Victor Terrazas i jego fascynująca podróż przez najniezwyklejsze brzmienia z najdalszych zakątków świata znalazła się w książce „Atlas dźwięków odległych”. Zaskakująca treść i odważna forma tworzą artystyczną perełkę, od której trudno się oderwać.


Najpierw krótko: „Atlas dźwięków odległych” to jedna z tych książek, które chcę mieć na zawsze i do której na pewno jeszcze wielokrotnie wrócę. A teraz nieco dłużej: opowiem Wam dlaczego.

W dobie powszechnego dostępu do internetu wielu z nas, ja także, żyje w przekonaniu, że jesteśmy na bieżąco. Że trafiają do nas, i to z jaką łatwością, wszystkie najistotniejsze fakty z wielu dziedzin życia. Że niczego ważnego nie przegapiliśmy. Łatwo trwać w takim złudzeniu, a później następuje dzień, w którym człowiek natknie się na taką książkę jak „Atlas dźwięków odległych” i naraz dowiaduje się, że jednak przegapił bardzo dużo. Że gdzieś na krańcach świata, gdzie nie docierają dziennikarze portali informacyjnych, dzieją się rzeczy fascynujące i inspirujące, niekomercyjne więc dla mainstreamu nieciekawe – klikalności nie będzie, ale jakże bogate w znaczenia dla ich uczestników i dla tych, którzy dowiadują się o nich będąc daleko, ale pozostają poruszeni ludzką kreatywnością, emocjonalną głębią, mistyczną atmosferą. W takie rejony prowadzi nas książka „Atlas dźwięków odległych” Victora Terrazasa.

Dla jasności muszę uprzedzić, że nie zawiera ona wyłącznie omówień zjawisk muzyczno-akustycznych, całkowicie nieznanych szerokiej publiczności. Chrisa Hadfielda zapewne znacie, to ten jegomość, który wsławił się wykonaniem utworu Davida Bowiego „Space Oddity” w kosmosie, przebywając – jako astronauta – na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Internet w pewnym momencie oszalał na jego punkcie, więc trudno byłoby się o tym nie dowiedzieć. Podobnie rzecz ma się z inicjatywą zwaną Concerto Grotto na Wyspach Owczych, która ma już czterdzieści lat i najprawdopodobniej słyszeli o niej nawet ludzie marginalnie zainteresowani zjawiskami muzycznymi. Za to dokonania antropologów, którzy ocalili pieśni i muzykę rdzennych ludów przed zapomnieniem na zawsze, są znane już wyłącznie garstce osób zainteresowanych taką tematyką, podobnie jak takie odkrycia naukowców jak to, że kultura kształtuje ludzkie reakcje na muzykę czy to, że istnieją kraje bez instrumentów, gdzie jednakże pieśni służą do wyrażania tożsamości kulturowej.

O czym poczytamy możemy zdecydować patrząc na mapę. Umieszczona na początku książki zawiera oznaczenia miejsc, do których zabiera nas w esejach autor. Każdemu więc według potrzeb – kto lubi gorące rytmy, śpiew wydm i kultury cieplejszej części świata, znajdzie je. Kto woli daleką północ, jej siłę i magię, także nie będzie zawiedziony. A wszystko to podane w wyszukanej formie graficznej będącej dziełem Gonzáleza Macíasa. Ten projekt to prawdziwy majstersztyk, który czyni z książki artystyczny obiekt. Macías stworzył unikalny język wizualny, który doskonale koresponduje z podróżniczym charakterem „Atlasu”. Charakteryzuje się on surową estetyką, wykorzystaniem dwóch, kontrastujących kolorów oraz geometrią nawiązującą do map i infografik. Każdy esej jest wizualnie odseparowany i wyróżniony. Zamiast tradycyjnych zdjęć, mamy do czynienia ze stylizowanymi ilustracjami – mapami, symbolami, wykresami i abstrakcyjnymi grafikami, które w oszczędny, ale wyrazisty sposób oddają klimat opisywanych miejsc i zjawisk akustycznych. Dzięki temu zabiegowi, książka nie tylko opisuje dźwięki, ale również wizualnie je interpretuje.

„Atlas dźwięków odległych” otwiera oczy, pobudza wyobraźnię, przypomina o tym, że świat wcale nie został pochłonięty całkowicie przez dominujący przemysł kulturalno-rozrywkowy krajów białego Zachodu, ale wciąż zachwyca swoją różnorodnością. Potrzeba nam tylko takiego wrażliwego i wnikliwego przewodnika jak Victor Terrazas abyśmy mogli się o tym dowiedzieć. Tomasz Orwid

Victor Terrazas, Atlas dźwięków odległych, Przekład: Bartłomiej Kaftan, Wydawnictwo Wielka Litera, Premiera: 23 października 2024
 
 

Victor Terrazas
Atlas dźwięków odległych
Przekład: Bartłomiej Kaftan
Wydawnictwo Wielka Litera
Premiera: 23 października 2024
 

Spis tre­ści

Przed­mowa
 
SVAL­BARD
Mu­zyka w wiecz­nej zmar­z­li­nie

LA­PO­NIA
Ci­sza w tun­drze

WY­SPY OWCZE
Kraj bez in­stru­men­tów

HE­BRYDY
Za­gu­bione pie­śni z Sa­int Kildy

WA­RO­SIA
Echa mia­sta widma

PA­PUA-NOWA GWI­NEA
Pio­senki, które niosą ra­dość

MO­LO­KAI
Król rocka i zbun­to­wana wy­spa

TU­VALU
Oca­lone tańce ze współ­cze­snej Atlan­tydy

PERTH
Dźwię­kowy pod­ręcz­nik sztuki prze­trwa­nia

RAPA NUI
Mu­zyka z pępka świata

SIWA
Oaza no­ma­dycz­nych dźwię­ków

SA­HARA
Rock po­śród wydm

WY­SPA ŚWIĘ­TEJ HE­LENY I TRI­STAN DA CUNHA
Sa­motny śpiew po­śród oce­anu

WY­SPY ŚWIĘ­TEGO TO­MA­SZA I KSIĄ­ŻĘCA
Rytmy z Afryki na ka­ra­ib­skich fie­stach

MON­GO­LIA
Ma­giczne har­mo­nie ste­pów

JA­KUCK
Punk z naj­zim­niej­szego mia­sta na świe­cie

TURK­ME­NI­STAN
In­wa­zja syn­te­ty­za­to­rów w Azji Środ­ko­wej

URUM­CZI
Rumba fla­menca na Je­dwab­nym Szlaku

TY­BET
Po­głosy z da­chu świata

NU­NA­VUT
Ark­tyczne pie­śni przod­ków

PU­STY­NIA MO­JAVE
Wielka muza Ka­li­for­nii

MONT­SER­RAT
Ka­ra­ib­skie echa ir­landz­kich bal­lad

IQU­ITOS
Brzmie­nie pusz­czy ama­zoń­skiej

PA­TA­GO­NIA
Wa­lij­skie pie­śni z da­le­kiego po­łu­dnia

AN­TARK­TYDA
Mu­zyczne eks­pe­dy­cje na bie­gun po­łu­dniowy

WSZECH­ŚWIAT
Ko­smiczne brzmie­nia w domu po­śród gwiazd

Przed­mowa

Jak co rano w nie­dzielę zmie­rza­łem – ze słu­chaw­kami na uszach – do bu­dynku, w któ­rym peł­nię obo­wiązki kon­sjerża. Słu­cha­łem Café del Sur, au­dy­cji mu­zycz­nej w Ra­dio 3, pro­wa­dzo­nej przez Wło­cha Di­mi­triego Pa­pa­ni­kasa. Te­mat, który tego dnia po­ru­szał, był in­try­gu­jący: „Ślady pio­senki: mu­zyczne in­struk­cje od­czy­ty­wa­nia sta­ro­daw­nych map i glo­bu­sów oraz zwie­dza­nia świata bez prze­wod­ni­ków”. Raje, obiet­nice, miej­sca – praw­dziwe lub fik­cyjne – do któ­rych można uciec, te­ry­to­ria do pod­bi­cia, śpiewy sy­ren, po­dróże w po­zio­mie i w pio­nie…
Wkrótce pro­wa­dzący po­że­gnał się ze słu­cha­czami. To już? Ko­niec au­dy­cji? Po­czu­łem się dziw­nie, jakby ktoś mnie opu­ścił. Po­trze­bo­wa­łem wię­cej. Zre­zy­gno­wany – po tych 60 mi­nu­tach, które prze­le­ciały tak szybko, jakby było ich le­d­wie 10 – przez cały dzień nie mo­głem się opę­dzić od cho­dzą­cego mi po gło­wie py­ta­nia: ja­kie miej­sce na świe­cie jest naj­bar­dziej od­le­głe od tego, w któ­rym się w tej chwili znaj­duję? Gdzie są an­ty­pody ma­dryc­kiej dziel­nicy Ar­güel­les?
Gdy tylko wró­ci­łem do domu, na­tych­miast otwo­rzy­łem lap­topa, włą­czy­łem Go­ogle Street View i za­czą­łem szu­kać. Tak od­kry­łem Ta­ka­pau – miej­sco­wość za­miesz­kaną przez ja­kieś 500 osób, w któ­rej ni­gdy nie by­łem i z całą pew­no­ścią ni­gdy nie będę. Prze­cha­dza­łem się po jej uli­cach i skle­pach, prze­mkną­łem Char­lotte Street, główną ar­te­rią mia­steczka zbu­do­wa­nego na pla­nie sza­chow­nicy. Kilka razy wy­mó­wi­łem na głos jego na­zwę. „Ta­ka­pau. Ta­ka­pau. Ta­ka­pau”. Jej dźwięcz­ność wpro­wa­dzała mnie w trans.
Ta­ka­pau ma­te­ria­li­zo­wało się przed mo­imi oczami ni­czym od­wró­cone od­bi­cie za­bie­ga­nej me­tro­po­lii, w któ­rej miesz­kam. A jed­nak w tej skrom­nej i nie­po­zor­nej chyba mie­ści­nie – po­ło­żo­nej na Wy­spie Pół­noc­nej w No­wej Ze­lan­dii, po­nad 20 ty­sięcy ki­lo­me­trów stąd, trzy go­dziny jazdy sa­mo­cho­dem z Wel­ling­ton i sześć z Auc­kland – cze­kała na mnie nie­spo­dzianka.
Po­dą­ża­jąc na po­łu­dnie szosą łą­czącą mia­steczko z są­sied­nim Or­mon­dville, na­tra­fi­łem na ocie­niony drze­wami za­ką­tek o ta­jem­ni­czej na­zwie: Sanc­tu­ary So­unds. To za­gad­kowe miej­sce miało na­wet wła­sną stronę in­ter­ne­tową. Wy­glą­dało na to, że od po­nad 20 lat, za­wsze w pierw­szy week­end grud­nia, miesz­kańcy Ta­ka­pau or­ga­ni­zują tam fe­sti­wal, na któ­rym dzie­siątki nie­za­leż­nych ze­spo­łów z ca­łej No­wej Ze­lan­dii i za­gra­nicy spo­ty­kają się, by wspól­nie, pod go­łym nie­bem, tań­czyć, grać mu­zykę i cie­szyć się ży­ciem.
Moja fa­scy­na­cja ro­sła w miarę, jak oglą­da­łem ko­lejne zdję­cia i na­gra­nia z mi­nio­nych edy­cji fe­sti­walu. Za scenę słu­żyła skromna drew­niana chatka. Uczest­nicy bi­wa­ko­wali w na­mio­tach w środku lasu. W ciągu trzech dni im­prezy od­by­wały się wy­stępy cyr­kowe i mnó­stwo kon­cer­tów, urzą­dzano bale prze­bie­rań­ców, go­to­wano do­mowe po­siłki. Gdy za­pa­dał zmierzch, na środku roz­pa­lano ogni­sko, a dzie­ciaki bie­gały i tań­czyły na bo­saka wo­kół pło­mieni. Przy­po­mi­nało to mi­nia­tu­rowy Wo­od­stock, po­zba­wiony ja­kich­kol­wiek am­bi­cji za­rob­ko­wych. Do­roczne wy­da­rze­nie nie­za­stą­pione dla ca­łej spo­łecz­no­ści. Spo­tka­nie przy­ja­ciół po­łą­czo­nych mi­ło­ścią do mu­zyki.
Ta­ka­pau stało się kon­kret­nym miej­scem na ma­pie, a py­ta­nie, które so­bie po­cząt­kowo za­da­wa­łem, po­tęż­niało i za­ta­czało w mo­jej gło­wie co­raz szer­sze kręgi. Mi­jały dni, ty­go­dnie i mie­siące, a ja roz­my­śla­łem, czy w in­nych od­lud­nych za­kąt­kach świata dzieją się po­dobne rze­czy. Czy w rów­nie od­izo­lo­wa­nych re­gio­nach mu­zyka także od­grywa tak ważną rolę? Za­czą­łem in­te­re­so­wać się ryt­mami, me­lo­diami, in­stru­men­tami miesz­kań­ców tych nie­do­stęp­nych miejsc. Jak może brzmieć mu­zyka wspól­noty ży­ją­cej po­środku pu­styni? Albo na wy­spie za­gu­bio­nej gdzieś na Atlan­tyku? I czego słu­cha się w osa­dzie na roz­le­głym azja­tyc­kim ste­pie? Każdy znak za­py­ta­nia jesz­cze bar­dziej roz­pa­lał moją cie­ka­wość, a ja za­nu­rza­łem się co­raz głę­biej w nie­skoń­czoną róż­no­rod­ność mu­zyczną świata.
Na jed­nej z kart W po­szu­ki­wa­niu stra­co­nego czasu Mar­cel Pro­ust za­no­to­wał zda­nie, które to­wa­rzy­szyło mi nie­ustan­nie w trak­cie pi­sa­nia Atlasu dźwię­ków od­le­głych: „Je­dyną praw­dziwą po­dróżą […] by­łoby nie iść ku no­wym kra­jo­bra­zom, ale mieć inne oczy, wi­dzieć wszech­świat oczami ko­goś in­nego” [M. Pro­ust, Uwię­ziona, przeł. T. Że­leń­ski (Boy), War­szawa 1958, s. 285]. Nowe spoj­rze­nie i do­stęp do in­ter­netu były wszyst­kim, czego po­trze­bo­wa­łem, by prze­dzierz­gnąć się w od­krywcę nie­zna­nego, by od­czy­ty­wać mapy, które nie tylko opi­sują nasz świat, lecz także por­tre­tują nas sa­mych. Te próżne prze­strze­nie pełne roz­kosz­nej ta­jem­nicy, jak na­pi­sał Jo­seph Con­rad [J. Con­rad, Ją­dro ciem­no­ści, przeł. A. Za­gór­ska, Wolne Lek­tury].
Mapy i mu­zyka mó­wią o nas wię­cej, niż są­dzimy. Są czymś znacz­nie wię­cej niż tylko płasz­czy­zną lub spek­trum dźwię­ko­wym, na któ­rych się umiej­sca­wiamy. Po­ka­zują, jak ar­bi­tralne po­tra­fią być gra­nice, ale też jak je­ste­śmy so­bie bli­scy i jedni z dru­gimi po­łą­czeni.
Ta książka na­ro­dziła się z za­cie­ka­wie­nia owym ta­jem­ni­czym, nie­zna­nym mi świa­tem. W Atla­sie dźwię­ków od­le­głych mu­zyka jest ni­czym kom­pas. Mo­imi prze­wod­ni­kami są bez­i­mienni nie­zna­jomi i kul­towe ar­tystki, an­tro­po­lo­dzy i so­cjo­lożki, dzien­ni­karki ra­diowe i lo­kalni mu­zycy, ar­chi­wistki i ak­ty­wistki, sprze­dawcy płyt wi­ny­lo­wych i ko­lek­cjo­ne­rzy. Ich pe­ry­pe­tie, pełne trium­fów i po­ra­żek, eks­plo­rują prze­szłość, kwe­stio­nują te­raź­niej­szość i na­dają kształt przy­szło­ści. Wiele i wielu z nich nie po­ja­wia się w wiel­kich en­cy­klo­pe­diach mu­zyki; zwy­kle stoją gdzieś w dru­gim rzę­dzie, nie­wi­doczni i po­mi­jani. Ale to dzięki nim mu­zyka za­cho­wuje swój puls i na­dal roz­brzmiewa w re­gio­nach, w któ­rych się na­ro­dziła.
Ni­gdy nie by­łem w Ta­ka­pau; moja noga nie po­stała też w żad­nym z wy­mie­nio­nych w tej książce miejsc. Ale do każ­dego z nich wy­bra­łem się w po­dróż – do od­le­głych mia­ste­czek, wsi i kra­jów, któ­rych pie­śni opo­wia­dają o rze­czy­wi­sto­ści w isto­cie nie tak od­le­głej od ży­cia mo­jej dziel­nicy. Mu­zyka przy­biera nie­skoń­cze­nie różne formy – czy to sa­am­ski śpiew joik, czy sy­be­ryj­ski punk z Ja­ku­cji, ko­lum­bij­ska cham­peta, po­powe ka­wałki Be­atle­sów czy ste­el­bandy z Try­ni­dadu i To­bago – ale wszy­scy śpie­wamy o tym sa­mym. Się­gamy po mu­zykę, by po­dzie­lić się swymi ra­do­ściami i lę­kami, na­szą hi­sto­rią i na­szą przy­szło­ścią.

VÍC­TOR TER­RA­ZAS

1
SVAL­BARD

78° 09’ 25” N 15° 51’ 51” E
61 045 km²
2856 miesz­kań­ców
Nor­we­gia
Sto­lica: Lon­gy­ear­byen

Mu­zyka
w wiecz­nej zmar­z­li­nie

Z tu­zi­nem ma­ry­na­rzy, grupką ak­ty­wi­stów kli­ma­tycz­nych i for­te­pia­nem na po­kła­dzie Arc­tic Sun­rise od­bija w czerwcu od brze­gów Ho­lan­dii i obiera kurs na Sval­bard, wy­su­nięty naj­da­lej na pół­noc ar­chi­pe­lag Nor­we­gii. Po dro­dze sta­tek cu­muje na kilka dni w por­cie Lon­gy­ear­byen, gdzie do za­łogi do­łą­cza uznany wło­ski kom­po­zy­tor Lu­do­vico Einaudi. Gdy jed­nostka do­ciera wresz­cie do celu – na­prze­ciw lo­dowca – ak­ty­wi­ści opusz­czają for­te­pian na pły­wa­jącą plat­formę o wa­dze dwóch ton, zbu­do­waną z po­nad 300 bia­łych trój­ką­tów z drewna.
Przy wtó­rze pę­ka­ją­cego lodu Einaudi po raz pierw­szy wy­ko­nuje Elegy for the Arc­tic, me­lo­dię skom­po­no­waną spe­cjal­nie na tę chwilę – i przy­pra­wia wszyst­kich za­ło­gan­tów i pa­sa­że­rów o gę­sią skórkę. Przez dwa ko­lejne dni dzia­ła­cze Gre­en­pe­ace’u kręcą w trud­nych wa­run­kach film – ni­skie tem­pe­ra­tury, obe­rwa­nia lo­do­wych brył i obec­ność niedź­wie­dzi to nie­od­łączne, a także nie­bez­pieczne ele­menty ark­tycz­nej przy­gody. Jej efekt – spek­ta­ku­larne, za­le­d­wie trzy­mi­nu­towe na­gra­nie – zo­staje wkrótce upu­blicz­niony, w kon­kret­nym celu: aby zwró­cić uwagę rzą­dów wszyst­kich kra­jów świata na szkody po­wo­do­wane przez wy­do­by­cie ropy naf­to­wej i po­łowy na Oce­anie Ark­tycz­nym, a także do­ma­gać się pod­ję­cia dzia­łań, które ochro­nią re­gion przed zmia­nami kli­matu.
Głosy dla Ark­tyki nie były je­dyną mu­zyczną kam­pa­nią zre­ali­zo­waną przez or­ga­ni­za­cję pro­eko­lo­giczną na Sval­bar­dzie. Trzy lata póź­niej, wio­sną 2019 roku, po­śród lo­do­wych pej­zaży wy­spy Spits­ber­gen Terje Isung­set (nor­we­ski per­ku­si­sta i szef All Ice Re­cords, wy­twórni pły­to­wej, która na­grywa wy­łącz­nie we wnę­trzu igloo) wraz z ze­spo­łem lo­kal­nych mu­zy­ków wy­ko­nuje utwór Ocean Me­mo­ries – w tem­pe­ra­tu­rze 11 stopni po­ni­żej zera i mięk­kim świe­tle pół­nocy. Grają na nie­ty­po­wych in­stru­men­tach, wy­rzeź­bio­nych z ark­tycz­nego lodu: dzwon­kach, trąb­kach, lo­do­fo­nie, per­ku­sji, a na­wet wio­lon­czeli.
Te dwa utwory wi­tają nas w wy­su­nię­tym naj­da­lej na pół­noc za­miesz­ka­nym miej­scu na Ziemi. Ar­chi­pe­lag Sval­bard to garść wysp i wy­se­pek roz­sia­nych po­mię­dzy Mo­rzem Gren­landz­kim a Mo­rzem Ba­rentsa. Spo­śród kil­ku­dzie­się­ciu skła­da­ją­cych się nań skraw­ków lądu na stałe za­sie­dlone są tylko trzy, z czego dwa – po­ło­żone naj­bli­żej brze­gów Nor­we­gii – przez nie­spełna 10 wy­spia­rzy każdy.
Lud­ność Sval­bardu, mie­rzą­cego około 61 ty­sięcy ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych, li­czy za­le­d­wie trzy ty­siące osób, sku­pio­nych w więk­szo­ści w Lon­gy­ear­byen. Mia­sto to utrzy­muje jako taką łącz­ność z in­nymi sie­dzi­bami ludz­kimi, jak Sve­agruva i Ba­rents­burg, nie­słu­żą­cymi do ni­czego poza wy­do­by­ciem wę­gla.
Mimo zimna i ma­łej ilo­ści świa­tła (od po­łowy li­sto­pada do końca stycz­nia ży­cie mia­sta to­czy się w kom­plet­nej ciem­no­ści) miesz­kańcy Lon­gy­ear­byen cie­szą się wszel­kimi wy­go­dami współ­cze­snego świata: re­stau­ra­cjami, pi­wiar­niami, ho­te­lami, mu­zeum, ośrod­kiem kul­tury, uni­wer­sy­te­tem, ki­nami, a na­wet lot­ni­skiem. Dwie rze­czy są jed­nak w Lon­gy­ear­byen i na ca­łym Sval­bar­dzie za­bro­nione: nie wolno się tu uro­dzić ani umrzeć.

Kilka ty­go­dni przed po­ro­dem ko­biety w ciąży po­winny wy­je­chać na kon­ty­nent – na Sval­bar­dzie nie ma bo­wiem szpi­tala wy­po­sa­żo­nego tak, by za­pew­nić im od­po­wied­nią opiekę (po­dob­nie jak ciężko cho­rym). Drugi za­kaz wpro­wa­dzono w myśl prze­pi­sów z 1950 roku, ze względu na zimno, które unie­moż­li­wi­łoby roz­ło­że­nie się zwłok po­grze­ba­nych w wiecz­nej zmar­z­li­nie. Tem­pe­ra­tury po­tra­fią tu bo­wiem spaść do 46 stopni po­ni­żej zera, a re­kord cie­pła z ostat­nich 20 lat to od­no­to­wane w czerwcu nie­spełna 18 stopni na plu­sie. W szcząt­kach mo­gły prze­trwać wi­rusy (cho­ciażby grypy hisz­panki, na którą w 1918 roku zmarło kil­ku­na­stu gór­ni­ków), a w ra­zie roz­mro­że­nia się ciał ist­nia­łoby ry­zyko po­now­nego roz­prze­strze­nie­nia się cho­roby.
Przez dłu­gie lata ark­tyczny ar­chi­pe­lag po­zo­sta­wał zie­mią ni­czyją. Nie po­sia­dał rdzen­nych miesz­kań­ców; nie li­cząc praw­do­po­dob­nych wi­zyt wi­kin­gów, zo­stał ofi­cjal­nie od­kryty pod ko­niec XVI wieku przez ho­len­der­skiego że­gla­rza Wil­lema Ba­rentsa – jego imie­niem na­zwano jedno z omy­wa­ją­cych owe wy­spy mórz. Pierw­szymi sta­łymi osad­ni­kami byli ro­syj­scy Po­morcy, przy­byli z ziem nad Mo­rzem Bia­łym i po­lu­jący na dzi­kie zwie­rzęta, któ­rych mimo nie­go­ścin­nego kli­matu nie bra­ko­wało w tych stro­nach. Były to czasy, gdy ścią­gali tu że­gla­rze z ca­łej Eu­ropy, wie­dzeni nie­na­sy­co­nym ape­ty­tem kon­ty­nentu na wie­lo­rybi tłuszcz – ob­se­sją, która do­pro­wa­dziła nie­malże do wy­bi­cia tych mor­skich ssa­ków. Trzeba było ko­lej­nych 150 lat, by wy­spy zo­stały za­sie­dlone na do­bre. Przed­sta­wi­ciele wielu na­ro­dów po­za­kła­dali na nich bazy i obo­zo­wi­ska, by eks­plo­ato­wać tu­tej­sze bo­gac­twa mi­ne­ralne – złoża wę­gla.
W 1925 roku zwierzch­ność nad ar­chi­pe­la­giem uzy­skała Nor­we­gia – pod wa­run­kiem za­gwa­ran­to­wa­nia praw roz­ma­itym na­ro­dom, które miały tu już przy­czółki, ta­kie jak na przy­kład Py­ra­mi­den, dawna ra­dziecka ko­lo­nia gór­ni­cza, dziś opu­sto­szała i za­mie­niona w atrak­cję dla tu­ry­stów gu­stu­ją­cych w zwie­dza­niu mia­ste­czek widm. Izo­la­cja Sval­bardu pro­wa­dziła nie­kiedy do nie­zwy­kłych zda­rzeń, choćby w cza­sach II wojny świa­to­wej: na­zi­stow­ski od­dział, który oku­po­wał ar­chi­pe­lag i wy­ko­rzy­sty­wał go jako sta­cję me­te­oro­lo­giczną, zło­żył broń jako ostatni. O ka­pi­tu­la­cji Nie­miec żoł­nie­rze do­wie­dzieli się, nie­malże przy­pad­kiem, cztery mie­siące po fak­cie.
Dziś do­tar­cie na Sval­bard nie jest już tak trudne – co­dzien­nie la­tają tu sa­mo­loty z Oslo i Tromsø, są też po­łą­cze­nia mor­skie. Głów­nym źró­dłem do­cho­dów stała się tu­ry­styka. Je­śli wie­rzyć uzna­nemu wy­dawcy prze­wod­ni­ków Lo­nely Pla­net, oso­bom, które ma­rzą o zo­ba­cze­niu bie­guna pół­noc­nego, Sval­bard ofe­ruje wa­runki naj­bliż­sze po­wszech­nym wy­obra­że­niom o tym miej­scu. Mimo po­ło­że­nia po­śród Oce­anu Ark­tycz­nego Lon­gy­ear­byen przyj­muje więc co roku mnó­stwo go­ści. Tu­ry­styka po­zo­staje tu, jak na ra­zie, zrów­no­wa­żona.
W kul­tu­rze ar­chi­pe­lagu po­ło­żo­nego na 78 rów­no­leż­niku mu­zyka od­grywa fun­da­men­talną rolę. W ciągu ca­łego roku or­ga­ni­zo­wane są tu różne fe­sti­wale i kon­certy. Wszyst­kie – jak­żeby ina­czej – są wy­su­nięte naj­da­lej na pół­noc na świe­cie. Do naj­star­szych fe­sti­wali na­leży Po­lar Jazz; od­bywa się w pierw­szy lu­towy week­end, by uczcić po­wrót słońca, a wy­stę­pują na nim za­równo ar­ty­ści nor­we­scy, jak i za­gra­niczni. Ale i na­sta­nie ciem­no­ści daje spo­sob­ność do świę­to­wa­nia. Dark Se­ason Blues, po­pu­larny fe­sti­wal blu­esowy, przy­pada na ko­niec paź­dzier­nika, gdy świa­tło za­ła­muje się w at­mos­fe­rze i za­bar­wia kra­jo­braz na ark­tyczny błę­kit. Nieco śwież­sza ini­cja­tywa, Arc­tic Cham­ber Mu­sic Fe­sti­val, ofe­ruje kon­certy o bar­dziej kla­sycz­nym cha­rak­te­rze (choć okra­szone pro­wa­dzo­nymi przez di­dże­jów after­party i kok­taj­lami w po­pu­lar­nym Sval­ba­rze) w wy­ko­na­niu Ark­tycz­nej Or­kie­stry Fil­har­mo­nicz­nej i wielu so­li­stów, za­równo nor­we­skich, jak i z za­gra­nicy. Naj­bar­dziej ory­gi­nalny jest chyba jed­nak Is­fjord Ra­dio Mu­sic Fe­sti­val, urzą­dzany w bu­dynku daw­nej sta­cji ra­dio­wej, prze­kształ­co­nej obec­nie w ho­tel, po­ło­żo­nej 90 ki­lo­me­trów na za­chód od sto­licy – uczest­nic­two w nim to praw­dziwe mu­zyczne prze­ży­cie na ło­nie przy­rody. Or­ga­ni­za­to­rzy – poza kon­cer­tami aku­stycz­nymi na po­kła­dzie statku – za­pra­szają na prze­różne za­ję­cia gru­powe ta­kie jak ką­piele w lo­do­wa­tym mo­rzu czy ko­la­cje przy ogni­sku.
For­te­pia­nowe nuty Einau­diego, kla­syczne kom­po­zy­cje Ark­tycz­nych Fil­har­mo­ni­ków czy me­lo­dyjny blues na po­wi­ta­nie mrocz­nych mie­sięcy to­czą wspólną walkę: o oca­le­nie re­gionu, który – we­dle wielu róż­nych ba­dań – na­leży do naj­bar­dziej do­tknię­tych przez glo­balne ocie­ple­nie. A gdy na tym od­lud­nym skrawku lądu cofa się lo­do­wiec, ży­cie każ­dej i każ­dego z nas staje się ciut kruch­sze. 

Mu­zyczna arka 300 me­trów pod zie­mią

Wcze­snym nie­dziel­nym po­ran­kiem, 1 czerwca 2008 roku, re­miza w Los An­ge­les otrzy­mała we­zwa­nie: pło­nęła sie­dziba Uni­ver­sal Stu­dios. Nim stra­żacy do­je­chali na miej­sce, pło­mie­nie po­chło­nęły dwa ze­stawy sce­no­gra­fii, a ogień szybko się roz­prze­strze­niał, tra­wiąc ko­lejne bu­dynki z drewna i tek­tury. Ko­niec koń­ców, dzięki wy­sił­kom trzech se­tek stra­ża­ków, po­żar udało się opa­no­wać. Jak ogło­siła firma: „Szczę­śli­wie nie było ofiar”.
Praw­dziwą skalę ka­ta­kli­zmu po­zna­li­śmy 11 lat póź­niej, po śledz­twie dzien­ni­ka­rzy „New York Ti­mesa”: spło­nęło około 500 ty­sięcy ory­gi­nal­nych na­grań. Była to, jak na­pi­sała ga­zeta: „naj­więk­sza ka­ta­strofa w dzie­jach branży mu­zycz­nej”. Lo­uis Arm­strong, Duke El­ling­ton, Bil­lie Ho­li­day, The Eagles, The Car­pen­ters, R.E.M., So­nic Youth czy Tu­pac Sha­kur to tylko część ar­ty­stów, któ­rych ta­śmy prze­pa­dły.
W tym sa­mym roku wy­stą­pił błąd pod­czas mi­gra­cji da­nych z ser­we­rów por­talu spo­łecz­no­ścio­wego My­Space – jed­nej z naj­po­pu­lar­niej­szych wów­czas plat­form dla mu­zy­ków i ze­spo­łów, umoż­li­wia­ją­cych pro­mo­wa­nie swo­ich utwo­rów i do­cie­ra­nie do fa­nów. Utra­cono wszyst­kie kom­po­zy­cje za­miesz­czone w ser­wi­sie przez użyt­kow­ni­ków od 2003 do 2015 roku. 53 mi­liony pli­ków prze­pa­dły na za­wsze, a nie­zli­czeni ar­ty­ści mo­gli tylko z bó­lem stwier­dzić, że efekty ich pracy i wy­sił­ków po pro­stu wy­pa­ro­wały. Oba te wy­padki udo­wod­niły, jak kru­chy bywa ży­wot pio­senki.
W wy­niku tych nie­for­tun­nych wy­da­rzeń na przed­mie­ściach Lon­gy­ear­byen za­ło­żono Arc­tic World Ar­chive (Świa­towe Ar­chi­wum Ark­tyczne) – swego ro­dzaju kul­tu­ralną arkę No­ego, urzą­dzoną w daw­nej ko­palni, na głę­bo­ko­ści 300 me­trów pod zie­mią. Po­mysł na­ro­dził się po suk­ce­sie Glo­bal­nego Banku Na­sion, na­zy­wa­nego kryptą za­głady – schronu, w któ­rym zma­ga­zy­no­wane są na­siona z ca­łego świata, by za­cho­wać róż­no­rod­ność ro­ślin na wy­pa­dek ka­ta­strofy na­tu­ral­nej, cho­roby lub wy­bu­chu wojny. On także znaj­duje się na ar­chi­pe­lagu.
Na tej sa­mej za­sa­dzie po­wstaje obec­nie prze­strzeń prze­zna­czona wy­łącz­nie dla dźwię­ków: Glo­balny Bank Mu­zyki. Na­gra­nia po­cho­dzące z ca­łego świata będą prze­cho­wy­wane dla przy­szłych po­ko­leń na płyt­kach ze szkła krze­mion­ko­wego o roz­mia­rach zdję­cia wy­ko­na­nego po­la­ro­idem. Te dźwię­kowe zbiory staną się nie tylko kap­sułą czasu, lecz także ży­wym, plu­ra­li­stycz­nym i ogól­no­do­stęp­nym ar­chi­wum.
Płytka ze szkła krze­mion­ko­wego (zbu­do­wana z tlenu i krzemu) o roz­mia­rach pod­stawki pod szklankę może prze­cho­wać 100 gi­ga­baj­tów da­nych w pli­kach o do­wol­nym for­ma­cie. Jest to two­rzywo o nie­wiel­kiej roz­sze­rzal­no­ści ciepl­nej i wy­so­kiej od­por­no­ści na na­głe zmiany tem­pe­ra­tury oraz im­pulsy elek­tro­ma­gne­tyczne.

 
Wesprzyj nas