Wyjątkowa i wciągająca biografia Ludwika Flecka. To nie tylko biografia człowieka, który – gdyby tylko jego losy potoczyły się trochę inaczej – mógłby być dziś jednym z najsłynniejszych myślicieli XX wieku. To także opowieść o sile ducha w starciu ze złem i terrorem, o lojalności, przetrwaniu i cenie, jaką płaci się za niezależność.
Urodzony we Lwowie Ludwik Fleck (1896–1961) – lekarz, mikrobiolog i filozof nauki doświadczył międzywojennego antysemityzmu. Po wybuchu wojny w getcie lwowskim pracował nad innowacyjną szczepionką na tyfus. Był więźniem Auschwitz i Buchenwaldu. Jego wiedza i mądrość pozwoliły mu ocalić życie własne i wielu innych.
Po wojnie odbudowywał polską naukę i edukację medyczną w Lublinie i Warszawie. Jego wybitne osiągnięcia nie zostały jednak docenione, padł ofiarą antyżydowskiej nagonki, a ostatnie lata spędził w Izraelu. Dorobek filozoficzny Flecka wyprzedzał swoją epokę, został odkryty i doceniony na świecie w latach 60.
Książka powstała na bazie wieloletnich badań autorek w Polsce, Ukrainie, Niemczech i Izraelu.
Wyrastający ponad swoje czasy Ludwik Fleck czuł się Polakiem, ale jako Żyd z urodzenia był przez polskich antysemitów odksztuszany i odpluwany z pogardą. To kolejna książka boleśnie demitologizująca polski Lwów. Wynalazca łatwej w produkcji szczepionki na tyfus plamisty nie znalazł antidotum na ludobójcze szaleństwa XX wieku. Poruszająca historia o woli przetrwania w czasach Zagłady i pokrzepiająca przypowieść o potędze myśli, która nie ginie, a odradza się w pracach naśladowców! Naprawdę warto!
Jarosław Kurski
Czytałam z rosnącym podziwem: ileż w człowieku może przetrwać dobra, godności i umiłowania do rozumu, mimo mroków losu polskiego Żyda XX wieku. To hołd dla człowieka, który w wiedzy widział drogę przetrwania – i sens.
Jest to też opowieść o czekaniu – na wyzwolenie, na oddech od nienawiści „z powodu swojej twarzy”. Na uznanie. Wszystko to, jeśli przychodziło, to spóźnione i gorzkie. Zakończmy to czekanie. Czytajmy o Flecku i przyznajmy mu należne miejsce w historii.
To książka pisana cierpliwie, wychodzona ścieżkami życia bohatera. Gratuluję Autorkom.
Karolina Głowacka, Radio Naukowe
To nie tylko biografia człowieka, który – gdyby tylko jego losy potoczyły się trochę inaczej – mógłby być dziś jednym z najsłynniejszych myślicieli XX wieku.
To także opowieść o sile ducha w starciu ze złem i terrorem, o lojalności, przetrwaniu i cenie, jaką płaci się za niezależność. Napisana z imponującym rozmachem, oparta na latach badań, podróży i nieznanych wcześniej źródłach. A przy tym prawdziwie poruszająca. Bardzo polecam.
Tomasz Stawiszyński
Fleck. Ocalony przez naukę
Wydawnictwo Agora
Premiera: 27 sierpnia 2025
PRZEDMOWA
Kilka lat temu, 27 stycznia, jechałyśmy do dawnego nazistowskiego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau na uroczystości kolejnej rocznicy jego wyzwolenia. Warunki trudne, ślisko, ciemno, padał deszcz. Rozmawiałyśmy. Od słowa do słowa – Maria wtedy pracowała nad książką o tyfusie plamistym – zaczęła się jej opowieść o Ludwiku Flecku. Maria miała już wówczas w dorobku artykuły o lwowskim naukowcu opublikowane w Polsce i za granicą[1]. Ja słyszałam o nim pierwszy raz. Do Auschwitz dojechałyśmy z decyzją: napiszemy o Ludwiku Flecku.
Kim jest Ludwik Fleck? Urodził się we Lwowie pod koniec XIX wieku. Był lekarzem, mikrobiologiem i filozofem nauki – mozolnie budującym „gmach wiedzy”, jak sam to nazywał. Przed II wojną światową wydał książkę Powstanie i rozwój faktu naukowego (pierwsze wydanie w języku niemieckim Entstehung und Entwicklung einer wissenschaftlichen Tatsache ukazało się w 1935 roku). Jego idee zawarte w tej publikacji nie zostały wtedy rozpoznane ani zrozumiane.
Po wielu latach koncepcje Ludwika Flecka zainspirowały amerykańskiego fizyka i filozofa nauki Thomasa Kuhna. Kuhn czerpał z przedwojennego traktatu polskiego naukowca pełnymi garściami. Zaadaptował i rozwinął jego idee. Opublikował je w książce Struktura rewolucji naukowych i został gwiazdą. O Flecku zaś zapomniano. Jego nazwisko znane jest tylko w „pewnych kręgach”, tych filozoficznych.
Biografia Ludwika Flecka to jednak przede wszystkim opowieść o żydowskim Polaku, bo właśnie to zdeterminowało jego losy. Niepodległa II Rzeczpospolita go nie chciała. Niemiecki faszyzm skazał na zagładę. Polska Ludowa zrobiła z niego zakładnika. Nawet powojenny atak ze strony byłego współwięźnia obozu koncentracyjnego miał rasistowskie, antysemickie podłoże. Żeby więc realizować swoje pasje i osiągnąć sukces, musiał starać się bardziej, pracować ciężej, myśleć szybciej niż ci, w których żyłach płynęła ta lepsza krew. Trudności, jakie napotykał, wykształciły w nim siłę i determinację.
Ludwik Fleck wyrastał ponad przeciętną. Nie wyskakiwał z pędzącego pociągu, nie kładł wrogów serią z karabinu, nie strzelał celnie z tysiąca metrów. By przeżyć, sięgnął po wiedzę i naukę. Po myślenie – szczególny rodzaj heroizmu wobec oprawców, którzy za nic mieli żydowskich naukowców, filozofów, lekarzy, artystów. Wykorzystał ich poczucie wyższości i propagandę, by z nimi wygrać. Miał zginąć w 1942 roku, najdalej w 1943, a uratował nie tylko siebie, ale też swoją rodzinę i przyjaciół. Odstępstwa od przewidywanego scenariusza – podyktowanego historią XX wieku – decydują o wyjątkowości historii Ludwika Flecka.
Nasz bohater nie ułatwił nam pracy. Zostawił ledwie kilkanaście kartek zapisków o swoim życiu. Niewiele, zważywszy na to, że przeżył dwie światowe wojny i dwa totalitaryzmy. Milczał o tym, co widział, czego był świadkiem. Niektóre wątki „modyfikował”, jak chciała powojenna polityka historyczna, dobrze nam znana do dziś. Zrobiłyśmy, co w naszej mocy, by zrekonstruować jego biografię. Praca w archiwach, poszukiwanie źródeł, osób, które go pamiętały, i podróże do miejsc, gdzie mieszkał i pracował, zajęły nam kilka lat. Udało się nam we Lwowie znaleźć dom, w którym się urodził, szkoły, w których się uczył. Zwiedziłyśmy laboratorium Rudolfa Weigla, weszłyśmy do piwnic dawnego szpitala w lwowskim getcie, na teren byłego obozu śmierci na Janowskiej i do katowni gestapo na Łąckiego, pod ostatni lwowski adres polskiego naukowca. Odkryłyśmy nieznane dotąd korzenie rodziny Ludwika Flecka i zobaczyłyśmy nieliczne, ostatnie ocalałe dzieła, które wyszły spod ręki jego ojca, wujów i uczniów – utalentowanych żydowskich rzemieślników.
Nasza książka nie mogłaby powstać, gdyby nie pierwszy biograf Ludwika Flecka, niemiecki socjolog doktor Thomas Schnelle. Zbierał o polskim naukowcu świadectwa, będąc na studiach, w latach 70. XX wieku. Pisał do żyjących jeszcze wtedy najbliższych współpracowników i współpracownic Flecka, jeździł do Polski i Izraela. Miał szczęście poznać jego żonę i syna. Doprowadził również do wydania wznowienia filozoficznego traktatu lwowskiego naukowca. Archiwum Schnellego jest dziś w zbiorach Ludwik Fleck Zentrum w Zurychu. Od niego zaczynają wszyscy badacze dorobku i życia naukowca. Thomas Schnelle ocalił pamięć o Ludwiku Flecku, polskim mikrobiologu ze Lwowa.
Schnelle zrobił dla Ludwika Flecka to, co polski dziennikarz Ryszard Wójcik dla profesora Rudolfa Weigla. Jego książka Kapryśna gwiazda Rudolfa Weigla jest bezcennym zbiorem oryginalnych świadectw najbliższych współpracowników tego wybitnego biologa, nauczyciela Ludwika Flecka, tak ważnego dla naszego bohatera. W książce Wójcika znalazłyśmy wiele cennych tropów, które ułatwiły nam poszukiwania.
Szczególne miejsce w naszej kwerendzie zajęły świadectwa nieżyjącego od ponad trzech dekad lekarza, filozofa i etyka, znajomego Ludwika Flecka, profesora Tadeusza Kielanowskiego. Jest autorem wielu wspomnień ze Lwowa, w tym niepublikowanej relacji zatytułowanej Wspomnienia o losach Żydów, kolegów i przyjaciół, lekarzy lwowskich z okresu okupacji hitlerowskiej, złożonej w Żydowskim Instytucie Historycznym.
Pisał w niej: „Od lat nawiedza mnie (…) uporczywa myśl, że byłem świadkiem, może jednym z wielu, ale każdy świadek powinien zeznawać, największej zbrodni, jaką napisała historia, zbrodni wymordowania Żydów polskich. (…) Nie wiem czy moje wspomnienie zasługuje nawet na nazwę przyczynku do historii. Pisałem bowiem tylko po to, żeby uchronić od zapomnienia nazwiska i losy ludzi, którzy byli mi bliscy”. Dzięki temu świadectwu dowiedziałyśmy się wiele o drugiej, po Rudolfie Weiglu, ważnej dla losów naszego bohatera osobie – niedocenionym doktorze Maksymilianie Kurzrocku, dyrektorze szpitala w lwowskim getcie.
Cennym repozytorium relacji i wspomnień ze Lwowa jest stworzona przez Stanisława Kosiedowskiego, prezydenta Fundacji Profesora Wacława Szybalskiego, strona www.lwow.com.pl.
Od wielu lat o upamiętnienie dorobku Ludwika Flecka w Polsce zabiegali profesor Zdzisław Cackowski, profesora Sylwia Werner, profesor Wojciech Sady oraz inni badacze, których teksty ukazywały się między innymi w tak zwanych tomach fleckowskich (ujętych w bibliografii). Ważna dla pamięci o lwowskim naukowcu jest działalność doktora Pawła Jarnickiego, organizatora konferencji poświęconych Ludwikowi Fleckowi, badacza specyficznego języka, jakim Fleck posługiwał się w swoich publikacjach filozoficznych. Doktor Jarnicki jest również autorem nowego, nieopublikowanego jeszcze przekładu książki Flecka Entstehung und Entwicklung einer wissenschaftlichen Tatsache.
Cenne dla lepszego rozumienia historii bohatera i specyficznych okoliczności, w jakich przyszło mu żyć, okazały się publikacje trojga polskich badaczy: profesory Agnieszki Biedrzyckiej, autorki dzieła Kalendarium Lwowa 1918–1939, doktory Ewy Węgrzyn, autorki Wyjeżdżamy! Wyjeżdżamy?! Alija gomułkowska 1956–1960, oraz profesora Dariusza Stoli, autora pracy Kraj bez wyjścia? Migracje z Polski 1949–1989.
Niezwykły dar otrzymałyśmy od profesora Aviego Ohry z Izraela. To nieznana w Polsce kilkudziesięciostronicowa relacja syna uczonego Ryszarda Flecka, spisana po hebrajsku w latach 80. XX wieku. Avi i jego córka Tali byli naszymi przewodnikami w Nes Cijjonie i Petach Tikwie.
Dziękujemy.
Pragniemy również podziękować tym, którzy pomogli w naszej pracy: relacjami, wspomnieniami, wskazówkami, konsultacjami, mądrymi radami. Niektórzy odeszli, zanim książka zdążyła się ukazać, ale bez nich, świadków historii, ta opowieść nie byłaby pełna. Są to:
dra Janina Altman (z d. Hescheles), chemiczka, lwowianka, pisarka, ocalona z obozu janowskiego
prof. Agnieszka Biedrzycka, historyczka z Instytutu Historii imienia Tadeusza Manteuffla Polskiej Akademii Nauk
prof. Ewa Bińczyk, filozofka, wykładowczyni Uniwersytetu Mikołaja Kopernika
dra Halina Herbert-Żebrowska, pediatrka, lwowianka, karmicielka i preparatorka wszy z Instytutu Weigla
dr Mieczysław Kitzara z lwowskiego laboratorium riketsjozy w Naukowym Instytucie Epidemiologii i Higieny we Lwowie
Szymon Kowalski, historyk z Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau
Krystyna Leśniak, archiwistka z Biura Informacji o Byłych Więźniach, Muzeum Auschwitz-Birkenau
Katarzyna Łoza, etnolożka, antropolożka, publicystka, lwowska przewodniczka
prof. Magdalena Marczyńska, pediatrka, specjalistka chorób zakaźnych, ordynatorka Kliniki Chorób Zakaźnych Wieku Dziecięcego WUM i ordynatorka oddziału XI Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego w Warszawie
prof. Avi Ohry, lekarz rehabilitacji medycznej na Uniwersytecie w Tel Awiwie, były dyrektor oddziału medycyny rehabilitacyjnej w Reuth Medical & Rehabilitation Center w Tel Awiwie oraz członek The Lancet Commission on Medicine, Nazism, and the Holocaust
dra Ewa Pleszczyńska, mikrobiolożka, asystentka Ludwika Flecka
dr Wojciech Płosa, historyk, kierownik Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau
prof. Claude Romney, tłumaczka, literaturoznawczyni, córka ocalonego dr. Jacques’a Lewina, byłego więźnia KL Auschwitz, emerytowana profesora Uniwersytetu w Calgary i wykładowczyni w Vancouver Holocaust Education Centre
dra Magdalena Sacha, filolożka, tłumaczka i kulturoznawczyni, kierowniczka Zakładu Kulturoznawstwa Uniwersytetu Gdańskiego
prof. Jarosław Sak, lekarz i filozof z Katedry i Zakładu Nauk Humanistycznych i Medycyny Społecznej Uniwersytetu Medycznego w Lublinie
Barbara Sawicka, kierowniczka Działu Naukowo-Badawczego Muzeum Gross-Rosen
Jurij Smirnow, lwowski przewodnik i archiwista, dziennikarz ukazującego się w Ukrainie polskiego dwutygodnika „Kurier Galicyjski”
Sabine Stein, archiwistka z Muzeum Miejsca Pamięci Buchenwald
prof. Dariusz Stola, historyk, dyrektor Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin” w latach 2014–2019
prof. Bożena Szaynok, historyczka z Zakładu Historii Najnowszej Instytutu Historii Uniwersytetu Wrocławskiego
prof. Wacław Szybalski, genetyk, lwowianin, pracownik Instytutu Weigla, profesor University of Wisconsin–Madison
Ludmyła Tabakar, nasza lwowska przewodniczka
Rami Umschweif, syn ocalonego Karola Umschweifa, byłego więźnia KL Auschwitz
prof. Izabela Wagner-Saffray, socjolożka, Collegium Civitas
prof. Barbara Weigl, psycholożka, stryjeczna wnuczka Rudolfa Weigla
Krystyna Weigl-Albert, psycholożka, wnuczka Rudolfa Weigla
Wioletta Wejman, filozofka, kulturoznawczyni z Ośrodka Brama Grodzka – Teatr NN w Lublinie
dr Romuald Jakub Weksler-Waszkinel, filozof, archiwista z Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu Yad Vashem
dra Ewa Węgrzyn, historyczka, hebraistka z Zakładu Historii Żydów w Instytucie Judaistyki UJ
Dziękujemy pani Stanisławie i panu Józefowi oraz innym krewnym Tomasza Kamińskiego, dawnego właściciela domu w Rajsku, zarekwirowanego przez Niemców i zaadaptowanego na potrzeby Instytutu Higieny Waffen SS.
Za pomoc w tłumaczeniu tekstów dziękujemy Marii Chmiel (z języka czeskiego), Róży Somli-Dembowskiej (z języka francuskiego), Andrzejowi Wacławikowi (z języka niemieckiego) i Paulinie Wacławik (z języka angielskiego). Relację Ryszarda Flecka z hebrajskiego przetłumaczył Michał Sobelman.
WPROWADZENIE
Wóz zaprzęgnięty w konie z mozołem wtacza się pod górę drogą wiodącą na Zamkowe Wzgórze. Ładunek jest ciężki i cuchnie. To butle pełne płynu. Gdy wóz podskakuje na nierównej drodze, słychać chlupot tej biologicznej bomby – moczu Żydów chorych na tyfus. Towar musi dotrzeć do lwowskich Zakładów Chemicznych „Laokoon”. Kompleks budynków położony jest mniej więcej w połowie drogi na wzgórze, wszyscy we Lwowie go znają. „Jedyny środek przeciw reumatyzmowi, bólom nerwowym, przestarzałemu przeziębieniu, i. t. d. jest NERVOSAN fabryki LAOKOON, żądać we wszystkich aptekach”. Takie anonse zapełniały strony lwowskich gazet. Zakład oferował specyfiki podnoszące jakość życia.
Ale to w innym świecie i w innym czasie. Przed wojną. Teraz, w Lembergu, jesienią 1942 roku, „Laokoon” to obiekt wojskowy, którym zarządza przedstawiciel rasy panów, doktor Hans Schwannenberg.
Mocz z beczek ma się zamienić w szczepionkę chroniącą przed tyfusem, jedną z najbardziej zabójczych chorób XX wieku. Setki litrów śmierdzącego płynu wkrótce trafi do doskonale wyposażonych laboratoriów zakładu. Transport organizuje szpital z lwowskiego getta i jest to część szalonej intrygi, która ma pomóc umęczonym niedobitkom z „dzielnicy Żydów” i uratować życie jego pomysłodawców, garstki zdeterminowanych żydowskich lekarzy i chemików.
*
Naukowym filarem tej operacji jest mikrobiolog i filozof doktor Ludwik Fleck. To on znalazł sposób na wyprodukowanie nowej przeciwtyfusowej szczepionki. Fleck w zamierzchłych czasach był asystentem genialnego profesora Rudolfa Weigla, teraz jest Jude, podczłowiekiem z odroczonym wyrokiem śmierci. Ale nawet tutaj, uwięziony w getcie, potrafi zrobić coś niezwykłego – wynaleźć i wyprodukować tanią i skuteczną szczepionkę, coś, czego Niemcy bardzo pożądają. W tym czasie w stalingradzkim kotle żołnierzy dziesiątkuje tyfus.
Bezpośredni kontakt z nazistami wziął na siebie dyrektor żydowskiego szpitala, drugi filar intrygi, doktor Maksymilian Kurzrock. Człowiek sprytny, z wpływami w getcie i w aryjskim świecie; mówi się o nim, że zna wszystkich, wszystko może zorganizować, załatwić. To musiał być jego pomysł, by zainteresować Niemców szczepionką. W zamian za co? Za życie uczonych, ich współpracowników, rodzin i dzieci oraz za masowe szczepienia Żydów w getcie i obozach pracy. Oczywiście w ramach testów – przecież trzeba nowy preparat sprawdzić, zbadać, czy nie wywołuje skutków ubocznych.
Dla Schwannenberga, dyrektora fabryki farmaceutyczno-drogeryjnej „Laokoon”, taka propozycja to wielka pokusa. Patent na przeciwtyfusową szczepionkę zapewniłby mu miejsce w panteonie zasłużonych dla Tysiącletniej Rzeszy. Niemiec spotyka się z Fleckiem i Kurzrockiem, wysłuchuje oferty. Para żydowskich lekarzy pokazuje mu dokumentację, wykresy, wyniki badań. Ta szczepionka – przekonują – jest skuteczna. Przygotowując całość dokumentacji patentowej, zadbali o szczegóły – na okładce wpisali nazwisko Schwannenberga. Dyrektor chemicznej fabryki połyka przynętę. Mógłby uruchomić produkcję na masową skalę. Rzeka wakcyny[2] płynęłaby do żołnierzy Wehrmachtu równie wartkim strumieniem jak zaszczyty dla niego, ojca tego sukcesu.
Ale Schwannenberg nic nie wie o tyfusie, nie zna się na tym. Specjalistów od tyfusu plamistego jest może kilkunastu na świecie, w tym stojący przed nim żydowski uczony Ludwik Fleck.
Niemiec zabiera papiery i zawiadamia gestapo.
*
Kurzrock i Fleck mają się stawić w siedzibie tajnej policji, owianym złą sławą budynku przy ulicy Pełczyńskiej. Starannie się do tego przygotowują. Zabierają dokumenty: protokoły doświadczeń przeprowadzonych w żydowskim szpitalu w getcie i gotowe próbki szczepionki zamknięte w szklanych buteleczkach. „To była droga niebezpieczniejsza niż tyfus: rzadko który Żyd wracał z niej żywy” – tak w powojennej relacji Fleck wspominał wezwanie na gestapo.
Nie wiadomo, kto ich przesłuchiwał – gestapowcy się Żydom nie przedstawiają. Wśród kilku funkcjonariuszy tajnej policji są jednak umundurowani specjaliści, którzy potrafią ocenić wartość oferty. Przesłuchanie odbywa się według typowego scenariusza: wrzaski, pytania, drugi raz te same pytania, wrzaski, groźby, trzeci raz to samo. Ludwik jest doświadczonym naukowcem, mikrobiologiem, jego odpowiedzi są precyzyjne i merytoryczne. Tyfusowi plamistemu poświęcił lata badań. Posługuje się nienagannym niemieckim, który był jego drugim, używanym na co dzień językiem. Zachowuje spokój. Od tego, co powie, zależy życie jego i Kurzrocka, ich rodzin i zaangażowanych w produkcję wakcyny lekarzy, laborantów, chemików – kobiet i mężczyzn, jego współpracowników i przyjaciół zarazem. I nieznanej liczby ludzi, pacjentów szpitala w getcie, którzy dzięki papierom Urinspender – dawców moczu – mają szansę na schronienie i przeżycie.
W pewnym momencie któryś z esesmanów rzuca pytanie: „Czy szczepionka z moczu Żydów może być skuteczna także dla Aryjczyków?”. „Oczywiście musiałby to być mocz aryjski, nie żydowski” – odpowiada z powagą doktor Fleck. Koniec przesłuchania. Niemcy zabierają dokumentację, próbki i każą się wynosić. „Wyszliśmy z pokoju niepewni czy wyjdziemy z budynku, bo ostatecznie przepis i próbki już mieli, więc nie bardzo byliśmy im potrzebni, nawet jeśli szczepionka ich interesowała. Jednak wypuścili nas, a za bramą było już tylko zwykłe codzienne ryzyko” – relacjonował naukowiec.
Wizyta przyniosła skutek. Niedługo potem Ludwik Fleck i jego współpracownicy zostaną aresztowani. Uwięzieni w „Laokoonie” uruchomią produkcję szczepionki. Nie na długo. Kilka tygodni później Niemcy wywiozą ich na zachód, do kolejnych nazistowskich laboratoriów ukrytych w obozach koncentracyjnych.
CZĘŚĆ I
1896–1939
ROZDZIAŁ | 1
BRACIA FLECK
Gdy pierwszy raz pojechałyśmy do Ukrainy, wojna tliła się na Donbasie i nie wzbudzała niepokoju na świecie. Wtedy, w 2016 roku, na ulicach Lwowa dało się jeszcze usłyszeć: „A oddajmy im ten Donbas, będzie spokój”. Im dalej od linii frontu, tym bardziej wojny nie było. We Lwowie życie toczyło się w zwykłym tempie: praca, uliczny handel, imprezy.
Naszą przewodniczką jest Luda, Ukrainka, która kilka lat wcześniej zamieszkała w Polsce. Dopóki nie wybuchła pełnoskalowa wojna, Luda dzieliła życie między Lwów a Warszawę, oprowadzając wycieczki. Zna topografię miasta i lokalne zwyczaje, dzięki którym otwierają się niejedne drzwi. Luda idzie z nami do niewielkiej synagogi Cori Gilod[3] przy ulicy Braci Michnowskich[4]. Bożnica jakimś cudem przetrwała wszystkie okupacje Lwowa i pozostaje jednym z nielicznych żydowskich artefaktów z czasów sprzed Zagłady.
*
Furtka prowadząca na dziedziniec jest zamknięta. Przez kratę lustrujemy fasadę, zwieńczone półokręgiem okna i mały okrągły świetlik z gwiazdą Dawida we frontonie nad drzwiami. Wzrok przyciąga połowa żydowskiego nagrobka ułamanego po piątej literze nazwiska, leżąca nie wiedzieć czemu na skraju kwietnika, pół na ziemi, pół na bruku, niedaleko wejścia do budynku. Pół macewy i pół nazwiska – Emanuel Harzs… zmarł 23 maja 1939 roku. Spoczywa gdzieś w ziemi nieoznaczonej, zapomniany, jak tysiące innych lwowskich Żydów. Z lewej strony do budynku przyklejona jest mało estetyczna przybudówka, zwieńczona napisem po hebrajsku: „Skrzydło to powstało w 1992 r. Rabin Abraham Elimelech Rozental dla uczczenia pamięci naszych Rabinów i Cadyków ze Stolina-Karlina”. Tutejszy rabin to chasyd z dynastii Karlin-Stolin. Z przybudówki wychodzi mężczyzna w roboczym ubraniu, zapewne szames, woźny w synagodze. Za parę groszy dyskretnie wciśniętych w dłoń pozwala nam wejść do środka. Jesteśmy tu, bo szukamy śladów artystycznego dorobku żydowskiego klanu malarzy, braci Flecków: Maurycego, Eisiga i Izydora. Synagogę Cori Gilod udekorował malowidłami jeden z ich najzdolniejszych uczniów, Maksymilian Kugel. Malowidła Maksymiliana to odbicie kunsztu jego nauczycieli, mistrzów fresku. Niewiele brakowało, by i on, i bracia Fleckowie podzielili los Emanuela Harzs… bo z ich imponującego dorobku prawie nic nie przetrwało do dzisiejszych czasów.
Wchodzimy i zadzieramy głowy do doświetlającego salę modlitw witrażowego świetlika w sklepieniu. Lwy, jelenie, orły, skrzydlate gryfy wspierające się o Torę w koronie pokrywają sufit w otoczeniu nasyconych barwami ornamentów. O tych freskach pisał w 1919 roku publicysta syjonistycznego dziennika „Chwila”: „Grupa lwowskich obywateli przystąpiła do upiększenia swego Domu Modlitwy – i uczyniła to godnie. Chodzi o znaną synagogę »Cori Gilod«. (…) Odpowiedzialną pracę przyznano po rozstrzygnięciu konkursu, Lwowianinowi i znanemu w tej dziedzinie artyście, Maksymiljanowi Kuglowi. Jako uczeń braci Flecków, a następnie mistrza Falkensteina we Wiedniu, któremu asystował przy malowidłach dekoracyjnych w pałacu cesarskim ma Kugel za sobą cały szereg poważnych prac artystyczno-dekoratorskich. (…) Szczytem dotychczasowych prac Kugla jest jednak malowidło wnętrz w synagodze »Cori Gilod«”.
Rzeczywiście, odrestaurowane po upadku Związku Sowieckiego polichromie są piękne, tym jednak bardziej kaleczy oczy podłoga wykafelkowana nieciekawą terakotą. Oryginalna posadzka została zniszczona. Po wojnie dom modlitwy zamieniono na kilkadziesiąt lat w magazyn. Synagoga wróciła do prawowitych właścicieli w 1989 roku. Wtedy ją wyremontowano.
Zwiedzanie przerywa tupot wbiegającej do sali dziewczynki. Ma może ze dwa latka. Czerwona sukieneczka, czerwone buciki, czarne loczki do ramion, wielkie czarne oczy. Buzia jak z przedwojennych fotografii pospiesznie pakowanych w ostatnią podróż, potem rozrzuconych na rampie, dziś w muzeach Holocaustu. Świdruje nas inteligentnym, poważnym spojrzeniem. Mała piękność jest córeczką rabina, objaśnia szames, który wciąż nam towarzyszy. Po dłuższej chwili zostałyśmy zaakceptowane – dziewczynka uśmiecha się, prezentuje ściskany w rączce samochodzik, szczebiocząc w języku dwulatków.
*
Historia sukcesu braci Flecków, klanu żydowskich artystów malarzy, przypominała amerykański sen spełniający się w realiach wschodniej Europy, w dawnej stolicy Galicji. Talent łączyli z pracowitością i determinacją. Wypracowali wielki majątek i zaznali społecznego awansu, tego symbolicznego dobra, które Żydów kosztowało dużo wysiłku, więcej niż ich polskich sąsiadów na tych ziemiach.
Rodzina Flecków wywodziła się z niewielkich żydowskich miasteczek, sztetli obwodu lwowskiego. Dziadek Ludwika Flecka, Symcha Luzer, urodził się w Samborze i był „malarzem pokojowym”. W taki sposób w różnych źródłach – księgach metrykalnych, książkach telefonicznych i prasowych ogłoszeniach – oznaczano rzemieślników, również wysokiej klasy. Dziś bez wahania nazwalibyśmy ich artystami. Symcha ożenił się z Hindą, również samborzanką. Doczekali się trzech synów: Maurycego (recte Izaaka Mojżesza), Eisiga (Eryka) i Izydora (Izaaka, Jakuba) Flecków. Chłopcy dorastali, ucząc się od ojca malarskiego rzemiosła. Najzdolniejszego z nich, Maurycego[5], rodzina wysłała na studia na artystyczną uczelnię do Wiednia, stolicy austro-węgierskiej monarchii.
Maurycy opanował warsztat austriackich mistrzów i szybko zaczął pracować na własny rachunek. Założył z braćmi firmę, której specjalnością stało się rzemiosło artystyczne, stiuki, freski i obrazy olejne. W wieku 27 lat ożenił się z rok młodszą Simą Herschdörfer[6], rozwódką z Drohobycza. Ślubu udzielił im drohobycki rabin 4 lutego 1886 roku. To był mariaż dzieci z zamożnych rodzin – Sima była córką zegarmistrza, Maurycy młodym przedsiębiorcą. Małżeństwo zamieszkało w Drohobyczu, gdzie dziewięć miesięcy po ślubie urodziło się pierwsze z czworga ich dzieci – dziewczynka Henryeta (Henryetta, Henryka)[7] Fleck.
O braciach Maurycego Flecka, Eisigu i Izydorze[8], pozostało niewiele informacji. Wiadomo, że żonaty był również Eisig, a jego żona miała na imię Amalia. Ponoć mieli synów, ale nie wiemy ilu, nie znamy nawet ich imion. Jedyny ślad po potomkach klanu Flecków to kuzyn Ludwika, inżynier Otto Fleck, który wyemigrował za ocean, do Stanów Zjednoczonych, w 1933 roku[9].
Pewne jest natomiast, że byli ambitni i parli do sukcesu, a ten czekał na nich we Lwowie. Stolica Galicji była w tamtym czasie ziemią obiecaną dla wielu Żydów. Szybko zmieniała się w kosmopolityczną metropolię i rozkwitała kulturowo, gospodarczo, architektonicznie. Galicyjscy Żydzi w drugiej połowie XIX wieku zyskali prawa obywatelskie[10]. Pozwolono im między innymi zasiedlać obszary położone poza dzielnicami żydowskimi i kupować nieruchomości w centrach miast. Choć owe „przywileje” dla Żydów budziły niechęć i opór otoczenia, z mniejszych do większych ośrodków migrowały masy ludzi, by mimo pogromów i bojkotów zacząć nowe życie. Na szali były awans społeczny, lepsze szkoły dla dzieci i możliwość rozwoju wszelkiego rodzaju interesów.
Klan Flecków również zaryzykował. Już nie Sambor, Drohobycz czy Stryj – celem stał się rynek lwowski i jego bogacący się mieszkańcy oraz projekty za pieniądze publiczne i prywatne, żydowskich i nieżydowskich mieszkańców stolicy Galicji. Populacja Lwowa w krótkim czasie się podwoiła i miasto przeżywało budowlaną rewolucję. Na przełomie wieków wznoszono około dwustu budynków rocznie. Rosły kamienice, szkoły, świątynie, urzędy. Budowano drogi, place, fontanny. Zapotrzebowanie na usługi architektów, inżynierów, budowlańców, malarzy, rzeźbiarzy i ceramików było ogromne.
Bracia Fleckowie zdobywali Lwów z prężnie już działającą rodzinną firmą pod szyldem „Bracia Fleck”. Ich lwowskie realizacje to projekty prestiżowe, uznawane za architektoniczne wizytówki miasta. Brali udział w dekorowaniu gmachu lwowskiej politechniki[11], ozdobili wnętrza siedziby Galicyjskiej Kasy Oszczędności[12], gdzie oprócz malowideł wykonali stiuki. Wykańczali też jeden z lwowskich teatrów – nie udało nam się odkryć, o który z kilku działających wówczas we Lwowie chodzi, być może o żydowski. Maurycy Fleck, szef tego rodzinnego interesu, był wtedy niewiele po trzydziestce.
Jak to możliwe, że rzemieślnicy z Sambora i Drohobycza weszli na lwowski rynek z takim impetem i zdobywali zlecenia na tak prestiżowe realizacje? Przydała się znajomość braci Flecków z rodziną Zachariewiczów – architektami Julianem i jego synem Alfredem. Profesor Julian Zachariewicz, pierwszy rektor Szkoły Politechnicznej[13], nazywany ojcem lwowskiej architektury, projektował najważniejsze budynki w mieście. Wykształcił się w Wiedniu, tam też studiował jego syn. Nie zachowała się informacja o tym, gdzie Maurycy Fleck poznał starszego o pokolenie profesora Juliana Zachariewicza i jego syna, ale najbardziej prawdopodobny wydaje się właśnie trop wiedeński. Maurycy Fleck studiował malarstwo, w czasie gdy Julian Zachariewicz przygotowywał się do rozbudowy gmachu politechniki, przy okazji podróżując po Austrii i Niemczech. Być może w którejś z wiedeńskich pracowni Zachariewicz spotkał młodego żydowskiego artystę? A może Maurycy zaprzyjaźnił się z Alfredem, który również studiował w Wiedniu? Dość, że Zacharewiczowie zaprosili Flecków do współpracy i była to owocna kooperacja dobrze rozumiejących się, utalentowanych twórców. Ich artystyczny sojusz zaczął się w latach 80. XIX wieku i trwał kilka dekad. Po śmierci Juliana Zachariewicza bracia Fleckowie, ich pomocnicy i podwykonawcy pracowali z jego synem Alfredem i nadal były to pierwszorzędne realizacje, jak dekoracje nowego dworca Cesarsko-Królewskich Austriackich Kolei Państwowych[14]. Sztukateria i malowidła na ścianach i sklepieniu budynku to ich dzieło.
*
Ukoronowaniem działalności firmy Flecków we Lwowie, jeszcze w XIX wieku, był udział w Powszechnej Wystawie Krajowej w 1894 roku. Ta wystawa to wydarzenie bez precedensu. Lwów miał się czym chwalić – przemysł naftowy, rolnictwo, architektura, kultura, sztuka – zaprezentował się już nie prowincjonalny, zapuszczony ośrodek, ale „perła Galicji”, tętniące życiem i prężnie rozwijające się miasto. Wystawę ulokowano w 129 pawilonach w parku Stryjskim na obrzeżach Lwowa. Pałac Sztuki, pawilon architektury, hala koncertowa, świetlna fontanna, gondolowa kolej linowa – parkowy teren zamienił się w fantastyczną krainę zatopioną w zieleni. To właśnie na tę wystawę grupa artystów namalowała Panoramę Racławicką eksponowaną w okrągłym pawilonie i to podczas tego wydarzenia pokazano największą w historii monograficzną wystawę malarstwa Jana Matejki. Z centrum miasta na teren wystawy pociągnięto nową linię tramwajową, która dowoziła zwiedzających do parku. Bardzo się przydała, bo impreza przyciągnęła tłumy. W cztery i pół miesiąca wystawę zobaczyło milion sto pięćdziesiąt tysięcy gości, w tym cesarz Franciszek Józef I.
Koncepcję architektoniczną ekspozycji opracowali Julian Zachariewicz i Franciszek Skowron, a wykonanie powierzyli najlepszym lwowskim architektom i rzemieślnikom, przeważnie polskim, ale udział w przygotowaniach mieli również wykonawcy żydowscy i ukraińscy. Bracia Fleckowie mieli szczęście, bo przy wejściu na teren wystawy to ich prace witały zwiedzających – byli autorami dekoracji bramy głównej i kas biletowych. Ich malowidła zdobiły też Pawilon Orkiestry (pawilon muzyczny) oraz ściany i sufit Sali Koncertowej. Barwna i bogata polichromia ich autorstwa kusiła klientów kawiarni w stylu mauretańskim. Ten budynek uznano zresztą za „najfantastyczniejszy” pawilon Wystawy Krajowej. Dużym wyróżnieniem dla żydowskich rzemieślników było zlecenie im dekoracji fasady i polichromii wewnątrz największego pawilonu na ekspozycji – Pałacu Przemysłu. Wielkością zbliżony do krakowskich Sukiennic, mieścił „wyroby przemysłu krajowego”: stolarskie, rzeźbiarskie, tapicerskie, garncarskie oraz ceramikę, tkaniny, szkło.
Zaczynali we trzech, ale przy takim zapotrzebowaniu i wielkości zamówień rozrost firmy był naturalną koleją rzeczy, jeśli nie koniecznością. W 1910 roku firma działała już pod nazwą „Bracia Fleck i Synowie”. Jeżeli „synowie” – to zapewne Eisiga i Izydora Flecków, bo jedyny syn Maurycego, Ludwik, był jeszcze nastolatkiem i marzył o innej przyszłości.
Po I wojnie światowej, która sparaliżowała działalność firmy, wróciła ona na lwowski rynek jako „Bracia Fleck i Spółka”.
*
Maurycy Fleck kochał malować, również obrazy olejne. Zdobił nimi własne nieruchomości i zapewne tworzył także na zamówienie prywatnych klientów, ale te prace pozostały nierozpoznane lub zaginęły, tak samo jak realizacje prywatne – dekoracje wnętrz willi i domów zamożnych lwowian. Jego talent i lata wytężonej pracy przyniosły rodzinie bogactwo i upragniony awans społeczny. Maurycy Fleck z malarza z galicyjskiego sztetla zmienił się w powszechnie znanego, zamożnego i szanowanego członka lwowskiej społeczności. Udzielał się w największym w Galicji Stowarzyszeniu Rękodzielników Żydowskich „Jad Charuzim” (Zręczna Dłoń), gdzie jako właściciel tak zwanego warsztatu wzorcowego uczył rzemiosła chłopców, których nie było stać na edukację. Zaangażowanie w dobroczynność stanowiło część etosu tych, którzy odnieśli sukces.
Możemy tylko spekulować, jakie były koszty tego sukcesu i ile przeszkód musiała pokonać rodzina żydowskich rzemieślników, by zdobyć taką pozycję. Lwowskie środowisko architektoniczne było hermetyczną grupą, w której panowała silna rywalizacja. Nacjonalizm przenikał wszystkie korporacje zawodowe, polsko-ukraińsko-żydowskie napięcia rosły z roku na rok, przetrwały Wielką Wojnę, by osiągnąć apogeum w latach 30. Po kilkudziesięciu latach od normatywnego zrównania praw żydowskich Polaków marszałek Piłsudski miał stwierdzić: „Równouprawnienie na papierze macie, chcecie je mieć w rzeczywistości, to je sobie musicie wywalczyć”. Zdanie to przytacza w swoim dzienniku Wiktor Chajes, zasymilowany żydowski Polak, wiceprezydent Lwowa.
Marszałek miał rację – nacjonalizmy, zarówno polski, jak i ukraiński, choć sobie wrogie, zgodnie budowały narodową świadomość w nienawiści do żydowskiej konkurencji. A „najgorsi” z tego punktu widzenia byli ci, którzy osiągali sukces, zajmowali wysokie stanowiska: profesorowie, nauczyciele, lekarze, dziennikarze, urzędnicy, artyści, literaci, prawnicy. Tworzyli oni nową klasę średnią spolonizowanej żydowskiej inteligencji. Wybierali polskość jako ojczyznę.
Te nowe elity rodziły się w bólach, bo „Polaków wyznania mojżeszowego” nie akceptowali również nacjonaliści żydowscy, syjoniści, którzy uważali asymilacyjne trendy za zdradę żydowskiej tożsamości: „(…) między naród polski a żydowski wcisnęły się amfibie polityczne pod dziwnym tytułem Żydów-Polaków lub Polaków w. m. [wyznania mojżeszowego] – gorączkował się publicysta syjonistycznej »Chwili«. – Niebacząc na istotne różnice zachodzące między narodowościami pod względem pochodzenia, religii, tradycyi historycznej i rozwoju kulturalnego, różnice które bez szkody dla jednej lub drugiej narodowości nie dadzą się zatrzeć znaleźli się Żydzi, którzy zerwawszy wewnętrznie z żydostwem lub rozluźniwszy swe z niem dotychczasowe węzły, jęli głosić teoryę o asymilacji Żydów w Polsce i o zbawiennych jej dla Żydów i Polaków skutkach. (…) i zaczęli Żydzi Polacy prowadzić podwójną buchalteryę przekonań, z jednej strony występując na zewnątrz jako Żydzi – z wyznania – pod względem narodowym zaś jako Polacy, oraz zapewniali, że przy takiej podwójnej buchalteryi bilans narodu polskiego wypadnie korzystnie. (…) Dziwoląg socjologiczny Żyda Polaka lub Żyda w. m. wskutek wewnętrznego kłamstwa nie ma racji bytu. Nie ma Żydów-Polaków, ani Polaków w. m. Są tylko Żydzi albo Polacy – tertium non datur [trzeciej możliwości nie ma]”.
*
Maurycy Fleck prenumerował „Chwilę”, gdzie niemal każdy numer otwierały wiadomości z Palestyny. Tam też reklamował rodzinną firmę. Ale czy był syjonistą? Czy może próbował godzić dwa światy, w których przyszło mu żyć? Bracia Fleckowie kultywowali żydowską tradycję i religię, angażowali się też społecznie na rzecz gminy żydowskiej. Udekorowali wnętrza nowoczesnego szpitala żydowskiego przy ulicy Rappaporta. Wykonali wiele prac w synagogach i innych budynkach żydowskich we Lwowie. Namalowali polichromie w dziewiętnastowiecznej Synagodze Sykstuskiej („Ose Tow”) i we wnętrzach Wielkiej Synagogi Podmiejskiej. To była szczególna praca, ponieważ tę bożnicę o ponad trzystuletniej historii podpalili Polacy w krwawym pogromie Żydów w listopadzie 1918 roku. Odbudowa zniszczonej synagogi trwała ponad rok i to właśnie Maurycy i Eisig Fleckowie zaprojektowali i wykonali nowe malowidła w jej wnętrzu: menorę, zwoje Tory, Ścianę Płaczu, Grób Racheli. W narożnikach sufitu namalowali nawiązujące do tradycji lwa, orła, jelenia i byka. Pamiątkowa tabliczka w sali modlitewnej głosiła: „Na pamiątkę pożaru, który wynikł podczas pogromu 19 miesiąca kislew 5679” [23.11.1918 r.].
Jednak Maurycy posłał dzieci do szkół polskich i zagranicznych, nie żydowskich. Nie nosiły też żydowskich imion. Po Henryecie, która urodziła się jeszcze w Drohobyczu, małżeństwo doczekało się trójki – synka Filipa[15], drugiej córeczki Antonii (Antoniny)[16] i najmłodszego, naszego bohatera Ludwika[17]. Według powojennej relacji Maurycy Fleck był socjalistą. Pośrednio potwierdzają to wartości, jakie wpoił dzieciom, i wybór dróg życiowych córek, Antonii i Henryety.
*
Co się stało z dorobkiem żydowskich rzemieślników?
Synagogi, w których można było oglądać ich oryginalne prace, już nie istnieją. „Ose Tow” spłonęła po niemieckim nalocie w 1939 roku. Wielką Synagogę Podmiejską spalili Niemcy w 1941 roku. Nie ma już dekorowanych przez Flecków pawilonów krajowej wystawy. Malowidła w holu cesarskiego dworca kolejowego, symbolu metropolitalnej transformacji miasta, nie przetrwały wojen i sowieckich rządów. Nie dowiemy się też, co stało się z freskami w Galicyjskiej Kasie Oszczędności. Ktoś nam podpowiada, by koniecznie odwiedzić dawny żydowski szpital na Rappaporta, podobno w jednym ze skrzydeł polichromie ocalały.
Gdy docieramy do szpitala, najpierw szukamy po omacku, pokonując kolejne piętra budynku. Wreszcie dowiadujemy się, że kilka lat temu podczas remontu malowidła zostały zamalowane. Powiedziała nam o tym przypadkowo napotkana lekarka, Polka. To była trudna rozmowa, na której zakończenie usłyszałyśmy skargę: nie mamy pojęcia, my, Polacy żyjący za granicą, jak ciężko żyje się Polakom, którzy zostali w niegdyś polskim Lwowie.
Wychodząc z budynku lecznicy, oglądamy zniszczoną, ale oryginalną posadzkę przy drzwiach wyjściowych. W centrum czerwono-białej kompozycji wmurowano płytkę z nazwiskiem wykonawców – „Bracia Mund. Lwów”[18]. To inna żydowska rzemieślnicza rodzina, specjaliści od ceramiki i znajomi Flecków z przełomu stuleci. Taką samą płytkę-sygnaturkę znajdziemy później w jednej z kamienic należących do rodziny Flecków.
Wychodzimy z dawnego żydowskiego szpitala na spacer po przyszpitalnym parku. Na tyłach budynku, wśród rosłych klonów, natykamy się na lapidarium, porozrzucane bez ładu i składu potrzaskane fragmenty macew ze starego żydowskiego cmentarza, który sąsiadował z lecznicą. Tyle zostało z kirkutu z kilkusetletnią tradycją, z zabytkowymi macewami z XVI wieku. Wrastają w ziemię, deszcz powoli wypłukuje hebrajskie litery, imiona, nazwiska i święte symbole. Ktoś zapobiegliwy podłożył jeden z ułamanych nagrobków pod wylot rynny w rogu budynku. Macewa jest praktyczną podkładką – chroni bruk przed niszczycielską robotą deszczówki.
*
Jedno pokolenie musi wypruwać żyły, by zarobić na wykształcenie dzieci. Dzięki temu następne ma szansę studiować medycynę lub prawo. Trzecie może już sobie pozwolić na studiowanie filozofii. Ta życiowa żydowska mądrość wypełniła się w rodzinie Flecków nieco szybciej, bo Ludwik Fleck, syn Maurycego, równolegle z medycyną uprawiał filozofię. Nie wiadomo, czy wybór takiej życiowej drogi cieszył jego ojca. Tą decyzją Ludwik nie tylko pozbawił go spadkobiercy rodzinnej firmy, lecz także złamał kilkupokoleniową tradycję. Firma musiała znaleźć odpowiedzialnych sukcesorów – gdy kończyła się Wielka Wojna, Maurycy dobiegał sześćdziesiątki, nie mógł i nie musiał już pracować tak ciężko jak wtedy, gdy zaczynał nowe życie we Lwowie.
ROZDZIAŁ | 2
NOWE ŻYCIE WE LWOWIE
Jeszcze przed wybuchem I wojny światowej rodzina Flecków dorobiła się we Lwowie kilku reprezentacyjnych nieruchomości. Pierwsze lata po przenosinach z Drohobycza spędzili jednak w wynajętych apartamentach w domu przy Sykstuskiej 33, eleganckiej ulicy w centralnej części miasta. Klasyczna piętrowa kamienica na parterze mieściła sklepy i salony wystawiennicze, a wyżej mieszkania prywatne. Sykstuska tętniła życiem, jeździł nią tramwaj, eleganccy lwowianie przesiadywali w kawiarniach i cukierniach, różnego typu punkty usług i sklepy roiły się od klientów. Blisko do Pasażu Hausmana, Grand Hotelu, Poczty Głównej.
Tu w 1892 roku żona Maurycego, Sima, urodziła drugie dziecko, synka Filipa Flecka. Dwa lata później znów była w ciąży. Szybko powiększająca się rodzina to mógł być jeden z powodów decyzji o kupnie własnej kamienicy, gdzie wygodnie mógł mieszkać cały klan rzemieślników i gdzie dzieci miałyby lepsze warunki. Udało się to zrobić w 1894 – w roku festiwalu Flecków na Powszechnej Wystawie Krajowej, w czasie prosperity, sukcesów finansowych i artystycznych.
Bema dochodziła do jednego z najważniejszych lwowskich traktów, ulicy Gródeckiej, a w tamtym czasie okolica prężnie się rozwijała. Gródek, jak potocznie nazywano tę dzielnicę, zamieszkiwała przeważnie ludność polska i żydowska – na ogół na dorobku. Im bliżej Dworca Podmiejskiego, tym więcej żydowskich warsztatów, fabryczek i magazynów. Blisko do nowych szkół, sporo zieleni, mniej hałasu niż na zatłoczonej Sykstuskiej. Świeżo zakupiony dom Fleckowie postanowili przebudować. Wyrosło drugie piętro i strych[20]. Dzięki tej kosztownej inwestycji przybyło co najmniej kilkaset dodatkowych metrów na potrzeby braci i ich powiększających się rodzin. Później, w 1905 roku, dobudowano jeszcze oficynę[21].
Przeprowadzka z Sykstuskiej na Gródek zbiegła się z narodzinami trzeciego dziecka Maurycego i Simy, dziewczynki Antonii Fleck.
*
Wtedy – nowe budownictwo, dziś – mniej niż ślady dawnej świetności. Lico klasycyzującej trzypiętrowej kamienicy zdobione boniowaniem uzupełnia rodzaj przyczółka z motywami roślinnymi i herbową tarczą nad bramą. Byłoby elegancko, ale jest brudno. Ściany odrapane, umazane sprayem. Wchodzimy, mijamy klatkę schodową prowadzącą na piętra i drugą bramę na podwórko, na którym zapewne bawiły się dzieci lokatorów. Podwórko jest zaniedbane i zaśmiecone. Zawilgocone ściany sprawiają przygnębiające wrażenie, nie pomagają rachityczne krzewy i rozrzucone tu i ówdzie kilka drzewek. Z podwórka widać wewnętrzne galeryjki na kolejnych piętrach i drzwi do mieszkań. Pierwotnie duże lokale podzielono na mniejsze i rozparcelowano pomiędzy nowych lwowian, zwiezionych z różnych zakątków Ukrainy po wojnie – praktyka znana i z polskiej powojennej polityki mieszkaniowej. Na klatce schodowej przetrwały resztki terakoty, misternie kuta poręcz i piękny kandelabr.
Ta niegdyś luksusowa kamienica na Gródku dziś mieści mieszkania komunalne, z możliwością wykupu na własność. „Ale kto ma na to pieniądze? – tłumaczy nasza przewodniczka Luda. – I kogo stać na użeranie się z konserwatorem zabytków? Zgody, pozwolenia i tym podobne, a biurokracja tutaj nie ma sobie równych”.
Pukamy do różnych drzwi, które pozostaną zamknięte. Wreszcie na pierwszym piętrze ktoś otwiera po żarliwych zapewnieniach Ludy, że „niczego nie sprzedajemy i nie jesteśmy z cerkwi”. Drzwi uchyla kobieta, siwe włosy do ramion odgarnia za ucho. Luda tłumaczy, co nas sprowadza. Opowiada o synu malarza, który tu kiedyś mieszkał. Ałła, tak ma na imię gospodyni, potwierdza – tak, słyszała, że kiedyś mieszkali tu chudożniki [artyści], to był ich dom. Możemy wejść.
Ałła ma 58 lat i chyba nie pracuje, ale nie dopytujemy. Jej mieszkanie wycięto z innego, większego wnętrza. Rozkład ma dziwaczny, bo po tej operacji niewielką kuchnię i toaletę wciśnięto w dawny przedpokój. Trudno dziś odgadnąć, ile pomieszczeń pierwotnie liczyły poszczególne apartamenty, możemy tylko spekulować, jakim metrażem i iloma pokojami, a może piętrami, dysponowała zamożna rodzina, ale nie ulega wątpliwości, że mieszkali w luksusie. Róg jednego z pokoi zajmuje kaflowy piec ze zdobieniami inspirowanymi antykiem, zwieńczony koroną z klasycznymi ornamentami. Notujemy zachowaną sztukaterię i rozetę wokół lampy sufitowej. Podłogę pokrywa drewniany parkiet z epoki, który wyłania się spod brzegów dywanu. Ciemniejsze i jaśniejsze deseczki precyzyjnie ułożono we wzór zwany pałacową podłogą.
Gospodyni żałuje, że nie przyjechałyśmy tu dwa lata temu. Wtedy żył jeszcze jej mąż, a on o kamienicy i jej właścicielach wiedział bardzo dużo. Wiele lat temu na ścianach klatki schodowej wisiały obrazy. Może Maurycego? Dzieła z czasem poginęły, a ostatnie zniknęło malowidło na suficie.
– Jakieś 15 lat temu – opowiada Ałła – w nocy przyszło tu kilku mężczyzn. Dwóch albo trzech. Zasłonili nasze drzwi, zasłonili okna kocami – wskazuje na okna wychodzące na galeryjkę i oficynę. Dla mieszkańców był to czytelny sygnał, panowie nie chcą publiczności. No i faktycznie nikt nie wyściubił nosa. – Wykuli, ukradli to malowidło – opowiada. Z sufitu? Upewniamy się, bo nie dowierzamy. Wycięli ze ściany jak freski Schulza[22]? Nie zniszczyli? Trudno w to uwierzyć. Ałła nie potrafi powiedzieć nic więcej poza tym, że lokatorzy się bali i że tej ciemnej nocy malowidło zniknęło bezpowrotnie. Czy wie, że ci chudożnicy, dawni właściciele, to byli Żydzi? – pytamy.
– Nie – Ałła ucina rozmowę.
Na klatce schodowej zadzieramy głowy i widzimy okazałą prostokątną ramę, ostatni ślad po wyciętym malowidle, zapaćkaną białą olejną farbą. Zagadka wyjaśni się jeszcze tego samego dnia, bo Ałła na odchodnym podaje nam numer do starszej pani, Łesi, jej dawnej sąsiadki z Bema 8. Pani wyprowadziła się kilka lat temu, ma coś koło siedemdziesiątki, ale ona i jej bliscy wiele lat tu mieszkali. Chętnie rozmawia, opowiada, że po I wojnie światowej dom był bardzo zniszczony, kule tkwiły w ścianach. Nie wiadomo, czy po wojnie polsko-ukraińskiej. Co do kradzieży – szybko wyjaśnia – to był olejny obraz umieszczony w ramie na suficie klatki schodowej. Złodzieje go po prostu wycięli i wynieśli. Rama została.
Co było na obrazie? Nagie nimfy siedzące na brzegu fontanny lub nad jakąś inną wodą w otoczeniu zieleni. Łesia zapamiętała dużo soczystozielonych liści.
Pamięta też, że w latach 80. przyjechał z zagranicy ktoś, kto podawał się za syna dawnych właścicieli. Próbował odzyskać majątek, jakieś rzeczy, które jego przodkowie pozostawili komuś na przechowanie.
– Niczego nie odzyskał, więc może to on zlecił tę kradzież? – głośno myśli Łesia. Czy to mógł być jakiś krewny Flecków? Ci w 1935 roku sprzedali dom. Z nagimi nimfami na suficie.
*
Był czwartek, 11 lipca 1896 roku, gdy Sima Fleck urodziła Ludwika. Był ich czwartym i ostatnim dzieckiem. Sima miała już 36 lat, Maurycy skończył 37. Akuszerka Małke Rabner przyjęła poród w nowym domu, a osiem dni później odbyła się uroczystość obrzezania chłopca. Mohelem, czyli rzezakiem, był R.F. Bodek, a sandakiem (sandekiem), czyli osobą trzymającą dziecko na kolanach, dziadek chłopca Simcha Herschdörfer. W kamienicy na Bema, gdzie mieszkał cały klan Flecków, święto uczczono, jak nakazuje tradycja, radosnym wspólnym biesiadowaniem.
Szczęście Maurycego i Simy po narodzinach Ludwika nie trwało długo. Pół roku później rodzinę spotkała tragedia. 20 grudnia 1896 roku zmarł ich starszy synek – czteroletni Filipek. Czy chorował? Czy to był wypadek? – nic nie wiadomo o przyczynie śmierci chłopca.
Ludwik nie zdążył poznać brata. Dorastał z dwiema siostrami, jako jedyny chłopiec i najmłodszy z rodzeństwa.
*
Fleckowie mieszkali na Gródku kilkanaście lat.
Ich córka Henryeta miała 26 lat, a Antonina i Ludwik osiągnęli pełnoletność, gdy rodzice postanowili przenieść się na Łyczaków. Już w 1911 roku kupili dużą, niezabudowaną działkę nieopodal Polikliniki i kościoła Świętego Antoniego, w połowie drogi między cmentarzem Łyczakowskim a Wysokim Zamkiem. Zapłacili fortunę – 43 tysiące koron. Dla porównania w 1911 roku wójt gminy pobierał rocznie 240 koron wynagrodzenia, a mundurowy policjant 670. Litr wódki i kilogram słoniny kosztowały 2 korony, para butów 8–10 koron. Ta lokalizacja – tak samo jak poprzednia – to tereny przy kolejnej dużej arterii Lwowa w szybko rozwijającej się Dzielnicy Łyczakowskiej. Na Łyczakowie dominowała niska zabudowa na dużych, pełnych zieleni działkach. Było kilka szpitali z wydziałami medycznymi uniwersytetu, pałac namiestnika Galicji oraz wille i pałace arystokracji i elity finansowej Lwowa.
Klan Flecków postanowił wybudować tu dwie duże bliźniacze trzypiętrowe kamienice z oddzielnymi wejściowymi bramami i salonem wystawienniczym na parterze[23]. Budowa zajęła dwa lata, a w oczekiwaniu na jej zakończenie bracia zamieszkali nieopodal, na Gliniańskiej 8.
W lwowskich archiwach znajdziemy informację, że od 1913 roku Eisig Fleck był właścicielem realności Gliniańska 8 oraz Łyczakowska 36. Sklejona z nią Łyczakowska 34 przypadła Maurycemu Fleckowi.
*
Fleckowie kupili działkę w dzielnicy zamieszkanej głównie przez Polaków, nie licząc położonych wyżej rogatek miasta, gdzie przeważała ludność ukraińska. Kursował tramwaj, na parterach domów mieściły się punkty usług wszelakich – poligraficznych, architektoniczno-budowlanych, meblarskich, stolarskich, malarskich. Zaplecza domów kryły ogródki lub oficyny.
Ta budowa kosztowała Flecków setki tysięcy koron. Dwie okazałe, złączone ze sobą kilkupiętrowe kamienice z oddzielnymi bramami zbudowano ze znacznie większym rozmachem niż ich pierwszy dom przy Bema 8.
Budynki nie są identyczne, choć niewątpliwie powstały w ramach spójnej koncepcji. Oba są zwieńczone przyczółkami i dekorowane na froncie płaskorzeźbami przedstawiającymi alegorię sztuki. Putta stojące przy sztalugach, trzymające w dłoniach pędzle i inne atrybuty artysty podpowiadały przechodniom profesję właścicieli kamienic. Większość reliefów się zachowała, tak jak wykusze oraz balkony z metalowymi, zdobnymi balustradami.
Z domem na Łyczakowskiej łączył się kolejny okres w życiu klanu Flecków i drugiego pokolenia – dzieci, które urodziły się już we Lwowie. To tu mieściło się centrum rodzinnego życia i interesów. Już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, w 1920 roku, bracia Fleckowie reklamowali się w „Chwili”: „Pierwszy krajowy Zakład malarstwa dekoracyjnego i lakiernictwa budowlanego »Bracia Fleck i sp.«, Lwów, Łyczakowska 34. Wykonuje wszystkie roboty wchodzące w zakres malarstwa pokojowego i lakiernictwa budowlanego w miejscu jako też i na prowincji w najkrótszym terminie po cenach umiarkowanych. Bogaty wybór najnowszych wzorów”. Salon ze wzorami mieścił się na parterze, z wejściem wprost z ulicy.
Na wyższych piętrach, w różnych apartamentach, zamieszkali Maurycy z żoną i jego dorosłe już dzieci z rodzinami: córki Antonina i Henryeta z mężami oraz Ludwik z żoną i dzieckiem.
Po śmierci Maurycego, w 1932 roku, właścicielem kamienicy pod numerem 34 został trzeci z braci – Izydor. Wkrótce potem umarł Eisig Fleck. Sima i Amalia też nie dożyły wojny.
W 1938 roku nie było już żadnego z trzech braci Flecków. Majątek odziedziczyły dzieci. Nominalnym właścicielem bliźniaczych kamienic na Łyczakowie został mąż Henryety, doktor Maksymilian Silber.
Część mieszkań wynajęto polskim lokatorom, a ogrzewane sutereny zajmowała służba.
*
W jednej z dwóch bram kamienicy przy Łyczakowskiej, grubo zapaćkanej szarą olejną farbą, natykamy się na wmurowaną w posadzkę płytkę sygnowaną „Bracia Mund”, identyczną z tą, którą widziałyśmy na podłodze żydowskiego szpitala na Rappaporta. Widać bracia Mundowie i bracia Fleckowie współpracowali też przy inwestycjach prywatnych.
Klatka schodowa ma ciekawą eliptyczną formę – to konsekwencja projektu budynku. O jej dawnej elegancji świadczą oryginalne detale, wykwintna posadzka, sztukaterie, marmurowe okładziny w holu i otwory po mocowaniach prętów w kamiennych schodach. Mieszkańcy wchodzili na wyższe piętra po dywanie. Kuta żelazna balustrada wykończona drewnianą poręczą odpowiada wzorem balustradom zewnętrznych balkonów. Drzwi do lokali to piękne wzory pałacowe, zwieńczone supraportami z ornamentami w formie liściastych wieńców podwieszonych na girlandach. Zachowały się też mosiężne wloty do skrzynek na korespondencję z polskimi napisami LISTY. Oddzielne skromne wejścia prowadzą do dawnych służbówek.
Ludwik Fleck mieszkał na drugim piętrze, okna jego mieszkania wychodziły na ulicę. Bardzo chcemy je zobaczyć, ale nikt nie otwiera drzwi. Na suficie klatki schodowej rzuca się nam w oczy intrygująca kratownica i ozdobne wzory wokół niej. Wchodzimy, przeczuwając, co to jest.







