Obraz Miami, miasta zbudowanego na przemocy i rozczarowaniu, autorstwa wybitnej pisarki i dziennikarki Joan Didion, której „Rok magicznego myślenia” znalazł się na liście 100 najlepszych książek XXI wieku.
W „Miami” Joan Didion obala mit beztroskiego miasta pełnego szybkich samochodów i pięknych kobiet, ukazując jego prawdziwe oblicze: miejsce naznaczone politycznymi intrygami, korupcją i wykluczeniem.
Didion portretuje świat wygnańców i spiskowców, w którym pamięć narodowa ustępuje miejsca chaosowi, a demokracja kruszy się pod ciężarem zdrady i ambicji.
W tej najmroczniejszej ze swoich książek Didion zagłębia się w historię kubańskiej emigracji, ujawniając, jak południowa Floryda stała się enklawą, w której zimna wojna toczyła się równie brutalnie, co w najciemniejszych zakątkach Ameryki Łacińskiej.
Pokazuje Miami jako tropikalną iluzję – miasto zbudowane na przemocy, rozczarowaniu i cynizmie, dalekie od amerykańskiego snu lansowanego w popkulturze.
Miami
Przekład: Jowita Maksymowicz-Hamann
Wydawnictwo Relacja
Premiera: 16 lipca 2025
Wstęp
Przyznaję, że przez dłuższy czas miałam zaledwie mgliste pojęcie o tym, kim jest Joan Didion. W Londynie, gdzie dorastałam, jej książki często trudno było znaleźć w księgarniach. W pewnym momencie na pewno widziałam jej fotografię: jedno z tych ikonicznych, czarno-białych zdjęć z lat sześćdziesiątych – z papierosem w ustach, ewidentnie mądra, piękna, z czarnymi, sięgającymi podbródka, potarganymi wiatrem włosami – i mylnie umieściłam ją gdzieś między Joan Baez a feminizmem. Ale kiedy zaczęłam ją czytać, zapragnęłam nią zostać. Częściowo dlatego, że wydawała się taką olśniewającą intelektualistką; a głównie dlatego, że jej zdania były takie trafne, jej myśli spływały z kartki i wczepiały się, z tą uszczypliwą inteligencją, w moje własne.
W jej zgrabnych reportażach jest pewna prostota, jakby po prostu przechyliła głowę na bok i słuchała. Powieściopisarka, dziennikarka, eseistka – zwykle równocześnie – jej książki są pełne rozmów, podsłuchanych fragmentów, dygresji; Didion jest cała w szczegółach, skrupulatnie zaobserwowanych, przyziemnych, ludzkich i pomieszanych, ironicznych i wzajemnie sprzecznych jak sami ludzie. Z tych zapisków rodzi się mozaika, która tworzy zarysy historii. To powinna być mantra każdego dziennikarza: obserwuj bardzo uważnie, a potem myśl. Żadnych uprzedzeń z wyjątkiem inteligencji, żadnych sztuczek z wyjątkiem obserwacji. Didion jest dobrą reporterką, ponieważ obserwuje uważnie, ale potrafi to wielu reporterów. Didion jest natomiast świetną pisarką, ponieważ nie tylko widzi, ale potrafi przejrzeć. Wielka literatura faktu to nie tylko fakty, które zmieniają się z czasem, ale też prawda, która jest czymś więcej.
Didion urodziła się w Sacramento w Kalifornii w 1934 roku. W roku 1956 ukończyła Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley i wkrótce przeniosła się do Nowego Jorku, by pracować dla „Vogue’a”. Jej pierwsza książka, powieść Run River1, została wydana w 1963 roku i była porównywana do uznanych powieści Nathanaela Westa dotyczących kalifornijskiej groteski. Po powrocie do Kalifornii Didion wciąż pisała powieści, ale coraz częściej tworzyła też krótkie eseje, łączące doświadczenia osobiste i reportaż, by dokumentować hedonizm, pacyfistyczną niedorzeczność i narkotyczną próżnię lat sześćdziesiątych (zebrane w zbiorze Slouching Towards Bethlehem2, wydanym w 1968 roku i zawierającym profil Baez, który wreszcie zdołał wyprowadzić mnie z błędu) oraz długiego kaca lat siedemdziesiątych (zbiór The White Album3, wydany w 1979 roku).
Zbiór Miami ukazywał się w 1987 roku najpierw w odcinkach w „New York Review of Books”, a następnie, w tym samym roku, został wydany w postaci książki. Tak jak i wcześniejsze zbiory, jest to coś w rodzaju panoramy dziesięciolecia – lat osiemdziesiątych – ale tym razem przez pryzmat jednego miasta. Jest to miejsce i dekada, które pamiętamy obecnie, ze średniego dystansu niemal dwudziestu lat, dzięki Miami Vice oraz Christo, temu artyście, który opakował wyspy w różowe spódniczki, jako płytkie, „pastelowe”, szybko rozwijające się miasto. Ale Didion nigdy nie dawała się nabrać. Zamiast tego poświęciła uwagę „podwodnej narracji” i refleksjom na temat „krzywych zwierciadeł”: tyglowi Kubańczyków, czarnoskórych i anglojęzycznych; tarciom związanym z alienacją od siebie nawzajem; obcości i niezasymilowanej żarliwości politycznej Kubańczyków oraz ich samobójczym mitom, kłamstwom pułapek myślowych, ciemnym uliczkom, brygadom terrorystycznym, bratobójczym morderstwom.
To mroczna książka. Ale wśród tego mroku i tropikalnej przemocy pojawia się światło roztropnego sceptycyzmu Didion. Jej opisy wycieczek na teren „prywatnej dyplomacji”, „bomby, która akurat nie wybuchła”, są pełne zgryźliwości. „Spędzanie czasu w Miami”, zauważa Didion w połowie książki, „oznacza nabranie pewnej biegłości w dysonansie poznawczym”. Popycha, prowadzi, jest zabawna i szelmowska. Ale Kubańczycy, Amerykanie pochodzenia kubańskiego oraz inni Amerykanie zamieszkujący Miami i żyjący w osobnych bańkach wzajemnego niezrozumienia, mają prawo mówić sami za siebie. A mówią najróżniejsze ciekawe rzeczy: „John F. Kennedy wciąż jest drugim najbardziej znienawidzonym mężczyzną w Miami”; „Wygnańcy z Miami nie są antykomunistyczni”. „To jest Miami”, lamentuje pewien mężczyzna, wygnany ze swojej własnej społeczności za sugerowanie dialogu z demonicznym Castro, „Miami w czystej postaci. Milion Kubańczyków jest szantażowanych, całkowicie kontrolowanych przez trzy stacje radiowe”. Kolejne rozdziały nurkują w tematykę wyborów na stanowisko burmistrza, skandalu nikaraguańskich contras, labiryntu CIA i Omega 7. W rolach epizodycznych występują Lee Harvey Oswald, Oliver North i włamywacze z Watergate; są poeci, biznesmeni i dawni terroryści. Okruchy koloru, kilka czarnych zarysów i mozaika się zapełnia. Didion analizuje ospowate kulisy Miami, ale nitki i sieci zawsze zdają się oplatać Waszyngton, ostatecznie więc bada nie tylko Kubańczyków, ale też ich osobliwą relację z różnymi waszyngtońskimi rządami.
W jednym z rozdziałów odsuwa zasłonę skrywającą samego Czarnoksiężnika z Krainy Oz. Wybiera dzień – 10 kwietnia 1984 roku, „niewyróżniający się niczym wtorkowy poranek” – i wymienia zajęcia prezydenta Ronalda Reagana: jego propagandową pogawędkę z dowódcą promu kosmicznego Challenger, spotkanie z prezydentem Republiki Dominikańskiej, podpisy pod aktami prawnymi składane w ogrodzie różanym, udział w ceremonii z okazji Miesiąca Sprawiedliwego Mieszkalnictwa. Sonduje każdą chwilę pod kątem znaczenia lub konsekwencji. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie ma tego dużo. Didion zmienia kierunek i cytując urzędników rządowych, pokazuje ich narrację. „Prawie wszystko, co robimy, uzależnione jest od tego, czy naszym zdaniem trafi wieczorem do telewizyjnych programów informacyjnych”, przyznaje główny rzecznik Białego Domu. Didion chce pokazać, jak buduje się półprawdy, tworzy mity, przypina etykietki. Kwestionuje sformułowania rozpowszechniane w latach osiemdziesiątych – „lewicowi partyzanci”, „działacze komunistyczni” – jako wyssane z palca straszaki zimnej wojny, uzasadnienie dla tajnych operacji tego typu, jaki przenikał Miami. Didion nurkuje dalej. Cytuje polityków i lizusów z think tanków, reportaże prasowe, twardzieli z ulicy i filary społeczeństwa. Łączy, kluczy i meandruje wokół samego wątku i osnowy. W ostatecznym rozrachunku pokazuje nam gmatwaninę cieni; rzeczywistość nie tworzy jasnego obrazu, nie ma żadnej lśniącej, skończonej mozaiki, żadnej idealnej prawdy.
Czytałam Miami w Damaszku, w innym świecie powstałym po 11 września. Retoryka Białego Domu była gromka, padały zawoalowane groźby: że Ameryka zaatakuje, że Izrael zbombarduje Iran. Syryjczycy pomrukiwali i się martwili. Ich prezydent spoglądał niepewnie z tysiąca dyktatorskich portretów w całym mieście. Każdy mówił coś innego: reżim upadnie, reżim przetrwa wieczność. Przesiadywałam w kawiarniach i zapisywałam zdania w notatniku, próbując coś zobaczyć – coś przejrzeć – ponieważ jest to jedyny powód, by w ogóle pisać.
Wendell Steavenson
Damaszek, kwiecień 2005
JEDEN
Hawańska próżność w Miami obraca się w proch. W tę sierpniową noc 1933 roku, kiedy generał Gerardo Machado, ówczesny prezydent Kuby, opuszczał Hawanę, udając się na wygnanie, zabrał ze sobą pięć rewolwerów, siedem worków złota i pięcioro przyjaciół, jeszcze w piżamach. Gerardo Machado spoczywa obecnie w marmurowej krypcie na cmentarzu Woodlawn Park w Miami, sekcja czternasta, mauzoleum. W tę marcową noc 1952 roku, kiedy Carlos Prío Socarrás, który w roku 1933 pomógł obalić Gerardo Machado, a piętnaście lat później sam został prezydentem, opuszczał Hawanę, udając się na wygnanie, zabrał ze sobą swojego ministra spraw zagranicznych, ministra spraw wewnętrznych, żonę i dwie małe córeczki. Fotografia uwieczniająca tę chwilę ukazuje panią de Prío, dość piękną, wsiadającą do samolotu w czymś przypominającym kostium z surowego jedwabiu oraz kapeluszu z czarną woalką. Kobieta ma na sobie rękawiczki i kolczyki. Jej makijaż jest świeży. Mąż i ojciec, do niedawna prezydent, nosi ciemne okulary, a na rękach trzyma młodszą córkę, Maríę Elenę.
Carlos Prío sam spoczywa obecnie na cmentarzu Woodlawn Park w Miami, sekcja trzecia, w pobliżu Gerardo Machado, w grobie oznaczonym sześciostopowym, marmurowym kamieniem, na którym powiewa kubańska flaga z czerwonych, białych i niebieskich płytek ceramicznych. CARLOS PRÍO SOCARRÁS 1903–1977, głosi napis, a bezpośrednio poniżej, jakby głównym zabezpieczeniem Carlosa Prío Socarrása przed zapomnieniem był ten okres na Uniwersytecie Hawańskim, kiedy prowadził akcje przeciwko Gerardo Machado, napisano: MIEMBRO DEL DIRECTORIO ESTUDIANTIL UNIVERSITARIO 1930 (Członek Directorio Estudiantil Universitario). Dopiero dalej widnieje napis PRESIDENTE DE LA REPÚBLICA DE CUBA 1948–1952. Rozczarowujący koniec. Kadencje prezydenckie trwają krótko, a chwała akcji długo, tam wśród opadłych kwiatów plumerii i lagerstremii na cmentarzu Woodlawn Park w Miami. „Mówią, że byłem okropnym prezydentem Kuby”, powiedział kiedyś Carlos Prío do Arthura M. Schlesingera juniora podczas wizyty w Białym Domu Kennedy’ego, po jakichś dziesięciu latach ćwierćwiecznego epilogu swej czteroletniej hawańskiej prezydencji, spędzanego w Miami. „Może to i prawda. Ale byłem najlepszym prezydentem, jakiego Kuba kiedykolwiek miała”.
Na Florydzie rozegrało się wiele hawańskich epilogów, podobnie jak kilka prologów. Floryda to ta część etapu kubańskiego, która obejmuje pompatyczne odejścia oraz umowy na boku. Floryda to miejsce, gdzie chór czeka, by skomentować akcję, a czasami do niej dołączyć. José Martí na wygnaniu zbierał pieniądze wśród kubańskich pracowników tytoniowych w Key West oraz Tampie, a w 1894 roku próbował zorganizować inwazję od północnej strony Jacksonville. Skazany na wygnanie Fidel Castro Ruz w 1955 roku przyjechał do Miami po pieniądze, żeby zabrać Ruch 26 Lipca do Sierra Maestra, i dostał je, od Carlosa Prío. Fulgencio Batista sam wrócił z Florydy, żeby w 1952 roku odebrać Hawanę Carlosowi Prío, ale już w 1958 roku Fidel Castro za pieniądze Carlosa Prío odbierał ją Fulgencio Batiście, na co z kolei były premier Carlosa Prío spróbował wprowadzić w prowincji Camagüey trzecią siłę, by odebrać tę chwilę Fidelowi Castro – przedsięwzięcie zakończone wybitną porażką, wspierane przez Centralną Agencję Wywiadowczą i finansowane przez Carlosa Prío z domu w Miami Beach.
Wszystko to jest bardzo pouczające. W tej nieustannej operze nazywanej wciąż – nawet przez Kubańczyków, którzy większą część swojego życia spędzili już w tym kraju – el exilio, czyli wygnaniem, spotkania w prywatnych domach w Miami Beach są uważane za brzemienne w skutki. Czyny pojedynczych osób uważa się za wpływające bezpośrednio na bieg wydarzeń. Rewolucje i kontrrewolucje ujmuje się w ramy sektora prywatnego, a państwowy aparat bezpieczeństwa istnieje wyłącznie po to, by znaleźć się na usługach tego lub innego prywatnego gracza. Fakt, że ten konkretny styl polityczny, pochodzący pierwotnie z Karaibów i Ameryki Środkowej, zadomowił się już w Stanach Zjednoczonych, stanowi jeden z powodów, dla których na płaskich, przybrzeżnych mokradłach Florydy Południowej, gdzie palmy gięły się nad pozostałościami tuzina nieudanych hoss, a hotele pozostawały zabite deskami przez sześć miesięcy w roku, od wczesnego noworocznego poranka 1959 roku, kiedy Fulgencio Batista ostatni raz wyleciał z Hawany (podczas tego lotu na pokładzie samolotu DC-4 linii Aerovías Q lecącego na Dominikanę kobiety nadal miały na sobie suknie wieczorowe, w których były na kolacji), wyrosła całkiem ciekawa osada, niezupełnie amerykańskie miasto w takiej formie, jak do niedawna pojmowało się amerykańskie miasta, ale tropikalna stolica: z masą plotek, niedoborem pamięci, przeinwestowana na bazie mrzonek nadzianych uciekinierów i szukająca punktu odniesienia nie w Nowym Jorku, Bostonie, Los Angeles czy Atlancie, ale w Caracas, Meksyku, Hawanie, Bogocie, Paryżu i Madrycie. Spośród miast amerykańskich od 1959 roku Miami związało się tylko z Waszyngtonem, co stanowi cechę szczególną obydwu tych miejsc i w coraz większym stopniu ich osnowę.
W drodze krzyżowej el exilio są pewne stacje, przy których niczym płaskorzeźby pojawiają się zbieżne lub sprzeczne fantazje Miami i Waszyngtonu. Recytuje się żale, różańce złamanych obietnic. Zlicza popełnione błędy, niedoskonałe porozumienia, sytuacje, podczas których nałożenie waszyngtońskich abstrakcji na możliwości Miami być może okazało się lub nie, jeśli użyć słowa, które stało się w Waszyngtonie popularne w latach osiemdziesiątych, błędne. 17 kwietnia 1985 roku w dwudziestą czwartą rocznicę przerwanej inwazji, którą większość Amerykanów, a nawet niektórzy Kubańczycy nazywają Zatoką Świń, w Miami odbyła się – patrząc z perspektywy czasu – wyjątkowo przejmująca seria wydarzeń ku czci strat odniesionych w 1961 roku na Playa Girón, na południowym wybrzeżu prowincji Matanzas, przez Brygadę 2506, oddział bojowy kubańskich wygnańców, wyszkolony i wspierany – do pewnego momentu, tego słynnego momentu, tej nocnej godziny, kiedy John F. Kennedy przekazał decyzję, że zachowa możliwość wyparcia się, odmawiając wsparcia z powietrza – przez rząd Stanów Zjednoczonych.
Same wydarzenia zorganizowane podczas rocznicy w 1985 roku miały charakter rytualny i jako takie tylko marginalnie różniły się od wydarzeń z innych lat, powiedzmy z 1986 roku, kiedy obecna miała być Jeane Kirkpatrick, machająca małymi, pamiątkowymi flagami, amerykańską i kubańską, oraz opowiadająca, „jak inaczej wyglądałby świat”, gdyby brygada zwyciężyła. Minutę po północy, w noc rocznicy z 1985 roku, tak jak i w latach wcześniejszych i późniejszych, około trzydziestu członków Brygady 2506, w większości mężczyźni po czterdziestce i pięćdziesiątce ubrani w maskujące mundury polowe, z karabinami AR-15 w ręku, weterani inwazji plus kilku późniejszych rekrutów, zgromadzili się pod pomnikiem Męczenników z Girón przy Southwest Eighth Street w Miami i wystawili poczet sztandarowy na czuwanie w tę łagodną, florydzką noc. Odtworzono nagrany The Star Spangled Banner oraz La Bayamesa, hymn narodowy Kuby. No temáis una muerte gloriosa, brzmi tekst La Bayamesa, poruszając dokładnie tę nutkę transcendentnego nacjonalizmu, która nadawała ton całej uroczystości. Nie bójcie się chwalebnej śmierci: śmierć za ojczyznę to życie.
Późnym rankiem policja otoczyła podniszczony bungalow przy Southwest Ninth Street, który miał stanowić Dom, Muzeum i Bibliotekę Brygady 2506 Kubańskiego Wygnania, planowane repozytorium takich strzępków prawdziwego krzyża, jak flaga Brygady 2506 darowana Johnowi F. Kennedy’emu na stadionie Orange Bowl, dwadzieścia miesięcy po Zatoce Świń, kiedy obiecał zwrócić tę flagę brygadzie „w wolnej Hawanie” i zabrał ją do Waszyngtonu, później geometrycznie poszerzając jej treść symboliczną przez wysłanie jej na przechowanie w miejscu, o którym osoby wyjaśniające tę parabolę zwykle mówią „zakurzona piwnica”. W ten rocznicowy poranek ruszyła renowacja bungalowu, przy której to okazji Claude Pepper, świeżo przybyły z trwającej w Izbie Reprezentantów debaty na temat pomocy nikaraguańskim contras, opisał lądowanie w Girón jako „jedno z najbardziej heroicznych wydarzeń w historii świata”, a wielu obecnych wyraziło obawę, która tamtej wiosny zdążyła już stać się najbardziej palącą obawą wspólnoty wygnańców, tę samą obawę, która obecnie przydaje wydarzeniu retrospektywnego ciężaru, a mianowicie, żeby „bojownicy o wolność z lat osiemdziesiątych” nie zostali potraktowani przez administrację Reagana tak samo, jak mężczyźni z Brygady 2506 zostali potraktowani, lub też uważali, że zostali potraktowani, przez administrację Kennedy’ego.
Czasami słowem używanym do opisania tego traktowania było „porzucenie”, a czasami słowem tym była „zdrada”, ale znaczenie pozostawało to samo, a żar stojący za tymi słowami przecinał wszystkie podziały klasowe, nie tylko tego ranka pod bungalowem, ale też później podczas apelu pod pomnikiem oraz jeszcze później, podczas mszy celebrowanej tego wieczoru za Brygadę 2506 w kaplicy przy zatoce Biscayne Bay, usytuowanej tak, by frontem zwracała się w stronę Kuby. Tego ranka byli tam mężczyźni w mundurach bojowych, ale też mężczyźni w granatowych marynarkach, z jasną naszywką Brygady 2506 przypiętą dyskretnie do kieszonki. Były sztormiaki organizacji National Rifle Association i T-shirty z amerykańską flagą oraz napisem THESE COLORS DON’T RUN5, były krucyfiksy na gołej skórze i futerały na noże przy paskach opadających tak nisko, że wystawały spod nich bokserki, ale były też koszule marki Brooks Brothers, krawaty i aktówki z miękkiej skóry. Byli mężczyźni, którzy później tego dnia mieli udać się do biur w nowych szklanych wieżowcach wzdłuż Brickell Avenue, biur z barcelońskimi krzesłami oraz oknami od podłogi do sufitu z widokiem na zatokę, port, Miami Beach i Key Biscayne, oraz mężczyźni, których jedynym biurem były magazyny broni, strzelnice oraz aerokluby w okolicy Krome Avenue, gdzie osiedla dzielnicy West Dade ustępują parkowi Everglades i tylko nagłe lśnienie wody ujawnia jej natarczywą obecność, gdzie składuje się narkotyki i pozbywa się ciał.
Od tamtej pory są traktowani jak polityczni rozbitkowie, ci mężczyźni z Brygady 2506, jednorodni twardziele, tułacze wśród bardziej wątpliwych miejsc obsługiwanych przez Southern Air Transport, ale to mylące. Niektórzy członkowie Brygady 2506 mieszkali w Miami, jeszcze zanim Fidel Castro wkroczył do Hawany, a niektórzy przybyli tam dopiero w 1980 roku, roku exodusu z Mariel. Niektórzy byli obywatelami amerykańskimi, a niektórzy nigdy mieli nimi nie zostać, ale wszyscy przede wszystkim byli Kubańczykami i działali również pod wpływem swego rodzaju zbiorowego zaklęcia, tajemnego zauroczenia, tego gorączkowego kompleksu resentymentów, zemsty, idealizacji i tabu, który sprawia, że wygnanie jest tak potężną zasadą porządkującą świat. Współdzielili nie tylko Kubę jako miejsce urodzenia, ale też Kubę jako konstrukt, ideę utraconej ojcowizny. Współdzielili definicję patrii, ojczyzny, jako nieodłącznej od honoru osobistego, również honoru osobistego jako czegoś, co zostało zdradzone i musi zostać pomszczone. Współdzielili, nie tylko ze sobą nawzajem, ale praktycznie z każdym innym Kubańczykiem w Miami, pewną osnowę polityczną, w której sam kształt historii, jej dialektyka, jej kierunek, tradycyjnie przedstawiany był jako la lucha, walka.
Większość z nich została w dzieciństwie ukształtowana oczywiście przez opowieść o walce, la lucha, przeciwko Hiszpanii, centralny scenariusz dziewiętnastowiecznej Kuby. Dla niektórych z ich ojców la lucha była walką przeciwko Gerardo Machado, dla niektórych przeciwko Fulgencio Batiście, a dla wszystkich – dla tych, którzy pierwotnie walczyli w Ruchu 26 Lipca, i tych, którzy walczyli przeciwko niemu, dla barbudos, jak i dla Batistianos6 – istniała teraz la lucha rozpięta na wielkim płótnie obejmującym ćwierćwiecze, la lucha oczyszczona, la lucha zawieszona w próżni, la lucha nie tylko przeciwko Fidelowi Castro, ale przeciwko jego sojusznikom i jego agentom oraz wszystkim tym, o których można było powiedzieć, że mu pomagali lub go zachęcali.
Co miało stanowić tę pomoc lub zachętę, pozostawało wielkim, jezuickim tematem el exilio, definiowanym wciąż na nowo, wydestylowanym wreszcie do takiego stopnia, w którym niektóre wydarzenia z historii najnowszej Ameryki zyskały zupełnie nowy ogląd. Na przykład włamanie do kwatery głównej Partii Demokratycznej w Watergate z 1972 roku wydawało się z tego punktu widzenia patriotyczną misją, a Kubańczycy, którzy zostali za to wsadzeni do więzienia, zostali mártires de la lucha, męczennikami walki. Exodus z Mariel wydawał się zdradą ze strony kolejnej administracji, dogadaniem się z Fidelem Castro, decyzją ludzi Cartera, by utrzymać status quo na Kubie, osłabiając impet tego, co w mitycznym czasie el exilio, gdzie zdrada zapoczątkowana przez Kennedy’ego ciągnęła się do danej chwili, byłoby powszechnym powstaniem. PRECZ Z PAKTEM KENNEDY–CHRUSZCZOW, głosił napis w języku hiszpańskim na jednym z transparentów podskakujących tego dnia przed kamerami, błagając o uwagę. DOŚĆ ZDRAD. Na tylnej stronie innego transparentu wypisano hasło: CONTADORA / TRAIDORA / VENDA / PATRIA [Contadora / zdrajczyni / sprzeda / ojczyznę]. Innymi słowy zdrajca, który poparłby porozumienie polityczne z Contadory w Ameryce Środkowej, sprzedawał swój kraj, a tym samym swój honor.
Zatoka Świń pod wieloma względami nadal zapewniała Miami idealną narrację, w której mężczyźni z Brygady 2506 byli zawsze dzielni i zdradzeni, Stany Zjednoczone zawsze były uwodzicielskie i zdradzieckie, a krew los mártires pozostawała zawsze świeża. Kiedy tego dnia pod pomnikiem upamiętniającym Playa Girón odczytano nazwiska 114 członków brygady, którzy zginęli na Kubie, ocaleni jednym głosem wykrzykiwali odpowiedzi, w narastającym rytmie, z zaciśniętymi pięściami wyciągniętymi w stronę nieba: Presente, 114 razy. Kobiety w jedwabnych sukniach i sandałach na wysokich obcasach ocierały oczy w ciemnych okularach. „Es triste”, pomrukiwała jakaś kobieta wciąż na nowo, do nikogo szczególnego.
La tristeza de Miami. „Musimy starać się wzmacniać demokratyczne, niebatistowskie, antycastrowskie siły na wygnaniu”, brzmiało oświadczenie wygłoszone podczas kampanii Kennedy’ego w 1960 roku, a Miami przez pewien czas uznało Johna F. Kennedy’ego za wyznawcę tej samej wiary. „Stany Zjednoczone nie mogą odwrócić się od jednego z największych wyzwań moralnych w powojennej historii”, oświadczył Ronald Reagan dwa wieczory przed rocznicą Zatoki Świń w 1985 roku, podczas kolacji dobroczynnej Funduszu na rzecz Nikaraguańskich Uchodźców, a Miami znowu uznało amerykańskiego prezydenta za wyznawcę tej samej wiary. Nawet papierowe naparstki słodkiej, kubańskiej kawy, rozdawane po mszy za Brygadę 2506 tego kwietniowego wieczoru w Miami, na schodkach kaplicy zwróconej w stronę Kuby, z Matką Boską zdobioną cekinami nad ołtarzem, Matką Boską ubraną jak na swoje quince, wyglądały jak świecka komunia, ciało i krew patrii, machismo, la lucha, sentymentalnej trójcy. Fakt, że la lucha przez lata, które upłynęły od Zatoki Świń, stała się kwestią zabójstw i zamachów bombowych na ulicach amerykańskich miast, spisków, kontrspisków i tajnych transakcji z udziałem amerykańskich obywateli oraz amerykańskich instytucji, kwestią nastawień i działań, które rzuciły cień na raptowne zakończenie dwóch kadencji amerykańskich prezydentów i ostatecznie miały rzucić cień również na paraliż trzeciej, stanowił osobliwość, która tego jednego wieczoru pozostała oficjalnie niezbadana.







