„Brooklyn” Colma Tóibína to powieść, która jak żadna inna portretuje rozdzierające doświadczenie tęsknoty za domem. Ta delikatna, ale poruszająca do głębi historia, zekranizowana dekadę temu przez Johna Crowley’a, ma swoją kontynuację w postaci tomu „Long Island”. Ten zaś wcale nie wydaje się być ostatnim.
Powieść „Brooklyn” jest oszczędna, kameralna, cicha, a jednocześnie aż kipi od emocji. Colm Tóibín zawarł w niej kwintesencję doświadczenia emigracji, dlatego to jest książka poruszająca dla bardzo szerokiego grona odbiorców. Ci, którzy zdecydowali się wyruszyć samotnie w szeroki świat w poszukiwaniu lepszego życia znajdą tam siebie, tak samo jak ich najbliżsi, którzy zostali z pustką po ukochanej osobie, ale i z serdecznym życzeniem aby się jej poszczęściło w wielkiej podróży. Ci którzy chcieli wyjechać, ale się nie odważyli, zostaną po tej lekturze z mieszanymi uczuciami, ponieważ Colm Tóibín nie mówi czytelnikom, ani że doświadczenie emigracyjne jest złe, ani że jest dobre. Pokazuje wszystkie jego odcienie posługując się osobistym doświadczeniem i to w zupełności wystarcza, aby każdy mógł pomyśleć: „jak dobrze, że się jednak nie zdecydowałem na wyjazd” albo „jak wielka szkoda, że tego nie zrobiłem”. Powieść Tóibína ma bowiem cechę przynależną każdemu prawdziwemu dziełu sztuki – daje się wielorako interpretować przez pryzmat wrażliwości odbiorcy. Czytana ponownie w odstępie kilku lat przyniesie zupełnie inne wrażenia czytelnicze, w zależności od tego, jak zmienimy się w tym okresie my sami.
Powieść Tóibína ma bowiem cechę przynależną każdemu prawdziwemu dziełu sztuki – daje się wielorako interpretować przez pryzmat wrażliwości odbiorcy.
Bohaterką „Brooklynu” jest Eilis, młoda irlandzka dziewczyna. W rodzinnym miasteczku nie czeka na nią świetlana przyszłość, dlatego gdy tylko nadarza się okazja, jej siostra zaprasza do domu na podwieczorek księdza, który może zorganizować dobrą posadę w Nowym Jorku dla pracowitej, uczciwej osoby: tak przypieczętowuje się los Eilis, która wkrótce wyruszy w samotną i przerażającą dla niej podróż przez ocean, a później będzie musiała poradzić sobie z życiem w miejscu kompletnie dla niej obcym, w którym nic do niej nie przynależy ani ona nie przynależy do niczego. Tęsknota za domem, a przede wszystkim za ukochaną siostrą, spada na nią z taką siłą, że nie może sobie z nią poradzić.
Chociaż to Eilis jest centralnym punktem powieści i jej uczucia wysuwają się na pierwszy plan, to Colm Tóibín ofiarował czytelnikom o wiele szerszą perspektywę. Z jego opowieści wyłania się całe środowisko irlandzkich emigrantów, którzy w latach pięćdziesiątych XX wieku i wcześniej opuścili rodzinne strony w nadziei na stabilniejszy byt w Stanach Zjednoczonych. Choć nowej ojczyźnie oddali swoje najlepsze lata, zdrowie i siły, to wielu z nich finalnie pozostało z niczym, utraciwszy kontakt z krewnymi w rodzinnych stronach, nie zyskawszy nowych relacji ani upragnionego bezpieczeństwa na obczyźnie. Losami swoich bohaterów Tóibín zwraca uwagę na fakt, że dla niektórych emigracja staje się niesamowitą szansą, podczas gdy dla innych jest ciężkim doświadczeniem bez nadziei na szczęśliwe zakończenie. Co równie prawdziwe sama Eilis z upływem czasu doświadcza narastającego dualizmu względem tego, gdzie tak naprawdę jest jej dom i miejsce na Ziemi.
Tę delikatną lecz poruszającą do głębi powieść dekadę temu zekranizował John Crowley. W roli głównej wystąpiła Saoirse Ronan, której subtelna uroda znakomicie współgra z charakterem postaci Eilis, umożliwiając sugestywne ukazanie czytelnikowi jak długą drogę musiała przejść od bycia przerażoną, samotną duszą, do chwili, gdy sama podejmuje fundamentalne decyzje na temat swojego życia. Bez lęku i bez oglądania się na to, co ludzie powiedzą, czego oczekują inni. Obserwowanie jej emocjonalnej transformacji jest fascynujące zarówno podczas lektury powieści jak i oglądania filmu.
Na tym jednak nie koniec, ponieważ po piętnastu latach od książkowej premiery „Brooklynu” Colm Tóibín powrócił do swoich bohaterów podsuwając czytelnikom kontynuację powieści pt. „Long Island”. Sam tytuł, dla wszystkich, którzy czytali część pierwszą lub oglądali film, jest spoilerem: dowiadujemy się z niego, ze Eilis ostatecznie została i przetrwała w Stanach Zjednoczonych. Pisarz sportretował teraz swoją bohaterkę po upływie dwudziestu lat jej pobytu na Wschodnim Wybrzeżu. W miejscu, do którego zabrał ją pewnego dnia jej włoski chłopak, by pokazać jej ziemię, którą kupili z braćmi – a to działo się jeszcze w fabule „Brooklynu” – obecnie, od wielu lat stoi ich wspólny dom. I w tym domu pewnego dnia zjawia się zupełnie obcy mężczyzna, który ma do przekazania szokującą wiadomość wiążącą się z tajemnicą Tony’ego, męża Eilis. Akcja rusza więc z kopyta i już od pierwszych stron staje się jasne, że to zupełnie inna książka niż „Brooklyn”. Podczas gdy pierwsza część była kameralną, cichą medytacją nad tęsknotą, dokonywaniem życiowych wyborów i odpowiedzialnością za nie, „Long Island” od razu uderza czytelnika z impetem melodramatu. Delikatność „Brooklynu” znika, ustępuje tu miejsca bardziej dynamicznej i otwartej na zewnętrzny konflikt narracji.
Tóibín jest mistrzem subtelności, dlatego decyzja o odejściu od melancholijnej atmosfery „Brooklynu” to niewątpliwie świadoma decyzja artystyczna, a nie przypadek. Eilis, którą poznaliśmy najpierw, była młodą dziewczyną, pełną wahań, niepewności i lęku, która dopiero uczyła się świata. Jej wewnętrzne życie było pełne powolnej, bolesnej refleksji nad tożsamością. „Long Island” przedstawia Eilis, którą spotykamy teraz – jest mężatką, matką dwójki dorastających dzieci, współwłaścicielką domu, dojrzałą kobietą, która skonfrontowana z nagłym wydarzeniem zagrażającym stabilności tego, co teraz uważa za swój dom, musi działać. Sposób prowadzenia narracji odzwierciedla więc nastrój zupełnie innego etapu w jej życiu, czego jednak warto być świadomym przed rozpoczęciem lektury dla uniknięcia rozczarowań albo ryzyka iż atmosfera „Long Island” zburzy obraz pozostawiony w myślach przez „Brooklyn”. Przesłanie obu książek pozostaje jednak spójne: wolność i tożsamość wykuwają się na nowo w każdym kryzysie. Trudno też oprzeć się wrażeniu, że przed nami jeszcze jedno spotkanie z Eilis i jej bliskimi, ponieważ Tóibín pozostawił wiele niedomkniętych wątków w „Long Island” wręcz proszących się o kontynuację. Miejmy nadzieję, że pisarz zechce jeszcze wrócić do tej opowieści. ■Agnieszka Kantaruk
Brooklyn
Przekład: Jerzy Kozłowski
Seria „Salamandra”
Dom Wydawniczy Rebis
wydanie 2
Premiera w tej edycji: 14 października 2025
Część pierwsza
Siedząc w salonie na pierwszym piętrze domu przy Friary Street, Eilis Lacey dostrzegła przez okno siostrę, która żwawym krokiem wracała z pracy. Patrzyła, jak Rose przechodzi przez ulicę, ze słońca w cień, z nową skórzaną torebką kupioną na wyprzedaży w domu towarowym Clery’s w Dublinie. Rose miała zarzucony na ramiona kremowy kardigan. W przedpokoju czekały już na nią kije golfowe; Eilis wiedziała, że za kilka minut ktoś po nią przyjedzie i że siostra wróci do domu, dopiero kiedy zgaśnie światło tego letniego popołudnia.
Kurs rachunkowości Eilis dobiegał już końca; na kolanach trzymała podręcznik o systemach księgowania, a na stole za nią leżał zeszyt – wpisywała do niego, w ramach zadania domowego, po stronie „winien” i „ma” dzienne transakcje firmy, której dane wynotowała w minionym tygodniu na zajęciach.
Usłyszawszy, jak otwierają się frontowe drzwi, Eilis zaraz zeszła na dół. W przedpokoju Rose trzymała przed twarzą kieszonkowe lusterko. Uważnie się sobie przyglądając, malowała usta i oczy, a potem oceniła całość w dużym lustrze i poprawiła włosy. Eilis w milczeniu przyglądała się siostrze, gdy ta zwilżyła wargi i raz jeszcze szybko się przejrzała w małym lusterku, nim schowała je do torebki.
Z kuchni wyłoniła się matka.
– Ślicznie wyglądasz, Rose – oceniła. – Nic tylko zostaniesz królową klubu golfowego.
– Umieram z głodu – poskarżyła się Rose – ale nie zdążę nic zjeść.
– Później przygotuję ci specjalny posiłek – obiecała matka. – My z Eilis zjemy teraz.
Rose sięgnęła do torebki i wyjęła portmonetkę. Otworzyła ją i położyła na szafce jednego szylinga.
– To gdybyś chciała się wybrać do kina.
– A ja? – zapytała matka.
– Jak wróci, wszystko mamie opowie – odparła Rose.
– Piękne dzięki!
Wszystkie trzy roześmiały się, a wtedy za drzwiami zatrzymał się samochód i dał jeden sygnał klaksonem. Rose złapała kije golfowe i tyle ją widziały.
Później, gdy matka zmywała naczynia, a Eilis je wycierała, ktoś zapukał do drzwi. Eilis poszła otworzyć i okazało się, że to dziewczyna ze sklepu spożywczego przy katedrze.
– Przysyła mnie panna Kelly – wyjaśniła dziewczyna. – Chce się z tobą widzieć.
– Ze mną? – upewniła się Eilis. – A mówiła, o co chodzi?
– Nie. Masz tam tylko wpaść dzisiaj wieczorem.
– Ale w jakiej sprawie?
– O rany, nie wiem. Nie pytałam. Mam wrócić i spytać?
– Nie, nie trzeba. Ale jesteś pewna, że chodzi o mnie?
– A jakże. Mówi, że masz do niej zajść.
Postanowiwszy pójść do kina kiedy indziej i mając już dość nauki, Eilis przebrała się, narzuciła na plecy kardigan i wyszła z domu. Ulicami Friary i Rafter dotarła do rynku, a potem ruszyła pod górę, w stronę katedry. Sklep panny Kelly był zamknięty, Eilis zapukała więc do bocznych drzwi prowadzących na piętro, gdzie panna Kelly mieszkała. Otworzyła jej ta sama dziewczyna, która wcześniej była u niej w domu i która teraz poprosiła ją, żeby zaczekała w holu.
Eilis usłyszała jakieś głosy i ruchy na górze i po chwili dziewczyna zeszła z wiadomością, że panna Kelly zaraz się z nią zobaczy.
Znała pannę Kelly z widzenia, ale matka nie robiła u niej zakupów, bo w jej sklepie było za drogo. Poza tym Eilis podejrzewała, że matka nie lubi panny Kelly, chociaż nie znała żadnego ku temu powodu. Mówiło się, że panna Kelly sprzedaje najlepszą szynkę w mieście, najlepsze masło i najświeższe wszystko, łącznie ze śmietaną, Eilis wątpiła jednak, czy kiedykolwiek coś u niej kupiła, najwyżej zaglądała do środka, przechodząc obok, i widziała pannę Kelly za ladą.
Panna Kelly powoli zeszła po schodach i włączyła światło.
– Dobrze – rzuciła, a potem powtórzyła to słowo niczym swoiste pozdrowienie. Nie uśmiechała się.
Eilis już miała wyjaśnić, że po nią przysłano, i zapytać, czy jest to właściwa pora na odwiedziny, jednak sposób, w jaki panna Kelly zmierzyła ją wzrokiem od stóp do głów, skutecznie zamknął jej usta. Zaintrygowana jej zachowaniem Eilis zaczęła się zastanawiać, czy ktoś w mieście nie obraził panny Kelly i czy przez pomyłkę nie wzięto jej za tę osobę.
– No to jesteś – zwróciła się do niej panna Kelly.
Eilis zauważyła kilka czarnych parasoli opartych o wieszak.
– Słyszałam, że nie masz pracy, za to masz świetną głowę do rachunków.
– Naprawdę?
– Och, całe miasto, wszyscy, którzy cokolwiek tutaj znaczą, przychodzą do mnie na zakupy, więc dowiaduję się o wszystkim.
Eilis zastanawiała się, czy nie jest to przypadkiem aluzja do tego, że jej matka konsekwentnie zaopatruje się gdzie indziej, ale miała wątpliwości. Przez grube okulary panny Kelly trudno było odczytać wyraz twarzy.
– A my tu co niedziela zaharowujemy się na śmierć. Nie dziwota, skoro wszystkie inne sklepy pozamykane. Klientelę mamy najróżniejszą. Zazwyczaj otwieram po mszy o siódmej rano i od zakończenia mszy o dziewiątej do mszy o jedenastej w sklepie nie ma gdzie szpilki wcisnąć. Mary mi pomaga, ale ta dziewucha okropnie się guzdra, nawet jak nie ma dużego ruchu, szukam więc kogoś bystrego, kto zna klientów i dobrze wydaje resztę. Ale zaznaczam, tylko na niedziele. W pozostałe dni tygodnia jakoś sobie radzimy. Polecono mi cię, gdy popytałam wśród ludzi. Dostaniesz siedem funtów i sześć szylingów tygodniowo, matce będzie trochę lżej.
Eilis pomyślała, że panna Kelly mówi, jak gdyby opisywała zniewagę, która ją spotkała, mocno zaciskając wargi między każdym zdaniem.
– I to wszystko, co miałam do powiedzenia. Możesz zacząć od najbliższej niedzieli, ale przyjdź jutro nauczyć się cen i pokażemy ci, jak korzystać z wagi i krajalnicy. Będziesz musiała związać z tyłu włosy i kupić sobie porządny fartuch u Dana Bolgera albo Burke’a O’Leary’ego.
Eilis już próbowała zapamiętać tę rozmowę dla matki i Rose; żałowała, że nie umie wymyślić jakiejś dowcipnej riposty, która nie byłaby otwarcie impertynencka. Zachowywała więc milczenie.
– No więc? – zapytała panna Kelly.
Eilis zdała sobie sprawę, że nie może odrzucić tej propozycji. Była lepsza niż nic, a w tym momencie akurat nie miała nic.
– Ależ tak, panno Kelly – odpowiedziała. – Zacznę, kiedy pani zechce.
– I w niedzielę możesz przyjść na mszę o siódmej. My też tak robimy, a potem otwieramy.
– Znakomicie – rzekła Eilis.
– W takim razie wpadnij jutro. Jeśli będę zajęta, odeślę cię do domu albo możesz poprzesypywać cukier do toreb, a jeśli będę wolna, pokażę ci, co i jak.
– Dziękuję, panno Kelly.
– Matka będzie zadowolona, że coś masz. I twoja siostra też – dodała panna Kelly. – Podobno świetnie jej idzie gra w golfa. A teraz wracaj grzecznie do domu. Sama trafisz do wyjścia.
Panna Kelly odwróciła się i zaczęła powoli wspinać się po schodach. Eilis wiedziała, wracając do domu, że matka rzeczywiście się ucieszy na wieść, że znalazła płatne zajęcie, Rose natomiast będzie uważać, że praca za ladą w sklepie spożywczym nie jest dla niej czymś odpowiednim. Zastanawiała się, czy powie jej to prosto w twarz.
Po drodze wpadła do swojej najlepszej przyjaciółki, Nancy Byrne, a tam okazało się, że jest u niej ich wspólna koleżanka Annette O’Brien. Jako że Byrne’owie mieli na dole tylko jeden pokój, który służył im za kuchnię, jadalnię i salon, i było jasne, że Nancy ma jej do przekazania jakieś nowiny, z których część Annette najwyraźniej już znała, Nancy wykorzystała wizytę Eilis jako pretekst do wyjścia z domu, żeby mogły swobodnie porozmawiać.
– Coś się stało? – spytała Eilis, gdy wyszły na ulicę.
– Nic nie powiem, dopóki nie znajdę się na kilometr od tego domu – odparła Nancy. – Mama wie, że coś się święci, ale nic jej nie mówię.
Poszły w dół Friary Hill, przecięły Mill Park Road i gdy znalazły się nad rzeką, ruszyły deptakiem w stronę Ringwood.
– Poderwała George’a Sheridana – wypaplała Annette.
– Kiedy? – zdziwiła się Eilis.
– Na zabawie w Athenaeum w niedzielę – powiedziała Nancy.
– Myślałam, że nie idziesz na zabawę.
– No bo się nie wybierałam, ale w końcu poszłam.
– Przetańczyła z nim całą noc – wtrąciła Annette.
– Wcale nie, tylko cztery ostatnie tańce, a potem odprowadził mnie do domu. Wszyscy widzieli. Dziwne, że nic nie słyszałaś.
– Zamierzasz się znowu z nim spotkać? – spytała Eilis.
– Nie wiem – westchnęła Nancy. – Może spotkamy się tylko na ulicy. Wczoraj przejeżdżał obok mnie i zatrąbił. Gdyby tam spotkał jakąś inną, to znaczy kogoś ze swojego towarzystwa, pewnie z nią by tańczył, ale nikogo takiego nie było. Przyszedł z nim Jim Farrell. Stał tylko i gapił się na nas.
– Jak się jego matka dowie, to nie wiem, co zrobi – wtrąciła Annette. – Ona jest straszna. Nie cierpię wchodzić do tego ich sklepu, gdy nie ma George’a. Matka wysłała mnie tam kiedyś po dwa plasterki bekonu i usłyszałam od tego babsztyla, że nie sprzedaje bekonu po dwa plasterki.
Eilis przekazała im wtedy wiadomość, że dostała propozycję pracy na niedziele u panny Kelly.
– Mam nadzieję, że powiedziałaś jej, co może sobie z nią zrobić – rzuciła Nancy.
– Zgodziłam się. Nic mi się nie stanie. Dzięki temu będę mogła pójść z tobą do Athenaeum za własne pieniądze i nie dopuścić do tego, żeby cię wykorzystano.
– To nie tak – zaprotestowała Nancy. – Był miły.
– Spotkasz się z nim jeszcze? – powtórzyła pytanie Eilis.
– Pójdziesz ze mną w niedzielę? – Nancy zapytała Eilis. – Możliwe, że nawet go tam nie będzie, ale Annette nie może iść, a ja będę potrzebowała wsparcia, na wypadek gdyby się pojawił i nie poprosił mnie do tańca albo nawet na mnie nie spojrzał.
– Mogę być zmęczona po pracy u panny Kelly.
– Ale pójdziesz?
– Całe wieki tam nie byłam – odparła Eilis. – Nie znoszę tych wszystkich wieśniaków, a chłopcy z miasta są jeszcze gorsi. Podpici i chodzi im tylko o to, żeby cię zaciągnąć do ciemnego zaułka.
– George nie jest taki – powiedziała Nancy.
– Taki paniczyk jak on nie chodzi do ciemnych zaułków – zakpiła Annette.
– Może go spytamy, czy nie zechce sprzedawać bekonu po dwa plasterki – zaproponowała Eilis.
– Nic mu nie mów – odparła Nancy. – Naprawdę chcesz pracować u panny Kelly? Tam dopiero można dostać dobry bekon.
* * *
Przez następne dwa dni panna Kelly zademonstrowała Eilis każdy produkt sprzedawany w sklepie. Kiedy Eilis poprosiła o kartkę, chcąc spisać rodzaje herbat i rozmiary opakowań, panna Kelly stwierdziła, że marnowałaby tylko czas na notatki – najlepiej od razu uczyć się wszystkiego na pamięć. Papierosy, masło, herbata, chleb, butelkowane mleko, herbatniki, gotowana szynka i wołowina konserwowa to zdecydowanie najpopularniejsze artykuły sprzedawane w niedziele – poinformowała ją – w następnej kolejności schodzą puszki sardynek i łososia, puszki z mandarynkami, gruszkami i sałatkami owocowymi, słoiki z pasztetem drobiowo-wieprzowym, pasta do kanapek i majonez. Przed podaniem ceny pokazywała Eilis próbkę każdego artykułu. Kiedy uznała, że Eilis nauczyła się cen, przechodziła do kolejnych produktów, takich jak kartoniki ze świeżą śmietaną, butelki lemoniady, pomidory, główki sałaty, świeże owoce i kostki lodów.
– Są też tacy, pożal się Boże, co przychodzą w niedzielę i szukają rzeczy, w które powinni się byli zaopatrzyć w ciągu tygodnia. Nic na to nie poradzimy.
Panna Kelly zasznurowała usta w wyrazie dezaprobaty, a potem wymieniła mydło, szampon, papier toaletowy i pastę do zębów, podając ich ceny.
Niektórzy, dodała, kupują też w niedzielę cukier, sól, a nawet pieprz, ale nie jest ich wielu. Zdarzają się i tacy, którzy potrzebują syropu cukrowego, proszku do pieczenia albo mąki, choć większość tych produktów sprzedaje się w soboty.
Zawsze zjawiają się dzieci – informowała panna Kelly – po tabliczki czekolady, toffi, torebki oranżady w proszku lub żelki, oraz mężczyźni szukający papierosów i zapałek, ale ich miała obsługiwać Mary, która nie ma głowy do długich zamówień ani pamięci do cen i – kontynuowała panna Kelly – częściej przeszkadza, niż pomaga, kiedy w sklepie zjawia się więcej klientów.
– Nijak nie mogę jej oduczyć, żeby się nie gapiła na ludzi bez powodu. A ona gapi się nawet na stałych klientów.
Sklep, zauważyła Eilis, był dobrze zaopatrzony, w wiele różnych gatunków herbat, niektóre bardzo drogie, a wszystkie miały wyższe ceny niż w sklepie Hayesów na Friary Street czy w L&N na Rafter Street lub u Sheridanów na rynku.
– Będziesz się musiała nauczyć pakować cukier i zawijać w papier bochenki chleba – oznajmiła panna Kelly. – Tak, to jedna z tych nielicznych rzeczy, które Mary dobrze wychodzą, niech Bóg się zlituje nad tą dziewuchą.
Gdy poszczególni klienci wchodzili do sklepu w dni, kiedy Eilis przechodziła szkolenie, zauważyła, że panna Kelly, zwracając się do nich, odpowiednio moduluje głos. Czasem w ogóle się nie odzywała, tylko zaciskała szczęki i stała za ladą w pozie wyrażającej głęboką dezaprobatę wobec obecności klienta w sklepie oraz niecierpliwe oczekiwanie na jego wyjście. Dla innych miała cierpki uśmiech i przyglądała im się z ponurą wyrozumiałością, przyjmując pieniądze, jak gdyby wyświadczała im wielką przysługę. Ale byli też klienci, których pozdrawiała ciepło i po imieniu; wiele z tych osób miało u niej kredyt, toteż gotówka nie przechodziła z rąk do rąk, kwoty wpisywano zaś do zeszytu przy wtórze pytań o zdrowie i komentarzy na temat pogody oraz uwag o jakości szynki lub bekonu, lub asortymentu pieczywa, od chleba po bułki i ciasto z rodzynkami.
– I próbuję wyszkolić tę młodą damę – poinformowała klientkę ze świeżą ondulacją na głowie, którą wyraźnie ceniła bardziej od pozostałych, a której Eilis nigdy wcześniej nie widziała. – Próbuję ją przyuczyć i mam nadzieję, że będzie chętna, bo Mary, poczciwina, owszem, jest chętna, ale nic z tego nie wynika, właściwie mniej niż nic. Mam nadzieję, że będzie szybka, bystra i solidna, a w dzisiejszych czasach, moja droga, takich ze świecą szukać.
Eilis spojrzała na Mary, która stała nieswojo przy kasie i uważnie się przysłuchiwała rozmowie.
– Ale Pan Bóg tworzy ludzi wszelkiej maści – dodała panna Kelly.
– Och, święte słowa, panno Kelly – powiedziała kobieta z ondulacją, pakując zakupy do siatki – i nie możemy narzekać, prawda? No bo czy ludzie do zamiatania ulic też nie są potrzebni?
* * *
W sobotę za pożyczone od matki pieniądze Eilis kupiła ciemnozielony fartuch u Dana Bolgera. Wieczorem poprosiła matkę o budzik. Musiała wstać przed szóstą.
Kiedy Jack, najbliższy jej wiekiem, ruszył w ślad za starszymi braćmi do Birmingham, Eilis przeniosła się do pokoju chłopców, dzięki czemu Rose miała własną sypialnię, którą matka codziennie rano starannie sprzątała. Renta matki była skromna, finansowo więc były zależne od Rose, która pracowała w sekretariacie Davis’s Mill; jej pensja pozwalała zaspokoić większość ich potrzeb. Sporadycznie przychodziły dodatkowe pieniądze od chłopców z Anglii. Dwa razy do roku Rose jeździła do Dublina na wyprzedaże i w styczniu wracała z nowym płaszczem i garsonką, a w sierpniu z nową sukienką, z nowymi kardiganami, spódnicami i bluzkami dobieranymi często tak, żeby nie wyszły szybko z mody, i trzymanymi w szafie do następnego sezonu. Przyjaciółki Rose były teraz w większości albo kobietami zamężnymi, zwykle starszymi od niej, z odchowanymi dziećmi, albo żonami pracowników banków, które miały czas na grę w golfa w letnie wieczory lub w weekendy w mieszanych czwórkach.
Trzydziestoletnia Rose z każdym rokiem zdaniem Eilis zyskiwała na atrakcyjności i choć w minionych latach miała kilku adoratorów, nie wyszła za mąż; często powtarzała, że prowadzi dużo ciekawsze życie niż wiele jej koleżanek z klasy, które widywano na ulicach, jak pchają wózki z oseskami. Eilis była dumna z tego, jak bardzo siostra dba o wygląd i z kim się zadaje w miasteczku i w klubie golfowym. Wiedziała, że Rose próbowała znaleźć dla niej pracę w sekretariacie swojej firmy i że zapłaciła za jej książki, gdy zaczęła chodzić na kurs rachunkowości i podstaw księgowości, ale wiedziała też, że przynajmniej w tej chwili w Enniscorthy nie ma pracy dla nikogo – bez względu na kwalifikacje.
Eilis nie powiedziała Rose o propozycji panny Kelly; natomiast w trakcie szkolenia starała się zapamiętać wszystkie szczegóły, żeby zrelacjonować je matce, która śmiała się do rozpuku i prosiła, by niektóre fragmenty opowiedziała raz jeszcze.
– Ta twoja panna Kelly – skwitowała – nie jest wcale lepsza od swojej matki, a słyszałam od kogoś, kto tam kiedyś pracował, że ta baba była diabłem wcielonym. Tymczasem przed ślubem pracowała jako zwykła pokojówka u Roche’a. Kiedyś nad sklepem mieli pensjonat i jeśli się u niej pracowało lub choćby wynajmowało pokój albo robiło sprawunki w sklepie, ta kobieta zachowywała się jak diablica. No chyba że, oczywiście, miało się mnóstwo pieniędzy albo było się księdzem.
– Popracuję tam, dopóki nie znajdę czegoś innego – wtrąciła Eilis.
– To samo powiedziałam Rose, kiedy jej o tym mówiłam – odparła matka. – I nie słuchaj jej, jeśli będzie ci coś perswadować.
Rose nie wspomniała jednak ani słowem o tym, że Eilis zamierza podjąć pracę u panny Kelly. Dała jej natomiast bladożółty kardigan, którego prawie w ogóle nie nosiła, twierdząc, że ten kolor jej nie pasuje i że lepiej będzie wyglądał na Eilis. Podarowała jej też szminkę. W sobotni wieczór nie było jej w domu, nie widziała więc, jak Eilis, chcąc być wypoczęta pierwszego dnia pracy u panny Kelly, kładzie się wcześnie spać, mimo iż Nancy i Annette wybierały się wieczorem do kina.
Tylko raz, wiele lat wcześniej, Eilis była na mszy o siódmej rano, w Boże Narodzenie, kiedy jeszcze żył ojciec, a bracia mieszkali w domu. Pamiętała, że zostawiwszy prezenty pod choinką w salonie na piętrze, wyszły z mamą na paluszkach, gdy tamci wciąż spali, i wróciły w chwili, gdy chłopcy, Rose i ojciec po przebudzeniu zaczęli rozpakowywać paczki. Pamiętała mrok, chłód i niesamowitą urodę wyludnionego miasteczka. Teraz, gdy wyszła z domu, tuż po wpół do siódmej, ze sklepowym fartuchem w siatce i ze związanymi w kucyk włosami, przeszła uliczkami do katedry, starając się mieć spory zapas czasu.
Pamiętała, że w tamten świąteczny poranek przed wielu laty ławki w nawie głównej katedry były prawie pełne. Kobiety, które czekał długi dzień przygotowań w kuchni, chciały zacząć wcześnie. Teraz jednak nie było prawie nikogo. Rozejrzała się za panną Kelly, ale zobaczyła ją dopiero podczas komunii i wtedy zdała sobie sprawę, że cały czas siedziała po drugiej stronie. Eilis patrzyła, jak idzie główną nawą ze złączonymi dłońmi i spuszczonym wzrokiem, a za nią drepcze Mary w czarnej mantyli. Obie pewnie nic nie jadły, pomyślała, tak zresztą jak ona, i ciekawa była, kiedy zjedzą śniadanie.
Po zakończeniu mszy postanowiła, że nie będzie czekać na pannę Kelly przed katedrą, przystanęła natomiast przy kiosku, gdzie właśnie rozpakowywano paczki z gazetami, a potem zaczekała na nią przed wejściem do sklepu. Panna Kelly nie pozdrowiła jej ani się nie uśmiechnęła, tylko podeszła ze skwaszoną miną do bocznych drzwi, nakazując Eilis i Mary, żeby zaczekały na zewnątrz. Gdy otworzyła główne drzwi do sklepu i zaczęła zapalać światła, Mary przeszła na zaplecze i wzięła się do przenoszenia bochnów chleba pod ladę. Eilis zdała sobie sprawę, że to wczorajszy chleb; w niedzielę nie było dostaw pieczywa. Stała i patrzyła, jak panna Kelly najpierw rozwija nowy pasek długiego żółtego papieru posmarowanego lepem na muchy, a potem rozkazuje Mary stanąć za ladą, przytwierdzić lep do sufitu i zdjąć stary, cały obklejony martwymi owadami.
– Much nikt nie lubi – oznajmiła panna Kelly – zwłaszcza przy niedzieli.
Niedługo potem do sklepu weszły dwie, trzy osoby kupić papierosy. I chociaż Eilis włożyła już fartuch, panna Kelly poleciła, żeby klientów obsłużyła Mary. Gdy wyszli, Mary na rozkaz szefowej udała się na górę zaparzyć czajniczek herbaty, który potem dostarczyła do kiosku z gazetami w zamian za – jak zauważyła Eilis – darmowy egzemplarz „Sunday Press”, który panna Kelly złożyła i schowała. Eilis zauważyła też, że ani panna Kelly, ani Mary nic nie zjadły ani nie wypiły. Panna Kelly zaprowadziła ją na zaplecze.
– Ten chleb tutaj – instruowała ją, wskazując na stół – jest najświeższy. Przywieźli go wczoraj wieczorem aż od Stafforda, ale sprzedajemy go tylko wybranym klientom. Więc pod żadnym pozorem nie ruszaj tego chleba. Dla większości klientów dobry będzie tamten. I nie mamy pomidorów. Te tutaj nie są na sprzedaż, chyba że dam ci odpowiednie instrukcje.
Po mszy na dziewiątą zjawiła się pierwsza fala klientów. Ci, którzy przyszli po papierosy i słodycze, najwyraźniej wiedzieli, że mają podejść do Mary. Panna Kelly stała z tyłu, przenosząc spojrzenie z drzwi na Eilis i z Eilis na drzwi. Sprawdzała każdą cenę, którą zapisywała Eilis, bezzwłocznie podpowiadała jej te, których nie pamiętała, i sama spisywała i dodawała liczby po zrobieniu tego przez Eilis, nie pozwalając jej wydać reszty, dopóki nie zobaczyła podanych pieniędzy. Oprócz tego pozdrawiała niektórych klientów po imieniu, zapraszała ich na początek kolejki i nalegała, żeby Eilis przerwała wykonywaną akurat czynność i ich obsłużyła.
– Och, pani Prendergast, zajmie się panią nasza nowa pracownica, a Mary zaniesie pani wszystko do samochodu.
– Muszę najpierw skończyć tutaj – odpowiedziała Eilis, miała jeszcze bowiem kilka pozycji do zamknięcia kolejnego zamówienia.
– Och, Mary sobie z tym poradzi – zarządziła panna Kelly.
Przy ladzie kolejka wydłużyła się do pięciu osób.
– Ja byłem następny! – zawołał jeden z mężczyzn, gdy panna Kelly wróciła do lady z chlebem.
– Chwileczkę, jest duży ruch, a pan musi zaczekać na swoją kolej.
– Ale ja byłem następny – upierał się klient – a tę panią obsłużono przede mną.
– No więc czego pan chce?
Mężczyzna trzymał w ręku kartkę z listą zakupów.
– Eilis za chwileczkę pana obsłuży – komenderowała panna Kelly – ale dopiero po pani Murphy.
– Ona też stała za mną.
– Obawiam się, że jest pan w błędzie – orzekła panna Kelly. – Eilis, pospiesz się no, klienci czekają. Nikt nie ma całego dnia. Ten pan jest następny, zaraz po pani Murphy. Ile policzyłaś za tę herbatę?
I tak prawie do pierwszej. Nie było żadnej przerwy, nic do jedzenia ani do picia i Eilis umierała z głodu. Nikogo nie obsługiwano według kolejności. Panna Kelly informowała niektórych klientów, w tym dwie przyjaciółki Rose, które pozdrowiły poufale Eilis, że ma wyśmienite świeże pomidory. Sama je zważyła, a fakt, że Eilis zna te kobiety, wyraźnie jej zaimponował. Innych informowała stanowczo, że nie mają pomidorów, ani jednego. Wybranym klientom otwarcie, z niejaką dumą, podawała świeży chleb. Problem polegał na tym, Eilis zdała sobie sprawę, że w mieście nie ma drugiego tak dobrze zaopatrzonego sklepu otwartego w niedzielne przedpołudnia, niemniej odnosiła też wrażenie, że ludzie przychodzą tu z przyzwyczajenia i nie przeszkadza im, jeśli muszą odstać swoje, lubią wręcz ten ścisk i tłok.
* * *
Chociaż postanowiła sobie, że w domu przy kolacji nie wspomni o nowej pracy u panny Kelly, chyba że Rose pierwsza poruszy ten temat, Eilis nie mogła się powstrzymać i gdy tylko usiadły, zaczęła relacjonować poranne wydarzenia.
– Kiedyś wstąpiłam tam – rzekła Rose – gdy wracałam z kościoła, i obsłużyła przede mną Mary Delahunt. Odwróciłam się na pięcie i wyszłam. Jest tam taki zapach. Nie wiem czego. Zatrudnia tę swoją małą niewolnicę, prawda? Zabrała ją z klasztoru.
– Jej ojciec był całkiem miły – wspominała matka – ale dziewczyna nie miała szans, bo jak ci mówiłam, Eilis, jej matka była diabłem wcielonym. Słyszałam, że kiedy jedna ze służących się poparzyła, nie pozwoliła jej nawet pójść do lekarza. Matka zmuszała Nelly do pracy, gdy tylko mała nauczyła się chodzić. Chcecie wiedzieć, co z nią jest nie tak? Ta kobieta nigdy nie widziała dziennego światła, ot co.
– Nelly Kelly? – zapytała Rose. – Naprawdę tak się nazywa?
– W szkole inaczej ją nazywali.
– Jak?
– Wszyscy wołali na nią Pokrzywa. Zakonnice nie mogły nas powstrzymać. Dobrze ją pamiętam: była rok, dwa lata ode mnie młodsza. Zawsze chodziło za nią pięć, sześć dziewczyn od szarytek i wołały za nią „Pokrzywa!”. Nic dziwnego, że teraz jest stuknięta.
Zapadło na chwilę milczenie, gdy Rose i Eilis przetrawiały jej słowa.
– Nie wiadomo: śmiać się czy płakać – stwierdziła Rose.
Eilis przekonała się w trakcie tej kolacji, że potrafi naśladować głos panny Kelly, czym rozśmieszyła siostrę i matkę. Zastanawiała się, czy jako jedyna pamięta, że Jack, najmłodszy z jej braci, kiedyś naśladował niedzielne kazania, radiowych komentatorów sportowych, nauczycieli ze szkoły i wiele postaci z miasta i wszyscy się wtedy pokładali ze śmiechu. Nie wiedziała, czy jej towarzyszki zdają sobie też sprawę z tego, że śmieją się przy tym stole po raz pierwszy, odkąd Jack ruszył w ślad za braćmi do Birmingham. Bardzo chciała o nim przypomnieć, wiedziała jednak, że zasmuciłaby tym matkę. Nawet kiedy przychodził od niego list, podawały go sobie w milczeniu. Nadal więc parodiowała pannę Kelly i przestała dopiero wtedy, kiedy ktoś przyjechał po Rose i zabrał ją na golfa, a Eilis i jej matce pozostało sprzątnięcie ze stołu i zmycie naczyń.
* * *
O dziewiątej wieczorem Eilis stawiła się u Nancy Byrne, zdając sobie sprawę, że nie zadbała dostatecznie o swój wygląd. Umyła wprawdzie włosy i włożyła letnią sukienkę, uważała jednak, że wygląda fatalnie, i pogodziła się z myślą, że jeśli Nancy zatańczy więcej niż jeden raz z George’em Sheridanem, wróci sama do domu. Cieszyła się, że Rose nie widziała jej przed wyjściem, bo na pewno zmusiłaby ją, żeby zrobiła coś z fryzurą, umalowała się i spróbowała ubrać bardziej elegancko.
– Zasada jest taka – zapowiedziała Nancy – że nawet nie zerkamy w stronę George’a Sheridana, może przyjść z całą grupą z klubu rugby, a może w ogóle się nie pojawić. W niedzielne wieczory często bywają w Courtown, ta ich cała paczka. Mamy więc być pochłonięte rozmową. A ja nie tańczę z nikim innym, bo dopiero by było, gdyby akurat wtedy wszedł i mnie zobaczył. Więc jeśli ktoś podejdzie i poprosi nas do tańca, po prostu wstajemy i idziemy do toalety.
Było jasne, że Nancy z pomocą siostry i matki, którym w końcu wyjawiła, że poprzedniej niedzieli tańczyła z George’em Sheridanem, poczyniła odpowiednie przygotowania. Dzień wcześniej była u fryzjera. Włożyła niebieską sukienkę, którą Eilis widziała przedtem tylko raz, a teraz robiła sobie makijaż przed lustrem w łazience, gdy matka z siostrą co chwila wchodziły i wychodziły, nie szczędząc jej rad, komentarzy i komplementów.
Przeszły w milczeniu Friary Street do Church Street, a potem dotarły do Castle Street i wspięły się schodami do sali tanecznej na piętrze Athenaeum. Eilis nie dziwiło, że Nancy tak bardzo się denerwuje. Minął rok, odkąd przeżyła straszny zawód ze strony swojego poprzedniego chłopaka, który przyszedł pewnego wieczoru z inną dziewczyną, właśnie tutaj, i całą noc się z nią bawił, ledwie dostrzegając obecność Nancy, która siedziała przy stoliku i wszystko obserwowała. Później wyjechał do Anglii i wrócił na krótko tylko po to, żeby wziąć z tamtą dziewczyną ślub. Nie chodziło jedynie o to, że George Sheridan jest przystojny i ma samochód, i że prowadzi znakomicie prosperujący sklep na rynku; interes ten miał odziedziczyć w całości po śmierci matki. Dla Nancy, która pracuje za ladą w sklepie firmowym Buttle’s Barley-Fed Bacon, związek z George’em Sheridanem jest snem, z którego nie chce się zbudzić, pomyślała Eilis, kiedy razem z Nancy rozglądały się po sali, udając, że nie wypatrują nikogo konkretnego.
Kilka par tańczyło, a przy drzwiach stała grupka mężczyzn.
– Wyglądają, jakby przyszli prosto z targu bydlęcego – stwierdziła Nancy. – I Boże, jak ja nienawidzę brylantyny.
– Jeśli podejdzie do nas któryś z nich, natychmiast wstaję – zapowiedziała Eilis – a ty mówisz mu, że musisz iść ze mną do toalety.
– Powinnyśmy przyjść w grubych okularach, z krzywymi zębami i zostawić sobie tłuste strąki – skwitowała Nancy.
Robiło się coraz tłoczniej, ale George Sheridan nadal się nie zjawiał. I choć mężczyźni przechodzili przez salę, by poprosić do tańca jakąś dziewczynę, żaden nie podszedł ani do Nancy, ani do Eilis.
– Będą gadać, że jesteśmy z tych, co to podpierają ściany – stwierdziła Nancy.
– Są gorsze przezwiska – powiedziała Eilis.
– Jasne. Mogliby gadać, że jesteśmy jak autobus do Courtnacuddy, co to wpuszcza każdego na żądanie – rzuciła Nancy.
Nawet kiedy obie przestały się śmiać i na nowo rozglądały się po sali, gdy jedna z nich zaczynała chichotać, od razu zarażała śmiechem drugą.
– Wezmą nas za wariatki – wyraziła obawę Eilis.
Nagle siedząca obok niej Nancy spoważniała. Gdy Eilis zerknęła w stronę baru, gdzie sprzedawano napoje, zauważyła, że przybył George Sheridan z Jimem Farrellem i kilkoma znajomymi z klubu rugby i że towarzyszy im kilka młodych kobiet. Ojciec Jima Farrella był właścicielem pubu na Rafter Street.
– Dość tego – wyszeptała Nancy. – Wracam do domu.
– Zaczekaj, nie rób tego – poradziła Eilis. – Po tej wiązance pójdziemy do toalety i obgadamy, co robić dalej.
Odczekały na właściwy moment i przeszły przez opustoszały parkiet; Eilis wydawało się, że George Sheridan je zauważył. W toalecie powiedziała Nancy, żeby jeszcze zaczekała i że wyjdą z toalety, kiedy na dobre zacznie się następny taniec. Tak też zrobiły i gdy Eilis dyskretnie spojrzała tam, gdzie wcześniej stał George z grupką swoich znajomych, ich spojrzenia się spotkały. Gdy szukały wolnych miejsc, gdzie mogłyby usiąść, twarz Nancy pokryła się czerwonymi plamami; wyglądała jak uczennica, której zakonnice kazały wyjść i stanąć za drzwiami. Cały taniec przesiedziały bez słowa. Wszystko, co mogłaby powiedzieć, wydawało się Eilis absurdalne, trzymała więc język za zębami, zdawała sobie jednak sprawę, że komuś, kto zwróci na nie uwagę, muszą wydać się żałosne. Postanowiła, że jeśli Nancy choćby w najsubtelniejszy sposób zasugeruje, że powinny wyjść w przerwie, natychmiast się zgodzi. Pragnęła być już na dworze; wiedziała, że później znajdą sposób, by całą rzecz obrócić w żart.
Long Island
Przekład: Jerzy Kozłowski
Seria „Salamandra”
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 14 października 2025
I
– Znowu był tu ten Irlandczyk – oznajmiła Francesca, siadając przy kuchennym stole. – Pukał do wszystkich drzwi, ale to ciebie szuka. Powiedziałam mu, że niedługo będziesz w domu.
– Czego chce? – spytała Eilis.
– Zrobiłam wszystko, żeby to z niego wyciągnąć, ale nie puścił pary z ust. Pytał konkretnie o ciebie.
– Wie, jak się nazywam?
W uśmiechu Franceski dostrzegła aluzyjny cień. Eilis ceniła inteligencję teściowej, a także jej szelmowskie poczucie humoru.
– Jeszcze jeden facet. Tego mi tylko trzeba – stwierdziła z przekąsem Eilis.
– Mnie tego nie musisz tłumaczyć – odparła Francesca.
Roześmiały się i Francesca wstała, żeby wyjść. Eilis patrzyła przez okno, jak teściowa ostrożnie stąpa po wilgotnej trawie, oddalając się w stronę swojego domu.
Niedługo ze szkoły wróci Larry, potem Rosella ze szkolnego kółka, a później będzie słychać, jak Tony parkuje pod domem samochód.
Byłaby to idealna chwila na papierosa. Ale odkrywszy, że Larry popala, zawarła z nim umowę: jeśli obieca, że nie będzie palił, sama też nie sięgnie po papierosa. Wciąż miała na górze paczkę.
Gdy zadzwonił dzwonek do drzwi, Eilis dźwignęła się leniwie, przypuszczając, że to jeden z braci stryjecznych Larry’ego, który chce go wyciągnąć na dwór.
W przedpokoju za mlecznym szkłem w drzwiach dostrzegła jednak sylwetkę dorosłego mężczyzny. Dopiero gdy ją zawołał, uprzytomniła sobie, że to ten sam, o którym wspominała Francesca. Otworzyła drzwi.
– Eilis Fiorello to pani?
Mówił z irlandzkim akcentem, z rejonu Donegal, pomyślała, jak jeden z jej dawnych nauczycieli. Także jego postawa, jak gdyby szykował się na konfrontację, kojarzyła jej się z rodzinnym krajem.
– Tak, to ja.
– Szukam pani.
W jego tonie było coś agresywnego. Zastanawiała się, czy firma Tony’ego jest mu winna jakieś pieniądze.
– Tak słyszałam.
– Jest pani żoną tego hydraulika?
Ponieważ pytanie brzmiało nieuprzejmie, nie widziała powodu, żeby odpowiadać.
– Zna się na swoim fachu, ten pani mężulek. Powiedziałbym, że jest rozchwytywany.
Mężczyzna zamilkł na chwilę i obejrzał się, żeby sprawdzić, czy nikt nie słucha.
– Wszystko nam w domu wyrychtował – mówił dalej, wyciągając w jej stronę palec. – A nawet trochę więcej, niżeśmy się umawiali. Przychodził regularnie, jak wiedział, że zastanie panią domu, ale nie mnie. I jest tak dobry w przepychaniu rur, że moja żona w sierpniu spodziewa się dziecka.
Cofnął się o krok i uśmiechnął szeroko na widok niedowierzania na jej twarzy.
– Tak, tak. Dlatego tu jestem. I jedno wiem na pewno: nie ja jestem ojcem. Nie miałem z tym nic wspólnego. Jestem za to mężem kobiety, która urodzi to dziecko, i jeśli komuś się wydaje, że mam zamiar wychowywać we własnym domu bachora włoskiego hydraulika i wmawiać własnym dzieciom, że zostało poczęte przyzwoicie tak jak one, to się grubo myli.
Znowu wymierzył w nią palec.
– Więc jak tylko ten mały bękart się urodzi, przywożę go tutaj. I jeśli nikogo nie będzie w domu, wręczę go tej drugiej kobiecie. A jeśli nikogo nie będzie w żadnym z tych domów, które należą do was, zostawię je tutaj, pod tymi drzwiami. – Podszedł bliżej i dodał cicho: – I może pani powtórzyć ode mnie mężusiowi, że jeśli zobaczę gdzieś jego facjatę, potraktuję go żelaznym prętem, który trzymam na podorędziu. To co, wyraziłem się dostatecznie jasno?
Eilis chciała go zapytać, z której części Irlandii pochodzi, ażeby w ten sposób zignorować jego słowa, on jednak już się odwrócił. Próbowała wymyślić, co innego mogłaby powiedzieć, co by go zainteresowało.
– Wyraziłem się dostatecznie jasno? – powtórzył pytanie, gdy był już przy swoim samochodzie. Gdy nie odpowiedziała, zrobił ruch, jakby znowu miał podejść do drzwi. – Zobaczymy się w sierpniu, pani Eilis, a możliwe, że już pod koniec lipca, i wtedy będziemy się widzieć po raz ostatni.
– Skąd pan wie, jak mam na imię?
– Ten pani mąż to straszny gaduła. Stąd wiem, jak ma pani na imię. Wypaplał mojej żonie wszystko.
Gdyby był Włochem albo po prostu Amerykaninem, nie wiedziałaby, jak ocenić, czy rzucił groźbę, której nie ma zamiaru spełnić. Należał do tych mężczyzn, jak sądziła, którzy lubią brzmienie własnego głosu. Ale rozpoznała w nim jakąś zawziętość, może nawet rodzaj szczerości.
Znała takich mężczyzn w Irlandii. Jeśli odkrywali, że żona dopuściła się zdrady i jest w ciąży, nie zamierzali zatrzymywać w domu dziecka.
Jednak w rodzinnych stronach żaden mężczyzna nie byłby w stanie zabrać noworodka i zostawić go pod drzwiami innego domu. Ktoś by go zobaczył. Ksiądz, lekarz albo policjant kazałby go zabrać z powrotem. Tymczasem tutaj, w tej spokojnej ślepej uliczce, mógłby zostawić dziecko pod jej drzwiami i nikt by go nie zauważył. Naprawdę mógłby to zrobić. I sposób, w jaki mówił, w jaki zaciskał szczęki, determinacja w jego spojrzeniu, to wszystko ją przekonywało, że nie rzuca słów na wiatr.
Gdy tylko odjechał, wróciła do salonu i usiadła. Zamknęła oczy.
Gdzieś niedaleko mieszkała kobieta, która jest w ciąży z dzieckiem Tony’ego. Eilis nie wiedziała, dlaczego założyła, że ta kobieta też jest Irlandką. Może to bardziej prawdopodobne, że mężczyźnie, który ją odwiedził, łatwiej pomiatać Irlandką. Każda inna mogłaby mu się przeciwstawić albo od niego odejść. Nagle obraz tej kobiety, która przychodzi sama z niemowlęciem szukać pomocy u Tony’ego, przeraził ją bardziej niż obraz pozostawionego pod drzwiami dziecka. Później jednak ta druga możliwość, gdy pozwoliła ją sobie wyobrazić z zimną precyzją, przyprawiła ją o mdłości. A jeśli niemowlę będzie płakać? Podniesie je z ziemi? A jeśli tak, co zrobi potem?
Gdy wstała i przeniosła się na inny fotel, ten mężczyzna, który tak niedawno stał przed nią, prawdziwy, konkretny i natarczywy, wydawał jej się kimś, o kim przeczytała albo kogo widziała w telewizji. Było po prostu niemożliwe, że w jednej chwili w domu panował całkowity spokój, a zaraz potem zjawił się ten człowiek.
Gdyby mogła się komuś zwierzyć, może wiedziałaby, co o tym myśleć, co począć. Nagle ujrzała w myślach Rose, swoją starszą siostrę, nieżyjącą od ponad dwudziestu lat. Przez całe dzieciństwo w chwilach najdrobniejszych choćby kryzysów mogła zwrócić się do Rose, a ta natychmiast przejmowała kontrolę. Eilis nigdy się nie zwierzała matce, pani Lacey mieszkała zresztą w Irlandii i nie miała w domu telefonu. Obie szwagierki, Lena i Clara, pochodziły z włoskich rodzin i były blisko ze sobą, ale nie z Eilis.
Spojrzała na aparat na stoliku w przedpokoju. Gdyby tylko znała jakiś numer, który mogłaby teraz wybrać, jedną przyjazną duszę, której by zrelacjonowała odegraną właśnie pod jej drzwiami scenę! Nie chodziło o to, że ten mężczyzna, jakkolwiek się nazywał, stałby się bardziej rzeczywisty, gdyby go komuś opisała. Nie miała wątpliwości, że istniał naprawdę.
Podniosła słuchawkę, jakby miała zamiar wykręcić czyjś numer. Przez jakiś czas słuchała sygnału. Odłożyła słuchawkę, znowu ją podniosła. Musi być ktoś, do kogo mogłaby zadzwonić. Trzymając słuchawkę przy uchu, uzmysłowiła sobie, że nie ma nikogo takiego.
Czy Tony wiedział, że ten mężczyzna się pojawi? Próbowała sobie przypomnieć, jak się zachowywał w minionych tygodniach, ale nie przywołała z pamięci niczego, co by odbiegało od normy.
Weszła na górę i rozejrzała się po swojej sypialni, jakby była w tym domu kimś obcym. Podniosła piżamę Tony’ego z podłogi, gdzie ją rano zostawił, i zastanawiała się, czy powinna przestać prać jego rzeczy. I zrozumiała, że to nie miałoby najmniejszego sensu.
Może mu powie, żeby się przeniósł do domu matki i że się z nim rozmówi, gdy zbierze myśli?
A co, jeśli to jakieś nieporozumienie? Popełniłaby błąd, zbyt pochopnie posądzając o najgorsze człowieka, który od ponad dwudziestu lat jest jej mężem.
Weszła do pokoju Larry’ego i zaczęła wodzić wzrokiem po dużym planie Neapolu, który przypiął do ściany. Utrzymywał, że to jego prawdziwe rodzinne miasto, i ignorował ją, gdy próbowała mu perswadować, że jest pół-Irlandczykiem i że jego ojciec urodził się w Ameryce, a zresztą dziadkowie pochodzą z wioski na południe od tego miasta.
– Przypłynęli do Ameryki z Neapolu – upierał się Larry. – Możesz ich zapytać.
– A ja przypłynęłam z Liverpoolu, co nie znaczy, że tam mieszkałam.
Na kilka tygodni, gdy przygotowywał szkolną prezentację o Neapolu, upodobnił się do swojej siostry, fascynowały go szczegóły i był gotów siedzieć do późna, żeby skończyć to, co zaczął. Gdy jednak prezentacja była gotowa, wrócił dawny Larry.
Teraz, w wieku szesnastu lat, przerastał Tony’ego, miał ciemne oczy i dużo ciemniejszą karnację niż ojciec i stryjowie. Przejął za to po nich, zdaniem Eilis, pewną skłonność, mianowicie domagał się, by w domu szanowano jego zainteresowania, a jednocześnie wyśmiewał pretensje do powagi przejawiane przez matkę i siostrę.
– Chcę po powrocie z pracy – mawiał często Tony – umyć się, otworzyć piwo i się zrelaksować.
– Ja też tego chcę – podchwytywał Larry.
– Często pytam Boga – powiedziała raz Eilis – co jeszcze mogę zrobić, żeby mój mąż i syn poczuli się bardziej komfortowo.
– Mniej gadania, więcej telewizji – rzucił Larry.
W domach przy tej samej uliczce, gdzie mieszkali z rodzinami bracia Tony’ego, Enzo i Mauro, dzieci nie odzywały się do rodziców tak swobodnie jak Rosella i Larry. Rosella lubiła spory, które mogła wygrać poprzez wykorzystanie faktów i znajdowanie luk w rozumowaniu drugiej strony. Larry w każdej dyskusji lubił zamieniać spór w serię żartów. Choćby najbardziej się starała, Eilis łapała się na tym, że kibicuje Roselli, podobnie jak Tony często zaczynał się śmiać z jakiegoś absurdalnego argumentu Larry’ego, zanim nawet zaśmiał się on sam.
– Jestem jedynie hydraulikiem – mawiał Tony. – Wzywanym tylko wtedy, gdy coś cieknie. Jednego jestem pewien: żaden hydraulik nie trafi do Białego Domu, chyba że będą tam mieli problemy z rurami.
– Akurat w Białym Domu jest od groma przecieków – zażartował Larry.
– O proszę – zauważyła Rosella – interesujesz się polityką.
– Gdyby Larry przyłożył się do nauki – rzekła Eilis – mógłby zaskoczyć wszystkich.
* * *
Eilis usłyszała, jak wchodzi Rosella. Zastanawiała się, czy swobodna paplanina ich czworga przy stole będzie teraz możliwa. Jeśli wizyta tego człowieka nie była jakiegoś rodzaju podstępem, pewna część jej życia dobiegła końca. Wolałaby, żeby w sprawie ciąży żony podjął inną decyzję, taką, która w żaden sposób nie angażowałaby jej ani Tony’ego. Szybko jednak pojęła, jak rozpaczliwe i płonne są takie pobożne życzenia. Nie może już zmusić Irlandczyka, żeby nie zapukał do jej drzwi, bez względu na to, jak bardzo tego pragnie.
Gdy co wieczór siadali do kolacji, Tony relacjonował im swój dzień, szczegółowo opisywał klientów i ich domy, ile brudu zalega w okolicach umywalki lub sedesu. Jeśli Eilis kazała mu przestać, to tylko dlatego, że Rosella i Larry za bardzo się śmiali.
– Dzięki temu mamy co jeść – mawiał Larry.
– Ale czekajcie, po południu było jeszcze gorzej – zaczynał znowu Tony.
Od tej pory, pomyślała Eilis, będzie go obserwować, sprawdzając, co przed nią ukrywa.
Odkrzyknąwszy Roselli pozdrowienie, Eilis wróciła do głównej sypialni i zamknęła za sobą drzwi. Próbowała sobie wyobrazić reakcję Roselli, a także Larry’ego, na wieść, że Tony będzie miał dziecko z inną kobietą. Larry mimo swej zuchowatości wciąż był, jak sądziła, bardzo dziecinny i to, że jego ojciec uprawiał seks z inną kobietą, u której pracował, byłoby dla niego czymś nie do pomyślenia, Rosella natomiast czytała powieści i omawiała najbardziej drastyczne sprawy sądowe ze stryjem Frankiem, najmłodszym z braci Tony’ego. Jeśli mąż udusił żonę, a potem poćwiartował jej ciało, Frank, prawnik, który jako jedyny z braci skończył studia, dowiadywał się jeszcze bardziej przerażających szczegółów i dzielił się nimi z bratanicą. Wiadomość, że ojciec wdał się w romans z inną kobietą, niekoniecznie więc musiała zaszokować Rosellę, ale Eilis nie była pewna.
Najdziwniejsze, pomyślała, że Tony zawsze był bardziej pruderyjny niż ona. Czuł się nieswojo, jeśli scena pocałunku w telewizji trwała zbyt długo. Podczas rodzinnych obiadów razem z braćmi często się poszturchiwali i robili aluzje do dowcipów, których nie można było opowiedzieć przy dzieciach, ale nic ponadto. Nikt nigdy przy stole nie opowiedział takiego dowcipu. Podobało jej się to, jak staroświecki jest Tony. Pamiętała, jak się czerwienił, gdy omawiali kwestię powiększenia rodziny. Ostatecznie, podsłuchawszy rozmowę dwóch szwagierek, które nie miały żadnego problemu z ignorowaniem nauk Kościoła, po prostu położyła paczkę prezerwatyw na stoliku nocnym Tony’ego.
Uśmiechnął się, gdy je zauważył, po czym otworzył paczkę, jak gdyby nie był do końca pewny, co jest w środku.
– To dla mnie? – spytał.
– Przypuszczam, że dla nas obojga – odparła.
Kilka miesięcy temu mógł skorzystać z jednej z tych prezerwatyw w pewnym celu, pomyślała, i wszystkim zaoszczędziłby kłopotów, które ich teraz czekają.
Przysiadła na skraju łóżka. Jak ma powiedzieć Tony’emu, że był u nich ten człowiek? Zapragnęła nagle jakiegoś miejsca, do którego mogłaby się udać, miejsca, gdzie nie musiałaby roztrząsać tego, co się wydarzyło.
Dodatkowy pokój, który dobudowali, kiedyś domowe biuro Eilis, teraz był wykorzystywany przez Rosellę i Larry’ego do nauki, chociaż w rzeczywistości Larry spędzał tam niewiele czasu.
– Mogę ci zaparzyć herbaty, a nawet kawy, jeśli chcesz – zaproponowała, gdy znalazła w nim Rosellę.
– Wczoraj mi zrobiłaś – przypomniała Rosella. – Dzisiaj moja kolej.
Rosella potrafiła się wyciszyć, kiedy to z poważną miną siedziała w milczeniu, co odróżniało ją od kuzynów. Ci wykorzystywali każdą sposobność, żeby wybuchnąć głośnym śmiechem albo wyrazić swoje zdziwienie. Rosella spoglądała wtedy w stronę matki w nadziei, że niedługo będzie mogła opuścić rodzinny spęd i powrócić do ciszy własnego domu. Gdy Tony i Larry zakłócali tę ciszę, często na przykład prześcigając się w komentowaniu radiowej transmisji meczu baseballowego, Rosella zamykała się w swoim „gabinecie”, jak to określała. Namówiła nawet Tony’ego, żeby zainstalował w drzwiach zamek, by Larry nie mógł tam wtargnąć, gdy próbowała się skoncentrować.
Czasem Eilis łapała się na myśli, że mieszkanie po sąsiedzku z rodzicami Tony’ego i rodzinami jego dwóch braci jest dla niej przytłaczające. Mogli niemalże zaglądać sobie do okien. Jeśli decydowała się na spacer, jedna ze szwagierek lub teściowa pytały ją, dokąd się wybiera i po co. Chęć zachowania prywatności i izolowania się przypisywały często jej irlandzkiemu pochodzeniu.
Roselli natomiast, z jej włoską urodą, nikt nie podejrzewał, by mogła mieć w sobie coś irlandzkiego. Nie rozumieli więc, skąd się bierze ta jej powaga.
Rosella starała się nie wyróżniać. Wsłuchiwała się we wszystko, co mówią ciotki i kuzynki, rzucała komentarze na temat nowych strojów i fryzur, ale tak naprawdę nie interesowała się modą. Eilis wiedziała, że gdyby córka nie była tak ładna, uważano by ją za mola książkowego i dziwaczkę.
– Wdzięk i urodę – oznajmiła jej babcia – odziedziczyła po mojej matce i ciotce. Pominęły nasze pokolenie, bo Bóg jeden wie, że mnie nic się nie dostało, i odrodziły się znowu w Ameryce. Rosella należy do dawnych czasów. I te kobiety z mojej rodziny miały nie tylko urodę, ale i inteligencję. Ciotka Giuseppina była tak mądra, że mało brakowało, a nie wyszłaby za mąż.
– Czy to byłoby mądre? – spytała Rosella.
– Cóż, bywa czasem, że tak, ale w ostatecznym rozrachunku chyba jednak nie. I jestem pewna, że gdy przyjdzie czas na ciebie, będziesz mogła przebierać jak w ulęgałkach.
Dwa dni w tygodniu między lekcjami w szkole a kolacją Rosella szła do babci i rozmawiały ze sobą przez godzinę.
– Ale o czym wy rozmawiacie? – spytała Eilis.
– O zjednoczeniu Włoch.
– Poważnie pytam.
– Wiesz, z trzech synowych ciebie lubi najbardziej.
– Akurat!
– Dzisiaj poprosiła mnie, bym się z nią pomodliła.
– O co?
– O to, żeby wujek Frank znalazł sobie dobrą żonę.
– Czyli jakąś Włoszkę?
– Jakąkolwiek żonę. I mówi, że biorąc pod uwagę jego inteligencję, pensję i premię oraz to, że mieszka na Manhattanie, powinna się za nim ustawiać na ulicy kolejka kobiet. Chyba nie zależy jej na tym, żeby to była Włoszka. Pamiętasz, co znalazł tata, gdy się wybrał na irlandzką potańcówkę.
– Nie wolałabyś mieć matki Włoszki? Życie nie byłoby wtedy prostsze?
– Podoba mi się tak, jak jest.
* * *
Gdy Eilis przeglądała książki na biurku Roselli, przyszło jej do głowy, że życie, które córka bierze za pewnik, zależy od tego, czy jej ojciec i jego dwaj żonaci bracia, pracujący razem, przykładają się do roboty, są sumienni i solidni na tyle, żeby ludzie im ufali. Większość zleceń dostawali drogą poczty pantoflowej. Działali na terenie dużo większym niż małe miasto, czasem jednak ich rewir wydawał się bardziej kameralny, bardziej zamknięty. Nie trzeba będzie długo czekać, aż ktoś się dowie, że Tony zrobił klientce dzieciaka, pracując u niej w domu. I wiadomość ta rozniesie się tak samo, jak by to się stało w małej wiosce.
Do tej pory nie dopuszczała do świadomości obrazu Tony’ego w roboczym ubraniu w domu tej kobiety. Teraz miała go przed oczami, jak się podnosi po naprawieniu rury i zastaje panią domu wpatrzoną w niego z wdzięcznością. Mogła sobie wyobrazić początkową nieśmiałość Tony’ego. I późniejsze ociąganie się z wyjściem. Zapadnięcie niezręcznej ciszy.
– Masz problemy w warsztacie? – zapytała Rosella.
– Nie, skąd – odparła Eilis.
– Wyglądasz, jakbyś była czymś zaabsorbowana. W tej chwili.
– W warsztacie wszystko w porządku. Trochę za dużo pracy.
* * *
Larry po powrocie cmoknął ją w policzek i wskazał na swoje stopy.
– Moje buty są idealnie czyste, ale zostawiłem je za drzwiami. A teraz muszę posłuchać radia. Będę w swoim pokoju, gdyby ktoś mnie szukał.
Później zjawił się Tony i udał się prosto na górę, jak zwykle, żeby wziąć prysznic i przebrać się przed zejściem na dół, gdzie próbował odnaleźć Rosellę jak co dnia, odkąd była mała. Często, gdy udało jej się podsłuchać ich rozmowę, Eilis dowiadywała się czegoś, czego żadne z nich jej nie powiedziało, czegoś, co padło z ust babci Roselli albo co Tony zdradził córce na temat swoich braci.
Gdy Larry nakrywał do stołu, dodała ziemniaki do duszonego mięsa, które przyrządziła poprzedniego wieczoru. Do tej pory unikała Tony’ego, ale nikt tego nie zauważył. Siedział teraz w salonie i oglądał telewizję. Bała się jego wejścia do kuchni, kiedy skomentuje wspaniały zapach lub zacznie się wygłupiać z Larrym. Potrafił wypełnić powietrze swoją niezmienną pogodą ducha, troskliwością. Jej szwagierki narzekały na milkliwość i brak humoru mężów, gdy przebywają z rodziną. Babcia zagadnęła raz Rosellę o to, jak jej ojciec zachowuje się w domu.
– Co jej powiedziałaś? – spytała Eilis.
– Że wszystko wydaje mu się zabawne i że jest zawsze uroczy.
– I co na to babcia?
– Stwierdziła, że wydobywasz z każdego to, co najlepsze, więc może Lena i Clara wzięłyby z ciebie przykład, a wtedy stryjek Enzo i stryjek Mauro będą mieli w domu lepsze humory.
– Tylko tobie tak powiedziała. Ciekawe za to, co mówi innym.
– Ona zawsze mówi to, co myśli.
* * *
Eilis stała odwrócona plecami do drzwi, gdy najpierw mieszała potrawkę, a później zmywała naczynia. Gdyby tylko, pomyślała, mogła to robić w nieskończoność. Gdyby tylko coś zaciekawiło Tony’ego w telewizji i jak najbardziej opóźniało jego przyjście do stołu.
Kiedy wreszcie wszedł do kuchni, zajęła się wycieraniem naczyń. Przez chwilę była tak zdezorientowana, że nie pamiętała, w jakiej kolejności zwykle podaje kolację. Czy to możliwe, że najpierw podaje jedzenie Tony’emu? A może Larry’emu jako najmłodszemu? Albo Roselli? Rozdzieliła potrawkę i przeszła przez kuchnię z dwoma talerzami, które postawiła przed Rosellą i Larrym. Potem, nic nie mówiąc ani nie patrząc na Tony’ego, poszła po pozostałe dwa talerze. Tony opowiadał Roselli i Larry’emu anegdotę o tym, jak to zaatakował go pies, gdy w połowie tkwił w szafce, szukając nieszczelnej rury.
– Jak tylko ta bestia chapnęła tył moich spodni, zaczęła ciągnąć. Jego pani to Norweżka, u której nigdy nie było żadnego faceta.
Eilis stała i słuchała. Była pewna, że Tony nie ma najmniejszego pojęcia o tym, jak te słowa brzmią w jej uszach. Była to jeszcze jedna z jego dykteryjek. Zostawiwszy na chwilę swoją porcję, Eilis zabrała talerz Tony’ego i ruszyła w jego stronę. I gdy była gotowa postawić talerz na stole, przechyliła go lekko, aż potrawka zaczęła się wylewać. Przechyliła talerz jeszcze bardziej. Cała jego zawartość wylądowała na podłodze przy Tonym. Gdy zaniepokojony podniósł na nią wzrok, stała nieruchomo z pustym talerzem w ręku.
Rosella zerwała się z miejsca i wyjęła talerz z rąk matki, podczas gdy Tony i Larry przestawiali stół i krzesła, żeby móc posprzątać. Tony zaczął zbierać z podłogi kawałki mięsa.
– Co ci się stało? – spytała Rosella. – Stałaś jak słup soli.
Eilis nie odrywała wzroku od Tony’ego, który przyniósł gąbkę i miskę z wodą. Czekała, aż znów na nią spojrzy.
– W garnku zostało jeszcze trochę – poinformował Larry.
Gdy podłoga została umyta, stół ustawiono z powrotem na miejsce, a Tony dostał nową porcję, zaczęli jeść w milczeniu. Gdyby Tony się odezwał, Eilis była gotowa mu przerwać. Zdawała sobie sprawę, że Rosella i Larry najpewniej widzą, że między rodzicami coś się dzieje. Ale to na Tonym Eilis skupiała uwagę; na pewno już sobie uzmysłowił, że Eilis o wszystkim wie.
II
W soboty poranny rytuał ojca Tony’ego polegał na tym, że odwiedzał synów, którzy mieszkali po sąsiedzku, i sprawdzał, czy mają jakieś problemy ze swoimi samochodami. Teść zaczął zwracać większą uwagę na Eilis, gdy sama kupiła tani samochód, i za każdym razem, gdy ją widywał, pytał, jak się sprawuje auto.
– Okazuje się, że to była całkiem niezła okazja – przyznał. – Wtedy miałem wątpliwości. Żona mi poradziła, bym zatrzymał je dla siebie, ale teraz, gdy się okazało, że nie miałem racji, nie muszę się już hamować.
Ilekroć przyjeżdżał w odwiedziny Frank, jego ojciec wychodził obejrzeć auto syna, podnosił maskę, sprawdzał poziom oleju i płynów mimo napomnień żony, żeby nie brudził rąk.
– Najlepsze samochody, jakie wyprodukowano, rozkraczają się na środku ulicy, bo ich właściciele zapomnieli sprawdzić olej i płyny.
Jeśli któryś z samochodów wymagał uwagi, polecał swego starego przyjaciela, pana Dakessiana, Ormianina, który, jak twierdził, zna się na samochodach niemal tak dobrze jak on, i świetnie się składało, bo pan Dakessian był właścicielem warsztatu samochodowego, najlepszego w promieniu wielu kilometrów, z najbardziej atrakcyjnymi cenami i najbardziej przyjazną obsługą, jeśli tylko potrafiło się uniknąć rozmowy z nim na temat ormiańskiej historii.
– Inni mechanicy zdezelują ci samochód, a na dodatek cię oskubią – twierdził Fiorello senior. – Z każdym problemem z autem tylko do Dakessiana.
Ponieważ Eilis nadal prowadziła księgowość w rodzinnej firmie, regularnie kontaktowała się z panem Dakessianem, który zajmował się samochodami Tony’ego i jego braci. Przekonała się, że jest sympatyczny i godny zaufania, jak twierdził teść.
* * *
Pewnego dnia, gdy podjechała sprawdzić w samochodzie olej, pan Dakessian przyniósł jej książkę o ormiańskiej historii.
– Jest pani Irlandką – rzekł – więc wszystko będzie tu dla pani znajome. Tutejsi zwyczajnie nie rozumieją tych spraw. Pani teść myśli, że wszystko zmyślam. Próbowałem dać mu tę książkę, ale nie chciał jej wziąć.
Kartkując tom, Eilis zapytała pana Dakessiana, który, jak szacowała, miał może sześćdziesiąt kilka lat, czy był w Armenii w czasie, gdy doszło do rzezi.
– Urodziłem się tam, ale miałem trzy lata, gdy rodzice wyjechali. Ostrzeżono ich i udało im się w porę uciec. Czuję w związku z tym smutek, czasem coś więcej niż smutek, zwłaszcza gdy patrzę na mojego syna Erika, który wychowywał się tutaj i nic nie wie o tym, skąd się wziął.
Jego córka, z którą Eilis często miała kontakt, bo prowadziła w warsztacie księgowość, wychodziła niedługo za mąż.
– Wydaje się za Ormianina, toteż całe nabożeństwo będzie po ormiańsku. Będzie tak, jak gdybyśmy nigdy nie wyjechali ze starego kraju. Tylko przez jeden dzień.
– Rodzina Tony’ego często się zachowuje, jak gdyby nigdy nie wyjechała z Włoch – stwierdziła Eilis.
– Mają szczęście, że to pani zajmuje się ich rozliczeniami. Ja nie wiem, co zrobię, gdy odejdzie Lusin. Erik w ogóle się nie interesuje warsztatem.
Podczas następnej wizyty pan Dakessian oznajmił jej, że znalazł książkę o Irlandii i że dzieje jej kraju są nie mniej straszne niż historia Armenii.
– Zawsze o tym wiedziałem, ale teraz mam wszystko szczegółowo spisane. Jak tylko skończę czytać, dam pani tę książkę.
Pan Dakessian znowu wspomniał o planowanym odejściu córki.
– Nie chcę zamieszczać ogłoszenia i zatrudniać obcej osoby. To firma rodzinna i od lat mamy tych samych klientów. Jeśli myślała pani kiedyś o tym, żeby się przenieść i pracować w smrodzie spalin przy hałasie pracujących silników, to przyjmiemy panią z otwartymi ramionami. Ale musi mi pani szybko dać znać.
Eilis od razu podjęła decyzję, że przyjmie propozycję pana Dakessiana. Nie mogła namówić Tony’ego i jego braci, żeby zgodzili się na system fakturowania i księgowania, który sama opracowała. Enzo skarżył się matce, że Eilis próbuje im narzucać, jak mają prowadzić firmę. Francesca z kolei powiedziała o tym Frankowi, który o wszystkim opowiedział bratowej.
– Oczekują od ciebie więcej pokory – rzekł Frank. – Ja wiem, co bym zrobił.
– Co byś zrobił?
– Są moimi braćmi. Kocham ich. Ale za żadne skarby nie chciałbym z nimi pracować.
Eilis wiedziała, że o zatrudnieniu się w warsztacie powinna porozmawiać z Tonym, była jednak pewna, że chciałby, aby nadal prowadziła rachunkowość dla niego i jego braci. Trudno będzie mu powiedzieć, że sprawa jest już uzgodniona.
– Niech pani zacznie jak najszybciej – radził pan Dakessian. – Lusin przed odejściem wszystko pani pokaże.
– Chciałabym codziennie przychodzić do pracy o dziesiątej i kończyć o trzeciej – oświadczyła Eilis – tak samo jak Lusin, i chciałabym mieć cztery tygodnie urlopu, w tym dwa bezpłatnego.
Pan Dakessian zagwizdał z udawanym zdziwieniem, a następnie wspomniał, jaką pensję płaci córce.
– Pewnie chciałaby pani więcej.
– Do tematu podwyżki możemy wrócić po pierwszych trzech miesiącach.
Pan Dakessian powiedział, że umowa stoi, po czym zaproponował, że pójdzie umyć ręce, żeby mogli podać sobie dłonie.
III
Eilis znowu umyła podłogę, żeby tłuszcz z potrawki nie stężał. Potem znajdowała sobie w domu różne zajęcia. Gdy wydawało jej się, że Tony się zbliża, usiadła przy stole z Rosellą.
– Powinnaś chyba pójść do lekarza – zasugerowała Rosella. – Straciłaś całkowicie władzę w ręce, po prostu skamieniałaś. Gdybyś w tym czasie była za kierownicą, źle by się to skończyło.
– Już mi lepiej – zapewniła ją Eilis, widziała jednak, że Rosella nie jest przekonana.
Położyła się wcześnie i leżała w łóżku pogrążona w myślach przy włączonej lampce nocnej. Gdy do sypialni wszedł Tony, uśmiechnął się łagodnie i chodził na palcach, jak gdyby już zasnęła. Gdy tylko znalazł się w łóżku, zgasił swoją lampkę, a ona swoją.
Czekała, chcąc dać mu szansę zabrania głosu, powiedzenia czegokolwiek, choćby czegoś o pracy lub o tym, co obejrzał w telewizji. Leżał na wznak, później odwrócił się od niej, aż w końcu znowu ułożył się na plecach. Musiał zdawać sobie sprawę, że Eilis nie śpi. Usłyszała, jak odchrząkuje. W ciemności mogła pozwolić, by milczenie trwało dowolnie długo. Mogła nawet postanowić, że w ogóle go nie przerwie, że zaśnie u boku męża i skaże go na kolejny dzień niepewności w kwestii tego, co wie i jak zareaguje.
Martwiła się jednak, że to Tony w końcu zaśnie, a ona nadal będzie leżeć obok niego i roztrząsać, co mogła mu powiedzieć. Musi się odezwać teraz.
– Chciałabym, żebyś coś mi wyjaśnił – wyszeptała, kładąc dłoń na jego ramieniu.
Nie poruszył się.
– Czy ten facet, który tu dzisiaj był, naprawdę chce to zrobić? Naprawdę zamierza zostawić dziecko pod moimi drzwiami czy chce tylko dać ci do zrozumienia, jak bardzo jest wkurzony?
Wciąż nie odpowiadał.
– Jeśli to tylko czcze pogróżki, musisz mi w tej chwili powiedzieć.
Gdy nic nie usłyszała, westchnęła.
– Musisz… – zaczęła.
– On naprawdę chce to zrobić – szepnął Tony. – Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Uwielbia wydawać rozkazy i wygłaszać szumne deklaracje. Zastraszył ją.
– Nie chcę o niej nic wiedzieć.
– Możesz przyjąć, że on zrobi to, co zapowiada.
– Dosłownie zostawi nam dziecko pod drzwiami?
– Mogę cię zapewnić, że to właśnie zamierza zrobić. W ostatnich tygodniach próbowałem wymyślić, jak ci o tym powiedzieć.
– Najwyraźniej nie starałeś się dostatecznie mocno, Tony.
– Wiem.
– Pozwoliłeś mu, żeby cię wyręczył.
– Wiem. Wiem.
Przez chwilę leżeli w milczeniu.
– Chcę cię zapytać o jeszcze jedną rzecz – odezwała się w końcu Eilis – i chcę, żebyś podał mi jasną odpowiedź, i proszę, nie mów niczego, co nie jest prawdą. Czy oprócz niej były inne?
Tony zapalił swoją lampkę.
– Nie ma nikogo innego. Nigdy nie było.
– Musisz mi teraz powiedzieć, czy jeszcze… – wyszeptała.
– Nikogo. Powiedziałem ci. Przysięgam. Nikogo.
– Tylko ona.
– Tylko ona – powiedział i westchnął.
* * *
Odkąd odwiedził ją ten człowiek z wiadomością o dziecku, Eilis codziennie rano nie mogła się doczekać chwili, kiedy wyjdzie do pracy, opuści dom. Jeśli ruch w warsztacie był duży, chętnie zostawała po godzinach, byle tylko nie wracać jeszcze do domu, gdzie Tony zachowywał się jak gdyby nigdy nic.
Nawet rozmowy przy kolacji znowu toczyły się tak jak kiedyś.
Kilka razy, gdy chciała porozmawiać z Tonym o tym, co mogą zrobić, jeśli ten człowiek spełni swoją groźbę, wyczuwała silny opór męża przed dalszym roztrząsaniem tematu. A ponieważ Rosella i Larry nie mieli pojęcia, co się dzieje, Eilis samotnie dźwigała swoje brzemię. To ją ostatecznie odszukał ten Irlandczyk. Widziała jego twarz i słyszała jego głos. Nikt inny nie zdawał sobie sprawy, czym dla niej było to doświadczenie. I nie miała nikogo, komu mogłaby powiedzieć.
Tony zaczął wcześnie chodzić spać. Gdy kładła się obok, udawał, że śpi. Czasami leżała w ciemności, świadoma, że on czuwa obok niej.
* * *
Pewnego wieczoru zastała Tony’ego w kuchni. Odwrócił wzrok, gdy weszła, i wymamrotał, że jest zmęczony.
– Jest coś, czego ci nie powiedziałam – zaczęła.
Powoli kiwał głową, jak gdyby chciał przekazać, że czekał na tę chwilę.
– Nie będę się opiekowała tym dzieckiem, to absolutnie wykluczone. To twój problem, nie mój.
– Może tego nie chcesz – powiedział cicho – ale wciąż jesteśmy małżeństwem.
– Szkoda, że o tym nie pomyślałeś, gdy naprawiałeś rury. Ale nie chcę do tego wracać. Chcę ci tylko uświadomić, że jeśli ten człowiek przyjdzie z dzieckiem, nie otworzę mu, a jeśli zostawi dziecko pod drzwiami, nie wyjdę po nie. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego.
– Więc co zrobimy?
– Nie mam pojęcia.
Tego dnia długo nie kładła się spać, czytała czasopismo, które zostawił jej Frank, i miała nadzieję, że Tony będzie spał, kiedy się położy.
Gdy tylko pozwalała sobie spojrzeć na sprawę z jego punktu widzenia, dylemat był jasny. Jeśli Tony naprawdę wierzy, że Irlandczyk zamierza podrzucić im dziecko pod drzwi, musi się czuć bezradny. Nie mogła jednak pozwolić sobie na to, żeby zacząć mu współczuć. Wiedziała, że jeśli w jakikolwiek sposób zmięknie, prawdopodobnie skończy się na tym, że będzie wstawała w nocy karmić obce dziecko. Była zdeterminowana: nie zamierzała tego robić.
Zauważyła, że Tony ją urabia, robi smutną minę i pilnuje, żeby nie wypowiedzieć ani jednego słowa, które pogorszyłoby relacje między nimi. Bez jej wsparcia nie mógł nic zrobić.
I nagle przyszło jej do głowy, że nie wie, co zamierza matka Tony’ego. Francesca umiała sprawić, żeby nikt w rodzinie, łącznie z Eilis, ani przez chwilę nie czuł, że robi coś złego. Nawet kiedy Lena w jednym z napadów szału próbowała przejechać Enza na podjeździe przed ich domem, teściowa przekonywała, że takie rzeczy zdarzają się w najbardziej kochających się rodzinach.









