„Brooklyn” Colma Tóibína to powieść, która jak żadna inna portretuje rozdzierające doświadczenie tęsknoty za domem. Ta delikatna, ale poruszająca do głębi historia, zekranizowana dekadę temu przez Johna Crowley’a, ma swoją kontynuację w postaci tomu „Long Island”. Ten zaś wcale nie wydaje się być ostatnim.

Powieść „Brooklyn” jest oszczędna, kameralna, cicha, a jednocześnie aż kipi od emocji. Colm Tóibín zawarł w niej kwintesencję doświadczenia emigracji, dlatego to jest książka poruszająca dla bardzo szerokiego grona odbiorców. Ci, którzy zdecydowali się wyruszyć samotnie w szeroki świat w poszukiwaniu lepszego życia znajdą tam siebie, tak samo jak ich najbliżsi, którzy zostali z pustką po ukochanej osobie, ale i z serdecznym życzeniem aby się jej poszczęściło w wielkiej podróży. Ci którzy chcieli wyjechać, ale się nie odważyli, zostaną po tej lekturze z mieszanymi uczuciami, ponieważ Colm Tóibín nie mówi czytelnikom, ani że doświadczenie emigracyjne jest złe, ani że jest dobre. Pokazuje wszystkie jego odcienie posługując się osobistym doświadczeniem i to w zupełności wystarcza, aby każdy mógł pomyśleć: „jak dobrze, że się jednak nie zdecydowałem na wyjazd” albo „jak wielka szkoda, że tego nie zrobiłem”. Powieść Tóibína ma bowiem cechę przynależną każdemu prawdziwemu dziełu sztuki – daje się wielorako interpretować przez pryzmat wrażliwości odbiorcy. Czytana ponownie w odstępie kilku lat przyniesie zupełnie inne wrażenia czytelnicze, w zależności od tego, jak zmienimy się w tym okresie my sami.

Powieść Tóibína ma bowiem cechę przynależną każdemu prawdziwemu dziełu sztuki – daje się wielorako interpretować przez pryzmat wrażliwości odbiorcy.

Bohaterką „Brooklynu” jest Eilis, młoda irlandzka dziewczyna. W rodzinnym miasteczku nie czeka na nią świetlana przyszłość, dlatego gdy tylko nadarza się okazja, jej siostra zaprasza do domu na podwieczorek księdza, który może zorganizować dobrą posadę w Nowym Jorku dla pracowitej, uczciwej osoby: tak przypieczętowuje się los Eilis, która wkrótce wyruszy w samotną i przerażającą dla niej podróż przez ocean, a później będzie musiała poradzić sobie z życiem w miejscu kompletnie dla niej obcym, w którym nic do niej nie przynależy ani ona nie przynależy do niczego. Tęsknota za domem, a przede wszystkim za ukochaną siostrą, spada na nią z taką siłą, że nie może sobie z nią poradzić.

Chociaż to Eilis jest centralnym punktem powieści i jej uczucia wysuwają się na pierwszy plan, to Colm Tóibín ofiarował czytelnikom o wiele szerszą perspektywę. Z jego opowieści wyłania się całe środowisko irlandzkich emigrantów, którzy w latach pięćdziesiątych XX wieku i wcześniej opuścili rodzinne strony w nadziei na stabilniejszy byt w Stanach Zjednoczonych. Choć nowej ojczyźnie oddali swoje najlepsze lata, zdrowie i siły, to wielu z nich finalnie pozostało z niczym, utraciwszy kontakt z krewnymi w rodzinnych stronach, nie zyskawszy nowych relacji ani upragnionego bezpieczeństwa na obczyźnie. Losami swoich bohaterów Tóibín zwraca uwagę na fakt, że dla niektórych emigracja staje się niesamowitą szansą, podczas gdy dla innych jest ciężkim doświadczeniem bez nadziei na szczęśliwe zakończenie. Co równie prawdziwe sama Eilis z upływem czasu doświadcza narastającego dualizmu względem tego, gdzie tak naprawdę jest jej dom i miejsce na Ziemi.

Tę delikatną lecz poruszającą do głębi powieść dekadę temu zekranizował John Crowley. W roli głównej wystąpiła Saoirse Ronan, której subtelna uroda znakomicie współgra z charakterem postaci Eilis, umożliwiając sugestywne ukazanie czytelnikowi jak długą drogę musiała przejść od bycia przerażoną, samotną duszą, do chwili, gdy sama podejmuje fundamentalne decyzje na temat swojego życia. Bez lęku i bez oglądania się na to, co ludzie powiedzą, czego oczekują inni. Obserwowanie jej emocjonalnej transformacji jest fascynujące zarówno podczas lektury powieści jak i oglądania filmu.

Na tym jednak nie koniec, ponieważ po piętnastu latach od książkowej premiery „Brooklynu” Colm Tóibín powrócił do swoich bohaterów podsuwając czytelnikom kontynuację powieści pt. „Long Island”. Sam tytuł, dla wszystkich, którzy czytali część pierwszą lub oglądali film, jest spoilerem: dowiadujemy się z niego, ze Eilis ostatecznie została i przetrwała w Stanach Zjednoczonych. Pisarz sportretował teraz swoją bohaterkę po upływie dwudziestu lat jej pobytu na Wschodnim Wybrzeżu. W miejscu, do którego zabrał ją pewnego dnia jej włoski chłopak, by pokazać jej ziemię, którą kupili z braćmi – a to działo się jeszcze w fabule „Brooklynu” – obecnie, od wielu lat stoi ich wspólny dom. I w tym domu pewnego dnia zjawia się zupełnie obcy mężczyzna, który ma do przekazania szokującą wiadomość wiążącą się z tajemnicą Tony’ego, męża Eilis. Akcja rusza więc z kopyta i już od pierwszych stron staje się jasne, że to zupełnie inna książka niż „Brooklyn”. Podczas gdy pierwsza część była kameralną, cichą medytacją nad tęsknotą, dokonywaniem życiowych wyborów i odpowiedzialnością za nie, „Long Island” od razu uderza czytelnika z impetem melodramatu. Delikatność „Brooklynu” znika, ustępuje tu miejsca bardziej dynamicznej i otwartej na zewnętrzny konflikt narracji.

Tóibín jest mistrzem subtelności, dlatego decyzja o odejściu od melancholijnej atmosfery „Brooklynu” to niewątpliwie świadoma decyzja artystyczna, a nie przypadek. Eilis, którą poznaliśmy najpierw, była młodą dziewczyną, pełną wahań, niepewności i lęku, która dopiero uczyła się świata. Jej wewnętrzne życie było pełne powolnej, bolesnej refleksji nad tożsamością. „Long Island” przedstawia Eilis, którą spotykamy teraz – jest mężatką, matką dwójki dorastających dzieci, współwłaścicielką domu, dojrzałą kobietą, która skonfrontowana z nagłym wydarzeniem zagrażającym stabilności tego, co teraz uważa za swój dom, musi działać. Sposób prowadzenia narracji odzwierciedla więc nastrój zupełnie innego etapu w jej życiu, czego jednak warto być świadomym przed rozpoczęciem lektury dla uniknięcia rozczarowań albo ryzyka iż atmosfera „Long Island” zburzy obraz pozostawiony w myślach przez „Brooklyn”. Przesłanie obu książek pozostaje jednak spójne: wolność i tożsamość wykuwają się na nowo w każdym kryzysie. Trudno też oprzeć się wrażeniu, że przed nami jeszcze jedno spotkanie z Eilis i jej bliskimi, ponieważ Tóibín pozostawił wiele niedomkniętych wątków w „Long Island” wręcz proszących się o kontynuację. Miejmy nadzieję, że pisarz zechce jeszcze wrócić do tej opowieści. Agnieszka Kantaruk

Colm Tóibín, Brooklyn, Przekład: Jerzy Kozłowski, Seria „Salamandra”, Dom Wydawniczy Rebis, wydanie 2, Premiera w tej edycji: 14 października 2025
 
Colm Tóibín, Long Island, Przekład: Jerzy Kozłowski, Seria „Salamandra”, Dom Wydawniczy Rebis, Premiera: 14 października 2025
 
 

Colm Tóibín
Brooklyn
Przekład: Jerzy Kozłowski
Seria „Salamandra”
Dom Wydawniczy Rebis
wydanie 2
Premiera w tej edycji: 14 października 2025
 

Część pierwsza

Siedząc w salo­nie na pierw­szym pię­trze domu przy Friary Street, Eilis Lacey dostrze­gła przez okno sio­strę, która żwa­wym kro­kiem wra­cała z pracy. Patrzyła, jak Rose prze­cho­dzi przez ulicę, ze słońca w cień, z nową skó­rzaną torebką kupioną na wyprze­daży w domu towa­ro­wym Clery’s w Dubli­nie. Rose miała zarzu­cony na ramiona kre­mowy kar­di­gan. W przed­po­koju cze­kały już na nią kije gol­fowe; Eilis wie­działa, że za kilka minut ktoś po nią przy­je­dzie i że sio­stra wróci do domu, dopiero kiedy zga­śnie świa­tło tego let­niego popo­łu­dnia.
Kurs rachun­ko­wo­ści Eilis dobie­gał już końca; na kola­nach trzy­mała pod­ręcz­nik o sys­te­mach księ­go­wa­nia, a na stole za nią leżał zeszyt – wpi­sy­wała do niego, w ramach zada­nia domo­wego, po stro­nie „winien” i „ma” dzienne trans­ak­cje firmy, któ­rej dane wyno­to­wała w minio­nym tygo­dniu na zaję­ciach.
Usły­szaw­szy, jak otwie­rają się fron­towe drzwi, Eilis zaraz zeszła na dół. W przed­po­koju Rose trzy­mała przed twa­rzą kie­szon­kowe lusterko. Uważ­nie się sobie przy­glą­da­jąc, malo­wała usta i oczy, a potem oce­niła całość w dużym lustrze i popra­wiła włosy. Eilis w mil­cze­niu przy­glą­dała się sio­strze, gdy ta zwil­żyła wargi i raz jesz­cze szybko się przej­rzała w małym lusterku, nim scho­wała je do torebki.
Z kuchni wyło­niła się matka.
– Ślicz­nie wyglą­dasz, Rose – oce­niła. – Nic tylko zosta­niesz kró­lową klubu gol­fo­wego.
– Umie­ram z głodu – poskar­żyła się Rose – ale nie zdążę nic zjeść.
– Póź­niej przy­go­tuję ci spe­cjalny posi­łek – obie­cała matka. – My z Eilis zjemy teraz.
Rose się­gnęła do torebki i wyjęła port­mo­netkę. Otwo­rzyła ją i poło­żyła na szafce jed­nego szy­linga.
– To gdy­byś chciała się wybrać do kina.
– A ja? – zapy­tała matka.
– Jak wróci, wszystko mamie opo­wie – odparła Rose.
– Piękne dzięki!
Wszyst­kie trzy roze­śmiały się, a wtedy za drzwiami zatrzy­mał się samo­chód i dał jeden sygnał klak­so­nem. Rose zła­pała kije gol­fowe i tyle ją widziały.
Póź­niej, gdy matka zmy­wała naczy­nia, a Eilis je wycie­rała, ktoś zapu­kał do drzwi. Eilis poszła otwo­rzyć i oka­zało się, że to dziew­czyna ze sklepu spo­żyw­czego przy kate­drze.
– Przy­syła mnie panna Kelly – wyja­śniła dziew­czyna. – Chce się z tobą widzieć.
– Ze mną? – upew­niła się Eilis. – A mówiła, o co cho­dzi?
– Nie. Masz tam tylko wpaść dzi­siaj wie­czo­rem.
– Ale w jakiej spra­wie?
– O rany, nie wiem. Nie pyta­łam. Mam wró­cić i spy­tać?
– Nie, nie trzeba. Ale jesteś pewna, że cho­dzi o mnie?
– A jakże. Mówi, że masz do niej zajść.
Posta­no­wiw­szy pójść do kina kiedy indziej i mając już dość nauki, Eilis prze­brała się, narzu­ciła na plecy kar­di­gan i wyszła z domu. Uli­cami Friary i Rafter dotarła do rynku, a potem ruszyła pod górę, w stronę kate­dry. Sklep panny Kelly był zamknięty, Eilis zapu­kała więc do bocz­nych drzwi pro­wa­dzą­cych na pię­tro, gdzie panna Kelly miesz­kała. Otwo­rzyła jej ta sama dziew­czyna, która wcze­śniej była u niej w domu i która teraz popro­siła ją, żeby zacze­kała w holu.
Eilis usły­szała jakieś głosy i ruchy na górze i po chwili dziew­czyna zeszła z wia­do­mo­ścią, że panna Kelly zaraz się z nią zoba­czy.
Znała pannę Kelly z widze­nia, ale matka nie robiła u niej zaku­pów, bo w jej skle­pie było za drogo. Poza tym Eilis podej­rze­wała, że matka nie lubi panny Kelly, cho­ciaż nie znała żad­nego ku temu powodu. Mówiło się, że panna Kelly sprze­daje naj­lep­szą szynkę w mie­ście, naj­lep­sze masło i naj­śwież­sze wszystko, łącz­nie ze śmie­taną, Eilis wąt­piła jed­nak, czy kie­dy­kol­wiek coś u niej kupiła, naj­wy­żej zaglą­dała do środka, prze­cho­dząc obok, i widziała pannę Kelly za ladą.
Panna Kelly powoli zeszła po scho­dach i włą­czyła świa­tło.
– Dobrze – rzu­ciła, a potem powtó­rzyła to słowo niczym swo­iste pozdro­wie­nie. Nie uśmie­chała się.
Eilis już miała wyja­śnić, że po nią przy­słano, i zapy­tać, czy jest to wła­ściwa pora na odwie­dziny, jed­nak spo­sób, w jaki panna Kelly zmie­rzyła ją wzro­kiem od stóp do głów, sku­tecz­nie zamknął jej usta. Zain­try­go­wana jej zacho­wa­niem Eilis zaczęła się zasta­na­wiać, czy ktoś w mie­ście nie obra­ził panny Kelly i czy przez pomyłkę nie wzięto jej za tę osobę.
– No to jesteś – zwró­ciła się do niej panna Kelly.
Eilis zauwa­żyła kilka czar­nych para­soli opar­tych o wie­szak.
– Sły­sza­łam, że nie masz pracy, za to masz świetną głowę do rachun­ków.
– Naprawdę?
– Och, całe mia­sto, wszy­scy, któ­rzy cokol­wiek tutaj zna­czą, przy­cho­dzą do mnie na zakupy, więc dowia­duję się o wszyst­kim.
Eilis zasta­na­wiała się, czy nie jest to przy­pad­kiem alu­zja do tego, że jej matka kon­se­kwent­nie zaopa­truje się gdzie indziej, ale miała wąt­pli­wo­ści. Przez grube oku­lary panny Kelly trudno było odczy­tać wyraz twa­rzy.
– A my tu co nie­dziela zaha­ro­wu­jemy się na śmierć. Nie dzi­wota, skoro wszyst­kie inne sklepy poza­my­kane. Klien­telę mamy naj­róż­niej­szą. Zazwy­czaj otwie­ram po mszy o siód­mej rano i od zakoń­cze­nia mszy o dzie­wią­tej do mszy o jede­na­stej w skle­pie nie ma gdzie szpilki wci­snąć. Mary mi pomaga, ale ta dzie­wu­cha okrop­nie się guz­dra, nawet jak nie ma dużego ruchu, szu­kam więc kogoś bystrego, kto zna klien­tów i dobrze wydaje resztę. Ale zazna­czam, tylko na nie­dziele. W pozo­stałe dni tygo­dnia jakoś sobie radzimy. Pole­cono mi cię, gdy popy­ta­łam wśród ludzi. Dosta­niesz sie­dem fun­tów i sześć szy­lin­gów tygo­dniowo, matce będzie tro­chę lżej.
Eilis pomy­ślała, że panna Kelly mówi, jak gdyby opi­sy­wała znie­wagę, która ją spo­tkała, mocno zaci­ska­jąc wargi mię­dzy każ­dym zda­niem.
– I to wszystko, co mia­łam do powie­dze­nia. Możesz zacząć od naj­bliż­szej nie­dzieli, ale przyjdź jutro nauczyć się cen i poka­żemy ci, jak korzy­stać z wagi i kra­jal­nicy. Będziesz musiała zwią­zać z tyłu włosy i kupić sobie porządny far­tuch u Dana Bol­gera albo Burke’a O’Leary’ego.
Eilis już pró­bo­wała zapa­mię­tać tę roz­mowę dla matki i Rose; żało­wała, że nie umie wymy­ślić jakiejś dow­cip­nej ripo­sty, która nie byłaby otwar­cie imper­ty­nencka. Zacho­wy­wała więc mil­cze­nie.
– No więc? – zapy­tała panna Kelly.
Eilis zdała sobie sprawę, że nie może odrzu­cić tej pro­po­zy­cji. Była lep­sza niż nic, a w tym momen­cie aku­rat nie miała nic.
– Ależ tak, panno Kelly – odpo­wie­działa. – Zacznę, kiedy pani zechce.
– I w nie­dzielę możesz przyjść na mszę o siód­mej. My też tak robimy, a potem otwie­ramy.
– Zna­ko­mi­cie – rze­kła Eilis.
– W takim razie wpad­nij jutro. Jeśli będę zajęta, ode­ślę cię do domu albo możesz poprze­sy­py­wać cukier do toreb, a jeśli będę wolna, pokażę ci, co i jak.
– Dzię­kuję, panno Kelly.
– Matka będzie zado­wo­lona, że coś masz. I twoja sio­stra też – dodała panna Kelly. – Podobno świet­nie jej idzie gra w golfa. A teraz wra­caj grzecz­nie do domu. Sama tra­fisz do wyj­ścia.
Panna Kelly odwró­ciła się i zaczęła powoli wspi­nać się po scho­dach. Eilis wie­działa, wra­ca­jąc do domu, że matka rze­czy­wi­ście się ucie­szy na wieść, że zna­la­zła płatne zaję­cie, Rose nato­miast będzie uwa­żać, że praca za ladą w skle­pie spo­żyw­czym nie jest dla niej czymś odpo­wied­nim. Zasta­na­wiała się, czy powie jej to pro­sto w twarz.
Po dro­dze wpa­dła do swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki, Nancy Byrne, a tam oka­zało się, że jest u niej ich wspólna kole­żanka Annette O’Brien. Jako że Byrne’owie mieli na dole tylko jeden pokój, który słu­żył im za kuch­nię, jadal­nię i salon, i było jasne, że Nancy ma jej do prze­ka­za­nia jakieś nowiny, z któ­rych część Annette naj­wy­raź­niej już znała, Nancy wyko­rzy­stała wizytę Eilis jako pre­tekst do wyj­ścia z domu, żeby mogły swo­bod­nie poroz­ma­wiać.
– Coś się stało? – spy­tała Eilis, gdy wyszły na ulicę.
– Nic nie powiem, dopóki nie znajdę się na kilo­metr od tego domu – odparła Nancy. – Mama wie, że coś się święci, ale nic jej nie mówię.
Poszły w dół Friary Hill, prze­cięły Mill Park Road i gdy zna­la­zły się nad rzeką, ruszyły dep­ta­kiem w stronę Rin­gwood.
– Pode­rwała Geo­rge’a She­ri­dana – wypa­plała Annette.
– Kiedy? – zdzi­wiła się Eilis.
– Na zaba­wie w Athe­na­eum w nie­dzielę – powie­działa Nancy.
– Myśla­łam, że nie idziesz na zabawę.
– No bo się nie wybie­ra­łam, ale w końcu poszłam.
– Prze­tań­czyła z nim całą noc – wtrą­ciła Annette.
– Wcale nie, tylko cztery ostat­nie tańce, a potem odpro­wa­dził mnie do domu. Wszy­scy widzieli. Dziwne, że nic nie sły­sza­łaś.
– Zamie­rzasz się znowu z nim spo­tkać? – spy­tała Eilis.
– Nie wiem – wes­tchnęła Nancy. – Może spo­tkamy się tylko na ulicy. Wczo­raj prze­jeż­dżał obok mnie i zatrą­bił. Gdyby tam spo­tkał jakąś inną, to zna­czy kogoś ze swo­jego towa­rzy­stwa, pew­nie z nią by tań­czył, ale nikogo takiego nie było. Przy­szedł z nim Jim Far­rell. Stał tylko i gapił się na nas.
– Jak się jego matka dowie, to nie wiem, co zrobi – wtrą­ciła Annette. – Ona jest straszna. Nie cier­pię wcho­dzić do tego ich sklepu, gdy nie ma Geo­rge’a. Matka wysłała mnie tam kie­dyś po dwa pla­sterki bekonu i usły­sza­łam od tego babsz­tyla, że nie sprze­daje bekonu po dwa pla­sterki.
Eilis prze­ka­zała im wtedy wia­do­mość, że dostała pro­po­zy­cję pracy na nie­dziele u panny Kelly.
– Mam nadzieję, że powie­dzia­łaś jej, co może sobie z nią zro­bić – rzu­ciła Nancy.
– Zgo­dzi­łam się. Nic mi się nie sta­nie. Dzięki temu będę mogła pójść z tobą do Athe­na­eum za wła­sne pie­nią­dze i nie dopu­ścić do tego, żeby cię wyko­rzy­stano.
– To nie tak – zapro­te­sto­wała Nancy. – Był miły.
– Spo­tkasz się z nim jesz­cze? – powtó­rzyła pyta­nie Eilis.
– Pój­dziesz ze mną w nie­dzielę? – Nancy zapy­tała Eilis. – Moż­liwe, że nawet go tam nie będzie, ale Annette nie może iść, a ja będę potrze­bo­wała wspar­cia, na wypa­dek gdyby się poja­wił i nie popro­sił mnie do tańca albo nawet na mnie nie spoj­rzał.
– Mogę być zmę­czona po pracy u panny Kelly.
– Ale pój­dziesz?
– Całe wieki tam nie byłam – odparła Eilis. – Nie zno­szę tych wszyst­kich wie­śnia­ków, a chłopcy z mia­sta są jesz­cze gorsi. Pod­pici i cho­dzi im tylko o to, żeby cię zacią­gnąć do ciem­nego zaułka.
– Geo­rge nie jest taki – powie­działa Nancy.
– Taki pani­czyk jak on nie cho­dzi do ciem­nych zauł­ków – zakpiła Annette.
– Może go spy­tamy, czy nie zechce sprze­da­wać bekonu po dwa pla­sterki – zapro­po­no­wała Eilis.
– Nic mu nie mów – odparła Nancy. – Naprawdę chcesz pra­co­wać u panny Kelly? Tam dopiero można dostać dobry bekon.

* * *

Przez następne dwa dni panna Kelly zade­mon­stro­wała Eilis każdy pro­dukt sprze­da­wany w skle­pie. Kiedy Eilis popro­siła o kartkę, chcąc spi­sać rodzaje her­bat i roz­miary opa­ko­wań, panna Kelly stwier­dziła, że mar­no­wa­łaby tylko czas na notatki – naj­le­piej od razu uczyć się wszyst­kiego na pamięć. Papie­rosy, masło, her­bata, chleb, butel­ko­wane mleko, her­batniki, goto­wana szynka i woło­wina kon­ser­wowa to zde­cy­do­wa­nie naj­po­pu­lar­niej­sze arty­kuły sprze­da­wane w nie­dziele – poin­for­mo­wała ją – w następ­nej kolej­no­ści scho­dzą puszki sar­dy­nek i łoso­sia, puszki z man­da­ryn­kami, grusz­kami i sałat­kami owo­co­wymi, sło­iki z pasz­te­tem dro­biowo-wie­przo­wym, pasta do kana­pek i majo­nez. Przed poda­niem ceny poka­zy­wała Eilis próbkę każ­dego arty­kułu. Kiedy uznała, że Eilis nauczyła się cen, prze­cho­dziła do kolej­nych pro­duktów, takich jak kar­to­niki ze świeżą śmie­taną, butelki lemo­niady, pomi­dory, główki sałaty, świeże owoce i kostki lodów.
– Są też tacy, pożal się Boże, co przy­cho­dzą w nie­dzielę i szu­kają rze­czy, w które powinni się byli zaopa­trzyć w ciągu tygo­dnia. Nic na to nie pora­dzimy.
Panna Kelly zasznu­ro­wała usta w wyra­zie dez­apro­baty, a potem wymie­niła mydło, szam­pon, papier toa­le­towy i pastę do zębów, poda­jąc ich ceny.
Nie­któ­rzy, dodała, kupują też w nie­dzielę cukier, sól, a nawet pieprz, ale nie jest ich wielu. Zda­rzają się i tacy, któ­rzy potrze­bują syropu cukro­wego, proszku do pie­cze­nia albo mąki, choć więk­szość tych pro­duk­tów sprze­daje się w soboty.
Zawsze zja­wiają się dzieci – infor­mo­wała panna Kelly – po tabliczki cze­ko­lady, toffi, torebki oran­żady w proszku lub żelki, oraz męż­czyźni szu­ka­jący papie­ro­sów i zapa­łek, ale ich miała obsłu­gi­wać Mary, która nie ma głowy do dłu­gich zamó­wień ani pamięci do cen i – kon­ty­nu­owała panna Kelly – czę­ściej prze­szka­dza, niż pomaga, kiedy w skle­pie zja­wia się wię­cej klien­tów.
– Nijak nie mogę jej oduczyć, żeby się nie gapiła na ludzi bez powodu. A ona gapi się nawet na sta­łych klien­tów.
Sklep, zauwa­żyła Eilis, był dobrze zaopa­trzony, w wiele róż­nych gatun­ków her­bat, nie­które bar­dzo dro­gie, a wszyst­kie miały wyż­sze ceny niż w skle­pie Hay­esów na Friary Street czy w L&N na Rafter Street lub u She­ri­da­nów na rynku.
– Będziesz się musiała nauczyć pako­wać cukier i zawi­jać w papier bochenki chleba – oznaj­miła panna Kelly. – Tak, to jedna z tych nie­licz­nych rze­czy, które Mary dobrze wycho­dzą, niech Bóg się zli­tuje nad tą dzie­wu­chą.
Gdy poszcze­gólni klienci wcho­dzili do sklepu w dni, kiedy Eilis prze­cho­dziła szko­le­nie, zauwa­żyła, że panna Kelly, zwra­ca­jąc się do nich, odpo­wied­nio modu­luje głos. Cza­sem w ogóle się nie odzy­wała, tylko zaci­skała szczęki i stała za ladą w pozie wyra­ża­ją­cej głę­boką dez­apro­batę wobec obec­no­ści klienta w skle­pie oraz nie­cier­pliwe ocze­ki­wa­nie na jego wyj­ście. Dla innych miała cierpki uśmiech i przy­glą­dała im się z ponurą wyro­zu­mia­ło­ścią, przyj­mu­jąc pie­nią­dze, jak gdyby wyświad­czała im wielką przy­sługę. Ale byli też klienci, któ­rych pozdra­wiała cie­pło i po imie­niu; wiele z tych osób miało u niej kre­dyt, toteż gotówka nie prze­cho­dziła z rąk do rąk, kwoty wpi­sy­wano zaś do zeszytu przy wtó­rze pytań o zdro­wie i komen­ta­rzy na temat pogody oraz uwag o jako­ści szynki lub bekonu, lub asor­ty­mentu pie­czywa, od chleba po bułki i cia­sto z rodzyn­kami.
– I pró­buję wyszko­lić tę młodą damę – poin­for­mo­wała klientkę ze świeżą ondu­la­cją na gło­wie, którą wyraź­nie ceniła bar­dziej od pozo­sta­łych, a któ­rej Eilis ni­gdy wcze­śniej nie widziała. – Pró­buję ją przy­uczyć i mam nadzieję, że będzie chętna, bo Mary, poczci­wina, ow­szem, jest chętna, ale nic z tego nie wynika, wła­ści­wie mniej niż nic. Mam nadzieję, że będzie szybka, bystra i solidna, a w dzi­siej­szych cza­sach, moja droga, takich ze świecą szu­kać.
Eilis spoj­rzała na Mary, która stała nie­swojo przy kasie i uważ­nie się przy­słu­chi­wała roz­mo­wie.
– Ale Pan Bóg two­rzy ludzi wszel­kiej maści – dodała panna Kelly.
– Och, święte słowa, panno Kelly – powie­działa kobieta z ondu­la­cją, paku­jąc zakupy do siatki – i nie możemy narze­kać, prawda? No bo czy ludzie do zamia­ta­nia ulic też nie są potrzebni?

* * *

W sobotę za poży­czone od matki pie­nią­dze Eilis kupiła ciem­no­zie­lony far­tuch u Dana Bol­gera. Wie­czo­rem popro­siła matkę o budzik. Musiała wstać przed szó­stą.
Kiedy Jack, naj­bliż­szy jej wie­kiem, ruszył w ślad za star­szymi braćmi do Bir­ming­ham, Eilis prze­nio­sła się do pokoju chłop­ców, dzięki czemu Rose miała wła­sną sypial­nię, którą matka codzien­nie rano sta­ran­nie sprzą­tała. Renta matki była skromna, finan­sowo więc były zależne od Rose, która pra­co­wała w sekre­ta­ria­cie Davis’s Mill; jej pen­sja pozwa­lała zaspo­koić więk­szość ich potrzeb. Spo­ra­dycz­nie przy­cho­dziły dodat­kowe pie­nią­dze od chłop­ców z Anglii. Dwa razy do roku Rose jeź­dziła do Dublina na wyprze­daże i w stycz­niu wra­cała z nowym płasz­czem i gar­sonką, a w sierp­niu z nową sukienką, z nowymi kar­di­ga­nami, spód­ni­cami i bluz­kami dobie­ra­nymi czę­sto tak, żeby nie wyszły szybko z mody, i trzy­ma­nymi w sza­fie do następ­nego sezonu. Przy­ja­ciółki Rose były teraz w więk­szo­ści albo kobie­tami zamęż­nymi, zwy­kle star­szymi od niej, z odcho­wa­nymi dziećmi, albo żonami pra­cow­ni­ków ban­ków, które miały czas na grę w golfa w let­nie wie­czory lub w week­endy w mie­sza­nych czwór­kach.
Trzy­dzie­sto­let­nia Rose z każ­dym rokiem zda­niem Eilis zyski­wała na atrak­cyj­no­ści i choć w minio­nych latach miała kilku ado­ra­to­rów, nie wyszła za mąż; czę­sto powta­rzała, że pro­wa­dzi dużo cie­kaw­sze życie niż wiele jej kole­ża­nek z klasy, które widy­wano na uli­cach, jak pchają wózki z ose­skami. Eilis była dumna z tego, jak bar­dzo sio­stra dba o wygląd i z kim się zadaje w mia­steczku i w klu­bie gol­fo­wym. Wie­działa, że Rose pró­bo­wała zna­leźć dla niej pracę w sekre­ta­ria­cie swo­jej firmy i że zapła­ciła za jej książki, gdy zaczęła cho­dzić na kurs rachun­ko­wo­ści i pod­staw księ­go­wo­ści, ale wie­działa też, że przy­naj­mniej w tej chwili w Enni­scor­thy nie ma pracy dla nikogo – bez względu na kwa­li­fi­ka­cje.
Eilis nie powie­działa Rose o pro­po­zy­cji panny Kelly; nato­miast w trak­cie szko­le­nia sta­rała się zapa­mię­tać wszyst­kie szcze­góły, żeby zre­la­cjo­no­wać je matce, która śmiała się do roz­puku i pro­siła, by nie­które frag­menty opowie­działa raz jesz­cze.
– Ta twoja panna Kelly – skwi­to­wała – nie jest wcale lep­sza od swo­jej matki, a sły­sza­łam od kogoś, kto tam kie­dyś pra­co­wał, że ta baba była dia­błem wcie­lo­nym. Tym­cza­sem przed ślu­bem pra­co­wała jako zwy­kła poko­jówka u Roche’a. Kie­dyś nad skle­pem mieli pen­sjo­nat i jeśli się u niej pra­co­wało lub choćby wynaj­mo­wało pokój albo robiło spra­wunki w skle­pie, ta kobieta zacho­wy­wała się jak dia­blica. No chyba że, oczy­wi­ście, miało się mnó­stwo pie­nię­dzy albo było się księ­dzem.
– Popra­cuję tam, dopóki nie znajdę cze­goś innego – wtrą­ciła Eilis.
– To samo powie­dzia­łam Rose, kiedy jej o tym mówi­łam – odparła matka. – I nie słu­chaj jej, jeśli będzie ci coś per­swa­do­wać.
Rose nie wspo­mniała jed­nak ani sło­wem o tym, że Eilis zamie­rza pod­jąć pracę u panny Kelly. Dała jej nato­miast bla­do­żółty kar­di­gan, któ­rego pra­wie w ogóle nie nosiła, twier­dząc, że ten kolor jej nie pasuje i że lepiej będzie wyglą­dał na Eilis. Poda­ro­wała jej też szminkę. W sobotni wie­czór nie było jej w domu, nie widziała więc, jak Eilis, chcąc być wypo­częta pierw­szego dnia pracy u panny Kelly, kła­dzie się wcze­śnie spać, mimo iż Nancy i Annette wybie­rały się wie­czo­rem do kina.
Tylko raz, wiele lat wcze­śniej, Eilis była na mszy o siód­mej rano, w Boże Naro­dze­nie, kiedy jesz­cze żył ojciec, a bra­cia miesz­kali w domu. Pamię­tała, że zosta­wiw­szy pre­zenty pod cho­inką w salo­nie na pię­trze, wyszły z mamą na palusz­kach, gdy tamci wciąż spali, i wró­ciły w chwili, gdy chłopcy, Rose i ojciec po prze­bu­dze­niu zaczęli roz­pa­ko­wy­wać paczki. Pamię­tała mrok, chłód i nie­sa­mo­witą urodę wylud­nio­nego mia­steczka. Teraz, gdy wyszła z domu, tuż po wpół do siód­mej, ze skle­po­wym far­tu­chem w siatce i ze zwią­za­nymi w kucyk wło­sami, prze­szła ulicz­kami do kate­dry, sta­ra­jąc się mieć spory zapas czasu.
Pamię­tała, że w tam­ten świą­teczny pora­nek przed wielu laty ławki w nawie głów­nej kate­dry były pra­wie pełne. Kobiety, które cze­kał długi dzień przy­go­to­wań w kuchni, chciały zacząć wcze­śnie. Teraz jed­nak nie było pra­wie nikogo. Rozej­rzała się za panną Kelly, ale zoba­czyła ją dopiero pod­czas komu­nii i wtedy zdała sobie sprawę, że cały czas sie­działa po dru­giej stro­nie. Eilis patrzyła, jak idzie główną nawą ze złą­czo­nymi dłońmi i spusz­czo­nym wzro­kiem, a za nią drep­cze Mary w czar­nej man­tyli. Obie pew­nie nic nie jadły, pomy­ślała, tak zresztą jak ona, i cie­kawa była, kiedy zje­dzą śnia­da­nie.
Po zakoń­cze­niu mszy posta­no­wiła, że nie będzie cze­kać na pannę Kelly przed kate­drą, przy­sta­nęła nato­miast przy kio­sku, gdzie wła­śnie roz­pa­ko­wy­wano paczki z gaze­tami, a potem zacze­kała na nią przed wej­ściem do sklepu. Panna Kelly nie pozdro­wiła jej ani się nie uśmiech­nęła, tylko pode­szła ze skwa­szoną miną do bocz­nych drzwi, naka­zu­jąc Eilis i Mary, żeby zacze­kały na zewnątrz. Gdy otwo­rzyła główne drzwi do sklepu i zaczęła zapa­lać świa­tła, Mary prze­szła na zaple­cze i wzięła się do prze­no­sze­nia boch­nów chleba pod ladę. Eilis zdała sobie sprawę, że to wczo­raj­szy chleb; w nie­dzielę nie było dostaw pie­czywa. Stała i patrzyła, jak panna Kelly naj­pierw roz­wija nowy pasek dłu­giego żół­tego papieru posma­ro­wa­nego lepem na muchy, a potem roz­ka­zuje Mary sta­nąć za ladą, przy­twier­dzić lep do sufitu i zdjąć stary, cały obkle­jony mar­twymi owa­dami.
– Much nikt nie lubi – oznaj­miła panna Kelly – zwłasz­cza przy nie­dzieli.
Nie­długo potem do sklepu weszły dwie, trzy osoby kupić papie­rosy. I cho­ciaż Eilis wło­żyła już far­tuch, panna Kelly pole­ciła, żeby klien­tów obsłu­żyła Mary. Gdy wyszli, Mary na roz­kaz sze­fo­wej udała się na górę zapa­rzyć czaj­ni­czek her­baty, który potem dostar­czyła do kio­sku z gaze­tami w zamian za – jak zauwa­żyła Eilis – dar­mowy egzem­plarz „Sun­day Press”, który panna Kelly zło­żyła i scho­wała. Eilis zauwa­żyła też, że ani panna Kelly, ani Mary nic nie zja­dły ani nie wypiły. Panna Kelly zapro­wa­dziła ją na zaple­cze.
– Ten chleb tutaj – instru­owała ją, wska­zu­jąc na stół – jest naj­śwież­szy. Przy­wieźli go wczo­raj wie­czo­rem aż od Staf­forda, ale sprze­da­jemy go tylko wybra­nym klien­tom. Więc pod żad­nym pozo­rem nie ruszaj tego chleba. Dla więk­szo­ści klien­tów dobry będzie tam­ten. I nie mamy pomi­do­rów. Te tutaj nie są na sprze­daż, chyba że dam ci odpo­wied­nie instruk­cje.
Po mszy na dzie­wiątą zja­wiła się pierw­sza fala klien­tów. Ci, któ­rzy przy­szli po papie­rosy i sło­dy­cze, naj­wy­raź­niej wie­dzieli, że mają podejść do Mary. Panna Kelly stała z tyłu, prze­no­sząc spoj­rze­nie z drzwi na Eilis i z Eilis na drzwi. Spraw­dzała każdą cenę, którą zapi­sy­wała Eilis, bez­zwłocz­nie pod­po­wia­dała jej te, któ­rych nie pamię­tała, i sama spi­sy­wała i doda­wała liczby po zro­bie­niu tego przez Eilis, nie pozwa­la­jąc jej wydać reszty, dopóki nie zoba­czyła poda­nych pie­nię­dzy. Oprócz tego pozdra­wiała niektó­rych klien­tów po imie­niu, zapra­szała ich na począ­tek kolejki i nale­gała, żeby Eilis prze­rwała wyko­ny­waną aku­rat czyn­ność i ich obsłu­żyła.
– Och, pani Pren­der­gast, zaj­mie się panią nasza nowa pra­cow­nica, a Mary zanie­sie pani wszystko do samo­chodu.
– Muszę naj­pierw skoń­czyć tutaj – odpo­wie­działa Eilis, miała jesz­cze bowiem kilka pozy­cji do zamknię­cia kolej­nego zamó­wie­nia.
– Och, Mary sobie z tym pora­dzi – zarzą­dziła panna Kelly.
Przy ladzie kolejka wydłu­żyła się do pię­ciu osób.
– Ja byłem następny! – zawo­łał jeden z męż­czyzn, gdy panna Kelly wró­ciła do lady z chle­bem.
– Chwi­leczkę, jest duży ruch, a pan musi zacze­kać na swoją kolej.
– Ale ja byłem następny – upie­rał się klient – a tę panią obsłu­żono przede mną.
– No więc czego pan chce?
Męż­czy­zna trzy­mał w ręku kartkę z listą zaku­pów.
– Eilis za chwi­leczkę pana obsłuży – komen­de­ro­wała panna Kelly – ale dopiero po pani Mur­phy.
– Ona też stała za mną.
– Oba­wiam się, że jest pan w błę­dzie – orze­kła panna Kelly. – Eilis, pospiesz się no, klienci cze­kają. Nikt nie ma całego dnia. Ten pan jest następny, zaraz po pani Mur­phy. Ile poli­czy­łaś za tę her­batę?
I tak pra­wie do pierw­szej. Nie było żad­nej prze­rwy, nic do jedze­nia ani do picia i Eilis umie­rała z głodu. Nikogo nie obsłu­gi­wano według kolej­no­ści. Panna Kelly infor­mo­wała nie­któ­rych klien­tów, w tym dwie przy­ja­ciółki Rose, które pozdro­wiły poufale Eilis, że ma wyśmie­nite świeże pomi­dory. Sama je zwa­żyła, a fakt, że Eilis zna te kobiety, wyraź­nie jej zaim­po­no­wał. Innych infor­mo­wała sta­now­czo, że nie mają pomi­do­rów, ani jed­nego. Wybra­nym klien­tom otwar­cie, z nie­jaką dumą, poda­wała świeży chleb. Pro­blem pole­gał na tym, Eilis zdała sobie sprawę, że w mie­ście nie ma dru­giego tak dobrze zaopa­trzo­nego sklepu otwar­tego w nie­dzielne przed­po­łu­dnia, nie­mniej odno­siła też wra­że­nie, że ludzie przy­cho­dzą tu z przy­zwy­cza­je­nia i nie prze­szka­dza im, jeśli muszą odstać swoje, lubią wręcz ten ścisk i tłok.

* * *

Cho­ciaż posta­no­wiła sobie, że w domu przy kola­cji nie wspo­mni o nowej pracy u panny Kelly, chyba że Rose pierw­sza poru­szy ten temat, Eilis nie mogła się powstrzy­mać i gdy tylko usia­dły, zaczęła rela­cjo­no­wać poranne wyda­rze­nia.
– Kie­dyś wstą­pi­łam tam – rze­kła Rose – gdy wra­ca­łam z kościoła, i obsłu­żyła przede mną Mary Dela­hunt. Odwró­ci­łam się na pię­cie i wyszłam. Jest tam taki zapach. Nie wiem czego. Zatrud­nia tę swoją małą nie­wol­nicę, prawda? Zabrała ją z klasz­toru.
– Jej ojciec był cał­kiem miły – wspo­mi­nała matka – ale dziew­czyna nie miała szans, bo jak ci mówi­łam, Eilis, jej matka była dia­błem wcie­lo­nym. Sły­sza­łam, że kiedy jedna ze słu­żą­cych się popa­rzyła, nie pozwo­liła jej nawet pójść do leka­rza. Matka zmu­szała Nelly do pracy, gdy tylko mała nauczyła się cho­dzić. Chce­cie wie­dzieć, co z nią jest nie tak? Ta kobieta ni­gdy nie widziała dzien­nego świa­tła, ot co.
– Nelly Kelly? – zapy­tała Rose. – Naprawdę tak się nazywa?
– W szkole ina­czej ją nazy­wali.
– Jak?
– Wszy­scy wołali na nią Pokrzywa. Zakon­nice nie mogły nas powstrzy­mać. Dobrze ją pamię­tam: była rok, dwa lata ode mnie młod­sza. Zawsze cho­dziło za nią pięć, sześć dziew­czyn od sza­ry­tek i wołały za nią „Pokrzywa!”. Nic dziw­nego, że teraz jest stuk­nięta.
Zapa­dło na chwilę mil­cze­nie, gdy Rose i Eilis prze­tra­wiały jej słowa.
– Nie wia­domo: śmiać się czy pła­kać – stwier­dziła Rose.
Eilis prze­ko­nała się w trak­cie tej kola­cji, że potrafi naśla­do­wać głos panny Kelly, czym roz­śmie­szyła sio­strę i matkę. Zasta­na­wiała się, czy jako jedyna pamięta, że Jack, naj­młod­szy z jej braci, kie­dyś naśla­do­wał nie­dzielne kaza­nia, radio­wych komen­ta­to­rów spor­to­wych, nauczy­cieli ze szkoły i wiele postaci z mia­sta i wszy­scy się wtedy pokła­dali ze śmie­chu. Nie wie­działa, czy jej towa­rzyszki zdają sobie też sprawę z tego, że śmieją się przy tym stole po raz pierw­szy, odkąd Jack ruszył w ślad za braćmi do Bir­ming­ham. Bar­dzo chciała o nim przy­po­mnieć, wie­działa jed­nak, że zasmu­ci­łaby tym matkę. Nawet kiedy przy­cho­dził od niego list, poda­wały go sobie w mil­cze­niu. Na­dal więc paro­dio­wała pannę Kelly i prze­stała dopiero wtedy, kiedy ktoś przy­je­chał po Rose i zabrał ją na golfa, a Eilis i jej matce pozo­stało sprząt­nię­cie ze stołu i zmy­cie naczyń.

* * *

O dzie­wią­tej wie­czo­rem Eilis sta­wiła się u Nancy Byrne, zda­jąc sobie sprawę, że nie zadbała dosta­tecz­nie o swój wygląd. Umyła wpraw­dzie włosy i wło­żyła let­nią sukienkę, uwa­żała jed­nak, że wygląda fatal­nie, i pogo­dziła się z myślą, że jeśli Nancy zatań­czy wię­cej niż jeden raz z Geo­rge’em She­ri­da­nem, wróci sama do domu. Cie­szyła się, że Rose nie widziała jej przed wyj­ściem, bo na pewno zmu­si­łaby ją, żeby zro­biła coś z fry­zurą, uma­lo­wała się i spró­bo­wała ubrać bar­dziej ele­gancko.
– Zasada jest taka – zapo­wie­działa Nancy – że nawet nie zer­kamy w stronę Geo­rge’a She­ri­dana, może przyjść z całą grupą z klubu rugby, a może w ogóle się nie poja­wić. W nie­dzielne wie­czory czę­sto bywają w Cour­town, ta ich cała paczka. Mamy więc być pochło­nięte roz­mową. A ja nie tań­czę z nikim innym, bo dopiero by było, gdyby aku­rat wtedy wszedł i mnie zoba­czył. Więc jeśli ktoś podej­dzie i poprosi nas do tańca, po pro­stu wsta­jemy i idziemy do toa­lety.
Było jasne, że Nancy z pomocą sio­stry i matki, któ­rym w końcu wyja­wiła, że poprzed­niej nie­dzieli tań­czyła z Geo­rge’em She­ri­da­nem, poczy­niła odpo­wied­nie przy­go­to­wa­nia. Dzień wcze­śniej była u fry­zjera. Wło­żyła nie­bie­ską sukienkę, którą Eilis widziała przed­tem tylko raz, a teraz robiła sobie maki­jaż przed lustrem w łazience, gdy matka z sio­strą co chwila wcho­dziły i wycho­dziły, nie szczę­dząc jej rad, komen­ta­rzy i kom­ple­men­tów.
Prze­szły w mil­cze­niu Friary Street do Church Street, a potem dotarły do Castle Street i wspięły się scho­dami do sali tanecz­nej na pię­trze Athe­na­eum. Eilis nie dzi­wiło, że Nancy tak bar­dzo się dener­wuje. Minął rok, odkąd prze­żyła straszny zawód ze strony swo­jego poprzed­niego chło­paka, który przy­szedł pew­nego wie­czoru z inną dziew­czyną, wła­śnie tutaj, i całą noc się z nią bawił, led­wie dostrze­ga­jąc obec­ność Nancy, która sie­działa przy sto­liku i wszystko obser­wo­wała. Póź­niej wyje­chał do Anglii i wró­cił na krótko tylko po to, żeby wziąć z tamtą dziew­czyną ślub. Nie cho­dziło jedy­nie o to, że Geo­rge She­ri­dan jest przy­stojny i ma samo­chód, i że pro­wa­dzi zna­ko­mi­cie pro­spe­ru­jący sklep na rynku; inte­res ten miał odzie­dzi­czyć w cało­ści po śmierci matki. Dla Nancy, która pra­cuje za ladą w skle­pie fir­mo­wym But­tle’s Bar­ley-Fed Bacon, zwią­zek z Geo­rge’em She­ri­danem jest snem, z któ­rego nie chce się zbu­dzić, pomy­ślała Eilis, kiedy razem z Nancy roz­glą­dały się po sali, uda­jąc, że nie wypa­trują nikogo kon­kret­nego.
Kilka par tań­czyło, a przy drzwiach stała grupka męż­czyzn.
– Wyglą­dają, jakby przy­szli pro­sto z targu bydlę­cego – stwier­dziła Nancy. – I Boże, jak ja nie­na­wi­dzę bry­lan­tyny.
– Jeśli podej­dzie do nas któ­ryś z nich, natych­miast wstaję – zapo­wie­działa Eilis – a ty mówisz mu, że musisz iść ze mną do toa­lety.
– Powin­ny­śmy przyjść w gru­bych oku­la­rach, z krzy­wymi zębami i zosta­wić sobie tłu­ste strąki – skwi­to­wała Nancy.
Robiło się coraz tłocz­niej, ale Geo­rge She­ri­dan na­dal się nie zja­wiał. I choć męż­czyźni prze­cho­dzili przez salę, by popro­sić do tańca jakąś dziew­czynę, żaden nie pod­szedł ani do Nancy, ani do Eilis.
– Będą gadać, że jeste­śmy z tych, co to pod­pie­rają ściany – stwier­dziła Nancy.
– Są gor­sze prze­zwi­ska – powie­działa Eilis.
– Jasne. Mogliby gadać, że jeste­śmy jak auto­bus do Court­na­cuddy, co to wpusz­cza każ­dego na żąda­nie – rzu­ciła Nancy.
Nawet kiedy obie prze­stały się śmiać i na nowo roz­glą­dały się po sali, gdy jedna z nich zaczy­nała chi­cho­tać, od razu zara­żała śmie­chem drugą.
– Wezmą nas za wariatki – wyra­ziła obawę Eilis.
Nagle sie­dząca obok niej Nancy spo­waż­niała. Gdy Eilis zer­k­nęła w stronę baru, gdzie sprze­da­wano napoje, zauwa­żyła, że przy­był Geo­rge She­ri­dan z Jimem Far­rel­lem i kil­koma zna­jo­mymi z klubu rugby i że towa­rzy­szy im kilka mło­dych kobiet. Ojciec Jima Far­rella był wła­ści­cie­lem pubu na Rafter Street.
– Dość tego – wyszep­tała Nancy. – Wra­cam do domu.
– Zacze­kaj, nie rób tego – pora­dziła Eilis. – Po tej wią­zance pój­dziemy do toa­lety i obga­damy, co robić dalej.
Odcze­kały na wła­ściwy moment i prze­szły przez opu­sto­szały par­kiet; Eilis wyda­wało się, że Geo­rge She­ri­dan je zauwa­żył. W toa­le­cie powie­działa Nancy, żeby jesz­cze zacze­kała i że wyjdą z toa­lety, kiedy na dobre zacznie się następny taniec. Tak też zro­biły i gdy Eilis dys­kret­nie spoj­rzała tam, gdzie wcze­śniej stał Geo­rge z grupką swo­ich zna­jo­mych, ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Gdy szu­kały wol­nych miejsc, gdzie mogłyby usiąść, twarz Nancy pokryła się czer­wo­nymi pla­mami; wyglą­dała jak uczen­nica, któ­rej zakon­nice kazały wyjść i sta­nąć za drzwiami. Cały taniec prze­sie­działy bez słowa. Wszystko, co mogłaby powie­dzieć, wyda­wało się Eilis absur­dalne, trzy­mała więc język za zębami, zda­wała sobie jed­nak sprawę, że komuś, kto zwróci na nie uwagę, muszą wydać się żało­sne. Posta­no­wiła, że jeśli Nancy choćby w naj­sub­tel­niej­szy spo­sób zasu­ge­ruje, że powinny wyjść w prze­rwie, natych­miast się zgo­dzi. Pra­gnęła być już na dwo­rze; wie­działa, że póź­niej znajdą spo­sób, by całą rzecz obró­cić w żart.

Colm Tóibín
Long Island
Przekład: Jerzy Kozłowski
Seria „Salamandra”
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 14 października 2025
 

I

– Znowu był tu ten Irland­czyk – oznaj­miła Fran­ce­sca, sia­da­jąc przy kuchen­nym stole. – Pukał do wszyst­kich drzwi, ale to cie­bie szuka. Powie­dzia­łam mu, że nie­długo będziesz w domu.
– Czego chce? – spy­tała Eilis.
– Zro­bi­łam wszystko, żeby to z niego wycią­gnąć, ale nie puścił pary z ust. Pytał kon­kret­nie o cie­bie.
– Wie, jak się nazy­wam?
W uśmie­chu Fran­ce­ski dostrze­gła alu­zyjny cień. Eilis ceniła inte­li­gen­cję teścio­wej, a także jej szel­mow­skie poczu­cie humoru.
– Jesz­cze jeden facet. Tego mi tylko trzeba – stwier­dziła z prze­ką­sem Eilis.
– Mnie tego nie musisz tłu­ma­czyć – odparła Fran­ce­sca.
Roze­śmiały się i Fran­ce­sca wstała, żeby wyjść. Eilis patrzyła przez okno, jak teściowa ostroż­nie stąpa po wil­got­nej tra­wie, odda­la­jąc się w stronę swo­jego domu.
Nie­długo ze szkoły wróci Larry, potem Rosella ze szkol­nego kółka, a póź­niej będzie sły­chać, jak Tony par­kuje pod domem samo­chód.
Byłaby to ide­alna chwila na papie­rosa. Ale odkryw­szy, że Larry popala, zawarła z nim umowę: jeśli obieca, że nie będzie palił, sama też nie się­gnie po papie­rosa. Wciąż miała na górze paczkę.
Gdy zadzwo­nił dzwo­nek do drzwi, Eilis dźwi­gnęła się leni­wie, przy­pusz­cza­jąc, że to jeden z braci stry­jecz­nych Larry’ego, który chce go wycią­gnąć na dwór.
W przed­po­koju za mlecz­nym szkłem w drzwiach dostrze­gła jed­nak syl­wetkę doro­słego męż­czy­zny. Dopiero gdy ją zawo­łał, uprzy­tom­niła sobie, że to ten sam, o któ­rym wspo­mi­nała Fran­ce­sca. Otwo­rzyła drzwi.
– Eilis Fio­rello to pani?
Mówił z irlandz­kim akcen­tem, z rejonu Done­gal, pomy­ślała, jak jeden z jej daw­nych nauczy­cieli. Także jego postawa, jak gdyby szy­ko­wał się na kon­fron­ta­cję, koja­rzyła jej się z rodzin­nym kra­jem.
– Tak, to ja.
– Szu­kam pani.
W jego tonie było coś agre­syw­nego. Zasta­na­wiała się, czy firma Tony’ego jest mu winna jakieś pie­nią­dze.
– Tak sły­sza­łam.
– Jest pani żoną tego hydrau­lika?
Ponie­waż pyta­nie brzmiało nie­uprzej­mie, nie widziała powodu, żeby odpo­wia­dać.
– Zna się na swoim fachu, ten pani mężu­lek. Powie­dział­bym, że jest roz­chwy­ty­wany.
Męż­czy­zna zamilkł na chwilę i obej­rzał się, żeby spraw­dzić, czy nikt nie słu­cha.
– Wszystko nam w domu wyrych­to­wał – mówił dalej, wycią­ga­jąc w jej stronę palec. – A nawet tro­chę wię­cej, niże­śmy się uma­wiali. Przy­cho­dził regu­lar­nie, jak wie­dział, że zasta­nie panią domu, ale nie mnie. I jest tak dobry w prze­py­cha­niu rur, że moja żona w sierp­niu spo­dziewa się dziecka.
Cof­nął się o krok i uśmiech­nął sze­roko na widok nie­do­wie­rza­nia na jej twa­rzy.
– Tak, tak. Dla­tego tu jestem. I jedno wiem na pewno: nie ja jestem ojcem. Nie mia­łem z tym nic wspól­nego. Jestem za to mężem kobiety, która uro­dzi to dziecko, i jeśli komuś się wydaje, że mam zamiar wycho­wy­wać we wła­snym domu bachora wło­skiego hydrau­lika i wma­wiać wła­snym dzie­ciom, że zostało poczęte przy­zwo­icie tak jak one, to się grubo myli.
Znowu wymie­rzył w nią palec.
– Więc jak tylko ten mały bękart się uro­dzi, przy­wożę go tutaj. I jeśli nikogo nie będzie w domu, wrę­czę go tej dru­giej kobie­cie. A jeśli nikogo nie będzie w żad­nym z tych domów, które należą do was, zosta­wię je tutaj, pod tymi drzwiami. – Pod­szedł bli­żej i dodał cicho: – I może pani powtó­rzyć ode mnie mężu­siowi, że jeśli zoba­czę gdzieś jego facjatę, potrak­tuję go żela­znym prę­tem, który trzy­mam na podo­rę­dziu. To co, wyra­zi­łem się dosta­tecz­nie jasno?
Eilis chciała go zapy­tać, z któ­rej czę­ści Irlan­dii pocho­dzi, ażeby w ten spo­sób zigno­ro­wać jego słowa, on jed­nak już się odwró­cił. Pró­bo­wała wymy­ślić, co innego mogłaby powie­dzieć, co by go zain­te­re­so­wało.
– Wyra­zi­łem się dosta­tecz­nie jasno? – powtó­rzył pyta­nie, gdy był już przy swoim samo­cho­dzie. Gdy nie odpo­wie­działa, zro­bił ruch, jakby znowu miał podejść do drzwi. – Zoba­czymy się w sierp­niu, pani Eilis, a moż­liwe, że już pod koniec lipca, i wtedy będziemy się widzieć po raz ostatni.
– Skąd pan wie, jak mam na imię?
– Ten pani mąż to straszny gaduła. Stąd wiem, jak ma pani na imię. Wypa­plał mojej żonie wszystko.
Gdyby był Wło­chem albo po pro­stu Ame­ry­ka­ni­nem, nie wie­dzia­łaby, jak oce­nić, czy rzu­cił groźbę, któ­rej nie ma zamiaru speł­nić. Nale­żał do tych męż­czyzn, jak sądziła, któ­rzy lubią brzmie­nie wła­snego głosu. Ale roz­po­znała w nim jakąś zawzię­tość, może nawet rodzaj szcze­ro­ści.
Znała takich męż­czyzn w Irlan­dii. Jeśli odkry­wali, że żona dopu­ściła się zdrady i jest w ciąży, nie zamie­rzali zatrzy­my­wać w domu dziecka.
Jed­nak w rodzin­nych stro­nach żaden męż­czy­zna nie byłby w sta­nie zabrać nowo­rodka i zosta­wić go pod drzwiami innego domu. Ktoś by go zoba­czył. Ksiądz, lekarz albo poli­cjant kazałby go zabrać z powro­tem. Tym­cza­sem tutaj, w tej spo­koj­nej śle­pej uliczce, mógłby zosta­wić dziecko pod jej drzwiami i nikt by go nie zauwa­żył. Naprawdę mógłby to zro­bić. I spo­sób, w jaki mówił, w jaki zaci­skał szczęki, deter­mi­na­cja w jego spoj­rze­niu, to wszystko ją prze­ko­ny­wało, że nie rzuca słów na wiatr.
Gdy tylko odje­chał, wró­ciła do salonu i usia­dła. Zamknęła oczy.
Gdzieś nie­da­leko miesz­kała kobieta, która jest w ciąży z dziec­kiem Tony’ego. Eilis nie wie­działa, dla­czego zało­żyła, że ta kobieta też jest Irlandką. Może to bar­dziej praw­do­po­dobne, że męż­czyź­nie, który ją odwie­dził, łatwiej pomia­tać Irlandką. Każda inna mogłaby mu się prze­ciw­sta­wić albo od niego odejść. Nagle obraz tej kobiety, która przy­cho­dzi sama z nie­mow­lę­ciem szu­kać pomocy u Tony’ego, prze­ra­ził ją bar­dziej niż obraz pozo­sta­wio­nego pod drzwiami dziecka. Póź­niej jed­nak ta druga moż­li­wość, gdy pozwo­liła ją sobie wyobra­zić z zimną pre­cy­zją, przy­pra­wiła ją o mdło­ści. A jeśli nie­mowlę będzie pła­kać? Pod­nie­sie je z ziemi? A jeśli tak, co zrobi potem?
Gdy wstała i prze­nio­sła się na inny fotel, ten męż­czy­zna, który tak nie­dawno stał przed nią, praw­dziwy, kon­kretny i natar­czywy, wyda­wał jej się kimś, o kim prze­czy­tała albo kogo widziała w tele­wi­zji. Było po pro­stu nie­moż­liwe, że w jed­nej chwili w domu pano­wał cał­ko­wity spo­kój, a zaraz potem zja­wił się ten czło­wiek.
Gdyby mogła się komuś zwie­rzyć, może wie­dzia­łaby, co o tym myśleć, co począć. Nagle ujrzała w myślach Rose, swoją star­szą sio­strę, nie­ży­jącą od ponad dwu­dzie­stu lat. Przez całe dzie­ciń­stwo w chwi­lach naj­drob­niej­szych choćby kry­zy­sów mogła zwró­cić się do Rose, a ta natych­miast przej­mo­wała kon­trolę. Eilis ni­gdy się nie zwie­rzała matce, pani Lacey miesz­kała zresztą w Irlan­dii i nie miała w domu tele­fonu. Obie szwa­gierki, Lena i Clara, pocho­dziły z wło­skich rodzin i były bli­sko ze sobą, ale nie z Eilis.
Spoj­rzała na apa­rat na sto­liku w przed­po­koju. Gdyby tylko znała jakiś numer, który mogłaby teraz wybrać, jedną przy­ja­zną duszę, któ­rej by zre­la­cjo­no­wała ode­graną wła­śnie pod jej drzwiami scenę! Nie cho­dziło o to, że ten męż­czy­zna, jak­kol­wiek się nazy­wał, stałby się bar­dziej rze­czy­wi­sty, gdyby go komuś opi­sała. Nie miała wąt­pli­wo­ści, że ist­niał naprawdę.
Pod­nio­sła słu­chawkę, jakby miała zamiar wykrę­cić czyjś numer. Przez jakiś czas słu­chała sygnału. Odło­żyła słu­chawkę, znowu ją pod­nio­sła. Musi być ktoś, do kogo mogłaby zadzwo­nić. Trzy­ma­jąc słu­chawkę przy uchu, uzmy­sło­wiła sobie, że nie ma nikogo takiego.
Czy Tony wie­dział, że ten męż­czy­zna się pojawi? Pró­bo­wała sobie przy­po­mnieć, jak się zacho­wy­wał w minio­nych tygo­dniach, ale nie przy­wo­łała z pamięci niczego, co by odbie­gało od normy.
Weszła na górę i rozej­rzała się po swo­jej sypialni, jakby była w tym domu kimś obcym. Pod­nio­sła piżamę Tony’ego z pod­łogi, gdzie ją rano zosta­wił, i zasta­na­wiała się, czy powinna prze­stać prać jego rze­czy. I zro­zu­miała, że to nie mia­łoby naj­mniej­szego sensu.
Może mu powie, żeby się prze­niósł do domu matki i że się z nim roz­mówi, gdy zbie­rze myśli?
A co, jeśli to jakieś nie­po­ro­zu­mie­nie? Popeł­ni­łaby błąd, zbyt pochop­nie posą­dza­jąc o naj­gor­sze czło­wieka, który od ponad dwu­dzie­stu lat jest jej mężem.
Weszła do pokoju Larry’ego i zaczęła wodzić wzro­kiem po dużym pla­nie Neapolu, który przy­piął do ściany. Utrzy­my­wał, że to jego praw­dziwe rodzinne mia­sto, i igno­ro­wał ją, gdy pró­bo­wała mu per­swa­do­wać, że jest pół-Irland­czy­kiem i że jego ojciec uro­dził się w Ame­ryce, a zresztą dziad­ko­wie pocho­dzą z wio­ski na połu­dnie od tego mia­sta.
– Przy­pły­nęli do Ame­ryki z Neapolu – upie­rał się Larry. – Możesz ich zapy­tać.
– A ja przy­pły­nę­łam z Liver­po­olu, co nie zna­czy, że tam miesz­ka­łam.
Na kilka tygo­dni, gdy przy­go­to­wy­wał szkolną pre­zen­ta­cję o Neapolu, upodob­nił się do swo­jej sio­stry, fascy­no­wały go szcze­góły i był gotów sie­dzieć do późna, żeby skoń­czyć to, co zaczął. Gdy jed­nak pre­zen­ta­cja była gotowa, wró­cił dawny Larry.
Teraz, w wieku szes­na­stu lat, prze­ra­stał Tony’ego, miał ciemne oczy i dużo ciem­niej­szą kar­na­cję niż ojciec i stry­jo­wie. Prze­jął za to po nich, zda­niem Eilis, pewną skłon­ność, mia­no­wi­cie doma­gał się, by w domu sza­no­wano jego zain­te­re­so­wa­nia, a jed­no­cze­śnie wyśmie­wał pre­ten­sje do powagi prze­ja­wiane przez matkę i sio­strę.
– Chcę po powro­cie z pracy – mawiał czę­sto Tony – umyć się, otwo­rzyć piwo i się zre­lak­so­wać.
– Ja też tego chcę – pod­chwy­ty­wał Larry.
– Czę­sto pytam Boga – powie­działa raz Eilis – co jesz­cze mogę zro­bić, żeby mój mąż i syn poczuli się bar­dziej kom­for­towo.
– Mniej gada­nia, wię­cej tele­wi­zji – rzu­cił Larry.
W domach przy tej samej uliczce, gdzie miesz­kali z rodzi­nami bra­cia Tony’ego, Enzo i Mauro, dzieci nie odzy­wały się do rodzi­ców tak swo­bod­nie jak Rosella i Larry. Rosella lubiła spory, które mogła wygrać poprzez wyko­rzy­sta­nie fak­tów i znaj­do­wa­nie luk w rozu­mo­wa­niu dru­giej strony. Larry w każ­dej dys­ku­sji lubił zamie­niać spór w serię żar­tów. Choćby naj­bar­dziej się sta­rała, Eilis łapała się na tym, że kibi­cuje Roselli, podob­nie jak Tony czę­sto zaczy­nał się śmiać z jakie­goś absur­dal­nego argu­mentu Larry’ego, zanim nawet zaśmiał się on sam.
– Jestem jedy­nie hydrau­li­kiem – mawiał Tony. – Wzy­wa­nym tylko wtedy, gdy coś ciek­nie. Jed­nego jestem pewien: żaden hydrau­lik nie trafi do Bia­łego Domu, chyba że będą tam mieli pro­blemy z rurami.
– Aku­rat w Bia­łym Domu jest od groma prze­cie­ków – zażar­to­wał Larry.
– O pro­szę – zauwa­żyła Rosella – inte­re­su­jesz się poli­tyką.
– Gdyby Larry przy­ło­żył się do nauki – rze­kła Eilis – mógłby zasko­czyć wszyst­kich.

* * *

Eilis usły­szała, jak wcho­dzi Rosella. Zasta­na­wiała się, czy swo­bodna papla­nina ich czworga przy stole będzie teraz moż­liwa. Jeśli wizyta tego czło­wieka nie była jakie­goś rodzaju pod­stę­pem, pewna część jej życia dobie­gła końca. Wola­łaby, żeby w spra­wie ciąży żony pod­jął inną decy­zję, taką, która w żaden spo­sób nie anga­żo­wa­łaby jej ani Tony’ego. Szybko jed­nak pojęła, jak roz­pacz­liwe i płonne są takie pobożne życze­nia. Nie może już zmu­sić Irland­czyka, żeby nie zapu­kał do jej drzwi, bez względu na to, jak bar­dzo tego pra­gnie.
Gdy co wie­czór sia­dali do kola­cji, Tony rela­cjo­no­wał im swój dzień, szcze­gó­łowo opi­sy­wał klien­tów i ich domy, ile brudu zalega w oko­li­cach umy­walki lub sedesu. Jeśli Eilis kazała mu prze­stać, to tylko dla­tego, że Rosella i Larry za bar­dzo się śmiali.
– Dzięki temu mamy co jeść – mawiał Larry.
– Ale cze­kaj­cie, po połu­dniu było jesz­cze gorzej – zaczy­nał znowu Tony.
Od tej pory, pomy­ślała Eilis, będzie go obser­wo­wać, spraw­dza­jąc, co przed nią ukrywa.
Odkrzyk­nąw­szy Roselli pozdro­wie­nie, Eilis wró­ciła do głów­nej sypialni i zamknęła za sobą drzwi. Pró­bo­wała sobie wyobra­zić reak­cję Roselli, a także Larry’ego, na wieść, że Tony będzie miał dziecko z inną kobietą. Larry mimo swej zucho­wa­to­ści wciąż był, jak sądziła, bar­dzo dzie­cinny i to, że jego ojciec upra­wiał seks z inną kobietą, u któ­rej pra­co­wał, byłoby dla niego czymś nie do pomy­śle­nia, Rosella nato­miast czy­tała powie­ści i oma­wiała naj­bar­dziej dra­styczne sprawy sądowe ze stry­jem Fran­kiem, naj­młod­szym z braci Tony’ego. Jeśli mąż udu­sił żonę, a potem poćwiar­to­wał jej ciało, Frank, praw­nik, który jako jedyny z braci skoń­czył stu­dia, dowia­dy­wał się jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­ją­cych szcze­gó­łów i dzie­lił się nimi z bra­ta­nicą. Wia­do­mość, że ojciec wdał się w romans z inną kobietą, nie­ko­niecz­nie więc musiała zaszo­ko­wać Rosellę, ale Eilis nie była pewna.
Naj­dziw­niej­sze, pomy­ślała, że Tony zawsze był bar­dziej pru­de­ryjny niż ona. Czuł się nie­swojo, jeśli scena poca­łunku w tele­wi­zji trwała zbyt długo. Pod­czas rodzin­nych obia­dów razem z braćmi czę­sto się posztur­chi­wali i robili alu­zje do dow­ci­pów, któ­rych nie można było opo­wie­dzieć przy dzie­ciach, ale nic ponadto. Nikt ni­gdy przy stole nie opo­wie­dział takiego dow­cipu. Podo­bało jej się to, jak sta­ro­świecki jest Tony. Pamię­tała, jak się czer­wie­nił, gdy oma­wiali kwe­stię powięk­sze­nia rodziny. Osta­tecz­nie, pod­słu­chaw­szy roz­mowę dwóch szwa­gie­rek, które nie miały żad­nego pro­blemu z igno­ro­wa­niem nauk Kościoła, po pro­stu poło­żyła paczkę pre­zer­wa­tyw na sto­liku noc­nym Tony’ego.
Uśmiech­nął się, gdy je zauwa­żył, po czym otwo­rzył paczkę, jak gdyby nie był do końca pewny, co jest w środku.
– To dla mnie? – spy­tał.
– Przy­pusz­czam, że dla nas obojga – odparła.
Kilka mie­sięcy temu mógł sko­rzy­stać z jed­nej z tych pre­zer­wa­tyw w pew­nym celu, pomy­ślała, i wszyst­kim zaosz­czę­dziłby kło­po­tów, które ich teraz cze­kają.
Przy­sia­dła na skraju łóżka. Jak ma powie­dzieć Tony’emu, że był u nich ten czło­wiek? Zapra­gnęła nagle jakie­goś miej­sca, do któ­rego mogłaby się udać, miej­sca, gdzie nie musia­łaby roz­trzą­sać tego, co się wyda­rzyło.
Dodat­kowy pokój, który dobu­do­wali, kie­dyś domowe biuro Eilis, teraz był wyko­rzy­sty­wany przez Rosellę i Larry’ego do nauki, cho­ciaż w rze­czy­wi­sto­ści Larry spę­dzał tam nie­wiele czasu.
– Mogę ci zapa­rzyć her­baty, a nawet kawy, jeśli chcesz – zapro­po­no­wała, gdy zna­la­zła w nim Rosellę.
– Wczo­raj mi zro­bi­łaś – przy­po­mniała Rosella. – Dzi­siaj moja kolej.
Rosella potra­fiła się wyci­szyć, kiedy to z poważną miną sie­działa w mil­cze­niu, co odróż­niało ją od kuzy­nów. Ci wyko­rzy­sty­wali każdą spo­sob­ność, żeby wybuch­nąć gło­śnym śmie­chem albo wyra­zić swoje zdzi­wie­nie. Rosella spo­glą­dała wtedy w stronę matki w nadziei, że nie­długo będzie mogła opu­ścić rodzinny spęd i powró­cić do ciszy wła­snego domu. Gdy Tony i Larry zakłó­cali tę ciszę, czę­sto na przy­kład prze­ści­ga­jąc się w komen­to­wa­niu radio­wej trans­mi­sji meczu base­bal­lo­wego, Rosella zamy­kała się w swoim „gabi­ne­cie”, jak to okre­ślała. Namó­wiła nawet Tony’ego, żeby zain­sta­lo­wał w drzwiach zamek, by Larry nie mógł tam wtar­gnąć, gdy pró­bo­wała się skon­cen­tro­wać.
Cza­sem Eilis łapała się na myśli, że miesz­ka­nie po sąsiedzku z rodzi­cami Tony’ego i rodzi­nami jego dwóch braci jest dla niej przy­tła­cza­jące. Mogli nie­malże zaglą­dać sobie do okien. Jeśli decy­do­wała się na spa­cer, jedna ze szwa­gie­rek lub teściowa pytały ją, dokąd się wybiera i po co. Chęć zacho­wa­nia pry­wat­no­ści i izo­lo­wa­nia się przy­pi­sy­wały czę­sto jej irlandz­kiemu pocho­dze­niu.
Roselli nato­miast, z jej wło­ską urodą, nikt nie podej­rze­wał, by mogła mieć w sobie coś irlandz­kiego. Nie rozu­mieli więc, skąd się bie­rze ta jej powaga.
Rosella sta­rała się nie wyróż­niać. Wsłu­chi­wała się we wszystko, co mówią ciotki i kuzynki, rzu­cała komen­ta­rze na temat nowych stro­jów i fry­zur, ale tak naprawdę nie inte­re­so­wała się modą. Eilis wie­działa, że gdyby córka nie była tak ładna, uwa­żano by ją za mola książ­ko­wego i dzi­waczkę.
– Wdzięk i urodę – oznaj­miła jej bab­cia – odzie­dzi­czyła po mojej matce i ciotce. Pomi­nęły nasze poko­le­nie, bo Bóg jeden wie, że mnie nic się nie dostało, i odro­dziły się znowu w Ame­ryce. Rosella należy do daw­nych cza­sów. I te kobiety z mojej rodziny miały nie tylko urodę, ale i inte­li­gen­cję. Ciotka Giu­sep­pina była tak mądra, że mało bra­ko­wało, a nie wyszłaby za mąż.
– Czy to byłoby mądre? – spy­tała Rosella.
– Cóż, bywa cza­sem, że tak, ale w osta­tecz­nym roz­ra­chunku chyba jed­nak nie. I jestem pewna, że gdy przyj­dzie czas na cie­bie, będziesz mogła prze­bie­rać jak w ulę­gał­kach.
Dwa dni w tygo­dniu mię­dzy lek­cjami w szkole a kola­cją Rosella szła do babci i roz­ma­wiały ze sobą przez godzinę.
– Ale o czym wy roz­ma­wia­cie? – spy­tała Eilis.
– O zjed­no­cze­niu Włoch.
– Poważ­nie pytam.
– Wiesz, z trzech syno­wych cie­bie lubi naj­bar­dziej.
– Aku­rat!
– Dzi­siaj popro­siła mnie, bym się z nią pomo­dliła.
– O co?
– O to, żeby wujek Frank zna­lazł sobie dobrą żonę.
– Czyli jakąś Włoszkę?
– Jaką­kol­wiek żonę. I mówi, że bio­rąc pod uwagę jego inte­li­gen­cję, pen­sję i pre­mię oraz to, że mieszka na Man­hat­ta­nie, powinna się za nim usta­wiać na ulicy kolejka kobiet. Chyba nie zależy jej na tym, żeby to była Włoszka. Pamię­tasz, co zna­lazł tata, gdy się wybrał na irlandzką potań­cówkę.
– Nie wola­ła­byś mieć matki Włoszki? Życie nie byłoby wtedy prost­sze?
– Podoba mi się tak, jak jest.

* * *

Gdy Eilis prze­glą­dała książki na biurku Roselli, przy­szło jej do głowy, że życie, które córka bie­rze za pew­nik, zależy od tego, czy jej ojciec i jego dwaj żonaci bra­cia, pra­cu­jący razem, przy­kła­dają się do roboty, są sumienni i solidni na tyle, żeby ludzie im ufali. Więk­szość zle­ceń dosta­wali drogą poczty pan­to­flo­wej. Dzia­łali na tere­nie dużo więk­szym niż małe mia­sto, cza­sem jed­nak ich rewir wyda­wał się bar­dziej kame­ralny, bar­dziej zamknięty. Nie trzeba będzie długo cze­kać, aż ktoś się dowie, że Tony zro­bił klientce dzie­ciaka, pra­cu­jąc u niej w domu. I wia­do­mość ta roz­nie­sie się tak samo, jak by to się stało w małej wio­sce.
Do tej pory nie dopusz­czała do świa­do­mo­ści obrazu Tony’ego w robo­czym ubra­niu w domu tej kobiety. Teraz miała go przed oczami, jak się pod­nosi po napra­wie­niu rury i zastaje panią domu wpa­trzoną w niego z wdzięcz­no­ścią. Mogła sobie wyobra­zić począt­kową nie­śmia­łość Tony’ego. I póź­niej­sze ocią­ga­nie się z wyj­ściem. Zapad­nię­cie nie­zręcz­nej ciszy.
– Masz pro­blemy w warsz­ta­cie? – zapy­tała Rosella.
– Nie, skąd – odparła Eilis.
– Wyglą­dasz, jak­byś była czymś zaab­sor­bo­wana. W tej chwili.
– W warsz­ta­cie wszystko w porządku. Tro­chę za dużo pracy.

* * *

Larry po powro­cie cmok­nął ją w poli­czek i wska­zał na swoje stopy.
– Moje buty są ide­al­nie czy­ste, ale zosta­wi­łem je za drzwiami. A teraz muszę posłu­chać radia. Będę w swoim pokoju, gdyby ktoś mnie szu­kał.
Póź­niej zja­wił się Tony i udał się pro­sto na górę, jak zwy­kle, żeby wziąć prysz­nic i prze­brać się przed zej­ściem na dół, gdzie pró­bo­wał odna­leźć Rosellę jak co dnia, odkąd była mała. Czę­sto, gdy udało jej się pod­słu­chać ich roz­mowę, Eilis dowia­dy­wała się cze­goś, czego żadne z nich jej nie powie­działo, cze­goś, co padło z ust babci Roselli albo co Tony zdra­dził córce na temat swo­ich braci.
Gdy Larry nakry­wał do stołu, dodała ziem­niaki do duszo­nego mięsa, które przy­rzą­dziła poprzed­niego wie­czoru. Do tej pory uni­kała Tony’ego, ale nikt tego nie zauwa­żył. Sie­dział teraz w salo­nie i oglą­dał tele­wi­zję. Bała się jego wej­ścia do kuchni, kiedy sko­men­tuje wspa­niały zapach lub zacznie się wygłu­piać z Lar­rym. Potra­fił wypeł­nić powie­trze swoją nie­zmienną pogodą ducha, tro­skli­wo­ścią. Jej szwa­gierki narze­kały na mil­kli­wość i brak humoru mężów, gdy prze­by­wają z rodziną. Bab­cia zagad­nęła raz Rosellę o to, jak jej ojciec zacho­wuje się w domu.
– Co jej powie­dzia­łaś? – spy­tała Eilis.
– Że wszystko wydaje mu się zabawne i że jest zawsze uro­czy.
– I co na to bab­cia?
– Stwier­dziła, że wydo­by­wasz z każ­dego to, co naj­lep­sze, więc może Lena i Clara wzię­łyby z cie­bie przy­kład, a wtedy stry­jek Enzo i stry­jek Mauro będą mieli w domu lep­sze humory.
– Tylko tobie tak powie­działa. Cie­kawe za to, co mówi innym.
– Ona zawsze mówi to, co myśli.

* * *

Eilis stała odwró­cona ple­cami do drzwi, gdy naj­pierw mie­szała potrawkę, a póź­niej zmy­wała naczy­nia. Gdyby tylko, pomy­ślała, mogła to robić w nie­skoń­czo­ność. Gdyby tylko coś zacie­ka­wiło Tony’ego w tele­wi­zji i jak naj­bar­dziej opóź­niało jego przyj­ście do stołu.
Kiedy wresz­cie wszedł do kuchni, zajęła się wycie­ra­niem naczyń. Przez chwilę była tak zdez­o­rien­to­wana, że nie pamię­tała, w jakiej kolej­no­ści zwy­kle podaje kola­cję. Czy to moż­liwe, że naj­pierw podaje jedze­nie Tony’emu? A może Larry’emu jako naj­młod­szemu? Albo Roselli? Roz­dzie­liła potrawkę i prze­szła przez kuch­nię z dwoma tale­rzami, które posta­wiła przed Rosellą i Lar­rym. Potem, nic nie mówiąc ani nie patrząc na Tony’ego, poszła po pozo­stałe dwa tale­rze. Tony opo­wia­dał Roselli i Larry’emu aneg­dotę o tym, jak to zaata­ko­wał go pies, gdy w poło­wie tkwił w szafce, szu­ka­jąc nie­szczel­nej rury.
– Jak tylko ta bestia chap­nęła tył moich spodni, zaczęła cią­gnąć. Jego pani to Nor­weżka, u któ­rej ni­gdy nie było żad­nego faceta.
Eilis stała i słu­chała. Była pewna, że Tony nie ma naj­mniej­szego poję­cia o tym, jak te słowa brzmią w jej uszach. Była to jesz­cze jedna z jego dyk­te­ry­jek. Zosta­wiw­szy na chwilę swoją por­cję, Eilis zabrała talerz Tony’ego i ruszyła w jego stronę. I gdy była gotowa posta­wić talerz na stole, prze­chy­liła go lekko, aż potrawka zaczęła się wyle­wać. Prze­chy­liła talerz jesz­cze bar­dziej. Cała jego zawar­tość wylą­do­wała na pod­ło­dze przy Tonym. Gdy zanie­po­ko­jony pod­niósł na nią wzrok, stała nie­ru­chomo z pustym tale­rzem w ręku.
Rosella zerwała się z miej­sca i wyjęła talerz z rąk matki, pod­czas gdy Tony i Larry prze­sta­wiali stół i krze­sła, żeby móc posprzą­tać. Tony zaczął zbie­rać z pod­łogi kawałki mięsa.
– Co ci się stało? – spy­tała Rosella. – Sta­łaś jak słup soli.
Eilis nie odry­wała wzroku od Tony’ego, który przy­niósł gąbkę i miskę z wodą. Cze­kała, aż znów na nią spoj­rzy.
– W garnku zostało jesz­cze tro­chę – poin­for­mo­wał Larry.
Gdy pod­łoga została umyta, stół usta­wiono z powro­tem na miej­sce, a Tony dostał nową por­cję, zaczęli jeść w mil­cze­niu. Gdyby Tony się ode­zwał, Eilis była gotowa mu prze­rwać. Zda­wała sobie sprawę, że Rosella i Larry naj­pew­niej widzą, że mię­dzy rodzi­cami coś się dzieje. Ale to na Tonym Eilis sku­piała uwagę; na pewno już sobie uzmy­sło­wił, że Eilis o wszyst­kim wie.

II

W soboty poranny rytuał ojca Tony’ego pole­gał na tym, że odwie­dzał synów, któ­rzy miesz­kali po sąsiedzku, i spraw­dzał, czy mają jakieś pro­blemy ze swo­imi samo­cho­dami. Teść zaczął zwra­cać więk­szą uwagę na Eilis, gdy sama kupiła tani samo­chód, i za każ­dym razem, gdy ją widy­wał, pytał, jak się spra­wuje auto.
– Oka­zuje się, że to była cał­kiem nie­zła oka­zja – przy­znał. – Wtedy mia­łem wąt­pli­wo­ści. Żona mi pora­dziła, bym zatrzy­mał je dla sie­bie, ale teraz, gdy się oka­zało, że nie mia­łem racji, nie muszę się już hamo­wać.
Ile­kroć przy­jeż­dżał w odwie­dziny Frank, jego ojciec wycho­dził obej­rzeć auto syna, pod­no­sił maskę, spraw­dzał poziom oleju i pły­nów mimo napo­mnień żony, żeby nie bru­dził rąk.
– Naj­lep­sze samo­chody, jakie wypro­du­ko­wano, roz­kra­czają się na środku ulicy, bo ich wła­ści­ciele zapo­mnieli spraw­dzić olej i płyny.
Jeśli któ­ryś z samo­cho­dów wyma­gał uwagi, pole­cał swego sta­rego przy­ja­ciela, pana Dakes­siana, Ormia­nina, który, jak twier­dził, zna się na samo­cho­dach nie­mal tak dobrze jak on, i świet­nie się skła­dało, bo pan Dakes­sian był wła­ści­cie­lem warsz­tatu samo­cho­do­wego, naj­lep­szego w pro­mie­niu wielu kilo­me­trów, z naj­bar­dziej atrak­cyj­nymi cenami i naj­bar­dziej przy­ja­zną obsługą, jeśli tylko potra­fiło się unik­nąć roz­mowy z nim na temat ormiań­skiej histo­rii.
– Inni mecha­nicy zde­ze­lują ci samo­chód, a na doda­tek cię osku­bią – twier­dził Fio­rello senior. – Z każ­dym pro­ble­mem z autem tylko do Dakes­siana.
Ponie­waż Eilis na­dal pro­wa­dziła księ­go­wość w rodzin­nej fir­mie, regu­lar­nie kon­tak­to­wała się z panem Dakes­sia­nem, który zaj­mo­wał się samo­cho­dami Tony’ego i jego braci. Prze­ko­nała się, że jest sym­pa­tyczny i godny zaufa­nia, jak twier­dził teść.

* * *

Pew­nego dnia, gdy pod­je­chała spraw­dzić w samo­cho­dzie olej, pan Dakes­sian przy­niósł jej książkę o ormiań­skiej histo­rii.
– Jest pani Irlandką – rzekł – więc wszystko będzie tu dla pani zna­jome. Tutejsi zwy­czaj­nie nie rozu­mieją tych spraw. Pani teść myśli, że wszystko zmy­ślam. Pró­bo­wa­łem dać mu tę książkę, ale nie chciał jej wziąć.
Kart­ku­jąc tom, Eilis zapy­tała pana Dakes­siana, który, jak sza­co­wała, miał może sześć­dzie­siąt kilka lat, czy był w Arme­nii w cza­sie, gdy doszło do rzezi.
– Uro­dzi­łem się tam, ale mia­łem trzy lata, gdy rodzice wyje­chali. Ostrze­żono ich i udało im się w porę uciec. Czuję w związku z tym smu­tek, cza­sem coś wię­cej niż smu­tek, zwłasz­cza gdy patrzę na mojego syna Erika, który wycho­wy­wał się tutaj i nic nie wie o tym, skąd się wziął.
Jego córka, z którą Eilis czę­sto miała kon­takt, bo pro­wa­dziła w warsz­ta­cie księ­go­wość, wycho­dziła nie­długo za mąż.
– Wydaje się za Ormia­nina, toteż całe nabo­żeń­stwo będzie po ormiań­sku. Będzie tak, jak gdy­by­śmy ni­gdy nie wyje­chali ze sta­rego kraju. Tylko przez jeden dzień.
– Rodzina Tony’ego czę­sto się zacho­wuje, jak gdyby ni­gdy nie wyje­chała z Włoch – stwier­dziła Eilis.
– Mają szczę­ście, że to pani zaj­muje się ich roz­li­cze­niami. Ja nie wiem, co zro­bię, gdy odej­dzie Lusin. Erik w ogóle się nie inte­re­suje warsz­ta­tem.
Pod­czas następ­nej wizyty pan Dakes­sian oznaj­mił jej, że zna­lazł książkę o Irlan­dii i że dzieje jej kraju są nie mniej straszne niż histo­ria Arme­nii.
– Zawsze o tym wie­dzia­łem, ale teraz mam wszystko szcze­gó­łowo spi­sane. Jak tylko skoń­czę czy­tać, dam pani tę książkę.
Pan Dakes­sian znowu wspo­mniał o pla­no­wa­nym odej­ściu córki.
– Nie chcę zamiesz­czać ogło­sze­nia i zatrud­niać obcej osoby. To firma rodzinna i od lat mamy tych samych klien­tów. Jeśli myślała pani kie­dyś o tym, żeby się prze­nieść i pra­co­wać w smro­dzie spa­lin przy hała­sie pra­cu­ją­cych sil­ni­ków, to przyj­miemy panią z otwar­tymi ramio­nami. Ale musi mi pani szybko dać znać.
Eilis od razu pod­jęła decy­zję, że przyj­mie pro­po­zy­cję pana Dakes­siana. Nie mogła namó­wić Tony’ego i jego braci, żeby zgo­dzili się na sys­tem fak­tu­ro­wa­nia i księ­go­wa­nia, który sama opra­co­wała. Enzo skar­żył się matce, że Eilis pró­buje im narzu­cać, jak mają pro­wa­dzić firmę. Fran­ce­sca z kolei powie­działa o tym Fran­kowi, który o wszyst­kim opo­wie­dział bra­to­wej.
– Ocze­kują od cie­bie wię­cej pokory – rzekł Frank. – Ja wiem, co bym zro­bił.
– Co byś zro­bił?
– Są moimi braćmi. Kocham ich. Ale za żadne skarby nie chciał­bym z nimi pra­co­wać.
Eilis wie­działa, że o zatrud­nie­niu się w warsz­ta­cie powinna poroz­ma­wiać z Tonym, była jed­nak pewna, że chciałby, aby na­dal pro­wa­dziła rachun­ko­wość dla niego i jego braci. Trudno będzie mu powie­dzieć, że sprawa jest już uzgod­niona.
– Niech pani zacznie jak naj­szyb­ciej – radził pan Dakes­sian. – Lusin przed odej­ściem wszystko pani pokaże.
– Chcia­ła­bym codzien­nie przy­cho­dzić do pracy o dzie­sią­tej i koń­czyć o trze­ciej – oświad­czyła Eilis – tak samo jak Lusin, i chcia­ła­bym mieć cztery tygo­dnie urlopu, w tym dwa bez­płat­nego.
Pan Dakes­sian zagwiz­dał z uda­wa­nym zdzi­wie­niem, a następ­nie wspo­mniał, jaką pen­sję płaci córce.
– Pew­nie chcia­łaby pani wię­cej.
– Do tematu pod­wyżki możemy wró­cić po pierw­szych trzech mie­sią­cach.
Pan Dakes­sian powie­dział, że umowa stoi, po czym zapro­po­no­wał, że pój­dzie umyć ręce, żeby mogli podać sobie dło­nie.

III

Eilis znowu umyła pod­łogę, żeby tłuszcz z potrawki nie stę­żał. Potem znaj­do­wała sobie w domu różne zaję­cia. Gdy wyda­wało jej się, że Tony się zbliża, usia­dła przy stole z Rosellą.
– Powin­naś chyba pójść do leka­rza – zasu­ge­ro­wała Rosella. – Stra­ci­łaś cał­ko­wi­cie wła­dzę w ręce, po pro­stu ska­mie­nia­łaś. Gdy­byś w tym cza­sie była za kie­row­nicą, źle by się to skoń­czyło.
– Już mi lepiej – zapew­niła ją Eilis, widziała jed­nak, że Rosella nie jest prze­ko­nana.
Poło­żyła się wcze­śnie i leżała w łóżku pogrą­żona w myślach przy włą­czo­nej lampce noc­nej. Gdy do sypialni wszedł Tony, uśmiech­nął się łagod­nie i cho­dził na pal­cach, jak gdyby już zasnęła. Gdy tylko zna­lazł się w łóżku, zga­sił swoją lampkę, a ona swoją.
Cze­kała, chcąc dać mu szansę zabra­nia głosu, powie­dze­nia cze­go­kol­wiek, choćby cze­goś o pracy lub o tym, co obej­rzał w tele­wi­zji. Leżał na wznak, póź­niej odwró­cił się od niej, aż w końcu znowu uło­żył się na ple­cach. Musiał zda­wać sobie sprawę, że Eilis nie śpi. Usły­szała, jak odchrzą­kuje. W ciem­no­ści mogła pozwo­lić, by mil­cze­nie trwało dowol­nie długo. Mogła nawet posta­no­wić, że w ogóle go nie prze­rwie, że zaśnie u boku męża i skaże go na kolejny dzień nie­pew­no­ści w kwe­stii tego, co wie i jak zare­aguje.
Mar­twiła się jed­nak, że to Tony w końcu zaśnie, a ona na­dal będzie leżeć obok niego i roz­trzą­sać, co mogła mu powie­dzieć. Musi się ode­zwać teraz.
– Chcia­ła­bym, żebyś coś mi wyja­śnił – wyszep­tała, kła­dąc dłoń na jego ramie­niu.
Nie poru­szył się.
– Czy ten facet, który tu dzi­siaj był, naprawdę chce to zro­bić? Naprawdę zamie­rza zosta­wić dziecko pod moimi drzwiami czy chce tylko dać ci do zro­zu­mie­nia, jak bar­dzo jest wku­rzony?
Wciąż nie odpo­wia­dał.
– Jeśli to tylko czcze pogróżki, musisz mi w tej chwili powie­dzieć.
Gdy nic nie usły­szała, wes­tchnęła.
– Musisz… – zaczęła.
– On naprawdę chce to zro­bić – szep­nął Tony. – Nie ma co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści. Uwiel­bia wyda­wać roz­kazy i wygła­szać szumne dekla­ra­cje. Zastra­szył ją.
– Nie chcę o niej nic wie­dzieć.
– Możesz przy­jąć, że on zrobi to, co zapo­wiada.
– Dosłow­nie zostawi nam dziecko pod drzwiami?
– Mogę cię zapew­nić, że to wła­śnie zamie­rza zro­bić. W ostat­nich tygo­dniach pró­bo­wa­łem wymy­ślić, jak ci o tym powie­dzieć.
– Naj­wy­raź­niej nie sta­ra­łeś się dosta­tecz­nie mocno, Tony.
– Wiem.
– Pozwo­li­łeś mu, żeby cię wyrę­czył.
– Wiem. Wiem.
Przez chwilę leżeli w mil­cze­niu.
– Chcę cię zapy­tać o jesz­cze jedną rzecz – ode­zwała się w końcu Eilis – i chcę, żebyś podał mi jasną odpo­wiedź, i pro­szę, nie mów niczego, co nie jest prawdą. Czy oprócz niej były inne?
Tony zapa­lił swoją lampkę.
– Nie ma nikogo innego. Ni­gdy nie było.
– Musisz mi teraz powie­dzieć, czy jesz­cze… – wyszep­tała.
– Nikogo. Powie­dzia­łem ci. Przy­się­gam. Nikogo.
– Tylko ona.
– Tylko ona – powie­dział i wes­tchnął.

* * *

Odkąd odwie­dził ją ten czło­wiek z wia­do­mo­ścią o dziecku, Eilis codzien­nie rano nie mogła się docze­kać chwili, kiedy wyj­dzie do pracy, opu­ści dom. Jeśli ruch w warsz­ta­cie był duży, chęt­nie zosta­wała po godzi­nach, byle tylko nie wra­cać jesz­cze do domu, gdzie Tony zacho­wy­wał się jak gdyby ni­gdy nic.
Nawet roz­mowy przy kola­cji znowu toczyły się tak jak kie­dyś.
Kilka razy, gdy chciała poroz­ma­wiać z Tonym o tym, co mogą zro­bić, jeśli ten czło­wiek spełni swoją groźbę, wyczu­wała silny opór męża przed dal­szym roz­trzą­sa­niem tematu. A ponie­waż Rosella i Larry nie mieli poję­cia, co się dzieje, Eilis samot­nie dźwi­gała swoje brze­mię. To ją osta­tecz­nie odszu­kał ten Irland­czyk. Widziała jego twarz i sły­szała jego głos. Nikt inny nie zda­wał sobie sprawy, czym dla niej było to doświad­cze­nie. I nie miała nikogo, komu mogłaby powie­dzieć.
Tony zaczął wcze­śnie cho­dzić spać. Gdy kła­dła się obok, uda­wał, że śpi. Cza­sami leżała w ciem­no­ści, świa­doma, że on czuwa obok niej.

* * *

Pew­nego wie­czoru zastała Tony’ego w kuchni. Odwró­cił wzrok, gdy weszła, i wymam­ro­tał, że jest zmę­czony.
– Jest coś, czego ci nie powie­dzia­łam – zaczęła.
Powoli kiwał głową, jak gdyby chciał prze­ka­zać, że cze­kał na tę chwilę.
– Nie będę się opie­ko­wała tym dziec­kiem, to abso­lut­nie wyklu­czone. To twój pro­blem, nie mój.
– Może tego nie chcesz – powie­dział cicho – ale wciąż jeste­śmy mał­żeń­stwem.
– Szkoda, że o tym nie pomy­śla­łeś, gdy napra­wia­łeś rury. Ale nie chcę do tego wra­cać. Chcę ci tylko uświa­do­mić, że jeśli ten czło­wiek przyj­dzie z dziec­kiem, nie otwo­rzę mu, a jeśli zostawi dziecko pod drzwiami, nie wyjdę po nie. Nie chcę mieć z tym nic wspól­nego.
– Więc co zro­bimy?
– Nie mam poję­cia.
Tego dnia długo nie kła­dła się spać, czy­tała cza­so­pi­smo, które zosta­wił jej Frank, i miała nadzieję, że Tony będzie spał, kiedy się położy.
Gdy tylko pozwa­lała sobie spoj­rzeć na sprawę z jego punktu widze­nia, dyle­mat był jasny. Jeśli Tony naprawdę wie­rzy, że Irland­czyk zamie­rza pod­rzu­cić im dziecko pod drzwi, musi się czuć bez­radny. Nie mogła jed­nak pozwo­lić sobie na to, żeby zacząć mu współ­czuć. Wie­działa, że jeśli w jaki­kol­wiek spo­sób zmięk­nie, praw­do­po­dob­nie skoń­czy się na tym, że będzie wsta­wała w nocy kar­mić obce dziecko. Była zde­ter­mi­no­wana: nie zamie­rzała tego robić.
Zauwa­żyła, że Tony ją ura­bia, robi smutną minę i pil­nuje, żeby nie wypo­wie­dzieć ani jed­nego słowa, które pogor­szy­łoby rela­cje mię­dzy nimi. Bez jej wspar­cia nie mógł nic zro­bić.
I nagle przy­szło jej do głowy, że nie wie, co zamie­rza matka Tony’ego. Fran­ce­sca umiała spra­wić, żeby nikt w rodzi­nie, łącz­nie z Eilis, ani przez chwilę nie czuł, że robi coś złego. Nawet kiedy Lena w jed­nym z napa­dów szału pró­bo­wała prze­je­chać Enza na pod­jeź­dzie przed ich domem, teściowa prze­ko­ny­wała, że takie rze­czy zda­rzają się w naj­bar­dziej kocha­ją­cych się rodzi­nach.

 
Wesprzyj nas