Najsłynniejsza powieść Waltera Kempowskiego, autora „Wszystko na darmo”. W 2024 roku tygodnik „Der Spiegel” umieścił „Prima sort” na liście stu najważniejszych książek niemieckojęzycznych ostatniego stulecia.
Rodzina Kempowskich, Karl, weteran I wojny światowej, armator i makler morski, jego żona Margarethe oraz trójka dzieci: Ulla, Robert i Walter, wiedzie zwyczajne mieszczańskie życie, ale reżim nazistowski, a potem wojna coraz brutalniej wkraczają w ich codzienność.
Narrator w sposób przejmujący, choć niepozbawiony sarkastycznego humoru, opowiada o dorastaniu w czasach brunatnej dyktatury. Władzę nad duszami i umysłami młodych ludzi dzierży Hitlerjugend i owładnięta nazistowską ideologią szkoła. Przemoc jest na porządku dziennym. Także rodzina, która za wszelką cenę próbuje zachować pozory normalnego życia i wierność zasadom, nie stanowi wystarczającego oparcia. Bo czy milczenie i bierność nie oznaczają przyzwolenia na wszechobecne zło?
Powieść „Prima sort” ukazała się po raz pierwszy w 1971 roku i z miejsca przyniosła autorowi rozpoznawalność oraz uznanie czytelników i krytyki. Cztery lata później niemiecka telewizja ZDF wyemitowała dwuczęściowy film pt. Tadellöser & Wolff w reżyserii Eberharda Fechnera na jej podstawie. W 2024 roku tygodnik „Der Spiegel” umieścił Prima sort na liście stu najważniejszych książek niemieckojęzycznych ostatniego stulecia.
Prima Sort
Przekład: Małgorzata Gralińska
Seria „Cymelia”
Wydawnictwo ArtRage
Premiera: 22 września 2025
1
Rankiem siedzieliśmy jeszcze w starym mieszkaniu na szarych skrzyniach do pakowania i piliśmy kawę (czy to, co się w nich znajduje, należy do nas?). Jasne plamy na pociemniałych tapetach. Wielki piec – ale to było, jak wtedy wybuchł.
Obiad mieliśmy zjeść już w nowym mieszkaniu.
Palmę w doniczce podarowaliśmy ogrodnikowi, nie dalibyśmy rady jej nigdzie umieścić. Wspaniale rozrosła się przez te wszystkie lata. Wzięliśmy ze sobą trzcinową rózgę, nieraz dostawało się w skórę – „a masz, a masz!”. W nowym mieszkaniu będzie pięknie, wspaniale. Sami zobaczymy: czarująco. Widok z balkonu – rozkoszny. I żadnego palenia w piecach, to też się liczy.
W drodze ze szkoły już z daleka dostrzegłem wyściełaną bagażówkę oraz konie z rdzawymi derkami na grzbietach i mosiężnymi tabliczkami przy uzdach.
Wzięliśmy oczywiście Bohrmanna. Fortepian wciąż stał na wozie, nic więc mnie nie ominęło. Tragarze owinęli wokół ciał pasy zakończone hakami.
Odkręcili nogi; na suwadle wciągali instrument po schodach. Siedem cetnarów. Aż wyszły im żyły.
– Dzieci – odezwała się matka – jak to w ogóle możliwe…
Czy w sąsiedztwie nie znalazłoby się kilku silnych mężczyzn?
Jakiś gruby jegomość przecisnął się obok tragarzy, w zamyśleniu patrzył w górę klatki schodowej. Przez okno z tłuczonego szkła wpadało światło. Człowiek nazywał się Quade, zbudował ten dom.
Przestronne mieszkanie, chociaż położone na drugim piętrze, jak na samym początku zauważyła ciotka Silbi. Czerwone wieszaki w przedpokoju. Nad dębową skrzynią zawisły już tarcze strzeleckie i szabla należące do ojca. („Chłopcze, później ją naostrzymy”).
Po prawej stronie otwarta szafa z depeszami Biura Telegraficznego Wolffa[1] oraz – Trujące ryby i rybie trucizny – stosami czasopisma popularnonaukowego „Kosmos”.
Mój brat przeciągnął się przed lustrem.
Mieszkanie miód malina. Czy podzielam jego zdanie?
– Tak.
– No i dobrze.
Do wszystkich pomieszczeń zakupiono nowe lampy.
W pokoju dziennym płytkie klosze w orlich szponach. W sypialniach światło sączyło się przez alabaster. W jadalni z rozłożystego, papierowego abażuru zwisał dzwonek, którym mieliśmy przywoływać pomoc domową.
Nie kupowaliśmy nowej lampy do kuchni, jedna już tam wisiała.
Lampy zamontował Kröhl, emerytowany urzędnik skarbowy. Grał na altówce w kwartecie (skrzypków jest od groma), lubił czuć się przydatny.
– Czy mógłbyś pstryknąć? Ten włącznik na dole? Dziękuję. – Kiedy pracował jeszcze w urzędzie, powiedział raz do ojca: „Oczywiście znowu wszystko jest źle”.
– Dlaczego „oczywiście”?! – wykrzyknął ojciec. – I dlaczego „znowu” i „wszystko”?
W kuchni nie położono płytek i, jak stwierdziła matka, zupełnie jej to odpowiada. Od płytek czuć zimno pod nogami.
Woda w umywalce tryskała jak ze źródła. Korek uruchamiało się przyciskiem.
– Fantastycznie.
Niestety, wszystkie okna mieszkania otwierały się do środka.
– Jakoś damy radę – oznajmiła matka. Za każdym razem musiała jednak przesuwać doniczki z kwiatami.
Dokładnie naprzeciwko rzeźnik, w witrynie orzeł uformowany z łoju i róże wykonane ze słoniny. Obok drogeria. Wszytko w pobliżu, świetnie.
Za rogiem Moda Wiedeńska.
Na skrzyżowaniu umieścili właśnie nowy znak drogowy, widniał na nim napis „STOP”.
Obszerny balkon ze szklanym zadaszeniem i gzymsem, na którym można było postawić wędrującego żyda i kaktusa wężowego. Drzewa nie okryły się jeszcze liśćmi, ale z pewnością będzie stąd piękny widok, ponad kwitnącymi ogrodami aż do zielonej wieży kościoła Świętego Jakuba.
– Dzieci, ale pięknie – powiedziała matka. – No nie, ale pięknie. – Ugniotła ziemię wokół geranium.
Po lewej stronie, obok pomalowanego na żółto, kilkupiętrowego domu, na którego popękanej tylnej ścianie wisiały żeliwne balkony, na nich zaś stały skrzynki po margarynie pełne szczypiorku, można było dostrzec niewysoką wieżę katolickiego kościoła, skąd dobiegało nadzwyczaj głośne bicie dzwonów.
Wieczorem ojciec wrócił z kantoru. Miał na sobie pumpy w kolorze pieprz z solą. Podśpiewując, zawiesił swój homburg na czerwonym wieszaku w przedpokoju.
Jak spokojnie spoczywają ci wszyscy zmarli…[2]
To masońska pieśń, jak mawiała matka.
– Wynagrodzę to panu w przyszłym życiu – powiedział ojciec do Kröhla, podając mu rękę. – A na razie wielkie dzięki. – Spojrzał na lampy. – Oczywiście znowu wszystko jest źle…
Potem usiadł do fortepianu, odchylił się i zagrał: Śpiewajcie pieśni wielkiemu baszy…[3].
Plim-plim! – tak, ujdzie.
Nad instrumentem wisiał widok portu oprawiony w ciężkie, złote ramy, prezent ślubny od konsula Dischera. Podobno nie był tani.
Moja siostra Ulla („dziecko, ale masz piękne warkocze”), siedem lat starsza ode mnie, dostała pokój na poddaszu.
– Uwaga! Pierwsza – pal! – wykrzyknęła i zabrała wazony na górę.
Miała na sobie rdzawą wełnianą sukienkę z wyszytymi w poprzek girlandami kwiatów.
Dzieliłem pokój z Robertem, moim bratem. Sześć lat starszy ode mnie. Jego blond włosy układały się w bujne fale niczym wody jeziora Genezaret, po których kroczył Jezus w Biblii obrazkowej. Brat twierdził, że wydzielam „jadowity smród”.
Wciąż pociągał nosem, jakby od czasu do czasu nakręcał swój wewnętrzny mechanizm. Matka mówiła wtedy:
– Zdrówko! Sto lat!
Lubił nosić muchy, pieczołowicie je zawiązywał. Potem przeciągał się jeszcze chwilkę, jakby zamierzał oznajmić: „Właściwie jestem całkiem postawny”.
– No, co tam, hultaju? – mówił, kiedy spotykaliśmy się na korytarzu.
Matka twierdziła, że wywodzi się ze starego rodu hugenotów nazwiskiem de Bonsac. Tytuł szlachecki otrzymali w szesnastym wieku. Przodek był podczaszym i umiał prędko odróżnić dobre wino od złego. Rodzina przyjęła herb – wisiał w Wandsbek – na którym wyryto:
Bonum bono – dobremu dobre.
Herb przedstawiał kielich i kiść winogron.
Kiedy matka przychodziła powiedzieć mi dobranoc, kładła dłoń na moim czole. („Czy nie wygląda jak jakaś hrabianka?”)
Potem odmawiała długie modlitwy, a jej oczy stopniowo wypełniały się łzami.
– O, dobry Boże, spójrz, jak nędzni jesteśmy przed Twoim obliczem, zmiłuj się, przyjdź nam z pomocą we wszelkich przeciwnościach duszy i ciała, spraw, by zamieszkało w nas dobro, i uczyń nas swoimi dziećmi. Dopomóż wszystkim ludziom swoją przemożną, wszech-, wszech-, wszech-, wszechpotężną i wszechmocną łaską… i tak dalej.
Często trwało to naprawdę długo, przeciągałem się więc na wszystkie strony, próbując dać do zrozumienia, że już wystarczy.
Potem matka śpiewała:
Jestem zmęczona, idę spać…[4]
Wszystkie cztery zwrotki. Miała piękny głos.
Na koniec pochylała się nade mną, a ja mogłem ją pocałować.
– Tylko nie w usta.
Po przejrzeniu popołudniowej poczty – „cycuś-glancuś!” – ojciec najczęściej grał jeszcze długo na fortepianie. Słyszałem przez otwarte drzwi.
Odgłosy wiosny Sindinga[5] albo Tańce Związku Dawidowego[6].
„Z humorem i nieco bezczelnie”.
W drzwiach naszego pokoju były szybki z karbowanego szkła. Jeśli ktoś od wejścia skręcał w korytarz, od razu widział, czy – mimo zakazu – wciąż czytam. (Kai ze skrzyni)[7]. W stanie najwyższej czujności cały czas trzymałem rękę na włączniku. Matce nigdy nie udało się mnie przyłapać.
– Słowo honoru?
Robert, mój brat, który czasem brał udział w tym szpiegowaniu, okazywał się jednak sprytniejszy i dotykał żarówki.
– Powiedz no, nie wstyd ci?
Sam czytał do białego rana. Lok Myler: Człowiek, który spadł z nieba[8].
Rankiem z trudem dochodził do siebie. („Pobudka!”)
Miał trzymać wartę przy oknie! Musiał wypatrywać młodych dziewcząt dla naszego przesądnego ojca.
– Tato, dalej, pośpiesz się!
Ojciec przybiegał przygarbiony, jakby nie mógł się wyprostować, do połowy ogolony, w zwisających spodniach i rozczłapanych kapciach.
– Gitara mandolina. – Teraz żadna stara kobieta nie mogła mu popsuć dnia.
Śniadanie przebiegało zawsze w niezwykle harmonijnej atmosferze.
– A jak tam moja skóra? – dopytywał się ojciec, pokazując nam szyję. Dostał gazem pod Ypres.
– Wspaniale – musieliśmy wtedy odpowiadać. – Żadnych podrażnień, nic się nie łuszczy. – W przeciwnym razie cały dzień byłby spisany na straty.
Tego, kto przychodził jako ostatni, witaliśmy słowami:
– Ach! Wzeszło nam słońce! – Musiał potem długo szukać bułek – „ciepło, zimno” – które gdzieś zostały ukryte (najczęściej na kolanach u matki).
Kto późno przychodzi, ten sam sobie szkodzi.
Obok talerza ojca leżała kartka z kalendarza. Kalendarz historyczno-geograficzny Meyera z datami narodowych dni pamięci.
1916 – zdobycie fortu Douaumont
Siedziałem na końcu stołu, ojciec zawsze miał dla mnie w zanadrzu jakiś niewinny żart.
Co oznacza „krowpasnarow”? – Mów no mi prędko!
– Krowa pasie się na rowie – musiałem odpowiedzieć.
– Gitara mandolina – mówił na to ojciec.
Kupił sobie nowy rower. Stary, z bolcem do wsiadania z tyłu, zardzewiał. A do tego płaszcz przeciwdeszczowy, którego poły można było od góry do dołu zapinać na guziki.
– Wyglądam w nim jak Francuzik[9] – twierdził ojciec.
Matka kazała obić na nowo wszystkie fotele, nie mogła już patrzeć na stare aksamitne obicia.
Na balkon – nie, co za widok! – kupiła ratanowe krzesła.
U Tillicha, w Modzie Wiedeńskiej, obstalowała jasnoniebieską suknię. Górna część przypominała krojem pelerynę, na piersi były przyszyte trzy guziki, od których we wszystkie strony rozchodziły się kontrafałdy.
Ja dostałem tak zwany hamburski strój – górę przypinało się guzikami do spodni.
Moje rodzeństwo mogło zapisać się do jachtklubu, ale nie pozwolono im na białe stroje.
Nie chcieli wstąpić do klubu wioślarskiego. Przecież nie są jakimiś niewolnikami na galerach.
Gdyby Ulla miała akordeon, twierdził Robert, z pewnością zamęczałaby nas szlagierami. Na harmonijce ustnej grała:
Na jasnym brzegu Soławy
wznoszą się dumnie zamki…[10]
Namawiała Roberta do różnych wybryków. Gdy wychodziły na jaw, dostawali areszt domowy.
Uważała, że Robert nie zachowuje się, jak przystało na chłopaka. Prawdziwi chłopacy wracają do domu z podrapanymi kolanami i dziurami w spodniach. Przeskakują przez płoty.
– Czy mogłabyś mi łaskawie powiedzieć, przez jaki to płot miałbym przeskakiwać? – pytał Robert.
Odkąd oboje żeglowali, ojciec czuł się w obowiązku wystawać z zegarkiem w ręku na schodach.
– Skąd to się znowu wraca?
Natychmiast uderzał w inne tony.
Poza tym Ulla dostała karnet jeździecki. W Tattersall[11] za pięć marek mogła przez godzinę kłusować w maneżu. W dresowych spodniach, ku swojej rozpaczy. Kali Rupp ma prawdziwy strój jeździecki, skarżyła się Ulla.
– W takim razie musisz sobie poszukać innego ojca, przecież ja ci pieniędzy nie wyczaruję.
Obserwowaliśmy ją, siedząc w cieniu na trybunie. Ojciec śmiał się, kiedy koń puszczał bąki.
Na jakiejś imprezie musiała uklęknąć w siodle. Był to całkiem karkołomny numer, aż pociemniało jej przed oczyma, jak potem opowiadała.
Innym razem strzemię uderzyło ją w czoło.
– I co, wszystko ci się tam z powrotem dobrze poprzestawiało? – zapytał Robert, gdy Ulla wróciła z guzem.
Swoją skrzynkową agfą robiła zdjęcia koniom.
Wkładała je do albumu.
„Dobry druh”, pisała pod spodem.
Sfotografowała całą rodzinę.
Matka w sukni pelerynie, Robert na żaglach, ja w stroju hamburskim.
Nawet ojciec w mundurze SA, jak stoi pod brzozą.
2
Pod nami, na pierwszym piętrze, mieszkał Woldemann, zamożny, tęgi handlarz drewnem. Pośrodku czarnych włosów – lśniących niczym lakierki – miał równiutki przedziałek. Na małym palcu nosił sygnet z niebieskim kamieniem.
– No i co, szczunie? – zagadnął do mnie głębokim głosem i sięgnął po jedną z otwartych butelek wina, które stały wszędzie wokół. Pił bez kieliszka, pociągając długie łyki.
W „gabinecie męskim” olbrzymie fotele z przyszytymi poduszkami, wygodniejsze niż u nas, dywan też większy, a do tego pasujące obrazy.
Obok stolika do palenia czarny, przypominający komodę gramofon. Z przodu coś na kształt wrót, przez które wydobywała się muzyka.
Czyż nie jest słodka, czyż nie jest miła,
czyż nie jest cudna, panna Gerda…[12]
Na gramofonie, pod osłoną z celuloidu, woskowa lalka w koronkowej sukience.
– Filigranowa – mówiła moja matka.
Na ścianie olej przedstawiający wybieg dla kur: czarne ramy dwa razy szersze od różowego obrazka.
Rankiem Woldemann siedział w szlafroku przy stoliku kawowym. Kręcił obrotowym blatem, na którym stały marmolada i miód.
Jajko jadł srebrną łyżeczką. („Jajko łyżeczką? Przecież pokryje się nalotem!”)
Mlaskając, oblizywał krople z dzbanuszka na mleko.
Któż by się nie cieszył, któż by nie był dumny,
gdyby ją miał, pannę Gerdę…
Bułkę jadł nożem i widelcem.
Żona była młoda i przedsiębiorcza. Mówiła do niego „Woldi”.
Gramofon dudnił nieustannie, a ona chodziła po mieszkaniu w tę i we w tę, od jednego pudełka pralinek do drugiego, kręciła sobie włosy i omiatała miotełką do kurzu figurki z kopenhaskiej porcelany.
Mój ojciec zawsze tak okropnie ryczy, na kogo to mówi „gówniarzu”?
Ich córka Ute miała dziewięć lat, tak jak ja.
Czarne włosy obcięte na pazia i ciemnoniebieskie oczy.
Z wyjątkiem nielicznych dni, kiedy się na siebie dąsaliśmy, trzymaliśmy się razem. Zwykle było tak, że leżałem na dywanie, a ona siedziała mi na brzuchu. Tak ciepło i przyjemnie. Podciągałem nawet nogi, żeby mogła się oprzeć. Kołysała się lekko i dłubała w nosie.
(Za pierwszym razem jeszcze się broniłem. Góra od stroju hamburskiego odpięła się wtedy gwałtownie od spodni).
W ten sposób dowiedziałem się, jak wyglądają od spodu wszystkie meble: ława z nogami jedynie z grubsza przymocowanymi przez stolarza, fotele z pasami podobnymi do tych, których używają tragarze, kosz na śmieci, skąd zawsze dochodził zapach zgnilizny, bo wrzucano do niego obierki od jabłek.
Pewnego razu pokłóciliśmy się o to, który rodzaj jest ważniejszy: męski czy żeński.
Wyżej od tego ojca stoi ta władza, wyliczała na palcach, a ta Ziemia przewyższa ten kontynent.
Ale ponad tą Ziemią stoi ten Bóg, odparłem, a to rodzaj męski.
Nagle wszyscy ludzie stają
Wypatrują oczy za nią…
Odskakiwaliśmy od siebie, kiedy w korytarzu rozlegały się kroki matki.
– …inaczej oberwiecie – mówiła.
Za domem znajdowała się wytwórnia wody sodowej. Fabryka należała do właściciela naszego domu.
W lesie, w górach czy na łące
oranżada dra Krause najlepsza pod słońcem.
Siadaliśmy na skrzynkach z butelkami i wjeżdżaliśmy do wytwórni na taśmie. Jechaliśmy przez jakieś obskurne szopy, mijając nisze z pustymi butelkami. Zupełnie jak w tunelu strachu!
Zeskakiwaliśmy w pomieszczeniu fabrycznym wyłożonym kafelkami. Tutaj rozlewano oranżadę.
Robotnicy w gumowych fartuchach stali przy taśmie i patrzyli, jak butelki, lekko się trzęsąc, maszerują jedna za drugą, a następnie są maszynowo napełniane, zakorkowywane, przewracane, etykietowane i przetaczane do skrzynek.
Dźwignia, która przewracała butelki, była wyściełana. Od spodu wychodziła druga, która łagodnie je przejmowała.
Od czasu do czasu jakaś butelka pękała z głuchym hukiem. Sypał się deszcz odłamków.
Pełne skrzynki składowano w piwnicy. Było w niej chłodno. Ute wiedziała, gdzie stoi lemoniada o smaku marzanki. Wypijaliśmy ją na jeden raz – „kto pierwszy” – i bekaliśmy.
W biurze pachniało tytoniem i miętą pieprzową. Tu panna Reber, opalona od jazdy na nartach, szybko parafowała pokwitowania. „Reber”, to nazwisko można również przeczytać od tyłu, mówiła. A jej brat, lotnik w Legionie[13], ma w dodatku na imię Otto!
Podarowała mi śpiewnik: Hardy młodzieńczy duch[14]. Czy ja też chciałbym kiedyś zostać silnym pimpfem[15]? Ute dostała Prządkę Glorię[16], nowy śpiewnik z pieśniami dla dziewcząt.
Oto nastał poranek,
minęła ciemna noc.
Dalej, ruszamy ku nowym dniom,
woła nas nowe światło[17].
– Poproszę litr żytniówki – powiedział jakiś pijak, wchodząc do środka.
Na ścianie wisiał Clausewitz.
Nie wolno nam było się pokazywać na oczy doktorowi Krausemu. Przechadzał się w bryczesach po dziedzińcu. Tu stały otworem drzwi, tam leżał papier. Możliwe, że da się zaoszczędzić na gwoździach przy zbijaniu skrzynek na butelki.
Żeby zademonstrować doskonałą jakość swojego źródła, napełniał wodą cynkowe wiadro.
– Przejrzysta niczym kryształ.
Obok stawiał wodę z rostockich wodociągów. A to ci niespodzianka! Mulista, brunatna breja.
W tej wodzie pływa po prostu kał, mawiał.
Witschorek, który jeździł jako kierowca dla firmy Berthold Otterstädt Bremen, tylko czekał na to, żeby nas przepędzić. Pochodził z Kraju Sudetów.
– Egerlandczycy, trzymajcie się razem…[18] – zaśpiewałem kiedyś dla zabawy.
Witschorek natychmiast zaczął płakać.
Woźnica Boldt zawsze cieszył się na nasz widok. Pogwizdując z zadowoleniem, mieszał owies i sieczkę, a na końcu dolewał jeszcze trochę oranżady jabłkowej. Zarabiał trzydzieści sześć marek tygodniowo. Ojciec dawał mi dla niego nadpalone cygara.
Siwek Max był „towarzyszem wojennym”. Doktor Krause przywiózł go z Galicji. Pod tabliczką „towarzysz wojenny” wisiał Krzyż Żelazny z tektury. Podobno w czasie wojny światowej Krzyżem Żelaznym odznaczano nawet statki czy psy przenoszące meldunki.
Unikaliśmy Maxa, bo gryzł.
Gruba klacz Nora była za to łagodna.
Nora wyjada owies z wora, mawiał woźnica Boldt.
Potrafiła uciągnąć więcej niż Max.
Pod wieczór, gdy już byliśmy porządnie opici, wracaliśmy do domu. Bawiliśmy się po ciemku w chowanego, chwilę później znów leżeliśmy na dywanie. Po suficie przesuwały się światła reflektorów przejeżdżających aut. Bulgotało w brzuchu.
Czyż nie jest słodka, czyż nie jest miła,
czyż nie jest cudna…
Ute kołysała się lekko w tę i we w tę. Nasłuchiwaliśmy, czy nie idą rodzice.
– …inaczej oberwiecie.
Roztrząsaliśmy, czy jej ojciec stoi „wyżej” od mojego ojca, albo doktor Krause, czy może on stoi wyżej.
– wiście – mówiła zamiast „oczywiście”.
Przy kolacji matka pytała:
– Chłopcze, jak ty wyglądasz? Toż to obraz nędzy i rozpaczy.
– O drzewo, jak oni cię przycięli…[19] – powiedział Robert, kręcąc głową.
Tak w ogóle kiełbasa rügenwaldzka[20] smakowała całkiem, całkiem.
3
Ojciec „kochał swoje rodzinne miasto”, jak zawsze się mawiało. Był członkiem Towarzystwa Przyjaciół Rostockich Zabytków i regularnie uczęszczał na organizowane przez nie odczyty: „Ćwiczenia gwardii mieszczańskiej” albo „Rostoccy żołnierze w wojnie trzydziestoletniej”.
We Flandrii całkiem nieźle dogadywał się po dolnoniemiecku.
W niedzielę, kiedy matka doglądała pieczeni, szedł z nami na spacer. Prawą dłoń opierał na plecach, w lewej trzymał laskę, stawiając ją a to z przodu, a to z tyłu. Znał wielu ludzi, dlatego bez przerwy uchylał kapelusza.
Z kupcami rozprawiał o prowizjach, tonażu i dywidendach, do dam mówił „łaskawa pani” i całował je w rękę. Do niego zaś zwracano się „panie Kempowski” albo „Körling”, zdrabniając w dolnoniemieckim ojcowskie imię „Karl”. My w tym czasie staliśmy przy krawężniku i wypatrywaliśmy, czy w zakratowanych oknach więzienia nie da się przypadkiem ujrzeć czyjejś bladej twarzy.
– Panie Kempowski, proszę mnie zabrać ze sobą! – Machał po drugiej stronie ulicy mężczyzna z zajęczą wargą. To był doktor Heuer.
– Jeszcze tego brakowało – wzdychał ojciec. – No i co tam słychać?
Raz zaczepił go pijany marynarz. Ojciec nie zdjął rękawiczek.
– Nigdy nie wiadomo, czego tacy ludzie dotykali – stwierdził.
Pewnego razu jako młody człowiek musiał wykupić z burdelu kapitana, któremu ściągnięto spodnie, bo nie miał czym zapłacić.
Ludzie mówili, że Rostock to mniej niż Lubeka i Hamburg, ale więcej niż Wismar i Stralsund. Miasto, które od stuleci szpecili źli budowniczowie. Wspaniale, że mimo wszystko wciąż miało jakiś urok. Na przykład Brama Kamienna, w której cuchnęło męską uryną: kiedy przejeżdżał przez nią tramwaj, pantograf musiał się przeciskać.
– W przeszłości żołnierze opuszczali tu z hukiem most zwodzony.
Albo Brama Kröpelińska w stylu gotyckim, wyposażona w wieże i łuki oraz ławki, na których staruszkowie grali w skata.
– Zaś trzeba było zagrać asem… – Fajka z gumowym pierścieniem, który przytrzymywał ją przed wypadnięciem z bezzębnych ust.
Tuż obok, w otoczeniu zarośli porastających dawne wały obronne, młody wędrowiec z granitu, niczym Goethe w Kampanii Tischbeina, tylko w nieco bardziej sielskim stylu.
Wieże kościołów były albo za wysokie, albo za niskie.
Klocowaty kościół Mariacki, budowlane monstrum z potężnym westwerkiem, wystarczająco dużym, żeby unieść trzy wieże, u góry przykrytym szybko i prowizorycznie hełmem przypominającym kurzą głowę.
– Niczym kwoka z kurczętami.
Święty Piotr – kościół, który składał się niemal wyłącznie z wieży.
Dziś ludzie nie potrafiliby czegoś takiego zbudować, mówiono. Na temat składu zaprawy murarskiej krążyły najdziwniejsze pogłoski.
Na Poczcie Głównej ojciec opróżnił skrytkę 210. 210 – taki był numer jego pułku. („Panowie, chcecie być bohaterami?”)
Przejrzał pobieżnie listy – „różności” – i upchnął je w kieszeni.
Budynek Poczty Głównej w stylu gotyckim stał przy Ogrodzie Różanym. Były to pozostałości wałów obronnych. Dawniej prowadziła tamtędy droga na ukos. Kiedy ją zlikwidowano, ludzie na znak protestu przechodzili przez barierki.
Obok poczty stał pomnik żołnierzy 90. Meklemburskiego Pułku Fizylierów walczących w wojnie prusko-francuskiej w latach 1870–1871. Ojciec pokazywał nam widniejące na nim nazwiska „Pingel” i „Topp”[21], które dziwnym trafem znajdowały się obok siebie.
– Hurra! – krzyczeli podobno Murzyni z Senegalu. I samoloty, te są najgorsze. Nie da się przed nimi uciec.
Czy zastrzelił jakichś wrogów?
Nic mu o tym nie wiadomo, zawsze celował mniej więcej we wskazanym kierunku. Widać tylko czarne punkciki.
Od pomnika schodziło się przez wały do portu zobaczyć, czy przypłynęły jakieś statki. Zaprzyjaźnionym składało się krótką wizytę – „po kieliszeczku”. Nieprzyjacielskie pobieżnie się lustrowało.
Nie wolno było mówić „hej, kapitanie” albo „łajba” czy „krypa”.
Obok Mnisiej Bramy wzniesionej w stylu klasycystycznym – nad łukiem głowa lwa z otwartą paszczą, a na szczycie coś w rodzaju misy z brązu – znajdowała się siedziba naszej firmy. Jej fragment można było zobaczyć na pocztówkach. Dawniej mieściła się tu knajpa, w piwnicy został magazyn na piwo, do którego wchodziło się przez klapę w podłodze.
Ojciec szedł do kantoru zatelefonować. Prowizje, tonaż, dywidendy. My w tym czasie majstrowaliśmy przy prasie do kopiowania.
– Poczekaj no, jeszcze będziesz się śmiał – mówił mój brat. – Ona wciąż działa. Podłóż kciuk.
Na biurku prokurenta kamień brukowy jako przycisk do papieru. Na ścianie, jeden pod drugim, Hitler, Hindenburg i Bismarck.
Potem szliśmy w górę Mönchenstraße w kierunku Nowego Rynku. Na rogach ulic poustawiano lufy armatnie, żeby furmanki nie uszkodziły budynków.
„W tym domu mieszkał Fritz Reuter[22]”.
Ciasna plątanina domów i szop. Na płaskich wysmołowanych dachach płotki, słupy do suszenia prania i wysokie kominy z blachy.
Na jednej ze ścian łuszczący się, niewyraźny napis: „Pierwsza próżniowo-parowa fabryka cukierków i wyrobów cukierniczych”.
W oknach na parterze płaskie doniczki z kaktusami, w nich małe pagody i mostki.
Knajpy: „Wstąp i kuknij”.
Tu i ówdzie piękny szczyt schodkowy z otworem i kołowrotkiem. Fotograf musiał jednak dobrze wycyrklować, jeśli chciał uchwycić je na zdjęciu.
Na Nowym Rynku pokazywano miejsce, gdzie niegdyś stała studnia. Pod ratuszem, u podstaw jednej z kolumn, wił się mały wąż, nikt nie wiedział, dlaczego i po co go tam umieszczono.
O dwunastej odbywał się koncert na świeżym powietrzu, przy pomniku księcia Meklemburgii i Schwerinu Fryderyka Franciszka III, pod dębem posadzonym na pamiątkę zwycięstwa w 1871 roku. Ojcowie z dziećmi na ramionach.
Kapelmistrz utykał na jedną nogę. Wrzeszczał na słuchaczy, kiedy ci napierali. Uwertura do Sroki złodziejki[23].
– Człowieku, zagraj fis!
Przyglądałem się puzonom suwakowym, w których suwak przesuwany był zawsze inaczej, niż się oczekiwało. Oboista, starszy szeregowy, miał watę w uszach.
Na koniec kapelmistrz zastukał batutą w pulpit. Żołnierze spakowali instrumenty i odjechali tramwajem w kierunku koszar.
W drodze powrotnej do domu wypatrywaliśmy różnych „typów”, na przykład miłośnika przyrody Herbiga, który podobno w niedzielę ze skrzypcami w plecaku wyruszał do Kösterbek.
– Tak też można żyć.
Albo profesor Totenhals, który zawsze, kiedy przechodził przez ulicę, zasłaniał rękoma uszy.
Pewnego razu ujrzeliśmy idącego z naprzeciwka człowieka. Szedł zupełnie pochylony. Chcieliśmy wiedzieć, dlaczego porusza się w ten sposób.
– To synowie przysporzyli mu tylu zmartwień – odparł ojciec.
Zapach pieczeni czuć już było na klatce schodowej, a gdy otworzyły się drzwi do mieszkania, dobiegł nas dźwięk pobrzękujących sreber.
– Czas na jedzonko!
– Dobrze, że jesteście, właśnie miałam nakładać.
[1] Wolffs Telegraphisches Bureau (W.T.B.) – pierwsza niemiecka agencja prasowa, powstała w 1849 roku, upaństwowiona w czasach narodowego socjalizmu. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
[2] Wie sie so sanft ruhn – pieśń autorstwa Augusta Corneliusa Stockmanna (1751–1821). Melodię do niej skomponował Friedrich Burchard Beneken. Kempowski zmienia celowo występujące w oryginalnej wersji słowo „błogosławieni” na „zmarli”. Była to popularna pieśń „żałobna” wśród masonów. Ojciec autora, Karl Georg Kempowski, należał do loży masońskiej. Po dojściu do władzy narodowi socjaliści zlikwidowali loże. Za przynależność do masonów ojciec Kempowskiego został wyrzucony z SA. (Jeśli nie zaznaczono inaczej, cytowane fragmenty przytaczam we własnym przekładzie).
[3] Słowa ze śpiewogry Wolfganga Amadeusza Mozarta Uprowadzenie z seraju (1782), akt I, scena VI. Autor libretta: Gottlieb Stephanie młodszy.
[4] Müde bin ich, geh’ zur Ruh’ – popularny wiersz poetki religijnej Luise Hensel (1798–1876).
[5] Frühlingsrauschen – utwór fortepianowy norweskiego kompozytora Christiana Augusta Sindinga (1856–1941).
[6] Davidsbündlertänze – utwór fortepianowy Roberta Schumanna.
[7] Kai aus der Kiste – książka Wolfa Duriana z 1927 roku, opowieść o kilkunastoletnim berlińskim uliczniku. Pozycja, mimo licznych zawartych w niej amerykanizmów, wznawiana i sprzedawana w dużych nakładach w III Rzeszy.
[8] Lok Myler, właśc. Paul Alfred Müller (1901–1970) – autor poczytnej serii science fiction. Kolejne numery ukazywały się co tydzień w latach 1933–1936, seria obejmowała 150 zeszytów. Prawidłowy tytuł czytanej przez Roberta części brzmi: Człowiek spada z nieba. Na początku lat 40. naziści uznali serię za nieodpowiednią dla młodzieży.
[9] Podobnie zapinane były francuskie mundury.
[10] An der Saale hellem Strande – pieśń z pierwszej połowy XIX wieku. Słowa: Franz Kugler, muzyka: Friedrich Ernst Fesca.
[11] Szkoła jeździecka w Rostocku.
[12] Das Fräulein Gerda – piosenka z 1938 roku. Słowa: Erich Ewald Walter Plessow, muzyka: Helmuth Wernicke.
[13] Mowa tu o Legionie Condor, który reżim nazistowski wysłał do Hiszpanii w celu wsparcia sił generała Franco.
[14] Strampedemi. Ein Liederbuch von Jungen Trutz und Art – śpiewnik autorstwa badacza pieśni ludowych, kompozytora, wychowawcy, inicjatora młodzieżowego ruchu wędrowniczego Walthera Hensla (1887–1956).
[15] Pimpf – potoczne słowo oznaczające małego chłopca. W czasach narodowego socjalizmu mianem tym określano chłopców w wieku 10–14 lat należących do Deutsches Jungvolk, organizacji w strukturach Hitlerjugend zrzeszającej młodszych członków.
[16] Spinnerin Lobunddank. Ein neu Mädchenliederbuch für häusliche und gesellige Kreise, doch auch für stille Stunden – śpiewnik dla dziewcząt wydany przez Walthera Hensla.
[17] Pierwsza strofa pieśni Morgenlied [Pieśni porannej] zamieszczonej w śpiewniku dla dziewcząt Walthera Hensla. Słowa: Georg Stammler, muzyka: Walther Hensel.
[18] Egerländer Marsch – marsz autorstwa Wendelina Kopetzky’ego z 1891 roku, jego pierwotny tekst potem zmieniono. Pieśń została zinstrumentalizowana i wykorzystana propagandowo przez nazistów. Latem i jesienią 1938 roku codziennie puszczano ją w radiu. Niemiecki Egerland, po czesku Chebsko, to region historyczny w zachodnich Czechach i wschodniej Bawarii.
[19] Wers z wiersza Hermanna Hessego Gestutzte Eiche [Przycięty dąb].
[20] Rügenwalder Teewurst – legendarna marka kiełbasy, którą produkowano w Rügenwalde (dzisiejszym Darłowie).
[21] Nazwiska te budziły w rodzinie Kempowskich wesołość. Ojciec wymawiał słowa łącznie, co brzmiało jak „Pinkeltopp” i przywodziło na myśl „nocnik” (od pinkeln – sikać, i Topp, dolnoniemieckiego odpowiednika Topf – nocnik).
[22] Fritz Reuter (1810–1874) – pisarz tworzący w dolnoniemieckim. Jego twórczość wywarła wpływ na pisanie Kempowskiego.
[23] Opera Gioacchina Rossiniego.








