Dziennikarz Patrycjusz Wyżga specjalnie na potrzeby tej książki przeprowadził rozmowy z ekspertami o przyszłości Polski. „Didaskalia. Osiem rozmów o przyszłości Polski” to książka dla tych, którzy chcą rozumieć, a nie tylko obserwować. Dla tych, którzy wierzą, że przyszłość Polski zależy od mądrych decyzji i od nas samych.


Czy ZUS się zawali? Jak uniknąć błędów w kontekście migracji? Co czeka nas po erze Tuska i Kaczyńskiego? Jak kreować politykę wobec Ukrainy? Czy w 2100 roku liczba ludności Polski spadnie do niespełna piętnastu milionów?

Jakie wyzwania przed nami stoją? Co zrobić, by stać się liderem Europy?

Wywiady dotyczą kluczowych tematów: migracji, polityki międzynarodowej i wewnętrznej, demografii, gospodarki i innowacji, systemu emerytalnego, bezpieczeństwa i armii. Zderzają prognozy z realiami, odsłaniają nieoczywiste mechanizmy i inspirują do szerszego spojrzenia na to, co już dziś kształtuje nasze jutro.

„Didaskalia. Osiem rozmów o przyszłości Polski” to nie tylko diagnoza wyzwań, lecz także próba zarysowania mapy drogowej – śmiałej wizji przyszłości. To książka dla tych, którzy chcą rozumieć, a nie tylko obserwować. Dla tych, którzy wierzą, że przyszłość Polski zależy od mądrych decyzji i od nas samych.

• prof. Antoni Dudek • prof. Marcin Piątkowski • prof. Katarzyna Pisarska • gen. Tomasz Piotrowski • dr Maciej Duszczyk • prof. Agnieszka Legucka • dr Tomasz Lasocki · Mateusz Łakomy

Patrycjusz Wyżga
Didaskalia. Osiem rozmów o przyszłości Polski
Wydawnictwo Port
Premiera: 15 października 2025
 
 

Spis treści

Wstęp

„Historia – na szczęście – nigdy się nie powtarza”
– prof. Antoni Dudek o polityce i politykach

„Polska przeżywa swój «złoty wiek»”
– prof. Marcin Piątkowski o strategicznych inwestycjach i rozwoju

„Piłsudski nie odnalazłby się w naszych czasach”
– prof. Katarzyna Pisarska o roli Polski na arenie międzynarodowej

„Nie można «zlecić» komuś prowadzenia naszej wojny”
– gen. Tomasz Piotrowski o polskiej armii

„Migracja to kwestia bezpieczeństwa”
– prof. Maciej Duszczyk o migracji

„Polska zyskała na znaczeniu również w oczach Rosjan”
– prof. Agnieszka Legucka o polskiej polityce wschodniej

„Upadek ZUS-u jest możliwy. Ale tylko razem z całą gospodarką”
– dr Tomasz Lasocki o systemie emerytalnym

„W 2200 roku liczba ludności Polski spadnie do czterech milionów”
– Mateusz Łakomy o demografii i dzietności

Podziękowania
Przypisy

Wstęp

Słowo „didaskalia” można czytać nie tylko jako dodatek do tekstu głównego. To także swoista instrukcja obsługi, podpowiedź, jak interpretować i jak rozumieć to, co na pierwszym planie. Tak właśnie chciałbym to widzieć. Rozmowy, które są wyjaśnieniem nagłówków gazet. Wpisują w odpowiedni kontekst. Nakreślają tło. Próbują wyciągnąć wnioski z najważniejszych wydarzeń i zjawisk oraz naszkicować scenariusze przyszłości. To spotkania z ekspertami. Wykłady, po których czytelnik jest bogatszy w wiedzę. Jest lepiej zorientowany, bardziej świadomy. Więcej rozumie, a zatem pełniej korzysta z wolności.
Jestem szczęściarzem. W swojej codziennej pracy przeprowadzam wywiady na tematy, które mnie interesują, z ludźmi, których sam wybrałem. Widzowie i słuchacze tych rozmów są świadkami wykładów, które tworzą się w ich trakcie. Moderując, kieruję dyskusję na wątki, które mnie pociągają. To wyjątkowo luksusowa sytuacja: dostęp do wiedzy z pierwszej ręki.
Takie są rozmowy w tej książce. Bogate w informacje, wiedzę i merytoryczne opinie fachowców. Każdy z moich rozmówców wypowiada się tu tylko na tematy, w których się specjalizuje. Dzieli się swoim głębokim zrozumieniem fragmentów rzeczywistości. Jestem Im za to wdzięczny.
Ale to nie wszystko. Zauważyłem jakiś czas temu, że także odbiorcom moich rozmów – podobnie jak mnie – przyjemność i frajdę sprawia obcowanie z ambitną wizją Polski. Z całą pewnością dojrzeliśmy już do tego, by oczekiwać więcej. By spoglądać wysoko. By domagać się opowieści o tym, co za wzgórzem. Polacy są głodni sukcesów, choć tak wiele ich już osiągnęli. Ale chcemy więcej i bardziej. Na coraz więcej nas stać. Dlaczego zatem nie zacząć kreować wizji odważnej i wielkiej? To istotny pierwiastek tej książki, być może kluczowy.
Rozmowy składające się na tę książkę przeprowadziłem od stycznia do kwietnia 2025 roku. Są zapisem marzeń, ambicji, wizji i planów, ale także chwili, w której się toczą. Myślę jednak, że przesłanie każdej z nich jest czytelne i ponadczasowe: warto już dzisiaj myśleć o tym, co jutro będzie naszą codziennością. I warto tę przyszłą rzeczywistość malować z rozmachem.
Warszawa, lipiec 2025

„HISTORIA – NA SZCZĘŚCIE – NIGDY SIĘ NIE POWTARZA”
prof. Antoni Dudek
o polityce i politykach

Prof. Antoni Dudek to czołowy polski historyk, politolog i publicysta, profesor nauk humanistycznych związany od 2014 roku z Uniwersytetem Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Wcześniej pracował na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie awansował od asystenta do profesora nadzwyczajnego, a kierował m.in. Katedrą Współczesnej Polityki Polskiej.
W latach 2011–2016 był członkiem oraz ostatnim przewodniczącym Rady Instytutu Pamięci Narodowej. Jego badania koncentrują się na najnowszej historii Polski – w szczególności PRL, transformacji ustrojowej i politycznych przemian III RP – o czym świadczą m.in. książki Reglamentowana rewolucja i Historia polityczna Polski 1989–2023.
Jest również znanym komentatorem publicznym – prowadził audycje radiowe i telewizyjne, takie jak Ex libris czy Rzeczypospolite, a obecnie prowadzi popularny kanał YouTube Dudek o Historii oraz wideopodcast Dudek o Polityce.
Jego działalność łączy warsztat naukowy z zaangażowaniem publicznym, co czyni go wpływowym autorytetem w kwestiach historycznych i współczesnej polityki.

PATRYCJUSZ WYŻGA: Panie profesorze, co musiałoby się wydarzyć, żebyśmy polubili naszych polityków? Czy to w ogóle jest możliwe?

PROF. ANTONI DUDEK: Nie, nie jest możliwe, ale nie jest też potrzebne. Politycy nie muszą być uwielbiani. Uwielbiani mogą być luminarze kultury czy wybitni sportowcy. Politycy nie muszą. Muszą natomiast być skuteczni – to znaczy skutecznie rozwiązywać problemy, które mamy jako wspólnota narodowa, jako Polacy.
I właśnie z tym jest problem. Od pewnego czasu poziom konfliktu, który jest przecież naturalnym stanem w polityce, zaczął się nam wymykać spod kontroli. To wszystko, co nazywa się polaryzacją, urosło do takich rozmiarów, że coraz bardziej ogranicza możliwości rozwojowe naszego kraju. Właściwie z każdym rokiem widać coraz bardziej, jak różne obszary państwa są coraz głębiej przez ten konflikt polityczny paraliżowane. Najbardziej klasycznym przykładem jest sądownictwo.
Do 2015 roku uważano, że nasze sądownictwo źle działa. Podzielałem ten pogląd. Przede wszystkim chodziło o coraz większą przewlekłość postępowań. Niektórzy podnosili też kwestię uczciwości sądów, braku wewnętrznych procedur samooczyszczania tego środowiska.
I właśnie to zrodziło pisowską, ziobrystowską rewolucję, która po ośmiu latach sprawiła, że nawet premier Mateusz Morawiecki przyznał, że reforma wymiaru sprawiedliwości nie wyszła. Był to oczywiście element jego personalnego konfliktu ze Zbigniewem Ziobro, ale prawda jest taka, że ktokolwiek z Prawa i Sprawiedliwości powie o tym szczerze, to powie, że to się nie udało. Są tego dwie diagnozy.
Jedna jest taka, że się nie udało, bo Ziobro się do tego nie nadawał. Druga jest taka, że się nie udało, bo Ziobrze zablokowano możliwości wyrzucenia większości sędziów. Gdyby wyrzucił z zawodu wszystkich, których chciał wyrzucić, to byłoby już całkiem dobrze. Nieprawda, nie byłoby. Jedyna zmiana, jaką Ziobro wprowadził na korzyść, to kwestia losowania spraw w sądach. Sama idea jest słuszna i eliminuje podejrzenia o korupcję czy ustawianie spraw.
Ale na tym koniec. Równolegle wydłużeniu uległo prowadzenie spraw w sądach. Przede wszystkim powstał zaś gigantyczny problem związany z dwiema grupami sędziów, które w tej chwili ze sobą walczą. Politycy słabo zarządzają tym konfliktem i brniemy w niego coraz głębiej. A tak naprawdę przecież wymiar sprawiedliwości jest tu tylko najbardziej spektakularnym przykładem konfliktów, które toczą się na wielu polach. Innym tego symbolem pozostaje Centralny Port Komunikacyjny.
PiS wyszedł z tym projektem, nie próbując o nim dyskutować z opozycją. A teraz posłowie PiS lamentują, że Donald Tusk zniszczył ten wspaniały plan. Chociaż Tusk pod naciskiem opinii publicznej (nie opozycji) deklaruje, że będzie go kontynuował, ale w nieco innym kształcie. I to już się posłom PiS nie podoba. Tak naprawdę zaś nie wiadomo, jak ten projekt się ostatecznie rozwinie i czy w ogóle CPK kiedyś powstanie. Podobnie jest z energetyką i wieloma innymi obszarami.

To wszystko sprowadza się do tak zwanej nieciągłości.

 U nas konflikt polityczny, rozszerzywszy się na różne obszary, zaczął rzutować na działania, które wykraczają poza jedną, a nawet dwie kadencje. I dlatego na przykład nie mamy elektrowni jądrowej. Co jest zresztą szczególnie kuriozalne, ponieważ o ile w bardzo wielu sprawach, jak posłowie Platformy Obywatelskiej mówią, że coś jest białe, to posłowie Prawa i Sprawiedliwości mówią, że jest czarne, o tyle akurat energetyka jądrowa nigdy na poziomie publicznych deklaracji ich nie różniła!
 
Nie było tak, że jedna ze stron była zaprzysięgłym wrogiem energetyki jądrowej, a druga jej fanatycznym zwolennikiem.

Mimo to przez 20 lat mówienia o tym, że elektrownia jądrowa jest nam potrzebna, nie zaczęto jej nawet budować. Fakty są takie, że chociaż PiS i PO są za energetyką jądrową, to przez 20 lat, a tyle właśnie mija od rozpoczęcia konfliktu i dominacji tych dwóch partii w naszym systemie politycznym, nie rozpoczęto nawet budowy. Chociaż obie ekipy twierdziły, że działają w tym kierunku.
Podobny brak skuteczności widzimy w innych dziedzinach – od edukacji aż do służby zdrowia. Finał jest taki, że ta nieciągłość ogranicza możliwości rozwojowe Polski, która dzisiaj rozwija się głównie siłą rozpędu wywołaną najpierw reformami lat 90., a później wejściem do Unii Europejskiej. Natomiast przypomina mi pociąg, który w pewnym momencie jechał szybko, a teraz jedzie coraz wolniej i wolniej, aż w końcu się zatrzyma.
Już teraz widać, że ceny prądu będą najprawdopodobniej jednym z głównych hamulcowych rozwoju ekonomicznego. Ale też jakość urzędów państwowych, których pracownicy są sparaliżowani tym konfliktem, nie wiedzą, kto za chwilę wygra wybory i czy w związku z tym zostaną wyrzuceni, czy nie, więc lepiej nie podejmować żadnych decyzji, tylko je przewlekać. Przeczekiwać kolejnych walczących ze sobą polityków. A to z kolei powoduje, że obywatel w urzędach ma często coraz bardziej pod górkę.
To proces postępującego paraliżu. Na szczęście jeszcze nie gospodarki, tylko aparatu państwa, ale jestem głęboko przekonany, że choć nasza gospodarka jeszcze daje sobie radę, to już długo to nie potrwa, bo nie da się jej oddzielić od świata aparatu państwowego.
I gospodarka w którymś momencie zostanie zainfekowana. Czy ten „imposybilizm”, jak mawiał Jarosław Kaczyński, to jest nasza immanentna cecha? Czy to są cechy narodu, cechy ludzi rodzących się w pięknym kraju nad Wisłą, czy skutek zjawiska polegającego na tym, że od 20 lat jesteśmy zakładnikami dwóch opcji politycznych?

To jest trochę w nas, ale gdyby to było wyłącznie w nas, to reformy lat 90., które dzisiaj są wyklinane i odsądzane od czci i wiary, byłyby niemożliwe.
 
A jednak co pewien czas, kiedy jesteśmy już na krawędzi przepaści lub zaczynamy w tę otchłań wpadać (a tak było w latach 80. minionego wieku), pojawiają się jacyś ludzie, którzy przeprowadzają reformy, po czym odchodzą z polityki i rozpoczyna się dzielenie owoców.

 
Mam taką wizję III RP, że lata 90. to okres ciężkiej pracy oraz ogromnych społecznych wyrzeczeń i to się kończy wraz z wejściem do Unii Europejskiej. A po wejściu do Unii zaczyna się wielkie balowanie i awantura o to, kto dostanie więcej ze stołu. I dopiero kiedy na tym stole znów nie będzie już nic, to zacznie się lament: jak to się stało? I wtedy znów pojawią się jacyś ludzie, którzy nie będą się koncentrować na tym, żeby przejąć władze, obsadzić swoimi ludźmi jak najwięcej stanowisk, na czele ze spółkami Skarbu Państwa, wycisnąć to jak cytrynę i jak najdłużej się na nich utrzymać. Pojawią się tacy, którzy przyjdą i powiedzą, że trzeba zreformować na przykład cały mechanizm spółek Skarbu Państwa, że to wszystko musi być zmienione w zasadniczy sposób, bo jest wadliwe.

Jak rozumiem, od 2004 roku takiego momentu nie było?

Nie było. Na Polskę spłynęła rzeka pieniędzy z UE i nasza gospodarka dostała takiego przyspieszenia, że nie było oczywistej potrzeby przeprowadzania kolejnych reform. Jeśli patrzymy na próby reform po 2005 roku, to jeśli chodzi o rząd Platformy Obywatelskiej, widzimy jedną znaczącą reformę – emerytalną. Ale została ona przeprowadzona w taki sposób, że – jak przyznaje sam Donald Tusk – tylko pomogła Prawu i Sprawiedliwości wrócić do władzy. PiS natychmiast ją skasował i dziś już nikt nie ośmiela się mówić o wydłużeniu wieku emerytalnego.
Natomiast jeśli chodzi o rząd Prawa i Sprawiedliwości, to były szerokie plany reform, ale jak się im bliżej przyjrzymy, reforma sądownictwa skończyła się klęską. Drugą dużą reformą było zlikwidowanie systemu edukacji wprowadzonego przez rząd Jerzego Buzka – a więc likwidacja gimnazjów. Czy polska szkoła jest dzisiaj lepsza dzięki temu, że nie mamy już gimnazjów? Nie mam takiego wrażenia. To nie znaczy, że gimnazja były dobre, tylko że reforma była reformą pozorną, bo w szkolnictwie kompletnie nie chodzi o to, czy system jest trzyszczeblowy czy dwuszczeblowy, o co trwała zaciekła walka, ale sedno sprawy tkwi w poziomie nauczycieli, w programach nauczania i wyposażeniu szkół. A z tym jest coraz gorzej, nie coraz lepiej.
Warto też wspomnieć o Polskim Ładzie i tej katastrofie systemu podatkowego, bo między innymi przez to Prawo i Sprawiedliwość nie utrzymało się przy władzy po wyborach w 2023 roku. Część małych przedsiębiorców do dziś wyklina tę urodzoną w ciężkich bólach pod koniec drugiej kadencji reformę systemu podatkowego.
Reformy armii, które wprowadzał minister Antoni Macierewicz, to kolejny przykład. Choć samo wprowadzenie Wojsk Obrony Terytorialnej się sprawdziło, to przecież nie WOT decyduje o sprawności armii. Jest tylko pewnym dodatkiem. A główna część armii, która ma prowadzić realne działania wojenne, wciąż wygląda marnie. Tymczasem minister Mariusz Błaszczak swoim wciąganiem wojska w politykę niczego dobrego nie zrobił, tylko jeszcze to pogorszył. Mówię tu o piknikach wojskowych i innych podobnych wydarzeniach. I o nieprzemyślanych zakupach broni w myśl zasady byle szybko.
PiS próbował paru spektakularnych przedsięwzięć infrastrukturalnych, ale te największe się nawet nie zaczęły. Mam na myśli CPK. Więcej mówiono, niż robiono. A trudno przecież uznać przekop Mierzei Wiślanej czy bardzo potrzebny tunel do Świnoujścia za gigantyczne osiągnięcia prawie czterdziestomilionowego kraju. To są normalne działania infrastrukturalne.

Podobnie próby zmian w służbie zdrowia – słynna sieć szpitali ministra Konstantego Radziwiłła. To przecież jedna wielka kpina.
Reasumując, PiS poza polityką społeczną, która nieco zmniejszyła różnice w zamożności Polaków i którą doceniam, nie przeprowadził żadnej sensownej reformy.

Jak widzimy, bilans 20 lat reformowania Polski po 2005 jest naprawdę mizerny. Zarówno w wykonaniu PiS-u, który niby reformował, czy raczej mówił, że reformuje, niż realnie zmieniał rzeczywistość, jak i w wykonaniu PO i Donalda Tuska, który z braku reform uczynił swoją wizytówkę. Jedynym wyjątkiem jest ta reforma emerytalna. Do dziś wielu zachodzi w głowę, dlaczego Tusk się w ogóle na nią zdecydował. Uważam, że zrobił to po zachętach płynących z Komisji Europejskiej. Polska miała pokazać starzejącej się Europie, jak się robi ostrą reformę emerytalną. I Donald Tusk ją przeprowadził.

 
Wesprzyj nas