„Między Bogiem a Hitlerem” to nie tylko opowieść o uwikłaniu religii w nazizm, lecz także uniwersalna refleksja o tym, jak instytucje wiary mogą zostać wykorzystane do usprawiedliwiania najcięższych zbrodni przeciwko ludzkości.
Tysiąc chrześcijańskich kapelanów wojskowych w szeregach Wehrmachtu było świadkami i współuczestnikami zbrodni hitlerowskich Niemiec. Swoim autorytetem legitymizowali wojenne okrucieństwo, a religijną narracją wspierali ideologię Trzeciej Rzeszy od dojścia Hitlera do władzy po jego klęskę.
Doris L. Bergen, wykorzystując bogaty materiał źródłowy – prywatną korespondencję, archiwalne zdjęcia, dokumenty wojskowe, relacje ocalałych osób – rekonstruuje system, którego ważną częścią było duchowieństwo. Prezentuje wnikliwe studium moralnej dwuznaczności postaw protestanckich i katolickich kapelanów, którzy czasami z zapałem, nieraz niechętnie, mimo to niemal zawsze lojalnie służyli sprawie.
Poruszające świadectwo tego, jak obojętność i strach utorowały drogę do moralnej kapitulacji. Doris L. Bergen szczegółowo analizuje przyczyny milczenia, bierności i duchowego oportunizmu kapelanów wojskowych w służbie totalitarnej machiny wojennej. Ich historia przypomina, że konformizm nigdy nie może być alternatywą dla obrony fundamentalnych wartości.
dr Mateusz Łabuz, portal warhist.pl
Wciągająca i znakomicie napisana książka Między Bogiem a Hitlerem pozwala czytelnikowi zanurzyć się w historii, aby za chwilę zadać mu bezwzględny cios, opisując rolę, jaką kapelani Wehrmachtu odgrywali na froncie. Obszerna i niesamowicie drobiazgowa analiza dostarcza nowego, istotnego spojrzenia na funkcjonowanie nazizmu.
profesor Belinda J. Davis, autorka książki Home Fires Burning: Food, Politics, and Everyday Life in World War I Berlin
Ta książka jest dziełem niezwykłym. Bergen prowadzi nas przez historię jednego z najtrudniejszych wątków Holokaustu, dając nam do ręki przewodnik wzbogacający etycznie i kompletny pod względem historycznym.
profesor Nicholas Stargardt, autor książki Wojna Niemców. Naród pod bronią 1939–1945
Mocna i zarazem wnikliwa praca uznanej historyczki. Bergen opisuje, jak kapelani wojskowi stali się moralną podporą reżimu nazistowskiego. Służenie Bogu i Hitlerowi okazało się dla nich trudnym polem bitwy, a wierność Führerowi przyćmiła zasady wiary i sumienia.
profesor Edward B. Westermann, autor książki Drunk on Genocide: Alcohol and Mass Murder in Nazi Germany
Doris L. Bergen jest profesorką z zakresu badań nad Zagładą na Uniwersytecie w Toronto, wykłada gościnnie w USA, Niemczech, Polsce, Bośni i Kosowie. Jej badania koncentrują się na zagadnieniach religii, płci kulturowej i etniczności w dobie Zagłady i II wojny światowej oraz porównawczo w innych przypadkach skrajnego okrucieństwa. Jest autorką wielu książek, w tym Wojna i ludobójstwo. Krótka historia Holokaustu (2011).
Książka Między Bogiem a Hitlerem otrzymała nagrodę The Yad Vashem International Book Prize for Holocaust Research (2024).
Między Bogiem a Hitlerem
Kapelani wojskowi w służbie nazizmu
Przekład: Tłumaczenie: Aleksandra Czwojdrak
Konsultacja merytoryczna: dr Jerzy Giebułtowski
Seria: Historiai
Wydawnictwo Bo.wiem
Premiera: 30 października 2025
Przedmowa
Dużo czasu zabrało mi napisanie tej książki.
Z początku myślałam, że będzie to łatwe. Po raz pierwszy zetknęłam się z tematem kapelanów Wehrmachtu pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy zbierałam materiały do pracy na temat ruchu Niemieckich Chrześcijan, pronazistowskiej grupy protestanckiej. W pewnym archiwum kościelnym natrafiłam na list od ewangelickiego pastora, który błagał biskupa Rzeszy Ludwiga Müllera o załatwienie mu pracy w kapelanacie wojskowym. Wtedy właśnie po raz pierwszy usłyszałam o chrześcijańskich kapelanach w armii narodowosocjalistycznych Niemiec. Po krótkim sprawdzeniu dostępnego materiału okazało się, że prawie nie ma prac naukowych na ten temat, jeśli nie liczyć paru artykułów opublikowanych dwadzieścia lat wcześniej przez pewnego niemieckiego historyka wojskowości1. Oto luka, którą mogłam wypełnić.
W 1990 roku znajomy, który kończył akurat pisać pracę o Volkssturmie – podjętej przez hitlerowskie Niemcy ostatniej desperackiej próbie zmobilizowania ludności cywilnej do walki z nadciągającymi aliantami – poprosił mnie, abym dołączyła do panelu podczas dorocznego spotkania w Amerykańskim Instytucie Wojskowym (American Military Institute)2. Spotkanie miało się w owym roku odbyć na Duke University, co było poręczne dla nas jako studentów ostatniego roku na Uniwersytecie Karoliny Północnej, zgodziłam się więc. Dość intensywne poszukiwania źródeł w Niemieckim Archiwum Wojskowym we Fryburgu okazały się wielce owocne i ostatecznie wygłosiłam referat zatytułowany ‘Germany Is Our Mission, Christ Is Our Strength!’ The Wehrmacht Chaplaincy and the ‘German Christian’ Movement („Niemcy naszą misją, Chrystus naszą siłą!”. Kapelanat Wehrmachtu i ruch Niemieckich Chrześcijan)3. Publiczność zareagowała pozytywnie, a pewien wydawca zasugerował, że byłby to temat na dobrą książkę. Podekscytowana szybko przygotowałam sobie plan, jak zająć się tym zaniedbanym zagadnieniem. Otóż napiszę krótką, prostą historię opartą na trzech pytaniach: Kim byli kapelani Wehrmachtu? Co robili? Jaki mieli związek z nazistowskimi zbrodniami? Sądziłam, że uporam się z tym w ciągu roku, najwyżej dwóch lat.
Oczywiście pozostawało jeszcze trzecie pytanie – o nazistowskie zbrodnie, a konkretnie o zbrodnie Wehrmachtu, budzące największe zainteresowanie, również moje. Tymczasem otrzymałam nowe stanowisko na Uniwersytecie Vermontu, gdzie do moich zadań należało między innymi prowadzenie zajęć na temat Zagłady na studiach licencjackich i magisterskich. Głębsza refleksja nad mordowaniem Żydów przez hitlerowskie Niemcy skomplikowała moje podejście do tematu kapelanów Wehrmachtu. Podobnie jak przełomowa rada Gerharda Weinberga: „Nie oddzielajcie Zagłady od wojny”4. Zaczęłam więc postrzegać moje zadanie nie jako prostą narrację, lecz jako analizę porażki chrześcijaństwa pośród wszechobecnej przemocy. Gdzie byli kapelani w Jassach i w Kamieńcu Podolskim, w Ponarach, Babim Jarze, Lidicach, Oradour-sur-Glane i setkach innych miejsc masowych zbrodni?
Na wczesnym etapie moich badań archiwalnych natrafiłam na incydent, który opisuję we Wstępie, związany z niemieckimi kapelanami i zamordowaniem żydowskich dzieci w Białej Cerkwi latem 1941 roku5. Następnie dowiedziałam się, że nie ja pierwsza zwróciłam na to uwagę – Ernst Klee, Willi Dressen i Volker Riess zamieścili niektóre z kluczowych dokumentów w znakomitym zbiorze wydanym po angielsku pod tytułem “The Good Old Days”: The Holocaust as Seen by Its Perpetrators and Bystanders („Dawne, dobre lata”: Holokaust w oczach jego sprawców i biernych świadków)6. Pojawiły się też inne informacje o kapelanach obecnych przy zbrodniach. W pewnym artykule na temat Wehrmachtu w Grecji przytoczono słowa protestanckiego kapelana, który opisywał „ciężkie brzemię”, jakim jest dla ludzi w jego jednostce zabijanie ludności cywilnej i palenie jej wsi7. W zbiorze wspomnień katolickich księży i seminarzystów z lat wojny znalazło się kilka krótkich, lecz uderzających wzmianek o byciu świadkiem mordowania Żydów na obszarze okupowanym przez Niemcy8.
Postanowiłam zatem, że moja książka będzie opowieścią moralną o porażce kapelanów, o ich słabości i wysiłkach, aby stać na straży chrześcijaństwa, które jednak doprowadziły ich do służenia ludobójstwu. Ta wersja mojej książki skupiałaby się na roku 1941 na niemieckim froncie wschodnim i stanowiłaby zasadniczo rozbudowanie prezentacji, jaką przedstawiłam w 1997 roku w United States Holocaust Memorial Museum podczas konferencji „Religion and Genocide”, zorganizowanej przez Omera Bartova i Phyllis Mack, a następnie opublikowałam w zbiorze In God’s Name9.
Nowa wersja mojego przedsięwzięcia była bardziej angażująca pod względem emocjonalnym, mimo to spodziewałam się, że jej napisanie będzie proste. Zebrałam mnóstwo materiału i wiedziałam, co chcę powiedzieć – że kapelani Wehrmachtu byli świadkami mordowania Żydów, że są współwinni Zagłady i że ich losy stanowią przestrogę dla chrześcijan i dla ludzi wierzących w każdym miejscu, dowodząc, jak wysoki jest koszt współpracy z brutalnym państwem, a być może z każdym państwem.
Nie wiedzieć jednak czemu, pomysł wydawał się bezbarwny. Po pierwsze, znaczna część zebranego przeze mnie materiału sprawiała osobliwie nijakie wrażenie. Choć kapelani działali w realiach wojny i ludobójstwa, to w sporządzanych notatkach rzadko wspominali o przemocy, jakiej dopuszczali się Niemcy, i jej ofiarach, a jeśli już, to pokrótce i niejasno, jak gdyby oglądali te wydarzenia ze znacznej odległości. Może nadinterpretowywałam zebrane dane? Czy kogoś to przekona? Czy może będę musiała poświęcić całe lata na badanie każdego tropu w poszukiwaniu dymiącej lufy, najlepiej w rękach kapelana Wehrmachtu?
Kolejny problem dotyczył tonu książki. Choć byłam przekonana, że kapelani stanęli po stronie sprawców, i przygnębiało mnie, gdy czytelnicy interpretowali moje analityczne podejście jako współczucie, to jednak płytkie i świętoszkowate wydawało mi się uporczywe uderzanie w niemieckich kapelanów strona za stroną. Czy w ogóle mam coś nowego do powiedzenia? Badano już tyle grup społecznych i zawodowych, ustalano, że byli ochoczymi wspólnikami systemu narodowosocjalistycznego: klasa średnia, „aryjskie” kobiety, lekarze, prawnicy, nauczyciele, duszpasterze, pielęgniarki, profesorowie uniwersytetów i inni. Dlaczego po kapelanach wojskowych mielibyśmy się spodziewać czegoś innego?
Tymczasem moją uwagę absorbowały inne projekty i zobowiązania, odłożyłam więc na bok sprawę kapelanów. Kiedy opuściłam Uniwersytet Notre Dame i wyjechałam do Toronto, ktoś ze znajomych stwierdził, że nigdy nie dokończę tej książki. Gdy nie będziesz już w instytucji chrześcijańskiej, kapelani wojskowi wydadzą ci się nieistotni – wyjaśnił. Trzeba było dopiero wydarzeń 11 września 2001 roku, ich wielowymiarowego pokłosia i kolejnego zaproszenia, bym nagle powróciła do kapelanów i dostrzegła wagę chronologii. Ta nowa perspektywa znów odmieniła moją książkę.
W 2010 roku kolega z Uniwersytetu w Toronto zaprosił mnie do współorganizowania warsztatów poświęconych ostatniemu rokowi II wojny światowej10. Uznałam to za dobrą sposobność do ponownego przyjrzenia się kapelanom Wehrmachtu i przystałam na propozycję. Przedzierając się przez zawartość kartonów, teczek i niedokończonych rozdziałów w poszukiwaniu materiału o okresie od początków roku 1944 do maja roku 1945, byłam zaskoczona tym, jak bardzo zmieniała się sytuacja kapelanów w trakcie wojny. Myślenie chronologiczne pozwoliło mi też dostrzec, że tak bardzo zafiksowałam się na kapelanach jako ułomnych jednostkach, iż przeoczyłam siłę kapelanatu jako instytucji. Nagle w centrum uwagi pojawiła się defensywna postawa kapelanów, owa kolektywna dynamika chęci przypodobania się, którą nazywam „uległością kompensacyjną” (compensatory compliance), ich „subtelny pojedynek” z nazistowskimi władzami11 oraz wzajemne procesy legitymizacji. Niewątpliwie pewną rolę odegrały również moje własne doświadczenia pracy w instytucjach, od rządu regionalnego prowincji Alberta po szereg uniwersytetów, a przede wszystkim Uniwersytet Notre Dame. Zaczęłam dostrzegać, w jaki sposób instytucje, biura i systemy kształtują, ograniczają, a nieraz umożliwiają i wzmacniają wysiłki jednostki.
Miałam już więc strukturę moich badań nad kapelanami Wehrmachtu i wiedziałam, że książka musi wyjść chronologicznie w obydwu kierunkach poza rok 1941. To zmodyfikowane podejście miało się w praktyce okazać trudne – w moich badaniach były luki, do których trzeba było się odnieść, zwłaszcza co do lat sprzed wojny i pierwszych lat wojennych. Tymczasem nowe, ekscytujące badania prowadzone przez innych – w szczególności przez Martina Röwa, Dagmar Pöpping, Lauren Faulkner Rossi i Davida Harrisville’a – oznaczały, że mogłam się już teraz odnosić do pewnej historiografii12. Książka mimo wszystko wydawała się przedsięwzięciem możliwym, a także potencjalnie ważnym w obliczu tendencji, obecnej w badaniach historycznych i ogólnie w społeczeństwie północnoamerykańskim, aby redukować narodowy socjalizm do poczynań jednostek złych bądź słabych.
Powróciłam do manuskryptu, mimo że nie bardzo miałam na to czas. Jako wykładowczyni na wielkim uniwersytecie badawczym czytałam niemal zawsze tylko cudzą twórczość – prace pisemne studentów, rozprawy doktorskie, manuskrypty artykułów i książek, wnioski o stypendium itd. Czułam coraz większy niedosyt z powodu metodologii pozwalających pominąć analizę historyczną i powielać milczenie archiwów13. Przez długi czas nie dostrzegałam jednak, że w swojej pracy o kapelanach postępuję tak samo. Podejścia feministyczne i postkolonialne, badania na temat ludzi zniewolonych, historiografie ludów rdzennych przyczyniły się do tego, że ponownie przemyślałam sprawę14, i choć zepchnęłam ją gdzieś w tył głowy, to stopniowo zaczynałam rozumieć radę, jaką otrzymałam lata wcześniej od znajomej, mediewistki Kathleen Biddick15, gdy przeczytała ona szkic mojego artykułu o kapelanach wojskowych: Staraj się nie powielać spojrzenia sprawców – powiedziała mi.
Wówczas już od kilku lat zachęcałam moich doktorantów i w ogóle każdego, kto chciał mnie słuchać, aby rozglądać się za głosami sprzeciwu i pozwalać pewnym autentycznym osobom zaburzać gładką powierzchnię naszej analizy. Te napomnienia odnosiły się również do mnie samej. Prowadzenie zajęć z literatury Zagłady wspólnie z Anną Shternshis pogłębiło we mnie tę świadomość16. Praktykowanie historiografii zintegrowanej, tak przejmująco zastosowane w pracach Dalii Ofer, Saula Friedländera, Marion Kaplan, Alexandry Garbarini, Laury Jockusch, Zoë Waxman i innych17, okazuje się zarazem pierwotną metodologią badań nad Zagładą, czego dowiedli w latach czterdziestych XX wieku Emanuel Ringelblum, Cecilia Slepak, Rachel Auerbach, Philip Friedman, projekt Czarnej Księgi Ilii Erenburga i Wasilija Grossmana, David Boder i wielu innych im współczesnych18.
Decyzja o historii zintegrowanej rodziła nowe wyzwania. Po pierwsze, ilość potencjalnie istotnego materiału była niezmierzona, mimo to kapelani pozostawali nieuchwytni. Skąd miałam wiedzieć, gdzie w ogóle zacząć szukać jakichś strzępów informacji o nich pośród dziesiątek tysięcy wywiadów z żydowskimi ocalonymi w samym tylko choćby Wizualnym Archiwum Historycznym USC Shoah Foundation? Zatrudnienie asystentów badawczych spośród studentów studiów licencjackich i magisterskich na naszym Uniwersytecie w Toronto, z których wielu zna również inne języki poza angielskim, pozwoliło przeprowadzić szereg ukierunkowanych badań19. Niektóre ich rezultaty poznacie na kolejnych stronach tej książki. Żydzi, Polacy, Francuzi, Ukraińcy, Rosjanie, Włosi oraz inni, których słowa, głosy i doświadczenia zostały utrwalone w formie osobistych relacji i w rozmaitych zbiorach świadectw ocalonych, niekoniecznie wspominają o kapelanach wojskowych – a właściwie tylko nieznaczna ich liczba mówi o nich wprost – umożliwiają jednak spojrzenie z zewnątrz na kapelanów i kwestie, które oni sobą ucieleśniają.
Praca nad tą książką latem 2020 roku – gdy przez Stany Zjednoczone, Kanadę i świat przetaczały się protesty Black Lives Matter, a prezydent Stanów Zjednoczonych kazał rozpędzić pokojowych demonstrantów gazem łzawiącym i kulami pieprzowymi, ponieważ chciał dać się sfotografować na tle kościoła z Biblią w dłoniach – sprawiła, że wyjątkowo pilna wydała się potrzeba poszerzenia badań nad Zagładą, dostrzeżenia rasizmu i rozpoznania jego celów oraz ofiar. Konieczność spojrzenia z zewnątrz uderzyła mnie z chwilą zabójstwa George’a Floyda i następujących później rozliczeń z systemowym rasizmem wobec czarnych, a w Kanadzie z systemowym rasizmem wobec rdzennych mieszkańców. Zaczęłam postrzegać kapelanów Wehrmachtu jako istotnych nie tylko ze względu na to, że reprezentowali pewną instytucję, ale i dlatego, że byli ludźmi zanurzonymi w systemach i strukturach, które karmiły się niszczeniem, jednocześnie zaprzeczając mu i wymazując jego ofiary – innymi słowy, stanowili część tego, co nazywam „kulturą ludobójstwa” (genocidal culture).
Zmienianie perspektywy i podchodzenie do kapelanów Wehrmachtu na wiele różnych sposobów na nowo formułuje znajome pytania i rzuca na nie światło: Jakie jest miejsce religii w wojnie i konflikcie? Jak struktury i systemy kształtują ludzkie zachowania i jakie są tego reperkusje? Jakie narracje tworzą możliwości odnajdywania sensu w przykładach przemocy z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości? Co i kogo uciszają dominujące narracje?
Ta książka prezentuje to, co udało mi się ustalić. Dla wykorzystania potencjału historii zintegrowanej można było zrobić znacznie więcej. Przy tym istnieje jeszcze inny poziom integracji, w który dopiero zaczęłam się zagłębiać. Obejmuje on badanie zagadnienia kapelanów Wehrmachtu w związku z religią i przemocą w innych miejscach. Zastanówmy się nad rolą duchowieństwa, w tym kapelanów, w ludobójstwach w Rwandzie, Gwatemali i Indonezji w latach dziewięćdziesiątych, osiemdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku, a także nad buddyjskimi kapelanami w wojsku japońskim podczas II wojny światowej oraz nad chrześcijanami, którzy na przestrzeni wieków wzywali do mordowania rdzennych ludów Ameryki Północnej i usprawiedliwiali czystki20. Nie twierdzę, że wszystkie przypadki gwałtu są takie same, gdyż z pewnością nie są, każdy jest inny. Podobnie można powiedzieć o Zagładzie i szczególnej roli chrześcijańskich kapelanów, którzy stanowili część systemu stawiającego sobie za cel zniszczenie Żydów i judaizmu. Lecz w naszej wspólnej człowieczej historii poszczególne przykłady religii i przemocy są i odrębne, i powiązane zarazem. Choć więc ostatecznie zakończyłam pisanie tej książki i oddałam ją w ręce czytelnika, to nie przestaję myśleć o tych powiązaniach.
Wstęp
Instytucja nie na miejscu
Krótko rzekłszy, kapelan jest wysłannikiem Pana Pokoju, służącym w zastępach boga wojny, Marsa. Jako taki jest równie nie na miejscu jak muszkiet na ołtarzu w dzień Bożego Narodzenia. Czemuż więc tam przebywa? Bo pośrednio służy celowi uprawomocnionemu przez działa, a także bo nadaje sankcję religii łagodnych temu, co jest właściwie przekreśleniem wszystkiego prócz siły.
Herman Melville, Billy Budd
„Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby wraz z Nim i wszystkiego nam nie darować? Któż może wystąpić z oskarżeniem przeciw tym, których Bóg wybrał? Czyż Bóg, który usprawiedliwia? Któż może wydać wyrok potępienia? Czy Chrystus Jezus, który poniósł [za nas] śmierć, co więcej – zmartwychwstał, siedzi po prawicy Boga i przyczynia się za nami? Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? Jak to jest napisane: Z powodu Ciebie zabijają nas przez cały dzień, uważają nas za owce przeznaczone na rzeź. […] I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani moce, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (List do Rzymian 8,31–39, BT*).
Kapelan Wehrmachtu w kazaniu do żołnierzy niemieckich na froncie wschodnim, koniec 1941 roku
Według wszelkich typowych kryteriów Niemcy hitlerowskie były krajem chrześcijańskim. Przez cały okres ich istnienia około dziewięćdziesięciu pięciu procent ich ludności stanowili ochrzczeni członkowie dwóch głównych Kościołów – rzymskokatolickiego i protestanckiego (ewangelicko-augsburskiego, reformowanego bądź jakiejś kombinacji tych dwóch). Niemcy płacili spore podatki kościelne, które władze narodowosocjalistycznego państwa pobierały i rozdzielały pomiędzy organizmy kościelne, podobnie jak to czynili ich poprzednicy w Republice Weimarskiej i wcześniej, w Cesarstwie Niemieckim. W krajobrazie miejskim zarówno wielkich metropolii, jak i małych miejscowości dominowały sylwety kościołów, a tradycje i święta chrześcijańskie nadawały rytm codzienności, nawet jeśli nieraz dzieliły scenę z rytuałami wymyślonymi przez nazistowskich propagandystów i neopogan. Choć niemieckie prawo uznawało tylko małżeństwa cywilne, to wiele par i tak decydowało się na to, aby ich związek został pobłogosławiony podczas uroczystości kościelnej. Prawie wszystkie niemieckie dzieci uczyły się religii w szkole z ust katolickiego księdza bądź protestanckiego pastora. Poza nielicznymi wyjątkami Niemcy mieli nadzieję na chrześcijański pochówek po śmierci i taki otrzymywali1. W okresie, gdy Hitler doszedł do władzy, Żydzi, zdecydowanie największa mniejszość niechrześcijańska, stanowili niespełna jeden procent ludności. W tych okolicznościach nikogo nie dziwiło, że w Wehrmachcie, opartym na poborze wojsku hitlerowskich Niemiec, od jego utworzenia w 1935 roku aż do jego klęski dziesięć lat później służyli kapelani chrześcijańscy. W latach reżimu Hitlera oficjalne stanowiska kapelanów Wehrmachtu piastowało około tysiąca mężczyzn2. Mniej więcej tyle samo kapelanów katolickich co protestanckich towarzyszyło wojskom niemieckim wszędzie, dokądkolwiek ciągnęły – w Polsce, Francji, Grecji, Jugosławii, Afryce Północnej, Związku Radzieckim oraz na wszelkich innych obszarach bliższych i dalszych, a także podczas odwrotów do coraz bardziej kurczącego się Vaterlandu i w obozach jenieckich na czterech kontynentach. Podobnie jak ich odpowiednicy w wojsku brytyjskim, amerykańskim i kanadyjskim kapelani Wehrmachtu byli formalnie wcielani do sił zbrojnych i mieli stopnie wojskowe. I tak samo jak w innych armiach pełnili posługę dla mężczyzn powierzonych ich opiece duchowej, udzielali sakramentów, pocieszali chorych i rannych, grzebali zmarłych. Jednakże jako element niemieckiej wojny wyniszczającej kapelani Wehrmachtu realizowali te typowe obowiązki w okolicznościach, w których stawka była przerażająco wysoka. Komu bądź czemu służy kapelan?
Świadkowie zbrodni
Niektóre kluczowe wątki niniejszego studium ilustruje pewien tragiczny w skutkach incydent. W lipcu 1941 roku nacierające jednostki Wehrmachtu dotarły do miasta w środkowej Ukrainie o nazwie Biała Cerkiew, w połowie drogi między Żytomierzem a Kijowem3. Po ukraińsku Biła Cerkwa (Бiла Церква), po rosyjsku Biełaja Cerkow’ (Белая Церковь), po polsku Biała Cerkiew oznacza „Biały Kościół”, zwłaszcza prawosławny. Miasto, położone nad rzeką Roś, dopływem Dniepru, duży węzeł kolejowy, stanowiło ważne centrum komunikacyjne. W przededniu II wojny światowej według danych ze spisu powszechnego mieszkało w nim 9284 Żydów4. Słynna była tamtejsza Wielka Synagoga, podobnie jak dwie żydowskie szkoły. W latach osiemdziesiątych XIX wieku żył tam Szolem Alejchem, a we wczesnym okresie radzieckim kwitła kultura jidysz. W roku 1929, gdy etnomuzykolog Mojsej Beregowski zajął się gromadzeniem pieśni żydowskich, rozpoczął swoją wyprawę właśnie od Białej Cerkwi. Zapisał tam setki pieśni o miłości, rodzinie i walce o sprawiedliwość społeczną5.
Szczególnie owocna dla Beregowskiego okazała się dzielnica Gruzija. Miejscowi nazywali ją „Gruzją”, ponieważ tamtejsze rudery pasowały do ich wyobrażeń o popadającym w ruinę Kaukazie. Tam właśnie Grisza London, nastoletni szewc, wykonywał balladę, która rozpoczynała się od słów: „Aj-waj, w 1915 nowy dekret wydano”. W słowach pieśni ubolewano nad losem młodego rekruta w armii carskiej, którego rodzina była zmuszona oddać: „Oj, każdy ojciec dziecko swe wieść musi / jak rzeźnik bydło”. A na manewrach w szabat – skarży się pieśniarz – nic do jedzenia ani do picia, a „i tak obrywasz”. Patrząc przez pryzmat Zagłady, trudno nie potraktować niektórych wersów jako proroczych:
Aj-waj, bracia, już po nas,
W zbrodniczych jesteśmy rękach, aj-waj.
Choć okoliczności są ponure, autor ballady zakończy ją deklaracją nie zguby, lecz żydowskiej sprawczości, przynajmniej jeśli idzie o mężczyzn:
Wzięliśmy żydowskie dziewczęta
I zmarnowaliśmy im życie6.
Pieśń opisywała mozół służby wojskowej jako część nieustającego dramatu żydowskiego życia społecznego.
Życie żydowskich mieszkańców Białej Cerkwi było zróżnicowane i jedyne w swoim rodzaju, za to jego zniszczenie wyglądało tak jak setki innych masakr, jakich dopuścili się Niemcy latem 1941 roku na obszarze całej Ukrainy, we wschodniej Polsce i w państwach bałtyckich. W Białej Cerkwi większości mordów dokonali członkowie mobilnego oddziału śmierci Sonderkommando 4a z Einsatzgruppe C z pomocą jednostek Policji Porządkowej, ukraińskich pomagierów i części miejscowej ludności. Zabójcy stosowali techniki, które szybko wchodziły do powszechnego użytku: wyłapywali Żydów przy użyciu przymusu i podstępu, nakazywali przypadkowym osobom – a nieraz wręcz nieszczęsnym Żydom – kopać doły w wyznaczonych miejscach, zmuszali ofiary do rozebrania się, po czym rozstrzeliwali je, po jednej niewielkiej grupie naraz, tak że ich ciała wpadały prosto do dołu, który stawał się masowym grobem. Na koniec mordercy dzielili się rzeczami pozostawionymi przez zabitych7.
Mord Żydów w Białej Cerkwi przebiegał zgodnie ze standardową praktyką, a jednak pod pewnym kluczowym względem różnił się od prawie wszystkich takich zbrodni, pomijając nieliczne wyjątki: po wojnie przykuł uwagę nie tylko w Związku Radzieckim, ale i na Zachodzie. W latach 1967–1968 jedenastu członków Sonderkommando 4a stanęło przed sądem w Darmstadt w Niemczech Zachodnich, oskarżonych o zamordowanie tysięcy Żydów w południowej części Związku Radzieckiego. Wśród powołanych świadków znalazło się dwóch kapelanów z 295. Dywizji Piechoty – ksiądz katolicki Ernst Tewes i pastor protestancki Gerhard Wilczek8. Ich relacja o tym, jak usiłowali ocalić grupę żydowskich dzieci z Białej Cerkwi i jak im się to nie udało, trafiła na łamy międzynarodowej prasy i pozostaje do dziś najlepiej znanym – a w zasadzie jedynym – udokumentowanym przypadkiem podjęcia przez kapelanów Wehrmachtu interwencji na rzecz ofiar hitlerowskich Niemiec.
Przed sądem i w publikacjach, które się później ukazały, ksiądz Tewes odtworzył wydarzenia tak, jak je zapamiętał i jak zapisał w notatkach, które wówczas robił. Jak twierdzi, niemieccy żołnierze zwrócili się do niego i jego protestanckiego odpowiednika o pomoc. Mówili, że bardzo wiele dzieci zamknięto w szkole niedaleko szpitala polowego. Obaj duchowni udali się tam, aby się przekonać na własne oczy. Tewes wspomina, co zobaczyli:
Jestem pewien, że rozpoznałbym dziś ten budynek. Znaleźliśmy około dziewięćdziesięciu małych dzieci żydowskich, w tym niemowlęta, w beznadziejnym położeniu: stłoczone razem, pojękujące, płaczące, głodne i spragnione w tym południowym upale. Większość ich rodziców już rozstrzelano, niektóre matki przebywały zamknięte w pomieszczeniu obok. Przez okno widziały agonię swoich dzieci, lecz nie mogły zrobić nic, aby im pomóc. Obydwaj zgodziliśmy się bez wahania, że wbrew wszelkim rozkazom zajmiemy się tym i nadstawimy karku. Dzieci i ich matki, jak wiele innych przed nimi, miały zostać rozstrzelane przez SS-Sonderkommando9.
Tewes opisuje, jak wraz z Wilczkiem – obaj byli wtedy młodymi ludźmi, on sam miał trzydzieści jeden lat – odwołali się wpierw do lokalnego dowódcy, którego Tewes charakteryzuje jako „Austriaka w starszym wieku”. Ta próba nic nie dała – jak podaje Tewes – ponieważ człowiek ów „okazał się zaciekłym antysemitą”10. Uzyskali wsparcie dwóch starszych kapelanów z okolicy11. Cała czwórka wspólnie przekonała podpułkownika Helmutha Groscurtha, aby zajął się sprawą12. Jak opowiada Tewes, Naczelne Dowództwo Armii zaaprobowało jedno odroczenie, mimo to przedstawiciele Służby Bezpieczeństwa i oficerowie wojskowi obecni na miejscu postawili na swoim, uzasadniając to wytycznymi feldmarszałka Waltera von Reichenaua, dowódcy 6. Armii. Koniec końców z Berlina przyszła wiadomość, że wszystkie dzieci i kobiety mają zostać zgładzone.
Dwudziestego pierwszego sierpnia 1941 roku dzieci zabrano ze szkoły i rozstrzelano. Nikt już więcej nie wspominał o kobietach. Czy sprawę załatwili Niemcy – Tewes odnotował jedynie, że mogli to być członkowie Waffen-SS – czy też ukraińscy „ochotnicy”, tego kapelani nie powiedzieli13. W raporcie z sierpnia 1941 roku podkreślili, że mężczyznami pilnującymi szkoły byli „Ukraińcy”, których podejrzewali o działanie „z własnej inicjatywy”14. Patrząc wstecz z perspektywy kilkudziesięciu lat na masakrę w Białej Cerkwi, Tewes określił siebie i pozostałych kapelanów jako bezsilnych: „Wszystkich ludzi, których próbowaliśmy ocalić, rozstrzelano” – stwierdził. „Z powodu naszych wysiłków stało się to tylko parę dni później, niż planowano”15.
Relacja Tewesa pozostaje mocnym dowodem na to, że kapelani Wehrmachtu byli świadkami Holokaustu. Bycie świadkiem nie jest aktem neutralnym, co znajduje odzwierciedlenie w wielu tradycjach, gdzie przypatrywanie się ofierze przemocy stanowi tabu16. Ci, którzy widzą przemoc i się jej przyglądają, zostają przez nią przeobrażeni – straumatyzowani, zbrutalizowani, zmobilizowani, sparaliżowani17. Jednocześnie obecność świadków odmienia całe wydarzenie i wpływa na to, jak doznają go i jak je zapamiętują jego uczestnicy. Świadectwo Tewesa ukazuje chrześcijańskich kapelanów jako postacie tragiczne, ludzi dobrych i przyzwoitych, którzy usiłowali ocalić życie niewinnych dzieci, lecz im się to nie udało. Swoją wersję wydarzeń adresował on do pewnego grona odbiorców i ukształtował zgodnie z jej zamysłem, jest więc ona – jak każda narracja – niekompletna. Dla zrozumienia roli kapelanów Wehrmachtu podczas wojny i później to, co Tewes pominął – czy dlatego, że nie wiedział, czy też nie zauważył, wyparł z pamięci, zapomniał, uznał za niestosowne lub temu zaprzeczał – jest równie istotne jak to, co przekazał.
Jedną z rzeczy, które Tewes pominął, jest kontekst. W swoim świadectwie opisuje on pewne wyizolowane zdarzenie, a przecież atak na Żydów z Białej Cerkwi rozpoczął się już wcześniej i po masakrze dzieci ze szkoły trwał nadal. Niemcy przybyli na ten obszar w połowie lipca i od razu przystąpili do mordowania Żydów. Pierwsze masowe egzekucje odbyły się 14 lipca 1941 roku – w parku nad rzeką Niemcy rozstrzelali dziesięciu żydowskich mężczyzn i wrzucili ich ciała do płytkiego grobu. Do końca owego dnia zdołali zastrzelić łącznie dwustu Żydów18. Raport Armii Czerwonej zawierający te liczby wymienia jeszcze inne potworności, które potem nastąpiły. Źródła radzieckie dokumentują także niszczenie przez Niemców i Ukraińców fizycznych oznak obecności Żydów. W roku 1943 władze miejskie Białej Cerkwi zniszczyły cmentarz żydowski. Robotnicy zabrali płyty nagrobne, ogółem trzysta metrów sześciennych, i dostarczyli je do siedziby władz, gdzie zmieszano je ze zwykłymi kamieniami19. Wyzwolenie miasta przez Sowietów w styczniu 1944 roku trafiło na pierwszą stronę „New York Timesa”20. Jeszcze w tym samym miesiącu Sowieci utworzyli komisję do badania dowodów niemieckich zbrodni na tym obszarze, w jej składzie znaleźli się też okoliczni mieszkańcy. Według ich raportu spośród sześciu tysięcy znalezionych zwłok pięć tysięcy to były ciała Żydów, w tym wielu dzieci i kobiet21.
Niemcy zabili tych Żydów na widoku, a relacje świadków zachowały się w rozmaitych formach. Już w 1941 roku radzieccy badacze folkloru jidysz odnaleźli pieśń o wymordowaniu żydowskich dzieci w Białej Cerkwi. Umiejscawia ona tę masakrę na siódmym majdanie na przedmieściach. I wzywa do odwetu:
Oj, co tu mówić, co więcej gadać,
dziecinki wzięli i żywcem palą.
Na siódmym się, ludziska, majdanie, działo,
Jak beczkę w dół je pozrzucano.
Zabójcy, faszysty się cieszyły,
Że Żydów wszystkich wykończyły.
Lecz z grobów świeżych dobiega krzyk:
„Pomścijcie, ludziska, odpłaćcie im!”.
Ni kropli krwi nie zapomnimy,
Katów zmieciemy precz, zniszczymy.
Na proch każdego z nich zetrzemy,
Zapłatę za wszystko odbierzemy!22
Źródła żydowskie zawierają inne opowieści, pomocne w rozeznaniu się w sytuacji. W jidysz Białą Cerkiew nazywano nieraz Szwarce Timme (Czarna Tuma, czyli czarna nieczystość). W tradycji żydowskiej pojęcie tumy wiąże się z uwiądem i rozpadem. Martwe ciało jest obszarem objętym przez tumę, nie tylko dlatego, że same zwłoki ulegają rozkładowi, ale również dlatego, że żywi, którzy się z nim zetkną, często cierpią emocjonalnie i doznają rozkładu duchowego, odpowiednika fizycznej dezintegracji zwłok23. Ta gra słów nawiązująca do nazwy miasta – zastąpienie „białego kościoła” przez „czarny rozkład” – to nie tylko ponury żart, ale i odniesienie do historii przemocy skierowanej przeciwko Żydom, zgodne z pamięcią i wyobrażeniami o niej. Żydzi z tego regionu postrzegali Białą Cerkiew jako epicentrum kolejnych pogromów. W roku 1648 powstanie Chmielnickiego miało unicestwić tamtejszą liczną społeczność żydowską. Żydzi odbudowali ją, lecz w latach 1919–1920 uległa ponownemu zdziesiątkowaniu24. W narracji niemieckiej wymordowanie żydowskich dzieci w Białej Cerkwi jawi się jako tragiczna anomalia w jakimś zapomnianym miejscu o trudnej do wymówienia słowiańskiej nazwie. Jednakże w opowieści o Szwarce Timme zabijanie Żydów przez chrześcijan stanowi okrutną normę w miejscu o nazwie Biała Cerkiew.
Być może z powodu dawnych doświadczeń liderzy społeczności żydowskiej zorganizowali w 1941 roku, niedługo przed pojawieniem się Niemców, ewakuację setek dzieci z Białej Cerkwi25. To przedsięwzięcie zdaje się wyjaśniać, dlaczego liczba dzieci zgładzonych w sierpniowej masakrze była stosunkowo niewielka w porównaniu z setkami i tysiącami żydowskich dzieci zamordowanych przez Niemców w całym regionie latem 1941 roku. Znajdujące się w zbiorze Shoah Foundation wywiady z dwoma ocalonymi, Dimitrijem Kalinskim i Izaakiem Piaseckim, ukazują cenną perspektywę. Świadectwa te, podobnie jak relacje wspomnianych kapelanów, stanowią swego rodzaju rozmowę z potencjalną publicznością i zgodnie z tym należy je analizować. Wypada je uznać za tym cenniejsze, że wraz z pieśnią o siódmym majdanie są jedynymi żydowskimi źródłami na temat wydarzeń w Białej Cerkwi w 1941 roku, jakie udało mi się odszukać.
Wywiad z Dimitrijem Kalinskim przeprowadzono w roku 1998 w Nevadzie. Powiedział on swojej rozmówczyni, że urodził się w 1932 roku, lecz nie wiedział dokładnie ani kiedy, ani gdzie. W roku 1939 uczęszczał już do szkoły z internatem w Białej Cerkwi i, jak mówi, pozostawał tam „przez dwie zimy”. Przywołuje urywki wspomnień, na przykład to, jak w 1941 roku usłyszał, że „w ciągu miesiąca coś się wydarzy”, i jak pewnej nocy obok szkoły spadały bomby. Nazajutrz rano, gdy pojawili się żołnierze, Kalinski z jeszcze innym dzieckiem wyruszył na drugi brzeg rzeki, żeby znaleźć jakiegoś nauczyciela. Nie udało im się to i ostatecznie Kalinski został sam. „Wałęsał się” i żebrał. W pewnym domu dano mu jeść w zamian za pilnowanie krowy26.
Kalinski wspomina, jak niemieccy żołnierze „zgarnęli go” do jednej z „wielkich ciężarówkach, które wiozły mnóstwo ludzi”, a był on tam jedynym dzieckiem. Powieziono ich „spory kawał drogi”, kazano wysiąść z ciężarówek i Niemcy zaczęli strzelać. Kalinski wnioskuje, że był to Babi Jar, mówi, że dorośli powtarzali tę nazwę i że widział, jak płonie Kijów. Przeżył, ponieważ ludzie padali na niego – opowiada. Wypełzł spod nich i „opuścił ten teren”. Później – jak mówi – wsadzono go do wagonu bydlęcego i wysłano do Auschwitz. Ta relacja nosi pewne znamiona koloryzowania – czy rzeczywiście mógłby przetrwać najbardziej złowrogie miejsca zbiorowych kaźni: Babi Jar i Auschwitz? Kijów płonął jeszcze przed mordem w Babim Jarze, zresztą czy ogień byłby w ogóle widoczny z głębi jaru? Jednak szczegóły dotyczące Białej Cerkwi wydają się wiarygodne – po co byłoby zmyślać związek z miejscem, o którym jego rozmówczyni prawie na pewno nigdy nie słyszała? Całkiem możliwe, że Kalinskiemu udało się uniknąć sierpniowej masakry w szkole, lecz za to natknął się na jedną z licznych w tej okolicy akcji masowego zabijania.
Drugi z ocalonych, Izaak Piasecki, pamiętał Białą Cerkiew już z dorosłego życia, urodził się w roku 1914 w Kielcach. Również i z nim przeprowadzono wywiad w 1998 roku na Florydzie. Gdy w 1939 roku Niemcy zaatakowali Polskę – wspomina – uciekł na wschód. Zwerbowany do „armii rosyjskiej”, został wysłany na placówkę wojskową w pobliżu dawnej polskiej granicy. W 1941 roku, wskutek skomplikowanego splotu okoliczności, znalazł się w Białej Cerkwi, gdzie aresztowali go Sowieci. Wraz z innymi uchodźcami trafił do cegielni, a zakwaterowano go w pobliżu dworca kolejowego. Tak opisuje ewakuacje, które stamtąd oglądał:
Ewakuowali ze strefy frontowej dzieci, i to mnóstwo żydowskich dzieci i żydowskich rodzin, ponieważ była to akurat Ukraina żydowska. Na Białorusi było mnóstwo Żydów. I miejscowi dowódcy też byli Żydami, i wystawiali całe pociągi do ich ewakuacji. Natknęliśmy się na taki pociąg, który ewakuował małe dzieci od wieku przedszkolnego – może kilkaset – oddzielnym pociągiem27.
Relacja Piaseckiego zawiera nieco ozdobników. Zwłaszcza jego kolejna uwaga: „Pociąg zajechał aż na Ural” to prawdopodobnie domysł oparty na powszechnej wiedzy i na pragnieniu szczęśliwego zakończenia. Skąd mógł wiedzieć, jakie były losy tego konkretnego pociągu? Bardziej przekonująca wydaje się rzucona od niechcenia uwaga, że lokalni dowódcy wyznaczali pociągi do ewakuacji dla dzieci, ponieważ pada ona ni z tego, ni z owego i nie służy żadnemu konkretnemu celowi.
Relacje Kalinskiego i Piaseckiego podważają tezę o tragicznej bezradności chrześcijan. W Białej Cerkwi kapelani wojskowi lamentowali, że nie są w stanie pomóc ani jednemu żydowskiemu dziecku, tymczasem dziewięcioletni wówczas Kalinski zdołał uciec samodzielnie. Pod intensywną presją nacierających Niemców Sowietom udało się mimo wszystko ewakuować setki dzieci z Białej Cerkwi do Azji Środkowej. Krótko mówiąc, spojrzenie z drugiej strony, patrzenie na wydarzenia oczami miejscowych Żydów podważa narrację niemieckich kapelanów wojskowych i nasuwa się uszczypliwe pytanie: W jakiż to sposób mord na Żydach zdołał się stać historią o chrześcijańskim heroizmie?








