„Ci, którzy mówią. Ci, którzy milczą” jest powieścią o tym, jak poznając cudze sekrety, odkrywamy własną tożsamość. Chiara Valerio pisze o odwadze bycia sobą tam, gdzie każdy zna twoje miejsce.


Kobiece głosy, męskie prawa.

W prowincjonalnym włoskim miasteczku, gdzie upał oblepia skórę, plotka niesie się szybciej niż morski wiatr. Niespodziewana śmierć Vittorii odsłania sieć przemilczeń i zaskakujących więzi. „Wypadek” – mówią miejscowi.

Tylko Lea, prawniczka, nie wierzy w przypadkowość tej śmierci. Vittoria – outsiderka, która śmiała się zbyt głośno i kochała nie tak, jak trzeba, otworzyła swój dom dla wszystkich, ale nikomu nie pozwoliła zajrzeć do środka. Stopniowo odkrywając prawdę o tajemniczej przeszłości kobiety, Lea sama staje przed wyborem: zaakceptować duszny porządek miasteczka czy zaryzykować, by wreszcie usłyszeć głosy, które próbowano uciszyć.

***

W biegu życia spotykamy osoby, które otwierają w nas nieuświadomione przestrzenie wolności i pragnienia. Jak jednak pogodzić wyidealizowany obraz z prawdą, która z czasem zaczyna wychodzić na jaw? Subtelna opowieść o kompromisach i cenie niezależności, osadzona na włoskiej prowincji lat osiemdziesiątych.
Olga Wróbel, @Kurzojady

Może to wykształcenie matematyczne autorki, może jej talent do wynajdywania szczegółów, które precyzyjnie kreują świat bohaterek? A może to włoski zmysł, temperament lokalnych opowieści i tajemnica, którą każdy nosi w sobie i próbuje ukryć przed oceniającymi spojrzeniami? Chiara Valerio tworzy literaturę wysokiej próby, pozbawioną patosu, a zarazem namiętną – niepozwalającą oderwać się od czytania. Co naprawdę stało się z Vittorią i czy we wspólnocie kobiety potrafią chronić się nawzajem przed przemocą?
Sylwia Chutnik

Chiara Valerio – włoska pisarka i intelektualistka, autorka nagradzanych powieści i esejów poruszających tematy tożsamości, matematyki oraz klas społecznych. Z wykształcenia matematyczka (obroniła doktorat na Uniwersytecie Neapolitańskim), z pasji – tłumaczka (przełożyła na język włoski teksty Virginii Woolf). Pisze dla najważniejszych włoskich czasopism kulturalnych. Urodziła się w Scauri – miasteczku, które stało się tłem powieści Ci, którzy mówią. Ci, którzy milczą. Książka znalazła się w finale Premio Strega 2024. Valerio obecnie mieszka w Rzymie.

Chiara Valerio
Ci, którzy mówią. Ci, którzy milczą
Przekład: Tomasz Kwiecień
Seria: Seria z Żurawiem
Wydawnictwo Bo.wiem
Premiera: 25 października 2025
 
 


Dziewczynki wysiadły z samochodu i pobiegły, nawet się z nami nie pożegnawszy.
Moja matka uściskała je w drzwiach i z uśmiechem kiwnęła mi głową, jakby chciała powiedzieć O nic się nie martw.
Luigi ruszył, zanim zdążyłam pożałować, że przyjęłam zaproszenie do spędzenia weekendu na Poncy, w domu z widokiem na port.
Przeprawa promem z Formii była przyjemna, a piątkowe popołudnie upalne. Wilgotnie upalne. Przez całą sobotę i w niedzielę rano, przed wyjazdem, powietrze było gęste i zanosiło się na deszcz, ale nie spadła ani jedna kropla. Spacerowaliśmy, jedliśmy. Kąpaliśmy się w morzu. Luigi się nie kąpał, twierdził, że woda jest zimna. Chociaż to nie była prawda. Po prostu wolał siedzieć przy stoliku w portowym barze i słuchać, o czym rozmawiają ludzie.
W niedzielę wieczorem, po powrocie do domu, położyłam dziewczynki spać, przejrzałam popołudniowe wydanie „Il Golfo”, drukowanej na powielaczu gazetki dwóch miejscowych parafii, i zapaliłam papierosa.
Jeśli nie przeczytałam o śmierci Vittorii, to tylko dlatego, że przed snem nie czytam nekrologów ani ogłoszeń biur nieruchomości.

W poniedziałek rano siedziałam w kancelarii i próbowałam przekonać właściciela sklepu żelaznego oraz jego żonę, by nie wnosili oskarżenia po tym, jak ich młody syn oberwał w bójce. Do pokoju weszła Cristina, moja sekretarka, z informacją, że dzwoni jakaś kobieta i chce pilnie ze mną rozmawiać. Przeprosiłam i wyszłam dla zachowania dyskrecji. Dzwoniła Mara.
Vittoria zmarła wczoraj rano, powiedziała mi łagodnym, spokojnym tonem kogoś, kto dzwoni grzecznościowo. Wiem, że cię lubiła i że ty też ją lubiłaś.
Zadzwoniła również do innych przyjaciół.
Nie potrafiłam o nic zapytać. Myślałam o sobie, żywej, bawiącej się na Ponzy, kiedy Vittoria umierała w Scauri.
Wypadek, wyjaśniła Mara. Wypadek w wannie, powtórzyła głosem słabnącym z każdą kolejną sylabą. Obiecałam, że przyjadę się z nią zobaczyć, a ona, nie podziękowawszy, przed odłożeniem słuchawki powiedziała Jest tu w domu, pogrzeb pojutrze.
Wróciłam do gabinetu, zamknęłam drzwi i wznowiłam rozmowę z panem żelaźniakiem i jego żoną, trzymając wzrok utkwiony w dziurce od klucza, która od czasu do czasu przezierała zza ich głów falujących w ferworze opowieści. On niemal krzyczał, zdawało się, że jest zawiedziony, bo jego syn dostał bęcki.
Lea, tamten rzucił w niego butelką po piwie i bogu dzięki nie trafił w głowę, bo by go zabił, przeleciała o włos, rozumiesz? Riccardo nie jest tchórzem, więc podszedł, żeby oddać, zamachnął się, ale tamten się uchylił i przywalił mu z główki w nos. To nie był wypadek.
To nie był wypadek, powtórzyła Anna, matka chłopaka. Trzeba korygować takie zachowania, póki jeszcze można, dodała zirytowana i odwróciła się nagle, może po to, by zobaczyć, w co tak intensywnie wpatruję się za jej plecami.
Wypadek w wannie, myślałam i oczami wyobraźni widziałam Vittorię, jej rozkołysany krok, oczy ani ciemne, ani jasne, ale o intensywnej barwie, jej jasnoniebieską lnianą sukienkę bez rękawów. Widziałam, jak idzie chodnikiem, zatrzymuje się przed witrynami sklepów i kręci głową. Nigdy się nie dowiedziałam, jakie uczucia wzbudzały w niej przedmioty na wystawie. Rozmawiała z rozbawieniem o rzeczach, z których nie można lub nie powinno się śmiać. O ludziach, którzy przyprawiali sobie rogi. Którzy budowali sobie kaplice grobowe wielkie jak wille. Którzy się potykali. Którzy jeździli na wózkach inwalidzkich i blokowały ich bariery architektoniczne. Wyobrażasz sobie? Bariery, jeszcze czego.
Często bywałam w domu Vittorii i pamiętałam wannę, w której umarła. Nie sposób było jej nie zauważyć, bo drzwi wejściowe otwierały się wprost na łazienkę położoną na końcu długiego korytarza, a w niej, pod oknem z żółto-zielonych szkieł, stała wanna. Szkła okienne były ułożone w nieregularną szachownicę, w kwadraty i prostokąty, podłoga i płytki ścienne lśniły czernią.
Dom został odnowiony na początku lat siedemdziesiątych, kiedy Vittoria i Mara zamieszkały w Scauri. Wszyscy znaliśmy tę wannę, na pewno rzucała się w oczy przez te czarne płytki. Tak przynajmniej zapewniał mnie Enrico; zapytałam go o to sama nie wiem czemu, może wtedy, kiedy robiliśmy remont u siebie. Enrico dostarczał armaturę łazienkową i płytki na całym południu Pól Pontyjskich, aż za Fondi, i był wujem mojego męża. Byłam pewna, że wcześniej nikt nie mieszkał w tamtym domu, przynajmniej za mojej pamięci.
Odkąd Vittoria się tam wprowadziła, dom zawsze był otwarty, wchodziło się przez ogród i już na patio oddychało pogodną atmosferą; ludzie rozmawiali, psy ganiały ze sobą, koty skakały po stołach i ścierały sobie pazury na drzewach. Był nawet paw o imieniu Patrick.
Tak było za każdym razem, gdy tam przychodziłam, od pierwszego dnia. Dla mnie i dla wszystkich, bo jeszcze nie skończyły urządzać domu, a już wyprawiły przyjęcie z okazji urodzin Mary. Nie było mnie tam, znam to z opowieści. Wszyscy o tym mówili.
Budynek z pewnymi pretensjami do elegancji, ale podupadły, parter i piętro, z pięknym wejściem od via Romanelli i małym ogrodem, który bardzo wypiękniał w ciągu dwudziestu lat. Vittoria znała się na ziołach, czytała o ogrodach i dużo spacerowała, potrafiła dojść aż na szczyt Redentore, gdzie stał posąg Chrystusa. Także czytanie o ogrodach, zdaniem właścicielki sklepu papierniczo-księgarskiego, w którym Vittoria zamawiała poradniki, było czymś bardzo osobliwym. Osobliwym w znaczeniu dziwnym. Myśmy mieli ogródki warzywne i kwietniki, ogrody znajdowały się w domach bogatych, jak ten, który otaczał willę generała Nobilego. Ewentualnie należały do gminy, jak ogród publiczny z karuzelami za kioskiem lodziarni Sayonara.
Kiedy przyjechały, nikt nie zadawał zbyt wielu pytań, może dlatego, że nikomu nie przyszło do głowy, że zostaną. Vittoria zaczęła pracować w aptece, Mara otworzyła hotel dla psów i kotów z salonem groomerskim, a było to w czasach, kiedy nikt o takich rzeczach jeszcze nie myślał. Nie wiem nawet, czy biznes był legalny ani jak płaciła podatki, ale wiele osób chodziło tam z ciekawości, poza tym prędzej czy później każdy potrzebuje kogoś, kto przez kilka dni przetrzyma u siebie jego psa lub kota.
W ten sam sposób i ja trafiłam tam w grudniu tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego czwartego roku.
Pokłóciłam się z matką i nie chciałam jej prosić, by wzięła do siebie na jakiś czas moją suczkę Madamę. Matka nie przyjmowała do wiadomości, że minęły już czasy, gdy psy i koty były albo przybłędami, którym od czasu do czasu dawano trochę jedzenia – byle nie za niewiele, żeby się nie przywiązały – i które każdego dnia mogły skończyć pod kołami samochodu, albo ożywionymi narzędziami pracy. Psy były do stróżowania, koty do łapania myszy, kury miały znosić jajka, krowy dawać mleko i mięso, świnie zarzynano raz w roku i do mnie należało płukanie ich jelit na kiełbasy. Idea zwierzęcia towarzyszącego nie mieściła się mojej matce w głowie. Skoro zwierzę nie mówi, to co z niego za towarzystwo, protestowała, szorując podłogę w kuchni. Ja sama byłam dla niej narzędziem pracy, a jako kobieta – podporą na starość. Ożywioną podporą. Nie chciała nawet, żebym po studiach przyjęła stypendium na aplikację adwokacką. Le’, weź się do pracy, bo masz wyjść za mąż.
Mama przez te trzy dni kazałaby Madamie spać na dworze. A ja nie chciałam wychodzić za mąż, chciałam kontynuować studia i chciałam wyskoczyć na dwa dni, żeby zobaczyć się z Luigim, który właśnie odbywał służbę wojskową, ale nie wiedziałam, co zrobić z psem, więc Alba, moja najlepsza przyjaciółka, zasugerowała mi psi hotel u Mary. Sama nigdy tam nie była, ale mówili jej o nim w pociągu do Rzymu. Bo inaczej to niby będziesz z Luigim, ale nie przestaniesz myśleć o Madamie. Alba zawsze była praktyczną kobietą.
Luigi mi się podobał, nazywał Madamę podrabianym wilkiem, służył jako oficer rezerwy na jakimś zadupiu w prowincji Salerno, nazywali to miejsce Gniazdem Węży.
Ogród domu, w którym mieszkały Mara i Vittoria, nie był jeszcze tak piękny jak teraz, płaski dach pokryty lastrykiem nie zamienił się jeszcze w taras, brakowało balustrad, ale ktoś już zaczął systematycznie dbać o to miejsce. W ciągu kilku miesięcy wszystko się zazieleniło i rozrosło. Hotelik dla zwierząt i grooming nie były w modzie, weterynarze zajmowali się głównie kurczakami, owcami, krowami i świniami, czasem królikami, jeśli się zdarzały. Króliki są delikatne.
Redentore, gdzie Vittoria zbierała rośliny, które później sadziła u siebie, parę metrów nad poziomem morza, było szczytem gór Aurunci. Oficjalną nazwą było Monte Altino, ale i tak wszyscy mówili Redentore, bo stała tam figura Chrystusa Zbawiciela.
To, że przyjechały na dobre, wyszło na jaw, gdy właścicielka apteki, bardzo dystyngowana pani z Livorno, dowiedziała się od przyjaciółki, że dom przy via Romanelli nie został przez Vittorię wynajęty, ale kupiony, i że Mara nie była jej córką, mimo że zapisała na nią nieruchomość. Wygadał się notariusz, który pewnego ranka w barze Italia opowiadał o innej sprawie, bardzo jego zadaniem zabawnej, dotyczącej domu w Vindicio, dzielnicy Formii. To była ładna willa, a jednak, kiedy zmarł właściciel, trudno było ustalić spadkobiercę. W końcu znalazł się jakiś pociotek, ale zrezygnował ze spadku na rzecz przyjaciela zmarłego właściciela. Tylko że nikt nie potrafił powiedzieć, jaki to był rodzaj przyjaźni. Być może ze względu na hasło Vindicio, które natychmiast przywodziło na myśl hasło Formia, a to z kolei rozpalało w sercach mieszkańców Scauri płomień zaściankowego patriotyzmu zwrócony przeciwko miejscowości położonej niecałe dziesięć kilometrów na północ, informacja o tym, że Mara nie jest córką Vittorii, choć sama w sobie soczysta, nie wywołała plotek. Pozostała podziemnym strumieniem. Wodą płynącą pod stopami mieszkańców Scauri niczym strumień Capo d’Acqua ukryty w podziemnych kanałach i od Parco delle Trote aż do morza widoczny tylko na krótkich odcinkach. A na tych krótkich odcinkach dzieci zbierały kijanki do słoików po przetworach. Czasem kijanki odzyskiwały wolność, wracały do strumienia i stawały się żabami, częściej umierały.
Tamtego dnia, kiedy zobaczyła, jak stoję przed bramą razem ze starym psem, kobieta o ciemnych włosach do ramion ruszyła w moją stronę, uśmiechając się z daleka. Zdecydowanym ruchem głowy uwolniła prawe oko od pasma włosów. Miała na sobie słomkowy kapelusz, który pamiętał lepsze dni, miękkie spodnie, biały sweter z dzianiny, a w ręku trzymała nożyce. Moja matka również uprawiała ziemię i również miała swój własny styl, ale Vittoria wyglądała jak żywcem wyjęta ze stron magazynu „Oggi”, w którym od czasu do czasu czytałam o rodzinach królewskich na wygnaniu. Wyglądała jak arabska księżniczka w toskańskiej posiadłości. A przecież za plecami miała zaniedbaną willę, ogród w nieładzie i popękane tynki. Willa wcześniej należała do rodziny Nocella, która przed tą historią z koniem posiadała całą ziemię między via Appia a linią kolejową.
Zastanawiałam się, czy można zostawić u niej psa na kilka dni i ile by to kosztowało. I tak ją zapytałam, prosto z mostu, pomijając nawet grzecznościowe dzień dobry.
Vittoria, wciąż się uśmiechając, odparła Na razie proszę wejść i się rozgościć, chce pani szklankę wody, kawę? A może syrop z tamaryndowca?
Nie czekając na odpowiedź, położyła mi dłoń na ramieniu, po czym skierowała się do domu. Zostawiła nożyce na małym żelaznym stoliku i weszła do środka, zdejmując w progu kapelusz. Fryzurę miała grzeczną, ale swobodną. Na patio stał mały stolik z dwoma krzesłami. W drzwiach odwróciła się i przechyliła głowę, jakby chciała mi się przyjrzeć, a ja się zarumieniłam, odwróciłam wzrok i zaczęłam sprawdzać, czy nie mam plamy gdzieś na swetrze.
Po kilku minutach wróciła w towarzystwie dwóch dziewczyn, włożyła kapelusz i skinęła mi uprzejmie głową, dotykając ronda, zabrała nożyce i wróciła do miejsca, w którym ją zastałam. Było w niej coś wojowniczego. Żołnierska uprzejmość i coś rozkołysanego w ruchach, jak u kapitana okrętu.
Mój dziadek dotykał ronda kapelusza na znak szacunku lub na pożegnanie. Luigi po przysiędze wysłał mi zdjęcie w mundurze oficerskim, w czapce z daszkiem, mimo czerni i bieli fotografii widać było, że ma jasne oczy. Zawsze lubiłam jasne oczy. Myślę, że pierwszą rzeczą, którą pokochałam w Luigim, był zielonkawy błękit jego oczu. Kapelusz zdejmują mężczyźni.
Znałam jedną z dwóch dziewczyn, Filomenę. Chodziłyśmy do tej samej klasy w podstawówce, była córką grabarza. Na mój widok nie wykonała żadnego grzecznościowego gestu, zresztą po skończeniu szkoły przestałyśmy się widywać. Tej drugiej nigdy wcześniej nie spotkałam, wyglądała jak lalka. Blond włosy splecione w tak długie warkocze, że dałoby się je owinąć dwa razy wokół głowy. Rozszerzane sprane dżinsy i barwna koszula, okulary w kościanych prostokątnych oprawkach. Była piękna. Zbliżyła dłonie do pyska Madamy.
Cześć, jestem Mara, przywitała się ze mną. A jak się ma nasza panienka? Grzeczna?
Tak, grzeczna, ale czasem nie trzyma moczu, odpowiedziałam pospiesznie, by zaraz zwrócić się do Filomeny, która udawała, że mnie nie zna, a przynajmniej takie odnosiłam wrażenie.
Jestem Lea, pamiętasz?
Tak, tak, chodziłyśmy razem do podstawówki, ale ty się lepiej uczyłaś, Le’, później już cię nie widziałam na lido. Zaśmiała się głośno.
Przeprowadziłam się ze starszym bratem w okolice urwiska.
Ale w okolicy też cię nie widziałam.
Może to przez zajęcia, chodziłam do liceum w Formii, potem na uniwersytet w Neapolu, autobusy, pociągi, studia i pomaganie w domu, wiesz, jak to jest.
Mówiłam, że się dobrze uczyłaś, Le’. A teraz co robisz?
Aplikację adwokacką.
Matko Boska, skończyłaś już studia i nie wychodzisz za mąż?
Nie wiem dlaczego, ale zanim odpowiedziałam, spojrzałam na Vittorię, która oderwawszy się od roślin, wpatrywała się we mnie z zaciekawieniem. Trzymała ręce nad głową, jedną chwytała gałąź, drugą przycinała. Róże pnące, powiedziała głośno, są odporne, ale trzeba nadać im kierunek, inaczej robią się z nich krzaki.
Tak, Filomeno, jestem zaręczona, ale na ślub mam jeszcze czas, w kółko jeżdżę do Rzymu, dostałam stypendium na uniwersytecie Pro Deo.
Spuściłam wzrok i napotkałam spojrzenie Madamy, która z wywieszonym językiem wpatrywała się we mnie, pytając niemo, czy może się oddalić. Popatrzyła najpierw na mnie, a potem na psa leżącego pod drzewem, i tak trzy albo cztery razy.
Trzysta lirów dziennie, powiedziała Mara, wyżywienie, zakwaterowanie i czesanie, jeśli chcesz, możesz zostawić ją nawet teraz, nie wygląda, żeby chciała uciec, i roześmiała się, ale nie tak wulgarnie jak Filomena, jej śmiech był krystalicznie czysty. Jak strumień w Parco delle Trote powyżej Monte d’Oro, tam, gdzie ryby wyskakiwały z wody. Park pstrągów, hodowla słodkowodnych ryb w nadmorskim miasteczku. Mieli tam jeszcze basen ze zjeżdżalniami. I bar z restauracją.
Trzysta lirów to było niemało, ale mogłam sobie na to pozwolić, poza tym chciałam udowodnić matce, że jestem niezależna, przynajmniej finansowo, no i przy okazji zrobić jej na złość.
Nawet ryby hodowlane skaczą, powiedział mi Luigi dzień przed pójściem do wojska. Potem mnie pocałował. A jego wąsy mi nie przeszkadzały. Na basenie w Parco delle Trote zdarzył się wypadek. Jakiś chłopak został sparaliżowany. Zimą z basenów spuszcza się wodę. Czy krzaki są brzydkie?
Powodem, dla którego państwo Nocella stracili ziemię i domy, również był wypadek. Koń kopnął i zabił patriarchę rodu, żona została sama z siedmiorgiem dzieci i musiała wyprzedać wszystko po kolei. Całe szczęście, że mieli co sprzedawać, niektórzy nawet tego nie mają, szemrało się po domach rybaków niedaleko urwiska. Niektórzy mają do sprzedania tylko siebie, a i to czasem nie wystarcza na życie.
Wypadek w wannie, wciąż słyszałam te słowa – jak głos z radia, które ktoś zapomniał wyłączyć – kiedy czekałam w Lu Rusticone na swoją pizzę. W poniedziałki jedliśmy pizzę na kolację. Wypadek w wannie, powtarzano na ulicy.
Avvocato, słyszała pani o Vittorii? Wypadek w wannie.
Carmela, która pracowała u Ernesta Bruna, w sklepie z bielizną naprzeciwko pizzerii Lu Rusticone, patrzyła na mnie pytająco, ale nie miałam jej do opowiedzenia nic poza porannym telefonem. Tak, wypadek w wannie, usłyszałam samą siebie, po czym kontynuowałam.
Mara zadzwoniła do mnie dziś rano, wczoraj mnie nie było, pogrzeb jest w środę.
Pani pomyśli, spotkałam Vittorię wczoraj rano przy molo, jak zawsze wskoczyła do wody i pływała przez dobre pół godziny, mogła być siódma, albo kwadrans po siódmej, niech pani pomyśli, w pewnym momencie pomyślałam, że utonęła, bo nie wracała, ale potem ją zobaczyłam daleko za boją, a ona nawet pomachała do mnie, a kiedy przypłynęła z powrotem, powiedziała mi, że zatrzymała się przy Madonninie, żeby spojrzeć na Ischię.
W niedzielę rano było widać Ischię?
Nawet Mondragone, i Ponzę też, powietrze było przejrzyste jak szkło powiększające.
A potem?
A potem nic, wypiłyśmy kawę w Lo Scoglio i poczekałyśmy, aż jej włosy trochę przeschną, była wesoła, żartowała jak zawsze, powiedziała mi Wiesz, Carmela, każdy dzień powinien być taki jak ten. Zapytałam, co ma na myśli, bo rozmawiałyśmy tylko o tej bójce i rzucaniu butelką poprzedniego wieczoru, ale nie odpowiedziała, zdjęła buty, pewnie zostało w nich trochę piasku, postukała nimi o nogę stolika i zostawiła na blacie pieniądze za kawę. I nie utopiła się w morzu, tylko we własnej wannie. Ale, ale, wie pani coś o tych, co się pobili?
Tak, rodzice Riccarda przyszli złożyć skargę, Riccardo ma złamany nos.
Chcą pieniędzy, avvoca’, a ten Riccardo to gamoń.
Przepraszam, Carmela, właśnie moja kolej, dziewczynki czekają.
To ja przepraszam, avvoca’, dobrego wieczoru i pozdrowienia dla profesora. Syn pana żelaźniaka jest krewki, przypomnij sobie ten cały ambaras na Wielkanoc.
Każdy dzień powinien być taki jak ten, powtarzałam sobie w duchu, pytając samą siebie Taki, czyli jaki? Co Vittoria miała na myśli? Luigi, który pozornie nie interesował się życiem miasteczka, ale wiedział wszystko, powiedział mi, że kiedy Vittoria wróciła do domu, Mary nie było, poszła wyprowadzić dwa dogi asesora1 Comiego. Przeszła całą drogę do Spigno przez Santa Maria, a potem, zmęczona, złapała autostop i wróciła z gościem ze sklepu z butlami na górce. Kiedy poszła do łazienki umyć ręce, znalazła Vittorię pod wodą, nie było jej widać z korytarza, rozumiesz? Ale nie krzyczała, podniosła ją tylko i pocałowała.
Przepraszam, a skąd ty to wiesz?
Odwróciliśmy się równocześnie, by sprawdzić, czy dziewczynki, które słuchały wszystkiego i wszystko powtarzały, są wystarczająco skoncentrowane na pizzy.
Przepraszam, Luigi, skąd ty to wiesz?
Od Franki, pamiętasz, że przychodzi do nich w niedziele po mszy o jedenastej, żeby posprzątać. Położyła torbę przy wejściu, podeszła i kiedy zobaczyła, co się stało, zaczęła krzyczeć. Wtedy zadzwoniły na pogotowie, oczywiście nic już nie dało się zrobić.
Ale jak to się stało?
Utonęła w wannie.
Przeprowadzono sekcję zwłok?
Jasne, zrobił ją Tommaso i znalazł wodę w płucach.
Ale jak to możliwe?
Lea, nie wiem, jakieś nieszczęście. Franca przysięgała, że od wejścia, z tymi drzwiami od łazienki obramowującymi scenę, wyglądało to tak, jakby książę całował Królewnę Śnieżkę, wiesz, ona ma małe wnuki i teraz w kółko ogląda kreskówki.
Dziewczyny zjadły całą pizzę, oglądając Gałki od łóżka i kije od miotły. Nie umyły rąk. Małe tłuste odciski na sztucznej skórze sofy czuć było pizzą, której nie jadłam. Odkąd pojawił się magnetowid, prośby o zabawki zamieniły się w prośby o kasety wideo. Luigi miał zdolność kupowania dla siebie zabawek, które dziewczynki postrzegały jako zabawki dla nich. Naukowcy prowadzą życie dziecka. Zbieraliśmy kasety wideo dołączone do numerów „L’Unità” i „La Repubblica”2. Klasyka filmowa. Westerny. Później, zamknięta w łazience, paliłam papierosa i patrzyłam na wannę. Siedząc na krawędzi, przyglądałam się dnu, jakby miało mi zdradzić, co naprawdę stało się z Vittorią. Jak to możliwe, że doświadczona pływaczka, ktoś, kto wskakuje do morza zimą i latem, utopiła się w domowej wannie? Wypadek, avvocato. Nieszczęście, Leo. Każdy dzień powinien być taki jak ten.
Otworzyłam „Il Golfo” z poprzedniego wieczoru i wyszukawszy to, co powinnam była zobaczyć, a nie zobaczyłam, przeczytałam Nasza przyjaciółka Vittoria miała wypadek w swoim domu. Może upadek, może nieszczęście. Opłakujmy ją wspólnie teraz i na zawsze.
Znowu nieszczęście.
Czy żółte antypoślizgowe rybki ochroniłyby dziewczynki?

1 Asesor we włoskim samorządzie to członek giunta comunale, organu wykonawczego zarządzającego gminą, na którego czele stoi burmistrz (przyp. tłum.).
2 „L’Unità” – wydawany w latach 1924–2014 dziennik lewicowy, założony jako oficjalny organ Włoskiej Partii Komunistycznej (PCI); „La Repubblica”, założony w 1976 roku dziennik o orientacji lewicowej, pod względem wysokości nakładu druga gazeta we Włoszech (przyp. tłum.).

Następnego dnia w kancelarii czekał na mnie Angelo ze sklepu żelaznego. Powiedział mi, że martwi się o Riccarda, któremu ulica zdążyła już nadać przezwisko Baran. No ale jeśli dostajesz z główki, zamiast samemu z niej przywalić, to czego się spodziewasz. Angelo wręczył mi poruszone zdjęcie z polaroida, na którym było widać, jak na plaży ktoś rzuca jakimś przedmiotem i ten przedmiot rzeczywiście wygląda jak butelka. Rozpoznałam parasole Lido Oriente, niebieskie, zamknięte i pełne rezerwy jak pąki roślin, i falochron przed bezpłatną plażą. Na pierwszym planie znajdowała się osoba o kręconych blond włosach, w koszulce i szortach, prawdopodobnie chłopak, jeszcze prawdopodobniej Riccardo.
Zdjęcie zrobił ktoś stojący za jego plecami, a ten, kto rzucał butelką, był widoczny z przodu. Niemożliwa do rozpoznania twarz, ale o regularnych rysach, jasna koszulka polo, niebieski sweter zarzucony na ramiona, długie spodnie, prawdopodobnie mokasyny, choć nie miałam pewności, całe stopy nie zmieściły się w kadrze.
To on zaczął, wiadomo. Angelo mówił, ale go nie słuchałam, wciąż patrzyłam na fotografię. W głębi, nad samym brzegiem morza, zobaczyłam Vittorię, mniej rozmazaną niż reszta, smukłą jak etruska figurka wotywna, uchwyconą w ruchu, idącą tym swoim rozkołysanym krokiem, w sukience bez rękawów, z koszulą zawiązaną na biodrach, siwymi od kilku lat włosami, z którymi było jej do twarzy, z głową uniesioną wysoko, a coś, co trzymała w ustach, prawdopodobnie było okularami, które zdjęła i przygryzała zębami zausznik. Często jej się to zdarzało. Nigdy nie farbowała włosów, a ja, kiedy na nią patrzyłam, myślałam, że zrobię tak samo.
Która to była godzina?, zapytałam ojca naszego Barana.
Przed kolacją, ósma, może wpół do ósmej, potrzebuje pani to zdjęcie, avvoca’?
Kto je zrobił?
Kolega mojego syna, dostał polaroida na urodziny, ale ciągle robi poruszone, tępak.
Nie sądzę, aby pomogło, ale niech mi je pan zostawi. Jesteście pewni, że chcecie złożyć skargę? To dwóch nieletnich.
Avvocato, ja jestem ojcem, nie chcę, aby Riccardo dorastał w przekonaniu, że bez konsekwencji można bić lub zostać pobitym.
Angelo, a ja chcę, by było jasne, że zmierzamy w kierunku, który odbije się w rejestrze karnym jednego, a może nawet więcej niż jednego nieletniego.
Lea, chłopak, który rzucił butelką, jest z Rzymu, oni nie mogą sobie tu przyjeżdżać i panoszyć się w tych swoich mokasynach, a tak w ogóle to kto nosi mokasyny? Daj spokój. Oni sobie myślą, że są bezkarni, chociaż mogła się wydarzyć tragedia, a nie złamany nos, ale dobrze, zapytam jeszcze żonę. Tylko sama zobacz, avvoca’, wpadło ci kiedyś do głowy, żeby rzucać w ludzi butelką?
Kiedy Angelo wyszedł, zadzwoniłam do szkoły Luigiego, który we wtorki miał tylko dwie lekcje, a potem zostawał w laboratorium. Byłam pewna, że wiedział, czym był ten cały ambaras na Wielkanoc, o którym Carmela wspomniała mi poprzedniego wieczoru, kiedy stałyśmy w kolejce po pizzę. I rzeczywiście, mój mąż jak zwykle wiedział wszystko.
Ambaras na Wielkanoc był w istocie dwoma ambarasami.
Riccardo z kuzynami, Andreą, lat sześć, i Alessandrą, lat osiem, wkradł się do zakrystii, ponieważ do parafii właśnie nadeszła świeża dostawa wina mszalnego. Zamierzał ukraść kilka butelek i upić się z kolegami w ruinach cegielni. Wpadło mu do głowy, by przy okazji zwędzić trochę niekonsekrowanych hostii, ruszył więc na poszukiwanie jakiegoś worka, siatki czy poszewki, porzuciwszy kuzyniątka, które nie omieszkały wykorzystać nagłej swobody w pomieszczeniach pełnych wina rozlanego do butelek po coca-coli. Dzieci wypiły za mało, by Riccardo się połapał, ale wystarczająco dużo, by kilka godzin później wtargnąć do klatki z królikami i gryźć biedne zwierzęta po uszach. I tam je znaleziono. Króliki się stresowały, kuzyniątka śpiewały, a Riccardo musiał zwrócić wino i przez całe lato za karę służyć do mszy.
Drugi ambaras był poważniejszy, ponieważ wyszło na jaw, że wyprawa z kuzyniątkami nie była pierwszą kradzieżą wina czy opłatków. Ktoś wspomniał, że Riccardo i jego kumple sprzedawali wino i rzekomo konsekrowane opłatki satanistycznym sektom po drugiej stronie rzeki Garigliano. Niektórzy twierdzili, że spotykali się nawet w górach koło Spigno. Riccardo wyznał, że pomysł kradzieży przyszedł mu do głowy w kościele Niepokalanej, ponieważ z boiska można było wejść bezpośrednio do piwnicy.
W Scauri były dwa kościoły, Niepokalanej i Świętej Albiny, pierwszy stał na placyku przy drodze od strony Formii, drugi na prawdziwym placu, przy światłach na skrzyżowaniu, które, jak wszystkie skrzyżowania w Scauri, prowadziło w jedną stronę nad morze, a w drugą w kierunku dworca.
Vittoria mogłaby zostać jedną z tych uzdrowicielek, które spotyka się po miasteczkach; niewiele się po nich człowiek spodziewa, ale żyją blisko natury, nie tylko ludzkiej. Nigdy tego nie chciała, a jednak miała świetną intuicję diagnostyczną i ludzie pytali ją o wszystko. Wydawało się, że prowadzi spokojne życie, przebywała w aptece tyle godzin, ile musiała, a resztę czasu spędzała na spacerach, pływaniu, czytaniu książek o botanice i pielęgnowaniu ogrodu. Lubiła przyjmować gości i grać w karty. Interesuję się roślinami ziemskimi i niebiańskimi, mawiała ze śmiechem.
Moja matka wraz z ojcem przez lata szukali schorzeń ciała za pomocą wahadełka. Nie byli oszustami, tylko bardzo religijnymi ludźmi, i uważali, że religijność jest przepływem, rodzajem bezwonnej i bezbarwnej cieczy, którą potrafią przechwycić, związywać i rozwiązywać.
Wahadełko było czarne. Gładkie. Chyba z bakelitu. Dziwny kształt, coś między sercem a wafelkiem do lodów czy żołędziem. Moje córki również bawiły się wahadełkiem, kręcąc nim nad brzuchem kota, a raz użyły go w zastępstwie drewnianego bączka, który od czasu do czasu wraca do mody. Matka na ten widok wykonała ręką przesądny gest i wzniosła oczy ku niebu.
Chciałam iść do domu Vittorii, ale nie wiedziałam, co powiedzieć Marze. Weekend spędzony na wyjeździe sprawił, że czułam się winna. Gdybym nie pojechała do Ponzy, prawdopodobnie jak w każdą sobotę rano spotkałabym się z Vittorią przy zakupie ciastek u Vezzy lub Morellego. Żartowałyśmy z naszego zwyczaju kupowania ciastek na sobotni obiad. Niedziela to dzień odpoczynku dla żołądka, mawiała. W niedziele – jeśli wierzyć France, która tego dnia przychodziła do niej sprzątać, ponieważ w pozostałe była zajęta – Vittoria, wróciwszy znad morza, zostawała w ogrodzie, na patio, jeśli padało, albo pod akacją, jeśli było słonecznie, i czytała, mogła tam siedzieć całe popołudnie, a przynajmniej tak twierdzili Nocellowie, którzy sprzedali jej dom i mieszkali po drugiej stronie ulicy, w ostatniej nieruchomości, jaką udało im się zachować. W niedziele około szóstej po południu Vittoria wstawała i otwierała furtkę, aby ci, którzy mieli zostawić swoje psy lub koty, wiedzieli, że mogą wejść, i zwykle o tej godzinie zbierała się u niej mała grupa ludzi popijających wino lub piwo. Syropu z mięty i tamaryndowca nigdy nie brakowało. Vittoria lubiła piwo w ciągu dnia, wieczorem widywałam ją sączącą wino, niewiele, nie sądzę, żeby się upijała. W ich domu zawsze się piło. Przed powstaniem hotelu dla psów i kotów przy via Romanelli alkohol dotyczył kobiet tylko wtedy, gdy był czysty i służył do mycia okien i dezynfekowania zadrapań na kolanach dzieci. Ewentualnie jako likier cytrynowy czy orzechowy, który trzymano w domu na wielkie okazje, wesela, pogrzeby oraz wizyty krewnych z daleka.

 
Wesprzyj nas