Długo wyczekiwana powieść autora bestsellerowego „Kasztanowego ludzika”. Kolejna sprawa Nai Thulin, policjantki śledczej z Wydziału do Walki z Cyberprzestępczością w duńskim Glostrup, i śledczego Marka Hessa.


Zostaje popełnione brutalne morderstwo. Wkrótce staje się jasne, że sprawa jest połączona z nierozwiązaną zbrodnią sprzed lat – zabójstwem licealistki. Sprawca, posługując się telefonem, z zimną krwią manipuluje swoimi ofiarami, dręczy je i upokarza.

Mark Hess i Naia Thulin angażują się całkowicie w rozwiązanie sprawy, która okazuje się perwersyjną zabawą w chowanego, zapoczątkowaną pewnego wiosennego dnia dokładnie trzydzieści lat wcześniej, kiedy niewinna szkolna wycieczka zamieniła się w koszmar.

Rozpoczyna się upiorny wyścig z czasem. Hess i Thulin robią wszystko, by pod ogromną presją rozszyfrować tropy prowadzące od przeszłości do teraźniejszości, zanim ta okrutna gra pochłonie kolejne ofiary.

***

Odliczam raz, odliczam dwa. Zabawa trwa – nie wiesz, kto gra. Odliczam trzy, odliczam cztery. Tu śmierć rozdaje swoje numery. Drżyjcie! Bo gdy ta mistrzowska wyliczanka się skończy, jeszcze długo będziecie się bać. Znakomity kryminał. Polecam!
– Małgorzata Oliwia Sobczak

Soren Sveistrup (ur. 1968) – duński scenarzysta i pisarz. Ukończył literaturę i historię na Uniwersytecie Kopenhaskim, a także studia w Duńskiej Szkole Filmowej.W latach 2007–2012 był twórcą i scenarzystą emitowanego w trzech sezonach serialu The Killing, który odniósł międzynarodowy sukces. Sveistrup zdobył wiele wyróżnień, m.in. nagrodę Emmy za najlepszy zagraniczny serial telewizyjny oraz nagrodę BAFTA w analogicznej kategorii.
Na swoim koncie ma także scenariusz do filmu fabularnego „Pierwszy śnieg” z 2017 roku, nakręconego na podstawie książki Jo Nesbø o tym samym tytule.
Jego debiutancka powieść „Kasztanowy ludzik” (2018, 2019 W.A.B.) zdobyła status bestsellera i w 2021 doczekała się ekranizacji (serial Netflix).

Søren Sveistrup
Zabawa w chowanego
Przekład: Justyna Haber-Biały
Seria „Naia Thulin”, tom 2
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 24 września 2025
 
 


Maj 1992

Rozdział 1

Zaledwie przed chwilą autobus skręcił ze skąpanej w ciepłym słońcu asfaltowej drogi i wjechał na zakurzoną żwirową dróżkę wijącą się przez las, a już cień drzew zdążył zapewnić pasażerom przyjemny chłód podczas jazdy. Ściółka leśna jest usiana plamami słońca, którego promienie prześwitują przez zielone liście. W rozproszonym świetle roi się od owadów, a w koronach drzew małe ptaszki buszują żwawo w poszukiwaniu partnera lub gałązek do budowy gniazda. Chociaż to dopiero maj i nieco przed dziesiątą, to dwudziestopięcioletni nauczyciel biologii, Bjarke Venø, czuje, że nadchodzi ciepły, prawie letni dzień. Posyła zadowolone spojrzenie swojej nieco starszej koleżance, Ann-Louise, która jak już wielokrotnie wcześniej, podczas wycieczek organizowanych dla podopiecznych domu dziecka, teraz również siedzi za kierownicą autobusu. Z dużą wprawą pokonuje nierówną drogę, nucąc przy tym piosenkę śpiewaną przez uczniów.
Nasz kierowca nie potrafi prowadzić autobusu, prowadzić autobusu…
Słowa mieszają się z wesołością dzieci, a Bjarke uFśmiecha się na widok radosnych twarzy, które pojawiają się w lusterku wstecznym. Po chwili przenosi spojrzenie na widoki rozpościerające się za dużymi szybami pojazdu. Natura odsłania swoje najpiękniejsze oblicze, gdyż cała przyroda po prostu wyczuwa wiosnę. A zwłaszcza ptaki. Kiedy kalendarz wyznacza maj, sezon lęgowy zaczyna się na dobre. Ptaki łączą się w pary, budują gniazda, składają jaja, więc Bjarke ma nadzieję, że będzie mógł zapewnić dzieciom równie wyjątkowe przeżycia jak te, których sam doświadczył w dzieciństwie, gdy eksplorował bagienne tereny położone na zachodnim wybrzeżu Jutlandii. Wywołany przez to oczekiwanie ucisk w żołądku świadczy o tym, jak bardzo chciałby, aby wycieczka okazała się niezwykła dla dzieci, które muszą na co dzień borykać się z tyloma problemami. Przychodzi mu na myśl, że kierował się podobną motywacją, gdy trzy miesiące temu ubiegał się o pracę na zastępstwo w domu dziecka w Aggersminde. Jako świeżo upieczony absolwent nie zdawał sobie sprawy, że placówka prowadziła również szkołę i miała stałą kadrę nauczycielską, a nawet własne sale lekcyjne, mieszczące się w starym budynku domu dziecka. Gdy tylko przeczytał ogłoszenie w czasopiśmie branżowym, natychmiast wysłał swoje podanie. Kilka tygodni później, podekscytowany i zdenerwowany, przybył do Jyllinge na rozmowę kwalifikacyjną z dyrektorem, a potem, gdy w trakcie oprowadzania dowiedział się, że otrzymał posadę, nie mógł się doczekać, aż będzie mógł wcielić w życie wszystkie swoje edukacyjne pomysły, które chodziły mu po głowie.
Bjarke szczerze cieszy się z faktu, że wycieczkę udało się zorganizować zgodnie z planem. Dyskretnie przegląda swoje notatki w niewielkim zeszyciku, żeby przygotować się na później, gdy będzie opowiadał dzieciom o różnych gatunkach ptaków.
Nie obawiał się zbytnio, że wyprawa zostanie odwołana. Co prawda wyczuwał, że coś tam w związku z nią się dzieje, ale mimo to był zaskoczony, gdy dzisiejszego ranka wezwano go do gabinetu przełożonego. Dyrektor wyjaśnił mu, że kilkoro rodziców wyraziło zaniepokojonie i kwestionowało możliwość zapewnienia dzieciom „bezpieczeństwa” podczas wyjazdu. Dlatego też Aggersminde jako odpowiedzialna placówka była zmuszona potraktować ich wątpliwości poważnie. Początkowo Bjarke nie rozumiał, co dyrektor ma na myśli, ale już po chwili go oświeciło. Od około tygodnia media zajmowały się sprawą dziewięcioletniego chłopca, Daniela Strygera Hansena, który zniknął bez śladu z leśnego placu zabaw położonego na obrzeżach niewielkiej wioski w południowo-zachodniej Zelandii. Oczywiście rozpoczęto poszukiwania chłopca – policja, obrona cywilna i ochotnicy przeczesywali teren, a gazety i programy informacyjne nieustannie publikowały zdjęcie piegowatej twarzy zaginionego dziecka. Fotografię uzupełniał opis chłopca: „krótkie rude włosy, piegi, szczupła budowa ciała, około 120 cm wzrostu, ubrany w krótkie niebieskie spodenki marki Adidas, niebieski T-shirt, czerwony pikowany bezrękawnik i białe tenisówki”. Dołączono również zdjęcie biało-niebieskiej torby szkolnej marki Salomon. Zrozpaczeni rodzice apelowali do opinii publicznej o pomoc, ale jak do tej pory – bezskutecznie. Policja wypowiadała się w poważnym tonie o tym, że istniało podejrzenie popełnienia przestępstwa, a media spekulowały na temat możliwych powiązań z innymi nierozwiązanymi sprawami kryminalnymi. Śledczy nie chcieli jednak tego komentować. Bjarke, podobnie jak większość, czuł się przybity tymi doniesieniami, było mu żal chłopca i jego bliskich, ale nie przyszło mu do głowy, że wydarzenie, które miało miejsce w południowo-zachodniej Zelandii, mogło tak zaniepokoić opiekunów dzieci z czwartej klasy, zważywszy na fakt, że miejsce, w którym zniknął Daniel Stryger Hansen, było oddalone o ponad sto kilometrów.
Na szczęście dyrektor uznał, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby Bjarke zabrał dzieci na wycieczkę, z zastrzeżeniem, że wybiorą się nad jezioro Gundsømagle, a nie do rezerwatu ptactwa, jak pierwotnie planował. Akwen znajdował się bliżej domu dziecka, więc wszyscy poczują się bezpieczniej, zwłaszcza że dzieci wielokrotnie odwiedzały to miejsce, gdy organizowano ogniska czy zabawy w chowanego. Bjarke, stojąc w pokoju dyrektora, nieco się zdenerwował, bo poświęcił sporo czasu na gruntowne przygotowania do wizyty w rezerwacie. Jednak, gdy chwilę później zagłębił się w ornitologiczną specyfikę obszaru przy jeziorze Gundsømagle, ku swojej radości zauważył, że mimo zmiany wszystko może pójść zgodnie z planem. Przez parę miesięcy swojej pracy starał się przedstawić uczniom wycieczkę jako formę nagrody i tym samym zmobilizować ich do pogłębiania wiedzy o życiu ptaków, o jeziorach i bagnach. Teraz może przyznać z dumą, że jego misja się powiodła, bo dzieci podczas tej wyprawy zdają się tryskać humorem.
Kiedy autobus zjeżdża z górki, jego koła sięgają chmurki. Nasz kierowca nie potrafi prowadzić autobusu, prowadzić autobusu…
– Daleko jeszcze? – Bjarke próbuje przebić się przez głosy dzieci i włączone radio, które podaje nowe informacje o czystkach etnicznych w Jugosławii. Już ma ponowić pytanie skierowane do Ann-Louise, gdy autobus wynurza się z lasu, a przed nimi roztacza się rozległy widok, aż po horyzont. To pierwsza wyprawa, którą Bjarke zorganizował samodzielnie dla jednej z klas. Widok ogromnych połaci szuwarów, rozciągających się ze wszystkich stron: od lasu w stronę jeziora, zapiera mu dech w piersiach.

***

Słońce stoi już wysoko na niebie, a wilgoć z otaczającej roślinności sprawia, że Bjarke czuje, jak strużka potu cieknie mu po nosie, kiedy półtorej godziny później przedziera się przez sitowie, ciągnąc za sobą dzieci. Brodzą dzielnie wzdłuż brzegu w płytkiej bagiennej wodzie, otoczonej ze wszystkich stron wysokim na dwa metry sitowiem. Mimo że nauczyciel bardzo się stara i z zaangażowaniem opowiada o trzcinniczku, nie może nie zauważyć, że zainteresowanie dzieci osłabło. W kaloszach na nogach, wyposażone w wiaderka oraz siatki, pozbierały już piórka i skorupki jaj rybitw, sikorek i mew. Po drodze znalazły też martwe żaby, magiczne kamienie, a on pokazał im, jak scyzorykiem otwierać muszle małży słodkowodnych. Jednak cierpliwość dzieci powoli się wyczerpywała, i to na długo, zanim Bjarke zaplanował przerwę. Wreszcie udaje mu się dostrzec coś, czego od jakiegoś czasu szukał, więc wskazuje energicznie palcem.
– Zobaczcie! Podejdźcie tutaj i przyjrzyjcie się gniazdu trzcinniczka.
Dzieci, a zwłaszcza dziewczęta, zaczynają się tłoczyć wokół nauczyciela, który już zdążył przykucnąć. Kilka metrów dalej, w trzcinie, można zobaczyć niemal gotowe gniazdo. Jest zupełnie zwyczajne, ale daje mu możliwość przeprowadzenia krótkiej pogadanki, którą wcześniej przygotował.
– Gniazdo to znak, że samiec i samica już się dobrali w parę i kopulowali, a stary przesąd mówi, że odbyło się to w dniu świętego Walentego. Po zakończeniu budowy gniazda samica zacznie składać jaja, a gdy wyklują się młode, rodzice będą mieli mnóstwo roboty, aby je wykarmić i nauczyć latać.
Dziewczynki przyglądają się, jak dwa trzcinniczki trzepoczą skrzydłami nad gniazdem. Na widok tej idylli z ust dzieci wyrywają się okrzyki „wow” i „och”, a Bjarke uśmiecha się do siebie, bo niemal udało mu się zignorować narzekania stojących nieco w oddali chłopców.
– Jestem głodny.
– Kiedy będziemy się bawić w chowanego?
– A to, co to takiego?
Bjarke odwraca się z uczuciem ulgi, że coś przerwało ten strumień utyskiwań. Jeden z chłopców, Emil, o ile dobrze pamięta, stoi z obrzydzeniem wymalowanym na twarzy i spogląda na coś unoszącego się na wodzie między trzcinami, kawałek dalej. Dzieci przepychają się w stronę chłopca, a Bjarke ostrożnie pakuje scyzoryk do plecaka. Odkłada torbę na pokryte nierównościami wzniesienie pośród trzcin, a następnie zbliża się do Emila.
Gdy dociera w pobliże, dostrzega, że chłopiec drżącą ręką wskazuje w stronę gęsto rosnących trzcin, z których wyłania się kolejne gniazdo. Niewielkie i podziurawione, dobrze ukryte przed niewprawnym wzrokiem. Znajdujące się w nim różowawe pisklę jest ślepe, nieopierzone i przypomina płód, ale się porusza. Wytrzeszczone oczy obracają się energicznie pod powiekami, podczas gdy zwrócony kościstym grzbietem w stronę zagłębienia gniazda tułów przemieszcza się posuwistym ruchem, wypychając jajo poza krawędź lęgowiska. Szpiczaste pazury zapierają się o gęsto splecione gałązki, gdy pisklę niepewnym ruchem wspina się w górę gniazda, a jego małe, różowe nogi drżą pod ciężarem jaja.
– O co tu chodzi? – dopytują zaciekawione dzieci. Bjarke sam jest zdumiony, bo nie spodziewał się takiego widoku.
– To też jest gniazdo trzcinniczka, ale dostało się do niego kukułcze jajo i jak widzicie, nie wynika z tego nic dobrego – wyjaśnia stłumionym głosem, dbając przy tym, by dzieci nie zbliżały się do gniazda.
– Dlaczego pisklę wypycha to jajo?
– Taka jest jego natura – odpowiada Bjarke. – Kukułki różnią się od innych ptaków. Nie tworzą par, kopulują z różnymi osobnikami, a samica podrzuca swoje jaja do innych gniazd, żeby nie musieć się nimi zajmować. Po tym, jak pisklę się wykluje, zaczyna wypychać pozostałe jaja i pisklęta z gniazda, żeby mieć je tylko dla siebie.
Pisklę kukułki dotarło do krawędzi gniazda i z wysiłkiem wypchnęło swego niewyklutego rywala. Niewielkie, lekkie jajo niemal unosiło się w powietrzu, po czym wylądowało pod gniazdem w wodzie, w której już wcześniej pływało jedno martwe pisklę.
– Wypchnie je wszystkie, żeby zginęły? – pyta z niedowierzaniem jakiś głos z grupy, a kilka dziewczynek zaczyna robić głupie miny.
– Taka jest po prostu jego natura. Za to urośnie wielkie i piękne, no i będzie kukać przez całe lato, a to nam się przecież podoba.
– Emil też jest kukułczym jajem – naśmiewa się jedna z dziewczynek, wskazując chłopca, który wypatrzył gniazdo.
– Sama jesteś kukułcze jajo – odpowiada Emil, wskazując palcem na dziewczynkę o imieniu Mia, jednak wiele dzieci i tak już zaczęło się z niego naśmiewać. Zanim Bjarke zdąży zareagować, z gąszczu trzcin wyłania się Ann-Louise.
– Wystarczy już tego, odłóżcie plecaki i zacznijcie się bawić, a potem coś zjemy. Emilu, możesz zacząć odliczać.
– Nie chcę odliczać!
– Odliczaj. A wy odłóżcie swoje plecaki! – Ann-Louise wydaje polecenia pewnym tonem, żeby nikt nie miał wątpliwości. – Siatki też odłóżcie tam na kupkę i zaczynamy.
Dzieci robią to, o co prosi je nauczycielka, i rzucają plecaki na nierówne wzniesienie, gdzie już leży plecak Bjarkego. Nauczyciel musi przyznać, że jeszcze wiele musi się od niej nauczyć. Emil waha się przez chwilę, po czym zdecydowanym ruchem odwraca się plecami i donośnym głosem zaczyna liczyć.
– Odliczam raz, odliczam dwa, pewna pani miała psa. Odliczam trzy, odliczam cztery, pies ten dziwne miał maniery.
Dzieci piszczą z zachwytu, szybko odkładają wiaderka i sieci, spiesząc się pomiędzy trzciny. Ann-Louise zbiera ich rzeczy i oddala się w stronę pomostu.
– Mam zostać i ich popilnować? – pyta Bjarke.
– Nie, poradzą sobie. Wiedzą, jak daleko mogą się oddalić.
Nauczyciel oddycha z ulgą, bo potrzebuje chwili przerwy. Później będą go pytać, czy usłyszał wtedy w pobliżu brzegu jakiś hałas silnika, ale nie potrafi sobie tego przypomnieć. Zapamiętał wyłącznie głos Emila, który rozwijał wyliczankę, podczas gdy on sam wycierał pot z czoła, podążając za swoją koleżanką i trzymając pod pachą zwiniętą siatkę.
– Odliczam pięć, odliczam sześć…
Emil kończy wyliczankę, odwraca się i rozgląda dookoła. Wszyscy się pochowali, ale on pospiesznie przedziera się przez zarośla, kierując się na lewo od brzegu, skąd przed chwilą dochodziły śmiechy i szepty. Po kilku krokach odnajduje trzy pierwsze dziewczynki.
– Znalezione! – wykrzykuje, ale natychmiast rusza dalej, ponownie przeciskając się między wysokimi łodygami, tym razem zmierza w stronę jeziora. – Zawołajcie „kuku”!
Ze wszystkich stron dochodzą go nawoływania „kuku”, a on podąża za głosami. Prawie jednocześnie odnajduje kilkoro dzieci.
– Znalezieni, znalezieni! – wrzeszczy.
Uczniowie złoszczą się, a po chwili z wyrazem zawodu zaczynają dreptać w stronę brzegu, ale Emil nie zamierza triumfować. Nadal jest mu przykro, że jeszcze chwilę temu nazwano go kukułczym jajem. Nie potrafi zrozumieć, dlaczego Mia tak go przezwała, choć nie ma wątpliwości, że kukułcze jajo oznacza coś brzydkiego, głupiego i samolubnego, dlatego boli go fakt, że porównano go do czegoś takiego. Im bardziej Emil się nad tym zastanawia, tym ważniejsze staje się odnalezienie pozostałych i wygranie tej zabawy.
– Wołajcie „kuku”! – pokrzykuje jak najgłośniej, po czym podąża za okrzykami. Wymachując rękoma, rozsuwa twarde łodygi i już po chwili znajduje kolejnych uczniów, którzy muszą powlec się z powrotem. – Wołajcie „kuku”! – nakazuje, czując, jak to przyjemnie być dobrym w szukaniu. Zatrzymuje się na chwilę i próbuje ustalić, kogo jeszcze szuka. Na pewno brakuje Andersa, Olego i Mii, ale nikt już nie kuka. Wokół panuje cisza, słychać tylko chlupot bagiennej wody o gumiaki i szelest roślin ocierających się o jego ubranie. Porusza się teraz wolniej, nadal zdeterminowany, by wygrać zabawę, i dopiero gdy pokonuje pokaźny skrawek terenu, a właściwie prawie dotarł do jeziora, gdzie nie wolno im przebywać, zatrzymuje się. Trochę tu wieje, wokół kołyszą się trzciny, ale nigdzie nie dostrzega żadnych dzieci. Stoi samotnie, przekonany, że się ośmieszył.
– To nie jest zabawne, gdy się nie odzywacie – próbuje przekonywać na głos. – Zawołajcie „kuku”! – Wołanie, które do niego dociera, różni się od pozostałych. Wydaje się bardziej energiczne. Prawie jakby chodziło o prawdziwego ptaka. Jednocześnie dochodzi gdzieś z bardzo bliska, do tego stopnia, że Emil odwraca się, przestraszony, i zaczyna wpatrywać w kępę trzcin, którą właśnie minął.
– Anders, czy to ty? – pyta ostrożnie, ale w ciszy, która potem następuje, słychać jedynie powiew wiatru w zaroślach. – Hej, Anders, odezwij się! – Emil wstrzymuje oddech i z uwagą nasłuchuje. – Wiem, że tam ktoś jest – odzywa się donośnym głosem i zaczyna się szybko przeciskać przez najbliższe trzciny, żeby się przekonać, kto ze szkolnych kolegów się tam ukrył. Ale nie znajduje nikogo, dostrzega jedynie kolejne łodygi kołyszące się miękko na wietrze.
Wtedy wołanie powraca. Jeszcze bliżej, tak blisko, że Emil aż się wzdryga. Tym razem dochodzi z zarośli na wprost niego. Chłopiec stawia niepewny krok i wolnym ruchem rozgarnia łodygi na boki, a potem zamiera. Dociera do niego, że głos może wcale nie pochodzi od żadnego z dzieci. Może ktoś lub coś, o czym nie ma pojęcia, też bierze udział w ich zabawie. Może to jakiś potwór? Emil próbuje odsunąć od siebie tę myśl. Jest dużym chłopcem, ma prawie jedenaście lat i doskonale wie, że to dziecinne myślenie. Już ma zrobić kolejny krok, gdy nagle tuż obok słyszy ciężki oddech.
Unosi z wahaniem wzrok. W migoczącym słońcu majaczy wysoka sylwetka, która wyłania się przed nim po drugiej stronie zarośli. Stoi nieruchomo, jakby na coś czekała. Głośno dyszy, niemal tak jak konie za ogrodzeniem w gospodarstwie u niego w domu. Emil stoi niczym sparaliżowany. Słyszy, jak mocno wali mu serce. Ma wrażenie, że nagle wszystko zależy od tego, czy pozostanie w ukryciu, wstrzymując oddech. Wtem odwraca się i co sił rusza biegiem w odwrotnym kierunku.
Emil rozgarnia trzciny na boki i czuje, jak smagają go po twarzy, i chociaż już się zgubił i nie wie, gdzie jest brzeg, nie przestaje biec. Kalosze wydają się ciężkie niczym ołowiane odważniki, co chwilę musi je wyszarpywać z błota, po czym w panice rusza dalej, a woda rozpryskuje się na boki pod wpływem jego kroków. Kieruje się na oślep, zdając sobie sprawę, że jeżeli choć raz obejrzy się za siebie, przerażenie pozbawi go życia.
Nagle jedna ze stóp grzęźnie w mule. Emil przewraca się do przodu, nie zdążywszy podeprzeć się rękoma. Upada twarzą w płytką wodę i w pierwszym momencie nie może złapać oddechu. W panice unosi głowę i leżąc wśród trzcin oraz drżąc z przerażenia, nasłuchuje kroków lub oddechu. Woda skapuje mu z podbródka, ale wokół panuje cisza. Rozgląda się ostrożnie dookoła. Powoli dociera do niego, dlaczego upadł, i zaczyna krzyczeć.

 
Wesprzyj nas