Apokaliptyczna opowieść o kresie cywilizacji. Jedna z najważniejszych książek XX wieku w odświeżonym przekładzie Roberta Sudóła. Ostatnie miesiące II wojny światowej i pierwsze dni powojennego chaosu w Europie. Dlaczego wystrzelone na Londyn rakiety V-2 trafiają w miejsca, w których pewien amerykański oficer dokonuje podbojów sercowych?


Pynchonowskie opus magnum, kontrkulturowy mariaż Rainera Marii Rilkego ze słonikiem Dumbo, to apokaliptyczna opowieść o kresie cywilizacji, w której wojna tworzy porządek. Nie ma stref okupacyjnych, jest tylko Strefa – świat, w którym upadają wszelkie struktury, wymazywane są definicje i zacierane granice: między jawą i snem, techniką wojskową i nadprzyrodzonością, doczesnością i zaświatami.

Dokonują się transgresje, a jedyną zasadą jest wszechobowiązująca kalwińska doktryna predestynacji, podział na zbawionych oraz skazanych na zagładę jak dodo, gatunek endemicznego nielota wybity na Mauritiusie do ostatniej sztuki przez holenderskich kolonizatorów.

Wśród ruin i dymów, obozowisk uchodźców i czarnorynkowych szajek, wśród agenturalnych spisków i obsesji trwa po bezdrożach Strefy paranoiczna pogoń za nieuchwytną ostatnią rakietą. Numer 00000 to zwieńczenie wszystkich rakiet, ostateczne narzędzie w służbie śmierci i zarazem nieodparty fetysz.

Thomas Pynchon (ur. 1937) – jeden z najważniejszych światowych prozaików po II wojnie światowej, wielokrotnie nagradzany, fetowany w popkulturze, uznawany za największego żyjącego postmodernistę, od zawsze ukrywający się przed dziennikarzami i resztą ludzkiego świata.
Od dekad wymieniany jako kandydat do Nagrody Nobla. Pierwszą powieść, zatytułowaną „V.”, wydał w 1963 roku, a za jego najwybitniejsze dzieło uważa się wydaną w 1973 roku „Tęczę grawitacji”.
Do inspiracji twórczością Pynchona przyznają się m.in. Elfriede Jelinek, David Foster Wallace, William T. Vollmann, Alan Moore, David Mitchell, Neal Stephenson, William Gibson, czy Salman Rushdie, a dziesiątki innych autorów czerpały i czerpią z jego pisarstwa w mniej otwarty sposób.

Thomas Pynchon
Tęcza grawitacji
Przekład: Robert Sudół
Seria „Cymelia”
Wydawnictwo ArtRage
Premiera: 26 września 2025
 
 


1
Poza zero

Natura nie zna unicestwienia, jedynie przemianę. Wszystko, co wyniosłem i nadal wynoszę z nauki, utwierdza mnie w przekonaniu o ciągłości naszego duchowego istnienia po śmierci.
Wernher von Braun

Wycie przeszywa niebo na wskroś. Zdarzało się to już przedtem, ale teraz nie można tego z niczym porównać.
Za późno. Ewakuacja wprawdzie trwa, lecz to tylko spektakl. W wagonach nie ma światła. Nigdzie nie ma. Nad głową dźwigary windy stare jak wiktoriańskie łoże, gdzieś wysoko szyby, które wpuszczają dzienne światło. Ale jest noc. Boi się tego, jak spadnie szkło – niebawem; to będzie widowisko: runie kryształowy pałac. Lecz stanie się to przy całkowitym zaciemnieniu, bez jednego błysku; rozlegnie się tylko wielki huk niewidzialnego unicestwienia.
Siedzi w wagonie zbudowanym na kilku poziomach, w aksamitnej ciemności, bez papierosów, czując, jak tu i tam metal ociera się o metal i zgrzyta, jak umykają kłęby pary, czując drżenie podwozia, stan zawieszenia i niepewności, napór innych ludzi, stłoczonych dokoła, „te drugie owce”, słabeusze, którym wyczerpał się limit szczęścia i czasu: pijacy, starzy weterani w szoku po ostrzale artyleryjskim sprzed dwudziestu lat, ubrane po miejsku prostytutki, wraki ludzkie, skonane kobiety z tyloma dziećmi, aż trudno uwierzyć, że można urodzić taką rzeszę, wszyscy ścieśnieni pośród resztek tego, co chciano uchronić od zagłady. Widać tylko najbliżej siedzących i to jedynie jak na wpół posrebrzone twarze w wizjerze aparatu fotograficznego, jako zabarwione na zielono oblicza VIP-ów, zapamiętane, kiedy przemykały za kuloodpornymi szybami przez miasto…
Właśnie ruszyli. Wyjeżdżają z dworca głównego, ze śródmieścia, prą do starszych i wyludnionych części miasta. Czy to jest droga ucieczki? Twarze obracają się do okien, ale nikt nie śmie pytać, przynajmniej nie na głos. Pada deszcz. Nie wyplątują się, lecz wikłają coraz bardziej – jadą pod sklepieniami, w głąb sekretnych wejść ze spękanego betonu, które tylko wyglądają jak ślimaki przejazdów podziemnych… nad głową przesuwają się z wolna podpory mostowe z poczerniałego drewna, roztacza się woń węgla z odległych dni, woń naftowych zim, niedziel, kiedy nic nie kursowało, tajemniczo żywotnego koralowego rozrostu ślepych odnóg i samotnych bocznic, cierpki zapach nieobecności taboru, dojrzewającej rdzy, soczyście i głęboko pleniącej się w tych puściejących dniach, zwłaszcza o świcie, kiedy niebieskie cienie pieczętują drogę, usiłują doprowadzić bieg spraw do Zera Absolutnego… a im dalej się zagłębiają, tym nędzniej się robi, zniszczone tajemne grody biedoty, miejsca, których nazw nigdy dotąd nie słyszał… mury się rozpadają, ubywa dachów, tak samo sposobności ujrzenia światła. Droga powinna się rozszerzać w szosę, tymczasem zwęża się, staje się coraz bardziej kręta, ścieśnia się i ścieśnia, aż naraz, o wiele za wcześnie, znajdują się pod ostatnim łukiem i wtedy hamulce zaciskają się i sprężynują gwałtownie. To wyrok, od którego nie ma apelacji.
Skład się zatrzymał. Koniec torów. Wszystkim ewakuowanym nakazuje się wysiąść z wagonów. Ruszają powoli, ale potulnie. Ci, którzy nimi kierują, noszą kokardy w kolorze ołowiu i milczą. To olbrzymi, bardzo stary i zaciemniony hotel, żelazne przedłużenie zwrotnicy i linii kolejowej, która ich tu doprowadziła… Z fantazyjnych metalowych okapów zwisają kuliste lampy, pomalowane ciemnozieloną farbą, niezapalane od stuleci… tłum posuwa się bez szemrania i kaszlu korytarzami prostymi i funkcjonalnymi jak przejścia w magazynach… aksamitne czarne powierzchnie pochłaniają ruch: roztacza się woń starego drewna, zapach z odległych pustych skrzydeł w tej właśnie chwili otwieranych, by pomieścić napływ ludzi, odór zimnego tynku, wśród którego wyzdychały wszystkie szczury, i tylko ich widma, nieruchome jak malowidła jaskiniowe, trwają nieustępliwe i świetliste na ścianach… ewakuowanych zabiera partiami winda – ruchome drewniane rusztowanie otwarte ze wszystkich stron, wciągane przez stare smołowane liny i żeliwne krążki o szprychach w kształcie litery „S”. Na każdym brunatnym piętrze wsiadają i wysiadają pasażerowie… tysiące wyciszonych pokojów bez światła.
Jedni czekają w samotności, drudzy zajmują niewidzialne pokoje razem z innymi. Owszem, niewidzialne, bo co znaczy umeblowanie w tym stanie rzeczy? Pod stopą chrzęści najdawniejszy gruz miasta, ostatnie krystalizacje tego wszystkiego, czego miasto wzbraniało swym dzieciom, czym im groziło i czym je mamiło. Wszyscy słyszą ten głos, który, jak sądził, zwracał się tylko do niego, mówił: „Przecież tak naprawdę nie wierzyłeś, że zostaniesz ocalony. Chodź, teraz już wiemy, kim jesteśmy. Chłopie, nikt nie zadałby sobie trudu, żeby uratować akurat ciebie…”.
Nie ma ucieczki. Pozostało tylko leżeć i czekać, leżeć nieruchomo i cicho. Wycie rozbrzmiewa po niebie. Kiedy nadejdzie, to czy nadejdzie w ciemności, czy też zrobi się od tego jasno? Czy jasno zrobi się przed, czy po?
Przecież już jest jasno. Od jak dawna? Przez cały czas światło przesączało się wraz z chłodnym porannym powietrzem, smagającym teraz jego brodawki: ukazuje się z wolna zbiorowisko pijanych obiboków, w mundurach i bez, ściskających puste albo prawie puste butelki, ten przewieszony przez krzesło, tamten zwalony w zimnym kominku albo rozciągnięty na jednym z dywanów, nieodkurzonych dywanów lub szezlongów na różnych poziomach ogromnej sali; chrapią i postękują w rozmaitych rytmach jako samoodradzający się chór, gdy tymczasem londyńskie światło, zima i elastyczne światło natężają się w obliczach triforiów, wśród warstw blednącego dymu po minionej nocy, wciąż uwieszonego nawoskowanych sufitowych belek. Wszystkie te poziome sylwetki, towarzysze broni, wyglądają czerstwo jak gromadka holenderskich chłopów, śniących o swym niewątpliwym zmartwychwstaniu w ciągu kilku następnych minut.
Nazywa się kapitan Geoffrey („Pirat”) Prentice. Leży okutany grubym kocem w pomarańczową, rdzawą i szkarłatną kratę. Czuje się, jakby miał czaszkę z metalu.
Dokładnie nad nim, dwanaście stóp nad jego głową, Teddy Bloat jest o krok od wypadnięcia z galerii, wybrawszy na utratę równowagi akurat to miejsce, gdzie przed paroma tygodniami ktoś w imponującym napadzie szału kopniakiem utrącił dwa słupki z hebanowej balustrady. Otępiały od alkoholu, wysuwa się cal po calu spomiędzy wyłomu, głowa, ręce, tułów, aż na balkonie utrzymuje go tylko pusta buteleczka po szampanie, zaplątana w kieszeni na biodrze…
Pirat siada z trudem na wąskiej leżance i mruga oczyma. Okropne. Cholernie okropne… Nad głową słyszy trzask prującego się materiału. Dowództwo Operacji Specjalnych nauczyło go szybkiego reagowania. Zrywa się z wyrka i kopniakiem posyła je w stronę Bloata. Nurkujący Bloat trafia prosto w śródokręcie przy donośnym brzdęknięciu sprężyn. Jedna z nóżek się łamie.
– Dzień dobry – odzywa się Pirat.
Teddy uśmiecha się migawkowo i zapada z powrotem w sen, zagnieżdżając się w jego koc.
Bloat jest jednym ze współlokatorów tego przybytku, mezonety wzniesionej w ubiegłym stuleciu niedaleko Chelsea Embankment przez Corydona Throspa, znajomego Rossettich, który nosił włosiennice i z upodobaniem hodował rośliny lecznicze na dachu (tradycja wskrzeszona ostatnio przez młodego Osbiego Feela). Kilka z nich wykazało dostateczną odporność, by przetrzymać mgły i przymrozki, większość jednak powróciła do ziemi jako cząstki osobliwych alkaloidów wraz z nawozem od tria cenionych macior rasy siodłata Wessex, ulokowanych tu przez bezpośredniego sukcesora Throspa, suchymi liśćmi z licznych drzew ozdobnych, zasadzonych na dachu przez późniejszych lokatorów oraz okazjonalnym niestrawnym posiłkiem, wyrzuconym lub zwymiotowanym przez tego lub owego wrażliwego epikurejczyka – całość utarta, koniec końców, przez mieszadła pór roku na ciasto niewiarygodnej czarnej gleby grubości legara, w której rośnie wszystko, nie najgorzej wcale banany. Doprowadzony do rozpaczy przez wojenny niedobór tych owoców, Pirat postanowił zbudować na dachu szklarnię i namówił kolegę, który latał na trasie Rio–Wyspa Wniebowstąpienia–Fort Lamy, by zwędził dla niego ze dwa drzewka bananowe w zamian za niemiecki aparat fotograficzny, gdyby Pirat zdobył takowy w trakcie swej następnej akcji powietrznodesantowej.
To właśnie Bananowym Śniadaniem rozsławił swoje imię. Współbiesiadnicy z kasyn – nawet ci, którzy mają uczulenie na banany albo są wręcz wrogo do nich usposobieni – ściągają tłumnie z całej Anglii, żeby choć popatrzeć, bo polityka bakterii – nawlekanie oczek i pierścieni w sieciach, w których jeden tylko Bóg potrafi dopatrzyć się porządku – doprowadza owoce do rozrostu na długość półtorej stopy, a tak, owszem, zdumiewające, ale prawdziwe.
Pirat stoi w ubikacji i sika, z pustką w głowie. Potem wciska się w wełniany szlafrok, noszony na lewą stronę, żeby ukryć kieszeń z papierosami, choć to niewiele pomaga, i obchodząc ciepłe ciała kolegów, kieruje się ku oszklonym drzwiom, prześlizguje na zewnątrz i aż jęczy, bo chłód mrozi plomby w zębach, dalej wspina się po krętej drabince na dachowy ogród i przystaje na chwilę, by poobserwować rzekę. Słońce wciąż kryje się za widnokręgiem. Dzień zapowiada się deszczowo, lecz jak dotąd powietrze jest nadzwyczaj czyste. Hen daleko ukazują się wyraźnie elektrownia i gazownia: kryształki powstałe w zlewce poranka, kominy, wywietrzniki, wieże, kanalizacja, sękate kłęby pary i dymu…
– Hhhhe! – ryczy Pirat bezgłośnie, patrząc, jak jego oddech umyka po attyce. – Hhheee! – Dachy tańczą o brzasku. Jego olbrzymie banany rosną w kiściach, promiennie żółte, wilgotno zielone. Koledzy ślinią się na dole, śniąc o Bananowym Śniadaniu. Ten wyszorowany dzień nie powinien być gorszy niż inne…
Nie będzie? Daleko na wschodzie, u dołu różowego nieba, coś właśnie błysnęło, bardzo silnie. Nowa gwiazda, w każdym razie coś równie jasnego. Pirat pochyla się nad parapetem, żeby popatrzeć. Jaskrawy punkt stał się teraz krótką pionową kreską bieli. To pewnie gdzieś nad Morzem Północnym… a przynajmniej w tej samej odległości… pola lodu w dole i zimna plama słońca…
Co to jest? Nic podobnego nigdy się nie zdarza. Ale Pirat wie mimo wszystko. Widział to na filmie, nie dalej jak przed dwoma tygodniami… to smuga kondensacyjna. Już jest wyżej o grubość palca. Nie samolot. Samoloty nie startują pionowo. To jest najnowsza i jak dotąd najtajniejsza niemiecka broń rakietowa.
– Przesyłka. – Szepnął to czy tylko pomyślał? Zaciska postrzępiony pasek od szlafroka. Podobno zasięg tych bomb wynosi dwieście mil z okładem. A przecież nie można zobaczyć smugi kondensacyjnej z odległości dwustu mil, co?
Och. No tak: za krzywą kuli ziemskiej, dalej na wschód, tam jest słońce, dopiero wstało nad Holandią, oświetla gazy wydychane przez rakietę, krople i kryształki, sprawiając, że świecą nad morzem…
Biała kreska raptem kończy wspinaczkę. To chyba odcięcie dopływu paliwa, koniec spalania, jak to się nazywa… Brennschluss. Nie ma dobrego odpowiednika. A jeżeli jest, to utajniony. Dolny koniec kreski, ta początkowa gwiazda, zaczyna niknąć w czerwonym brzasku. Rakieta będzie tu, zanim Pirat zdąży obejrzeć wschód słońca. Na niebie wisi smuga, rozmazana, rozdarta lekko na dwie czy trzy strony. Rakieta, wszedłszy w krzywą balistyczną, wzlatuje jeszcze wyżej. Teraz niewidoczna.
Czy nie powinien zareagować… dotrzeć do centrum operacyjnego w Stanmore, na pewno mają to na radarach ustawionych nad Kanałem – nie: tak naprawdę nie ma czasu. Z Hagi mniej niż pięć minut (tyle czasu zabiera zejście do herbaciarni na rogu… tyle czasu zabiera światłu dotarcie ze Słońca na planetę miłości… to jest tyle co nic). Wybiec na ulicę? Ostrzec innych?
Zerwać banany. Człapie po czarnym kompoście do szklarni. Czuje, że chce mu się srać. Pocisk, na wysokości sześćdziesięciu mil, pewnie osiąga teraz szczyt swej trajektorii… zaczyna spadać… teraz…
Kratownicą przenika światło dnia, mleczne szyby promieniują życzliwie. Jak to możliwe, że istnieje zima – nawet taka – dostatecznie szara, by postarzyć to żelazo, które potrafi zawodzić na wietrze, i zasnuć te okna, które otwierają się na inną porę roku, wprawdzie sztucznie zachowaną?
Pirat spogląda na zegarek. Nic do niego nie dociera. Szczypią go pory w twarzy. Opróżniwszy umysł – trik komandosów – wkracza do parnej krainy swej bananowni i zabiera się do zrywania najdojrzalszych i najlepszych owoców, które wrzuca zaraz w odciągniętą połę szlafroka. Skupia się na liczeniu bananów, chodząc z obnażonymi nogami pośród kołyszących się gałęzi, między żółtymi żyrandolami, o tropikalnym brzasku…
Z powrotem do zimy. Smuga całkiem znikła z nieba. Ciało pokryte potem zimnym prawie jak lód.
Pirat nieśpiesznie zapala papierosa. Nie usłyszy, gdy to nadleci. Zasuwa szybciej, niż wynosi prędkość dźwięku. Pierwszy sygnał to wybuch. Dopiero potem, jeżeli nadal żyjesz, słychać narastający hałas.
A co, jeśli pocisk trafiłby dokładnie… ech, nie… gdyby przez ułamek sekundy poczuł sam szpic z tą straszliwą masą powyżej, gdyby uderzyła go idealnie w czubek głowy…
Pirat kuli ramiona, znosząc banany po krętej drabince.

◽ ◽ ◽ ◽ ◽ ◽ ◽

Wyłożonym niebieskimi kafelkami patio przez drzwi do kuchni. To nie pierwszyzna: podłączyć do gniazdka amerykański mikser, wygrany zeszłego lata od jankesów: poker, licytacja, kwatery oficerów bez żon, gdzieś na północy, nie pamięta nazwy tego miejsca… Pokroić kilka bananów na kawałki. Zaparzyć kawę w dzbanku. Wyjąć puszkę mleka z lodówki. Purée bananowe zalane mlekiem. Pycha. Wymościłby nim przeżarte wódą żołądki całej Anglii… Odrobina margaryny, ciągle pachnie świeżo, podgrzać w rondelku. Obrać więcej bananów, przekroić wzdłuż. Margaryna już skwierczy, hop, wrzucamy kawałki. Zapalić piekarnik, buch!, o kurczę, któregoś dnia wysadzimy się w powietrze, cha, cha, no tak. Obrane banany w całości idą na ogień, jak tylko ruszt się rozgrzeje. Znaleźć piankę owocową…
Wtacza się Teddy Bloat w kocu Pirata naciągniętym na głowę, przewraca się na skórce od banana, ląduje na dupie.
– Zabiję się – mruczy.
– Niemcy cię wyręczą. Zgadnij, co widziałem z dachu.
– Lecącą V-2?
– Tak. A-4.
– Ja widziałem z okna. Z dziesięć minut temu. Dziwnie wyglądało, nie? Ale wybuchu nie słyszałem, a ty? Pewnikiem nie doleciała. Trafiła w morze albo coś.
– Dziesięć minut? – Prentice próbuje odczytać czas na zegarku.
– Najmniej. – Bloat siedzi na podłodze i z mozołem wciska skórkę od banana do dziurki w szlafroku jak do butonierki.
Pirat podchodzi do telefonu i, koniec końców, dzwoni do Stanmore. Musi przebrnąć przez utartą, bardzo długą, naprawdę długą procedurę i w tym czasie zdaje sobie sprawę, że przestał wierzyć w widzianą rakietę. To Bóg zerwał ją dla niego ze swego bezpowietrznego nieba jak stalowego banana.
– Mówi Prentice. Piknęło wam coś przed chwilą od strony Holandii? Aha. Aha. Myśmy widzieli. – To mogłoby zniweczyć ludzkie zamiłowanie do wschodów słońca. Rozłącza się. – Stracili ją z oczu na wybrzeżu. Twierdzą, że to przedwczesny Brennschluss.
– Głowa do góry. – Teddy czołga się z powrotem do kulawego wyrka. – Będą inne.
Dobry, kochany Bloat, zawsze doda człowiekowi otuchy. W ciągu kilku sekund, czekając na połączenie ze Stanmore, Pirat pomyślał: niebezpieczeństwo minęło, Bananowe Śniadanie uratowane. Ale to tylko odroczenie wyroku. Nie tak jest? Faktycznie, będą inne, a każda może wylądować mu na głowie. Nikt po obu stronach frontu nie wie dokładnie, ile ich będzie. Chyba trzeba skończyć z obserwacją nieba.
Na galerii stoi Osbie Feel, trzymając jeden z największych bananów Pirata w taki sposób, że owoc sterczy z rozporka jego pasiastych spodni od piżamy, i głaszcząc prawą dłonią w takcie na trzy czwarte wycelowaną w sufit wielką żółtą krzywiznę, wita świt następującymi słowami:

Pora dźwignąć dupsko z podłogi,
(chapnij ba-na-na),
Pożegnać ojczyznę zmorzoną snem błogim.
Zęby umyć i przetrzeć oczy,
Na wojnę, lewa marsz!
Powiedz Betty, że nie masz czasu, niestety,
Póki laur zwycięstwa nie będzie nasz – och.
W cywilu wszystko ułoży się pysznie,
(chapnij ba-na-na),
Wino perliste, usta dziewczyn jak wiśnie.
Lecz zostało paru fryców do ukatrupienia,
Więc na gębę przyklej uśmiech, co świat opromienia,
I, jak słyszałeś, pora dźwignąć na nogi
To twoje rozlazłe dupsko z podłogi!

Jest druga zwrotka, ale nim rozbrykany Osbie zdąży ją zaintonować, zostaje zaatakowany i gruntownie obity, także swoim krzepkim bananem, między innymi przez Bartleya Gobbitcha, DeCoverleya Poxa i Maurice’a („Saksofona”) Reeda. W kuchni czarnorynkowa pianka owocowa zsuwa się leniwie do syropu na dwupalnikowej kuchence Pirata i natychmiast zaczyna tubalnie bulgotać. Kawa zaparzona. Na drewnianym szyldzie pubu – bezczelnie zwędzonym w czasie jednego z dziennych nalotów przez pijanego Bartleya Gobbitcha – na którym nadal widnieje wyryta nazwa: „Pod Zmyłką i Fangą”, Teddy Bloat miele banany w maszynce o wielkim równoramiennym nożu, a spod nerwowego ostrza Pirat jedną ręką wygarnia jasną papkę wprost do ciasta na wafle, jędrnego od świeżych kurzych jaj, pozyskanych przez Osbiego Feela za identyczną liczbę piłek golfowych, które tej zimy są jeszcze większym rarytasem niż prawdziwe jaja, drugą zaś niezbyt energicznie miesza owoce drucianą trzepaczką, gdy tymczasem nabzdyczony Osbie, pociągając co chwilę vat 69 z wodą z ćwierćlitrowej butelki po mleku, pilnuje bananów w rondlu i piekarniku. Obok wyjścia na niebieskie patio piętrzy się betonowy model Jungfrau w zmniejszonej skali, który w latach dwudziestych pewien zapaleniec odlewał i fasonował mozolnie przez rok, aż wreszcie się zorientował, że dzieło jest za duże, by wynieść je drzwiami, i przy którym stoją teraz DeCoverley Pox i Joaquin Stick, okładając zbocza słynnej góry termoforami z czerwonej gumy, wypełnionymi kostkami lodu, bo chodzi o to, by skruszyć lód z myślą o mrożonych bananach Pirata. Z całonocnym zarostem, zmatowiałymi włosami, nabiegłymi krwią oczyma i ze smrodliwymi wyziewami z ust DeCoverley i Joaquin są umordowanymi bogami, poganiającymi opieszały lodowiec.
Po całej mezonecie inni kumple od kieliszka wyplątują się z koców (jeden puszcza wiatry, śniąc ciągle o skoku na spadochronie), szczają do umywalek, patrzą ze zgrozą na swoje odbicia we wklęsłych lusterkach do golenia, bez żadnego jasnego planu w głowie spryskują wodą czerepy z rzednącymi włosami, oplatają się pasami i koalicyjkami, rękoma o zmęczonych już tą czynnością mięśniach pastują buty tłuszczem na wypadek deszczu, śpiewają urywki szlagierów, których melodii często nie znają, wierząc, że się rozgrzeją, kładą się w smugach słońca wpadających przez triforia, zaczynają ględzić niezobowiązująco o służbowych sprawach, by wdrożyć się w to, co czeka ich za niespełna godzinę, namydlają szyje i twarze, ziewają, dłubią w nosie, wyglądając jak zbite psy, węszą po szafkach i biblioteczkach w poszukiwaniu alkoholu, by klinem zabić kaca, który nie bez racji męczy ich po minionej nocy.
Teraz rozchodzi się po wszystkich salach, przeganiając zastałą woń dymu, alkoholu i potu po nocy, delikatny, mdławy aromat Śniadania: kwiatowy, przenikliwy, zaskakujący bardziej niż barwa zimowego słońca, przejmuje przestrzeń we władanie nie tyle za sprawą swej zwierzęcej ostrości czy swego natężenia, ile wskutek nader zawiłego wiązania molekuł, współuczestnicząc w sekretnej magii, dzięki której – choć nieczęsto się zdarza, że Śmierci tak wyraźnie daje się do zrozumienia, by się odpierdoliła – łańcuchy żywych genów okazują się dostatecznie powikłane, by zachować ludzką twarz sprzed dziesięciu albo nawet dwudziestu pokoleń… właśnie to samo ustanowienie-poprzez-strukturę pozwala w ten wojenny poranek zapachowi bananów snuć się, odzyskiwać teren, tryumfować. Czy są jakiekolwiek przeciwwskazania, żeby pootwierać okna i żeby miły aromat spowił całą Chelsea? Jako zaklęcie przeciw spadającemu z nieba żelastwu…
Szurając krzesłami, ustawionymi na sztorc skrzyniami po pociskach, ławą i otomaną, zgraja Pirata zbiera się w jadalni u brzegów wielkiego stołu, tropikalnej wyspy przeciętej przez jeden zwrotnik lub nawet dwa, daleko od zimnych średniowiecznych fantazji Corydona Throspa, stłoczona nad wirującym ciemnym usłojeniem orzechowego płaskowyżu, zastawionego teraz bananowymi omletami, kanapkami z bananem, bananowymi zapiekankami, tłuczonymi bananami uformowanymi w stojącego lwa z brytyjskiego godła, bananami zmieszanymi z jajami na ciasto do francuskich grzanek i wyciśniętymi tylką cukierniczą na drżącą gładź bananowej galaretki ze słowami C’est magnifique, mais ce n’est pas la guerre (przypisywanymi pewnemu francuskiemu obserwatorowi szarży lekkiej brygady), przywłaszczonymi sobie przez Pirata jako dewizę… wysokimi flaszkami syropu bananowego do obfitego polewania bananowych wafli, gigantycznym emaliowanym garncem, w którym od lata fermentowały pokrojone w kostkę banany zalane dzikim miodem i doprawione rodzynkami sułtańskimi i z którego teraz, tego zimowego ranka, biesiadnicy nabierają kubki pełne pienistego bananowego miodu… bananowymi rogalikami i bananowymi kreplechami, bananową owsianką i dżemem bananowym, bananowym chlebem i płonącymi bananami podlanymi starym winiakiem, przywiezionym zeszłego roku przez Pirata z piwnicy w Pirenejach, gdzie zamelinowano tajną radiostację…
Terkot telefonu, rozlegający się niczym podwójne metaliczne pierdnięcie, bez trudu przedziera się przez przestrzeń jadalni, kaca, wygłupy, szczęk naczyń, służbowe pogaduszki, cierpkie rechoty. Pirat jest pewien, że to do niego. Bloat, który znajduje się najbliżej, odbiera z elegancko wzniesioną łyżką lodów bananowych w dłoni. Pirat siorbie miód z warząchwi, czuje, że napój kituje mu gardło, jakby to była pora, pora letniego spokoju, i przełyka.
– Twój szef.
– To nie w porządku – jęczy Pirat. – Jeszcze żem nie zrobił porannych pompek.
Głos, słyszany dotąd tylko raz – w zeszłym roku na odprawie, twarz i ręce zaciemnione, anonimowa postać wśród kilkunastu słuchaczy – mówi, że czeka na niego wiadomość w Greenwich.
– Nadeszła w zachwycający sposób. – Wysokie i zarazem markotne tony. – Moi przyjaciele nie są tacy sprytni. Do mnie korespondencja przychodzi zawsze pocztą. Przyjedźcie odebrać, dobrze, Prentice?
Słuchawka spada z trzaskiem na widełki, połączenie zostaje przerwane i teraz już Pirat wie, gdzie wylądowała rakieta i dlaczego nie było wybuchu. Faktycznie, przesyłka. Przez przypory światła patrzy w głąb jadalni na pozostałych, pławiących się w bananowej obfitości, a dźwięczne głoski żarłocznych podniebień gubią się gdzieś w początku dnia rozpiętym między nim a kolegami. W okamgnieniu dzieli go od nich sto mil. Samotność, gdy tylko przyjdzie jej ochota, potrafi chwycić go za pysk nawet wśród trybów tej wojny i posiąść zaborczo, jak w tej chwili. Pirat znajduje się teraz za oknem i patrzy, jak obcy ludzie jedzą śniadanie.
Jego ordynans, niejaki kapral Wayne, wiezie go sfatygowaną zieloną lagondą w miasto, na wschód, przez Vauxhall Bridge. Wydaje się, że im wyżej wznosi się słońce, tym chłodniej się robi. Wreszcie zaczynają napływać chmury. Na ulicę wysypuje się oddział amerykańskich saperów w drodze do oczyszczenia pobliskich gruzów, śpiewają:

Jest…
Zimniej niż w cipie Królowej Śniegu!
Zimniej niż gołemu śpiącemu od brzegu!
Zimniej niż dupie w fińskiej wygódce!
Zimniej niż Ruskiemu po mrożonej wódce!

Udają narodników, ale ja wiem, są z Jassy, od Corneliu Codreanu, to jego ludzie, ludzie Legionu, oni… zabijają dla niego – związani przysięgą! Chcą mnie zgładzić… Madziarzy z Transylwanii, znają zaklęcia… szepczą nocami… Oho, hrump, he, he, oto znowu popada w ten stan. Stan Pirata, kiedy akurat jak zwykle najmniej się tego spodziewa – trzeba zatem wspomnieć, że fenomen określony w teczce personalnej mianem „Pirat Prentice” sprowadza się w gruncie rzeczy do osobliwego daru… hm… wnikania w fantazje innych ludzi, a właściwie do brania na siebie obowiązku ich okiełznania, w tym wypadku urojeń rojalistycznego uchodźcy z Rumunii, który może się okazać przydatny w niedalekiej przyszłości. Dar ten Firma uznała za niebywale użyteczny; w obecnym czasie zdrowie umysłowe przywódców i polityków jest na wagę złota. Czy istnieje lepszy sposób stawiania im baniek i utaczania nadmiaru lęków niż kazać komuś, by zapanował nad galopadą ich wyczerpujących małych zwidów, żył w mdłym zielonym świetle ich azylów w tropikach, w bryzie wiejącej przez kosze plażowe, pił duże drinki, zmieniał co chwila publiczne lokale i siadał twarzą do drzwi, słowem nie pozwalał, żeby ich niewinność jeszcze cokolwiek wycierpiała… dostawał za nich erekcji w przystępie myśli uważanych przez lekarzy za niestosowne… przeżywał te wszyściuteńkie lęki, na które oni nie mogą sobie pozwolić… bo zapamiętano przecież słowa P.M.S. Blacketta: „Nie da się prowadzić wojny w przypływach emocji”. Pozostaje tylko zanucić tę wyuczoną kretyńską piosenkę i nie skrewić:

Jestem facetem, co się nie nudzi,
Bo miewa fantazje obcych ludzi
I za nich cierpi.
Nawet z panienką na kolanie,
Gdy na proszone śniadanie
Spóźnia się Kruppingham-John,
Nie zdążę spytać, komu bije…
(Teraz fanfary tub i puzonów).
Nie ma znaczenia, czy coś mi gro-o-o-o-o-zi,
Bo groźba to dach, z którego dawno rymnąłem.
Kiedyś przepadnę i nie wrócę w te strony,
Daruj sobie kielicha, coś mi go winien, Johnny,
Obsikaj mój grób i dalej jazda z tym showem!

Następnie zaczyna pląsać tu i tam, podnosząc wysoko nogi i kręcąc młynka laską zakończoną gałką w kształcie głowy W.C. Fieldsa, nos, cylinder, wszystko jak trzeba, wyraźnie zdolny do czarów, tymczasem zespół odgrywa drugi refren. Towarzyszy temu fantasmagoria, prawdziwa fantasmagoria rozpędzona w kierunku ekranu, ponad głowami widzów, torem eleganckiego wiktoriańskiego przekroju przypominającego profil konika szachowego, obmyślonego z polotem, ale bez przesady – zaraz mknie z powrotem na zewnątrz, potem znowu do środka, na zewnątrz, do środka, na zewnątrz, a skala obrazów zmienia się tak szybko, tak niespodziewanie, że w tej beczce miodu jest łyżka dziegciu, jak to się mówi. Scenami są najciekawsze chwile kariery Pirata jako zastępczego fantasty, sięgające czasów, kiedy gdziekolwiek zaszedł, z samego środka jego głowy wyrastało w formie ewidentnie mongoloidalnej wypukłości znamię Młodzieńczej Niewiedzy. Zdawał już sobie sprawę, że pewne historie, które mu się śnią, są cudze. Nie dlatego, że po przebudzeniu analizował pieczołowicie ich treść, po prostu wiedział. Potem nadszedł dzień, kiedy po raz pierwszy spotkał właściciela snu, który mu się przyśnił: park, sztuczne źródełko z wodą pitną, bardzo długi i równy szereg ławek, świadomość bliskości morza tuż za wieńcem przystrzyżonych niskich cyprysów, deptaki z szarych tłuczonych kamieni, z pozoru miękkich jak rondo filcowego kapelusza, aż chciałoby się złożyć na nich senną głowę, i oto nadchodzi śliniący się łazęga w koszuli bez guzików, taki, którego człowiek boi się spotkać, no i przystaje, by przyjrzeć się dwóm skautkom próbującym wyregulować ciśnienie w wodotrysku. Pochylają się, apetyczne ślicznotki, nieświadome, że spod spódniczek wygląda zgubna biel bawełnianych majteczek – łuki pośladków tłuściutkich niczym u niemowlaka są ciosem dla Genitalnego Mózgu bez względu na stan zbzikowania. Włóczęga rechocze i pokazuje dziewczęta palcem, po czym zerka przez ramię na Pirata i mówi coś niebywałego:
– He, he. Skautki pompują wodę… Twoim brzmieniem będzie skwiercząca noc… he, he – patrząc na niego, nie ma najmniejszej wątpliwości…
Rzecz w tym, że te same słowa przyśniły się Piratowi poprzedniej nocy, tuż przed porannym przebudzeniem, i pochodziły z tradycyjnej listy nagród w Rywalizacji, w której zrobiło się tłoczno i niebezpiecznie wskutek wtargnięcia spopielonych ulic pod dach… nie bardzo pamiętał… teraz, nieprzytomny ze strachu, odpowiada:
– Jazda stąd, bo zawołam policjanta.
Załatwił doraźnie problem. Lecz w końcu nadeszła chwila, gdy ktoś inny odkrył jego dar, ktoś, dla kogo to miało znaczenie; jakby tego było mało, Pirata męczył jego własny koszmar – melodramat w stylu Eugène Sue – w którym został porwany przez bractwo asasynów albo Sycylijczyków i wykorzystany do celów nienadających się do opisania.
W 1935 roku pierwszy raz przeżył taką historię poza wszelkim znanym stanem snu – zdarzyło się to w jego kiplingowskim okresie: jak okiem sięgnąć nieludzcy bambo z poboru, wśród wojska szerzą się leiszmanioza skórna i zakażenie nicieniami, od miesiąca brak piwa, radio zagłuszone przez inne mocarstwa, które Bóg raczy wiedzieć dlaczego chciałyby panować nad tymi wstrętnymi Murzynami, diabli wzięli wszelkie imperialne obyczaje, żadnego rozbrykanego Cary’ego Granta, wlewającego przez nieuwagę małpią miksturę do waz na poncz… ani nawet szansy odegrania Araba z Utytłanym Kinolem, to rzewna klasyka, o której słyszał każdy szeregowiec armii brytyjskiej… nic dziwnego zatem, że pewnego popstrzonego przez muchy dnia o czwartej po południu, w smrodzie gnijących skórek po melonach, przy akompaniamencie jedynej płyty gramofonowej na tym przyczółku, Sandy’ego MacPhersona, po raz tysięczny rzępolącego Zmianę warty, co się tu rozgrywa na oczach Pirata, jeśli nie wspaniała orientalna przygoda: przeskoczywszy ogrodzenie leniwie, ale z zapasem, wślizguje się do miasta, do Zakazanej Dzielnicy. Tam trafia na orgię zorganizowaną przez Mesjasza, w którym nikt jeszcze Mesjasza nie rozpoznał, i orientuje się, gdy tylko krzyżują się ich spojrzenia, że jest jego Janem Chrzcicielem, jego Natanem z Gazy, że to on właśnie musi przekonać go o jego własnej boskości, obwieścić innym o jego istnieniu, miłować go bluźnierczo i w Imię Tego, kim jest… to fantazja nikogo innego, tylko H.A. Loafa. W każdej kompanii jest przynajmniej jeden Loaf, to właśnie Loaf ciągle zapomina, że ci od Mahometa nie lubią, gdy pstryka im się zdjęcia na ulicy… to Loaf pożycza od innych koszule, to jemu kończą się fajki, to on zaraz znajduje skręta z trawki w cudzej kieszeni i zapala go w kasynie w samo południe, gdzie teraz krąży uśmiechnięty swobodnie, zwracając się chrześcijańskim imieniem do sierżanta dowodzącego plutonem czerwonych doniczek. Kiedy Pirat, popełniając fatalny błąd, sprawdza swój sen u Loafa, niebawem o wszystkim wiedzą wyższe czynniki. Informacja ląduje w teczce personalnej i w końcu Firma, niestrudzenie poszukując umiejętności przeliczalnych na pieniądz, wzywa go do podziemi Whitehall i poddaje obserwacji podczas transów wśród teł z niebieskiego rypsu i okropnych plansz, on zaś wywraca źrenice w głąb czaszki i czyta stare graffiti wytrawione we własnych oczodołach…
Podczas pierwszych kilku prób nic się nie kleiło. Marzenia senne były bez zarzutu, tyle że nie należały do nikogo ważnego. Lecz Firma jest cierpliwa, nastawiona na Długi Dystans, oto jak się sprawy mają. Wreszcie pewnego przepisowego holmesowskiego wieczoru w Londynie ze zgaszonej latarni ulicznej doszedł Pirata wyraźny smród gazu i nieopodal we mgle zmaterializował się gigantyczny kształt podobny do ludzkiego gruczołu. Ostrożnie, krok po kroku stawianym w czarnym obuwiu, Pirat się zbliżał. To coś zaczęło sunąć ku niemu po kocich łbach, powoli jak ślimak, wychodząc mu na spotkanie i zostawiając za sobą szlak śluzowatej bieli, która w żadnym razie nie brała się z mgły. Dzielił ich rozjazd kolejowy, do którego Pirat, poruszając się szybciej, dotarł pierwszy. I wtedy aż go rzuciło do tyłu ze zgrozy, z powrotem za tory – lecz takie objawienia są nieodwracalne. Był to przeogromny Migdałek Trzeci. Wielki przynajmniej jak katedra Świętego Pawła, rozrastał się z godziny na godzinę. Londyn, a może cała Anglia znalazła się w śmiertelnym niebezpieczeństwie!
Ten limfatyczny potwór zablokował niegdyś szacowne gardło lorda Blatherarda Osmo, który w swoim czasie zajmował się w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Novim Pazarem – sroga pokuta za poprzednie stulecie brytyjskiej polityki w kwestii wschodniej, bo to od tego enigmatycznego sandżaku zależał wówczas los całej Europy:

Czy ktoś wie, gdzie to jest na mapie?
Sam diabeł też się nie połapie!
I Serb z Kuli, i Czarnogórzec z Vleba
Czekają na grom z jasnego nieba – och, miła.
Spakuj mą walizkę, otrzep garnitur,
W kieszenie mi włóż po grubym cygarze.
Jeśli będziesz mnie szukać,
To w Orient Expressie,
Ostatnia stacja w Novim Pazarze!

Chór ponętnych młodych kobiet, wystrojonych nieskromnie w bermyce i wellingtony, tańczy przez chwilę, podczas gdy w innej dzielnicy Migdałek wchłania po trochu Blatherarda Osmo, trwa przerażająca przemiana plazmy komórkowej, czego wyjaśnienie przekracza możliwości edwardiańskiej medycyny… nie mija dużo czasu, gdy cylindry zaśmiecają skwery Mayfair, bezpański zapach tanich perfum unosi się w poświacie pubów na East Endzie, Migdał – bo już nie Migdałek – miota się w szale, lecz nie połyka swych ofiar na oślep, o nie, bo szatański Migdał ma mistrzowski plan, reflektuje tylko na osoby dla niego użyteczne – jak Anglia długa i szeroka dokonuje się nowa selekcja, są wybrani i pominięci, a to wtrąca tutejsze Ministerstwo Spraw Wewnętrznych w histeryczny i bolesny stan niezdecydowania… nikt nie wie, co robić… podejmuje się bez przekonania próbę ewakuowania mieszkańców Londynu, czarne faetony klekoczą w masowej, mrówczej procesji po rusztach mostów, pod niebem tkwią na posterunku balony obserwacyjne, „Mamy go, siedzi w Hampstead Heath i dyszy jak… Pojawia się i znika”. „Jakieś odgłosy?”. „O tak, to okropne… jakby przeogromny nos wciągał gluta… chwileczkę, teraz zaczyna… och, nie… o Boże, nie potrafię tego opisać, to nieludz…”. Linia zerwana, koniec połączenia, balon unosi się w świt niebieskawy jak lusterka na skrzydłach cyranki. Z Cavendish Laboratory zjeżdżają ekipy, by uzbroić Hampstead Heath w ogromne magnesy, lampy łukowe, czarne żelazne pulpity z pokrętłami i ze wskaźnikami, wojsko przybywa w pełnym rynsztunku bojowym, z granatami napełnionymi najnowszym śmiercionośnym gazem bojowym – Migdał zostaje ostrzelany, porażony prądem, zagazowany, tu i ówdzie zmienia ubarwienie i kształt, wysoko nad drzewami pojawiają się żółte zwały tłuszczu… przed obiektywami aparatów fotograficznych ze spaleniowymi lampami błyskowymi pełznie w kierunku kordonu żołnierzy przerażający zielony strąk i nagle ślurp! – obsada całego punktu obserwacyjnego zmieciona z powierzchni ziemi przez wyciek obrzydliwego pomarańczowego śluzu, w którym nieszczęśnicy zostają strawieni – ale nie krzyczą, mało tego, śmieją się, bo jest im rozkosznie…
Misja Pirata/Osmo polega na nawiązaniu kontaktu z Migdałem. Sytuacja się ustabilizowała, potwór zajął cały kwartał St. James, nie ma już zabytkowych budynków, biura rządowe przeniesiono, ale są tak rozproszone, że łączność między nimi stoi pod dużym znakiem zapytania – listonoszy w trakcie doręczania poczty porywają pokryte twardymi krostami macki w kolorze fluorescencyjnego beżu, druty telegraficzne rwą się, gdy tylko Migdałowi przyjdzie na to ochota. Każdego ranka lord Osmo zmuszony jest włożyć melonik i udać się z neseserem do Migdała, by odbębnić codzienne démarche. Zabiera mu to tyle czasu, że zaniedbuje Novi Pazar, i MSZ zaczyna się martwić. W latach trzydziestych wciąż przeważało myślenie w kategoriach równowagi sił, wszyscy dyplomaci chorowali na bałkanozę, szpiedzy o cudzoziemskich, hybrydowych nazwiskach czaili się na każdym dworcu kolejowym okrojonego Imperium Osmańskiego, agenci operacyjni tatuowali sobie pod nosem zaszyfrowane informacje w kilkunastu słowiańskich językach, następnie zapuszczali wąsy, które mogli im zgolić tylko upoważnieni do tego zakonspirowani oficerowie, a gdy już to się stało, chirurdzy plastyczni Firmy przeszczepiali kawałki skóry, by wszystko zakryć… Górne wargi były palimpsestami z tajnym pismem, pokiereszowane i nienaturalnie białe, dzięki czemu nawzajem się rozpoznawali.
Tak czy owak, Novi Pazar stanowił croix mystique na dłoni Europy i MSZ postanowiło w końcu poprosić Firmę o pomoc. Firma znała odpowiedniego człowieka.
Codziennie przez dwa i pół roku Pirat odwiedzał Migdała w St. James. Omal nie doprowadziło go to do obłędu. Zdołał wprawdzie opracować łamaną angielszczyznę, którą się porozumiewali, ale źle artykułował głoski nosowe, toteż okropnie się męczyli. Gdy tak fukali jak zakatarzeni, alieniści w czarnych garniturach zapinanych na siedem guzików, wielbiciele doktora Freuda, którego Migdał najwyraźniej miał gdzieś, stali na rozkładanych drabinach opartych o jego obrzydliwy szarawy bok i karmili go szuflami nowego cud narkotyku, czyli kokainy – pod drabiny podstawiano szeregiem całe wiadra białej substancji, którą wcierano w pulsujący Narząd i wsypywano w pełne zarazków toksyny bulgoczące wstrętnie w rozstępach jego ciała, jednak bez żadnych widocznych rezultatów (choć kto wie, co wtedy czuł Migdał, hę?).
Lord Blatherard Osmo mógł wreszcie oddać się bez reszty sprawom Novego Pazaru. Na początku 1939 roku znaleziono go zaczadzonego w tajemniczych okolicznościach w wannie napełnionej puddingiem z tapioki, w domu pewnej wicehrabiny. Niektórzy widzieli w tym rękę Firmy. Upływały miesiące, wybuchła druga wojna światowa, mijały lata, nic nie słyszano o Novim Pazarze. Pirat Prentice uratował Europę od bałkańskiego Armagedonu, o którym marzyli starcy odczuwający zawroty głowy w swych łóżkach na myśl o walnym charakterze tej batalii – ale nie od kolejnej wojny światowej. W tym czasie Firma wydzielała mu już tylko homeopatyczne dawki spokoju, dostatecznie duże, by zachował wysoką formę, nie dość jednak, by się od nich uzależnił.

◽ ◽ ◽ ◽ ◽ ◽ ◽

Dla Teddy’ego Bloata nastała pora lunchu, lecz dziś będzie, fuj, rozmiękła kanapka z bananem, zawinięta w pergamin, którą pakuje teraz do swego stylowego chlebaka z kangurzej skóry, wpychając rękę między niecodzienne artykuły pierwszej potrzeby: miniaturowy szpiegowski aparat fotograficzny, słoik wosku do wąsów, puszkę lukrecji, mentolowe i pieprzowe dropsy „Pełny Głos”, przepisane przez lekarza okulary przeciwsłoneczne w złotych oprawkach w stylu generała MacArthura, dwie bliźniacze szczotki do włosów ze srebrnymi uchwytami, każda w kształcie ognistego miecza symbolizującego SHAEF – czyli Naczelne Dowództwo Alianckich Sił Ekspedycyjnych – których obstalowanie matka zleciła firmie Garrarda i które on uważa za wyśmienitą robotę.
Jego celem w to deszczowe zimowe południe jest dom z szarego kamienia, ani duży, ani zabytkowy na tyle, by figurował w jakimkolwiek przewodniku turystycznym, niewidoczny z Grosvenor Square, usytuowany nieco na uboczu oficjalnych stołecznych tras i ścieżek. Kiedy maszyny do pisania przestają klekotać (o 8.20 i innych mitycznych porach) i niebo jest wolne od amerykańskich bombowców, a ruch uliczny na Oxford Street słabnie, słychać, jak na dworze świergolą zimowe ptaki, krzątające się przy karmnikach wystawionych przez dziewczyny.
Bruk jest śliski od mgły. Nastał mroczny, bezlitosny środek dnia, zsyłający głód tytoniowy, ból głowy i nadkwasotę, milion biurokratów szafuje śmiercią, a niektórzy nawet się z nią zaznajomili, niejeden jest już po drugim albo trzecim kuflu lub po szklaneczce, co tworzy desperacką aurę. Lecz Bloat, wchodząc przez obłożone workami z piasku wejście (prowizoryczne piramidy wzniesione w hołdzie potomstwu ciekawskich bogów, a jakże), nie czuje tej atmosfery: zbyt jest zajęty odmawianiem w myśli litanii wszystkich możliwych wymówek, na wypadek gdyby go tu przyłapali, no ale wiadomo, że nie przyłapią…
Dziewczyna w recepcji, żująca balonówę sympatyczna okularnica z Terytorialnej Służby Pomocniczej, machnięciem ręki kieruje go na górę. Spoceni w wełnie adiutanci w drodze na narady sztabowe i do ubikacji, po godzinie lub dwóch sumiennego picia, kiwają głową na powitanie, ale właściwie go nie widzą, bo to dobrze znana gęba, jak on się nazywa, kolego, to jeden z oksfordczyków, co nie, porucznik, pracuje tam, na końcu korytarza, w ACHTUNG-u…
Stary budynek został podzielony przez wojennych wandali na odrębne biura. ACHTUNG to Alianckie Centrum Humanistyczno-Techniczne. Ukierunkowanie: Niemiecka Gospodarka. Jest to wypełniona nieświeżym dymem nora, w obecnej chwili prawie opustoszała, a czarne maszyny do pisania prężą się niemal jak kamienne nagrobki. Na podłodze leży brudne linoleum, nie ma okien: światło elektryczne jest żółte, tanie, bezduszne. Bloat zagląda do pomieszczenia przydzielonego jego dawnemu koledze z Jesus College, porucznikowi Oliverowi („Chyżemu”) Mucker-Maffickowi. Żywej duszy. Chyży i jankes są na lunchu. Dobrze. Cap stary aparat z chlebaka, pstryk, lampa na giętej nóżce włączona, przekrzywić klosz, o tak…
Takie klitki są pewnie w całym europejskim teatrze wojennym: tylko trzy ścianki z obskurnej, odrapanej płyty pilśniowej w kremowym kolorze, nieprzykryte nawet sufitem. Chyży dzieli to pomieszczenie z amerykańskim kolegą, porucznikiem Tyrone’em Slothropem. Ich biurka ustawione są do siebie pod kątem prostym, toteż utrzymanie kontaktu wzrokowego możliwe jest tylko przy skręceniu szyi o blisko dziewięćdziesiąt stopni. Na biurku Chyżego panuje porządek, na biurku Slothropa widać okropny bałagan. Ostatni raz politura drewnianego blatu oglądała świat w 1942 roku. Śmieci poukładały się z grubsza w warstwy, spajane biurokratyczną mastką sięgającą niezawodnie samego podłoża, która składa się z milionów maleńkich czerwonych i brązowych paproszków po gumce do wycierania, ze spiralnych wiórków po temperowanych ołówkach, z wyschniętych plam po kawie i herbacie, ze śladów cukru i mleka w proszku, z mnóstwa popiołu ze szlugów, pstrykniętych palcami mikroskopijnych drobinek zaschniętego tuszu wydłubanych z taśm do maszyny do pisania, rozkładającego się kleju introligatorskiego i rozkruszonych na miazgę tabletek aspiryny. Dalej idą porozsypywane spinacze do papieru, kamyczki do zapalniczek marki Zippo, elastyczne gumki, zszywki, niedopałki i zgniecione paczki po papierosach, zbłąkane zapałki, szpilki, stalówki piór, ogryzki kredek we wszystkich kolorach, nie wyłączając trudnego do zdobycia fioletu heliotropowego i umbry naturalnej, drewniane łyżeczki do kawy, pastylki z kory wiązu przysłane mu na ból gardła przez mamę, Nalline, aż z Massachusetts, kawałki taśmy, sznurka, kredy… a na tym wszystkim warstwa zapomnianych notatek, szarych okładek po kartkach żywnościowych, numery telefonów, listy bez odpowiedzi, postrzępione kalki, nagryzmolone akordy na ukulele do kilkunastu piosenek, między innymi Johnny Doughboy znalazł różę w Irlandii („Obcykał parę żwawych aranżacji – donosi Chyży – bo to swego rodzaju amerykański George Formby, jeśli można sobie wyobrazić kogoś takiego”, lecz Bloat dochodzi do wniosku, że raczej nie można), pusta buteleczka po odżywce do włosów, zagubione części różnych układanek ukazujące fragment bursztynowego oka wyżła weimarskiego, fałdy zielonej sukni z aksamitu, szaroniebieską żyłę w dalekiej chmurze, pomarańczową aureolę eksplozji (może to zachód słońca?), nity w powłoce latającej fortecy i różowe udo odymającej wargi seksbomby… kilka starych cotygodniowych sprawozdań wywiadowczych z G-2, pęknięta i skręcona struna od ukulele, pudełeczka z powleczonymi klejem różnokolorowymi gwiazdkami z papieru, elementy latarki, wieczko od puszki po paście do butów, w której co jakiś czas Slothrop przygląda się swemu niewyraźnemu mosiężnemu odbiciu, niezliczona liczba informatorów z usytuowanej w głębi korytarza biblioteki ACHTUNG-u: słownik technicznej niemczyzny, wydany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych Podręcznik specjalny, plan miasta, no i na ogół, chyba że ktoś podkradnie albo wyrzuci, numer „News of the World” gdzieś w środku tego wszystkiego, bo Slothrop jest wiernym czytelnikiem tej gazety.
Na ścianie obok biurka Slothropa wisi mapa, konkretnie plan Londynu, który Bloat teraz starannie obfotografuje niewielkim aparatem. Chlebak jest otwarty i po klitce rozchodzi się zapach dojrzałych bananów. Czy powinien zapalić szluga, żeby to zamaskować? Tu nie ma żadnego przewiewu, zorientują się, że ktoś był. Cztery zdjęcia, klik, zzzzzyt, klik, rany, ale nabrał w tym wprawy – gdyby ktoś zajrzał, natychmiast rzuca aparat do chlebaka, gdzie kanapka z bananem amortyzuje groźne przeciążenie i lądowanie, podobnie jak tłumi demaskujący odgłos.
Szkoda, że ci, którzy finansują te podchody, nie wybulą na kolorowy film. Bloat zastanawia się, czy to na pewno nie robi różnicy, lecz nie zna nikogo, kogo mógłby spytać. Gwiazdki naklejone na mapę Slothropa ukazują bowiem całe spektrum barw, od srebrnej (oznaczonej imieniem Darlene), współtworzącej konstelację z Gladys, to ta zielona, i Katherine, to złota, i gdy tak oko wędruje, mamy Alice, Delores, Shirley, dwie Sally – tutaj większość to czerwień i błękit – i skupisko niedaleko Tower Hill, zagęszczenie fioletu w okolicy Covent Garden, mgławicę sunącą do Mayfair, Soho i dalej aż do Wembley i ku Hampstead Heath – ten odklejający się tu i ówdzie połyskliwy, wielobarwny firmament rozciąga się we wszystkich kierunkach: Caroline, Maria, Anne, Susan, Elizabeth, każde imię razy kilka.
Lecz być może kolory są sprawą przypadku, nie szyfrem. Być może dziewczyny nawet nie istnieją naprawdę. Za pośrednictwem Chyżego, po tygodniach niby mimochodem rzucanych pytań („Wiemy, że jest twoim kolegą ze szkolnej ławy, ale włączenie go byłoby zbyt ryzykowne”), Bloat może donieść tylko tyle, że Slothrop powiesił plan Londynu na ścianie jesienią, mniej więcej wtedy, gdy z polecenia ACHTUNG-u zaczął krążyć po mieście, żeby oglądać zniszczenia spowodowane pociskami rakietowymi – mając najwyraźniej dość czasu na podryw w trakcie kursowania wśród miejsc nawiedzonych przez śmierć. Jeśli istnieje konkretny powód, dlaczego co kilka dni na mapie rozkwitają nowe gwiazdki, to Amerykanin go nie zdradził – wszystko wskazuje na to, że nie nalepia ich dla rozgłosu, bo tylko Chyży zerka na plan, i to raczej w duchu przyjaznej antropologii – „nieszkodliwy jankeski sport”, tłumaczy swemu koledze Bloatowi. „Może to po to, żeby się w nich wszystkich nie pogubił. Prowadzi dość bogate życie towarzyskie”. Po czym wdaje się w historie o Lorraine i Judy, konstablu homoseksualiście o imieniu Charles i fortepianie w składzie antykwarycznym, o dziwacznej maskaradzie, w której brała udział pewna Gloria i jej ponętna matka, o zakładzie w wysokości funta szterlinga, kto wygra w meczu Blackpool kontra Preston North End, o niecenzuralnej wersji Cichej nocy i opatrznościowej mgle. Ale żaden z tych wątków nie wyjaśnia za wiele, przynajmniej jeśli chodzi o cele tych, którym Bloat składa raporty…
Hak im w smak. Skończył. Chlebak zamknięty, lampa zgaszona i przesunięta na swoje miejsce. Być może zdąży jeszcze złapać Chyżego „Pod Zmyłką i Fangą”, bo najwyższa pora na piwo z towarzyszem broni. Wraca labiryntem z płyt pilśniowych, rozświetlonym nikłym żółtym światłem, pod prąd strumienia nadchodzących dziewcząt, obutych w kalosze, zachowując rezerwę, ani jednego uśmiechu, nie ma czasu na klapsy i podszczypywanko, rozumie się, musi jeszcze wywiązać się z dzisiejszej dostawy…

◽ ◽ ◽ ◽ ◽ ◽ ◽

Wiatr zmienił kierunek na południowo-zachodni, opada słupek barometru. Pod zwałami deszczowych chmur wczesnym popołudniem jest ciemno jak wieczorem. Zmoknie i Tyrone Slothrop. Ma za sobą długą idiotyczną pogoń do południka zerowego w Greenwich – i jak zwykle niewiele zobaczył. Wygląda na to, że rakieta znowu przedwcześnie wybuchła, bo deszcz płonących odłamków spadł na obszarze wielu mil, większość do rzeki, ostała się tylko jedna część średniej wielkości, otoczona teraz, kiedy Slothrop zjawił się na miejscu, najciaśniejszym i najbardziej nieprzyjaznym kordonem funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa, jaki kiedykolwiek widział. Miękkie, wypłowiałe berety na tle ciemnoszarych chmur, steny Mark III nastawione na prucie serią, sumiaste wąsy zakrywające całe usta, nie ma żartów – żadnej szansy, by amerykański porucznik mógł zerknąć, nie dziś.
Bo ACHTUNG to ubogi krewny alianckich wywiadów. Przynajmniej tym razem Slothrop nie jest jedynym poszukiwaczem; odczuwa kiepską satysfakcję na widok konkurenta z Wywiadu Technicznego, a zaraz potem z wielkim szumem przybywa wolseyem wasp rocznik ‘37 szef całej sekcji i obaj odchodzą z kwitkiem. Ha! Żaden z nich nie odpowiada na przyjazne skinienie Slothropa. Życie nie pieści, co, koledzy? Cwany Tyrone kręci się jednak w pobliżu, częstując papierosami dopóty, dopóki nie zorientuje się przynajmniej, czym konkretnie niebo poczęstowało Londyn.
To grafitowy cylinder, długość około sześciu cali, średnica dwa, z wierzchu wszystko zwęglone oprócz paru płatów zgniłozielonej farby. Jedyna część, która zachowała się po wybuchu. Najwyraźniej tak miało być. Bo do środka napchano jakichś papierów, zdaje się. Starszy sierżant oparzył sobie rękę, kiedy to podnosił, wrzasnął: „Kurwa mać!”, co wzbudziło śmiech wśród jego podwładnych. Wszyscy wokół czekają na niejakiego kapitana Prentice’a z Dowództwa Operacji Specjalnych (tym drażliwym skurwysynom nigdy się nie śpieszy), który właśnie się zjawia. Slothrop widzi go przelotnie – ogorzała twarz, niezły kawał sukinkota. Prentice bierze cylinder, odjeżdża i tyle.
W takim razie, kombinuje Slothrop, nieco znużone już ACHTUNG może po raz n-ty skierować do Dowództwa Operacji Specjalnych międzywydziałowe podanie z prośbą o informacje na temat zawartości cylindra, które jak zwykle pozostanie bez odpowiedzi. Dobra, w porządku, nie ma pretensji. DOS ignoruje wszystkich, a wszyscy ignorują ACHTUNG. A w ogóle, jakie to ma znaczenie? Na razie to jego ostatnia rakieta. Oby na zawsze.
Tego ranka w swoim koszyku z pocztą znalazł rozkazy odkomenderowujące go do jakiegoś szpitala na East Endzie. Żadnych wyjaśnień poza dołączoną kopią wniosku pod adresem ACHTUNG-u, w którym domagano się wysłania go „w ramach programu doświadczalnego ZWP”. Doświadczalnego? ZWP to Zarząd Walki Politycznej, sprawdził. Pewnie szykuje się więcej tego Minnesockiego Wielowymiarowego Gówna. Ale przynajmniej czeka go odmiana, bo ma już trochę dosyć uganiania się za rakietami.
Dawniej Slothropowi zależało. Słowo honoru. Przynajmniej tak mu się wydaje. Wiele tego, co zdarzyło się przed 1944 rokiem, zaciera się w pamięci. Pierwsze naloty jawią się teraz jako długie pasmo szczęśliwych przypadków. Nic, co zrzuciło Luftwaffe, nie spadło blisko niego. Ale latem zaczęli wystrzeliwać bomby latające. Szedł sobie ulicą albo kimał w łóżku i nagle nad dachami rozchodził się ten dziwny dźwięk przypominający pierdnięcie – jeśli odgłos się nasilał, osiągał coraz wyższe tony i zaraz oddalał, no, to wtedy można było odetchnąć, bo to już zmartwienie kogoś innego… Gorzej, gdy silnik gasł, no, wówczas ratuj się, kto może – bomba zaczynała nurkować, paliwo tryskało tyłem z komory spalania i miałeś dziesięć sekund, żeby się gdzieś schronić. No, może, z ręką na sercu, nie było aż tak źle, bo po pewnym czasie człowiek się przyzwyczajał – Slothrop zakładał się nawet o szylinga lub dwa z Chyżym Mucker-Maffickiem przy sąsiednim biurku o to, gdzie trafi następna zabawka…
Ale potem, we wrześniu, zaczęły nadlatywać rakiety. Pierdolone rakiety. Do tych kurew nie można się przyzwyczaić. Nijak. Pierwszy raz ze zdziwieniem stwierdził, że naprawdę się boi. Zaczął więcej popijać, mniej spać, palił jednego za drugim, mając poczucie, że zachowuje się jak frajer. Chryste, to przecież nie może tak trwać…
– Rany boskie, Slothrop, przecież memłasz już jednego w gębie…
– To nerwy – odpowiada i mimo wszystko zapala.
– To przynajmniej kopć swoje – prosi Chyży.
– Dwa naraz, widzisz? – Kieruje papierosy do dołu, aż wyglądają jak kły bestii z komiksu.
Porucznicy patrzą na siebie w piwnym półmroku, tymczasem za wysokimi zimnymi oknami pubu „Pod Zmyłką i Fangą” powoli przemija dzień, a Chyży zaraz roześmieje się albo prychnie „O Boże!” nad dzielącym ich czworonożnym drewnianym Atlantykiem.
W ciągu ostatnich trzech lat był niejeden taki Atlantyk, nierzadko bardziej wzburzony niż ten, który William, pierwszy transoceaniczny Slothrop, przepłynął wiele pokoleń temu. Barbarzyński ubiór i język, skandaliczne zachowanie – pewnego okropnego wieczoru pijany Slothrop, gość Chyżego na zebraniu klubu Junior Anthenaeum, dał taki popis, że obu wyrzucono na zbity pysk, bo dziobem wypchanej sowy próbował przebić szyję DeCoverleya Poxa, a osaczony na stole bilardowym Pox chciał mu wtłoczyć bilę do gardła. Tego rodzaju historie zdarzają się przeraźliwie często, lecz dobroć to dostatecznie krzepki statek nawet na takie oceany, bo Chyży zawsze jest obok, czerwieni się albo uśmiecha, i Slothrop dziwi się, jak to możliwe, że jeśli się nad tym zastanowić, to nigdy się na nim nie zawiódł.
Wie, że może zwierzyć się z tego, co leży mu na wątrobie. Ma to niewiele wspólnego z dzisiejszym intymnym raportem na temat Normy (z Cedar Rapids, z dołeczkami, nogi jak u smarkuli), Marjorie (wysoka, szykowna, figura tancerki z Windmill Theatre) i osobliwych wydarzeń sobotniej nocy w klubie Frick Frack w Soho, lokalu o nie najlepszej renomie, gdzie są ruchome pastelowe światła i wywieszki WSTĘP WZBRONIONY oraz ZABRANIA SIĘ TAŃCZYĆ JITTERBURGA, co ma rozwiać podejrzenia funkcjonariuszy policji, wojska i służb cywilnych wszelkiego autoramentu, cokolwiek w tych czasach znaczy „cywilny”, którzy zaglądają tam od czasu do czasu, i gdzie wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, za sprawą jakiejś strasznej zmowy, Slothrop, który miał spotkać się z jedną z nich, wchodzi i widzi obie, tuż obok siebie, w kadrze akurat dla jego oczu, nad ramieniem młodszego mechanika ubranego w mundur z niebieskiej wełny i pod śliczną nagą pachą rozbrykanej w tańcu dziewczyny o skórze pobarwionej na fioletowo przez zmieniające się światło, paranoja się rozkręca, dziewczyny zaczynają się odwracać w jego stronę…
Tak się składa, że na mapie Slothropa obie młode panie są srebrnymi gwiazdkami. Pewnie w jednym i drugim wypadku czuł się srebrzyście – promienny, rozdzwoniony. Kolory gwiazdek, od szarości po złoty, odzwierciedlają jego samopoczucie danego dnia. Nie układa jednak rankingu, jak mógłby? I tak mapy nie ogląda nikt oprócz Chyżego, a poza tym, Boże, one wszystkie są tak samo piękne… pąki i rozkwitłe kwiaty, rozproszone po całym zimowym mieście, w herbaciarniach, w kolejkach, opatulone, w chustkach, wzdychające, kichające, nogi w fildekosowych pończochach na krawężnikach, bo łapią okazję, albo siedzą przy maszynach do pisania, albo w archiwach, z żółtymi ołówkami wetkniętymi w upięte włosy, Slothrop napotyka je wszystkie – damy, lale, swetrówki – tak, być może to lekka obsesja, ale… „Wiadomym, że jest na świecie dość miłowania i radości – głosił kaznodzieja Thomas Hooker – jak dość dzikiego tymianku i innego ziela, lecz my dostąpimy miłości i radości w ogrodzie rajskim doglądanym przez Boga samego”. Ogród Slothropa też rośnie bujnie. Roi się w nim od powojnika i niezapominajki, od ruty, a wszędzie pleni się bratek fioletowy i żółty jak dwudniowy siniak.
Lubi opowiadać im o robaczkach świętojańskich. Angielki figę wiedzą o robaczkach, a to chyba wszystko, co z kolei Slothrop wie o Angielkach.
Mapa intryguje Chyżego. Nie sposób złożyć jej istnienia na karb zwykłego samochwalstwa Amerykanów latających za dupeczkami, co najwyżej można ją uznać za funkcjonujący w próżni odruch z lat studenckich, nad którym Slothrop nie może zapanować – jak pies szczekający w pustym laboratorium, w ciasnocie akustycznych korytarzy – funkcjonujący, gdy już dawno nie ma ku temu powodu, bo przecież koledzy pojechali na wojnę światową, żeby spotkać śmierć. Tak naprawdę Slothrop nie lubi rozmawiać o swoich podbojach; Chyży musi go podpytywać dyplomatycznie, nawet teraz. Z początku, okazując osobliwą rycerskość, Slothrop w ogóle nie chciał nic powiedzieć, aż wreszcie zorientował się, jak bardzo nieśmiały jest Chyży. Wtedy zaświtało mu, że Chyży chce, by go z którąś umówić. Mniej więcej w tym samym czasie Anglik zaczął dostrzegać skalę izolacji Slothropa. Wydawało się, że poza mrowiem dziewczyn, które rzadko widuje drugi raz, nie ma on w Londynie nikogo, z kim mógłby o czymkolwiek porozmawiać.
Z sumiennością maniaka Slothrop codziennie dogląda swojej mapy. W najlepszym wypadku celebruje w ten sposób zmianę, przemijanie, od którego – pośród nagłych zniszczeń zsyłanych z nieba, tajemniczych rozkazów biorących się z mrocznych knowań nocy, która dla niego jest czasem bezczynności – potrafi niekiedy ocalić chwilę, wspomnienie coraz chłodniejszych dni, porannego szronu, piersi Jennifer pod zimnym wełnianym swetrem, dotykanych, by ogrzać sobie dłonie w zaczadzonym korytarzu za dnia wypełnionym przygnębieniem, o którym się nie dowie… filiżanki gorącego prawie jak ukrop bulionu, parzącej jego gołe kolano, kiedy Irene, naga tak jak on w smudze okiennego światła, sprawdza po kolei drogocenne nylonowe pończochy, żeby znaleźć parę takich, w których nie puściło oczko, a każda błyska słońcem przedostającym się z dworu przez treliaż zimy… nosowych głosów rozśpiewanych Amerykanek z płyty pod zdartą igłą w radioli matki tej Allison… tulenia się w chłodzie, zasłon zaciemniających wszystkie okna, braku światła prócz żaru ostatniego papierosa – tego angielskiego robaczka świętojańskiego – za jej sprawą piszącego zamaszyście wyrazy, które trochę się ciągną, słowa, których on nie potrafi odczytać…
– No i co się stało? – Ale Slothrop milczy. – Co zrobiły te dwie dziewuchy… gdy cię zobaczyły? – Wtedy spostrzega, że Slothrop, zamiast opowiadać dalej, siedzi roztrzęsiony. Już od dłuższej chwili. Fakt, zimno tutaj, ale nie aż tak. – Ej?
– Jezusie, nie wiem, co mi jest. – A jednak to ciekawe. Uczucie najosobliwsze z osobliwych. Nie potrafi powstrzymać się od dygotu. Stawia kołnierz kurtki, dłonie wciąga w rękawy i siedzi tak przez moment.
Potem, po krótkiej przerwie, gest papierosem.
– Nie słychać, jak nadlatują.
Chyży wie, o czym mowa. Ucieka oczami w bok. Chwila milczenia.
– Jasne, że nie, przecież lecą szybciej niż dźwięk.
– Nie, nie o to chodzi – słowa wyrywają się z ust między napadami trzęsionki – bo te pierwsze, V-1, je przecież słychać, nie? I człowiek ma szansę zejść im z drogi. A te najpierw wybuchają, a-a-a dopiero potem słychać, że nadlatują. Tylko że jak już nie żyjesz, to nie słyszysz.
– Tak samo jest w piechocie. Wiesz przecież. Nigdy nie słyszysz kuli, która cię trafia.
– E tam, gadanie…
– Wyobraź to sobie jako wielki nabój, Slothrop. Nabój z brzechwami.
– Jezusie – szczęka zębami Amerykanin – ty to potrafisz pocieszyć człowieka.
Nachylając się z troską w oparach chmielu i brązowym półmroku, bardziej przejęty dygotem Slothropa niż jakimkolwiek własnym zwidem, Chyży dysponuje tylko oklepanymi metodami przeciwdziałania podobnym stanom.
– Spróbujmy może pojechać tam, gdzie parę spadło…
– Po co? Daj spokój, przecież są kompletnie zniszczone, nie?
– Nie wiem. Wątpię, czy nawet Niemcy wiedzą. Ale to najlepszy sposób, żeby zakasować tę bandę z Wywiadu Technicznego. Nie?
W taki właśnie sposób Slothrop zaczął badać „incydenty” z rakietami V. Musztarda po obiedzie. Na początku ktoś z obrony cywilnej podsyłał co rano ACHTUNG-owi listę trafień z poprzedniego dnia. Slothrop dostawał ją ostatni i wtedy brał dyspozycje, wyciągał wysłużonego humbera z bazy i ruszał poniewczasie na poszukiwania, Święty Jerzy w pościgu za smokiem, po którym zostały tylko odchody, na tropie unicestwionych już fragmentów niemieckiej techniki, następnie pisał pozbawione treści meldunki w notatniku – terapia przez pracę. W miarę jak sygnały o nalotach coraz szybciej docierały do ACHTUNG-u, nierzadko zjawiał się na tyle wcześnie, że pomagał ekipom ratunkowym – wchodził śladem niezmordowanych RAF-owskich psów w chmury tynku, w opary ulatniającego się gazu, między przechylone słupy i pogięte zbrojenie, obalone na twarz beznose kariatydy, w miejsca, gdzie rdza pokrywała już gwoździe i obnażone gwinty, gdzie pylista ręka Nicości dotknęła tapety szeleszczącej ogonami pawi, dawno temu rozpostartymi na głębokich trawnikach przed domami z epoki georgiańskiej, bezpiecznymi dąbrowami… między wołania o ciszę, gdy wśród gruzowiska dostrzegano wystającą rękę albo bielącą się skórę szczęśliwca, który ocalał, lub ofiary. Jeżeli nie był w stanie pomóc, trzymał się z boku, na początku modląc się konwencjonalnie do Boga – po raz pierwszy od tamtych dawniejszych nalotów – żeby zwyciężyło życie. Lecz zbyt wielu ludzi ginęło i teraz przestał się modlić, bo nie widział w tym sensu.
Wczoraj był dobry dzień. Odnaleźli żywe dziecko, dziewczynkę, na wpół uduszoną pod zwalonym schronem typu Morrison. W oczekiwaniu na nosze Slothrop wziął ją za zsiniałą z zimna rączkę. Po ulicy ujadały psy. Kiedy otworzyła oczy i zobaczyła go, jej pierwsze słowa brzmiały: „Ma pan gumę, proszę pana?”. Była uwięziona pod gruzami przez dwa dni, bez gumy do żucia, a on miał w kieszeni tylko pastylki na gardło, do tego z kory wiązu. Poczuł się jak dureń. Gdy ją zabierali, pocałowała go w rękę, a w świetle reflektorów jej usteczka i policzki były zimne jak lód, miasto wokół przeobrażone błyskawicznie w wielką porzuconą lodówkę, w której panuje stęchła woń i która nie kryje już w swym wnętrzu żadnych niespodzianek. I wtedy uśmiechnęła się blado i od razu się zorientował, że na to właśnie czekał, rany koguta, na ten uśmiech Shirley Temple, jak gdyby miał on przekreślić wszystko, co ją spotkało. Co za idiotyczna myśl. Wisi na ostatniej gałęzi drzewa swojej rodziny, trzysta lat jankesów z bagien, i nie stać go na nic więcej prócz zawarcia nerwowego rozejmu z ich opatrznością. Détente. Ruiny, które codziennie jeździ oglądać, są kazaniem o marności. To, że mimo upływu tygodni nie znalazł najmniejszego odłamka rakiety, dowodzi, jak niepodzielna jest śmierć… Wędrówka Slothropa: doczesne miasto Londyn udziela mu nauki. Wystarczy skręcić za byle róg, żeby znaleźć się w zasięgu paraboli.
Dręczy go obsesyjnie myśl o rakiecie z jego nazwiskiem wypisanym na boku – jeśli oni naprawdę uwzięli się na niego („oni” obejmuje w tym wypadku znacznie więcej niż nazistowskie Niemcy), to najpewniejszy sposób, przecież nic by ich nie kosztowało malowanie jego nazwiska na każdej, prawda?
– Sprytnie. – Chyży przypatruje mu się wymownie. – To się przydaje, zwłaszcza na froncie. Wiesz, o czym mówię. O udawaniu. Diabelnie się przydaje. Nazywa się „paranoja wojenna” czy coś takiego. Ale…
– Kto tu udaje, co? – Slothrop zapala papierosa i potrząsa grzywką w kłębach dymu. – Kurczę blade, Chyży, posłuchaj, nie chcę cię straszyć, ale… Powinni mnie byli odwołać cztery lata temu. A teraz to się może zdarzyć w każdej chwili, w następnej sekundzie, znienacka… kurwa mać… kompletne zero, po prostu nic… i…
Tego nie można zobaczyć ani wziąć do rąk – nagły wybuch gazów, przemoc w powietrzu, po której nie zostaje ślad… Słowo wypowiedziane bez uprzedzenia wprost do jego ucha, potem cisza na wieki wieków. Poza niewidzialnością, poza uderzeniem młota, trąbą Sądu Ostatecznego, tam właśnie kryje się prawdziwa zgroza, drwiąca, obiecująca mu śmierć z niemiecką precyzją i pewnością siebie, wyśmiewająca wszystkie zwykłe odruchy przyzwoitości Chyżego… nie, mistrzu, to nie żaden nabój z brzechwami, nie Słowo, lecz jedno jedyne Słowo, które rozrywa dzień na strzępy…
Było piątkowe popołudnie, wrzesień, szedł tuż po służbie do stacji metra przy Bond Street, myślami błądząc wokół czekającego go weekendu i dwóch dziewczyn ze służby pomocniczej, Normy i Marjorie, które nie mogły się o sobie dowiedzieć, no i gdy akurat podniósł rękę, żeby podłubać w nosie, z tyłu, milę w górę rzeki, rozległ się ostry trzask i wielki wybuch – memento mori – który przetoczył się po niebie. Jak huk piorunu. Ale nie całkiem. Parę sekund później to samo, tym razem z przodu: donośnie i wyraźnie, nad całym miastem. Wzięty w dwa ognie. Żadna tam bomba latająca, żadna Luftwaffe.
– Grzmot chyba też nie – powiedział na głos, zaintrygowany.
– Pewnie gazociąg diabli wzięli. – Przechodząca obok kobieta z oczami podpuchniętymi po całym dniu i pudełkiem na lunch trąciła go łokciem w plecy.
– Nie, to Niemcy chcą dopaść jego – odparła jej koleżanka z zakręconymi jasnymi lokami pod kraciastą chustką, odbębniając jakiś potworny rytuał, bo wskazała palcem Slothropa. – Najbardziej lubią grubych, pyzatych Amerykanów. – Za chwilę pewnie potarmosi go za policzek.
– Cześć, ślicznotko – rzekł. Na imię miała Cynthia. Zdołał wyciągnąć od niej numer telefonu, zanim pomachała mu na pożegnanie, pa-pa, poniesiona naporem tłumów w godzinie szczytu.
Było to jeszcze jedno wielkie żelazne popołudnie w Londynie: żółte słońce rozdzierał na kawałki tysiąc sapiących kominów, łaszących się bezwstydnie do nieba. Ich dym to coś więcej niż tchnienie dnia, niż mroczna moc – to majestatyczna postać, która żyje i się porusza. Ludzie przechodzili przez ulice i place, kierując się we wszystkie strony. Setki zgrzytających autobusów toczyło się długimi betonowymi wiaduktami, pobrudzonymi wskutek wielu lat bezlitosnego, posępnego użytkowania, między omglony szarością i osmolony tłustą czernią czerwony ołów i blade aluminium, między góry śmieci strzeliste jak wieżowce, sierpami zakrętów, w ulice zakorkowane przez konwoje wojska, kolejne autobusy, ciężarówki, rowery i samochody osobowe, a każdy pojazd zmierzał w inne miejsce i z innego przybył, choć wszystkie były w ruchu, sunęły rwanym rytmem, wyżej zaś królowały wielkie gazowe zgliszcza słońca pośród kominów, balonów zaporowych, linii wysokiego napięcia i dymników brązowych jak starzejące się meble, coraz ciemniejszych, czerniejących w okamgnieniu – być może to jest prawdziwy zachód słońca – oto macie wino, wino i pociechę.
Zegarek wskazywał godzinę szóstą czterdzieści trzy minuty i szesnaście sekund brytyjskiego podwójnego czasu letniego: niebo, wygrzmocone jak werbel Śmierci, wciąż rozbrzmiewało pomrukiem, a kutas Slothropa – że co? Faktycznie, zagląda do przydziałowych gaci, a tam czai się wzwód, gotów wyskoczyć na świat. Dobry Boże, skąd się wziął?
Historia jego rodu, a najprawdopodobniej także – Boże, miej go w swojej opiece – jego teczka personalna, donoszą o pewnym osobliwym uwrażliwieniu na to, co pojawia się na niebie. (No dobrze, ale żeby aż wzwód?!)
Na starym łupkowym nagrobku na przykościelnym cmentarzu kongregacjonistów w rodzinnym Mingeborough w Massachusetts z obłoku wyłania się boża ręka, a kontury rytu tu i ówdzie zatarło dwieście lat nieustannego trudu to ognistego, to lodowego dłuta kolejnych pór roku, inskrypcja zaś głosi:

Pamięci
Constanta Slothropa
zmarłego 4 marca Roku Pańskiego 1766
w wieku lat 29

Jam spłacił naturze należny dług śmierci,
Od którego i żaden z was się nie wykręci.

 
Wesprzyj nas