym było ich życie, trudno nazwać istnieniem.
W końcowej scenie główna bohaterka filmu Minnellego paple dalej: jest taka szczęśliwa, że te wszystkie wspaniałości i cudeńka wystawy to właśnie tu, w jej cudownym mieście. Tymczasem w jej mieście jest pewien most, a za tym mostem jest zupełnie inny świat, w którym o tych eksponowanych na wystawie wspaniałościach nikt nie ma pojęcia. Ten świat jest daleko. Tak jak w niefortunnej wypowiedzi Billy’ego Crystala, prowadzącego ceremonię wręczenia Oscarów w 2012 roku: „Po obejrzeniu [filmu] Służące – oznajmił z dumą i zadowoleniem – chciałem uściskać pierwszą czarną kobietę, którą zobaczę. Z Beverly Hills to tylko 45 minut jazdy samochodem”1.
W III Igrzyskach Olimpijskich, kolejnym wydarzeniu o zasięgu światowym, które również w 1904 roku odbywa się w St. Louis, uczestniczy tylko jeden czarnoskóry – w ramach „dnia antropologicznego”, obok przedstawiciela plemienia Siuksów, Pigmeja i mieszkańca Filipin. Gdy w kwietniu 1904 roku prezydent Theodore Roosevelt zaprasza do St. Louis wielu eminentnych polityków z całego świata i świętuje, z rocznym opóźnieniem, setną rocznicę kupienia Luizjany od Napoleona, czarna społeczność miasta radować się nie ma z czego, a nawet jeśliby miała, to nie bardzo miałaby gdzie. Nie wolno jej nic albo niewiele, może tylko wegetować. Biali mają swoje bary i restauracje, swoje środki transportu i swoje dzielnice. Tak jest w całej Ameryce, choć są miejsca, na przykład po drugiej stronie mostu, w East St. Louis, czyli już w stanie Illinois, gdzie jest nieco lepiej, inaczej. Właśnie tam, dwadzieścia dwa lata później, w dość zamożnej, afroamerykańskiej rodzinie urodzi się Miles Dewey Davis III, czyli po prostu Miles Davis. Jazda konna, nauka gry na trąbce, prezenty…
To zupełnie inny świat od tego, w którym w niedzielę, 3 czerwca 1906 roku o godzinie 11.00 – choć w niektórych biografiach pojawia się także rok 1901 lub 1903 i godzina 14.00 – w miejscowym szpitalu przychodzi na świat Freda Josephine McDonald. Mała tak się wierci, że wyślizguje się z rąk lekarza, ale szczęśliwie udaje mu się złapać ją w locie. Jest okrąglutka jak Humpty Dumpty, jajowata postać z rymowanek dla dzieci i z książki Po drugiej stronie lustra, drugiej części Alicji w Krainie Czarów, więc natychmiast dostaje przydomek Tumpie, choć być może też to sama Freda prosiła w kolejnych latach, by tak się do niej zwracać. Czy, tak jak bohaterka filmu Minnellego, Freda-Josie-Tumpie będzie taka szczęśliwa, że urodziła się właśnie tu, u zbiegu rzek Missouri i Missisipi?
* * *
Osadę założyli w 1764 roku trzej Francuzi: pewien handlowiec z Luizjany i dwóch kolonistów. Jako że cała południowo-wschodnia część Ameryki należała jeszcze wówczas do korony Francji, nazwali ją St. Louis, na cześć króla Ludwika IX, zwanego Świętym. Gdy w kwietniu 1803 roku Francja ostatecznie pozbyła się Luizjany za 23 213 568 dolarów, ekspansja osadnictwa na zachód przyspieszyła. St. Louis odegrało w niej znaczącą rolę dzięki korzystnemu położeniu u zbiegu rzek Missouri i Missisipi; zyskało nawet przydomek Bramy na Zachód. Dla napływającej rzeszy imigrantów z Europy Wschodniej, z Włoch, Niemiec, Grecji, Hiszpanii, Irlandii czy nawet z dalekiej Syrii osada, a wkrótce miasteczko, jawiła się, nie bez racji, prawdziwą ziemią obiecaną. Gwałtownie się rozrasta. W 1803 roku zamieszkuje ją około pięciu tysięcy Afroamerykanów, głównie niewolników, ale również wiele kobiet i mężczyzn wyzwolonych. Francuskie normy i wzorce społeczne odciskają tu swoje piętno: dobrze wyuczona czarna służba jest oznaką wysokiego statusu społecznego właściciela, dlatego część byłych niewolników potrafi czytać i pisać, ma nawet podstawowe umiejętności rzemieślnicze, które ich właściciele starają się rozwijać, oczywiście wyłącznie dla własnych korzyści i tylko do pewnych granic.
Płodna gleba, świetna lokalizacja, dobre połączenia komunikacyjne drogą wodną i lądową sprawiają, że miasto szybko się rozwija. W 1894 roku w samym centrum, na powierzchni półtora hektara powstaje słynny, największy wówczas na świecie dworzec kolejowy Union Station, na którym krzyżują się czterdzieści dwie ogólnokrajowe linie transportowe. Miasto staje się ważnym ośrodkiem przeładunkowym, a kompanie budujące linie kolejowe potrzebują taniej siły roboczej, więc po wojnie secesyjnej ku tej ziemi obiecanej ruszają tysiące byłych niewolników. Wielu osiądzie właśnie w St. Louis, które jak szybko się okaże, ziemią obiecaną w żadnym razie nie jest.
W 1900 roku St. Louis jest już czwartym co do liczby mieszkańców miastem Stanów Zjednoczonych – po Nowym Jorku, Chicago i Filadelfii. W latach 1910–1930, w okresie tak zwanej wielkiej migracji Afroamerykanów, w centralnej części miasta Mill Creek Valley osiedlają się kolejne dziesiątki tysięcy przybyszów. O pracę jest coraz ciężej. Wkrótce na osiemset tysięcy robotników przypadać będzie sto tysięcy czarnoskórych, sto tysięcy „szczęściarzy”, którzy pracę mają: ciężką, upadlającą i ponad siły, ale pozwalającą jako tako przeżyć. Głównymi życiodajnymi siłami St. Louis są przemysł i rzeka, tak jak w słynnej piosence Ol’ Man River Oscara Hammersteina II i Jerome’a Kerna z musicalu Show Boat z 1927 roku: „Missisipi, o, Missisipi / Gdy czarny bieg twój wściekłością kipi / My zawsze razem, ty, wielka rzeko, i my / Missisipi, nasz statek pełny naszego trudu i stert bawełny/ To ty i życie, i przeznaczenie, i my”2. Missisipi płynie leniwie, ale bez ustanku. Kłęby czarnego dymu z kominów statków sięgają chmur, wkręcają się w nie, przesłaniają niebo. W porcie sprzedaje się i wywozi z niego wszystko: bawełnę, drewno, ziarno, mąkę, maszyny, kukurydzę. Wszystko to, co urosło na tej ziemi i co wyprodukowały kopcące fabryki smoki, siedliska rojących się bezustannie mas biedoty, spracowanej i pozbawionej nadziei na lepsze jutro. Nad wszystkim unosi się ryk okrętowych syren, czasem gdzieś odzywa się schrypnięty głos trąbki. Wielkie miasto, zimne, bezduszne i podzielone.
* * *
Bęben taktowy Eddiego uparcie wybija rytm. Chłopak gra, gdzie się da, jak setki czarnych muzyków w St. Louis i w innych amerykańskich miastach i miasteczkach: na pogrzebach, paradach, w knajpach, w burdelach. Jak trafi się lepszy klient, to i w salonach. Eddie jest tutejszy, ma niewiele ponad dziewiętnaście lat i hiszpańskie korzenie, jest perkusistą. Nie występuje sam. Obok, na prowizorycznej scenie tańczy jego dziewczyna, niedużo młodsza Carrie, a dokładniej Caroline Thomas McDonald, urodzona w 1886 roku w Karolinie Południowej, tysiąc sześćset kilometrów na południowy wschód od St. Louis. Światowa wystawa w 1904 roku była świetną okazją do znalezienia pracy, więc z głębokiego Południa do St. Louis przyciągnęło tu mnóstwo czarnoskórych. Przyjeżdża też i matka Carrie, Elvira3 McDonald, z rodziną. Ma nadzieję na lepsze życie, chociaż ta ziemia czarnym obywatelom nigdy nie sprzyjała, a cały stan Missouri to tradycyjna ostoja niewolnictwa i segregacji. Dziś, by się o tym przekonać, wystarczy wejść do miejscowego Missouri History Museum. Pinezki na wielkim planie miasta oznaczają miejsca, w których niewolników najpierw „magazynowano”, potem sprzedawano i wywożono do miejsca przeznaczenia. Niektóre ulice, których nazwy pochodzą od nazwisk słynnych handlarzy niewolników, choćby Williama Lyncha (Lynch Street) czy braci Vandeventer, istnieją do dziś.
W 1800 roku młody, zdrowy i zdolny do ciężkiej pracy niewolnik, który kilkumiesięczną podróż pod pokładem „statku wstydu” przetrwał w dobrym stanie fizycznym, mógł kosztować nawet 500 dolarów. W stanie Missouri trzy czwarte niewolników pracowało na roli. Bez zgody właściciela nie mogli się przemieszczać, uczyć się czytać i pisać. Każde, nawet najdrobniejsze nieposłuszeństwo karane było razami, wymierzanymi batem ze stalowymi końcówkami i zakuwaniem w kajdany. Wystarczyło samo posądzenie o lenistwo. Bicie, gwałty czy uśmiercenie niewolnika były na porządku dziennym i właściwie nigdy nie były ścigane przez prawo. Po wojnie secesyjnej można było sądzić, że wygrana Północy położy kres niewolnictwu – ale nic bardziej mylnego. Czterdzieści akrów ziemi i mulicę, oto co obiecywała Afroamerykanom – żałosna rekompensata za dwieście pięćdziesiąt lat wyzysku, gwałtów i krzywd, której de facto i tak nigdy nie otrzymali.
Cztery lata po zakończeniu wojny secesyjnej byli niewolnicy nadal nie mieli nic – poza długami, których nie byli w stanie spłacać, więc w dalszym ciągu byli całkowicie uzależnieni od dawnych właścicieli. Oczywiście były wyjątki, jak urodzona w Luizjanie w 1867 roku sławna Madam C.J. Walker4, w młodości biedna jak mysz kościelna praczka, a później bizneswoman, filantropka, działaczka polityczna i społeczna, pierwsza afroamerykańska milionerka. W wieku czternastu lat wyszła za mąż i osiadła właśnie w St. Louis. Ale gdy w 1919 roku Madam odchodzi z tego świata, mała Tumpie McDonald nic o niej nie wie; ma wówczas dopiero trzynaście lat i nawet nie przyjdzie jej do głowy, że z tego piekła da się wyrwać.
* * *
Elvira, matka Carrie i babka Tumpie, należy do pierwszego pokolenia urodzonego już po zniesieniu niewolnictwa. Wychodzi za mąż za Richarda McDonalda i w 1886 roku, w Little Rock w Arkansas rodzi dziewczynkę, której da imię swojej siostry, Caroline – Carrie. Rodzi lub, zdaniem niektórych biografów, adoptuje. Po przeprowadzce do St. Louis siostry zajmują mieszkania na drugim piętrze niewielkiego domku w Mill Creek Valley. Jak większość czarnych kobiet, Elvira i jej druga córka, Elvara, pracują jako praczki, ciężko i długo, ale pilnują, by dziewczynka chodziła do szkoły i odrabiała lekcje. Trzeba ostro walczyć, by dorównać białym, twierdzi ciotka Elvara.
Carrie będzie pierwszą osobą w rodzinie, która nauczy się czytać i pisać, ale, jak większość czarnych dzieci, edukację zakończy na szkole podstawowej. Bardziej niż szkoła pociąga ją ulica, chłopcy i potańcówki: w klasie się nie wyróżnia, za to na parkiecie jest nie do pobicia. Wyrasta na ładną, zgrabną, wysoką Murzynkę (określenie to było w tamtych czasach w powszechnym użyciu) – czy raczej Metyskę, bo podobno po babce Elvirze w jej żyłach płynie również krew Apalaków, jednego z rdzennych plemion północnoamerykańskich. Podobno stąd jej prosty nos i wysokie kości policzkowe. Niekiedy przyznaje się także do korzeni senegalskich. Nosi się prosto i pewnie, nic więc dziwnego, że znajduje pracę jako kelnerka. Długo jednak nie popracuje i w końcu trafia, jak matka, do pralni ciotki Elvary. Któregoś dnia poznaje swego mężczyznę, Eddiego.
W swych wspomnieniach Josephine będzie twierdzić, że jej rodzice poznali się w szkole; że nie chciano, by się pobierali, więc gdy postawili na swoim, w odwecie rodziny się ich wyrzekły. Podobno małżeństwo szybko się rozpadło, dlatego że Eddie pracował z dala od domu. Gdy pięcioletnia Freda idzie do szkoły, Carrie mieszka z matką i babką i pracuje w pralni ciotki Elvary. Zgrabna historia, tylko czy aby na pewno prawdziwa? Raczej nie, podobnie jak fotografia, którą wszystkie źródła opisują jako autentyczne zdjęcie małej Fredy. Dziewczynka ma na nim ciemną karnację (za ciemną), wielkie, smutne, czarne oczy i wzrok utkwiony w czymś, co znajduje się obok obiektywu. Do utrwalenia pomyłki przyczynia się sama Josephine: w 1931 roku zamieszcza zdjęcie w książce Marcela Sauvage’a Aventures et voyages de Joséphine Baker [Przygody i podróże Josephine Baker] z własnoręcznym podpisem w poprzek kartki: „Wasza Josephine jako dziecko o skórze koloru „kawy-z-mlekiem”5. W rzeczywistości sfotografowana dziewczynka ma czarny kolor skóry i jest to najprawdopodobniej przyrodnia młodsza siostra Josephine Margaret. Czy Josephine o tym wiedziała? Najpewniej tak, ale przecież nie była to jedyna z podkolorowanych lub wymyślonych przez nią opowieści. I co z tego? Jak często mawiała: „Ja nie kłamię, ja poprawiam życie”.
Pewne za to jest jedno. U początku związku Carrie McDonald i Eddiego Carsona leży to, co stanowiło sedno kultury czarnej społeczności Ameryki: muzyka i taniec. W muzyce szczególną rolę odgrywała tradycja religijna, a w niej spiritualsy, czyli tradycyjne pieśni Afroamerykanów, wywodzące się z czasów niewolnictwa. Oczywiście rozbrzmiewały one głównie w kościołach, ale nie tylko – także w barach, domach publicznych czy kawiarniach. A wraz z muzyką rozwijało się to, co Carrie kochała najbardziej – taniec.
W południowych stanach ogromną popularnością cieszył się cake-walk, wywodzący się z walk around, tańca charakterystycznego dla przedstawień minstrel shows. Biali artyści udawali w nim Afroamerykanów, malując sobie twarze i ręce na czarno. Zaś cake-walk, szybki taniec wykonywany z przesadną formalnością (wyprostowana postawa, eleganckie, uroczyste ruchy), interpretowano na dwa sposoby. „[…] biali malują się i robią sobie z nas żarty dla zabawy” – mówi Norman, przyjaciel Jima, bohatera uhonorowanej w roku 2025 Nagrodą Pulitzera powieści Percivala Everetta James. „Ale przecież tak właśnie się z nich naśmiewamy” – oponuje Jim. „[…] ale oni tego nie rozumieją. Im nawet nie przyjdzie do głowy, że możemy z nich kpić”6.
Odmianą cake-walka było chalk-line walk, czyli taniec ze szklanką wody na głowie wzdłuż wyrysowanej kredą na podłodze sinusoidalnej linii. Wygrywała para, która wylała najmniej wody. Carrie McDonald jest w tym niepokonana. Nigdy nie uroniła ani kropli, nic więc dziwnego, że chętnych do wspólnego tańca nie brakuje. A dla niej scena, taniec, adrenalina, światła, oklaski… to ją pociąga, mobilizuje i rozbudza jej wyobraźnię. Może w tańcu widzi szansę na inne życie? Próbuje swoich sił jako aktorka w sztuce zatytułowanej Podróż do Afryki, w amatorskim Gaiety Theatre. Gra tam, jakżeby inaczej, rolę tubylczyni, a partneruje jej właśnie ten chłopak hiszpańskiego pochodzenia, Eddie Carson. Niewysoki, żywy, ruchliwy, elegancki. Dobrze się rusza w tańcu, ładnie mówi, ale przede wszystkim świetnie gra na perkusji i na tamburynie (jest ponoć jednym z najlepszych, o ile nie najlepszym, tamburynistą w mieście). Jak ryba w wodzie czuje się w szemranym światku gorącej dzielnicy wokół dworca kolejowego, na głównych ulicach sąsiadującej z Mill Creek Valley dzielnicy Chestnut Valley – Chestnut Street i Market Street, z ich straganami, burdelami, plebejskimi potańcówkami, jaskiniami hazardu i lumpowatymi barami oferującymi alkohol za pięć centów.
Wszystkie te wątpliwej reputacji przybytki mają jedną wspólną cechę: miejsce do tańca, gdzie rozgrzani alkoholem i podnieceni rytmem mężczyźni łatwiej dają się namówić na wizytę u dziewczyn trudniących się nierządem w pokojach na piętrze. Eddie lubi te miejsca i tę atmosferę, gęstą, przesyconą oparami alkoholu i podejrzanych interesów. Lubi je, ale chce czegoś więcej. Nieźle śpiewa i tańczy i chciałby robić to zawodowo. W każdy piątkowy wieczór jedna ze szkół tańca Julius Caesar Lucky’s Dance Academy organizuje bal. Eddie gra na nim na perkusji, a w ramach zapłaty uczestniczy w kursach tańca. Jest naprawdę zdolny i robi takie postępy, że profesor Lucky proponuje mu pracę instruktora.
Między Carrie i Eddiem szybko zaiskrzyło. Wynajmują mieszkanie w kamienicy na Lucas Avenue, ulicy wciśniętej pomiędzy dymiące fabryki wszelakiego dobra: samochodów, butów, dywanów, trumien, produktów farmaceutycznych i niemieckiego piwa. To najbiedniejsza i najbardziej zaniedbana dzielnica miasta, krańcowo różna od tej pokazywanej w filmie Minnellego. Wąskie, słabo oświetlone latarniami gazowymi ulice, dokuczliwy smród bijący z pobliskich rzeźni i garbarni, domy ze ścianami czarnymi od brudu. Stąd niedaleko zarówno do rzeki, którą jeszcze nie tak dawno przypływały statki z niewolnikami, jak i do dawnego Pałacu Sprawiedliwości, którego nazwa urąga historii: stoi dokładnie w miejscu, gdzie niewolnikami handlowano.
„Mieszkanie” Carrie i Eddiego to nędzna nora, a i tak mogli pozwolić sobie na nie tylko dzięki pomocy jej matki Elviry. Mimo to Carrie jest szczęśliwa: w dzień pracuje w pralni u ciotki, a wieczorami występuje z Eddiem; tańczy, śpiewa, no i jest po uszy zakochana. Dobrze im idzie. Dobrze, tyle że niezbyt długo. Carrie jest w ciąży.
* * *
Ciotka, harująca jak wół i grająca w rodzinie pierwsze skrzypce, jest bezwzględna: nie szanujesz pracy, wynocha! Carrie przygarnia właścicielka innej pralni, Josephine Cooper. Dziewczyna zostaje u niej aż do rozwiązania. Jeśli to będzie dziewczynka, mówi jej pracodawczyni, to dasz jej moje imię. Dała! Taki zapis figuruje w rejestrze urodzin miasta St. Louis, ale uwagę przykuwa w nim coś innego.
Carrie zostaje przyjęta do szpitala dla białych kobiet w St. Louis 3 maja 1906 roku. Dziwne. Czarne kobiety rodziły w domach, nie w szpitalach, a już na pewno nie w tych dla białych kobiet. Po miesiącu, 3 czerwca o godzinie 11.00 Carrie rodzi córeczkę, Fredę Josephine, szpital opuszcza dwa tygodnie później. Dzięki komu w ogóle przyjęto ją do szpitala dla białych i kto zapłacił za jej w sumie kilkutygodniowy pobyt? Z pewnością nie Eddie, którego tak chętnie biografowie będą przedstawiać jako ojca małej. Eddie temu nie zaprzecza, ale jeśli wierzyć informacjom zawartym w rejestrze i patrząc na kawowo-mleczną karnację Fredy, raczej należy przychylić się do hipotezy, że jej biologiczny ojciec był biały, a do tego dobrze sytuowany lub przynajmniej dobrze ustosunkowany. Kto wie, może był lekarzem w tym szpitalu? Może, jak sugeruje Annie Perrier-Robert, pisarka, wydawczyni, autorka najbardziej kompletnej strony internetowej poświęconej Baker7, był Niemcem, co tłumaczyłoby nadanie dziecku starogermańskiego imienia Freda? O dziwo, gdy Carrie zanosi małą do ciotki Elvary, ta nie protestuje. Tylko matka jest rozczarowana. Robiła, co mogła, by córka miała lepsze życie od nich, a tu – historia się powtarza.
Ślub? Bez względu na to, czy czuje się ojcem, czy nie, Eddiemu małżeństwo ani w głowie. Carrie też o tym nie myśli, interesuje ją jedno: chce jak najszybciej wrócić do tańca i do występów z Eddiem. Zostawia małą ciotce, a sama rzuca się w wir dotychczasowego życia. Od czasu do czasu odwiedza córeczkę, ale za każdym razem ciotka wylewa na nią, niczym brudne mydliny, kolejną porcję obelg i wyzwisk. Jak ty, leniwa dziewucho, śmiałaś tu przyjść po tym, jak zgrzeszyłaś z jakimś białasem? Elvirze, która usiłuje bronić córki, też się dostaje: splamiła nasz honor, a ty jeszcze stajesz po jej stronie? Carrie się nie przejmuje: chce występować i być ze swoim mężczyzną. Nie może bez tego żyć. Mała chowa się u ciotki albo matki, a kiedy kończy pierwszy rok życia, Carrie zmienia front: zaczyna zabierać ją na występy, a nawet wprowadza na scenę podczas finału. Powoli wszystko jako tako się układa – gdy nagle Carrie dostaje jak obuchem w głowę… Znowu jest w ciąży.
Mały Richard McDonald rodzi się w październiku 1907 roku, gdy Freda ma siedemnaście miesięcy. Tym razem dziecko jest stuprocentowo czarne, czego podobno Tumpie zawsze będzie mu zazdrościć. W rubryce „ojciec”, podobnie jak w przypadku jego starszej siostry, widnieje wpis: nieznany. Jednak niektóre źródła podają, że jest nim niejaki James Alexander Perkins. Dla Eddiego dwójka dzieci to zdecydowanie za wiele. Zostawia więc całą trójkę. Carrie nigdy więcej nie wpuści go do swego domu. Nie pozwoli mu też spotykać się z dziećmi. Wersję tę podtrzymuje Angélique de Labarre de Saint-Exupéry, właścicielka zamku-muzeum Les Milandes, i wielu biografów: ich zdaniem Tumpie nigdy nie poznała domniemanego ojca8.
Dla Carrie to koniec marzeń o scenie i o tańcu. Już zawsze będzie tylko czarną praczką, jak babka, matka i ciotka. No i straciła swego mężczyznę. Freda pozostaje pod kuratelą ciotki, ale i tak to na nią Carrie wylewa całą złość za kopniaki od losu, tym bardziej że dziewczynka pod wieloma względami przypomina jej Eddiego. Ma owalną twarz, wystające zęby i zadarty nosek, ma też wyjątkowe poczucie rytmu i wesołe usposobienie. Czy to dlatego Carrie często mówi, że jej nienawidzi i że lepiej byłoby, gdyby umarła? Pewnie tak tylko mówiła, przecież nie mogła tak myśleć, powie po latach Josephine. Richard był już drugi z kolei. To Freda zniszczyła młodość matki, miłość i nadzieję na lepszy los.
Sytuację niewiele zmienia małżeństwo Carrie z Arthurem Martinem, postawnym, wysokim dwudziestotrzylatkiem o skórze znacznie ciemniejszej niż Eddie. Mała Freda lubi ojczyma, ale w przeciwieństwie do brata nigdy nie uzna go za swego ojca, choć mówi do niego „tato”. Ogólnie jest w porządku, tyle że trochę zbyt impulsywny – kiedy nie śpi albo nie szuka pracy, chętnie bije Carrie, bo zazwyczaj nie pracuje, jedynie wystaje w kolejkach dla bezrobotnych, czekając na jakieś zatrudnienie – bezskutecznie, jako że nie ma żadnych kwalifikacji. Kiedyś wpada mu w ręce robota w odlewni. Dojeżdża do niej tramwajem, ponad piętnaście kilometrów od St. Louis. Jeśli nie zdąży na ostatni kurs, musi wracać piechotą. Na porządne buty go nie stać, owija nogi starymi gazetami. W kolejnych latach sytuacja materialna Carrie i jej dzieci nie tylko się nie polepsza, ale wręcz pogarsza, bo na świat przychodzą po kolei dwie dziewczynki, Margaret i Willie Mae, obie bardzo ciemne. Freda ma najjaśniejszą skórę w całej rodzinie; odstaje, jest inna, gorsza. O Margaret jest potwornie zazdrosna, za to mała Willie Mae przypada jej do serca. Może dlatego, że mają podobne łagodne i wesołe usposobienie. Starsza siostra opiekuje się malutką, zwłaszcza wtedy, gdy dotkliwie pogryziona przez psa sąsiadów Willie Mae straci oko (w innej wersji przyczyną tragedii była nieudana próba wyjęcia drzazgi z oka).
Josephine będzie pamiętała z dzieciństwa przeprowadzkę do innego mieszkania, niedaleko dworca Union Station, na Gratiot Street 1526. Ale i tym razem – mieszkanie to za dużo powiedziane. Kolejna rudera z dachem nad głową, niewiele różniąca się od poprzedniej: tak samo brudna, zapluskwiona i zarobaczona, w nocy wszystkimi dziurami wyłażą szczury. Na dodatek jest zimno i wilgotno. Wody bieżącej nie ma; trzeba po nią iść do wspólnego kranu, pranie suszy się na wewnętrznym dziedzińcu, pełnym cuchnących odpadków, a za całe ogrzewanie służy metalowy baniak, w którym rozpala się ogień. Nie ma gazu ani elektryczności, wieczorem wszyscy siedzą przy naftowych lampach. Do ubikacji, w której hula wiatr, trzeba iść w głąb podwórka. Mycie odbywa się w wanience do prania: kąpią się jedno po drugim, w tej samej wodzie, sceny jak z Germinala Emila Zoli. Oczywiście Freda zawsze myje się ostatnia z całej rodziny. Śmierdzi nie tylko całe mieszkanie, ale i nogi Arthura, który lubi kłaść je na stole. Jedynym plusem nowej rudery są dwie osobne izby; dzieciaki już nie muszą spać w nogach matki i ojczyma. Jednak i tak smród bijący od jego stóp sprawia, że gdyby nie dotkliwy ziąb, Freda uciekałaby spać na zewnątrz. Chociaż w środku też ciągle jest jej zimno, bo St. Louis to zimne miasto. Na jedno z najczęściej zadawanych pytań, dlaczego zaczęła tańczyć, Baker odpowiada niezmiennie: „Tańczyłam, by się rozgrzać”. Czasem owinięta w gazety przenosi się ze spaniem na podłogę, na niej przynajmniej nie grasują pluskwy. Dwa razy do roku Freda z bratem wynoszą materace na zewnątrz, spryskują je benzyną i podpalają, by zniszczyć jajeczka. Ale łóżko też ma swoje zalety – w nocy chroni przed szczurami, szukającymi odpadków. Richard ma uciechę, strzela do nich z procy.
Któregoś dnia Arthur oszukany przez szefa na pięć centów (to była kwota!) zdzieli go pięścią po głowie. Trafi za kratki. Gdy wychodzi na wolność, oczywiście pracy już nie ma. Wyładowuje się na Carrie: pewnego dnia niemal ją dusi, a chwilę potem popada w dziwne odrętwienie. Ale Carrie także bywa agresywna, głównie wobec dzieci. Gdy dowiaduje się, że Richard podobno ukradł rower, wiąże go i bije tak mocno, że córki błagają ją, by przestała.
Freda, jako najstarsza, ma najwięcej pracy: myje podłogi, zmywa naczynia i zajmuje się rodzeństwem. Właśnie po to Carrie zabrała ją od ciotki. Sama Carrie nie rezygnuje z używania życia. Co jakiś czas rzuca pracę, urywa się z tym czy innym facetem i znika na cały miesiąc. Wtedy – o dziwo – dziećmi i domem zajmuje się ojczym, coraz częściej niezdolny przeciwstawić się w czymkolwiek wiarołomnej żonie.
Martinowie często się przeprowadzają. Gdy brakuje pieniędzy na czynsz, zmieniają adres albo po prostu lądują na bruku. Freda często wymyka się z domu i nocuje u ciotecznej babci albo u babci Elviry. Babcia. Jedyna osoba, u której Freda znajduje ciepło i miłość. Dumna ze swego półindiańskiego pochodzenia Elvira gardzi przyrodnim rodzeństwem Fredy. Margaret i Willie Mae są dla niej za czarne, za to najstarszą wnuczkę lubi najbardziej. Elvira ma wielkie smutne oczy i karmi małą plackami z kukurydzy i historiami. Zna mnóstwo historii, wesołych i smutnych. Uwielbia je opowiadać, a mała Freda uwielbia ich słuchać. Trzy małe świnki, Czerwony Kapturek i Królewna Śnieżka zamieszkają w małej główce na dobre; babcia nie szczędzi jej też opowieści, których dzieci z innych części świata znać nie mogą: o swym dzieciństwie na plantacji bawełny, o swych dalekich przodkach, zabranych siłą z rodzinnej wioski w Afryce i przywiezionych w kajdanach do Ameryki na ciężką służbę u białych panów. Historie o tym, że przyjdzie dzień, gdy ich krew, pot i trud zostaną wynagrodzone, a czarny lud odzyska prawdziwą wolność. Wśród opowiadanych historii nie brakuje opowieści z Biblii, której przesłanie daje czarnym nadzieję na wyzwolenie z nędzy, głodu i poniżenia.
Ale najbardziej małej Fredzie zapada w serce inna opowieść: o Kopciuszku. Czyż nie jest nią ona sama? Tą dziewczynką niekochaną, pomiataną, odpychaną i wiecznie głodną? I nagle czary-mary, hokus-pokus: bal w pałacu, książę, pantofelek i znany na całym świecie happy end. O tak, ta bajka podobała się jej najbardziej. Bogate stroje, błyszczące kolie, wystawne bale i góry wykwintnego jedzenia! Kiedyś to będzie jej życie. Na pewno. Tyle że na razie z Kopciuszkiem łączą ją jedynie brud, głód i lekceważenie. I jeszcze jedno – czy Kopciuszek była czarna? A ten książę, który ją poślubi i zabierze do pałacu – to jaki miałby być? Biały?
Freda się stara. Jest tylko dzieckiem, które rozpaczliwie potrzebuje matczynego uczucia, bliskości i zrozumienia, robi więc wszystko, by matkę zadowolić, ale ze strony Carrie spotykają ją niezmiennie odrzucenie i pogarda. Żyje na ulicy. Ma dopiero sześć lat, ale już zna wszystkie sztuczki i tajemnice ulicznej egzystencji. Razem z Richardem buszują wokół pobliskiego dworca Union Station. Dokazują, oglądają niekończący się korowód pociągów. Stuk-stuk, stuk-stuk. Przyjeżdżają, odjeżdżają. Ku innemu życiu, w nieznane. Trzy kilometry od mieszkania Martinów jest Soulard Market, wielki targ z owocami i warzywami. Najpierw Freda chodzi tam z ojczymem, potem sama. Zgrabnie lawiruje między wózkami z kapustą, ziemniakami i brokułami. Zbiera nadgniłe owoce, sflaczałe warzywa. Wszyscy ją znają. Jest miła, grzeczna, urocza, wesoła. Ten i ów wciśnie jej do ręki pomarańczę, jabłko czy marchewkę. Freda zarabia: kradnie na sprzedaż węgiel z wagonów stojących na torach przed kolejową stacją. Zwinna i odważna, wspina się na wagon i zrzuca kawałki węgla czekającemu na dole rodzeństwu. Policja wie o tym, ale macha ręką, nie chce jej się uganiać za dzieciakami; ukarać takiego nie ma jak, a zresztą, ile ta mała może unieść?
Dobrym miejscem, żeby zarobić parę groszy czy znaleźć coś do jedzenia, są bogate białe dzielnice po drugiej stronie mostu. Freda szpera z rodzeństwem w śmietnikach (po latach Richard stanowczo temu zaprzeczy). Szczególnie cenią sobie główki kurczaków, można z nich ugotować coś, co przypomina rosół. Pukają do drzwi białych: może trzeba umyć podłogę albo narąbać drew na rozpałkę? Wesoła, miła dziewczynka wzbudza sympatię. Ma wyjątkowy dar nawiązywania kontaktu z ludźmi.
Przed Wigilią wyprasza u białych niepotrzebne przedmioty, zabawki, materiały. Zrobi z nich gwiazdkowe prezenty dla rodzeństwa. Święty Mikołaj to ja, mówi poważnie do pewnej kobiety, która chce jej opowiedzieć o Świętym Mikołaju, na którego czekają wszystkie dzieci na świecie. Bywają dni, że zarabia aż 50 centów, z czego 45 oddaje matce. Sytuacja Carrie nieco się poprawia: zatrudnia się na stałe jako praczka u siostry męża, ale na niego samego liczyć już nie może. Od dłuższego czasu Arthur nie szuka pracy: popadł w dziwne otępienie, całe dnie spędza w łóżku.
* * *
Lincoln School. Dobra nazwa dla niewielkiej szkółki dla biedaków i czarnych, nieopodal Gratiot Street. Lincoln chciał dla czarnych dobrze, a wyszło, jak wyszło. Mały, niepozorny budynek z cegły, do którego pięcioletnia Freda chodzi na skróty po metalowej kładce nad torami. Nienawidzi go. Nienawidzi szkoły, nauczycieli i koleżanek. Nawykła do całkowitej swobody, a nauczyciele ją ograniczają, rób to, rób tamto, mówią. Dusi się. Kłóci się i bije z innymi dziećmi, nawet z nauczycielkami. Dlaczego zabraniają jej stroić miny? Przecież twarz nie jest od tego, by spać, napisze później w swych pamiętnikach. Ale do szkoły chodzić musi, to obowiązek. Jej szkoła jest taka jak cała dzielnica – uboga, a Freda należy do najuboższych z ubogich. Przez cały rok chodzi w tej samej niebiesko-białej sukience, najczęściej boso. A nawet gdy chodzi w butach, to dziurawych, więc dzieci się z niej śmieją i wytykają ją palcami. Kiedyś miała jedną parę. Matka od kogoś dostała, ale dla niej były za małe, więc oddała je córce. Arthur obciął jej obcasy, chodziła w nich jak kaczka, pokracznie, na nierównych, przekrzywionych podeszwach. To nic, niech się śmieją; Freda odpłaca im się pięknym za nadobne: pokazuje język, przedrzeźnia, wygłupia się, stroi miny, zezuje. Żartuje z siebie i z innych.
Czy jest dobrą uczennicą? Raczej nie. W szkole podoba jej się tylko jedno: w podręcznikach do historii są obrazki, także królów, królowych i księżniczek, podobnych do tej, jaką stała się Kopciuszek. I jaką ona chciałaby być. Czasem, jak twierdzą niektórzy biografowie, za ogrodzeniem szkoły Freda dostrzega Eddiego. Carrie nie chce mieć z nim nic wspólnego, ale jak widać, on chce widywać swoje dzieci, zwłaszcza Tumpie. Dziewczynka nie bardzo go pamięta i trochę się go boi, ale gdy przez ogrodzenie mężczyzna wsuwa jej do ręki słodycze, nie odmawia. Freda nie ma w szkole koleżanek czy kolegów, z wyjątkiem rodzeństwa Joyce i Roberta McDuffych. Łączy ją z nimi coś szczególnego. Mieszkają tuż obok. Joyce to koleżanka od serca, choć często się za Fredę wstydzi. Na próżno zwraca jej uwagę: myj się, Freda. Ale ta wciąż jest brudna, nawet gdy próbuje się umyć, to i tak jedna połowa twarzy zostaje niedomyta. Bunt? Reakcja na poniżanie? Na jedno wychodzi – i tak jest pośmiewiskiem. Ale w teatrze Roberta nikt się z niej nie śmieje. Więcej, Robert nawet płaci jej za to, by inne dzieci mogły na nią patrzeć, wprawdzie tylko grosz albo agrafkę, ale jednak. Bo Robert założył teatr! Starszy o kilka lat brat Joyce ma handlowy zmysł, lecz przede wszystkim uwielbia sztuki sceniczne. Podpatruje zawodowych artystów w pobliskiej, niedawno otwartej salce Booker T. Washington Theatre, gdzie czarni są i artyści, i widzowie.
W piwnicy swojego domu Robert ustawia widownię ze skrzynek po pomarańczach, z kawałków materiałów zszywa kurtynę, skleca scenę i oświetla ją starymi świecami. Jego teatr nazywa się Ma’ Duffy’s Pin and Penny Poppy Shows. W jego teatralnej trupie są: on sam, Joyce i Tumpie. Tej ostatniej bardzo się to podoba – i natychmiast tworzy własny teatr w swojej piwnicy: też z widownią i ogarkami. Sama wymyśla powolne, spektakularne schodzenie na „scenę” po trzech stopniach prowadzących do piwnicy. Występuje w za dużych starych pantoflach matki i jej starej, zbyt obszernej oczywiście sukience. Kurtynę i dekoracje zszywa jak Robert z kawałków znalezionych materiałów. Widownia, kilkanaścioro dzieciaków z sąsiedztwa, siedzi na starych skrzynkach. Są i bilety: wstęp kosztuje jedną agrafkę. Kurtyna w górę! Dzieciaki śmieją się i klaszczą.
* * *
Prędzej czy później to musiało się tak skończyć. Freda wszędzie chodzi boso. Chwila nieuwagi i zardzewiały gwóźdź wbija się głęboko w jej stopę. Bez wizyty w szpitalu się nie obejdzie. Do Carrie dociera: coś trzeba z tym dzieciakiem zrobić. Freda jest najstarsza, powinna już zacząć na poważnie zarabiać i więcej dokładać się do domowych wydatków. Te parę groszy, które przynosi codziennie, to za mało. A w ogóle najlepiej by było, gdyby sobie z domu poszła: jedna gęba do wykarmienia mniej.
Sprzątać, bawić dzieci, szorować garnki, prać, myć podłogi, rąbać i nosić drewno, palić w piecu i wykonywać najprostsze prace w kuchni. Sporo. Wspomnienia z czasu biedy i harówki zapadną jej w pamięć na zawsze. Później niektórzy nazwą to jej kompleksem. Trzeba było pożyć trochę w tamtych czasach na amerykańskim Południu, by zrozumieć, a raczej poczuć na własnej skórze, co to znaczy mieć „murzyński kompleks”. Tumpie jest przerażona, ale matka pozostaje nieugięta, a ojczym nie protestuje. „To twoja córka”, mówi do żony.
* * *
Pani Keiser niczym się nie różni od dziesiątek innych samotnych lub otoczonych rodziną, statecznych i w miarę zasobnych białych kobiet w St. Louis. Jest wdową, więc potrzebuje pomocy we wszystkim. Tumpie wstaje o 5.00. Trzeba posprzątać, przynieść drewna do pieca, załatwić sprawunki, umyć schody, wynieść i opróżnić nocnik, wyprowadzić pieska, pozmywać, raz w tygodniu zrobić pranie i umyć podłogi. Dopiero potem może iść do szkoły, bo szkoła jest obowiązkowa, co się bardzo, ale to bardzo pani Keiser nie podoba. Z konieczności – żeby Freda nie przyniosła jej w szkole wstydu, kupuje dziewczynce sukienkę, innym razem buty. Mała służąca sypia w ciemnej, zimnej piwniczce razem z psem. To cała jej radość i pociecha. Nazwała go Trzy Łapy, bo czwartą przetrącił mu samochód. Jego zapchlona sierść nie tylko ogrzewa jej wychudzone ciało, ale i nieszczęśliwe serce. Freda jest bita i karana za najmniejsze przewinienie. A niech tylko spróbuje zaspać! Wtedy pani Keiser wywleka ją z łóżka i bije bez litości. Freda nie dojada, a i tak połowę z tego, co dostaje do jedzenia, oddaje psu. Jest wymizerowana, wychudzona, zastraszona. Ciało dziewięcioletniego dziecka jakoś to wszystko znosi, ale okaleczenia w psychice nigdy do końca się nie zagoją. Wszystkie swoje uczucia Tumpie przelewa na zwierzęta – to jej najlepsi i najwierniejsi przyjaciele. Kurczę, które pani Keiser przynosi do domu do wykarmienia, Freda nazwie Jacky. W innych wersjach Jacky jest białym kogutem i nazywa się Tiny. Freda kocha go, karmi i dogląda, aż wreszcie Jacky-Tiny wyrasta na piękny, dorodny okaz. Ale rano robi zbyt dużo hałasu, a może już jest potrzebny na obiad? Pani Keiser każe dziecku go zabić. Przecież to proste: kilka ciosów nożyczkami w gardło. Ptak piszczy, krew tryska na nędzne ubranie dziewczynki i na podłogę.
Piekło Fredy w domu wdowy Keiser kończy się w dniu, w którym rozjuszona pani domu chwyci jej rękę i wciśnie do garnka z wrzątkiem. To kara za przewinienie. Według jednych źródeł podczas zmywania talerz wyślizgnął się dziewczynce z rąk i rozprysnął na podłodze na drobne kawałeczki. Według Eana Wooda, uznawanego za autora najlepszej i najlepiej udokumentowanej biografii Josephine, kara była za to, że garnek, który dziewczynka postawiła na ogniu, był zbyt pełny. Potworny ból. Mała z krzykiem ucieka do sąsiadki, rzuca się jej w ramiona i mdleje z bólu. Ocknie się w szpitalu. Skóra schodzi z ręki całymi płatami. Przy łóżku są już Carrie, lekarz i pielęgniarka. Podobno mała pacjentka denuncjuje panią Keiser i kobieta zostaje ukarana. Podobno, ale to mało prawdopodobne.
W swych wspomnieniach Josephine nie pisze o tym ani słowa. Kogo wtedy interesował los małej czarnoskórej służącej? Do domu wdowy już nie wróci, ale to nie koniec jej pracy u białych. Trafia do domu państwa Masonów. Już nie sypia w piwnicy, dostaje ubrania i buty, a po skończeniu pracy może się bawić. Pani jest dobra i miła. Gorzej z panem. Też jest miły, aż nadto, bo Tumpie jest już sporą i całkiem gładką dziewczynką. Według jednych źródeł pani domu odsyła ją w obawie, by nie doszło do czegoś złego. Inne twierdzą, że dochodzi do seksualnego wykorzystania. Jeszcze inną wersję podaje sama Josephine: pani Mason nakrywa męża, gdy nocą wślizguje się do łóżka dziewczynki.
* * *
Jazz, jazz, jazz! Nadciągnął z Południa z początkiem XX wieku. Rósł, dojrzewał, rozwijał się, jak Freda. Zmieniał ludzi, taniec i śpiew. Upajał, kusił, otumaniał umysły i ciała. „W Nowym Orleanie rodziła się nowa, seksowna, nieprzyzwoita muzyka, później nazwana jazzem. Z czarnych tancbud na Południu co tydzień, wydawałoby się, wychodziły nowe kroki”9. Dla czarnoskórych taniec, muzyka, gospelsy, spiritualsy czy jazz były nie tyle nadzieją, ile wyzwoleniem, ucieczką. To była ich muzyka i nikt, i nic, żadne nakazy i zakazy, żadne prawo nie mogły im jej odebrać.
Freda także tańczy, robi to po swojemu, świadomie lub nie, choć zawsze będzie powtarzała, że tańczyła głównie po to, by się rozgrzać. Nie ma pończoch i w zimie ciągle jest jej zimno: w domu, u państwa, w szkole, na ulicy. Podpatruje ulicznych artystów, bez przerwy podryguje. Potem idzie do domu i chwali się matce podpatrzonymi nowymi tanecznymi krokami. Czy Carrie to widzi? Nawet jeśli, to co z tego? Jej córka jest tylko czarną dziewuchą, jedną z tysięcy jej podobnych; dla takich jak ona przyzwoitych sposobów ucieczki od nędzy jest niewiele. Najprostszy stanowi małżeństwo. A taniec? To nawet nie przechodzi Carrie przez myśl.







