Xie Lian ma jeden cel – chce odkryć całą prawdę o historii upadłego królestwa. U jego boku wciąż stoi Hua Cheng… Czy pomiędzy bogiem i demonem może narodzić się uczucie? Z każdym dniem spędzonym razem pojawia się coraz więcej pytań i na żadne z nich nie ma łatwej odpowiedzi. To już drugi tom kultowej powieści Mo Xiang Tong Xiu, która urzekła czytelników na całym świecie.


Bóg, który chciał pomagać zwykłym ludziom. Demon, który obiecał stać u jego boku. W świecie pełnym duchów i kłamstw nawet najczystsze intencje mogą prowadzić do tragedii.

Xie Lian próbuje rozwikłać historię upadłego królestwa i duchów, które nie zaznały spokoju. Towarzyszy mu Hua Cheng — potężny i nieprzenikniony demon, który widzi i wie więcej niż inni.

Wśród ruin i wspomnień powoli rodzi się zaufanie, a z nim pytania, na które nie ma prostych odpowiedzi. Czy można ocalić wszystkich? Co naprawdę znaczy kogoś chronić?

Wejdź w głąb Miasta Duchów i przekrocz próg Domu Gry — miejsca, gdzie można wygrać wszystko – lub wszystko stracić.

„Błogosławieństwo Niebios” to epicka opowieść z gatunku xianxia, która podbiła serca milionów czytelników na całym świecie. Po olbrzymim sukcesie w Azji, Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej kultowa powieść Mo Xiang Tong Xiu zachwyciła również polskich czytelników.

Mo Xiang Tong Xiu
Błogosławieństwo Niebios. Tom 2
Przekład: Julia Luterek, Aleksandra Woźniak-Marchewka
Seria „Błogosławieństwo Niebios”, tom 2
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 27 sierpnia 2025
 
 


Rozdział ósmy
NOCNE ROZ­MOWY W KASZ­TA­NO­WYM PRZY­BYTKU
LOSY SPLĄ­TANE I ROZ­PLĄ­TANE

– Krwawy Deszcz w Poszu­ki­wa­niu Kwiatu… – zagaił Xie Lian.
– Wasza Wyso­kość – odparł Hua Cheng.
Xie Lian się odwró­cił.
– To pierw­szy raz, gdy tak mnie nazwa­łeś.
Mło­dzie­niec w czer­wieni sie­dział na macie z jedną nogą wypro­sto­waną.
– I jak wra­że­nia?
Xie Lian mil­czał przez chwilę.
– Brzmi ina­czej, niż kiedy inni się tak do mnie zwra­cają.
– To zna­czy jak?
– Trudno powie­dzieć, może… mówisz to tak poważ­nie.
W ustach innych, choćby Ling Wen, brzmiało to ofi­cjal­nie, ale więk­szość nie­bian nazy­wała go Jego Wyso­ko­ścią z drwiną, jakby wty­kała mu przy­ja­ciel­skie szpi­leczki, z nutą pro­tek­cjo­nal­nego sar­ka­zmu, jak wtedy, gdy się nazywa brzy­dulę pięk­no­ścią. Hua Cheng jed­nak wyda­wał się wypo­wia­dać te dwa słowa z sza­cun­kiem, zupeł­nie jakby naprawdę mówił o wysoko uro­dzo­nym członku rodziny kró­lew­skiej, któ­remu się należą pokłony.
– Ten pan młody z Góry Szla­chet­nych to byłeś ty? – zmie­nił temat Xie Lian.
Kącik ust Hua Chenga uniósł się nieco wyżej, a do Xie Liana dotarło, jak dwu­znacz­nie to brzmi.
– Prze­brany za pana mło­dego! – popra­wił się natych­miast.
– Nie prze­bra­łem się za pana mło­dego – odparł Hua Cheng.
To prawda. Nie oszu­kał Xie Liana, nie powie­dział ani nawet nie zasu­ge­ro­wał, że jest panem mło­dym. Wła­ści­wie w ogóle się nie ode­zwał, po pro­stu sta­nął przed lek­tyką i wycią­gnął dłoń, którą zdez­o­rien­to­wany Xie Lian ujął i podą­żył za nim.
– No dobrze – pod­jął Xie Lian. – Ale dla­czego się wtedy tam poja­wi­łeś?
– Mogłem spe­cjal­nie podą­żać za Waszą Wyso­ko­ścią, mogłem też napo­tkać cię, gdy tam­tędy prze­cho­dzi­łem i mi się nudziło. Jak myślisz, która z tych odpo­wie­dzi jest bar­dziej wia­ry­godna?
Xie Lian poli­czył dni, które tam­ten przy nim spę­dził.
– Nie ośmielę się wybrać… – stwier­dził w końcu. – Ale chyba naprawdę ci się nudzi. – Sku­pił na Hua Chengu całą swoją uwagę, zlu­stro­wał go wzro­kiem od stóp do głów. – Jesteś inny, niż mówią legendy.
Hua Cheng zmie­nił pozy­cję, pod­parł pod­bró­dek o kolano, spoj­rzał na Xie Liana i spy­tał:
– Tak? Skąd więc wie­dzia­łeś, że ja to ja?
Xie Lian miał w gło­wie tylko para­solkę i krwawy deszcz, brzę­czące srebrne łań­cuszki i zimne kar­wa­sze.
– Cokol­wiek bym spraw­dził, wszystko było bez zarzutu. Musisz więc być arma­ge­do­nem. Nosisz się na czer­wono, w kolo­rze krwi albo liści klonu. Nie ma rze­czy, któ­rej byś nie wie­dział, któ­rej byś nie mógł doko­nać, któ­rej byś się lękał. Taka per­sona nie może być nikim innym, jak tylko owym osła­wio­nym Krwa­wym Desz­czem w Poszu­ki­wa­niu Kwiatu, któ­rego imię spra­wia, że nie­śmier­tel­nych zdej­muje strach. Poza tym nie wkła­da­łeś w to ukry­wa­nie się zbyt wiel­kiego wysiłku.
– Czyli mogę uznać to za kom­ple­ment? – docie­kał Hua Cheng z uśmie­chem.
– Prze­cież to wła­śnie mia­łem na myśli.
Brwi Hua Chenga się unio­sły, a on sam wyda­wał się bar­dzo zado­wo­lony.
– Dla­czego nie spy­ta­łeś mnie, Wasza Wyso­kość, jaki mam cel, pró­bu­jąc się do cie­bie zbli­żyć?
– Jeśli sam nie chcesz mi o tym powie­dzieć, to nie ma sensu docie­kać. Naj­pew­niej i tak nie powiesz mi prawdy.
– Nie­ko­niecz­nie – odparł Hua Cheng. – A poza tym, jeśli nie odpo­wiem albo przyj­dzie ci do głowy, że się mijam z prawdą, możesz kazać mi odejść.
– Jeżeli naprawdę miał­byś złe zamiary, to cóż mi przyj­dzie z tego, że każę ci odejść? Jesteś tak potężny, że z łatwo­ścią wró­cisz pod inną posta­cią.
Patrzyli na sie­bie i się uśmie­chali, gdy ciszę Kasz­ta­no­wego Przy­bytku roz­bił nagły dźwięk. Spoj­rzeli w stronę, z któ­rej dobiegł, ale nie dostrze­gli tam nikogo, a za cały ten hałas odpo­wie­dzialny był prze­ta­cza­jący się po ziemi cera­miczny słój.
Kiedy wró­cili z Banyue, Xie Lian wło­żył Pół­księ­życ do opróż­nio­nego sło­ika po kiszon­kach. Chciał jej uła­twić adap­ta­cję do nowego miej­sca – w końcu po wielu latach opu­ściła ojczy­znę nagle i nie z wła­snej woli. Tak, duchy też mogą mieć pro­blemy z adap­ta­cją! A teraz słój się prze­wró­cił i poto­czył do wyj­ścia, ale zatrzy­mały go zro­bione przez Hua Chenga drzwi i odbi­jał się od nich raz za razem. Xie Lian, bojąc się, że się zaraz roz­trza­ska, otwo­rzył je, a słój wytur­lał się na trawę i sta­nął pio­nowo. Choć był tylko zwy­kłym naczy­niem, wyda­wało się, że spo­gląda w roz­gwież­dżone niebo.
Xie Lian podą­żył za nim.
– Gene­rale, czy młod­szy gene­rał Pei został zła­pany? – spy­tał cichy głos.
Hua Cheng też wyszedł z Kasz­ta­no­wego Przy­bytku, stał obok, opie­ra­jąc się o drzewo.
– Co się z nim sta­nie? – nie prze­sta­wała dopy­ty­wać zamknięta w słoju Pół­księ­życ.
– Nie wiem. – Xie Lian scho­wał dło­nie w ręka­wach. – Ale zro­bił coś złego, więc na pewno ponie­sie karę.
Pół­księ­życ zamil­kła, by pod­jąć po chwili:
– Ludzie mówili, że mnie oszu­kał, ale ja tak nie uwa­żam. Gdy otwie­ra­łam bramy, byłam już przy­go­to­wana na to, że nie dotrzyma obiet­nicy.
Xie Lian czuł, że Pół­księ­życ chce się komuś zwie­rzyć, więc usiadł obok.
– Poza tym, cho­ciaż nie dotrzy­mał słowa, to nie jest takim złym czło­wie­kiem – wymam­ro­tała.
– Ach, doprawdy…?
– Tak. – Słoik się prze­to­czył. – Gene­rale, twoje ciało wrzu­cono do rzeki, pamię­tasz? Chcia­łam cię pocho­wać i szłam wzdłuż rzeki, szu­ka­łam, wypa­try­wa­łam, aż wresz­cie dotar­łam na Rów­niny Cen­tralne, do Yong’an.
– Prze­by­łaś tysiąc li… Taka wytrwa­łość…
– Nie mogło być ina­czej, musia­łam cię pocho­wać – powie­działa żar­li­wie. – Dotar­łam do Yong’an. Szłam ulicą, nikogo tam nie zna­łam, byłam bar­dzo głodna i bar­dzo zmę­czona. Osta­tecz­nie to wła­śnie gene­rał Pei i jego rodzina zaofe­ro­wali mi posi­łek. Taki smaczny! Zja­dłam i nic nie zwy­mio­to­wa­łam. Na jedno posie­dze­nie pochło­nę­łam tyle, że było mi głu­pio, powie­działam więc, że potem im wszystko zwrócę. Gene­rał Pei tylko się śmiał, myślał chyba, że jestem zabawna. Powie­dział: „Nie musisz odda­wać nam jedze­nia, przy­chodź tu, gdy tylko będziesz głodna”. Miał wtedy jakieś pięt­na­ście, szes­na­ście lat, kochał się śmiać.
Xie Lian pomy­ślał o jego kamien­nej twa­rzy.
– Naprawdę tego po nim nie widać… – przy­znał. – I spo­tka­łaś go dopiero w wie­czór przed ata­kiem na mia­sto?
Nie była to więc despe­racka próba zna­le­zie­nia ratunku, ale zaufa­nie sprzed lat. Słój się zako­ły­sał.
– Mhm – przy­tak­nęła Pół­księ­życ. – Ale kiedy zaro­bi­łam dość pie­nię­dzy i wró­ci­łam, by oddać dług, drzwi były zapie­czę­to­wane, a sam dom opu­sto­szał. Roz­py­ta­łam się i powie­dziano mi w końcu, że rodzinę spo­tkała kara. Tylko Pei został przy­mu­sowo wcie­lony do woj­ska, pozo­stali męż­czyźni byli albo zbyt sta­rzy, albo zbyt mło­dzi. Wygnano ich więc. Szu­ka­łam wszę­dzie, aż zoba­czy­łam gene­rała Peia na jakimś skrzy­żo­wa­niu. Stał tam w odzie­niu rekruta i nie ośmie­li­łam się podejść. – Wes­tchnęła. – Poja­wiła się grupa ludzi w łach­ma­nach, nie­śli ze sobą koce. Kil­koro z nich zoba­czyło go i zaczęło wołać. Pod­biegł, jak się oka­zało, do swo­ich rodzi­ców i rodzeń­stwa. Wci­snął pie­nią­dze eskor­tu­ją­cemu ich straż­ni­kowi, a następ­nie swo­jemu ojcu. Ten nakrzy­czał na niego: „Po co tu przy­la­złeś? W woj­sku pozwa­lają ci tak sobie cho­dzić, dokąd chcesz? Nie będę ci zabie­rał pie­nię­dzy, wynoś się!”. Matka natych­miast wzięła go w obronę: „Dla­czego na niego krzy­czysz? Wysy­łają go na pogra­ni­cze, nas wygnano na cztery wia­try, nie wia­domo, czy jesz­cze kie­dyś się zoba­czymy. Chcesz pod­czas ostat­niego spo­tka­nia go zwy­zy­wać?”. Ojciec wes­tchnął. „Xiu, synu – powie­dział. – Kiedy dotrzesz na pogra­ni­cze, musisz na sie­bie uwa­żać”.
Ta scena musiała zro­bić na Pół­księ­życ ogromne wra­że­nie, skoro po tylu latach pamię­tała każde słowo, jakby to było wczo­raj, jakby miała to wciąż przed oczami.
– Pei zapy­tał, co ojciec miał na myśli, czy ktoś umyśl­nie chciał zaszko­dzić ich rodzi­nie – kon­ty­nu­owała. – Ojciec z początku nie chciał o tym mówić, ale wresz­cie dał się prze­ko­nać. Zaczęło się od zor­ga­ni­zo­wa­nych przez dwór kró­lew­ski w ostat­nim mie­siącu poprzed­niego roku zawo­dów, w któ­rych gene­rał Pei brał udział i mie­rzył się z innymi zawod­ni­kami w walce na mie­cze. Już wtedy jego zdol­no­ści szer­mier­cze były nie­zrów­nane, wszy­scy go podzi­wiali. Ale razem z nim w szranki sta­nął syn pew­nego gene­rała i jeśli Pei piąłby się w ran­kin­gach szer­mier­czych, na pewno w końcu by na niego tra­fił, więc…
Xie Lian zro­zu­miał.
– Żeby temu zapo­biec, Peiowi nie pozwo­lono wię­cej sta­nąć do walki? I wła­śnie dla­tego całą jego rodzinę spo­tkała kara?
Nie­szczę­ście, jakie spa­dło na nich wszyst­kich, wyni­kało z niczego innego, jak tylko z wyjąt­ko­wych umie­jęt­no­ści Peia. I tego, że sta­nął komuś na dro­dze.
– Ojciec go prze­strzegł, żeby bar­dzo uwa­żał na to, jak się zacho­wuje. Nie popi­sy­wał się, nie robił sobie wro­gów, nie dawał innym powo­dów do knu­cia prze­ciw niemu, bo ludzie na pewno będą go obser­wo­wać. Nawet nie dokoń­czył, gdy straż­nik kazał im iść dalej. Młod­sze rodzeń­stwo Peia cią­gnęło go za szaty, matka krzy­czała, żeby zabrał pie­nią­dze z powro­tem, bo lepiej się im przy­służy w armii. Pei patrzył, jak odcho­dzą, i pła­kał. – Słój zamarł. – Ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam, żeby ktoś tak żało­śnie pła­kał. Następ­nym razem zoba­czy­łam go już na Prze­łę­czy Pół­księ­życa. Wyszedł tego dnia łapać węże skor­pio­ogo­nia­ste. Jeden z moich węży go uką­sił i dopiero wtedy zda­łam sobie sprawę z tego, gdzie go zesłano. Wyle­czy­łam go, prze­bu­dził się, ale teraz myślę, że mnie nie poznał. Każde z nas mówiło za sie­bie. Kie­dyś dużo się śmiał, a wtedy nie tylko tego nie robił, lecz nawet nie mówił za wiele. Pew­nego dnia spy­tał mnie, jak skło­nić węże do posłu­chu. W tam­tym cza­sie cze­go­kol­wiek się imał, wkła­dał w to wszyst­kie siły. Myśla­łam, że cho­dzi mu o to, by jak naj­szyb­ciej osią­gnąć suk­ces, że chce rato­wać rodzinę. Nawet gdy­bym mu nie powie­działa, i tak by poszedł łapać węże, prę­dzej czy póź­niej zostałby znowu uką­szony, nauczy­łam go więc, jak kon­tro­lo­wać kilka z nich.
– A więc to tak – powie­dział Xie Lian – nauczył się two­jej sztuki.
– Tak. To ja go nauczy­łam. W noc przed oblę­że­niem popro­si­łam go, by posta­rał się nie krzyw­dzić cywili. Ale prze­cież miecz jest ślepy. Na polu bitwy albo ty zabi­jasz, albo cie­bie zabiją. Jak tu oka­zać miło­sier­dzie? Gdy teraz o tym myślę… Nie powin­nam była mu tego mówić, spra­wi­łam, że prze­zwano go wia­ro­łomcą. – Mówiła tak szcze­rze, bez prze­pra­sza­nia, bez żalu czy nie­chęci. – Otwar­cie bram było moim wła­snym wybo­rem, nikogo nie winię – kon­ty­nu­owała spo­koj­nym tonem. – Gene­rał Pei mógł dzia­łać w gra­ni­cach wyzna­czo­nych przez oko­licz­no­ści i zro­bił, co w jego mocy, by zmi­ni­ma­li­zo­wać straty. Myślę też, że nie spo­dzie­wał się mojej śmierci. Pamię­tam wyraz jego twa­rzy, gdy zoba­czył, że Kemo powie­sił mnie na murach. Sądzę, że mogłam… go wystra­szyć.
Nie zrzu­cała na nikogo odpo­wie­dzial­no­ści, nie mówiła o tym, że się nie kon­tro­lo­wała, po pro­stu się mar­twiła, bo jej śmierć kogoś prze­stra­szyła. Xie Lian nie wie­dział, co powie­dzieć, a jego serce powoli top­niało.
– Nie wiem tylko, czy osta­tecz­nie ura­to­wał swo­ich bli­skich – wymam­ro­tała jesz­cze.
– Nie.
Czło­wiek i słoik odwró­cili się w tę samą stronę. Hua Cheng stał nie­da­leko w cie­niu drzew.
– Kiedy Pei Xiu wnie­bo­wstą­pił, jego rodzina już od paru lat nie żyła, zmarli na wygna­niu. Dowie­dział się o tym dopiero po masa­krze mia­sta.
Pró­bo­wał z całych sił, łamał obiet­nice, unu­rzał ręce we krwi po łok­cie, ale i tak nie pomógł tym, któ­rym pomóc pra­gnął naj­bar­dziej. Co to za życie…? Xie Lian wes­tchnął.
– Prze­pra­szam, gene­rale.
– Dla­czego cią­gle mnie prze­pra­szasz? – Słowa Pół­księ­życ go zdzi­wiły.
– Chcia­łam poma­gać zwy­kłym ludziom. Jak mówi­łeś, gene­rale.
– Cze­kaj! – Xie Lian przy­trzy­mał słoik, zanim ten zdo­łał się znów odto­czyć, i spoj­rzał na Hua Chenga, który stał pod sąsied­nim drze­wem z ramio­nami skrzy­żo­wa­nymi na piersi. – Naprawdę tak powie­dzia­łem?
Zanim skoń­czył sie­dem­na­ście lat, kochał sza­fo­wać tym zda­niem, ale w ciągu kil­ku­set ostat­nich nie wymó­wił go wcale, i bar­dzo dobrze!
Nie mógł go znieść.
– No tak, tak mówi­łeś – odparła Pół­księ­życ.
– Nie mówi­łem… – Xie Lian jesz­cze pró­bo­wał wal­czyć.
– Mówi­łeś! – zapew­niła go żar­li­wie. – Pew­nego razu spy­ta­łeś, co chcę robić, kiedy doro­snę, i gdy odpo­wie­dzia­łam, że nie wiem, ty co? Ty powie­dzia­łeś: „Kiedy byłem mały, moim marze­niem było poma­ga­nie zwy­kłym ludziom!”.
– A, to! – wykrzyk­nął Xie Lian. – Ja sobie luźno rzu­ci­łem, a ty tak dobrze zapa­mię­ta­łaś!
– Ale ja myślę, że powie­dzia­łeś to bar­dzo serio! Poza tym póź­niej powtó­rzy­łeś jesz­cze kil­ku­krot­nie, więc chyba cią­gle mia­łeś to w gło­wie.
– Ha, ha, ha, ha, ha, naprawdę? Moż­liwe! W ogóle nie pamię­tam!
– Niech pomy­ślę. Mówi­łeś też: „Jeśli naprawdę chcesz iść naprzód, nic nie sta­nie na two­jej dro­dze!”, „Nawet jeżeli sto razy wpad­niesz w błoto, wyjdź z niego!”. Dużo takich myśli rzu­ca­łeś!
– Pfff…
Nie musiał się odwra­cać, żeby wie­dzieć, że Hua Cheng wszystko usły­szał i się z niego śmieje!
Xie Lian nie dawał rady już dłu­żej utrzy­mać sło­ika. „…Plo­tłem takie bzdury? Ja? Ja taki nie jestem… A może jestem?”, pomy­ślał.
– Ale na sam koniec i tak wszystko zro­bi­łam źle.
Xie Lian zamarł.
– Chcia­łam tylko chro­nić ludzi. – Głos Pół­księ­życ brzmiał, jakby była zagu­biona. – Tak jak ty, gene­rale, nie­ważne, czy to Bany­ueń­czycy, czy Yong’anczycy. Chcia­łam chro­nić ich wszyst­kich, dla­tego z całych sił poświę­ci­łam się prak­tyce ducho­wej. Ale jedy­nym, co osta­tecz­nie mogłam zro­bić, było pozwo­lić Kemo i jego ludziom, żeby powie­sili mnie kilka razy i w ten spo­sób choć tro­chę uko­ili swoją gorycz. I żywić nadzieję, że dzięki temu szyb­ciej zaznają spo­koju. Wiem, że zro­bi­łam źle, ale czy możesz mi powie­dzieć, co mogłam zro­bić, by było dobrze? Co zro­bić, żeby naprawdę, tak jak mówi­łeś, ura­to­wać zwy­kłych ludzi, ura­to­wać wszyst­kich?
– Prze­pra­szam, ale nie wiem, jak ci odpo­wie­dzieć. Wcze­śniej tego nie wie­dzia­łem i nie wiem tego teraz.
– Gene­rale, myślę, że całe moje życie było porażką – stwier­dziła ze smut­kiem po chwili mil­cze­nia.
Xie Lia­nowi jej słowa nie popra­wiły humoru. Czy nie ozna­czały one, że ostat­nie osiem­set lat jego życia było jesz­cze więk­szą porażką?
Zosta­wił smutną Pół­księ­życ, by patrzyła samot­nie w roz­gwież­dżone niebo, i wró­cił z Hua Chen­giem do Kasz­ta­no­wego Przy­bytku.
– O co wła­ści­wie cho­dziło Peiowi? – spy­tał, gdy zamknął za sobą drzwi.
– Może chciał tej małej oszczę­dzić kil­ku­krot­nego powie­sze­nia. Kto wie – odparł Hua Cheng.
– Nie musiał łatać swo­jego planu śmier­tel­ni­kami. – Xie Lian pokrę­cił głową.
– Śmier­tel­nicy – powie­dział Hua Cheng spo­koj­nym gło­sem – zna­czą mniej od mró­wek. Dla boga to bez róż­nicy, czy zabije kil­ku­set śmier­tel­ni­ków, czy zgnie­cie kil­ka­set mró­wek. Gdyby nie to, że jako symu­la­krum1 był osła­biony, oba­wiam się, że pró­bo­wałby zabić nas wszyst­kich.
Xie Lian zer­k­nął na niego i przy­po­mniał sobie, jak demon sko­czył do otchłani ska­zań­ców i w jed­nej chwili wybił żoł­nie­rzy Banyue.
– Symu­la­krum jest osła­bione? Twoje chyba jest dość mocne.
Hua Cheng uniósł brew.
– Oczy­wi­ście. Ale to jest moja praw­dziwa postać.
Xie Lian odwró­cił się zdzi­wiony.
– Serio? To twoja praw­dziwa postać?
– Gwa­ran­cja ory­gi­nal­no­ści – odparł Hua Cheng.
Sam był sobie winien, to zabrzmiało nie­mal jak „prze­ko­naj się sam”, więc Xie Lian, sam nie wie­dząc kiedy, wycią­gnął palec i dotknął opuszką policzka Hua Chenga. Dopiero gdy to zro­bił, jakby ock­nął się i żach­nął w duchu. Był po pro­stu cie­kawy, jaka jest w dotyku skóra tego władcy demo­nów. Nie spo­dzie­wał się, że jego wła­sne ciało zadziała szyb­ciej niż umysł. Tak po pro­stu go szturch­nął, co to w ogóle ma być!
Hua Cheng chyba też tro­chę się zdzi­wił tym nagłym dotknię­ciem, ale wciąż był spo­kojny i nie­wzru­szony, nic nie powie­dział, w jego oczach tliło się roz­ba­wie­nie i jakby cze­kał na wyja­śnie­nia Xie Liana. Który oczy­wi­ście żad­nego nie udzie­lił, spoj­rzał tylko na swój palec i natych­miast go scho­wał.
– Nie­złe.
Hua Cheng wresz­cie się roze­śmiał, skrzy­żo­wał ręce na piersi i prze­chy­lił głowę na bok.
– Co jest nie­złe? Ta skóra?
– Tak, naprawdę nie­zła – powie­dział szcze­rze Xie Lian. – Ale…
– Ale co?
Xie Lian przez chwilę uważ­nie się przy­pa­try­wał jego twa­rzy.
– Ale czy mógł­bym zoba­czyć, jak naprawdę wyglą­dasz?
Skoro powie­dział „ta skóra”, to ozna­czało, że cho­ciaż samo ciało było praw­dziwe, to jego wygląd nie był pier­wotny. Nie miał przed sobą praw­dziwego obli­cza Hua Chenga.
Ale Hua Cheng nie odpo­wie­dział od razu. Opu­ścił ramiona. Xie Lian nie wie­dział, czy to tylko wra­że­nie, wyda­wało mu się jed­nak, że Hua Cheng spo­chmur­niał. Serce zabiło mu moc­niej. Pojął to w mgnie­niu oka – nie powi­nien o to pytać. Cho­ciaż przez ostat­nie dni doga­dy­wali się bar­dzo dobrze, nie ozna­czało to jesz­cze, że są na tyle bli­sko, by wysu­wać takie prośby.
Natych­miast się uśmiech­nął.
– Tak tylko rzu­ci­łem, nie przej­muj się tym.
Hua Cheng zamknął oczy, po chwili odpo­wie­dział uśmie­chem.
– Jeśli póź­niej nada­rzy się oka­zja, pokażę ci.
Gdyby to był ktoś inny, te słowa zabrzmia­łyby jak zwy­kła wymówka. „Jeśli póź­niej nada­rzy się oka­zja” to prze­cież dosłow­nie „Nawet o tym nie myśl, zapo­mnij”. Ale skoro Hua Cheng je wypo­wie­dział, Xie Lian wie­dział z całą pew­no­ścią, że to obiet­nica.
– Dobrze. – Uśmiech­nął się. – Pocze­kam więc, aż uznasz, że to wła­ściwy czas.
Był już zmę­czony późną porą, poło­żył się więc na macie, a Hua Cheng razem z nim. I nikt się nie dzi­wił, jak po odkry­ciu swo­ich toż­sa­mo­ści demon i bóg mogą spać na jed­nej macie. Nie mieli poduszki, więc Xie Lian, tak jak Hua Cheng, uło­żył głowę na rękach.
– U was, w świe­cie demo­nów, nie trzeba skła­dać rapor­tów. Macie dużo wol­nego.
Hua Cheng wypro­sto­wał nogi.
– A komu miał­bym je skła­dać? – spy­tał. – Ja jestem naj­po­tęż­niej­szy. A w świe­cie demo­nów każdy jest sobie panem, nikt nikim nie rzą­dzi.
– A więc tak to działa. A spo­tka­łeś pozo­sta­łych wład­ców demo­nów?
– Spo­tka­łem.
– Zie­lo­nego Demona też?
– Mówisz o tym śmie­ciu i bez­gu­ściu? Chcia­łem się z nim tylko przy­wi­tać, a on uciekł.
Xie Lian pomy­ślał, że raczej nie cho­dziło o zwy­kłe powi­ta­nie.
– A przy oka­zji dosta­łem przy­do­mek „Krwawy Deszcz w Poszu­ki­wa­niu Kwiatu” – zakoń­czył Hua Cheng spo­koj­nie.
Aha, cho­dziło więc o raczej krwawe powi­ta­nie.
– Witasz się naprawdę nie­sa­mo­wi­cie. Żywisz jakąś urazę do Zie­lo­nego Demona?
– Tak.
– To zna­czy?
– Nie mogę na niego patrzeć.
Xie Lian nie wie­dział, co powie­dzieć. „Czyż­byś rzu­cił wyzwa­nie trzy­dzie­ściorgu trojgu nie­bian też tylko dla­tego, że nie mogłeś na nich patrzeć?”, pomy­ślał.
– Nie­bia­nie z Wyż­szej Izby Nie­bios mówią, że ma naprawdę kiep­ski gust i nawet świat demo­nów czuje do niego nie­chęć. Rze­czy­wi­ście tak jest?
– Rze­czy­wi­ście. Czarna Toń też nim gar­dzi.
– Kto to jest? – spy­tał Xie Lian i natych­miast dodał: – To ten Czarna Toń Zata­pia­jąca Statki?
– Dokład­nie. Nazy­wany jest też Nie­zgłę­bio­nym Demo­nem Czar­nej Toni.
O ile dobrze zapa­mię­tał, Nie­zgłę­biony Demon Czar­nej Toni rów­nież był arma­ge­do­nem, za to z Zie­lo­nym Demo­nem można było sobie pora­dzić. Nic dziw­nego, że reszta nim pogar­dzała.
– Dobrze go znasz? – spy­tał zacie­ka­wiony Xie Lian.
– Nie. W świe­cie demo­nów znam zale­d­wie kilku – odparł Hua Cheng leni­wie.
– Dla­czego?
– Nikt poni­żej arma­ge­donu nie jest godzien ze mną roz­ma­wiać.
To bar­dzo aro­ganc­kie zda­nie wypo­wie­dział, jakby stwier­dzał oczy­wi­sty fakt.
– To świet­nie. – Xie Lian się ucie­szył. – Nie to co w świe­cie nie­bian, jest ich aż tylu, że nie potra­fię spa­mię­tać ich imion.
– To nie spa­mię­tuj.
– Ale jak nie zapa­mię­tam, to ich zawsty­dzę, mogę kogoś ura­zić.
– Jeśli coś tak nie­istot­nego ich urazi, to są małost­ko­wymi śmie­ciami.
Roz­ma­wiali jesz­cze chwilę, ale Xie Lian się oba­wiał, że kon­wer­sa­cja zmie­rzała w zbyt draż­liwe rejony, nie podej­mo­wał więc już tematu róż­nic mię­dzy dwoma świa­tami. Rzu­cił okiem na zamknięte drzwi.
– Co z Pół­księ­życ? Kiedy wróci?
Pomy­ślał o tym nie­daw­nym otrzeź­wia­ją­cym „Chcę poma­gać zwy­kłym ludziom”, a w jego gło­wie wez­brały obrazy, które natych­miast ode­pchnął.
– To brzmi dobrze – ode­zwał się Hua Cheng.
– Co?
– „Chcę poma­gać zwy­kłym ludziom”.
Xie Lian poczuł, jakby ktoś wymie­rzył mu cios. Odwró­cił się, zwi­nął jak suszona kre­wetka, zasło­nił twarz dłońmi i wyglą­dało, jakby potrze­bo­wał jesz­cze jed­nej pary rąk do zakry­cia uszu.
– San­lang… – jęk­nął.
Hua Cheng się przy­su­nął.
– Hmm? A co z tym nie tak? – W jego gło­sie brzmiała powaga.
Cią­gle pytał, cią­gle argu­men­to­wał, a Xie Lian nie mógł go prze­ga­dać. Odwró­cił się i rzu­cił bez­sil­nie:
– Nic już nie mów! To bez sensu.
– O co ci cho­dzi? Czemu bez sensu? – zaopo­no­wał Hua Cheng. – Jeżeli ktoś ma odwagę mówić o zwy­kłych ludziach, nie­ważne, czy cho­dzi o poma­ga­nie im, czy o zabi­ja­nie ich, to mam do niego szczery sza­cu­nek. Pierw­sze jest dużo trud­niej­sze, więc jesz­cze bar­dziej to sza­nuję.
Xie Lian nie wie­dział, czy się śmiać, czy pła­kać. Pokrę­cił głową i opadł bez­rad­nie na matę.
– Nie wystar­czy mówić, trzeba jesz­cze robić. A co waż­niej­sze, zro­bić, dopiero wtedy się liczy. I tyle. Dobra, nie­ważne. Kiedy byłem młod­szy, mówi­łem jesz­cze głup­sze rze­czy.
– Och? – zain­te­re­so­wał się Hua Cheng. – Jakie? Chęt­nie posłu­cham.
Xie Lian przez chwilę wyda­wał się nie­obecny, ale się uśmiech­nął, gdy coś sobie przy­po­mniał.
– Wiele lat temu ktoś mi powie­dział, że nie da rady żyć dalej. Pytał, po co wła­ści­wie ma żyć, jaki jest w tym sens. – Zer­k­nął na Hua Chenga. – Wiesz, co odpowie­działem?
Nie był pewien, czy dobrze widzi, ale wyda­wało mu się, że w oczach tam­tego zapło­nęła iskra.
– Co odpo­wie­dzia­łeś? – spy­tał cicho.
– „Jeśli nie wiesz, po co żyć dalej, to żyj dla mnie. Jeżeli nie wiesz, jaki sens ma twoje dal­sze życie, niech przez chwilę ja będę jego sen­sem, niech będę fila­rem, który je pod­trzy­muje”. Ha, ha, ha… – Nie mógł powstrzy­mać gorz­kiego śmie­chu. – Do tej pory nie mogę zro­zu­mieć, co ja wtedy sobie myśla­łem. – Pokrę­cił głową. – Skąd mia­łem odwagę na taką gadkę, na żąda­nie, żeby stać się sen­sem czy­je­goś życia?
Hua Cheng mil­czał.
– Naprawdę, tylko w mło­dym wieku można mieć czel­ność powie­dzieć coś takiego – mówił dalej Xie Lian. – Wtedy myśla­łem, że wszystko mogę, niczego się nie bałem. Teraz już nie umiem wypowie­dzieć takich słów. Nie wiem, co się potem stało z tam­tym czło­wie­kiem – przy­znał w zadu­mie. – Bycie sen­sem czy­je­goś życia to bar­dzo poważna sprawa, a co dopiero poma­ga­nie ludziom.
W Kasz­ta­no­wym Przy­bytku zapa­dła cisza.
– Poma­ga­nie ludziom to nie jest błaha sprawa – pod­jął cicho Hua Cheng. – Cho­ciaż to odważne mówić takie rze­czy w tak mło­dym wieku, to także głu­pie.
– Wła­śnie tak.
– Cho­ciaż głu­pie, to i odważne.
– Bar­dzo ci dzię­kuję. – Xie Lian się roze­śmiał.
– Nie ma za co.
Patrzyli przez chwilę na dach Kasz­ta­no­wego Przy­bytku. W końcu Hua Cheng się ode­zwał:
– Ale, Wasza Wyso­kość, znamy się tylko kilka dni, a już tak wiele mi powie­dzia­łeś. To nie pro­blem?
– Jaki pro­blem? To nic takiego. Możesz znać kogoś i kil­ka­dzie­siąt lat, a wystar­czy jeden dzień, by wasze drogi się roze­szły. Góra z górą się nie zej­dzie, a ludzie nie­ustan­nie spo­ty­kają się i roz­stają. Doga­du­jesz się z kimś, to się scho­dzi­cie, nie doga­du­jesz się, roz­cho­dzi­cie. Prze­cież wszystko się kie­dyś koń­czy.
Hua Cheng zaśmiał się cicho.
– A jeśli… – powie­dział nagle.
Xie Lian się odwró­cił.
– Jeśli co?
Hua Cheng nie patrzył na niego, a na sfa­ty­go­wany dach. Xie Lian widział tylko lewy pro­fil jego uro­dzi­wej twa­rzy.
– …jestem brzydki – dokoń­czył cicho Hua Cheng.
– Co?
Hua Cheng wolno obró­cił twarz ku niemu.
– Czy jeżeli w praw­dzi­wej postaci nie wyglą­dam dobrze, i tak będziesz chciał mnie zoba­czyć?
– Ty tak na poważ­nie? Od początku jestem prze­ko­nany, że musisz wyglą­dać dobrze.
– Nie­ko­niecz­nie – odparł Hua Cheng pół żar­tem, pół serio. – A jeśli mam ostre kły i zie­loną twarz, na któ­rej wszystko jest w nie­ła­dzie? Jeżeli jestem szpetny jak rak­szasa albo jak­sza2, co zro­bisz?
Xie Lian odru­chowo się zacie­ka­wił: czyżby ten władca świata demo­nów, na dźwięk imie­nia któ­rego na twa­rze nie­śmier­tel­nych wypeł­zał strach, przej­mo­wał się swoim wyglą­dem? Ale też upo­mniał się szybko, że nie miał powodu w to wni­kać.
Pamię­tał mgli­ście, że wśród roz­licz­nych doty­czą­cych Hua Chenga legend poja­wiały się rów­nież takie, które mówiły, że był zde­for­mo­wa­nym dziec­kiem. Jeśli to prawda, z pew­no­ścią go z tego powodu nękano. Być może dla­tego wła­śnie był tak wraż­liwy na tym punk­cie. Xie Lian roz­wa­żał to przez chwilę, w końcu powie­dział naj­bar­dziej ser­decz­nym tonem, na jaki mógł się zdo­być:
– Ale u męż­czy­zny wygląd nie jest istotny…
– Serio? Ja sądzę, że jest bar­dzo istotny.
Xie Lian myślał usil­nie, jak go pocie­szyć.
– Nie jest. Jeżeli ktoś używa two­jego wyglądu, by cię zaata­ko­wać, to zna­czy, że nie ma żad­nego innego powodu albo po pro­stu ci zazdro­ści. Co tylko potwier­dza twoją wyjąt­ko­wość. Mnó­stwo ludzi nie zwraca uwagi na wygląd, na przy­kład ja ni­gdy tego nie robi­łem! No i zobacz, obaj tacy jeste­śmy…
– Hę? Jacy?
Xie Lian nie miał jak się bro­nić.
– …tacy jeste­śmy, więc się zaprzy­jaź­ni­li­śmy, prawda? A mię­dzy przy­ja­ciółmi musi być szcze­rość. Bądź spo­kojny, tak długo, jak jesteś sobą, ja… Czemu się śmie­jesz? Mówię szcze­rze.
Poczuł, że ciało mło­dzieńca obok deli­kat­nie drży. Zamarł i pomy­ślał: „Powie­dzia­łem to tak dobrze, że wzru­szył się aż do łez?”, ale nie miał odwagi się odwró­cić i upew­nić. Gdy dobiegł go cichy śmiech, jakby Hua Chen­gowi się wypsnęło prych­nię­cie, Xie Lia­nowi zro­biło się smutno i szturch­nął demona w ramię.
– Dla­czego się śmie­jesz? Niby w czym nie mam racji?
Hua Cheng natych­miast prze­stał się trząść, zwró­cił twarz ku niemu i powie­dział:
– Masz cał­ko­witą rację, mówisz bar­dzo mądrze.
– Nie jesteś szczery… – stwier­dził Xie Lian ze smut­kiem.
– Przy­się­gam, że w żad­nym ze świa­tów nie znaj­dziesz nikogo bar­dziej szcze­rego ode mnie.
Xie Lian nie miał już ochoty roz­ma­wiać, odwró­cił się do niego ple­cami.
– Dość tego, idziemy spać. Spać, a nie gadać.
– Następ­nym razem. – Hua Cheng zaśmiał się cicho.
Cho­ciaż Xie Lian zamie­rzał już iść spać, kiedy tam­ten się ode­zwał, nie mógł się powstrzy­mać, by nie kon­ty­nu­ować roz­mowy.
– Co następ­nym razem?
– Następ­nym razem, gdy się zoba­czymy – szep­nął Hua Cheng – ujrzysz mnie w praw­dzi­wej postaci.
Xie Lian chciał dalej dopy­ty­wać, ale było już późno i nie dał rady, zapadł bowiem w głę­boki sen.
Gdy się zbu­dził następ­nego ranka, miej­sce obok niego było puste.
Zerwał się na równe nogi i ruszył zaj­rzeć w każdy kąt Kasz­ta­no­wego Przy­bytku. Otwo­rzył nawet drzwi, ale i za nimi nie było żywego ducha. Przy zagra­bio­nych w stertę opa­dłych liściach stał jed­nak słój z Pół­księ­życ. Xie Lian wyszedł, wziął go w ramiona, wniósł do środka i posta­wił na ołta­rzu. Dopiero wtedy zauwa­żył, że na jego piersi coś się poja­wiło.
Się­gnął ku temu pal­cami i pod Prze­klętą Obrę­czą poczuł cienki łań­cu­szek, luźno opla­ta­jący jego szyję. Szybko go ścią­gnął i obej­rzał. Srebr­nego i lek­kiego łań­cuszka Xie Lian mógł nie poczuć, ale powi­nien zauwa­żyć zawie­szony na nim przej­rzy­sty, krysz­ta­łowy pier­ścień.
Potarł go pal­cami.
– Co to jest?
W Xianle kochano skarby, kochano złoto i dro­gie kamie­nie. Xie Lian znał się na nich, od dzie­ciń­stwa bawił się w szli­fo­wa­nie klej­no­tów, był przy­zwy­cza­jony do kosz­tow­no­ści. Przyj­rzał się uważ­niej pier­ście­niowi. Wyda­wał się bry­lan­towy, musiał być dzie­łem mistrza, choć nawet rze­mieśl­nik o naj­więk­szym kunsz­cie nie potra­fiłby wyszli­fo­wać dia­mentu w tak dosko­nały kształt. Xie Lian ni­gdy dotąd nie widział klej­notu tak przej­rzy­stego i lśnią­cego, aż nie potra­fił oce­nić, co wła­ści­wie ma w dłoni.
Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że był bar­dzo cenny. To zapewne pamiątka, którą Hua Cheng zosta­wił przed odej­ściem.
Zdzi­wiony Xie Lian posta­no­wił go zatrzy­mać i przy następ­nej oka­zji spy­tać Hua Chenga, co sobie wła­ści­wie wyobra­żał. W świą­tyni nie było miej­sca na ukry­cie tak cen­nego klej­notu. Xie Lian posta­no­wił więc trzy­mać go przy sobie i zawie­sił łań­cu­szek z powro­tem na szyi.
Przez kilka dni odpo­czy­wał potem w Kasz­ta­no­wym Przy­bytku, a nad­mier­nie wręcz ser­deczni wie­śniacy przy­no­sili mu nie­zje­dzone bułeczki, kleik ryżowy i prze­ką­ski jako jał­mużnę – nie, jako ofiarę. I tak upły­wał mu czas. Wresz­cie jed­nak nad­szedł kres sie­lanki i Ling Wen wezwała go do Sto­licy Nie­śmier­tel­nych.
– Co się dzieje? Wnio­skuję z two­jego tonu, że stało się coś waż­nego.
– Tak. Chodź szybko do Pawi­lonu Boskiego Wojow­nika.
Zamarł, gdy usły­szał tę nazwę.
Jun Wu powró­cił.

 
Wesprzyj nas