Xie Lian ma jeden cel – chce odkryć całą prawdę o historii upadłego królestwa. U jego boku wciąż stoi Hua Cheng… Czy pomiędzy bogiem i demonem może narodzić się uczucie? Z każdym dniem spędzonym razem pojawia się coraz więcej pytań i na żadne z nich nie ma łatwej odpowiedzi. To już drugi tom kultowej powieści Mo Xiang Tong Xiu, która urzekła czytelników na całym świecie.
Bóg, który chciał pomagać zwykłym ludziom. Demon, który obiecał stać u jego boku. W świecie pełnym duchów i kłamstw nawet najczystsze intencje mogą prowadzić do tragedii.
Xie Lian próbuje rozwikłać historię upadłego królestwa i duchów, które nie zaznały spokoju. Towarzyszy mu Hua Cheng — potężny i nieprzenikniony demon, który widzi i wie więcej niż inni.
Wśród ruin i wspomnień powoli rodzi się zaufanie, a z nim pytania, na które nie ma prostych odpowiedzi. Czy można ocalić wszystkich? Co naprawdę znaczy kogoś chronić?
Wejdź w głąb Miasta Duchów i przekrocz próg Domu Gry — miejsca, gdzie można wygrać wszystko – lub wszystko stracić.
„Błogosławieństwo Niebios” to epicka opowieść z gatunku xianxia, która podbiła serca milionów czytelników na całym świecie. Po olbrzymim sukcesie w Azji, Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej kultowa powieść Mo Xiang Tong Xiu zachwyciła również polskich czytelników.
Błogosławieństwo Niebios. Tom 2
Przekład: Julia Luterek, Aleksandra Woźniak-Marchewka
Seria „Błogosławieństwo Niebios”, tom 2
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 27 sierpnia 2025
Rozdział ósmy
NOCNE ROZMOWY W KASZTANOWYM PRZYBYTKU
LOSY SPLĄTANE I ROZPLĄTANE
– Krwawy Deszcz w Poszukiwaniu Kwiatu… – zagaił Xie Lian.
– Wasza Wysokość – odparł Hua Cheng.
Xie Lian się odwrócił.
– To pierwszy raz, gdy tak mnie nazwałeś.
Młodzieniec w czerwieni siedział na macie z jedną nogą wyprostowaną.
– I jak wrażenia?
Xie Lian milczał przez chwilę.
– Brzmi inaczej, niż kiedy inni się tak do mnie zwracają.
– To znaczy jak?
– Trudno powiedzieć, może… mówisz to tak poważnie.
W ustach innych, choćby Ling Wen, brzmiało to oficjalnie, ale większość niebian nazywała go Jego Wysokością z drwiną, jakby wtykała mu przyjacielskie szpileczki, z nutą protekcjonalnego sarkazmu, jak wtedy, gdy się nazywa brzydulę pięknością. Hua Cheng jednak wydawał się wypowiadać te dwa słowa z szacunkiem, zupełnie jakby naprawdę mówił o wysoko urodzonym członku rodziny królewskiej, któremu się należą pokłony.
– Ten pan młody z Góry Szlachetnych to byłeś ty? – zmienił temat Xie Lian.
Kącik ust Hua Chenga uniósł się nieco wyżej, a do Xie Liana dotarło, jak dwuznacznie to brzmi.
– Przebrany za pana młodego! – poprawił się natychmiast.
– Nie przebrałem się za pana młodego – odparł Hua Cheng.
To prawda. Nie oszukał Xie Liana, nie powiedział ani nawet nie zasugerował, że jest panem młodym. Właściwie w ogóle się nie odezwał, po prostu stanął przed lektyką i wyciągnął dłoń, którą zdezorientowany Xie Lian ujął i podążył za nim.
– No dobrze – podjął Xie Lian. – Ale dlaczego się wtedy tam pojawiłeś?
– Mogłem specjalnie podążać za Waszą Wysokością, mogłem też napotkać cię, gdy tamtędy przechodziłem i mi się nudziło. Jak myślisz, która z tych odpowiedzi jest bardziej wiarygodna?
Xie Lian policzył dni, które tamten przy nim spędził.
– Nie ośmielę się wybrać… – stwierdził w końcu. – Ale chyba naprawdę ci się nudzi. – Skupił na Hua Chengu całą swoją uwagę, zlustrował go wzrokiem od stóp do głów. – Jesteś inny, niż mówią legendy.
Hua Cheng zmienił pozycję, podparł podbródek o kolano, spojrzał na Xie Liana i spytał:
– Tak? Skąd więc wiedziałeś, że ja to ja?
Xie Lian miał w głowie tylko parasolkę i krwawy deszcz, brzęczące srebrne łańcuszki i zimne karwasze.
– Cokolwiek bym sprawdził, wszystko było bez zarzutu. Musisz więc być armagedonem. Nosisz się na czerwono, w kolorze krwi albo liści klonu. Nie ma rzeczy, której byś nie wiedział, której byś nie mógł dokonać, której byś się lękał. Taka persona nie może być nikim innym, jak tylko owym osławionym Krwawym Deszczem w Poszukiwaniu Kwiatu, którego imię sprawia, że nieśmiertelnych zdejmuje strach. Poza tym nie wkładałeś w to ukrywanie się zbyt wielkiego wysiłku.
– Czyli mogę uznać to za komplement? – dociekał Hua Cheng z uśmiechem.
– Przecież to właśnie miałem na myśli.
Brwi Hua Chenga się uniosły, a on sam wydawał się bardzo zadowolony.
– Dlaczego nie spytałeś mnie, Wasza Wysokość, jaki mam cel, próbując się do ciebie zbliżyć?
– Jeśli sam nie chcesz mi o tym powiedzieć, to nie ma sensu dociekać. Najpewniej i tak nie powiesz mi prawdy.
– Niekoniecznie – odparł Hua Cheng. – A poza tym, jeśli nie odpowiem albo przyjdzie ci do głowy, że się mijam z prawdą, możesz kazać mi odejść.
– Jeżeli naprawdę miałbyś złe zamiary, to cóż mi przyjdzie z tego, że każę ci odejść? Jesteś tak potężny, że z łatwością wrócisz pod inną postacią.
Patrzyli na siebie i się uśmiechali, gdy ciszę Kasztanowego Przybytku rozbił nagły dźwięk. Spojrzeli w stronę, z której dobiegł, ale nie dostrzegli tam nikogo, a za cały ten hałas odpowiedzialny był przetaczający się po ziemi ceramiczny słój.
Kiedy wrócili z Banyue, Xie Lian włożył Półksiężyc do opróżnionego słoika po kiszonkach. Chciał jej ułatwić adaptację do nowego miejsca – w końcu po wielu latach opuściła ojczyznę nagle i nie z własnej woli. Tak, duchy też mogą mieć problemy z adaptacją! A teraz słój się przewrócił i potoczył do wyjścia, ale zatrzymały go zrobione przez Hua Chenga drzwi i odbijał się od nich raz za razem. Xie Lian, bojąc się, że się zaraz roztrzaska, otworzył je, a słój wyturlał się na trawę i stanął pionowo. Choć był tylko zwykłym naczyniem, wydawało się, że spogląda w rozgwieżdżone niebo.
Xie Lian podążył za nim.
– Generale, czy młodszy generał Pei został złapany? – spytał cichy głos.
Hua Cheng też wyszedł z Kasztanowego Przybytku, stał obok, opierając się o drzewo.
– Co się z nim stanie? – nie przestawała dopytywać zamknięta w słoju Półksiężyc.
– Nie wiem. – Xie Lian schował dłonie w rękawach. – Ale zrobił coś złego, więc na pewno poniesie karę.
Półksiężyc zamilkła, by podjąć po chwili:
– Ludzie mówili, że mnie oszukał, ale ja tak nie uważam. Gdy otwierałam bramy, byłam już przygotowana na to, że nie dotrzyma obietnicy.
Xie Lian czuł, że Półksiężyc chce się komuś zwierzyć, więc usiadł obok.
– Poza tym, chociaż nie dotrzymał słowa, to nie jest takim złym człowiekiem – wymamrotała.
– Ach, doprawdy…?
– Tak. – Słoik się przetoczył. – Generale, twoje ciało wrzucono do rzeki, pamiętasz? Chciałam cię pochować i szłam wzdłuż rzeki, szukałam, wypatrywałam, aż wreszcie dotarłam na Równiny Centralne, do Yong’an.
– Przebyłaś tysiąc li… Taka wytrwałość…
– Nie mogło być inaczej, musiałam cię pochować – powiedziała żarliwie. – Dotarłam do Yong’an. Szłam ulicą, nikogo tam nie znałam, byłam bardzo głodna i bardzo zmęczona. Ostatecznie to właśnie generał Pei i jego rodzina zaoferowali mi posiłek. Taki smaczny! Zjadłam i nic nie zwymiotowałam. Na jedno posiedzenie pochłonęłam tyle, że było mi głupio, powiedziałam więc, że potem im wszystko zwrócę. Generał Pei tylko się śmiał, myślał chyba, że jestem zabawna. Powiedział: „Nie musisz oddawać nam jedzenia, przychodź tu, gdy tylko będziesz głodna”. Miał wtedy jakieś piętnaście, szesnaście lat, kochał się śmiać.
Xie Lian pomyślał o jego kamiennej twarzy.
– Naprawdę tego po nim nie widać… – przyznał. – I spotkałaś go dopiero w wieczór przed atakiem na miasto?
Nie była to więc desperacka próba znalezienia ratunku, ale zaufanie sprzed lat. Słój się zakołysał.
– Mhm – przytaknęła Półksiężyc. – Ale kiedy zarobiłam dość pieniędzy i wróciłam, by oddać dług, drzwi były zapieczętowane, a sam dom opustoszał. Rozpytałam się i powiedziano mi w końcu, że rodzinę spotkała kara. Tylko Pei został przymusowo wcielony do wojska, pozostali mężczyźni byli albo zbyt starzy, albo zbyt młodzi. Wygnano ich więc. Szukałam wszędzie, aż zobaczyłam generała Peia na jakimś skrzyżowaniu. Stał tam w odzieniu rekruta i nie ośmieliłam się podejść. – Westchnęła. – Pojawiła się grupa ludzi w łachmanach, nieśli ze sobą koce. Kilkoro z nich zobaczyło go i zaczęło wołać. Podbiegł, jak się okazało, do swoich rodziców i rodzeństwa. Wcisnął pieniądze eskortującemu ich strażnikowi, a następnie swojemu ojcu. Ten nakrzyczał na niego: „Po co tu przylazłeś? W wojsku pozwalają ci tak sobie chodzić, dokąd chcesz? Nie będę ci zabierał pieniędzy, wynoś się!”. Matka natychmiast wzięła go w obronę: „Dlaczego na niego krzyczysz? Wysyłają go na pogranicze, nas wygnano na cztery wiatry, nie wiadomo, czy jeszcze kiedyś się zobaczymy. Chcesz podczas ostatniego spotkania go zwyzywać?”. Ojciec westchnął. „Xiu, synu – powiedział. – Kiedy dotrzesz na pogranicze, musisz na siebie uważać”.
Ta scena musiała zrobić na Półksiężyc ogromne wrażenie, skoro po tylu latach pamiętała każde słowo, jakby to było wczoraj, jakby miała to wciąż przed oczami.
– Pei zapytał, co ojciec miał na myśli, czy ktoś umyślnie chciał zaszkodzić ich rodzinie – kontynuowała. – Ojciec z początku nie chciał o tym mówić, ale wreszcie dał się przekonać. Zaczęło się od zorganizowanych przez dwór królewski w ostatnim miesiącu poprzedniego roku zawodów, w których generał Pei brał udział i mierzył się z innymi zawodnikami w walce na miecze. Już wtedy jego zdolności szermiercze były niezrównane, wszyscy go podziwiali. Ale razem z nim w szranki stanął syn pewnego generała i jeśli Pei piąłby się w rankingach szermierczych, na pewno w końcu by na niego trafił, więc…
Xie Lian zrozumiał.
– Żeby temu zapobiec, Peiowi nie pozwolono więcej stanąć do walki? I właśnie dlatego całą jego rodzinę spotkała kara?
Nieszczęście, jakie spadło na nich wszystkich, wynikało z niczego innego, jak tylko z wyjątkowych umiejętności Peia. I tego, że stanął komuś na drodze.
– Ojciec go przestrzegł, żeby bardzo uważał na to, jak się zachowuje. Nie popisywał się, nie robił sobie wrogów, nie dawał innym powodów do knucia przeciw niemu, bo ludzie na pewno będą go obserwować. Nawet nie dokończył, gdy strażnik kazał im iść dalej. Młodsze rodzeństwo Peia ciągnęło go za szaty, matka krzyczała, żeby zabrał pieniądze z powrotem, bo lepiej się im przysłuży w armii. Pei patrzył, jak odchodzą, i płakał. – Słój zamarł. – Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby ktoś tak żałośnie płakał. Następnym razem zobaczyłam go już na Przełęczy Półksiężyca. Wyszedł tego dnia łapać węże skorpioogoniaste. Jeden z moich węży go ukąsił i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, gdzie go zesłano. Wyleczyłam go, przebudził się, ale teraz myślę, że mnie nie poznał. Każde z nas mówiło za siebie. Kiedyś dużo się śmiał, a wtedy nie tylko tego nie robił, lecz nawet nie mówił za wiele. Pewnego dnia spytał mnie, jak skłonić węże do posłuchu. W tamtym czasie czegokolwiek się imał, wkładał w to wszystkie siły. Myślałam, że chodzi mu o to, by jak najszybciej osiągnąć sukces, że chce ratować rodzinę. Nawet gdybym mu nie powiedziała, i tak by poszedł łapać węże, prędzej czy później zostałby znowu ukąszony, nauczyłam go więc, jak kontrolować kilka z nich.
– A więc to tak – powiedział Xie Lian – nauczył się twojej sztuki.
– Tak. To ja go nauczyłam. W noc przed oblężeniem poprosiłam go, by postarał się nie krzywdzić cywili. Ale przecież miecz jest ślepy. Na polu bitwy albo ty zabijasz, albo ciebie zabiją. Jak tu okazać miłosierdzie? Gdy teraz o tym myślę… Nie powinnam była mu tego mówić, sprawiłam, że przezwano go wiarołomcą. – Mówiła tak szczerze, bez przepraszania, bez żalu czy niechęci. – Otwarcie bram było moim własnym wyborem, nikogo nie winię – kontynuowała spokojnym tonem. – Generał Pei mógł działać w granicach wyznaczonych przez okoliczności i zrobił, co w jego mocy, by zminimalizować straty. Myślę też, że nie spodziewał się mojej śmierci. Pamiętam wyraz jego twarzy, gdy zobaczył, że Kemo powiesił mnie na murach. Sądzę, że mogłam… go wystraszyć.
Nie zrzucała na nikogo odpowiedzialności, nie mówiła o tym, że się nie kontrolowała, po prostu się martwiła, bo jej śmierć kogoś przestraszyła. Xie Lian nie wiedział, co powiedzieć, a jego serce powoli topniało.
– Nie wiem tylko, czy ostatecznie uratował swoich bliskich – wymamrotała jeszcze.
– Nie.
Człowiek i słoik odwrócili się w tę samą stronę. Hua Cheng stał niedaleko w cieniu drzew.
– Kiedy Pei Xiu wniebowstąpił, jego rodzina już od paru lat nie żyła, zmarli na wygnaniu. Dowiedział się o tym dopiero po masakrze miasta.
Próbował z całych sił, łamał obietnice, unurzał ręce we krwi po łokcie, ale i tak nie pomógł tym, którym pomóc pragnął najbardziej. Co to za życie…? Xie Lian westchnął.
– Przepraszam, generale.
– Dlaczego ciągle mnie przepraszasz? – Słowa Półksiężyc go zdziwiły.
– Chciałam pomagać zwykłym ludziom. Jak mówiłeś, generale.
– Czekaj! – Xie Lian przytrzymał słoik, zanim ten zdołał się znów odtoczyć, i spojrzał na Hua Chenga, który stał pod sąsiednim drzewem z ramionami skrzyżowanymi na piersi. – Naprawdę tak powiedziałem?
Zanim skończył siedemnaście lat, kochał szafować tym zdaniem, ale w ciągu kilkuset ostatnich nie wymówił go wcale, i bardzo dobrze!
Nie mógł go znieść.
– No tak, tak mówiłeś – odparła Półksiężyc.
– Nie mówiłem… – Xie Lian jeszcze próbował walczyć.
– Mówiłeś! – zapewniła go żarliwie. – Pewnego razu spytałeś, co chcę robić, kiedy dorosnę, i gdy odpowiedziałam, że nie wiem, ty co? Ty powiedziałeś: „Kiedy byłem mały, moim marzeniem było pomaganie zwykłym ludziom!”.
– A, to! – wykrzyknął Xie Lian. – Ja sobie luźno rzuciłem, a ty tak dobrze zapamiętałaś!
– Ale ja myślę, że powiedziałeś to bardzo serio! Poza tym później powtórzyłeś jeszcze kilkukrotnie, więc chyba ciągle miałeś to w głowie.
– Ha, ha, ha, ha, ha, naprawdę? Możliwe! W ogóle nie pamiętam!
– Niech pomyślę. Mówiłeś też: „Jeśli naprawdę chcesz iść naprzód, nic nie stanie na twojej drodze!”, „Nawet jeżeli sto razy wpadniesz w błoto, wyjdź z niego!”. Dużo takich myśli rzucałeś!
– Pfff…
Nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, że Hua Cheng wszystko usłyszał i się z niego śmieje!
Xie Lian nie dawał rady już dłużej utrzymać słoika. „…Plotłem takie bzdury? Ja? Ja taki nie jestem… A może jestem?”, pomyślał.
– Ale na sam koniec i tak wszystko zrobiłam źle.
Xie Lian zamarł.
– Chciałam tylko chronić ludzi. – Głos Półksiężyc brzmiał, jakby była zagubiona. – Tak jak ty, generale, nieważne, czy to Banyueńczycy, czy Yong’anczycy. Chciałam chronić ich wszystkich, dlatego z całych sił poświęciłam się praktyce duchowej. Ale jedynym, co ostatecznie mogłam zrobić, było pozwolić Kemo i jego ludziom, żeby powiesili mnie kilka razy i w ten sposób choć trochę ukoili swoją gorycz. I żywić nadzieję, że dzięki temu szybciej zaznają spokoju. Wiem, że zrobiłam źle, ale czy możesz mi powiedzieć, co mogłam zrobić, by było dobrze? Co zrobić, żeby naprawdę, tak jak mówiłeś, uratować zwykłych ludzi, uratować wszystkich?
– Przepraszam, ale nie wiem, jak ci odpowiedzieć. Wcześniej tego nie wiedziałem i nie wiem tego teraz.
– Generale, myślę, że całe moje życie było porażką – stwierdziła ze smutkiem po chwili milczenia.
Xie Lianowi jej słowa nie poprawiły humoru. Czy nie oznaczały one, że ostatnie osiemset lat jego życia było jeszcze większą porażką?
Zostawił smutną Półksiężyc, by patrzyła samotnie w rozgwieżdżone niebo, i wrócił z Hua Chengiem do Kasztanowego Przybytku.
– O co właściwie chodziło Peiowi? – spytał, gdy zamknął za sobą drzwi.
– Może chciał tej małej oszczędzić kilkukrotnego powieszenia. Kto wie – odparł Hua Cheng.
– Nie musiał łatać swojego planu śmiertelnikami. – Xie Lian pokręcił głową.
– Śmiertelnicy – powiedział Hua Cheng spokojnym głosem – znaczą mniej od mrówek. Dla boga to bez różnicy, czy zabije kilkuset śmiertelników, czy zgniecie kilkaset mrówek. Gdyby nie to, że jako symulakrum1 był osłabiony, obawiam się, że próbowałby zabić nas wszystkich.
Xie Lian zerknął na niego i przypomniał sobie, jak demon skoczył do otchłani skazańców i w jednej chwili wybił żołnierzy Banyue.
– Symulakrum jest osłabione? Twoje chyba jest dość mocne.
Hua Cheng uniósł brew.
– Oczywiście. Ale to jest moja prawdziwa postać.
Xie Lian odwrócił się zdziwiony.
– Serio? To twoja prawdziwa postać?
– Gwarancja oryginalności – odparł Hua Cheng.
Sam był sobie winien, to zabrzmiało niemal jak „przekonaj się sam”, więc Xie Lian, sam nie wiedząc kiedy, wyciągnął palec i dotknął opuszką policzka Hua Chenga. Dopiero gdy to zrobił, jakby ocknął się i żachnął w duchu. Był po prostu ciekawy, jaka jest w dotyku skóra tego władcy demonów. Nie spodziewał się, że jego własne ciało zadziała szybciej niż umysł. Tak po prostu go szturchnął, co to w ogóle ma być!
Hua Cheng chyba też trochę się zdziwił tym nagłym dotknięciem, ale wciąż był spokojny i niewzruszony, nic nie powiedział, w jego oczach tliło się rozbawienie i jakby czekał na wyjaśnienia Xie Liana. Który oczywiście żadnego nie udzielił, spojrzał tylko na swój palec i natychmiast go schował.
– Niezłe.
Hua Cheng wreszcie się roześmiał, skrzyżował ręce na piersi i przechylił głowę na bok.
– Co jest niezłe? Ta skóra?
– Tak, naprawdę niezła – powiedział szczerze Xie Lian. – Ale…
– Ale co?
Xie Lian przez chwilę uważnie się przypatrywał jego twarzy.
– Ale czy mógłbym zobaczyć, jak naprawdę wyglądasz?
Skoro powiedział „ta skóra”, to oznaczało, że chociaż samo ciało było prawdziwe, to jego wygląd nie był pierwotny. Nie miał przed sobą prawdziwego oblicza Hua Chenga.
Ale Hua Cheng nie odpowiedział od razu. Opuścił ramiona. Xie Lian nie wiedział, czy to tylko wrażenie, wydawało mu się jednak, że Hua Cheng spochmurniał. Serce zabiło mu mocniej. Pojął to w mgnieniu oka – nie powinien o to pytać. Chociaż przez ostatnie dni dogadywali się bardzo dobrze, nie oznaczało to jeszcze, że są na tyle blisko, by wysuwać takie prośby.
Natychmiast się uśmiechnął.
– Tak tylko rzuciłem, nie przejmuj się tym.
Hua Cheng zamknął oczy, po chwili odpowiedział uśmiechem.
– Jeśli później nadarzy się okazja, pokażę ci.
Gdyby to był ktoś inny, te słowa zabrzmiałyby jak zwykła wymówka. „Jeśli później nadarzy się okazja” to przecież dosłownie „Nawet o tym nie myśl, zapomnij”. Ale skoro Hua Cheng je wypowiedział, Xie Lian wiedział z całą pewnością, że to obietnica.
– Dobrze. – Uśmiechnął się. – Poczekam więc, aż uznasz, że to właściwy czas.
Był już zmęczony późną porą, położył się więc na macie, a Hua Cheng razem z nim. I nikt się nie dziwił, jak po odkryciu swoich tożsamości demon i bóg mogą spać na jednej macie. Nie mieli poduszki, więc Xie Lian, tak jak Hua Cheng, ułożył głowę na rękach.
– U was, w świecie demonów, nie trzeba składać raportów. Macie dużo wolnego.
Hua Cheng wyprostował nogi.
– A komu miałbym je składać? – spytał. – Ja jestem najpotężniejszy. A w świecie demonów każdy jest sobie panem, nikt nikim nie rządzi.
– A więc tak to działa. A spotkałeś pozostałych władców demonów?
– Spotkałem.
– Zielonego Demona też?
– Mówisz o tym śmieciu i bezguściu? Chciałem się z nim tylko przywitać, a on uciekł.
Xie Lian pomyślał, że raczej nie chodziło o zwykłe powitanie.
– A przy okazji dostałem przydomek „Krwawy Deszcz w Poszukiwaniu Kwiatu” – zakończył Hua Cheng spokojnie.
Aha, chodziło więc o raczej krwawe powitanie.
– Witasz się naprawdę niesamowicie. Żywisz jakąś urazę do Zielonego Demona?
– Tak.
– To znaczy?
– Nie mogę na niego patrzeć.
Xie Lian nie wiedział, co powiedzieć. „Czyżbyś rzucił wyzwanie trzydzieściorgu trojgu niebian też tylko dlatego, że nie mogłeś na nich patrzeć?”, pomyślał.
– Niebianie z Wyższej Izby Niebios mówią, że ma naprawdę kiepski gust i nawet świat demonów czuje do niego niechęć. Rzeczywiście tak jest?
– Rzeczywiście. Czarna Toń też nim gardzi.
– Kto to jest? – spytał Xie Lian i natychmiast dodał: – To ten Czarna Toń Zatapiająca Statki?
– Dokładnie. Nazywany jest też Niezgłębionym Demonem Czarnej Toni.
O ile dobrze zapamiętał, Niezgłębiony Demon Czarnej Toni również był armagedonem, za to z Zielonym Demonem można było sobie poradzić. Nic dziwnego, że reszta nim pogardzała.
– Dobrze go znasz? – spytał zaciekawiony Xie Lian.
– Nie. W świecie demonów znam zaledwie kilku – odparł Hua Cheng leniwie.
– Dlaczego?
– Nikt poniżej armagedonu nie jest godzien ze mną rozmawiać.
To bardzo aroganckie zdanie wypowiedział, jakby stwierdzał oczywisty fakt.
– To świetnie. – Xie Lian się ucieszył. – Nie to co w świecie niebian, jest ich aż tylu, że nie potrafię spamiętać ich imion.
– To nie spamiętuj.
– Ale jak nie zapamiętam, to ich zawstydzę, mogę kogoś urazić.
– Jeśli coś tak nieistotnego ich urazi, to są małostkowymi śmieciami.
Rozmawiali jeszcze chwilę, ale Xie Lian się obawiał, że konwersacja zmierzała w zbyt drażliwe rejony, nie podejmował więc już tematu różnic między dwoma światami. Rzucił okiem na zamknięte drzwi.
– Co z Półksiężyc? Kiedy wróci?
Pomyślał o tym niedawnym otrzeźwiającym „Chcę pomagać zwykłym ludziom”, a w jego głowie wezbrały obrazy, które natychmiast odepchnął.
– To brzmi dobrze – odezwał się Hua Cheng.
– Co?
– „Chcę pomagać zwykłym ludziom”.
Xie Lian poczuł, jakby ktoś wymierzył mu cios. Odwrócił się, zwinął jak suszona krewetka, zasłonił twarz dłońmi i wyglądało, jakby potrzebował jeszcze jednej pary rąk do zakrycia uszu.
– Sanlang… – jęknął.
Hua Cheng się przysunął.
– Hmm? A co z tym nie tak? – W jego głosie brzmiała powaga.
Ciągle pytał, ciągle argumentował, a Xie Lian nie mógł go przegadać. Odwrócił się i rzucił bezsilnie:
– Nic już nie mów! To bez sensu.
– O co ci chodzi? Czemu bez sensu? – zaoponował Hua Cheng. – Jeżeli ktoś ma odwagę mówić o zwykłych ludziach, nieważne, czy chodzi o pomaganie im, czy o zabijanie ich, to mam do niego szczery szacunek. Pierwsze jest dużo trudniejsze, więc jeszcze bardziej to szanuję.
Xie Lian nie wiedział, czy się śmiać, czy płakać. Pokręcił głową i opadł bezradnie na matę.
– Nie wystarczy mówić, trzeba jeszcze robić. A co ważniejsze, zrobić, dopiero wtedy się liczy. I tyle. Dobra, nieważne. Kiedy byłem młodszy, mówiłem jeszcze głupsze rzeczy.
– Och? – zainteresował się Hua Cheng. – Jakie? Chętnie posłucham.
Xie Lian przez chwilę wydawał się nieobecny, ale się uśmiechnął, gdy coś sobie przypomniał.
– Wiele lat temu ktoś mi powiedział, że nie da rady żyć dalej. Pytał, po co właściwie ma żyć, jaki jest w tym sens. – Zerknął na Hua Chenga. – Wiesz, co odpowiedziałem?
Nie był pewien, czy dobrze widzi, ale wydawało mu się, że w oczach tamtego zapłonęła iskra.
– Co odpowiedziałeś? – spytał cicho.
– „Jeśli nie wiesz, po co żyć dalej, to żyj dla mnie. Jeżeli nie wiesz, jaki sens ma twoje dalsze życie, niech przez chwilę ja będę jego sensem, niech będę filarem, który je podtrzymuje”. Ha, ha, ha… – Nie mógł powstrzymać gorzkiego śmiechu. – Do tej pory nie mogę zrozumieć, co ja wtedy sobie myślałem. – Pokręcił głową. – Skąd miałem odwagę na taką gadkę, na żądanie, żeby stać się sensem czyjegoś życia?
Hua Cheng milczał.
– Naprawdę, tylko w młodym wieku można mieć czelność powiedzieć coś takiego – mówił dalej Xie Lian. – Wtedy myślałem, że wszystko mogę, niczego się nie bałem. Teraz już nie umiem wypowiedzieć takich słów. Nie wiem, co się potem stało z tamtym człowiekiem – przyznał w zadumie. – Bycie sensem czyjegoś życia to bardzo poważna sprawa, a co dopiero pomaganie ludziom.
W Kasztanowym Przybytku zapadła cisza.
– Pomaganie ludziom to nie jest błaha sprawa – podjął cicho Hua Cheng. – Chociaż to odważne mówić takie rzeczy w tak młodym wieku, to także głupie.
– Właśnie tak.
– Chociaż głupie, to i odważne.
– Bardzo ci dziękuję. – Xie Lian się roześmiał.
– Nie ma za co.
Patrzyli przez chwilę na dach Kasztanowego Przybytku. W końcu Hua Cheng się odezwał:
– Ale, Wasza Wysokość, znamy się tylko kilka dni, a już tak wiele mi powiedziałeś. To nie problem?
– Jaki problem? To nic takiego. Możesz znać kogoś i kilkadziesiąt lat, a wystarczy jeden dzień, by wasze drogi się rozeszły. Góra z górą się nie zejdzie, a ludzie nieustannie spotykają się i rozstają. Dogadujesz się z kimś, to się schodzicie, nie dogadujesz się, rozchodzicie. Przecież wszystko się kiedyś kończy.
Hua Cheng zaśmiał się cicho.
– A jeśli… – powiedział nagle.
Xie Lian się odwrócił.
– Jeśli co?
Hua Cheng nie patrzył na niego, a na sfatygowany dach. Xie Lian widział tylko lewy profil jego urodziwej twarzy.
– …jestem brzydki – dokończył cicho Hua Cheng.
– Co?
Hua Cheng wolno obrócił twarz ku niemu.
– Czy jeżeli w prawdziwej postaci nie wyglądam dobrze, i tak będziesz chciał mnie zobaczyć?
– Ty tak na poważnie? Od początku jestem przekonany, że musisz wyglądać dobrze.
– Niekoniecznie – odparł Hua Cheng pół żartem, pół serio. – A jeśli mam ostre kły i zieloną twarz, na której wszystko jest w nieładzie? Jeżeli jestem szpetny jak rakszasa albo jaksza2, co zrobisz?
Xie Lian odruchowo się zaciekawił: czyżby ten władca świata demonów, na dźwięk imienia którego na twarze nieśmiertelnych wypełzał strach, przejmował się swoim wyglądem? Ale też upomniał się szybko, że nie miał powodu w to wnikać.
Pamiętał mgliście, że wśród rozlicznych dotyczących Hua Chenga legend pojawiały się również takie, które mówiły, że był zdeformowanym dzieckiem. Jeśli to prawda, z pewnością go z tego powodu nękano. Być może dlatego właśnie był tak wrażliwy na tym punkcie. Xie Lian rozważał to przez chwilę, w końcu powiedział najbardziej serdecznym tonem, na jaki mógł się zdobyć:
– Ale u mężczyzny wygląd nie jest istotny…
– Serio? Ja sądzę, że jest bardzo istotny.
Xie Lian myślał usilnie, jak go pocieszyć.
– Nie jest. Jeżeli ktoś używa twojego wyglądu, by cię zaatakować, to znaczy, że nie ma żadnego innego powodu albo po prostu ci zazdrości. Co tylko potwierdza twoją wyjątkowość. Mnóstwo ludzi nie zwraca uwagi na wygląd, na przykład ja nigdy tego nie robiłem! No i zobacz, obaj tacy jesteśmy…
– Hę? Jacy?
Xie Lian nie miał jak się bronić.
– …tacy jesteśmy, więc się zaprzyjaźniliśmy, prawda? A między przyjaciółmi musi być szczerość. Bądź spokojny, tak długo, jak jesteś sobą, ja… Czemu się śmiejesz? Mówię szczerze.
Poczuł, że ciało młodzieńca obok delikatnie drży. Zamarł i pomyślał: „Powiedziałem to tak dobrze, że wzruszył się aż do łez?”, ale nie miał odwagi się odwrócić i upewnić. Gdy dobiegł go cichy śmiech, jakby Hua Chengowi się wypsnęło prychnięcie, Xie Lianowi zrobiło się smutno i szturchnął demona w ramię.
– Dlaczego się śmiejesz? Niby w czym nie mam racji?
Hua Cheng natychmiast przestał się trząść, zwrócił twarz ku niemu i powiedział:
– Masz całkowitą rację, mówisz bardzo mądrze.
– Nie jesteś szczery… – stwierdził Xie Lian ze smutkiem.
– Przysięgam, że w żadnym ze światów nie znajdziesz nikogo bardziej szczerego ode mnie.
Xie Lian nie miał już ochoty rozmawiać, odwrócił się do niego plecami.
– Dość tego, idziemy spać. Spać, a nie gadać.
– Następnym razem. – Hua Cheng zaśmiał się cicho.
Chociaż Xie Lian zamierzał już iść spać, kiedy tamten się odezwał, nie mógł się powstrzymać, by nie kontynuować rozmowy.
– Co następnym razem?
– Następnym razem, gdy się zobaczymy – szepnął Hua Cheng – ujrzysz mnie w prawdziwej postaci.
Xie Lian chciał dalej dopytywać, ale było już późno i nie dał rady, zapadł bowiem w głęboki sen.
Gdy się zbudził następnego ranka, miejsce obok niego było puste.
Zerwał się na równe nogi i ruszył zajrzeć w każdy kąt Kasztanowego Przybytku. Otworzył nawet drzwi, ale i za nimi nie było żywego ducha. Przy zagrabionych w stertę opadłych liściach stał jednak słój z Półksiężyc. Xie Lian wyszedł, wziął go w ramiona, wniósł do środka i postawił na ołtarzu. Dopiero wtedy zauważył, że na jego piersi coś się pojawiło.
Sięgnął ku temu palcami i pod Przeklętą Obręczą poczuł cienki łańcuszek, luźno oplatający jego szyję. Szybko go ściągnął i obejrzał. Srebrnego i lekkiego łańcuszka Xie Lian mógł nie poczuć, ale powinien zauważyć zawieszony na nim przejrzysty, kryształowy pierścień.
Potarł go palcami.
– Co to jest?
W Xianle kochano skarby, kochano złoto i drogie kamienie. Xie Lian znał się na nich, od dzieciństwa bawił się w szlifowanie klejnotów, był przyzwyczajony do kosztowności. Przyjrzał się uważniej pierścieniowi. Wydawał się brylantowy, musiał być dziełem mistrza, choć nawet rzemieślnik o największym kunszcie nie potrafiłby wyszlifować diamentu w tak doskonały kształt. Xie Lian nigdy dotąd nie widział klejnotu tak przejrzystego i lśniącego, aż nie potrafił ocenić, co właściwie ma w dłoni.
Nie ulegało wątpliwości, że był bardzo cenny. To zapewne pamiątka, którą Hua Cheng zostawił przed odejściem.
Zdziwiony Xie Lian postanowił go zatrzymać i przy następnej okazji spytać Hua Chenga, co sobie właściwie wyobrażał. W świątyni nie było miejsca na ukrycie tak cennego klejnotu. Xie Lian postanowił więc trzymać go przy sobie i zawiesił łańcuszek z powrotem na szyi.
Przez kilka dni odpoczywał potem w Kasztanowym Przybytku, a nadmiernie wręcz serdeczni wieśniacy przynosili mu niezjedzone bułeczki, kleik ryżowy i przekąski jako jałmużnę – nie, jako ofiarę. I tak upływał mu czas. Wreszcie jednak nadszedł kres sielanki i Ling Wen wezwała go do Stolicy Nieśmiertelnych.
– Co się dzieje? Wnioskuję z twojego tonu, że stało się coś ważnego.
– Tak. Chodź szybko do Pawilonu Boskiego Wojownika.
Zamarł, gdy usłyszał tę nazwę.
Jun Wu powrócił.







