Czym jest dusza – i czy w nią jeszcze wierzymy? Przez wieki uważano ją za istotę człowieczeństwa, nieśmiertelny pierwiastek, który przetrwa śmierć ciała. Dziś nauka mówi o umyśle i mózgu, a dawny koncept duszy zdaje się znikać z naszego świata. W książce „Dusza” historyk Paul Ham zabiera nas w podróż przez tysiąclecia ludzkich wierzeń, idei i odkryć, by zrozumieć, jak zmieniało się nasze myślenie o tym, co czyni nas ludźmi.


Niemal każdy uważa, że ma duszę, ale nikt nie wie, czym ona jest.

Przez tysiące lat postrzegano ją jako „organ”, odrębny byt, część każdego z nas, która przetrwa śmierć ciała i trafi do otchłani, piekła lub nieba. Duszę można było zbawić, potępić, dręczyć, odkupić lub zaprzedać.

A potem w tajemniczy sposób dusza zniknęła. Oświecenie nazwało ją umysłem. Dziś neurobiolodzy dowodzą, że umysł jest „dzieckiem” mózgu. „Dusza religijna” żyje dalej w umysłach wiernych, podczas gdy „dusza świecka” może oznaczać cokolwiek.

„Dusza” to coś więcej niż tylko hipnotyzująca opowieść, wyjątkowo przystępnie wyjaśniająca naszą historię.

Ceniony historyk Paul Ham – chcąc przywrócić historii ideę duszy ludzkiej i pokazać, w jaki sposób wiara w duszę/umysł oraz wynikające z niej przekonania ożywiały i napędzały historię ludzkości – wyrusza w podróż, której nikt dotąd się nie podjął.

Paul Hammerness
Dusza. Historia ludzkiego umysłu
Przekład: Filip Godyń
Wydawnictwo Znak
Premiera: 24 września 2025
 
 


PRELUDIUM


ale to nie była Historia,
tylko wiara

Z wiersza Morze jest historią Dereka Walcotta (1930–2017)

Jest to historia duszy czy też tego, co obecnie nazywamy umysłem – owego tajemniczego głosu wewnętrznego, który skłania nas do myślenia i działania i który u każdego i każdej z nas jest niepowtarzalny.
Przez całe stulecia za duszę uważano naszego bezcielesnego ducha, któremu po śmierci ciała przeznaczone było niebo bądź piekło. Dziś swój umysł postrzegamy jako wytwór naszego mózgu, fabrykę naszych myśli, naszych przekonań i naszej siły woli.
Ten dziwny, subiektywny charakter naszego umysłu nadal jednak zdumiewa neuronaukowców i dostarcza frustracji instytucjonalnym religiom. Co odróżnia nasze umysły? Dlaczego moja prawda to dla ciebie kłamstwo? Dlaczego to, co uważam za dobre, dla ciebie jest złem? Jakie jest źródło tych przekonań? I dlaczego ludzie usiłują takie przekonania narzucać innym, niekiedy z miłością, często przemocą?
Początkiem historii intelektualnej gatunku Homo sapiens było stworzenie bogów przez ludzi z epoki kamienia. Jej końcem może być próba replikacji ludzkiej świadomości w naszej własnej epoce. W ciągu trzystu tysięcy lat dzielącym te dwie epoki nasze mózgi dokonały wielu ewolucyjnych skoków, poczynając od najbardziej zamierzchłych przebłysków samoświadomości u prehistorycznych homininów, aż po samowolną inteligencję współczesnego człowieka, w efekcie czego jesteśmy zdolni zarówno do największego okrucieństwa, jak i do najbardziej szlachetnych aktów współczucia.
Śledzenie drogi naszej duszy, czy też psyche, do jej obecnej postaci to zdumiewająca podróż samopoznawcza. Na tej trasie będziemy analizować pierwsze oznaki samoświadomości u ludzi prehistorycznych, najwcześniejsze koncepcje świadomości i nieśmiertelności w Egipcie, hinduistyczne i buddyjskie pojęcia karmy i reinkarnacji, starochińskie i starogreckie teorie jaźni, źródła wiary Żydów we własne„wybranie”, początki chrześcijańskiego ducha, który obalił imperium rzymskie, zjednoczenie Arabów pod wodzą Mahometa, będące motorem wczesnych podbojów islamskich, nadzieję na zbawienie inspirującą chrześcijańskich krzyżowców, popękaną wiarę epoki reformacji, misjonarskiego ducha, który łowił duszyczki dla zachodnich imperiów, biblijną argumentację za niewolnictwem, „racjonalizm” duszy/umysłu doby oświecenia i epok rewolucyjnych, powrót „teokratów” i „teokracji” (mylnie uznawanych przez media za „skrajną prawicę”) oraz wyzwolenie dusz i umysłów kobiet z jakże długiej niewoli w świecie mężczyzn. Zapuścimy się też w mroczny dla dusz okres systemów totalitarnych, przyjrzymy się udrękom współczesnego umysłu i rzucimy okiem na syntetyczną świadomość sztucznej inteligencji. Po drodze zbadamy, w jaki sposób zmieniające się interpretacje naszych dusz/umysłów stały się motorem największych wydarzeń w historii ludzkości.
Nikt dotąd nie przedsięwziął tego rodzaju podróży. Choć w Filozofii ducha2 i w Fenomenologii ducha3 niemiecki filozof Georg Wilhelm Friedrich Hegel przedstawia kronikarską relację wyzwolenia świadomości, to jego pisma nie są historiami w naszym rozumieniu.
Najbliżej przy porównaniu plasuje się Szkic obrazu postępu ducha ludzkiego poprzez dzieje4, dzieło francuskiego filozofa Nicolasa de Condorceta napisane w 1794 roku, w czasie, kiedy autor ukrywał się przed terrorem. Jego „biblia postępu” to arcydzieło myślenia życzeniowego o tym, że dzięki wiedzy osiągniemy ziemię obiecaną rozumu i sprawiedliwości społecznej, wolną od fanatyzmu i przesądu.
Niestety, spychając religię do roli nauki, Condorcet zdecydowanie nie docenił zdolności przetrwania wiary i przekonań jako czynnika motywującego ludzkie myśli i działania. Podobnie jak francuski myśliciel, zdeklarowani „realiści” naszych czasów postrzegają istoty ludzkie jako „racjonalne podmioty”,zachowujące się zgodnie z nakazami rozumu. Tak jak Condorcet „realiści” nie doceniają potężnego wpływu wiary, przekonań i „bezrozumu” na ludzki umysł i bieg historii.
Wiara jest motorem ludzkich dziejów: oto jest główna koncepcja będąca inspiracją dla niniejszej książki. A źródłem tej wiary jest umysł lub to, co przez tysiąclecia nazywaliśmy duszą.

*

Niemal każdy uważa, że ma duszę, choć nikt nie wie, czym ona jest. Współczesne rozumienia pojęcia „dusza” są tak liczne, tak zmienne, że nie mogą nikogo dziwić trudności, jakie sprawia nam jego objaśnienie. Zdarzają się profesje, relacje międzyludzkie i osoby, o których mówi się, że „niszczą duszę”. Większość ludzi liczy na to, że spotka kiedyś swoją „pokrewną duszę”. Przywódcy zawsze walczą o „duszę narodu” bądź marzą, by to ich z nią utożsamiano.
Pośród tego morza zamętu stoi niewzruszona skała: wielkie religie od zawsze przekonują, że dokładnie wiedzą, czym jest nasza dusza i dokąd trafi ona po śmierci ciała: do nieba albo do piekła. W imię „zbawienia” swoich dusz niezliczone rzesze wyznawców prowadziły wojny, podbijały światy i przemocą nawracały „pogan” na własny system wierzeń. Dla ludzi wierzących „dusza” była i zawsze będzie dygocącym duchem wewnętrznej istoty, którą po naszej śmierci czeka sąd i zbawienie lub potępienie.
Każde społeczeństwo nazywało ją po swojemu: anima, atman, dżiwa, ba, ka, hun, po, nefesz, ruach, psyche, cień, logos, tchnienie, ruh, nafs, thetan, ruhu, spiritus sanctus, duch, istota – to tylko garść przykładów. Współcześnie mówimy o jaźni, świadomości, ego i superego, umyśle, esencji, animusie, tożsamości, jestestwie, sumieniu, energii, werwie, ośrodku decyzyjnym, „ja”, „mojości”. Wszystkie te nazwy stanowią próbę wyrażenia dziwnego bytu, dzięki któremu osoba żyje, czuje, myśli i pragnie.
Czy dusza/umysł to substancja? Pasażer uwięziony w naszym ciele? Niewolnik czy może pan? Głos sumienia? Źródło miłości i nienawiści? Czym wyobrażenia starożytnych Azteków, Inków i Aborygenów dotyczące duszy/umysłu różniły się od analogicznych wyobrażeń ludzi, przez których zostali podbici? Co odróżnia hinduistyczne i buddyjskie koncepcje duszy/umysłu od chrześcijańskich, muzułmańskich i judaistycznych? Od kogo lub od czego zależało, czy nasza dusza zostanie „zbawiona” bądź trafi do piekła? Dlaczego pakt faustowski – czyli motyw zapisania duszy diabłu – odbija się tak silnym echem na świeckim Zachodzie, szczególnie wśród ateistów? Dlaczego „duszy religijnej” udało się przetrwać zakusy neuronauk, które powinny były ją zdusić?
W poszukiwaniu odpowiedzi na te i wiele innych pytań Dusza analizuje problemy dotyczące genezy, akceptacji, zbawienia, instytucjonalizacji, degeneracji i destrukcji tego nieodgadnionego nośnika ludzkiej świadomości, duchowej gliny, którą zarówno Platon, jak i Święty Augustyn, poganin i chrześcijanin, postrzegali jako nieśmiertelną, podatną na demoralizację, wierną, zwodniczą, obdarzoną wolną wolą, zdolną do wyboru między dobrem i złem, samą esencję człowieczeństwa – szept odwiecznego „ja” ludzkiego umysłu.

*

Główną oś Duszy stanowi teza, że wiara jest motorem ludzkich dziejów, niezależnie od tego, czy przedmiot naszej wiary – bóg, mesjasz, ziemia obiecana, proroctwo, utopia polityczna – rzeczywiście istnieje bądź kiedykolwiek zaistnieje.
Paliwem procesów, które kształtują historię i nadają jej bieg – takich jak tworzenie się i strukturyzowanie społeczeństw, konflikty pomiędzy rywalizującymi społeczeństwami (oraz wewnątrz nich), a także ich osiągnięcia artystyczne i intelektualne – są przekonania umysłu: dotyczy to wszystkich społeczności ludzkich, wszędzie i zawsze. Rzeszom ludzi życie upływało i upływa w wierze i walce o spełnienie jakiegoś niedookreślonego proroctwa obiecującego religijną bądź polityczną utopię.
Z tego względu w Duszy problem „jaźni” rozpatrywany jest nie w kontekście pytań, takich jak „kim jestem?” i „co tu robię?” (na które odpowiedzieć się nie da), lecz w kontekście wiary: W co wierzę? Dlaczego w to wierzę? Od kogo lub czego czerpię tę wiarę? Jeżeli stoję na ramionach olbrzymów, to kim są ci olbrzymi? Kto ogranicza „mnie”? Co jestem gotów zrobić dla obrony lub wyegzekwowania tego, w co wierzę?
Dusza pokaże nam, że nasze przekonania są „pierwszymi poruszycielami” wydarzeń historycznych. Dziejom człowieka kształt bezustannie nadają systemy przekonań. Aby zrozumieć, w jaki sposób to się odbywa, musimy cofnąć się do ich początku, do genezy wiary. Musimy zrozumieć, w jaki sposób taka wiara – przekonania religijne, polityczne i ideologiczne – zdobyła wpływ na umysł/duszę człowieka i niewoliła, wyzwalała, inspirowała i tyranizowała nasze życie.
Nie jest istotne, czy bogowie, idee bądź ideologie, w które wierzyli i wciąż wierzą ludzie, są faktem czy fikcją, prawdą czy fantastyką. Istotne jest to, że wystarczająca liczba osób w nie uwierzyła. A siła masowej wiary, wykorzystywana przez charyzmatycznych liderów, bywała impulsem dla największych wstrząsów w historii ludzkości: wojny, podboju, zniewolenia, rewolucji, wyzwolenia, nawrócenia, sublimacji, oświecenia. Wszystkie one były konsekwencją siły ludzkich przekonań.
Razem przyjrzymy się, w jaki sposób interpretowano duszę/rozum w ciągu dziejów – ożywiano, reinkarnowano, unieśmiertelniano, wielbiono, wybierano, łowiono, podbijano, zbawiano, sublimowano, rozpalano, oświecano, uwalniano, eksterminowano, rozdrabniano i hakowano. Odwiedzimy podziemne pieczary podświadomości i podniebne wyżyny superego. Wysondujemy wyrośla winy i odrośla współzależnej nienawiści.
Większość mojej kariery pisarskiej poświęciłem opisywaniu konfliktów. Analizowałem doświadczenia traumy osób służących w siłach zbrojnych i członków ich rodzin. Słuchałem opowieści cywilnych ofiar aktów okrucieństwa i osób ocalałych z zagłady. Słyszałem szept nieznanego żołnierza, płacz dziecka w czasie, krzyki masakrowanych niewiniątek. Widywałem też ludzi zdolnych do najwyższego współczucia, zwyczajnych mężczyzn i zwyczajne kobiety, dających wyraz najpiękniejszej formie poświęcenia: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”5. Te doświadczenia nauczyły mnie czegoś o naturze ludzkiej in extremis, a bez tej wiedzy nie byłbym w stanie napisać niniejszej książki.
Praca nad Duszą odmieniła moje życie; jej lektura odmieni być może życie mojego czytelnika.

PODSTAWOWE KALENDARZE WYKORZYSTANE W KSIĄŻCE

(Źródło: Wikipedia, o ile nie zaznaczono inaczej)

W tekście głównym dla uproszczenia określam daty wydarzeń zgodnie z neutralną religijnie standardową praktyką międzynarodową: p.n.e. (przed naszą erą) i n.e. (naszej ery), przy czym rozpoczynający każdy rozdział przedział czasowy podaję według różnych kalendarzy, aby pokazać, jak percepcja i rachuba czasu różnią się w ujęciu międzykulturowym.

KALENDARZ BUDDYJSKI

Liczymy go od dnia 1 stycznia 542 roku n.e. (dokładna data nie jest znana), to znaczy w przybliżeniu od roku, w którym, jak się wierzy, Budda dostąpił parinirwany, czyli ostatecznej nirwany, następującej wraz ze śmiercią materialnego ciała osoby, która osiągnęła oświecenie. Metoda obliczeniowa aktualnej wersji kalendarzy buddyjskich obszaru Azji Południowo-Wschodniej opiera się w głównej mierze na kalendarzu mjanmańskim.
Źródło (w języku angielskim): https://www.epo.org/en/searching-for-patents/helpful-resources/patent-knowledge-news/calendar-systems-and-their-role.

KALENDARZ BIZANTYŃSKI

Nazywany także kalendarzem rzymskim i kalendarzem ery konstantynopolitańskiej, liczonej od stworzenia świata. Tą rachubą czasu posługiwał się Kościół prawosławny od około 691 roku do roku 1728. Był to także urzędowy kalendarz Cesarstwa Bizantyńskiego w latach 988–1453 oraz Rusi Kijowskiej i Rosji w latach 988–1700. W Kościele prawosławnym stopniowo zastępowano go kalendarzem ery chrześcijańskiej (anno Domini). W kalendarzu bizantyńskim rokiem pierwszym był rok stworzenia wszechświata, ustalony na podstawie Septuaginty, czyli greckiego tłumaczenia Starego Testamentu.

KALENDARZ CHIŃSKI

Stworzony według koncepcji chińskiego rewolucjonisty Sun Yat-sena mającej podkreślić starożytny charakter chińskiej cywilizacji i ciągłość kierowanej przez niego nowej republiki w tej cywilizacji. Rok powstania Republiki Chińskiej, 1912, był 4609. rokiem panowania Żółtego Cesarza, mitycznej postaci zajmującej poczesne miejsce w chińskiej psyche.
Źródło: E. Wilkinson, Chinese History. A New Manual, Cambridge, MA, 2013, s. 507.

FRANCUSKI KALENDARZ REPUBLIKAŃSKI

Wprowadzony podczas rewolucji francuskiej kalendarz ery republikańskiej stanowił element wczesnych reform rządu rewolucyjnego. Po zdobyciu Bastylii 14 lipca 1789 roku w prasie francuskiej zaczęto ów rok nazywać rokiem I wolności. Zmodyfikowano to dekretem z 22 września 1792 roku, stanowiącym, że 1792 jest rokiem I Republiki Francuskiej. Wszystkie urzędowe dokumenty datowano numerem roku „ery wolności”. Nastał „wiek rozumu” i rozpoczęła się „dechrystianizacja” Francji.

KALENDARZ GREGORIAŃSKI/CHRZEŚCIJAŃSKI

Początkiem zachodniej rachuby czasu był kalendarz juliański, nazwany od imienia Juliusza Cezara, który zaproponował go w roku 46 p.n.e. Pozostawał on w użyciu przez kolejne tysiąc sześćset lat, przy czym różnił się od roku słonecznego o jedenaście minut. Nieprawidłowość tę skorygował w roku 1582 papież Grzegorz XIII, który zmienił sposób obliczania daty Wielkanocy. Kalendarz gregoriański jest obecnie używany niemal na całym świecie, a jego numeracja lat dzieli się na okres przed narodzeniem Chrystusa oraz po narodzeniu Chrystusa (anno Domini, a.D., czyli „roku Pańskiego”).

KALENDARZ HEBRAJSKI

Kalendarz żydowski pochodzący od starożytnej hebrajskiej rachuby lat funkcjonuje w niezmienionej formie od około 900 roku n.e. Jest to urzędowy kalendarz obowiązujący we współczesnym Izraelu oraz kalendarz obrzędowy stosowany przez Żydów na całym świecie. Chronologia hebrajska liczona jest od roku 3761 p.n.e., czyli od daty stworzenia świata zgodnie z opisem w Starym Testamencie.
Źródło (w języku angielskim): https://web.library.yale.edu/cataloging/hebraica/about-hebrew-calendar.

KALENDARZ HINDUSKI

Wikramasamwat to hinduski kalendarz ustanowiony przez króla Wikramditję z Udźdźajnu (102 p.n.e.–15 n.e.) dla upamiętnienia własnego zwycięstwa nad Śakami. Zaczęto go stosować około roku 58–56 p.n.e. i nadal jest używany w niektórych stanach indyjskich.

KALENDARZ ERY CZŁOWIEKA (HOLOCEŃSKI)

Zaproponowany przez astrofizyka Cesare Emilianiego w celu uproszczenia i zuniwersalizowania rachuby dominującej w obecnych czasach, czyli kalendarza gregoriańskiego. Według Emilianiego system a.D. ma wiele wad, takich jak numeracja porządkowa, a także numerowanie lat do i od jednego wydarzenia – narodzin Jezusa Chrystusa – które dla wielu cywilizacji nie miało znaczenia.
Źródło (w języku angielskim): https://www.nature.com/articles/366716b0.

KALENDARZ MUZUŁMAŃSKI

Kalendarz liczony od hidżry (622 n.e.), czyli ucieczki Mahometa z Mekki do Medyny, gdzie założył pierwszą wspólnotę muzułmańską. Daty zwykle oznacza się skrótem a.H. (anno Hegirae, czyli „w roku hidżry”).

KSIĘGA PIERWSZA
GENEZA WIARY

JAK STWORZONO BOGÓW

Na początku Bóg nie stworzył nieba i ziemi, ponieważ ludzki umysł nie stworzył jeszcze Boga. Ssak z rzędu naczelnych o mózgu zdolnym do wyobrażenia sobie boga lub bogów miał pojawić się dopiero za kilkanaście miliardów lat.
Na początku – czyli około 13,8 miliarda lat temu – z osobliwości o niewyobrażalnej gęstości i temperaturze w kosmos wyrzucona została wirująca masa gazu, pyłu i innej materii. Wielki Wybuch był wytłumaczeniem dla narodzin wszechświata, lecz nie był wytłumaczeniem dla Wielkiego Wybuchu. „Co spowodowało początek?” – zastanawiali się filozofowie i teolodzy. Logicznej odpowiedzi nie było.
Około 4,54 miliarda lat temu z zagęszczenia gazu i pyłu powstało ogniste ciało niebieskie złożone z płynnej magmy i popiołu. W miarę stygnięcia ciała na jego powierzchni wytworzyła się twarda skorupa. Kratery Ziemi (nie wiadomo, kto pierwszy ją tak nazwał) wypełniły się wodą i skraplającą się parą wodną z zamarzniętych komet – w efekcie tego powstały oceany i lądy. Taki był geologiczny początek trzeciej planety od Słońca.
Około 3,5 miliarda lat temu na trzęsawiskach położonych w dzisiejszym regionie Pilbara w Australii Zachodniej uformował się jednokomórkowy twór. Poruszał się. Potrafił się dzielić. Właściwie nie wiadomo, w jaki sposób ten drobnoustrój – później nazwany prokariontem – „ożył”. Prawdopodobne wytłumaczenie jest takie, że wyewoluował z samopowielających się cząsteczek nazywanych replikatorami na skutek niepowtarzalnego zbiegu warunków środowiskowych, klimatycznych i chemicznych, czego kumulacją była najwcześniejsza forma życia. Z drugiej strony ludzie wierzący powiedzieliby, że prokarionty zostały stworzone „ręką Boga”.
Po upływie kolejnych kilku miliardów lat wyewoluował niezwykle złożony organizm wielokomórkowy: wyprostowany, dwunożny, rozumny hominin o mózgu zdolnym do opisywania i kategoryzowania otaczającego go świata. W 1758 roku botanik Karol Linneusz nazwał tę istotę Homo sapiens (człowiekiem rozumnym), dla odróżnienia tego jedynego istniejącego gatunku człowieka od sześciu gatunków wymarłych, do których należały między innymi Homo erectus i Homo neanderthalensis (neandertalczyk). Sapiens to gatunek należący do rodzaju taksonomicznego Homo (człowiek) wschodzącego w skład rodziny Homonidae (człowiekowate) w obrębie rzędu Primates (naczelne).
Być może neandertalczycy nie byli potulnymi padlinożercami, za jakich ich niegdyś uważano, ale pod względem umiejętności łowieckich, zbierackich i orga­nizacyjnych nie mogli równać się z homo sapiensami. Ostatni neandertalczyk zszedł ze sceny historii około  trzydzieści tysięcy lat temu. My, ludzie rozumni, nie powinniśmy jednak popadać w zbytnie samozadowolenie: jest mało prawdopodobne, że okażemy się gatunkiem bardziej trwałym niż inny wczesny hominin, Homo erectus, który żył na Ziemi przez dwa miliony lat.

*

Przedstawiciele gatunku Homo sapiens rozproszyli się po sawannach, pustyniach i lasach oraz na obszarze lądowym dzisiejszego Półwyspu Arabskiego i Eurazji. Przez Alaskę dotarli na teren Ameryk. Około  czterdzieści pięć tysięcy lat temu trasą przez kolejne wyspy dzisiejszej Indonezji wtargnęli na kontynent australijski.
Wszyscy jesteśmy homo sapiensami. Niezależnie od przynależności do odmiany białej, żółtej, czarnej bądź innej przynależności etnicznej wszyscy jesteśmy przedstawicielami tego samego gatunku. Społeczny konstrukt „rasy” z punktu widzenia biologii jest nieistotny, ponieważ wszyscy ludzie mają to samo dziedzictwo genetyczne. Zważywszy na dwieście pięćdziesiąt tysięcy lat rozlewu krwi, niszczenia, gwałcenia i ograbiania jednych przedstawicieli gatunku przez innych, mogłoby się wydawać, że uczymy się powoli. Inne zwierzęta zabijają, żeby jeść i bronić swoich praw do terytorium i reprodukcji. Natomiast człowiek rozumny zabija dla przyjemności lub w imię boga, proroctwa czy świętej księgi. Żadne inne stworzenie nie poświęca się dla bóstwa, ziemi obiecanej ani ideału politycznego.
Przeciwwagą dla upartej skłonności naszego gatunku do autodestrukcji była wola życia, najchętniej w jakiegoś rodzaju grupie społecznej, formującej na bazie rodzin, plemion i klanów, w której mężczyzna i kobieta łączyli się w celu płodzenia potomstwa. Z czasem przedstawiciele gatunku Homo sapiens zaczęli nazywać te związki małżeństwem, a pierwszym krokiem do nich był wzajemny pociąg – proces z czasem nazwany przez nich zakochiwaniem się. Kiedy miłość łącząca parę homo sapiensów traciła moc, pozostawali razem, żeby dotrzymać przyrzeczenia złożonego bogu lub sobie nawzajem albo dla dobra potomstwa. Wielu postępowało też inaczej.
Homo sapiensi wytworzyli też jedyną w swoim rodzaju więź nazwaną przyjaźnią. Prawdziwi przyjaciele byli gotowi oddać za siebie nawzajem życie. Gotowość do współpracy, współdziałania, dzielenia się opowieściami i poświęcania się za rodzinę i przyjaciół stała się spoiwem ludzi rozumnych w walce ze wspólnymi wrogami i pozwoliła im utrwalić legendy i mity wspólnej pamięci zbiorowej.

*

Najwcześniejsi przedstawiciele Homo sapiens nie wyróżniali się w świecie przyrody; należeli do niego, w przeciwieństwie do sapiensów z epoki antropocenu (od około 15 000 p.n.e. do czasów obecnych), czyli nas, którzy nie czujemy się częścią tego świata, lecz czymś spoza niego, jakby obserwatorami z zewnątrz. Dzieje się tak dlatego, że my, współcześni przedstawiciele gatunku, łudzimy się, iż potrafimy kontrolować naturę – tymczasem to natura śmiało daje nam odczuć swoje prawo do kontrolowania i niszczenia nas samych.
Nasi przodkowie z epoki kamienia byli jednym z wielu gatunków stworzeń. Żyli na podobieństwo innych dzikich zwierząt. Przetrwali niepewności losu i przeraźliwe kaprysy ziemi i pogody. Toczyli walkę z innymi zwierzętami o deficytowe zasoby.
Dla wczesnego człowieka dzika zwierzyna była takim samym zagrożeniem jak on dla niej. Przez pewien czas drapieżniki – wielkie koty, niedźwiedzie, krokodyle i tym podobne – były naszymi rywalami, których należało traktować z obawą i respektem. Kiedy dzięki wyższości intelektualnej i zastosowaniu ognia i broni Homo sapiens zapewnił sobie supremację nad innymi istotami, rozpoczęła się eksterminacja całych połaci królestwa zwierząt.
„Na długo przed rewolucją przemysłową homo sapiens był wśród wszystkich organizmów sprawcą wymarcia największej liczby gatunków roślin i zwierząt” – pisze historyk Yuval Noah Harari. „Mamy wątpliwy zaszczyt bycia najbardziej morderczym gatunkiem w annałach biologii”2.
Ewoluująca inteligencja i pokonanie konkurencyjnych homininów zrodziły u naszych przodków z epoki kamienia poczucie „inności”, poczucie, że są osobną kategorią stworzeń. Nie wiadomo, kiedy dokładnie zaczęła się rodzić ta „świadomość” bycia „żywymi” i „innymi”, ale wydaje się, że miało to miejsce pomiędzy późnym plejstocenem (nawet 129 000 lat temu) a przejściem od środkowego do górnego paleolitu (50 000–12 000 lat temu), kiedy ludzie z epoki kamienia wykazali jedyną w swoim rodzaju zdolność do organizowania się w klany, zapuszczania korzeni i opowiadania historii.
To właśnie były zdumiewające pierwsze oznaki świadomości. Prymitywny ludzki mózg ewoluował, zyskując zdolność do refleksji, zadawania pytań dotyczących własnego otoczenia: Dlaczego niebo na mnie warczy? Co chcą mi powiedzieć te rozbłyski światła? Lęk przed nieznanym wzbudził u wczesnych ludzi instynkt samozachowawczy i instynkt posiadania, poczucie, że ich ziemia i dobytek są ich własnością, wyrażające się w trzech złowróżbnych słowach: „To jest moje”.
Wzrost zdolności intelektualnych, instynktu posiadania i samoświadomoś­ci stopniowo wyróżnił gatunek Homo sapiens spośród innych zwierząt. Z tego silniejszego uświadomienia sobie niebezpieczeństw własnej egzystencji zrodziło się z kolei przerażające poczucie wyizolowania. Człowiek żył w świecie, którego był częścią, a jednocześnie ozięble się od niego odseparował. Niesamowitym paradoksem prehistorycznej egzystencji było to, że im bardziej ludzie z epoki kamienia stawali się świadomi otaczającego ich świata, tym bardziej czuli się z niego wyobcowani.

*

Pierwsze przebłyski świadomości skłoniły człowieka z epoki kamienia do percepcji schematów zdarzeń: gorąco i zimno, dzień i noc, zagrożenie i bezpieczeństwo, powódź i susza. Nawet jeśli te schematy były złudzeniem lub wymysłem, to istotne jest, że prehistoryczni homo sapiensi wierzyli w ich istnienie.
„Nawet wczesny człowiek – pisze holenderski archeolog Henri Frankfort – uznawał niewidzialny porządek sprawiedliwości, którym kierowały się jego zwyczaje, obyczaje, instytucje; a ten niewidzialny porządek łączył on z porządkiem widzialnym, następstwem dni i nocy, pór roku i lat, którym w dostrzegalny sposób kierowało się słońce”3.
Jak wyjaśnia filozof Carveth Read, ludzie neolityczni dostrzegali w schematach zdarzeń znaki dwojakiego rodzaju. Były znaki codzienne, powtarzające się, zrozumiałe, takie jak wschód i zachód słońca, ślady zwierzyny, przyloty i odloty ptaków, rechot żab czy zwiastuny pozytywnych wydarzeń, takich jak nadejście wiosny, kumulacja chmur i perspektywa deszczu. I były znaki wstrząsające, nagłe, niespodziewane – pioruny, zaćmienia, komety, burze, trzęsienia ziemi, powodzie i pojawianie się dziwnych, przerażających stworzeń. Wcześni ludzie kojarzyli te znaki ze zdarzeniami przed ich wystąpieniem lub po ich wystąpieniu, niezależnie od tego, czy faktycznie istniał między nimi jakiś związek.
Znaki te stały się bodźcem dla hipotetycznych rozmyślań na temat sposobu, w jaki różne zjawiska łączą się ze sobą. Nie oznacza to, że wcześni ludzie dostrzegali przyczyny i skutki. Jeżeli wydarzenie o charakterze kosmicznym lub geologicznym zbiegało się w czasie z nieudaną wyprawą łowiecką, atakiem nieprzyjaciół lub śmiercią wodza, plemię uznawało, że te wydarzenia są ze sobą powiązane, podobnie jak dostrzegało związek między cieplejszą pogodą a wzrostem roślinności.
Według teorii Reada z tych „tajemniczych, magicznych, złowieszczych” związków zrodziły się pierwsze w psychologicznej historii rodzaju ludzkiego „omeny” i „przesądy”4. A ta interakcja pomiędzy zjawiskami przyrodniczymi i rodzącą się ludzką wyobraźnią była dla wczesnego człowieka czymś jednocześnie zachwycającym i przerażającym: dzikie zwierzęta, rozgwieżdżone nocne niebo, wschody i zachody wspaniałego przedkopernikańskiego słońca z nadejściem dnia i nocy – wszystko to skłaniało do zadawania pytań. Co one oznaczają? Co my tu robimy? Komu lub czemu zawdzięczamy, że tu trafiliśmy?
„W chwili, gdy władza wyobraźni, zdziwienia i ciekawości rozwinęła się w człowieku i gdy jednocześnie począł on nieco rozumować – pisał Karol Darwin – zaczął oczywiście tłumaczyć sobie wszystko, co działo się około niego, rozmyślając zarazem niejasno i mgliście nad swoją egzystencją”5.
Dzięki takim rozmyślaniom nasi przodkowie z epoki kamienia stworzyli najwcześniejsze systemy wierzeń. Chętnie przyjmowali dobre omeny lub znaki wróżące pomyślność podczas kolejnej wyprawy łowieckiej bądź łupieskiej, a stronili od złych, wieszczących wojnę, suszę lub powódź.
Źródła uczuć religijnych nadal są trudne do ustalenia. Około roku 9500 p.n.e. w Göbekli Tepe w południowo-wschodniej części Turcji ręka ludzka wzniosła wiele kolumn znacznych rozmiarów – każda o wysokości 5 metrów i masie 6,35 tony – które pokryto płaskorzeźbami. Ponieważ te wielkie budowle nie miały żadnego oczywistego przeznaczenia użytkowego, w ocenie Harariego musiały pełnić funkcję kulturową lub religijną.
Około trzydziestu kilometrów dalej zapoczątkowana została uprawa pszenicy samopszy: materiał archeologiczny pokazuje, że łowcy-zbieracze osiedlali się tam, żeby siać i zbierać, w okresie, gdy powstawały owe wielkie słupy, a także potem. Innymi słowy, pojawiło się tam osadnictwo i intensywna uprawa rolna, żeby wyżywić robotników pracujących już przy budowie opisanych obiektów sakralnych. Tym samym wydaje się, że wiara w siłę wyższą i uczucia nabożnego zachwytu lub trwogi pojawiły się i istniały jeszcze przed osiedleniem się wspólnoty rolniczej6.
Nie wyłonił się jednak jednoznaczny schemat. Na przykład kromlech Stone­henge, powstały około 2500 roku p.n.e., został zbudowany przez zasiedziałą wspólnotę agrarną.

*

Od początku naszej historii w umysłach gatunku Homo sapiens tli się idea o jego niezwykłości, świadomość niepowtarzalności w skali całego kosmosu. Nasi przodkowie pragnęli wyjaśnień, mitów i opowieści, które ich krzepiły, a przynajmniej fascynowały i szokowały, uświadamiając im własną wyjątkowość, to, że żyją.
Pragnęliśmy kosmicznych przyjaciół i wiekuistych rodziców. Jak potwór Frankensteina łaknęliśmy powrotu do naszych (wyimaginowanych) stwórców: „Wielkiej Matki”, która by nas karmiła i ogrzewała swym ciepłem niczym w prawdziwym matczynym łonie, i „Ojca Wojownika”, który zabijałby demony czyhające w mroku na zewnątrz.
Wszystkie te mity, zrodzone z postrzegania znaków i schematów, z pamięci o mężnych wojownikach, strasznych potworach, duchach opiekuńczych i hojności natury, były przekazywane kolejnym pokoleniom w formie obrazów, pieśni, poematów i inskrypcji na płytach nagrobnych i stelach, przeobrażając się w wyobraźni w wielkie wydarzenia, za które odpowiadały nadludzkie byty: potęga słońca, święto życiodajnego deszczu, koniec żniw, uderzenie pioruna, spadająca gwiazda, bezkresne niebo, olbrzym, demon, król-wojownik.
W ten sposób nasi przodkowie przeobrażali w swoich umysłach zjawiska naturalne w boskie istoty, w których autorytet wierzyli i którym oddawali cześć: bogów słońca, bogów ognia, bogów wody, bogów płodności, bogów żniw i zbiorów, bogów fallicznych, bogów o głowie lwa, orła, ryby czy ptaka, bogów zbrojnych w pioruny, starożytne bóstwa greckie i rzymskie, samotnego boga Stworzenia…
W taki właśnie sposób stworzono bogów: siłą naszej własnej trwożliwej wyobraźni.

NIEBIAŃSCY GARNCARZE

Bogowie zostali odseparowani od mózgów, które ich stworzyły. Ich proweniencja zatarła się w naszej wyobraźni pod wpływem naszych lęków, naszej samotności, naszych fantazji.
Stali się „innymi”: czynnikami zewnętrznymi, stwórcami i niszczycielami. Zyskali moc „onych”: „tych, którzy nas strzegą”, „tych, którzy przynoszą nam grozę”, „tych, którzy kierują naszym losem”. Rodzaj ludzki potrzebował przyjaciół o boskich mocach, którzy byliby mu przewodnikami wśród tajemnic i trwóg egzystencji. I rodzaj ludzki rychło zapomniał, że bogów sami wymyśliliśmy.
Jeżeli bogowie są wszechmocni, to właśnie oni musieli stworzyć świat – wierzyli wcześni przedstawiciele gatunku Homo sapiens. Jak? Kiedy? Po co? Odpowiedzi na te pytania zapoczątkowały oszałamiającą tradycję opowiadania historii, w której ludzkość wyjaśniała, skąd się wzięło życie, i zapełniała nieskończony wszechświat swoimi fantastycznymi mitami kreacyjnymi.
Bogowie byli niebiańskimi garncarzami, którzy uformowali pierwszych ludzi z gliny, skał, kamiennych słupów, drewna, ogromnych jaj, wymiocin, nasienia, flegmy i śliny – to tylko niektóre ze składników. Jako narzędzi używali toporów, form, włóczni, miechów, wielkich palenisk kowalskich, a także własnych rąk i genitaliów. Do ich metod należały rozlew krwi, brutalne stosunki płciowe, kanibalizm, okaleczanie i akty wstrząsającego okrucieństwa – a także miłość, zauroczenie, zazdrość i czułość. Wszystkie ludzkie myśli, uczucia i działania nawiązywały do stworzenia Ziemi przez bogów, których stworzyli nasi przodkowie.

*

Przejmująco piękny mit kreacyjny animizował Jorubów, jeden z najliczniejszych i najstarszych ludów afrykańskich. Ich zbadane początki sięgają VIII wieku n.e. lub wcześniejszego okresu, ponad tysiąc lat przed powstaniem imperialnych map, które istniejącym już terytoriom plemiennym narzuciły granice kolonialne brytyjskiej Nigerii, francuskiego Beninu i niemiecko-angielsko-francuskiego Togolandu/Togo.
Według wierzeń jorubijskich bóg niebios Olodumare powierzył bogu stworzenia Orisanli (jednemu z oriszów, istot duchowych) zadanie ulepienia z gliny mężczyzn i kobiet. Orisanla uformował glinę w kości, mięśnie, organy i serce pierwszego człowieka, czyli ara. Inny bóg, imieniem Ajala, niebiański garncarz i specjalista od tworzenia ludzkich głów, wyposażył niemal ukończonego człowieka w ori, wewnętrzną, czyli metafizyczną, głowę kontrolującą nasze przeznaczenie, pod warunkiem dopełniania określonych obrzędów, w tym składania ofiar własnej ori. Następnie z korpusu tego ludzkiego prototypu Ogun, bóg żelaza, wyciął ręce, palce i nogi.
Potem Olodumare tchnął w tę ludzką formę życie – emi, czyli duszę – podobnie jak Arystotelesowska pneuma ożywiała ciało ludzkie w greckiej starożytności, tak jak Bóg judaistyczny, chrześcijański i muzułmański tchnął życie w Adama. Jorubijska emi nie miała materialnej substancji; była duchowym darem od Olodumare, bytem oddzielnym od ciała, podobnie jak starożytna dusza grecka, chrześcijańska i muzułmańska. W chwili śmierci emi opuszczała ciało i dołączała do jorubijskich przodków w niebie zwanym Orun.
Właśnie dlatego, jak wyjaśnia przekaz ustny Jorubów, „możemy zniszczyć ciało, lecz nie mamy władzy nad emi, która jest żywą, duchową siłą wewnątrz ciała i szczególną cechą stanowiącą własność Olodumare”7.
Jorubowie powstali zatem z gliny uformowanej w niebiańskich warsztatach ceramicznych. Czy kobieta ulepiona z gliny była mniej wiarygodna od Ewy, stworzonej z nadprogramowego żebra mężczyzny? Czy koncepcja mężczyzny ulepionego z gliny była bardziej absurdalna od koncepcji człowieka ulepionego z prochu ziemi?

*

Bogowie uczynili z ziemi lub błota wiele różnych kultur Homo sapiens. Według mitologii starożytnych Chin bóstwo Nügua (Nüwa), Naprawca Nieba, oraz jego (lub jej) brat Fuxi (Fu-si), mityczny władca i stwórca ludzkiego życia, mieli ulepić ludzi stanu wyższego z żółtej ziemi, a prosty lud z błota.
Majowie z dzisiejszej Ameryki Środkowej czcili stwórcę zwanego Gukumatzem lub Kukulkanem (w tradycji azteckiej nosił imię Quetzalcoatl), upierzonego węża, który z pomocą boga Tepeu ulepił z błota wizerunki pierwszych ludzi. Kiedy te rozpadły się na kawałki, dynamiczny duet wykonał doskonalszą, ożywioną wersję, używając jako budulca kukurydzy, swojego zwykłego pożywienia.
Północnoamerykańscy Czirokezi wierzyli, że początkiem ziemi było grzęzawisko, a niebo uformowało się, kiedy sęp zatrzepotał skrzydłami. Zwierzęta wyszły z błota i rozproszyły się po świecie. Pierwszymi Czirokezami było bezdzietne rodzeństwo. Brat zrozpaczony tym, że siostra nie potrafi wydać na świat potomstwa, uderzył ją w głowę wielką rybą. Cios sprawił, że zaczęła rodzić co siedem dni. Wkrótce przeludniała świat.
Wydaje się, że wszechmocne kichnięcie lub wydmuchanie nosa stworzyło świat ludu Dinka, którego przodkowie osiedlili się w Dolinie Nilu w Sudanie. Jeden z wielu dinkaskich mitów opowiada o tym, jak boski Nhialic znalazł pierwsze istoty ludzkie baraszkujące w jego gigantycznej chustce do nosa. Według innego podania Dinków pierwsza para ludzi spadła z nieba prosto do rzeki, po czym zostali uformowani jako figurki z gliny i „umieszczeni w garnkach, by dojrzeli”. (Nawiasem mówiąc, Dinkowie i Eskimosi, a ściślej plemię Netsilik z Arktyki, to dwie z wielu starożytnych kultur, które wierzyły, że ich przodków zgładziła straszliwa powódź – chyba najlepiej znaną relacją tego rodzaju jest biblijna historia o arce Noego).
Mit założycielski ludu Kinh, najliczniejszej grupy etnicznej w Wietnamie, opowiada o destrukcyjnym akcie stworzenia podjętym w krwiożerczych zamiarach. Kiedy niebo i ziemia stanowiły jeszcze mieszaninę chaosu i ciemności, pojawił się olbrzym imieniem Khônghos, którego oddech był niczym wiatr, a głos niczym grom. Podniósł on niebo, opierając je na ogromnej kolumnie, którą następnie roztrzaskał na kawałki. Fragmenty kolumny spadły na ziemię, tworząc rzeki i oceany. Wówczas pojawiła się olbrzymka. Odrzuciwszy zaloty Khônghosa, wyzwała go na wiele pojedynków, z których wyszła zwycięsko. Jej trofeami były góry, rzeki i pola.
Najstarszymi mitami kreacyjnymi są przekazy rdzennych Australijczyków. Oni również opowiadają o ludziach ulepionych z ziemi. Jeden z mitów ludu Arandów mówi o olbrzymiej jaszczurce Mangar-kunjer-kunja, która wędrowała pewnego słonecznego dnia w poszukiwaniu pożywienia i natknęła się na pierwszą parę ludzką, złączoną razem w ziemi na zboczu góry. Jaszczurka rozdzieliła ludzi za pomocą noża, następnie wycięła im otwory na usta, uszy i nosy, a na koniec wyposażyła w broń i ogień. Aborygeńskie opowieści o stworzeniu świata o dziesiątki tysięcy lat wyprzedają moment, w którym według chrześcijańskich kreacjonistów Bóg stworzył Adama z garści prochu ziemi.

WĘŻE I DRZEWA

W 2021 roku w Turcji odkryto ścienną płaskorzeźbę o szerokości około 3,7 metra, która przedstawia mężczyznę obejmującego dłonią swojego penisa. Uważa się, że jest to najstarszy zachowany przykład narracji w formie artystycznej. Nie do końca wiadomo, czego dotyczy ta historia: czy przedstawiony mężczyzna masturbuje się, próbuje oddać mocz, czy może prezentuje swoją męskość parze srogich lampartów, które stoją po jego bokach z rozdziawionymi pyskami?
Jesteśmy w Sayburç w południowo-wschodniej Turcji, około jedenastu tysięcy lat temu, mniej więcej w czasach, kiedy koczowniczy łowcy-zbieracze zaczęli zawieszać swoje włócznie na kołku i się osiedlać, żeby uprawiać ziemię, lub – jeśli ktoś woli – w okresie neolitycznej rewolucji agrarnej. Jaskiniowiec ściskający własne przyrodzenie to całkiem adekwatny punkt wyjścia naszej historii umysłu, gdyż widać wyraźnie, że ów człowiek czymś swój umysł zaprzątał. Eylem Özdoğan, archeolog z Uniwersytetu Stambulskiego, jako jeden z wielu badaczy uważa domniemanego onanistę z epoki kamienia za najstarszy przykład sztuki narracyjnej.
Ze wszystkich obrazów zapełniających starożytną mitologię najbardziej trwały – i najbardziej podatny na deifikację i demonizację – okazał się wąż czy raczej wąż jako wyobrażenie fallusa. Jest on gwiazdą mitów założycielskich dziesiątków starożytnych kultur – bądź jako symbol płodności, bądź jako boska moc, bądź wreszcie jako wcielenie zła czy gwałciciel dziewiczej niewinności. Najstarszą zachowaną opowieścią o wężu mającym moc tworzenia przesiąknięty jest Everywhen, czyli mityczny Okres Marzeń z wierzeń rdzennych mieszkańców Australii.
Kiedy ziemia „pogrążona była we śnie, nic nie rosło i nic się nie poruszało”8, przez pustynię przepełznął Tęczowy Wąż o głowie kangura i ogonie krokodyla, pozostawiając w piasku głębokie, faliste bruzdy. Obudził żaby i je łaskotał, aż poczęły się tak śmiać, że zwymiotowały całą wodę, jaką miały w brzuchach, napełniając bruzdy w piasku, co dało początek jeziorom i rzekom.
Z nawodnionej ziemi wykiełkowała trawa. Wyrosły drzewa i lasy. Pojawiły się dziwne nowe zwierzęta: kangury, emu, węże, wombaty, kolczatki i dziobaki. Tęczowy Wąż powiedział im: „Tym spośród was, którzy będą przestrzegać moich praw […], nadam postać ludzką. Ci, którzy złamią moje prawa, obrócą się w kamień i nigdy już nie będą chodzić po ziemi”9. Nieposłuszne zwierzęta zmieniły się w głazy i góry; posłuszne stały się ludźmi, którzy stworzyli klany i oddawali cześć zwierzętom.
Dawca życia, obrońca, przynoszący wodę, niszczyciel i stwórca – Tęczowy Wąż o ciele pokrytym pięknym deseniem kolorowych pasów pojawia się na malowidłach jaskiniowych, których czas powstania ustalono metodą datowania radiowęglowego na około 6000–8000 lat p.n.e., czyli niedawno, biorąc pod uwagę, że zbadana historia ludów aborygeńskich liczy ponad  pięćdziesiąt tysięcy lat.

*

Najstarsza spisana legenda o wężu pojawia się w mezopotamskim Eposie o Gilgameszu (2100 p.n.e.), drugim najstarszym z zachowanych literackich dzieł świata po Tekstach Piramid (starożytnych egipskich hieroglifach funeralnych z okresu Starego Państwa, 2700–2200 p.n.e.). Opowiada perypetie króla Gilgamesza podczas poszukiwań sekretu wiecznego życia, relacjonując między innymi jego spotkanie z wężem kusicielem, uważane za inspirację dla biblijnej historii o kuszeniu Ewy.
Wężowymi bogami przepełnione są Wedy, najstarsze znane święte księgi hinduskie (ok. 1500–500 p.n.e.). W Rigwedzie pojawia się Wrytra, demoniczny wąż uosabiający suszę, który odebrał światu wodę, biorąc na zakładników rzeki i oceany. Dopiero gdy pokonał go bóg Indra, rzeki popłynęły znowu. W późniejszych pismach hinduistycznych wąż pomógł Wisznu, jednemu z trzech głównych bóstw hinduizmu, odmłodzić świat. Gdy Wisznu zasypiał, wszechświat umierał; gdy się budził – wszechświat się odradzał. Bóg sypiał w oceanie czystego mleka, za posłanie mając zwoje węża Ananta, czyli Nieskończonego (zwanego również Śesza, czyli Resztka – co odnosi się do „ostatków”, które pozostają ze świata po jego zniszczeniu).
Przedislamscy władcy Indonezji i Malezji – król Purnawarman z Borneo (ok. V w.) i król Airlangga z Belahan (ok. 1002–1049) – za źródło swej władzy królewskiej uważali fallusa Śiwy, krzepkiego „boga ojca” hindusów, reprezentowanego przez lingam ozdabiający hinduistyczne świątynie (i stanowiący inspirację dla współczesnego dildo).
Starożytni hindusi przedstawiali węża jako najwyższą postać zła. Kiedy Kriszna, awatar Wisznu, odkrył, że olbrzymia wielogłowa kobra imieniem Kalija zatruła rzekę, nad którą spędzał czas na zabawach, wskoczył do wody i zmagał się z wężem, póki ten się nie poddał. Niestety, Kriszna mógł jedynie przepędzić Kaliję, ponieważ nie miał mocy wystarczającej do zniszczenia czystego zła.
Wężowy fallus ożywiał mity kreacyjne w starożytnym Egipcie. Ziemia powstała z ejakulatu bądź śliny Atuma (lub Ptaha), pierwszego boga słońca i według Tekstów Piramid nadprzyrodzonego onanisty.
Owocem tego aktu niebiańskiej masturbacji, czy też ekspektoracji, było rodzeństwo Atuma, brat Szu i siostra Tefnut – według wierzeń pierwsza para, która odbyła stosunek płciowy czy raczej szaleńczo oddawała się kazirodztwu, co doprowadziło do narodzin boga Geb (Ziemi) i bogini Nut (Nieba). Potem z kolei oni zaczęli kopulować na monstrualną skalę – Geba często przedstawia się w chwili, gdy bada wilgotność waginalnego nieba Nut dla lepszej penetracji – i obdarzeni zostali całą gromadką potomstwa; na świat przyszli Ozyrys i Izyda, Set i Neftyda, i Horus Starszy oraz długa linia genealogiczna egipskich bogów i bogiń.
Motyw uroborosa, zwiniętego w pierścień węża z własnym ogonem w pysku (ouroboros znaczy „pożerający ogon”), fascynuje rodzaj ludzki od czasów, gdy po raz pierwszy pojawił się na złotej skrzyni grobowej z grobowca Tutanchamona, faraona panującego w latach 1332–1323 p.n.e. Symbolizował tajemnicę czasu cyklicznego, regularnych i powtarzalnych zmian w przyrodzie, cyklu pór roku, sadzenia i zbierania, życia i śmierci.
Z aktu kosmicznego gwałtu powstał lud Dogonów, zamieszkujący rejon urwiska Bandiagara na terenie dzisiejszego Mali i zachodniego Sudanu. Pewnego dnia Amma, wielki bóg Dogonów, cisnął w górę bryłę gliny. Wylądowała już w kształcie nagiej kobiety, leżącej na wznak, z rozrzuconymi i unieruchomionymi rękami i nogami. Amma nazwał ją Ziemią. Pochwa Ziemi przybrała formę mrowiska, a jej łechtaczka – kopca termitów.
Amma natychmiast jej pożądał, lecz kiedy się zbliżył, kopiec termitów wyrósł w górę, zagradzając mu drogę do mrowiska. Bóg odciął więc kopiec – w sensie mitologicznym to prawdopodobnie pierwszy odnotowany przypadek okaleczenia żeńskich narządów płciowych – i wziął Ziemię siłą. Niestety, dopuszczając się na niej gwałtu, Amma zaburzył porządek naturalny i zamiast bliźniąt, o których marzył bóg, para spłodziła brudnego szakala.
Bóg Amma był uparty. Często kopulował z Ziemią, napełniając jej mrowisko wodą, i zasiewał w jej ciele nasiona życia. Z czasem urodziły się jego upragnione bliźnięta: pół ludzie, pół węże o rozwidlonych językach.
Początkiem plemienia Dhuwa, aborygeńskiego klanu z grupy Yolngu, zamieszkującego północno-wschodnie obszary Ziemi Arnhema w Australii, była zdumiewająca kazirodcza trójka, o której mówi cykl pieśni przekazywanych przez plemiennych przodków.
Pewnego ranka dwie siostry, Bildjiwraroiju i Miralaidj, oraz ich brat Djanggawul wędrowali w krainie Marzenia. Po piasku ciągnęli swoje organy płciowe – Djanggawul monstrualnego karbowanego członka, jego siostry ogromne łechtaczki – pozostawiając długie, wijące się ślady. Co jakiś czas trójka zatrzymywała się, by spółkować. Spłodzone dzieci rodzice zostawiali w piasku, tam gdzie je poczęto, wyposażone w kilka narzędzi, świętych przedmiotów i opowieści, by mogły założyć nowe plemię.
O Szatanie, wężu, rajskim ogrodzie i grzechu pierworodnym kulturom tym nie było nic wiadomo.

*

Żyjący w lęku i izolacji wczesny Homo sapiens szukał pociechy, ciepła i towarzystwa u drzew. Te majestatyczne, milczące stworzenia nie polowały nań, nie robiły mu krzywdy. Żywiły go i zapewniały schronienie. Były jego domem. Jeśli im pozwolił, żyły dłużej od niego. Za najdłużej żyjące drzewo na świecie uznaje się liczącą 4854 lata sosnę długowieczną w Kalifornii – przy czym w Szwecji rośnie świerk, którego wiek wynosi rzekomo 9500 lat.
Drzewa kochano we wszystkich społecznościach prymitywnych. Żyjąc w lasach bądź w ich pobliżu, mając do dyspozycji owoce, cień i inne dobrodziejstwa drzew, wczesny Homo sapiens zaczął uważać je za dobre duchy, cud powszedniego życia, który zawsze był i będzie. To uwielbienie przeobraziło się w formę kultu czy też wiary w drzewa. Drzewo miało esencję witalną, życiodajną siłę, nawet duszę. Nic dziwnego, że leśne duchy, driady, duszki i nimfy baraszkują wśród rytów i pojawiają się w mitach każdej pogańskiej tradycji religijnej.
Przez cały okres neolitu drzewo było czymś więcej niż symbolem płodności, krzepy i środków do życia. Stanowiło ucieleśnienie bóstwa, przodka, ducha. Drzewa pełniły funkcję naturalnych pośredników między niebem i ziemią. Jak pisze biolog Amos Dafni, były one „pierwszą świątynią bogów”, a lasy i gaje – „pierwszym miejscem kultu”10.
„Drzewo życia” lub „drzewo wiadomości” ozdabia mitologie większości wczesnych religii. Starożytni Chińczycy, którzy generalnie unikali oddawania czci drzewom, szanowali jednak „drzewo życia” i wierzyli, że soki niektórych świętych roślin zapewniają nieśmiertelność.
W słynnym odniesieniu do drzew z góry Niu chiński filozof Mencjusz (372–289 p.n.e.) sformułował analogię pomiędzy odżywianiem drzew a moralną uprawą natury ludzkiej.
Za święte uważali drzewa Chaldejczycy (ok. 4000 p.n.e.); według jednego z akadyjskich hymnów, należących do najstarszych dzieł literatury, były one „domostwem bogów”.
Według wierzeń ludów semickich drzewo było dziełem nieba. Obok każdego ołtarza kananejskiego bóstwa w Palestynie rósł święty krzew. Starożytni Izraelici zwykli stawiać ołtarz pod zielonym drzewem. By przemówić do Mojżesza, Bóg przybrał postać krzewu gorejącego.
Za boskie drzewa uważano w starożytnym Egipcie rosnące nad Nilem sykomory; wierzono, że jedno z drzew tego gatunku rosnące na południu kraju jest żywym ciałem bogini płodności Hator. Egipska dusza, ba, czerpała życiodajne środki właśnie z drzew.
W hinduizmie, dżinizmie i buddyzmie oddawano cześć figowcowi bengalskiemu zwanemu też banjanem; święte drzewa czcili również starożytni mieszkańcy Japonii, Jawy, Sumatry, Borneo i Mjanmy. Cis i kryptomeria – ikony japońskiej świątyni Suwa – poświęcone były bogini Yasakatome.
Najakowie z południowych Indii wierzyli, że drzewa potrafią słuchać i rozumieją ludzką mowę, rozmawiali więc z drzewami, przez co wytworzyła się relacja wzajemnej zależności.
Starożytni Persowie, wyznający zaratusztrianizm, czcili drzewa jako mieszkanie bóstwa, dobrych i złych duchów oraz dusz bohaterów.
Kluczową rolę w druidyzmie neolitycznej Brytanii odgrywał dąb. Słowo „druid” można przetłumaczyć jako „dębiarz”; religijni przywódcy wczesnych plemion celtyckich wierzyli, że dąb jest żywym wcieleniem Zeusa. W czasie swoich podbojów w III wieku p.n.e. Celtowie rozpowszechnili kult dębów na terenie Azji Mniejszej i na innych obszarach.
Według wikingów pierwszy mężczyzna i pierwsza kobieta powstali z dwóch ogromnych kłód drzewa wyrzuconych przez morskie fale. Znaleźli je na brzegu Odyn i dwóch pomniejszych bogów, którzy je przycięli, wygładzili i ociosali, tworząc w ten sposób mężczyznę imieniem Askr (jesion) i kobietę imieniem Embla (wiąz). Wikingowie byli „dziećmi jesionu i wiązu”11.
Starożytne plemiona germańskie poświęcały bogom swoje przepastne puszcze i omszałe gaje. Biada temu, kto odarł korę z ich świętego drzewa. Komuś takiemu rozpłatywano brzuch, wyciągano kiszki i owijano wokół pnia, zastępując uszkodzoną tkankę drzewną żywą tkanką ludzką.

*

Najstarsze społeczeństwa ludzkie wierzyły, że drzewa są obdarzone duszą. To znaczy, że dusza ożywiała drzewo w taki sam sposób, w jaki dusza lub duch ożywiały zwierzę. Ludzie i drzewa stanowili część tego obdarzonego duszą świata przyrody: ludzie pierwotni nie widzieli różnicy pomiędzy „człowiekiem” i „przyrodą”.
Według tradycyjnych wierzeń różnych klanów rdzennych mieszkańców Australii drzewa zamieszkiwane były przez duchy przodków. Plemię Dieri z centralnej Australii uważało niektóre drzewa za antropomorficzną postać ich praojców – czyli że dane drzewo było ich przodkiem. Drzew takich nigdy nie ścinano i nie palono: skaleczenie drzewa było równoznaczne ze skrzywdzeniem lub zabiciem przodka. Życie jednostki ludzkiej mogło być powiązane z konkretnym drzewem na zasadzie symbiotycznej relacji; kiedy człowiek umierał, spodziewano się, że uschnie i umrze również jego drzewo.
W plemionach maoryskich z dzisiejszej Nowej Zelandii po narodzinach dziecka zakopywano pępowinę w świętym miejscu, a nad nią sadzono młode drzewko. „Rosnące drzewo było tohu oranga, czyli znakiem życia dziecka – pisze antropolog sir James George Frazer – jeśli rosło zdrowo, oznaczało to pomyślność dla dziecka; jeżeli usychało i umierało, rodzice wróżyli maleństwu najgorszy los”12.
Plemiona irokeskie zamieszkujące brzegi rzeki Mohawk na terenie dzisiejszego stanu Nowy Jork wierzyły, że „każdy gatunek drzewa, krzewu, rośliny i ziela posiada własnego ducha”13. W wyobraźni wschodnioafrykańskiego ludu Wanika każde drzewo miało duszę; w szczególności ścięcie palmy kokosowej traktowano na równi z matkobójstwem.
W wielu kulturach azjatyckich wierzono, że drzewa wchłaniają dusze zmarłych, dlatego sadzono je nad grobami, składano też ofiary duchom drzew. Wieśniacy w niektórych rejonach Chin sadzili święte drzewa przy drodze na skraju wioski, wierząc, że zamieszkają tam duchy przodków, by chronić żywych.
Na Molukach we wschodniej Indonezji nie wolno było niepokoić goździkowca korzennego (czepetki pachnącej), by roślina nie wydała martwych owoców lub całkiem nie przestała owocować. „Nie wolno w ich pobliżu hałasować; w nocy nie wolno przechodzić obok ze światłem czy ogniem; nikomu nie wolno zbliżać się do nich w nakryciu głowy”14 – wskazuje Frazer.
Semangowie z Półwyspu Malajskiego uważali, że dusze ludzkie rosną na drzewie dusz w świecie, którym włada Kari, najwyższy bóg. Stamtąd mieli trafiać do świata ludzi przynoszone przez ptaki, które były zabijane i zjadane przez kobiety przy nadziei, w efekcie czego w płodzie zagnieżdżała się dusza.
Uważano nawet, że drzewa mają moc przepowiadania, o czym Sokrates mówi Fajdrosowi: „Toż mowa dębu w świątyni Zeusa w Dodonie miała pierwsza wyrocznię zawierać. Dawni ludzie […] w prostocie ducha umieli i dębu, i głazu posłuchać, byleby tylko prawdę mówił”15.

*

Ludzkość rewiduje właśnie swój pogląd na to, czy warto było toczyć wojnę z drzewnym królestwem. Po tysiącach lat niszczenia drzew wielu przedstawicieli gatunku Homo sapiens odkryło na nowo w nich ducha czy też „duszę”.
Według biologów drzewa wchodzą w relacje z innymi drzewami, dzielą się pożywieniem i komunikują poprzez impulsy elektryczne. W stworzonej przez badacza Jamesa Lovelocka „teorii Gai” drzewom i ich życiodajnym mocom przypada kluczowa rola we wszechświecie16. Według niemieckiego leśnika Petera Wohllebena drzewom przypisuje się nawet osobowość, uczucia i pamięć17.
Dzięki temu wszystkiemu ożyła na nowo nasza miłość – a wręcz niemal cześć – dla drzew, spowalniając tempo największej w historii masakry jednego organizmu przez inny organizm.

ZALĄŻKI DZIECI

W 1788 roku, kiedy kontynent australijski zamieszkiwało ponad pięćset rdzennych plemion, w zatoce nazwanej Port Jackson zakotwiczyło swoją flotę monstrualnie wielkich łodzi dziwne nowe plemię, wyróżniające się różową skórą i cudzoziemskimi nakryciami głowy, obejmując tę ziemię w posiadanie w imieniu rządu Jego Królewskiej Mości.
Brytyjscy koloniści uznali autochtonów za antropologiczne kurioza i dzikusów, z którymi mieli nadzieję się porozumieć i – jeśli się da – zaprzyjaźnić, szczególnie ze względu na ich znajomość terenu, flory i fauny „nowego świata”. Goście jednak nie wiedzieli, że Eora zamieszkujący tamte strony byli obdarzonymi duszą potomkami duchów praojców, obecnych na „wielkiej południowej ziemi” od co najmniej pięćdziesięciu tysięcy lat.

*

W najwcześniejszych wymiarach aborygeńskiego czasu przyszło na świat, najwyraźniej bez udziału rodziców czy przodków, plemię bajecznych istot. Byli to „wiecznie niestworzeni”, Altirangamitjina, jak określa ich w swoim dialekcie plemię Arandów (nazywanych także Arrernte lub Arunta) z centralnej Australii. Inne ich określenie to Inkara, „nieśmiertelni”.
Plemię to zamieszkiwało krainę na pograniczu rzeczywistości i wyobraźni zwaną Alcheringa. To magiczne miejsce nie miało początku ani końca i w żaden sposób nie było związane z czasem linearnym. Europejscy antropolodzy nazwali je Marzeniem (Dreaming) lub Okresem Marzeń (Dreamtime) (według jednego z etymologów doszło tu do pomyłki z wyrazem altjira, oznaczającym sen). Najtrafniejszym nieaborygeńskim określeniem był neologizm stworzony przez australijskiego antropologa W.E.H. Stannera: Everywhen (zawsze), ponieważ Alcheringa była jednocześnie przeszłością, teraźniejszością i przyszłością.
Altirangamitjina byli pierwszymi ludźmi, najstarszymi przodkami w tradycji Arandów, czczonymi za nadprzyrodzoną moc tworzenia ludzkiego życia. Do tego celu służył im „zapas” dusz, które nazywali ratapa.
W języku aranda wyraz ratapa miał wiele znaczeń. Mógł oznaczać ducha dziecka, zalążek dziecka, potomstwo, zarodek, niemowlę lub dziecko. Mógł on również odnosić się do totemicznego pochodzenia dziecka. Jego źródłosłów to czasownik ratana, „pochodzić od”.
Wyrazów na określenie „duszy” jest wiele. W dialekcie zachodnich Arandów guruna oznacza duszę żywej osoby, inka – duszę osoby w niebezpieczeństwie, a iltana – duszę zjawy lub zmarłego. To tylko jeden język, podczas gdy odrębnych języków aborygeńskich jest dwieście pięćdziesiąt, a dialektów aż osiemset!
Kiedy umierał członek klanu, odziedziczona po przodkach dusza takiego mężczyzny lub takiej kobiety opuszczała ciało, powracała na świętą wyspę widm i przebywała tam do czasu, gdy znów się tu pojawiała, by objąć w posiadanie ciało nowego ludzkiego gospodarza. W ten sposób dusze pierwszych przodków zasiedlały i opuszczały ciała całych pokoleń ludzi, bez końca oscylując pomiędzy stanem ożywienia (życia) i uśpienia (śmierci) ludzkiego gospodarza.
Wielki francuski socjolog Émile Durkheim wskazuje na bliskie połączenie ciał i dusz w wierzeniach autochtonów. Błędne byłoby uznanie, że ciało „to tylko pewien rodzaj mieszkania dla duszy”. Wręcz przeciwnie, ciało i duszę łączyły najbliższe z więzi: „[K]ażde okaleczenie ciała kaleczy również duszę. Jest tak dogłębnie związana z życiem organizmu, że wraz z nim wzrasta i z nim niszczeje”18.

*

Według innej tradycji aborygeńskiej dusze zmarłych trwały przy ciele byłego gospodarza jak wierny pies, który stracił pana, czekając, aż zostaną odkryte i odrodzą się na nowo. Nazywano je „duchowymi dziećmi” lub „zalążkami dzieci”.
Pokryty karłowatymi zaroślami spłachetek australijskiego pustkowia, nawet jeśli z pozoru nie różni się niczym od wielu innych podobnych terenów, w rzeczywistości może być niezwykle urodzajnym świętym miejscem, rojącym się od ancestralnych „dziecięcych dusz” poszukujących nowych gospodarzy. Arandowie nazywali te dziecięce duszki oknanikilla; w języku ludu Arabana z Australii Południowej nazywano je paltinta; Warumungu z Terytorium Północnego nazywali je mungai – to jedynie trzy przykłady z wielu. Kiedy w takim świętym miejscu pojawiała się kobieta w ciąży, duszyczki zaczynały się przepychać, żeby wniknąć do jej łona i „ożywić” jej zarodek duszą przodków, która wówczas stawała się gościem bawiącym „przejazdem” w ciele nowo narodzonego dziecka.
Występowało wiele różnych odmian tej tradycji. Dziecięce duszki mogły być w pierwszej kolejności zwierzętami. Mieszkańcy dzisiejszego przylądka Bedford w regionie North Queensland wierzyli, że jeśli ciężarna kobieta rodziła dziewczynkę, to znaczyło, że do ciała matki wniknął – w dosłownym rozumieniu – ptak z podrodziny kulików; urodzenie chłopca oznaczało, że wniknął tam wąż. Stworzenie przybierało postać ludzką dopiero w momencie narodzin. W kulturze ludu Niol-Niol z Ziemi Dampiera w północno-zachodniej części stanu Australia Zachodnia „[k]ażde narodziny – jak pisze Durkheim –[przypisywano] reinkarnacji uprzednio już istniejącej duszy”, która wnikała w ciało ciężarnej kobiety; to skłoniło badacza do wniosku, że w „reinkarnację czy wędrówkę dusz”19 w tej bądź innej formie wierzyły wszystkie australijskie klany.
Również plemiona rdzennych mieszkańców Ameryki uważały, że dusze przodków przenikają do ciał brzemiennych kobiet, ożywiając zarodek. Wyznający szamanizm Tlingicii Haidowie wierzyli, że dusza transmigruje podczas snu. „Gdy więc brzemiennej kobiecie śni się jakiś zmarły krewny, uważa, że wniknęła w nią jego dusza”20 – wskazuje Durkheim. Szaman nadawał dziecku imię stosownie do fizycznych cech przodka, którego dusza odrodziła się w jego ciele.
Durkheim zauważa jednak, że różnice między plemionami uniemożliwiają łatwe uogólnienia. Klany znad rzeki Pennefather w regionie Far North Queensland wierzyły, że każdy człowiek ma dwie dusze: ngai, mieszczącą się w sercu, oraz choi, mieszczącą się w łożysku, które po urodzeniu zakopywano w ziemi. Kiedy umierał ojciec, ngai opuszczała jego serce i wcielała się w jego dzieci w odwiecznym patrylinearnym transferze pierwszego przodka „na początku dziejów”21.
Wiele klanów wierzyło, że to ich plemienny „totem” – zwierzę lub roślina – napełnia duszą płód. Ludy Aranda i Wadjiginy (ziemie plemienne tego ostatniego, nazywanego również Wogait, obejmują rejon współczesnego miasta Darwin) uważały, że kiedy brzemienna kobieta spojrzała na kangura lub węża w chwili, gdy poczuła pierwsze poruszenie się swojego dziecka, ratapa zwierzęcia czym prędzej przenikała do jej ciała, ożywiając płód. W późniejszym wieku dziecko uosabiało zwierzęcego przodka będącego klanowym totemem – na przykład kangura, węża czy ptaka. Dorosły mógł – jako wyraz uznania dla swojego totemicznego pochodzenia – zyskać przydomek „człowiek-kangur”, „człowiek-wąż” lub „człowiek-kaczka”.
Na terytoriach danego klanu czy plemienia obszar obfitujący w „zalążki dzieci” był przez jego członków uznawany za „świętą ziemię” i czczony. To tutaj przechowywano czuringę (churinga) – wygładzony kawałek kamienia lub drewna, często nawleczony na sznurek z ludzkich włosów. Rzeźbiona głowa czuringi przypominała totem klanowy – zwierzę lub roślinę. W jej wnętrzu mieszkała dusza najstarszych przodków klanu, którzy w zamierzchłych czasach stali się zwierzęciem stanowiącym ów totem. Klany zwykle ukrywały swoje czuringi, a z ukrycia wydobywano je tylko z okazji świąt i uroczystych zgromadzeń służących celom religijnym lub wojennym (corroboree). W wyobraźni klanu to, że czuringa pozostawała „niewidoczna”, w ukryciu, zwiększało jej moc.
Wiara w czuringę jest doskonałą ilustracją animistycznej tradycji przypisywania martwym przedmiotom emocjonalnej i duchowej siły. „Nie byłoby klanu – pisze Durkheim – gdyby nie zaistniał w świadomościach jednostek. To właśnie one widzą go poprzez rzeczy, a więc między rzeczy musi zostać rozdzielony”22.
Mamy tu do czynienia z najwcześniejszym przykładem nadawania przez ludzi zjawiskom nieożywionym mocy boskich. Późniejsze kultury oddawały boską cześć słońcu (w starożytnym Egipcie i współczesnej Japonii), górom (starożytna Grecja), rzekom (starożytny Egipt) oraz idolom (większość religii, z wyjątkiem judaizmu i purytanizmu).

*

Koncepcja „duszy”, która mieszka we wnętrzu człowieka, ożywia jego myśli i czyny – a także opuszcza jego ciało po śmierci, migrując do nowego ciała – miała równie zasadnicze znaczenie dla wierzeń aborygeńskich jak dla każdej z głównych tradycji religijnych.
Kluczowy wniosek analizy Durkheima jest następujący: koncepcja „duszy” stworzona przez rdzennych Australijczyków powstała w izolacji. Nie czerpali oni z żadnych starszych ani obcych tradycji, bo takich nie było; nie przyswoili sobie też zwyczajów europejskich misjonarzy, bo misjonarze jeszcze do nich nie przybyli. Nie ulega wątpliwości, że aborygeńskie wyobrażenia „ciała” i „duszy” były częścią ich świadomego doświadczenia na tysiące lat przed pojawieniem się chrześcijaństwa czy islamu.
„[C]iało każdego człowieka stanowi schronienie jakiegoś bytu niecielesnego, jakiegoś animizującego je pierwiastka życia, to znaczy duszy” – podsumowuje Durkheim swoje australijskie badania terenowe. „Wydaje się, że ludzkość i idea duszy […] były ze sobą równoczesne”. Co więcej, „idea ta była od razu wyposażona we wszystkie swe zasadnicze cechy, tak że bardziej rozwinięte religie i filozofie dokonały już tylko jej udoskonalenia, nie dodając nic naprawdę istotnego”23.
Tysiące lat przed tym, jak Egipcjanie pogrzebali duszę w grobowcu, Grecy unieśmiertelnili, Święty Augustyn obarczył grzechem pierworodnym, Kartezjusz oddzielił od ciała, a niezliczone wyznania ją reinkarnowały, zbawiały, przeklinały, sprzedawały, skazywały na potępienie i paliły, mieszkańcy tej odizolowanej krainy wierzyli, że dusza stanowi część ciała dziecka, a jednocześnie jest czymś od niego odrębnym.

TY + JA = MY

Wcześni ludzie uważali, że winę za katastrofy naturalne ponosi „ktoś”; nie dociekali „jak” ani „dlaczego” zdarzyła się dana klęska głodu lub powódź. Świat, który postrzegali, miał charakter osobowy: albo im sprzyjał, albo był przeciwko nim. Kto robi to mojemu ludowi? Kto zsyła te przerażające dźwięki? Kto sprawił, że nasza rzeka wylewa?
Kto zesłał tę ognistą kulę, która wstaje rano i chowa się na noc? Czy to jakieś ostrzeżenie? Wypowiedzenie wojny? Czas na płodzenie potomstwa? Dla pierwotnej ludzkości przyroda stanowiła rodzaj osobowej siły: „człowiek pierwotny ma tylko jeden tryb myślenia, tylko jeden tryb wyrazu […] – osobowy”24 – zauważa Henri Frankfort. Natura miała „umyślną wolę dokonania danego aktu”; nie była „bezosobowym prawem regulującym dany proces”25.
Deifikując materię nieożywioną, słońcu, górom, rzekom, burzom i tym podobnym wcześni ludzie przypisali osobowość oraz sprawczość, czyli wolę: kiedy rzeki nie nawadniały pól, nie uznawano tego za skutek braku opadów. To rzeka chciała osiągnąć taki skutek. „Dla człowieka współczesnego, człowieka nauki, świat zjawisk jest głównie »czymś«; […] człowiek prymitywny myśli o nim »ty«”26.
Oznacza to, że „my”, ludzie współcześni, postrzegamy naturę jako coś od nas odrębnego. To świat, który może być przez nas badany, eksploatowany, poddawany eksperymentom i kontrolowany. Dla wczesnego człowieka wszystkie zjawiska naturalne miały wymiar osobowy: „grzmot, nagły cień, tajemnicza, nieznana polanka w lesie, kamień, który niespodziewanie kaleczy go w nogę, kiedy potknie się podczas wyprawy łowieckiej” – wymienia Frankfort. „Dowolne zjawisko może spotkać go w każdej chwili nie jako »coś«, lecz jako »ty«”27. Myślenie o naturze w drugiej osobie nadawało jej charakter, wolę, która wnikała w pierwotną społeczność ludzką.
Według wczesnego Homo sapiens natura miała zatem własną wolę. Groziła i koiła, grzała i ziębiła, karmiła i głodziła. Jaźń i natura były współzależne, splecione ze sobą przez pragnienia i lęki. O ile umysł współczesny rozróżnia „świat człowieka” i „świat natury”, o tyle umysł pierwotny był nierozłączny z naturą: nie dało się odróżnić jednego od drugiego.
Wobec tego wcześni ludzie nie byli w stanie wyobrazić sobie, że jakaś wyższa wola obdarzyła ich zdolnością poskromienia i wykorzystania natury. Starotestamentowy Bóg, który stworzył człowieka na swój obraz, by panował „nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi”28, byłby nie do pomyślenia dla jaskiniowców. Prehistoryczne społeczeństwa w Australii, Afryce i Ameryce zbudowały głęboką, niemal mistyczną relację ze światem przyrody – z drzewami, z innymi żywymi stworzeniami (zarówno drapieżnikami, jak i zwierzyną łowną), a także z ziemią. Zniszczyć ziemię znaczyło zniszczyć samo życie.
Buszmeni z Kalahari w południowej Afryce byli „częścią” natury, nie zaś jej panami czy eksploratorami. Do takich wniosków doszedł antropolog Alan Barnard, który wśród nich żył i pracował. „Znaczy to, że są lepszym wzorem naturalnego człowieczeństwa niż reszta z nas”29 – napisał. Północnoamerykańscy Cree nie widzieli różnicy między ludźmi a zwierzętami. W ich wierzeniach „to zwierzęta były niegdyś »takie jak my«, a w czasach legend »dawno temu« potrafiły rozmawiać między sobą i z ludźmi”30.
Nie oznacza to bynajmniej, że wcześni ludzie baraszkowali sobie w sielankowym raju. Ich egzystencja była trudna, rozgrywała się w brutalnych warunkach krainy wzajemnych zależności. Istotne jest to, że nie uważali siebie za władców świata natury. Wręcz przeciwnie, to natura władała nimi.
Te codzienne zmagania o to, by przeżyć, zaszczepiły w neolitycznym umyśle pragnienie wyjaśnień, opowieści dających nadzieję. Zasiane zostało ziarno otwartych domysłów. Skąd się wziąłem? Co tu robię? Czy moje życie ma jakiś cel?

*

Należy podkreślić, że wcześni ludzie nie kierowali się „sumieniem”, ponieważ sumienie jako takie – czyli w naszym rozumieniu nakładane przez umysł ograniczenia dotyczące zachowań – jest jedną z nowszych i bardzo zdumiewających ewolucyjnych innowacji ludzkiego mózgu.
Według znakomitego archeologa Jamesa Henry’ego Bakera znaczny przedział czasu, jaki dzieli moment pojawienia się „świadomości” od momentu, w którym zyskaliśmy „sumienie”, pozwala zrozumieć naszą obecną kondycję:
Jako najstarsze ze znanych stworzeń wytwarzających narzędzia człowiek wyrabia niszczycielską broń być może już od miliona lat, natomiast sumienie jako siła społeczna pojawiło się mniej niż pięć tysięcy lat temu. Jeden proces znacznie wyprzedza drugi, ponieważ ten pierwszy trwa od dawna, a ten drugi ledwie się rozpoczął i wciąż ma przed sobą nieograniczone możliwości31.
Nasze mózgi ewoluują. „Jak nasze ciało jest jeszcze ciałem ssaka, zawierając wiele reliktów pochodzących z wcześniejszych stanów zimnokrwistych, tak również nasza dusza jest wytworem pewnego procesu ewolucji – zauważa pionier psychologii ewolucyjnej Carl Jung – jeśli zaś zechcemy go zbadać wstecz, dochodząc do jego początków, po drodze odkryjemy niezliczenie wiele archaizmów”32.
Czy można mieć nadzieję, że sumienie ewoluuje, podnosząc poziom ludzkiej wrażliwości, cywilizując tę podżegającą do wojny bestię, która w nas tkwi? „To zadanie – argumentuje Breasted – z pewnością powinno okazać się o wiele łat­wiejsze niż to, które naszym dzikim przodkom przecież się powiodło: stworzenie sumienia w świecie, w którym na początku w ogóle go nie było”33.

*

Wiara wczesnych ludzi w to, że pomyślne bądź katastrofalne zdarzenia przytrafiają im się z woli natury, skłoniła ich do przekonania, że jej gniew należy uśmierzać poprzez prymitywne formy kultu i składania ofiar. Z tych obrzędów wzięły początek najwcześniejsze formy religii.
Typ umysłu, który cechuje gotowość do poświęcenia czegoś lub kogoś dla uśmierzenia boskiego gniewu, dopiero niedawno ustąpił przed siłą rozumu, reprezentowaną przez odkrycia naukowe. Ludzie neolityczni za klęski żywiołowe obarczali winą swoich bogów, natomiast ludzie współcześni tłumaczą je w sposób naukowy. My wiemy, że suszę może przerwać zmiana warunków atmosferycznych, natomiast starożytni Babilończycy przypisywali opady deszczu monstrualnemu ptakowi Imdugudowi. „[R]ozwijał [on] skrzydła w czarne burzowe chmury, pożerając Byka Niebiańskiego, którego gorący oddech spalił zbiory”34.
W mitologii sumeryjskiej i akadyjskiej ten boski twórca burz – pół ptak, pół lew – nosi imię Anzu; pojawia się w Eposie o Gilgameszu:

Zobaczyłem ptaka Anzu na niebie,
który […] jak chmura krąży nad nami.
Budząca grozę postać była tam, której oblicze się zmieniło,
ustami jej był Girra35, a tchnieniem śmierć36.

W umyśle wczesnego człowieka ten ogromny ptak nie był mitem ani fantastyką. Te bóstwa i związane z nimi opowieści istniały naprawdę i były właśnie tymi nierozłącznymi od myśli zjawiskami, które inspirowały życie kobiet i mężczyzn. Bogowie stawali się częścią codziennego życia, siejąc zniszczenie bądź przynosząc pociechę.
Z czasem ludzki umysł wyobraził sobie i obdarzył wiarą panteon bogów zdolnych do interwencji w świecie śmiertelników – do przynoszenia im wojny i pokoju, choroby i zdrowia, życia i śmierci.

 
Wesprzyj nas