Kiedy codzienność staje się świadkiem zbrodni. Julia Boyd snuje poruszającą historię o ludziach – o ich dobroci, okrucieństwie i strachu. Równocześnie stara się odpowiedzieć na jedno kluczowe pytanie – skąd w ludziach bierze się zło?


Przez setki lat życie w małym miasteczku Oberstdorf toczyło się spokojnym rytmem, z dala od wielkiej historii. Do czasu objęcia władzy przez Hitlera, co już na zawsze zmieniło mieszkańców tego malowniczego bawarskiego uzdrowiska.

To przede wszystkim opowieść o ludziach – rolnikach, właścicielach zajazdów, nazistowskich urzędnikach, weteranach i członkach partii, turystach, alpinistach i robotnikach przymusowych. O Żydach, którym udało się przetrwać, i o tych, którym się to nie udało. O burmistrzu próbującym chronić prześladowanych przez reżim oraz o niewidomym chłopcu uznanym za człowieka „niewartego życia”.

Bazując na archiwach, listach, wywiadach i wspomnieniach, autorka ukazuje różne ludzkie postawy i zmagania z rzeczywistością. Okrucieństwo i miłość. Odwagę i strach. Działanie i bierność. Nadzieję i żałobę. Ból i radość. Przedstawia codzienność postawioną w obliczu zła.

To książka, która odpowiada na kluczowe pytania: Z czego wziął się nazizm? Czy zło tkwiło w ludziach? Czy zostało im zaszczepione? Jak starali się przed nim bronić?

***

Arcydzieło mikrohistorii przenoszące nas do małego miasteczka w Alpach Bawarskich. Pozwala zrozumieć mechanizmy Trzeciej Rzeszy lepiej niż dziesiątki prac o polityce i rządach nazistów. Jak zmienił się kurort znany z konkursów skoków narciarskich? Czy bawarscy katolicy uwierzyli w nazizm i z entuzjazmem podeszli do nowego porządku? W tej książce nic nie jest do końca czarne ani białe, a sam kolor brunatny także ma różne odcienie. Fascynujący reportaż historyczny.
– Cezary Korycki, twórca kanału Historia, jakiej nie znacie

Julia Boyd, Angelika Patel
Miasteczko w Trzeciej Rzeszy
Jak nazizm zmienił życie zwykłych ludzi
Przekład: Anna Dzierzgowska
Wydawnictwo Port
Premiera: 3 września 2025
 
 

Wstęp

Wieczorem piątego marca 1933 roku mieszkańcy bawarskiej miejscowości Oberstdorf ruszyli w stronę rynku, by posłuchać, co burmistrz ma do powiedzenia na temat wyborów parlamentarnych, które odbyły się tego dnia. Z mieszkańcami owego uroczego kurortu, pełnego drewnianych domów i tawern, mieszały się duże grupy wczasowiczów z północnych Niemiec, których w te strony przyciągała oferta sportów zimowych. Okoliczne, pokryte śniegiem szczyty, odcinające się na tle rozgwieżdżonego nieba, przydawały całej scenerii naturalnego majestatu. W tłumie dało się wyczuć napięcie: wszyscy, ciepło ubrani dla ochrony przed zimnym nocnym powietrzem, czekali na rozwój wydarzeń. Wielu z obecnych bez wątpienia komentowało w gronie znajomych niezwykły widok, jakiego byli świadkami poprzedniej nocy, kiedy w ramach preludium do wyborów w górach rozpalono ogniska. Najbardziej spektakularna była ogromna swastyka utworzona z migoczących rac, zapalona wysoko na górze Himmelschrofen.
Choć nie minęło jeszcze nawet pięć tygodni od trzydziestego stycznia, kiedy to Adolf Hitler został zaprzysiężony na nowego kanclerza Niemiec, to jednak dla wszystkich stało się jasne – nawet w tej odległej alpejskiej miejscowości – że polityczny krajobraz radykalnie się zmienił. A przecież mieszkańcy Oberstdorfu nie mogli wiedzieć, że właśnie zagłosowali w ostatnich wielopartyjnych wyborach, jakie miały odbyć się w ich kraju do 1946 roku.
Krótko po dwudziestej dał się słyszeć narastający odgłos bębnów, a oddział paramilitarnych szturmowców wkroczył na rynek, niosąc płonące pochodnie i wykrzykując partyjne hasła. Mieszkańcy od dawna już przywykli do obecności hałaśliwych brunatnych koszul na ulicach, nawet jeśli niekoniecznie byli z tego powodu zachwyceni. Mimo że atrybuty Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei (NSDAP, czyli partii nazistowskiej) nie każdemu przypadły do gustu, to jednak przesłanie Hitlera i styl przywództwa poruszyły wyobraźnię dostatecznej liczby wyborców, w tym narciarzy odwiedzających miasteczko, by piątego marca Oberstdorf oddał na nazistów więcej głosów niż na jakąkolwiek inną partię1
Rynek, na którym wszyscy się zebrali, znajdował się w samym sercu tej pobożnej katolickiej miejscowości. Dominował nad nim kościół Świętego Jana Chrzciciela, z iglicą widoczną z odległości wielu kilometrów, tutaj też mieszkańcy przychodzili, aby wspominać swoich poległych w wojnie francusko-pruskiej (1870–1871) i Wielkiej Wojnie (1914–1918), upamiętnionych na pomnikach, przy czym pomnik poległych w tej drugiej znajdował się w małej kaplicy obok kościoła. Na środku placu stały dwa maszty flagowe, na jednym powiewała czarno-biało-czerwona flaga dawnego Cesarstwa Niemieckiego, a na drugim – swastyka. Tłum ucichł, gdy salwa honorowa wyznaczyła oficjalne rozpoczęcie wiecu. Zaraz potem na podium wszedł „obcy”, stosunkowo nowy mieszkaniec Oberstdorfu, wywołując zaskoczenie wśród zebranych oczekujących przemówienia burmistrza. Dla tych, którzy jeszcze tego nie wiedzieli, szybko stało się jasne, że stoi przed nimi nowy narodowosocjalistyczny przywódca miejscowości. Przemawiał krótko, ale jego autorytatywny sposób bycia nie pozostawiał wątpliwości, że człowiek ten zamierzał przejąć kontrolę nad czymś znacznie większym niż lokalna partia nazistowska.
Później, gdy tłum się rozproszył, a mieszkańcy wracali do swoich ciepłych i bezpiecznych domów, nawet ci z nich, którzy zagłosowali na Hitlera, musieli się zastanawiać, co właściwie przyniesie przyszłość.

 
Konsekwencje konsolidacji władzy, której Hitler dokonał po wyborach piątego marca, miały zmienić świat na zawsze. Skala śmierci i zniszczenia, nieszczęść, udręki i horroru, których doświadczyło tyle milionów ludzi w ciągu dwunastu lat istnienia Trzeciej Rzeszy, była tak ogromna, że z perspektywy globalnej nie sposób w pełni uchwycić całego tego cierpienia. Niniejsza książka opowiada tę historię z perspektywy jednej miejscowości w południowych Niemczech.
Oberstdorf leży w Szwabii (część Bawarii) w regionie znanym jako Allgäu, słynącym z pięknych gór i z zahartowanych ludzi. Wyjątkowość tego miejsca wynika z jego położenia geograficznego: to najbardziej na południe wysunięta miejscowość w Niemczech, siedziba gminy Oberstdorf. Dotarłszy tam, podróżny znajduje się dosłownie u kresu drogi, ponieważ dalej na południe przez góry prowadzą już tylko ścieżki. Zatem, w odróżnieniu od swoich alpejskich sąsiadów, takich jak Bad Tölz, Garmisch-Partenkirchen czy Bad Reichenhall, Oberstdorf nie leżał nigdy na żadnym szlaku handlowym i nie miał szansy cieszyć się płynącymi z tego korzyściami, nie dysponował, jak Berchtesgaden, rozległymi kopalniami soli ani nie rozwinął żadnego specjalistycznego rzemiosła czy przemysłu, jak słynący z produkcji skrzypiec Mittenwald. Zanim pod koniec XIX wieku zakorzeniła się tu turystyka, Oberstdorf trwał głównie dzięki drobnemu rolnictwu, produkcji sera i niewielkim złożom rudy żelaza.
Miejscowość zawsze bardzo dbała o swoją historię i w rezultacie posiada wyjątkowo dobrze utrzymane archiwum. Dostarcza ono mnóstwa szczegółowych informacji na temat niemal każdego aspektu życia pod rządami nazistów – dane, które w powojennym pragnieniu zapomnienia o wszystkim, co miało związek z Trzecią Rzeszą, mogły tak łatwo zostać „zagubione” lub porzucone. Do ważnych źródeł należą także lokalne gazety, niepublikowane wspomnienia i wywiady udzielone przez samych mieszkańców. Niniejszą książkę wzbogaciły również pamiętniki i listy z prywatnych kolekcji oraz dokumenty zachowane w różnych archiwach narodowych, landowych i kościelnych. Na podstawie tych źródeł udało się stworzyć niezwykle intymny portret Oberstdorfu w przełomowym okresie między końcem pierwszej wojny światowej w 1918 roku a przyznaniem pełnych praw suwerennych Republice Federalnej Niemiec w 1955 roku.
Doświadczenia Oberstdorfu w Trzeciej Rzeszy nie były, rzecz jasna, czymś typowym dla całych Niemiec: reakcja każdego miasta i każdej wioski była wyjątkowa. Gdy jednak śledzi się uważnie, jak ci konkretni ludzie radzili sobie z codziennymi wyzwaniami pod rządami nazistów, można lepiej zrozumieć, jak zwykli Niemcy wspierali, przyswajali i przetrwali reżim, który dał im tak wiele obietnic, by ostatecznie pozostawić po sobie tylko cierpienie i spustoszenie.
Spotkamy tutaj leśników, księży, rolników i zakonnice, karczmarzy, nazistowskich urzędników, weteranów i członków partii, radnych wiejskich, alpinistów, socjalistów, robotników przymusowych, uczniów, Żydów, przedsiębiorców, turystów i arystokratów. Spotkamy również niewidomego chłopca skazanego na śmierć w komorze gazowej, ponieważ żył „życiem niewartym życia”. Pojawią się oczywiście żołnierze, wielu z nich gotowych do walki o dyktaturę, która wyprała im mózgi tak, by nie byli zdolni jej zakwestionować, a także innych, od samego początku przeciwnych wojnie. Nie będzie tu stereotypowej opowieści o złoczyńcach i bohaterach, ale całe życie: brutalność i miłość, odwaga i słabość, działanie, apatia i smutek, nadzieja, ból, radość i rozpacz – innymi słowy, odcienie szarości, które składają się na życie, jakie znamy. A w miarę jak będziemy lepiej poznawać mieszkańców Oberstdorfu, przestanie dziwić nas fakt, że na ich reakcje na katastrofalne wydarzenia wpływały zarówno praktyczne, codzienne troski, instynkt ochrony własnych rodzin oraz osobiste lojalności i wrogości, jak i wielkie problemy polityczne i społeczne tamtych czasów. Historia Oberstdorfu pokazuje również, że najbardziej przytłaczające dane statystyczne nie są w stanie osłabić znaczenia każdej indywidualnej tragedii.
Niniejsza opowieść rozpoczyna się pod koniec pierwszej wojny światowej, gdy Niemcy próbowali otrząsnąć się po porażce tak traumatycznej, że zachwiała samymi podstawami ich świata. Pod koniec lat dwudziestych XX wieku Oberstdorf zdołał wydźwignąć się z nędzy wywołanej postanowieniami traktatu wersalskiego oraz z szaleństwa hiperinflacji. Stał się kwitnącym kurortem wypoczynkowym. Ale pomimo nieustannego napływu ludzi z północy, przynoszących ze sobą nowe idee i świeże spojrzenie na świat, wiejskie korzenie i tradycyjne wiejskie wartości pozostały w sercu jego tożsamości.
Skupiony na odzyskiwaniu sił i odbudowie gospodarki, Oberstdorf początkowo ignorował hałas wywoływany przez Hitlera i jego nową partię sto sześćdziesiąt kilometrów dalej, w Monachium. Kiedy w 1927 roku listonosz podjął próbę założenia oddziału NSDAP w tej zagorzale katolickiej społeczności, okazało się to, jak później skarżył się Josephowi Goebbelsowi, ciężką walką2 Ale po jakimś czasie, podobnie jak wielu innych Niemców, mieszkańcy Oberstdorfu, umęczeni politycznym chaosem Republiki Weimarskiej, zatęsknili za silnym rządem. W 1930 roku stało się jasne, że zmienili zdanie na temat narodowego socjalizmu: we wrześniowych wyborach parlamentarnych więcej głosów oddano tam na Hitlera niż na kogokolwiek innego.
Gdy dwa i pół roku później miejscowość mierzyła się z realiami nazistowskiego porządku, doświadczenie to okazało się jednak szokujące. Uświadomiono sobie wówczas, że narodowy socjalizm nie był jedynie systemem rządów, ale miał też na celu kontrolowanie każdego aspektu życia i przekształcenie wielowiekowych tradycji na nazistowską modłę. Tak więc chociaż mieszkańcy trwali wiernie przy Hitlerze, to nie przyjęli łaskawie swojego pierwszego nazistowskiego burmistrza, który bezwzględnie pozbawił ich wszelkiej autonomii. Nawet dla osób aktywnie popierających narodowy socjalizm pewne zmiany, do których wprowadzenia ich zmuszono, były niepożądane. Jednocześnie stało się przerażająco jasne, że każdy, kto wychodził przed szereg lub krytykował reżim, ryzykował „areszt ochronny” w nowo utworzonym obozie dla więźniów politycznych w Dachau. Z czasem u części mieszkańców nazistowskie metody zaczynały budzić coraz większy niepokój, podczas gdy inni, odrzucając co przykrzejsze doniesienia jako wrogą propagandę, mieli pozostać wierni reżimowi na dobre i na złe.
Po wybuchu drugiej wojny światowej początkowy niepokój mieszkańców Oberstdorfu w dużej mierze osłabł, ponieważ sukcesy militarne Niemiec zdawały się potwierdzać obietnicę Hitlera dotyczącą szybkiego i całkowitego zwycięstwa. Morale jednak gwałtownie spadło w miesiącach następujących po inwazji na Związek Radziecki, gdy do przygnębiających niepowodzeń na polu bitwy doszło życie w codziennym strachu przed otrzymaniem listu informującego, że ktoś bliski został zabity, ranny lub zaginął. Za pośrednictwem niepublikowanych pamiętników porucznika i sierżanta, którzy służyli u boku żołnierzy z Oberstdorfu w 99. Pułku Strzelców Górskich 1. Dywizji Górskiej, możemy śledzić losy młodych mężczyzn walczących w Polsce, we Francji, w Związku Radzieckim i na Bałkanach, aż do ostatnich, desperackich miesięcy odwrotu i klęski.
Gdy jego żołnierze walczyli, odległy Oberstdorf, mimo swojego położenia geograficznego, nie był bynajmniej chroniony przed wojną. Mieszkańcy nie tylko otrzymywali wiadomości z pierwszej ręki o warunkach – i o okrucieństwach – na różnych frontach walk od żołnierzy wracających do domów na urlop, ale także funkcjonowali w pobliżu podobozów Dachau i obozów pracy dla cudzoziemców. Obozy dostarczały znaczną część siły roboczej do różnych fabryk BMW i Messerschmitt, które jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać w miasteczku i wokół niego w późniejszych etapach wojny. Obóz szkoleniowy Waffen-SS działał niecałe dziesięć kilometrów na południe od Oberstdorfu, a nazistowska twierdza, regularnie odwiedzana przez takie wybitne osobistości jak Heinrich Himmler, znajdowała się zaledwie szesnaście kilometrów na północ. Liczba ludności w Oberstdorfie zwiększyła się dwukrotnie w związku z napływem ludzi ewakuowanych z bombardowanych miast, a później uchodźców uciekających przed Rosjanami.
Wiele aspektów historii Oberstdorfu w Trzeciej Rzeszy czyni to miejsce fascynującym przedmiotem badań, jeden jednak jest szczególnie zaskakujący. Kiedy pozbyto się pierwszego nazistowskiego burmistrza, jego następcą okazał się człowiek, który był zarówno gorliwym nazistą, jak i człowiekiem przyzwoitym – stwierdzenie, które wielu osobom wyda się oksymoronem. Potwierdzają to jednak dowody. Burmistrz ów (znany ze swoich mocnych pronazistowskich przemówień) nie tylko traktował ludzi z szacunkiem i uwagą, ale także chronił wielu mieszkających w miasteczku Żydów i wspierał innych mieszkańców, którzy wpadli w tryby nazistowskiego systemu prawnego.
Tak bardzo przywykliśmy myśleć o Trzeciej Rzeszy w kategoriach czerni i bieli, że trudno nam zaakceptować sam pomysł, że jakikolwiek wysoko postawiony nazista zachowuje się honorowo. Tymczasem „dobry” nazistowski burmistrz Oberstdorfu nie jest w tej miejscowości jedyną anomalią. Zachowana lista członków NSDAP zawiera nazwiska mężczyzn, o których wiadomo, że sprzeciwiali się reżimowi lub że był on im obojętny, a którzy mimo wszystko wstąpili do partii z różnych powodów, przede wszystkim z potrzeby ochrony rodzin i miejsc pracy, a niekiedy również po prostu po to, by ułatwić sobie życie. Nie oznacza to, że na miejscu brakowało nazistów z krwi i kości, z których wielu do końca pozostało całkowicie lojalnych wobec Hitlera. Tyle że w systemie, który zmuszał wszystkich do podporządkowania, pod groźbą więzienia, tortur lub śmierci, trudno adekwatnie ocenić, dlaczego tak wielu Niemców – w tym mieszkańców Oberstdorfu – uwikłało się w zbrodnie przeciwko ludzkości, za które odpowiadała Rzesza.
Kiedy w maju 1945 roku wszystko wreszcie dobiegło końca, mieszkańcy Oberstdorfu nauczyli się żyć z siłami okupacyjnymi, pozbierali się i zaczęli od nowa. Wielu z nich konfrontację z winą i odpowiedzialnością narodu za nazistowskie okrucieństwa odłożyło na później, skupiając się na konieczności odbudowy całego życia.
Książka ta, biorąca pod lupę jedną miejscowość, stawia sobie za cel przyczynienie się, na swój skromny sposób, do zrozumienia, dlaczego Niemcy zareagowali na Hitlera tak, a nie inaczej, jak ewoluowało ich nastawienie do reżimu i jak wypracowali sobie nowy początek, kiedy nadzieja na odrodzone, potężne państwo nazistowskie upadła, a kraj znalazł się w ruinie. Historia Oberstdorfu może nas dużo nauczyć, a przecież pozostawia bez odpowiedzi wiele pytań – pytań, które na zawsze pozostaną częścią spuścizny Trzeciej Rzeszy.

1. Powrót do domu

Wilhelm Steiner miał szczęście. Przeżył Wielką Wojnę. Biorąc pod uwagę, że od momentu, gdy w lutym 1915 roku zaciągnął się do wojska, znajdował się w centrum działań wojennych, było to coś w rodzaju cudu. Na własne oczy widział walki pod Verdun, Sommą, Arras, Lys – w zasadzie aż do zawieszenia broni. Kiedy w końcu o jedenastej rano jedenastego listopada 1918 roku działa umilkły, pułk Wilhelma przebywał we Flandrii, niedaleko Antwerpii. Czyli jakieś osiemset kilometrów na północ od swojego domu – Oberstdorfu, malowniczej miejscowości położonej na najbardziej wysuniętym na południe krańcu Bawarii.
W późniejszych latach Wilhelm miał spoglądać wstecz na swoje wojenne doświadczenia nie bez pewnej nostalgii, zwłaszcza gdy wspominał intensywność więzi łączącej towarzyszy broni. Były też inne powody, dla których nie wyniósł z wojny samych złych wspomnień. Dla dwudziestoletniego chłopaka, który niewiele widział ze świata poza własnym miasteczkiem, żołnierka niosła ze sobą ekscytację związaną z podróżowaniem, nowymi ludźmi i nowymi umiejętnościami. Podczas pierwszej wojny światowej do transportu ciężkiej artylerii nadal używano zaprzęgów konnych, a Wilhelm został wyszkolony do jazdy na koniu prowadzącym – odpowiedzialne zadanie, wymagające nie tylko odwagi i siły, ale także głębokiego zrozumienia zwierząt. Mimo wszystko pozytywne wspomnienia zostały przyćmione obrazami całkowitego zniszczenia, znienawidzonych oficerów postrzelonych w plecy przez własnych ludzi, a także towarzyszy koszmarnie okaleczonych lub umierających w męczarniach1
 
W grudniu 1918 roku Wilhelm, odznaczony Wojskowym Krzyżem Zasługi z Mieczami i Krzyżem Żelaznym (drugiej klasy), otrzymał w końcu zezwolenie i mógł wyruszyć w długą podróż do domu. Zdjęcie Oberstdorfu, zrobione mniej więcej w czasie powrotu Wilhelma, przedstawia sporą wioskę składającą się z kilkuset domów stojących w szerokiej zielonej dolinie, dla której tło stanowią wspaniałe Alpy Bawarskie. Łatwo sobie wyobrazić, że serce Wilhelma zabiło mocniej, gdy po raz pierwszy od prawie czterech lat stanął twarzą w twarz z majestatem pokrytych śniegiem szczytów, które znał od zawsze. Latem na łąkach otaczających wioskę pełno było krów, a powietrze pachniało dzikimi kwiatami, teraz jednak, w środku zimy, śnieg zalegał w dolinie i na zalesionych zboczach gór. Z odległości kilku kilometrów na północ od swojej rodzinnej miejscowości Wilhelm mógł dostrzec iglicę kościoła w Oberstdorfie, wznoszącą się wysoko ponad skupiskiem dachów. Później, minąwszy wszystkie znajome drewniane domy, puby i sklepy, z ich malowanymi na szaro lub zielono skrzynkami na kwiaty postawionymi w oknach, dotarł do domu – 117 Hintere obere Gasse (Górna Boczna Aleja). Bezpośrednio naprzeciwko domu Steinerów stała kuźnia (jedna z dziewiętnastu miejscowych), w której jego ojciec zarabiał na życie wytwarzaniem gwoździ.
Możemy tylko zgadywać, co czuł Wilhelm, gdy w końcu stanął przed swoimi drzwiami. Czy rodzina go oczekiwała, czy też była zaskoczona jego nagłym przybyciem? Czy w ogóle wiedzieli, że żyje? Jego ojciec mógł sobie pozwolić na opłacenie praktyk tylko jednemu synowi – wybór padł na Friedricha, „tego dobrego”. Ale teraz Wilhelm – ocalały, który przeszedł przez najwyższy sprawdzian wojny – wrócił do domu, wiedząc, że jego powrót oznacza coś więcej niż odzyskanie przez rodzinę równowagi.

 
W kolejnych tygodniach i miesiącach miał się dowiedzieć, że fizyczna odległość i naturalne piękno nie wystarczyły, by uchronić wioskę przed nieszczęściami wojny. Gdy tylko wojna wybuchła, armia zarekwirowała wszystkie konie – i nie tylko. Nawet tak podstawowe rzeczy jak gwoździe i mąka przekazywano na potrzeby wojenne. Jedzenia brakowało do tego stopnia, że nieliczni starsi goście, którzy nadal mieszkali w pobliskim hotelu Trettach, zbierali pokrzywy wzdłuż brzegów rzeki lub wędrowali głęboko w las w poszukiwaniu orzechów. Rozłupywano szyszki sosnowe, aby wydobyć ich skąpe nasiona. Podczas posiłków starsi tłoczyli się wokół jedynego stołu, wciąż stojącego w hotelowej jadalni, „jak bydło w czasie burzy”2
Na samym początku wojny kobietom z Oberstdorfu satysfakcję sprawiało to, jak sobie radziły. Cieszyły się, że gdy ich mężczyźni wrócą, zastaną czyste domy i zdrowe bydło. Jednak w 1917 roku, w miarę jak coraz więcej rodzin otrzymywało zawiadomienia o śmierci swoich bliskich na frontach, morale w miejscowości dramatycznie spadło. Ponurym obowiązkiem burmistrza Fritza Gschwendera było dostarczanie tego przerażającego świstka papieru, który na zawsze miał zmienić życie wielu mieszkańców. Prawnuczka Gschwendera w poruszający sposób opisała jedną z takich wizyt:
 
Mój mąż nie „padł” – młoda kobieta zareagowała złością. „Nigdy nie padał. Był dobrym alpinistą. Wspiął się na Trettach, a nawet na Höfat. Był dobrym, silnym mężczyzną. Został zamordowany. Szalony pruski cesarz zmusił go do inwazji na inny kraj. To nie była wina tego, kto go zastrzelił, ten ktoś tylko bronił swojego kraju”. Dzieci patrzyły na nią z podziwem. Najmłodsza trzymała się jej fartucha. Ściskała go mocno małą, krągłą piąstką3
 
Brak odpowiedniego katolickiego pochówku, z jego kojącymi rytuałami, tylko nasilał smutek mieszkańców. W tym kontekście pogrzeb macochy Gschwendera w lutym 1917 roku miał dla całego Oberstdorfu szczególne znaczenie:
 
Miała osiemdziesiąt lat. Na pogrzeb przyszli wszyscy. Wreszcie było ciało, była trumna i był grób, nad którym ludzie mogli stać i słuchać tego, co mówił ksiądz. W końcu pogrzeb, docenienie życia. Płakali i szlochali nad młodymi chłopcami, których ciała złożono gdzieś daleko, gdzieś, gdzie nikt nie położył kwiatów ani nie uronił łzy, gdzie nie było ani rodziny, ani przyjaciół, aby przypomnieć światu, jak byli dobrzy, silni i kochający. Przemarznięci ludzie odrywali się od grobu starej kobiety z Oberstdorfu, której śmierć w końcu pozwoliła im wyrazić żałobę4
 
Z sześciuset czterech miejscowych mężczyzn, którzy walczyli w wojnie, stu czternastu zostało zabitych lub zmarło później z powodu ran. Każdemu powracającemu weteranowi organizowano tradycyjne powitanie godne bohatera. Uroczystość, w której uczestniczył Wilhelm, odbyła się dwudziestego ósmego stycznia 1919 roku. Miejscowa gazeta „Oberstdorfer Gemeinde- und Fremdenblatt” (OGF, Oberstdorfskie nowiny wiejskie i turystyczne) przedstawiła program:
 
Powitanie weteranów przebiegać będzie następująco: uroczysta msza, w której weźmie udział stowarzyszenie weteranów, rozpocznie się o godzinie 9:00 rano. Po mszy odbędą się przyjęcia w hotelach Trettach i Löwen […]. Tego wieczoru w tych samych hotelach odbędzie się nieformalne spotkanie. Koszt przyjęcia, prostego lunchu z piwem, pokryty zostanie z kasy społecznościowej. Zgodnie z decyzją podjętą 26 listopada 1918 roku każdy były żołnierz otrzyma w prezencie 50 marek5
 
Wilhelm był jednym z pierwszych żołnierzy, którzy powrócili, ale tych, którzy przybyli później, też nie zaniedbano. W gazecie wymieniano każdego z imienia oraz nazwiska i dodawano:
 
Tym, którzy powrócili po długich dniach cierpienia, pragniemy powiedzieć z całego serca „Witamy w domu”. Za wszystkie trudy poniesione w bitwie i więzieniu niech staną się dla nich rekompensatą wdzięczność współobywateli i słoneczna przyszłość6
 
Nie zachował się szczegółowy opis podróży Wilhelma do Oberstdorfu, ale prawdopodobnie przekroczył on granicę Niemiec w pobliżu Akwizgranu, a następnie podróżował w górę Renu. Wiemy, że udał się do Alzacji, skąd, gdyby szedł pieszo, kilka tygodni zajęłoby mu pokonanie nieco ponad trzystu kilometrów do Oberstdorfu. Być może Wilhelm, mimo niedostatków wojny wciąż rosły młody człowiek, wracał do domu w towarzystwie innych weteranów, z których tysiące szło lub wlokło się, utykając, do swoich miasteczek, wiosek i gospodarstw. Na terenach okupowanych przez Brytyjczyków i Amerykanów można było już zobaczyć na polach nielicznych żołnierzy w wytartych szarych mundurach, którzy pomagali zbierać rzepę, nadal główne źródło pożywienia dla większości ludzi.
Jeśli na jakimkolwiek etapie podróży do domu Wilhelm wsiadł do pociągu, doświadczenie to musiało być dla niego głęboko frustrujące. Niedobór węgla spowodował, że przepełnione wagony pełzły w żółwim tempie, często zatrzymywały się na wiele godzin w szczerym polu. Nie było nic do jedzenia, żadnych sanitariatów, a tkaniny pokrywające siedzenia dawno temu zerwano i wykorzystano do produkcji odzieży. Mroźne temperatury w połączeniu z wybitymi oknami dodatkowo pogłębiały udrękę pasażerów. Ci, którzy mieli jeszcze dość energii na rozmowę, dyskutowali o czymś, co było powszechnym przekonaniem: że klęski Niemiec nie spowodowała słabość ich dzielnych wojowników, spowodowali ją zdradzieccy cywile z Berlina, którzy wbili Armii Cesarstwa Niemieckiego nóż w plecy.
Bezpośrednio po wojnie w wielu niemieckich miastach szerzyły się anarchia i przemoc. Kiedy jedenastego listopada przedstawiciele istniejącej od dwóch dni republiki podpisali rozejm, nowi przywódcy Niemiec stanęli w obliczu narodowego załamania na wszystkich frontach. Dziewiątego listopada cesarz opuścił Niemcy i udał się do Holandii, skąd nigdy nie wrócił. Jeszcze przed zakończeniem wojny rewolucja, która rozpoczęła się od buntu marynarzy w Kilonii, szybko rozprzestrzeniła się w całym kraju, wywołując strajki, dezercje i wojnę domową. Po jednej stronie znaleźli się spartakusowcy (nazwa ich związku pochodzi od zbuntowanego gladiatora Spartakusa), którzy utworzyli Niemiecką Partię Komunistyczną, a po drugiej Freikorps – prawicowe ochotnicze oddziały paramilitarne, stawiające sobie za cel zniszczenie wszelkich śladów bolszewizmu. Wilhelm sam padł ofiarą tego nowego i nietypowego bezprawia nękającego Niemcy, kiedy w drodze powrotnej skradziono mu torbę z całym dobytkiem.
Nawet ci, którzy nie byli bezpośrednio uwikłani w konflikt, stanęli w obliczu żałośnie niepewnej przyszłości. Ludzie stracili wiarę w swoich przywódców, wielu obawiało się komunizmu, a ponieważ aliancka blokada wojenna wciąż trwała, miliony znalazły się na skraju głodu.
Niezależnie od trudności, jakie przeżywał, Oberstdorf musiał sprawiać wrażenie oddalonego od chaosu, który ogarniał wielkie miasta. Przez stulecia funkcjonował jako biedna społeczność chłopska, która obejmowała tyleż krów, ilu ludzi. W rzeczy samej najważniejszą miarą zamożności rolnika z Oberstdorfu była liczba krów, które mógł wykarmić zimą. Przewodnik z 1866 roku podsumowuje prosty styl życia mieszkańców:
 
Większość żyje z tego, co ma ze swoich małych gospodarstw; nawet rzemieślnicy (których jest bardzo niewielu) posiadają własny kawałek ziemi. Pracują ciężko i są bardzo rodzinni, a ich wiejska kuchnia jest sycąca: kapusta, ziemniaki, fasola, groch, prosty domowy chleb, mleko, cebula itp. to główne składniki; mięso pojawia się na stole tylko podczas ważnych świąt, takich jak Kirchweih [święto poświęcenia kościoła]. Człowiek z Allgäu nie ma nic przeciwko Gerstensaft [sok jęczmienny, piwo], ale wie, kiedy ma dość7
Na przełomie XIX i XX wieku większość mieszkańców nadal była biedna, ale pojawienie się kolei w 1888 roku i otwarcie w pobliżu fabryki tekstyliów sześć lat później zwiastowały głębokie zmiany. W 1897 roku zelektryfikowano rynek, a na południe od Oberstdorfu, gdzie było dużo ziemi pod zabudowę, zaczęły powstawać wille i hotele, mające wesprzeć rozwijającą się turystykę. Część z nich została zbudowana przez przedsiębiorców przybyłych z zewnątrz, z których wielu pozostało w Oberstdorfie, aby poślubić miejscowe dziewczyny. Do tej coraz bardziej zróżnicowanej społecznie mieszanki dołączyli członkowie książęcego rodu Wittelsbachów (z dynastii bawarskiej) i arystokracja, która odkryła w bezpośrednim sąsiedztwie idealne tereny pod budowę domków myśliwskich.
Niezależnie od wszystkich tych zmian, pierwsze („rdzenne”) trzysta pięćdziesiąt trzy domy w Oberstdorfie przypominały, że rolnictwo pozostało sercem życia miejscowości, ponieważ ich właściciele (potomkowie pierwszych osadników), członkowie tradycyjnej wspólnoty lokalnej, posiadali większość okolicznych gruntów – lasy, pastwiska i drogi – i kontrolowali ich użytkowanie. Zarządzali oni swoim dziedzictwem od pokoleń, dla dobra całej społeczności. Zaciekle niezależni, ci drobni rolnicy, robotnicy i rzemieślnicy twardo pilnowali, by żaden feudał nie mówił im, co mają robić, ani nie dyktował, kto powinien odziedziczyć ich ziemię i historyczne prawa.
Równolegle do zasadniczo średniowiecznej struktury rady gminy funkcjonowała nowocześniejsza rada wspólnoty, która dbała o bezpieczeństwo publiczne, szkoły i zaopatrzenie w generowaną na miejscu energię elektryczną. Biorąc pod uwagę silne konserwatywne i rojalistyczne sympatie Oberstdorfu, nie dziwi fakt, że zaledwie kilku radnych wybranych w 1919 roku należało do socjaldemokracji. W skali kraju odpowiedź na pierwsze wybory parlamentarne w Republice Weimarskiej (w których po raz pierwszy głosować mogły kobiety) była umiarkowana i centrowa. Podobnie jak wielu rodaków, część mieszkańców o tradycyjnych poglądach nie tylko obwiniała arystokrację o poprowadzenie Niemiec do wojny, ale także nauczyła się żywić głęboką nieufność do klasy oficerskiej i elit w ogóle. Ludzie z Oberstdorfu byli też antyfrancuscy i antykomunistyczni, ponad wszystko jednak nienawidzili Prusaków, głęboko urażeni dominującą rolą, jaką protestanckie Prusy odgrywały w zjednoczonych Niemczech Bismarcka, które ich zdaniem odarły ich z autonomii. Powojenni radni Oberstdorfu byli przeciwni rebelii i wierzyli, że w tym burzliwym okresie ich zadaniem jest chronić i podtrzymywać, a nie obalać, istniejące systemy.
W przeciwieństwie do Monachium, stolicy Bawarii leżącej sto sześćdziesiąt kilometrów na północny wschód, Oberstdorf nie szukał więc rozwiązania swoich problemów w rewolucji. Mieszkańcy nie cieszyli się, gdy król Bawarii Ludwik III uciekł z Monachium kilka dni przed zawieszeniem broni, kładąc kres siedmiusetletnim rządom Wittelsbachów. Nie traktowali też Ludowej Republiki Bawarii, utworzonej w nocy z siódmego na ósmego listopada 1918 roku przez dziennikarza, Żyda z pochodzenia, Kurta Eisnera, inaczej niż z głęboką podejrzliwością – ani także Bawarskiej Republiki Rad powołanej przez spartakusowców w kwietniu 1919 roku, dwa miesiące po zabójstwie Eisnera. Na początku maja Freikorps wmaszerował do Monachium i zabił przywódców Spartakusa oraz setki ich zwolenników. Tymczasem mężczyźni z Oberstdorfu musieli być na tym etapie tak antywojenni lub tak politycznie umiarkowani, że zaledwie jedenastu dołączyło do Freikorpsu8
Pominąwszy fakt, że młodzi mężczyźni przestali ginąć i odnosić rany, pokój nie przyniósł Oberstdorfowi szybkiej ulgi. Lata wojny były straszne, ale prawdziwe walki miały miejsce daleko stąd. Teraz, paradoksalnie, przemoc, do której doszło w Monachium, sprawiła, że miejscowość poczuła się fizycznie bardziej bezbronna niż kiedykolwiek w czasie wojny.
Nastroje w całych Niemczech stały się jeszcze bardziej ponure, gdy dwudziestego ósmego czerwca 1919 roku podpisano traktat wersalski. Trudno przecenić szok i niedowierzanie zwykłych Niemców, gdy poznano warunki porozumienia. Wierzyli, że zostali pokonani honorowo, i zaufali prezydentowi Wilsonowi, że potraktuje ich sprawiedliwie. Większość nie była zupełnie przygotowana na upokorzenia, jakie narzucił im traktat. Ich kraj tracił wszystkie kolonie (największe znajdowały się w Afryce), jego główne obszary przemysłowe przechodziły pod kontrolę innych państw na co najmniej piętnaście lat i trzeba było zapłacić ogromną sumę odszkodowania. Armia i marynarka miały zostać zredukowane do ułamka ich dawnej wielkości. Na wschodzie miał powstać „polski korytarz”, oddzielający większość Niemiec od prowincji Prus Wschodnich. Ponadto Niemcy musiały podpisać klauzulę o „winie wojennej” i tym samym wziąć na siebie odpowiedzialność za rozpoczęcie wojny. Ale możliwe, że najbardziej bolesne dla tak dumnego narodu było uświadomienie sobie, że jego kraj stał się globalnym wyrzutkiem.

 
W czerwcu 1919 roku czterdziestoczteroletni Ludwig Hochfeichter, syn kowala, zastąpił Fritza Gschwendera na stanowisku burmistrza. Był dobrym kandydatem. Nietypowo jak na mieszkańca Oberstdorfu, kształcił się w gimnazjum (szkole średniej) w Kempten, największym mieście regionu, a odkąd wżenił się w rodzinę z majątkiem i ziemią, został zamożnym rolnikiem. Jego człowieczeństwo, chłodny osąd i poczucie humoru stanowiły dokładnie takie cechy, jakich Oberstdorf potrzebował w czasach tak dużego napięcia i narodowej rozpaczy. Hochfeichter, w chwili podpisania traktatu wersalskiego burmistrz zaledwie od trzech dni, stanął w obliczu ogromnych trudności. W przemówieniu inauguracyjnym żartobliwie podziękował tym, którzy na niego nie głosowali, ponieważ wyraźnie chcieli oszczędzić mu nieprzespanych nocy, jakie go czekały.
Najpilniejszym problemem Hochfeichtera okazało się zapewnienie wiosce dostatecznie dużo żywności. Racje żywnościowe nie tylko były równie ograniczone jak podczas wojny, ale też niewystarczające ze względu na rosnącą populację Oberstdorfu. Teoretycznie każdy mieszkaniec otrzymywał sześćdziesiąt dwa i pół grama tłuszczu tygodniowo, jedno jajko co dwa tygodnie, dwieście gramów mąki dziennie i litr nafty (do oświetlenia) miesięcznie. Nie było jednak gwarancji, że nawet tak skromne racje będą regularnie dostarczane. Sytuacja rolników wcale nie była lepsza, ponieważ uboju zwierząt bez specjalnego zezwolenia surowo zabroniono, a wszystkie produkty rolne należało przekazywać rządowi. Oprócz żywności problemem, wokół którego powstawały największe napięcia, było paliwo – szczególnie gdy zbliżała się zima i temperatura w nocy potrafiła spaść nawet do minus dwudziestu stopni Celsjusza.
Jedynym rosnącym źródłem dochodów była turystyka. W świecie zmęczonym wojną Oberstdorf wydawał się osobom z zewnątrz oazą piękna i spokoju, więc, co nie powinno dziwić, przybywało tam wielu ludzi. Każdy musiał się zarejestrować, a akta wskazują, że w 1919 roku ponad dziewięć tysięcy osób przebywało w wiosce przez dłuższy czas, a ponad trzy tysiące zatrzymało się na krótki odpoczynek – bardzo wielu gości jak na miejscowość liczącą zaledwie cztery tysiące mieszkańców. Politycy, arystokraci, gwiazdy i oczywiście Żydzi ściągali z całych Niemiec. Niektórzy nawet decydowali się zostać na stałe.
Chociaż dodatkowe dochody były z pewnością mile widziane, napływ „obcych” przyniósł ze sobą poważne problemy. W okresie od listopada 1918 roku do lipca 1920 liczba osób uprawnionych do racji żywnościowych wzrosła z dwóch tysięcy ośmiuset pięćdziesięciu dwóch do czterech tysięcy dziewięćdziesięciu. Jak zauważył Hochfeichter, wyżywienie wszystkich okazywało się „zadaniem pełnym pułapek”9 Niemniej osoby dysponujące gotówką miały mnóstwo okazji, aby oszukać system, nawet wiedząc, że jeśli zostaną złapane, grożą im wysoka grzywna lub więzienie. Gazeta OGF, której nakład wynosił około tysiąca egzemplarzy, miała wiele do powiedzenia na temat kontrowersyjnych gości Oberstdorfu:
 
Niektórzy mieszkańcy z zadowoleniem witają przybyszów z zewnątrz, inni jednak uważają ich przyjazd za prowokację. Choć goście przynoszą złoto – a raczej papierowe pieniądze – nie wszystko, co się „świeci”, okazuje się prawdziwe, a tym bardziej nie wszystko okazuje się złotem. Podejrzane zachowanie i wojenne spekulacje idą w parze ze złymi manierami, rażącą ostentacją i bezdusznym podwyższaniem cen. Wszystko to widzimy na ulicach i w hotelach Oberstdorfu. Co najgorsze, widzimy to w codziennej walce o zaopatrzenie10
Od burmistrza oczekiwano rozwiązywania nie tylko wielkich problemów: „Niniejszym prosimy burmistrza Hochfeichtera o nałożenie grzywny w wysokości 50 marek na te bezczelne kobiety w spodniach, które widziano, jak spacerowały po naszym pięknym Oberstdorfie” – pisał rozgniewany czytelnik i dodawał: „pieniądze winny zostać przekazane na fundusz pomocy dla biednych mieszkańców wsi”11
Niezależnie od tego, jak bardzo mieszkańcy wioski nie pochwalali przybyszów, ci ostatni przynajmniej wprowadzili do Oberstdorfu nutę dawno utraconej wesołości. Każdej środy duża grupa gości, ubranych w najlepsze stroje wieczorowe, chodziła potańczyć do Parkhotel Luitpold, który wciąż zachowywał coś ze swojego przedwojennego blasku. Aż do pewnej nocy, kiedy o dwudziestej trzeciej nagle pojawiła się policja i kazała wszystkim wracać do domu. „Czy ktoś naprawdę myśli”, pytała oburzona OGF kilka dni później, „że to protekcjonalne zachowanie – tak szkodliwe dla kurortu – wytrąci wóz z kolein lub sprawi, że nasi obywatele będą bardziej zadowoleni z czasów, w których żyjemy?”12 Na szczęście wraz z wprowadzeniem bardziej akceptowalnych „tanecznych herbatek” szybko znaleziono rozwiązanie problemu nocnych hulanek. Jeśli jednak tradycyjne tańce przyjmowano ostrożnie, fokstrot spotykał się z powszechnym potępieniem – bezwstydny amerykański import, którego nawet OGF nie mogła tolerować.
Goście, cieszący się wszystkim, co Oberstdorf miał do zaoferowania, często wydawali się obnosić ze swoim względnym bogactwem, czym prowokowali przytłoczonych mieszkańców. Liczne ogłoszenia drobne drukowane przez OGF w początkach lat powojennych ukazują ponurą rzeczywistość codziennego życia. Te krótkie notki w poruszający sposób oddają smutek i rozbicie spowodowane wojną, a zarazem ukazują ludzkie pragnienie, by zostawić wojnę za sobą:
 
Wdowa sprzedaje bieliznę i koszule poległych synów
 
Kto może dać kozie mleko ciężko choremu mężczyźnie?
 
Która hojna rodzina w Oberstdorfie przyjmie bezpłatnie, ale w zamian za pracę, taką jak szycie, lekcje gry na pianinie, opieka nad dziećmi, przez kilka tygodni dwie zubożałe arystokratki; siostry w wieku 36 i 40 lat, pilnie potrzebujące rekonwalescencji?
 
Która poświęcająca się kobieta zaopiekuje się za opłatą biednym czteromiesięcznym dzieckiem?
 
Kto zaoferuje potrzebującej kobiecie codziennie litr przyzwoitego bulionu i małą porcję mięsa w zamian za litr mleka dziennie?
 
Pojawili się przedsiębiorcy gotowi wykorzystać nowe możliwości: „Skupuje się stare zęby i protezy, kości, a włosy bliskich (żywych lub zmarłych) przerabia się na łańcuszki do zegarków”; żadna niewielka miejscowość nie była też wolna od plotek, oszczerstw ani zepsutych młodych mężczyzn:
 
Niżej podpisana odwołuje obraźliwe oświadczenie, które złożyła na temat Josefa Wechsa w związku ze sporem o „tylko łobuzy otrzymują pomoc”.
 
Karl Richter [właściciel browaru i hotelu] dystansuje się od zachowania swoich synów oskarżonych o poważne wykroczenie.
 
Matka przeprasza za swoją nieletnią córkę Hedwig, która rozpowszechniła nieprawdziwe oświadczenie usłyszane od syna rolnika Melchiora Beslera […], jakoby Herr Johann Schmid przekazał zjełczałe masło do sanatorium Saathoff. Ona i dwie inne osoby wpłaciły 30 marek na fundusz pomocowy.
 
Przy tak rozpaczliwych niedoborach kradzieże były nieuniknione; tyle że w miejscowości, w której wszyscy znali się nawzajem, zawsze było się obserwowanym:
 
23 czerwca ubiegłego roku w drodze do Loretto zgubiono czarny wełniany kardigan. Kardigan został zauważony u kobiety, która w zeszły czwartek była w księgarni A. Hofmanna. Kobieta proszona jest o zwrot kardiganu do księgarni, w przeciwnym razie zostanie przeciw niej wniesione oskarżenie.
 
Złodziej, który ukradł pranie z suszarki Herr Lutza w nocy, zostaje ostrzeżony, że sąsiad go rozpoznał.
 
We wrześniu 1919 roku, w odpowiedzi na pogarszającą się sytuację gospodarczą i ciągłe zagrożenie przemocą w miastach, radni (podobnie jak w innych wioskach i miasteczkach w całym regionie) zebrali się, aby przedyskutować możliwość powołania lokalnej milicji. Biorąc pod uwagę drakońskie warunki narzucone przez traktat wersalski regulujący demilitaryzację Niemiec, była to niezwykle delikatna kwestia i prawdopodobnie dlatego spotkanie odbyło się nie jak zwykle w ratuszu, ale w gospodzie Hirsch, która – ze swoim niskim sufitem, drewnianymi meblami, malowanymi ozdobami i porożem na ścianach – była tak bawarska, jak to tylko możliwe.
W zadymionym, cuchnącym piwem pomieszczeniu robotnik przemysłu tekstylnego, socjalista, jako pierwszy zwrócił się do swoich kolegów. Zaczął od stwierdzenia, jak smutne jest to, że tuż po wojnie cywile muszą rozważać chwycenie za broń. Zaraz jednak przeszedł do ostrzeżenia: „Nie wiemy, jakie szaleństwo uderzy następnym razem, by zniszczyć nasz pokój – nawet w takim zaścianku jak Oberstdorf”. Generał hrabia von Brand, jeden z nowych mieszkańców, pochodzący z północy protestant, chciał zabrać głos. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej w Monachium walczył wraz z Freikorpsem przeciwko spartakusowcom i przedstawił zebranym upiorną opowieść o losie, jaki czeka Oberstdorf, jeśli kiedykolwiek zostanie zaatakowany przez bolszewików. Z tym że, jak bystrze zauważył Hochfeichter, nikt tak naprawdę nie mógł być pewien, że najbliższym zagrożeniem okażą się komuniści – podkreślił, że równie dobrze atak może nadejść z prawej strony. Ostatecznie niechętnie uznano powołanie wiejskiej milicji za uzasadnione, pod warunkiem że nie zostanie wykorzystana do celów politycznych13
Podjąwszy tę doniosłą decyzję, rada wdrażała ją powoli. W końcu w Oberstdorfie rozwieszono ogłoszenia, w których wzywano ochotników do zgłaszania się, ale też jasno informowano, że jedynym celem milicji jest „obrona naszej doliny przed elementem rewolucyjnym”. Kiedy zgłosiło się wystarczająco dużo ludzi, dowództwo objął generał von Brand. Jego pierwszym zadaniem było przypomnienie milicjantom, że ich karabiny stanowią własność państwową i nie można ich wykorzystywać do kłusownictwa. Dodał również, że „niedojrzałe elementy”, które niedawno zwróciły jego uwagę, nie powinny strzelać w powietrze podczas wesel. Ostatecznie milicja Oberstdorfu miała okazać się dla generała poważnym rozczarowaniem. Ubolewał nad brakiem żołnierskich cech u mężczyzn, w szczególności nad ich „niedbałą postawą i słabą frekwencją”14
Być może dla niektórych generał był parodią żołnierza, von Brand jednak nie mylił się całkowicie. Gdy trzynastego marca 1920 roku pucz Kappa15w Berlinie wywołał kolejną falę przemocy i niepokojów politycznych, trzy czwarte milicji nie stawiło się na apel, mimo że został on starannie zaplanowany, tak aby nie kolidował z mszą ani dojeniem. Do ostatecznego starcia doszło, gdy generał wrócił z inspekcji milicji w pobliskim mieście Kempten, gdzie znalazł porządną grupę trzystu mężczyzn. Nie tylko byli zorganizowani i zdyscyplinowani, donosił generał, ale przede wszystkim „nie wykłócali się”. Dlaczego, zapytywał, mieszkańcy Oberstdorfu nie mogliby być do nich podobni?16To, że postanowił swoje poglądy wyrazić publicznie, okazało się kiepskim pomysłem. Na kolejnej paradzie pojawiło się tylko ośmiu mężczyzn. Jeden z nich, rolnik (który grał również na tubie w orkiestrze dętej), urządził scenę – „krzyczał i gestykulował dziko”. Ta kropla przepełniła czarę. Generał zrezygnował.

 
W kwietniu 1920 roku Oberstdorf powitał ostatnich weteranów. Było to, jak zauważyła OGF, wielkie wydarzenie. „W blasku słońca i przy akompaniamencie orkiestry dętej stowarzyszenia przemaszerowały ze swoimi flagami pod pomnik wojenny [z wojny francusko-pruskiej] na rynku. Następnie odbyły się uroczystości w hotelu Löwen. Każdy weteran otrzymał 120 marek ufundowanych przez radę miejską i anonimowego darczyńcę. Wojna wreszcie się skończyła”, ogłosiła OGF. I dodała: „Zostawiamy znamienitych weteranów, życząc im na koniec, aby w przyszłości mogli żyć szczęśliwie w otoczeniu swoich bliskich i bez przeszkód kontynuować swoje życie zawodowe”17
Kilka miesięcy później, gdy wszelkie groźby krwawej rewolucji zdawały się oddalać, wiejska milicja została rozwiązana. Jej ostatni występ miał miejsce w kolejny piękny słoneczny dzień. Ponownie przy akompaniamencie orkiestry dętej obrońcy Oberstdorfu przemaszerowali przez wioskę na strzelnicę. Tutaj spędzili wesołe popołudnie, rywalizując o nagrody i, jak to ujęto w oficjalnym protokole, „dając świadectwo wspaniałego ducha, który jednoczy wszystkie serca”18 Na razie wyglądało na to, że Oberstdorf może wreszcie spoglądać w przyszłość z nadzieją na pokój i dobrobyt.

 
Wesprzyj nas