Mówi się, że utalentowany pisarz nawet z najskromniejszego materiału może wykrzesać znakomitą powieść i z całą pewnością można to powiedzieć o Jakubie Bączykowskim. Jego książka „Zadzwoń, jak dojedziesz” opiera się na bardzo prostym pomyśle, a cała akcja rozgrywa się w małym mieszkaniu. Pomimo nad wyraz skromnych składowych jest to lektura poruszająca do głębi.
„Zadzwoń jak dojedziesz” to jest książka, którą obowiązkowo powinni przeczytać wszyscy zwolennicy tezy, że każdy powinien mieć dzieci aby miał im kto „podać szklankę wody” na starość. Ryszard, bohater tej powieści ma dzieci i to aż troje: dwie córki i syna, wszyscy – póki co, mieszkają w tym samym mieście co on. Co więcej oboje z żoną dbali o dzieci najlepiej jak mogli, zapewnili im bezpieczny start w dorosłe życie, a Ryszard, zwłaszcza wtedy gdy Wanda, matka maluchów miała nocne dyżury pielęgniarskie w szpitalu, wkładał więcej serca i zaangażowania w opiekę nad nimi niż standardowo oczekiwano od mężczyzny doby PRL-u. Oboje z żoną starali się być postępowi jak na tamte czasy: szanowali prywatność dzieci i ich prawo do własnej przestrzeni, dawali im swobodę własnych wyborów, pozwolili każdemu z tej trójki zdecydować o własnej przyszłości. W takiej rodzinie nie powinno być żadnych problemów z „podawaniem szklanki wody”, gdy rodzice się zestarzeją. Miłość, którą ci rodzice obdarowali swoje dzieci, powinna do nich wrócić z nawiązką, nieprawdaż? A jednak Jakub Bączykowski odmalował dla czytelników zupełnie inny, bardzo życiowy scenariusz.
W powieściowym świecie zdarzyło się nieuniknione: jedno z dwójki rodziców odeszło pierwsze, a drugie pozostało samo. Po pięćdziesięciu szczęśliwych latach z Wandą dla Ryszarda szok jest niewyobrażalny. Cały jego dotychczasowy świat legł w gruzach, dni przepełnione są pustką. Dlaczego jednak, skoro ma aż troje dzieci, ich partnerów od dekad tych samych, a do tego wnuki? Renata, najstarsza z córek ma męża biznesmena i dorosłego syna, który wkrótce się żeni. Anna, średnia, jest wprawdzie męczącą personą, której wiecznie jest przykro i czuje się pokrzywdzona, porównując się do starszej siostry i młodszego brata, ale mimo wszystko ma już dwójkę nastoletnich dzieci, z którymi wspólnie z mężem także mogliby odwiedzać ojca i dziadka. Trzeci jest Mateusz, najmłodszy z trójki posiadający długoletniego, wspierającego partnera. Syn wręcz wykazuje najwięcej empatii względem taty, ale wyłącznie w swojej głowie. Wizyt i szczerych interakcji unika. Nie poprawiło tej sytuacji nawet to, że po śmierci matki rodzeństwo uzgodniło między sobą terminarz wizyt służący przede wszystkim zaspokojeniu praktycznych potrzeb Ryszarda, takich jak chociażby zrobienie cięższych zakupów. Potrzeby emocjonalne ojca to dla nich abstrakcja: przecież ma jedzenie, deszcz mu na głowę nie pada, może oglądać telewizor. Bezrefleksyjnie ustawiają więc seniora w pozycji urządzenia mającego zapewnione bezpieczne funkcjonowanie, podczas gdy on staje się przeraźliwie samotny w rodzinie, która nie jest przecież mała.
W rocznicę śmierci matki następuje wymuszona okolicznościami wizyta całej trójki, męża i syna Anny, a także partnera Tomasza w małym mieszkanku w boku, gdzie ojciec całymi dniami przebywa sam. To scena, na której Jakub Bączykowski przedstawił kipiące od emocji dialogi i wszystko to, co pozostało między wierszami, aby wybrzmieć później. Chociaż jest oczywiste, że Ryszard potrzebuje więcej opieki i wsparcia, to żadne z dzieci się do niej nie kwapi. Każde ma ważniejsze plany albo przekonanie, że jego własna sytuacja osobista uniemożliwia mu większe zaangażowanie. Oto dlaczego ta powieść tak głęboko poruszyła wielu czytelników, czemu dają wyraz w internetowych dyskusjach: jest lustrem, które odzwierciedla realne problemy wielu rodzin. Pokazuje szczerze i prawdziwie jeden z ostatnich tematów tabu w Polsce, dotyczący niechęci do opieki nad starzejącymi się rodzicami i skłania do refleksji nad jej motywami. Czy naprawdę chodzi o to, że wszystkie inne plany są ważniejsze, czy może o to, że konfrontacja z upadkiem autorytetu rodzica, niegdyś tak podziwianego, silnego i sprawczego, który staje się znikającą fizycznie, bezradną istotą jest emocjonalnie zbyt obciążająca i niemożliwa do podjęcia? A może o coś jeszcze innego; o poczucie emocjonalnego opuszczenia przez rodziców w kluczowych momentach życia dziecka i niechęć do okazania takich uczuć i takiego wsparcia, jakiego samemu się wcześniej nie doświadczyło, chociaż bardzo się go potrzebowało? Każde z trójki rodzeństwa ma swoje racje i swoje motywy postępowania, ale z perspektywy patrzącego z boku czytelnika widać przede wszystkim egoizm i niezamierzone okrucieństwo.
Patrząc od strony formalnej na tę powieść widzimy w niej echa tragedii antycznej, rozgrywanej na małym planie, której celem było dostarczenie odbiorcom możliwości intensywnego przeżycia silnych emocji po to, aby lepiej zrozumieć fundamentalne prawdy dotyczące ludzkiego losu. Fatalizm, tragizm i dydaktyzm, jej nieodzowne elementy, ujawniają się w „Zadzwoń jak dojedziesz” w sposób doskonale skrojony na miarę XXI wieku, jego wyzwań społecznych i indywidualnych zmagań emocjonalnych. Jakub Bączykowski zadbał nawet o wykreowanie postaci, która pełni rolę greckiego chóru, wyraziciela głosu zbiorowości. Ten głos jest dosadny, jest głosem ogółu, głosem ulicy. Bez zbędnych ceregieli ocenia to, co zna tylko w zarysie, ale pomimo braku wglądu w szczegóły opinię ma jasną, klarowną i niewzruszoną. Tymczasem całokształt historii udowadnia nam wszystkim, że jest ona złożona z większej ilości odcieni szarości niż można byłoby przypuszczać.
jest to tekst, który wprost znakomicie nadaje się pod adaptację teatralną lub ekranizację w duchu kina moralnie zaangażowanego
„Zadzwoń jak dojedziesz” ma też tę zaletę, że nie jest powieścią napisaną w hermetycznym, artystycznym języku ani nie zawiera eksperymentów formalnych, co z oczywistych przyczyn zawęziłoby krąg jej odbiorców. I to jest w tym przypadku dobra wiadomość, ponieważ pisarz podjął w niej problematykę, która potrzebuje masowego odbioru i powszechnej dyskusji. Jednocześnie jest to tekst, który wprost znakomicie nadaje się pod adaptację teatralną lub ekranizację w duchu kina moralnie zaangażowanego. Mam nadzieję, że jedno i drugie nastąpi wypełniając niezręczną ciszę spowijającą losy opuszczonych emocjonalnie seniorów, zdrową i sensowną dyskusją nad tym w jaki sposób jako współczesne społeczeństwo możemy i powinniśmy podejść do tematu opieki nad ludźmi u kresu życia. ■Tomasz Orwid
Zadzwoń, jak dojedziesz
Wydawnictwo Mięta
Premiera: 6 listopada 2024
…bo wiesz, kochana Wandziu, dzisiaj mi się przypomniało, jak wieczorem po pogrzebie swojej ukochanej mamy powiedziałaś mi, że najbardziej to się obawiasz usłyszeć słowa: „Jest pani śmiertelnie chora”. Mówiłaś, że boisz się, że może Ci nie wystarczyć czasu na zrobienie wszystkiego, o czym marzyłaś; że możesz nie zdążyć polecieć do Lizbony na koncert fado; że chciałabyś zobaczyć, z kim się zwiążą nasze dzieci. I martwiło Cię nawet to, że zostało nam tyle rat kredytu za samochód.
A nie miałaś wtedy jeszcze zmarszczek… Te obawy okazały się niepotrzebne. Żyłaś długo, a Twoje życie było do ostatnich dni wypełnione szczęściem. Żyłaś długo, ale… za krótko.
To było ponad trzydzieści lat temu, pod koniec października. Leżeliśmy w łóżku, a za oknem siąpiło, lało, mżyło i popadywało – na zmianę. Na połowie Twojej pięknej i lśniącej od kremu twarzy tańczyło wpraszające się przez nasze okno białe światło latarni.
Teraz, kiedy Cię już nie ma, a to białe światło zatrzymuje się na pustej poduszce, muszę Ci napisać, najdroższa Wandziu, że jest coś znacznie gorszego niż niedostateczna ilość czasu. Naprawdę. Bo mnie, mieszkającemu samotnie staremu człowiekowi, nic nie dokucza bardziej niż przerażający nadmiar czasu, niż telefon, który bardzo rzadko dzwoni, niż domofon, który bezlitośnie milczy, niż zakupy zrobione dla mnie przez internet i przyniesione przez obcą osobę jako zamiennik odwiedzin dzieci.
I nie uwierzysz, ale jest takie jedno zdanie, które powoduje mocniejszy dreszcz na plecach niż informacja o chorobie. Zdanie, które kiedyś, w młodości, lubiliśmy słyszeć, bo uwalniało nas od męczących wizyt gości, ale teraz powoduje głęboki ucisk w klatce piersiowej: „To my będziemy się już zbierać…”.
Bo wtedy kończy się comiesięczny odcinek serialu pod tytułem: „Trzeba odwiedzać starego ojca”. I każdy idzie w swoją stronę. Do swojego życia. Ja to rozumiem i niezmiernie się cieszę, że wychowaliśmy troje tak mądrych i samodzielnych ludzi.
I wiem także, bo rozmawialiśmy o tym niejeden raz, że rzeka płynie tylko w jedną stronę.
I naprawdę jestem pogodzony z losem. Bo przecież taka jest kolej rzeczy, że dalej muszę iść sam. Bez Ciebie.
Tylko czuję ogromną pustkę. Jest jak stale powiększająca się dziura, która chce mnie wciągnąć do środka.
I nie wiem, co robić…
Ty byś pewnie wiedziała.
1
– Nie sądzisz, że twój tata był ostatnio bardziej wyciszony niż zwykle? W ogóle się nie uśmiechał. Nawet kiedy naśladowałeś swoją siostrę, używającą noża i widelca do jedzenia skrzydełka kurczaka. Zawsze go to niesłychanie bawiło. – Tomek spojrzał na partnera, który mamrotał coś pod nosem, przeklinając spowodowany ulewą korek.
Strugi wrześniowego deszczu spływały ulicami naburmuszonego Wrocławia. Gdzieniegdzie zza chmur prześwitywały pomarańczowe smugi słońca, tworząc z jednej strony horyzontu tęczę.
– Tak dla przypomnienia, to równo trzy lata temu zmarła moja mama, z którą żył ponad pięćdziesiąt lat – odpowiedział oschle Mateusz, nie odrywając wzroku od trasy. Wzdrygnął się przy tym. Coraz częściej miewał napady złego nastroju, a jego doły pogłębiały się podczas rozmów o ojcu. Nie mógł zaprzeczyć temu, co powiedział Tomek. To prawda, że kiedy odwiedzili ojca kilka tygodni wcześniej, był on jakby nieobecny. – No jedź, do cholery! – Nerwowo wcisnął hamulec.
Szare audi zatrzymało się gwałtownie, a pasy boleśnie uchroniły mężczyzn przed uderzeniem w przednią szybę. Coś przy tym zaszeleściło na tylnym siedzeniu.
– Uspokój się, bo spowodujesz wypadek! – Tomek odwrócił się i podniósł z podłogi wiązankę czerwonych tulipanów owiniętych folią. – Czemu jesteś taki nerwowy? Kipisz złością. Przecież nic się dzisiaj nie wydarzyło. A może jednak się wydarzyło?
– Nie, nic się nie wydarzyło. Chyba. Sam nie wiem, skąd ta zła energia. – Mateusz położył rękę na kolanie Tomasza i spojrzał na zegarek. – Przepraszam. Może to dlatego, że się spóźnimy.
Nie był to odpowiedni moment na dyskusję o jego stanie psychicznym, jednak Mateusz domyślał się, dlaczego od jakiegoś czasu buzuje w nim wulkan emocji. Od kiedy Tomek podpisał kontrakt dający mu stanowisko głównego analityka dużego banku z siedzibą w Amsterdamie, wielkimi krokami zbliżała się data ich przeprowadzki. To była wspólna, dość szybko podjęta decyzja. Po prawie dwudziestu latach mieszkania w siedemdziesięciometrowym mieszkaniu postanowili wynająć dom w mieście, w którym rowerów było więcej niż mieszkańców, a mostów więcej niż w Wenecji. Zwiedzili razem kawał świata, ale to wyjątkowy klimat stolicy Holandii i jej okolice spodobały im się najbardziej i dawały szansę oddychania świeżym powietrzem. Może też dlatego, że Amsterdam przypominał im spokojniejszą wersję ich Wrocławia? Mateusz ani przez chwilę nie miał wątpliwości, że to dobra decyzja. Jako grafik komputerowy mógł pracować zdalnie. I tak od czasu covidu prawie nie bywał w biurze. Wciąż jednak nie wiedział, w jaki sposób poinformować o przeprowadzce swoje dwie starsze siostry oraz – a w zasadzie PRZEDE WSZYSTKIM – mieszkającego samotnie ojca. Renata była po pięćdziesiątce, Anka tuż przed nią. Obie wiodły dziwne – według niego, ale przynajmniej z pozoru wyglądające na wymarzone – życie, więc przypuszczał, że nie za bardzo odczują wyjazd brata z Polski. I tak zresztą, mieszkając w tym samym mieście, widywali się kilka razy w roku, a ich relacje sprowadzały się do wiadomości lub wideorozmów. Ale z tatą to zupełnie inna historia. Ostatnio, przy okazji swoich urodzin, poprosił całą trójkę, żeby nie wysyłali mu już wiadomości tekstowych, bo jego dłonie nie są na tyle sprawne, żeby im odpisywać, i to go bardzo frustruje. Mateusz odwiedzał tatę najczęściej, ale i tak żył w przekonaniu, że poświęca mu zbyt mało czasu. Że za rzadko u niego bywa. Za rzadko dzwoni. A teraz, kiedy stanęła przed nim perspektywa wyjazdu z kraju, nasiliły się wszystkie emocje związane z ojcem. Ryszard miał osiemdziesiąt dwa lata, a w jego synu kiełkowały myśli z gatunku: „A co, jeśli nie zdążę się z nim pożegnać?”. „A co, jeśli nie zdążę w porę wrócić?”… Matka zawsze im powtarzała, że lepiej być gdzieś godzinę za wcześnie niż minutę za późno.
Od śmierci ich matki Wandy to on, najmłodszy z trójki rodzeństwa, czuł się najbardziej odpowiedzialny za opiekowanie się owdowiałym ojcem. Trochę z wyboru, a trochę nie. Najstarsza siostra Renata już w dniu pogrzebu matki nie pozostawiła złudzeń na temat tego, co sądzi o podziale ról w nowej sytuacji.
– Mati, wy z Tomkiem nie macie dzieci, więc masz najwięcej czasu, żeby się zaangażować w życie taty – powiedziała, usuwając ze swojej czarnej sukienki paproszek, którego nie było.
Mateusz zazgrzytał zębami. Całe życie Renata wszystko na niego zrzucała, argumentując to właśnie tym, że on może się czymś zająć, bo „przecież nie ma dzieci”.
– Ja nie mogę teraz zostawić firmy, bo staramy się o dofinansowanie. To więc oczywiste, że nie dam rady przyjeżdżać tu z drugiego końca miasta. Poza tym niedługo wesele Artura i jako matka pana młodego będę musiała się w nie zaangażować. Ale przecież wiadomo, że będziemy ci z Anką pomagały, ile się da. Ja zawsze wyślę ci pieniądze, gdy będzie potrzeba. To przecież też nasz tata, prawda, Aniu?
– Oczywiście. – Młodsza z sióstr wytarła palcem łzę, która spływała jej po policzku. Przekręcała też obrączkę w prawo i lewo. Zawsze tak robiła, kiedy się denerwowała. – Zamówiłam mszę za mamę na najbliższy wtorek.
Mateusz pamiętał tę rozmowę, jakby się odbyła wczoraj. A minęły już trzy lata. Trzy lata, trzydzieści sześć miesięcy, ponad tysiąc dni… Co z tym czasem? To już tak długo nie było z nimi mamy?
– Tomek, mieliśmy tak nie żyć. – Mateusz przełknął ślinę i przerwał panującą w samochodzie ciszę. Wskazał na dziesiątki tylnych świateł samochodowych. – Patrz, ile czasu marnujemy w korkach. Obiecaliśmy sobie, że po czterdziestce zwolnimy. Zobacz, mija kolejny rok, a my ciągle się spieszymy! I odnoszę wrażenie, że coraz bardziej. Cały czas gdzieś gonimy, nawet kwiaty kupiliśmy tacie w pośpiechu w Lidlu.
Tomek głęboko westchnął.
– Dlatego właśnie przeprowadzamy się do Amsterdamu i dopóki nam stawy pozwolą, dopóty będziemy się poruszać na rowerach. Dlatego też wynajmujemy dom, abyś mógł w końcu spełnić marzenie o hodowaniu kwiatów w ogródku, a nie na parapecie. Jak na moje oko wszystko idzie zgodnie z planem. Przegadaliśmy to wielokrotnie. Jesteśmy dokładnie w tym punkcie, w którym mieliśmy być, tylko twoja optyka się zmieniła…
Rodzice Tomka już nie żyli. Zginęli przed dziesięciu laty w wypadku samochodowym. Pijany kierowca staranował ich, kiedy wracali z Kołobrzegu do Wrocławia. Szok dla wszystkich. Tomek był jedynakiem, przez ponad rok nie mógł się otrząsnąć z tragedii. Z pomocą przyszła znajoma terapeutka, która doradziła leczenie psychiatryczne. Dzięki lekom, dobrej terapii i ogromnemu zaangażowaniu Mateusza doszedł do siebie. Mateusz do tej pory jednak czuł nieprzyjemny dreszcz na plecach na wspomnienie myśli, która mu przyszła do głowy, gdy partner opłakiwał rodziców. Bo co z niego był za syn, skoro pomyślał: „Trochę mu zazdroszczę, że ma już za sobą śmierć mamy i taty”?
– Zaczynam źle się czuć z tym, że robię coś tylko dla siebie. – Mateusz wyrzucił w końcu to, co od tygodni leżało mu na żołądku.
– A dla kogo chcesz żyć? Czy ktoś żyje dla ciebie? Czy Renata i Anka w jakimkolwiek momencie omawiały z tobą swoje życiowe wybory? – Tomek poprawił się na siedzeniu pasażera. Słowa partnera wyraźnie go zabolały. – A co ze mną? Co z nami? Chcesz, żebyśmy całe życie byli pod ręką, bo, jak to powtarza Renata: „Przecież wy nie macie dzieci, to możecie się tym zająć”? Już nie liczę, ile razy w coś nas wpakowała tym argumentem. Szczytem było, gdy napisała, żebyśmy zabrali rodziców do Portugalii na rocznicę ślubu, bo one jednak nie dadzą rady, mają dzieci, a my, wiadomo, nie. Choć akurat ten wyjazd był wspaniały… – dodał innym tonem.
– No ale co będzie z ojcem?
– Mateusz, kocham twojego ojca, jak kiedyś kochałem swojego, ale ty też musisz żyć. My musimy żyć. – Tomek otworzył okno, żeby wpuścić podeszczowe powietrze. – Na pewno dziewczyny dadzą sobie z tatą radę. My będziemy przyjeżdżać. To niecałe trzy godziny samolotem.
– Dobra, spróbuję im dzisiaj powiedzieć. Nie ma sensu tego przeciągać – odparł Mateusz, czując przypływ partnerskiego wsparcia.
Do wyjazdu został niecały miesiąc. Jeśli tata ma mieć prawidłową opiekę, to on musi współpracować z siostrami. I one z nim.
Przed blokiem ojca Mateusz dojrzał starszą siostrę. Spojrzał nerwowo na zegarek, by sprawdzić, czy się nie spóźnili. Z ulgą stwierdził, że są na czas. Gdy zobaczył, że Renata wyjmuje z bagażnika białe pudełka firmy cateringowej, poczuł rozczarowanie. I swoje, i za ojca. Tata wiele razy powtarzał, że bardziej smakują mu kanapki przyrządzone przez nas niż jedzenie przywiezione z restauracji. Gdy tylko Renata zdecydowała, że zajmie się jedzeniem na spotkanie z okazji trzeciej rocznicy śmierci mamy, Mateusz czuł, że mimo próśb ojca, by zrobić coś domowego, skończy się na daniach z restauracji.
Renata zawsze stawiała na swoim.
Zawsze.
2
– Tomek, kotku, weź, proszę, z mojego samochodu jeszcze karton z zakupami. – Renata wskazała wzrokiem swoje czyściutkie czerwone bmw, model X5.
Mateusz patrzył, jak jego partner usłużnie wyjmuje z bagażnika wielki karton, w większości pełen słoików z gotowymi daniami.
– Pytałem wczoraj tatę, czy czegoś potrzebuje, i mówił, że wszystko ma. – Mateusz spróbował wymusić spojrzeniem odpowiedź na pytanie, dlaczego starsza siostra przywiozła ich ojcu kilkanaście słoików gołąbków, zrazów i bigosu. Nadaremnie. Renata często nie reagowała na wprost zadawane pytania, więc próżno było oczekiwać, że odpowie zachęcona wyłącznie wyczekującym wzrokiem. Zignorowała jego niewerbalną sugestię. – Po co w takim razie to wszystko kupiłaś? Zmienił zdanie? Ktoś go odwiedzi?! – wyrzucił z siebie podniesionym głosem.
Nie miał w zasadzie innego wyjścia, żeby uzyskać choć szansę na odpowiedź.
Renata postawiła na ziemi białe torby z zamówionym cateringiem, wklepała kod w domofonie, pociągnęła za klamkę, chwyciła torby i przytrzymała sobie drzwi stopą. Mateusz obserwował, jak siostra zwinnie się porusza w całej tej sekwencji czynności, ale nie zamierzał tego komentować, bo był pewien, że usłyszałby: „Gdybyś miał dzieci, to wiedziałbyś, że to konieczność”. Renata weszła do środka i nacisnęła przycisk przywołujący windę. Mateusz przytrzymał drzwi, żeby przepuścić uginającego się pod ciężarem słoików Tomka.
– Renata, nie słyszałaś, o co pytałem? – Posłał siostrze wymuszony uśmiech.
– Nie słyszałam. A o co pytałeś, kotku?
Mateusz zauważył, że jej prawy kącik ust lekko się uniósł na znak, że skłamała. I pozwoliło mu to domyślić się dlaczego. Nie chciał jednak oszczędzić siostrze wypowiedzenia tego na głos.
– Czemu niesiemy do góry tyle słoików, skoro masz w torbie jedzenie na dzisiaj? – Głos Mateusza rozszedł się po starej, niemalowanej od kilkudziesięciu lat klatce schodowej.
– Przecież musi coś jeść. – Renata wzruszyła ramionami. – Miałam mu w przyszłym tygodniu zrobić większe zakupy, ale wypadły mi spotkania z klientami. Kupiłam to, co lubi. Możesz sprawdzić, jeśli mi nie ufasz. – Uśmiechnęła się złośliwie i poprawiła grube czarne oprawki okularów. Od kiedy zaczęła je nosić, wydawała się jeszcze bardziej zasadnicza i asertywna.
No właśnie. Najpierw praca i wszystkie inne zobowiązania. Kiedy zmarła mama, ojciec bardzo schudł, zaczął mieć problemy z chodzeniem. Cała trójka umówiła się wtedy, że raz w tygodniu któreś z nich będzie podrzucało tacie tak zwane większe zakupy: wodę, świeże warzywa i owoce, środki chemiczne. Pieczywo Ryszard był w stanie kupić – zjeżdżał windą i chodził do osiedlowej piekarni. Na początku ten system „zaopatrywania” działał i każde z rodzeństwa skrupulatnie wypełniało swoje powinności. Jednak z upływem czasu wszyscy mieli kłopoty z regularnością. Na wspólnym czacie zaczęły pojawiać się wiadomości:
Nie jadę dzisiaj do taty, bo gdy dzwoniłam, czy czegoś mu potrzeba, odpowiedział, że wszystko ma.
Ja dzisiaj nie zdążę do ojca, bo są straszne korki.
Gdyby ktoś mógł podjechać za mnie, to bardzo proszę, bo nie dam rady – praca.
Napisałam do taty esemesa, czy potrzebuje czegoś ode mnie, i nie odpisał, więc nie jadę jutro do niego.
Nie jadę do taty, bo gdy byłam ostatnio, widziałam, że jeszcze nie zjadł tego, co mu kupiliście wcześniej.
Tak, opieka nad Ryszardem żadnemu z rodzeństwa nie była po drodze. Kochali ojca i troszczyli się o niego, ale w natłoku codziennych wyzwań wizyty u taty często traciły na ważności. I żadne z nich nie było święte. Ani Mateusz, ani Anka, ani Renata, dla której własna firma projektowania wnętrz była priorytetem. Z całej trójki chyba tylko on, najmłodsze dziecko, najbardziej przeżywał, kiedy nie udało mu się odwiedzić ojca. Zawsze, ale to zawsze wtedy dzwonił, żeby chociaż porozmawiać kilkanaście minut.
– A pomyślałaś, że może być mu potrzebne coś więcej poza jedzeniem? – Zbliżająca się wyprowadzka z Polski potęgowała w Mateuszu niepokój, który czasami przybierał formę atakowania bliskich.
Coraz bardziej czuł, że siostry zmarginalizują opiekę nad tatą.
– A co mu może być potrzebne poza jedzeniem? Telewizor działa, opłaciłam kablówkę na rok do przodu. Deszcz mu na głowę nie pada. Boże, Mateusz, ile razy będziemy o tym rozmawiać? – W głosie Renaty pojawiło się zniecierpliwienie. – Jezu, gdzie ta winda? – Pokręciła głową. Jej mocno polakierowane, idealnie ułożone krótkie blond włosy nawet nie drgnęły.
Mateusz spojrzał na Tomka i bez słów starał się mu powiedzieć: „Zobacz, przecież ona w ogóle nie będzie odwiedzała ojca, kiedy wyjedziemy”. Tomek spokojnie skinął głową, dając znać, że go rozumie i żeby nie dał się wyprowadzić siostrze z równowagi.
– I nie chcę być złośliwa, ale naprawdę, jeśli tak cię gryzie to, że kupiłam tacie słoiki, to możecie je sobie zatrzymać i przyjechać do taty w środę ze świeżymi zakupami. Ja mam codziennie spotkania, przez cały tydzień. – Renacie zawsze się wydawało, że jeśli przed czymś paskudnym, co zamierza powiedzieć, doda, że „nie chce być złośliwa”, to w zasadzie będzie mogła sobie pozwolić na więcej. – No i przypominam, że mój syn za kilka tygodni bierze ślub…
„…ale co ty możesz wiedzieć, skoro nie masz dzieci…” – dokończył w myślach Mateusz.
Kiedy rozklekotana winda w końcu przyjechała i osiadła na parterze, Mateusz pociągnął za drzwi, a zza nich niemalże wypadła na niego młoda dziewczyna w gotyckim makijażu i z jamnikiem na smyczy.
– Dzień dobry i przepraszam – bąknęła speszona.
Po ułamku sekundy jednak jej wyraz twarzy zmienił się na nieprzyjemny, a wzrok na oceniający. Wyszła pospiesznie z klatki schodowej, mamrocząc coś pod nosem.
– Mam wrażenie, że dopiero co ja tak wybiegałem na dwór z naszą Mirą. Co to był za cudowny pies… – Mateusz wpadł nagle w zadumę.
– To szybka decyzja, panowie. – Renata zignorowała nostalgiczny komentarz brata, stanęła w drzwiach do windy i położyła torby z jedzeniem w środku. Uśmiechając się nieszczerze, popatrzyła bratu głęboko w oczy.
Mateusz szybko wydostał się spod jej spojrzenia, jakby obawiał się, że dłuższy kontakt wzrokowy spowoduje, że siostra odczyta, co myśli na jej temat. A nie było to nic dobrego.
– Co więc zrobicie ze słoikami?
– Renata, po co nam te słoiki? – wtrącił się Tomek, przerywając męczącą wymianę zdań na temat wekowanego jedzenia. – Weźmy je na górę, a jeśli nam się uda wpaść do taty w środę, to przywieziemy świeże jedzenie. Przecież słoiki się nie zmarnują. Nie będziemy tego wozić tam i z powrotem.
Nie czekając na niczyją odpowiedź, Tomek wszedł do windy, stanął w rogu i postawił karton ze słoikami na podłodze. Głęboko odetchnął. Paczka była naprawdę ciężka.
– Więc ja w ogóle nie rozumiem, po co ta jałowa dyskusja – rzuciła nonszalancko Renata i weszła do windy. – Jezu, jak tu jest brudno. Mateusz, miałeś jakiś kontakt z naszą siostrą? Jest na miejscu? Będzie sama czy z Krzyśkiem i dzieciakami?
W głosie Renaty wybrzmiało niewypowiedziane: „oby była bez swojego prostego męża i tych smutnych dzieci”. Mimo że Renata nigdy przy Ance nie powiedziała złego zdania na temat jej męża, mechanika samochodowego, to wszyscy w rodzinie wiedzieli, że według niej Ankę „było stać na kogoś lepszego”. Kiedy starsza z sióstr wyszła za mąż za zamożnego biznesmena, od razu zaczęła swatać młodszą z jego kolegami. „Będziemy bogate i na wakacje będziemy latać na Seszele” – szeptała siostrze do ucha. Były podwójne randki, ekskluzywne kolacje i wycieczki limuzynami na Mazury. Niestety, żaden z kolegów Stefana, późniejszego męża Renaty, nie skradł serca Anki, a ona, zamiast latać na Seszele, wolała chodzić do kościoła. Ostatecznie zakochała się w Krzysztofie, niezamożnym mechaniku samochodowym z Opola. Ku wielkiemu niezadowoleniu Renaty przyjęła po ślubie jego nazwisko, zamieniając ich piękne rodowe Sobieska – na Rypeć. „Przecież wstyd ją będzie poprosić w biurze do telefonu. Nie przejdzie mi to przez gardło: ANNA RYPEĆ”, krzywiła się od samego początku tego małżeństwa.
– Anka napisała mi esemesa, że MAJĄ być punktualnie, więc na pewno nie będzie sama. – Mateusz wszedł do windy, pociągnął szare drzwi i spojrzał na grymas Renaty. – Naprawdę powinni to już wyremontować.
– A pamiętasz, jak kiedyś winda zatrzasnęła się z Anką w środku, a my specjalnie nie mówiliśmy rodzicom, żeby od niej odpocząć? Jezu, jaka to była męcząca dziewczyna… – Renata zaśmiała się pod nosem.
– Pamiętam, ale jakoś teraz mniej mnie to bawi. Przecież to stres nawet dla dorosłego – mruknął Mateusz i spojrzał na Tomka, który wyrazem twarzy wręcz błagał, żeby rodzeństwo skończyło słowne potyczki.
Kiedy winda ruszyła, Mateusz zaczął się zastanawiać, dlaczego w zasadzie przez większość ich dorosłego życia Renata przy każdej okazji demonstrowała swoją wyższość nad Anką. Przecież dla wszystkich w rodzinie było oczywiste, że to starsza z sióstr odniosła większy tak zwany sukces życiowy. Mieszkała w dużym domu, miała zamożnego męża, syn skończył psychologię na Uniwersytecie Warszawskim, jeździła superautem, a na wakacje latała na wyspy, o których istnieniu niewielu słyszało. Nawet psa miała wyjątkowego – labradora fox red, jakich w Polsce było zaledwie kilka. Mimo to nie odpuszczała młodszej siostrze i ciągle jej dogryzała. A nie miała czego jej zazdrościć.
A Anka? No cóż, Anka to Anka. Chodziła często do kościoła, nie piła alkoholu i wiecznie za coś przepraszała.
3
Mateusza od dawna zastanawiało, w jaki sposób rodzice byli w stanie wychować troje dzieci w niespełna czterdziestometrowym mieszkanku, i to w taki sposób i w takiej atmosferze, że nikt nie narzekał, że mu ciasno lub niewygodnie. Bo tak naprawdę nie było im ciasno. W latach osiemdziesiątych, kiedy byli dziećmi, mieszkanie wydawało się im duże. Może nie bardzo duże, ale wystarczające. Można w nim było bawić się w chowanego, przenocować kuzynów, a nawet co roku dwudziestego ósmego marca organizować imieniny mamy dla trzydziestu gości. Imieniny mamy obchodzili, dopóki żyła, choć później już nie tak hucznie. To była chyba jedyna data, kiedy we trójkę zjeżdżali się do mieszkanka rodziców i składali mamie życzenia.
Mateusz przełknął gulę, która urosła mu w gardle na wspomnienie tego, że bywały w życiu chwile, kiedy uważał przyjazdy na imieniny mamy za stratę czasu. Oparł się o jasną sosnową boazerię w przedpokoju i zdjął buty. Renata wyprzedziła go i poszła ze swoimi torbami do kuchni. Tomek podążył za nią.
Układ mieszkania był już niespotykany w nowoczesnej architekturze. Z długiego na dwa metry przedpokoju wchodziło się do łazienki, a jeśli jej drzwi były otwarte, nie dało się wejść dalej do mieszkania. Po prawej stronie od wejścia był pokój, w którym kiedyś mieszkała trójka rodzeństwa, a po lewej tak zwany duży pokój, w którym spali rodzice. Poza skromnym metrażem nie byłoby w tym mieszkaniu nic zaskakującego, gdyby nie to, że do kuchni można było wejść wyłącznie przez duży pokój. Dopóki Mateusz i jego siostry byli mali, nie miało to dla nich większego znaczenia. Wręcz przeciwnie – cieszyli się, że kiedy rodziców odwiedzali goście, mieli święty spokój i mogli się bawić u siebie, nawet w zakazywane przez rodziców gry. Z czasem, gdy w domu zaczęli się pojawiać przyjaciele zapraszani przez rodzeństwo, brak swobodnego dostępu do kuchni stał się wyzwaniem dla całej rodziny. Młodzi krępowali się tam chodzić, a rodzice irytowali się, kiedy przez cały odcinek Kojaka przez ich pokój wędrowały „wycieczki” nastolatków. Oczywiście po jakimś czasie życie samo napisało scenariusz. Pewnego razu Anka zaprosiła na noc koleżankę, a tej w środku nocy zachciało się pić. Ponieważ nie udało jej się dobudzić Anki, postanowiła wybrać się do kuchni, żeby zaspokoić pragnienie. Tak się złożyło, że w tym czasie w pokoju, przez który musiała przejść koleżanka, Wanda i Ryszard również zaspokajali pragnienie. Na siebie samych. W rezultacie tej, delikatnie ujmując, niezręcznej sytuacji rodzice na drugi dzień założyli zamek w drzwiach do dużego pokoju, a koleżanka Anki już nigdy w ich domu nie spała. I chyba na dodatek opowiedziała rodzicom o tym, co widziała, bo kiedy jej matka spotkała na mieście Wandę, syknęła przez zęby: „Wstydziłaby się pani! No kto to widział!”.
Kto jak kto, ale akurat mama Wanda mało czego się wstydziła. Oczywiście gdy nie miała ku temu powodów.
Mateusz uśmiechnął się do siebie, przywołując w myślach tamtą sytuację, i omiótł spojrzeniem stojące w przedpokoju buty. Wyglądało na to, że Anka przyszła z mężem i z jednym z dzieci. Chyba z Adamem. Nie zauważył jednak butów ojca. Czyżby wyszedł? Ale dokąd i po co?
– Cześć, Mati. – Anka wyłoniła się z ich dawnego pokoju, trzymając w ręku pustą butelkę po wodzie mineralnej. – A ty sam?
Mateusz pocałował siostrę w policzek i zmierzył ją wzrokiem. Gdyby Anka była kolorem, to z pewnością szarym. Długie, naturalnie ciemne włosy poprzetykane miała coraz grubszymi siwymi pasmami. Ubrana była w dżinsy i białą, lekko prześwitującą koszulę, a pod nią miała kremowy biustonosz. Do tego zero makijażu i naturalny uśmiech. Zawsze była skromna, poprawna i zupełnie obojętna na modę. Całkowite przeciwieństwo wystylizowanej i tryskającej energią Renaty. Mateusz nie lubił oceniać Anki, bo Renata robiła to za nich dwoje. Trudno mu było jednak zignorować, że młodsza z kobiet wygląda na bardziej zmęczoną niż zwykle. Przyszła mu nawet do głowy myśl, żeby jej pierwszej powiedzieć o wyprowadzce z Polski, ale widząc podkrążone oczy siostry, zrezygnował z tego pomysłu. Doszedł do wniosku, że przy stole ta wiadomość „rozejdzie się po ludziach” i Anka nie będzie musiała sama stawiać jej czoła.
– Tomek zaniósł słoiki od Renaty do kuchni… – odpowiedział, wzruszając ramionami.
Rodzeństwo wymieniło porozumiewawcze spojrzenia. Dla Anki było oczywiste, że dostawa słoików oznacza, że ich siostra PONOWNIE nie będzie miała czasu przyjechać do taty ze świeżymi produktami.
– …a u ciebie wszystko w porządku? – dokończył, próbując nadać swojemu głosowi ton lekki i swobodny.
Anka chwyciła klamkę od drzwi łazienki, a Mateusz przesunął się w stronę mniejszego pokoju, żeby umożliwić jej wejście. Kiedy znalazła się w środku, stanął w drzwiach.
– Tak. To znaczy raczej tak… Później pogadamy. – Odkręciła kran nad wanną i przyłożyła do niego butelkę.
W łazience nigdy nie było umywalki, przy której można by umyć zęby czy dłonie. „Kiedyś nie było nawet bieżącej wody, więc nie róbmy problemów tam, gdzie ich nie ma” – powtarzała mama.
I tak już zostało.
„Co znaczy odpowiedź Anki, że raczej tak?” – zastanawiał się przez ułamek sekundy, ale jego wzrok wrócił na podłogę, gdzie brakowało niezniszczalnych czarnych mokasynów ojca.
– Taty nie ma?
– A gdzie miałby być? – Anka odstawiła od kranu napełnioną do połowy butelkę i wyszła z łazienki. – Siedzi w swoim fotelu, a Adaś pewnie pokazuje mu gady w internecie. Dzisiaj jest rocznica śmierci mamy – dodała zaskoczona pytaniem brata.
– Ja też nie wiem, dokąd miałby pójść, ale nie ma tu jego butów. – Mateusz zamknął drzwi do łazienki i wskazał na podłogę. – Stąd moje zdziwienie.
– To go zapytaj. Choć nie jest dzisiaj zbyt rozmowny. Podleję resztę kwiatów i możemy szykować kolację – dobiegło już z wnętrza małego pokoju.
Mateusz poczuł zimny dreszcz. Przez koszmarną chwilę wydawało mu się, że przeniósł się w czasie, a butów taty nie ma w przedpokoju dlatego, że ojciec został już w nich pochowany… Że umarł, kiedy Mateusza nie było w pobliżu! Że Mateusz nie zdążył się z nim pożegnać! Co za okropna myśl! Przecież tata był w wieku Joe Bidena, który przez jedną kadencję stał na czele największego mocarstwa na świecie. Kilka miesięcy temu zrobili tacie przegląd całego organizmu – od rozszerzonych badań krwi i moczu, przez wszystkie testy kardiologiczne, po tomografię całego ciała. Poza lekkim podwyższeniem poziomu cholesterolu Ryszard miał doskonałe wyniki. Skąd więc taki lęk? Czy to wyrzuty sumienia z powodu wyprowadzki? Jakieś bzdurne myśli, a przecież tata siedział tam gdzie zawsze, w swoim nieśmiertelnym czerwonym fotelu, ustawionym naprzeciwko wiecznie włączonego telewizora.
Mateusz zrobił dwa kroki i był w dużym pokoju. Musiał jak najszybciej zobaczyć tatę żywego i uśmiechniętego.
Jednak widok Ryszarda go zaskoczył.








