Lata 30. XX wieku, wybrzeże Ameryki Południowej. Członkowie wyprawy naukowej dobijają do brzegu bezludnej wyspy i znajdują dwa ciała. Wokół setki wypalonych zapałek, ślady stóp, robaki toczące zmumifikowane zwłoki. Co wydarzyło się na tym opuszczonym krańcu Ziemi?


Raj, który stał się w miejscem zbrodni…

Zawiedzeni światem Friedrich i Dore postanawiają opuścić Niemcy. Floreana w archipelagu Galapagos ma zostać ich nowym domem – rajem, w którym w odosobnieniu będą wiedli spokojne życie. Ale świat ich odnajduje. Wkrótce na wyspie pojawiają się weteran pierwszej wojny z rodziną oraz ekscentryczna baronessa z dwoma kochankami. Otoczony oceanem skrawek lądu szybko okazuje się za mały dla nich wszystkich.

Kolejne kłótnie oraz dziwne wypadki naznaczają codzienność, która staje się nie do wytrzymania. Do czasu, gdy dwójka mieszkańców znika z wyspy. Kiedy w Europie nazistowski potwór podnosi łeb, na wyspie rodzą się inne demony. Czyją duszą zawładną?

Nawet w raju nie da się uciec przed ludzką naturą…

***

• Wstrząsająca relacja z Wysp Galapagos na temat dziewiczego raju, który szybko stał się piekłem na ziemi. Ale nie sam z siebie. Wyłącznie dlatego, że w tym raju postanowili zamieszkać ludzie. Pasjonująca lektura o utopijnym życiu w cieniu dobrze znanych wad, przywar, słabości. I chociaż dzieli nas od tej dramatycznej historii niemal sto lat, opowieść pozostaje zabójczo aktualna. Warto przeczytać!
– Robert Małecki

• Kto tak naprawdę szukał raju, a kto przybył na wyspę z morderczym zamiarem?
„Eden upadły” to historia o samotności wśród innych, o pragnieniu wolności, która zmienia się w izolację, i o iluzji raju, który nie wytrzymał zderzenia z prawdą o ludzkiej naturze. To historia o tym, co zostaje z człowieka, gdy zrzuci wszystkie maski. Książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie i zmusiła do zrewidowania hierarchii wartości, które do tej pory uważałam za oczywiste. Myślę, że dla każdego powinna to być obowiązkowa lektura.
Jeśli sądzisz, że znasz granice ludzkiej natury – ta opowieść pokaże ci, jak bardzo się mylisz.
– Julia Medzińska (Hulaj Dusza)

Abbott Kahler
Eden upadły. Prawdziwa historia zbrodni na rajskiej wyspie
Przekład: Magdalena Kunz
Wydawnictwo Znak
Premiera: 27 sierpnia 2025
 
 


SŁOWO OD AUTORKI
Choć opisana tu historia może wydawać się niezwykła, trzymacie w rękach książkę z gatunku literatury faktu, w której nie znajdziecie fikcyjnych dialogów ani sytuacji. Wszystkie cytowane tu wypowiedzi pochodzą z dokumentów archiwalnych, dzienników, artykułów prasowych, książek lub niepublikowanych rękopisów. Wielu bohaterów i wiele bohaterek tej opowieści zostawiło po sobie własnoręcznie spisane świadectwa, dzięki którym mog­łam szczegółowo odtworzyć przebieg poszczególnych wydarzeń i rozmów, a także opisać myśli, gestykulację, mimikę, charaktery i his­torie ich uczestników i uczestniczek. Pełna lista dokumentów źródłowych (z uwzględnieniem wszystkich przytoczonych wypowiedzi) znajduje się na końcu niniejszej książki.

PROLOG
RAJ UTRACONY
Los Angeles, listopad 1934 roku

Nadchodzące zza Oceanu Spokojnego informacje prasowe1 zawierały opisy makabrycznej sceny: na oddalonej o pięć tysięcy kilometrów od kalifornijskiej metropolii wyspie Marchena, ponurym i jałowym skrawku lądu na północy archipelagu Galapagos, rybacy znaleźli dwa ciała. Zwłoki, przez kilka miesięcy wystawione na tropikalne słońce, uległy mumifikacji2 i straciły cechy umożliwiające identyfikację. Ciała spoczywały na plecach3. Większe z nich mierzyło około metra osiemdziesięciu4, a z jego czaszki sterczała kępka brązowych włosów5. Tam, gdzie stykało się z ziemią, było wydrążone przez robaki6. Drugie ciało, należące najprawdopodobniej do kobiety7, mierzyło około trzydziestu centymetrów mniej i okryte było strzępami ubrań. Zasuszona skóra twarzy8 była tak napięta, że czaszka wyglądała niczym owinięta pergaminem. Żadne z denatów nie miało na sobie butów9. Jeden z rybaków zauważył na ziemi niewyraźne ślady stóp10, sugerujące, że ofiary tuż przed śmiercią dreptały w kółko.
Setki wypalonych zapałek11 i nietknięta sterta gałęzi wskazywały, że nie udało im się rozpalić ogniska. Za ostatni posiłek posłużyły im głowa12 i tułów dwóch fok, a także pokryte łuską, pocięte w paski mięso z iguany. Ofiary zmarły z pragnienia13; na Marchenie, niemal w całości pokrytej skałą wulkaniczną, nie ma wody pitnej. Pod wywróconą do góry dnem łodzią14 leżały paszport, ubranka dziecięce, kilka zdjęć i plik trzydziestu listów15. Rybacy otworzyli i przeczytali je wszystkie. Jeden opisał ich zawartość jako „niewyobrażalną potworność”16. Inny wyznał, że lektura wywołała u niego koszmary17.
Adresatem kilku listów18 był George Allan Hancock, pochodzący z Los Angeles przemysłowiec i odkrywca, który wielokrotnie wyprawiał się na Galapagos. Zainspirowany myślą Karola Darwina, a także bardziej mu współczesnego amerykańskiego naturalisty Williama Beebego, Hancock żeglował na archipelag w poszukiwaniu egzotycznych gatunków roślin i zwierząt, ale nie mniejszą fascynację budzili w nim spotkani tam ludzie.
W ciągu ostatnich pięciu lat na wyspie Floreana, położonej sto osiemdziesiąt kilometrów na południe od Marcheny, osiedliło się osiem osób, które łączyło wspólne pragnienie, by stworzyć utopię – choć dzieliła je ostateczna jej wizja. Wśród osadników byli doktor i jego pacjentka, weteran wojenny z ciężarną żoną i nastoletnim synem oraz wiedeńska arystokratka z dwoma kochankami u boku i rewolwerem z kolbą z masy perłowej za pasem.
Hancock wiedział o rosnących napięciach na wyspie. Dochodziło tam do kłótni z rękoczynami, słyszano podejrzane odgłosy wystrzałów, fantazjowano o morderstwie i grożono nim sobie nawzajem. Ostatni adresowany do Hancocka list od doktora zapowiadał kolejne kłopoty: „Liczymy, że znów nas odwiedzisz. (…) A wówczas powiem ci to, czego nie mogę napisać – nie mam bowiem na to dowodu”19.
Mężczyzna zamierzał spełnić tę prośbę, ale śmierć go wyprzedziła. Kiedy znów postawił stopę na brzegu Floreany, społeczność wyspy zubożała już o kolejnego mieszkańca.

CZĘŚĆ PIERWSZA
NASZ WEWNĘTRZNY DEMON I JEGO KAPRYSY

1
DOKTOR I JEGO UCZENNICA

Początkowo doktor przerażał Dore1.
Przyczyną tego przerażenia nie była jego fizjonomia2 – mężczyz­na był niskiego wzrostu i szczupłej budowy, ramiona miał wąskie i obciągnięte skórą, pod którą żyły wiły się niczym robaki. Nie chodziło też o jego okalaną zwichrzonymi brązowymi loczkami twarz, w której osadzone były oczy w kolorze głębokiego błękitu i szerokie usta, które w chwilach zamyślenia lub rozbawienia otwierały się, odsłaniając czubek jego języka.
Strach wywoływało raczej połączenie tych cech. Wszystkie one – z osobna całkiem zwyczajne, a nawet urocze – zlewały się w niepokojącą całość. Sprężystość, z jaką się poruszał, przypominała chód drapieżnika; w jego spojrzeniu były surowość i nieodwołalność osądu; jego usposobienie3 zdawało się zaś dziwnie pozbawione jakiejkolwiek życzliwości czy współczucia, co mogło wytrącać z równowagi, wziąwszy pod uwagę jego profesję. Dore była bliska nazwania go brutalem i miała nadzieję, że doktor nigdy nie położy na niej ręki4.
Wiosną 1927 roku Dore Strauch Koerwin skończyła dwadzieścia sześć lat5 i rozpoczęła leczenie w berlińskim Instytucie Hydroterapii, w którym prowadzono pionierskie badania6 nad uzdrawiającą mocą wody. Trzy lata wcześniej, podczas długiego pobytu w szpitalu, w którym przeszła między innymi histerektomię7, zdiagnozowano u niej stwardnienie rozsiane8; pogorszenie stanu zdrowia przyniosło jednak nieoczekiwaną korzyść9. Czas spędzony w szpitalu oznaczał chwilę wytchnienia od monotonii życia małżeńskiego, a ten wyglądem podobny dzikusowi lekarz, który kręcił się po oddziale, mimo szorstkiego obycia wzbudził zainteresowanie Dore. Inne pacjentki były nim równie zaintrygowane. „Ma obsesję na punkcie surowizny” – wyjawiła jedna z nich. „Kiedy zacznie opowiadać o surowej żywności i wegetarianizmie, mówi bez końca” – dodała inna. To zatem nieuniknione, uznała Dore, że gdy będzie przemierzał kolejne sale, krążył od łóżka do łóżka, pewnego dnia zatrzyma się i przy niej.
Doktor przedstawił się jako Friedrich Ritter, a następnie dokładnie ją zbadał.
– Nie jesteś chora – oświadczył.
– Profesorowie stwierdzili, że jestem – sprzeciwiła się. – Orzekli, że już nigdy nie wrócę do zdrowia.
– Nie jesteś chora – powtórzył stanowczo. – Ale pragniesz być – dodał i odszedł.
„Potrafi przejrzeć mnie na wskroś” – pomyślała Dore i oblała się rumieńcem, poczuwszy się dziwnie obnażona. Postarała się o prywatną konsultację z doktorem, podczas której wyznała mu wszystko, co przygniatało jej duszę – oprócz jednego: nie wspom­niała o swoim małżeństwie. Kiedy skończyła, Friedrich stwierdził przenikliwie:
– Nie jesteś szczęśliwa w małżeństwie. Spróbujmy zaradzić przyczynie twojej choroby10.
Doktor podkreślał, że Dore „nie wolno poddawać się chorobie”11, jeśli chce wytrenować swój umysł tak, by uzdrowić swoje ciało. Jak wyznał, nie lubił chorych12 i jeśli trafił na pacjenta, który opierał się „woli uzdrowienia”13, rezygnował z leczenia, żeby nie marnować sił. Podsuwał jej książki na temat plastyczności umysłu i jego sekretów, w tym prace Prentice’a Mulforda, amerykańskiego humorysty i filozofa, autora słów: „powiedzieć, że rzecz musi istnieć, to powołać ową rzecz do życia”14. Z kolei powiedzieć, że rzecz nie istnieje, to unicestwić ją. Friedrich rozumiał napięcie emocjonalne kryjące się za fizycznym bólem Dore, więc ich codzienne rozmowy stały się dla niej lekarstwem, które pozwalało odpędzić ciążące jej najczarniejsze myśli.
Dore spędziła szczęśliwe dzieciństwo w Berlinie: ojciec, z zawodu nauczyciel, bywał surowy tylko w pracy, nigdy w domu, matka zaś wykazywała „instynktowne zrozumienie”15, które pozwalało jej wyczuwać pragnienia i lęki córki. Dore wolała towarzystwo zwierząt niż ludzi, odkryła też, że stworzenia, które warczały i szczerzyły kły na innych, siadały spokojnie u jej boku. W pewnym sensie wierzyła, że nie jest taka jak inne dzieci, i to przekonanie umacniało się w niej z wiekiem. „Urodziłam się, aby wypełnić jakieś zadanie – napisała później – choć nie miałam pojęcia, co to mogło być. (…) Wiedziałam tylko, że to coś wielkiego, i w niemożliwy do opisania sposób zawsze tego poszukiwałam”16.
Miała nadzieję odnaleźć swoje przeznaczenie, gdy angażowała się w rewolucję listopadową w Niemczech w 1918 roku, stawała po stronie „biedaków i nędzarzy”17, jak ich określiła, i buntowała się przeciw elitom. Zrażona plagą alkoholizmu i chorób wenerycznych pośród mężczyzn, którym próbowała pomóc, potępiła „niskie instynkty i namiętności”18. Zainspirowana Tako rzecze Zaratustra Fryderyka Nietzschego, uznała, że jedyną prawdziwą drogą rozwoju ludzkości jest poświęcenie się jednostkowej pracy nad sobą. „Gdyby każde z nas najpierw czyniło dobro, którego wymagamy od innych – pisała – wkrótce nasza ziemia przemieniłaby się w raj”19.
Kiedy rewolucja dobiegła końca, Dore skupiła się na sobie i postanowiła zostać lekarką. Po wielogodzinnej zmianie w banku, gdzie pracowała jako kasjerka, uczęszczała do szkoły wieczorowej, w której przygotowywała się do egzaminów wstępnych na studia, a jej niekonwencjonalny sposób odżywiania dodatkowo utrudniał realizację napiętego planu dnia. „Pewnie lepiej zniosłabym cały ten trud – przyznała później – gdybym nie postanowiła właśnie wtedy ograniczyć swojej diety wyłącznie do fig”20. Decyzję tę podjęła po lekturze prac niemieckiego filozofa Artura Schopenhauera, który – choć sam nie był zdeklarowanym wegetarianinem – potępiał niszczenie jednego życia w imię podtrzymania innego21. W przebłyskach refleksji Dore przyznawała przed sobą, że osłabła także na duchu. „Moja dusza była głodna”22 – napisała i wyruszyła na poszukiwania pożywienia, którym mogłaby ją nakarmić.

*

Trudy surowego stylu życia zmusiły Dore do porzucenia studiów, wkrótce jednak kobieta wyznaczyła sobie kolejny cel: starszego o dziewiętnaście lat Hermanna Koerwina – przyjaciela rodziny i dyrektora liceum23 – którego wrodzone uporządkowanie i umiarkowanie w przekonaniach jawiły się jej jako intrygujące wyzwanie. Dore wierzyła, że przy odpowiednim zaangażowaniu w sprawę uda jej się wytrącić go ze staroświeckich przyzwyczajeń i sprawić, że „roztopi jego lód”24. Po ślubie zrozumiała, jak niedorzeczny był to pomysł.
Hermann był oszczędny ponad miarę25, zamiast więc kupić własne mieszkanie, para pomieszkiwała w wynajętych pokojach. Seks małżeński napawał Dore obrzydzeniem i odstręczał wulgarnością26, szczególnie kiedy zaczęła rozwijać się u niej choroba, która pozbawiła ją szansy na zajście w ciążę. Hermann okazał się równie zdeterminowany, żeby ją zmienić: Dore podejrzewała, że chciał mieć u swojego boku typową gospodynię domową, której ambicje i opinie pozostawałyby w cieniu jego własnych. Gdy jej choroba się nasiliła, co wymusiło przedłużenie pobytu w Instytucie Hydroterapii, Dore uznała, że to dla niej szansa na przewartościowanie swojego życia27. I wtedy pojawił się ten osobliwy niewysoki doktor, który zapraszał ją do swojego precyzyjnie zorganizowanego świata.
Po dziesięciu dniach spędzonych pod opieką Friedricha Dore czuła się na tyle dobrze, że wypisano ją ze szpitala28; wciąż jednak szukała towarzystwa lekarza. Do końca 1927 roku i przez cały następny rok każdego ranka odprowadzała Friedricha do pracy29 przez berlińską dzielnicę Tiergarten. Tymczasem Niemcy stały u progu drastycznych i katastrofalnych zmian; prasa europejska ostrzegała przed nacjonalistycznym powstaniem. W południowej Bawarii faszyści zorganizowali spotkanie z weteranami pierwszej wojny światowej zrzeszonymi w organizacji Stahlhelm (Hełm Stalowy)30, która stanowiła paramilitarne skrzydło konserwatywnej Niemieckiej Narodowej Partii Ludowej. Zebrani protestowali przeciwko Republice Weimarskiej31 i porządkowi międzynarodowemu wprowadzonemu na mocy traktatu wersalskiego. Niemieckie związki motorowe32 przeprowadzały tajne ćwiczenia militarne, a w Austrii powoli organizowali się faszyści. W Berlinie członkowie Sturmabteilung (SA), nowo powstałego paramilitarnego skrzydła zdobywającej coraz większe poparcie partii nazistowskiej, przeprowadzili serię ataków na komunistów na potańcówkach miejskich, w lodziarniach i na stacji kolejowej Lichterfelde Ost33.
Te brutalne wydarzenia stały w jaskrawym kontraście z typowymi dla kultury weimarskiej ekstrawaganckimi uciechami i szaleństwami. Na zlokalizowanej w zachodniej części Berlina Kalckreuthstrasse, gdzie znajdował się prywatny gabinet Fried­richa, mieściło się Eldorado, popularne „miejsce spotkań transwestytów”34, w którym przedstawiciele berlińskiej socjety i żądni przygód turyści używali życia w towarzystwie pisarzy i arty­stów, między innymi będącej wówczas u progu międzynarodowej sławy aktorki Marleny Dietrich. Od czasu do czasu te dwa światy się przenikały – jak wtedy, gdy Ernst Röhm, współzałożyciel SA, bliski przyjaciel Adolfa Hitlera i wyoutowany gej35, pojawił się w Eldorado w towarzystwie brytyjskiego dziennikarza. Fordanser w kobiecym stroju przywitał się z Röhmem i przysiadł się do nich na pogawędkę. Dziennikarz sądził, że mężczyzn łączą „stosunki zawodowe”36, ale Röhm natychmiast wyprowadził go z błędu: „Nie jestem jego klientem. To jeden z moich szturmowców”37.
Czasy były niezwykłe, a Friedrich Ritter, o czym przekonała się Dore, był niezwykłym człowiekiem: czterdziestojednoletni uczony, fizyk i filozof, żarliwy zwolennik intensywnego przeżuwania38. Ritterowi zależało na przetestowaniu własnej teorii, zgodnie z którą dziąsła mogą „zrogowacieć” na tyle, żeby zastąpić zęby39. Zamierzał także stworzyć mapę ludzkiego mózgu40. Znajomi i sąsiedzi uznawali go za „nieprawdopodobnego maniaka”41. Jego dawny profesor określał go jako „kogoś, kto podąża własną ścieżką, mężczyznę, w którym jest tyle miłości, co nienawiści do ludzi, lekarza, dla którego żadne działanie nie jest zbyt śmiałe, jeśli pozwala mu udowodnić skuteczność własnej metody, ekscentryka, który dokonuje rzeczy ekscentrycznych”42. Ritter zamierzał żyć co najmniej sto pięćdziesiąt lat43 i twierdził, że spożywanie mięsa powoduje chorobę nerwową, która przyspieszy upadek kultury europejskiej44. Mieszkał w skromnym, jednopokojowym mieszkaniu45 i uprawiał w doniczce na parapecie owies46, z którego przyrządzał owsiankę, stanowiącą podstawę jego diety. W domu nigdy nie nosił odzieży47. Nie miał zaufania do odzieży produkowanej przemysłowo48, dlatego sam szył swoje ubrania ze zgrzebnego płótna lnianego. Szczególnie nieufnie podchodził do „cywilizowanego buta”49, dlatego plótł własne skórzane sandały. W rzeczywistości nie ufał niczemu, co miała do zaoferowania cywilizacja, i od dawna pragnął od niej uciec.

*

Podczas wspólnych długich spacerów po mieście Friedrich szczegółowo opowiadał Dore o tym pragnieniu, które zakiełkowało w nim kilka dekad wcześniej. Przyszedł na świat w maju 1886 ro­ku w Wollbach50, w rodzinie cieszącej się wysokim statusem w lokal­nej społeczności – jego ojciec Johann Friedrich Ritter był burmistrzem miasteczka i zamożnym sklepikarzem51. Friedrich był dzieckiem drobnym i chorowitym, bez przerwy dręczonym przeziębieniami, bólami głowy i uszu oraz ogólnie słabym zdrowiem. Jego kochająca matka Elisabeth chciała, żeby później zaczął szkołę, ale ustąpiła pod jego naciskiem. Dolegliwości Friedricha pogłębiały się dodatkowo w wyniku brutalnych kar fizycznych wymierzanych mu przez nauczyciela, który – jak określił go Friedrich – był „gorliwym wyznawcą zalet leszczynowej rózgi”52. Sąsiedzi wspominali Friedricha jako samotnika i „chłopca o naturze dziwaka”53, który pociechę znajdował w obcowaniu z przyrodą i w książkach. Długie popołudnia spędzał na wędrówkach po Czarnym Lesie albo na kolejnej lekturze Opowieści Skórzanej Pończochy oraz Robinsona Cruzoe54, wyobrażając sobie, że jako nieustraszony rozbitek zamieszkuje bezludną wyspę.
W dążeniu do porzucenia cywilizowanego świata Friedrich kierował się niemiecką filozofią Lebensreform55, czyli filozofią „reformy życia” – ruchu kulturowego powstałego pod koniec XIX wieku. W 1906 roku Niemiec William Pester56 przeprowadził się do Palm Canyon w Kalifornii, gdzie zajął się zgłębianiem tajników medycyny naturalnej, praktykował wegetarianizm i nudyzm, a nawet sam szył sobie buty. Stworzył wspólnotę opartą na braterstwie dusz, do której należeli między innymi niemiecki neuropata znany jako wynalazca kąpieli detoksykacyjnej57 oraz małżeństwo właścicieli restauracji Eutropheon, serwującej wyłącznie surowe dania wegetariańskie. Członkowie wspólnoty praktykowali wschodni mistycyzm, żyli z własnych upraw, spali pod gołym niebem i rzadko nosili ubrania. Jeden z mieszkańców osady napisał książkę kucharską, w której potępiał przemoc związaną ze spożywaniem mięsa i proponował przepisy na „dania bez gotowania”58, w tym „zupy dla bezzębnych”59.
Friedrich trudnił się również filozofią, a szczególnie fascynowały go koncepcje Fryderyka Nietzschego: myśl, że – najprościej rzecz ujmując – wszelka moralność jest subiektywna; przekonanie, że Bóg jest kłamstwem, a śmierci nie należy się obawiać; stwierdzenie, że ludzie nie zostali stworzeni jako równi sobie (a najwyższą osiągalną formą człowieczeństwa jest Übermensch – „nadczłowiek”); i wreszcie uznanie, że ludzie nie są pod żadnym względem lepsi od zwierząt. „Jakże wielkim profetą był Nietzsche”60 – pisał Friedrich. „Człowiek jest małpą bardziej niż jakakolwiek małpa”61. W liceum Friedrichem owładnęła obsesja śmiertelności. Kiedy miejscowy grabarz podarował mu czaszkę, Friedrich włożył ją do wiadra z wapnem chlorowanym, żeby stała się śnieżnobiała. Na koś­ci czołowej wypisał czarnym atramentem cytat z Schopenhauera62 o „stanie bezbolesnym (…), stanie bogów”63 – i tak ozdobioną czaszkę położył na ołtarzyku w swojej sypialni.
Choć twierdził, że jego ojciec, zapalony myśliwy, nauczył go posługiwać się bronią, on sam nie znajdował przyjemności w zabijaniu zwierząt dla sportu. Wspominał, że pewnego razu ojciec schwytał w pułapkę myszołowa64, który atakował jego ule, i polecił Friedrichowi, by ten zaniósł ptaka do domu. W drodze chłopiec otworzył jednak klatkę i pozwolił ptakowi odlecieć, zwracając mu wolność: przyjemność z udzielenia stworzeniu pomocy przyćmiła wstyd z powodu popełnionej zdrady.
Jeden z krewnych Friedricha inaczej opisywał jego zainteresowanie zwierzętami65. Według jego słów Friedrich miał zamiłowanie do polowania, a jego ulubioną bronią była proca. Strzelał do pływających w strumieniu pstrągów, a potem do srok, które krążyły nad martwymi rybami, do gnających przez las królików, a czasem nawet do kota, jeśli ten akurat przebiegł mu drogę. Po zmroku zanosił martwe zwierzęta do stojącej na tyłach domu szopy, w której znajdowało się jego tajne laboratorium. Każde zwierzę oskórowywał i preparował, rozkoszując się widokiem rozczłonkowanego ciała. Pewnego dnia podpalił swoje laboratorium, a matce udzielił enigmatycznego wyjaśnienia: „Był to dość niebezpieczny, aczkolwiek wysoce interesujący eksperyment”66.

*

Kiedy Friedrich studiował chemię, fizykę i filozofię na Uniwersytecie we Fryburgu67, poślubił Milę Clark, aspirującą śpiewaczkę68. Przejął kontrolę nad jej karierą i nakłonił ją do podpisania kontraktu z operą w Darmstadt, gdzie jako sopranistka występowała w rolach Carmen, Mignon i Amneris69. Gdy wyznała mu, że wolałaby zostać w domu, Friedrich zaoponował. Jego zdaniem życie nudnej i potulnej gospodyni domowej nie było jej przeznaczeniem – Mila, tak jak i on, powołana była do wyższych celów70. Wdawali się w długie, gwałtowne spory71, które często przeradzały się w rękoczyny. Pewnego razu Friedrich cisnął wazon w okno72. Czasem bił żonę73. Godzili się często, uprawiając seks, który – jak przyznała potem Mila przed krewnymi – również obfitował w przemoc74. Uciekła do domu matki75 w Wollbach, a separacja małżonków jeszcze się przedłużyła, kiedy Friedrich wyjechał walczyć w pierwszej wojnie światowej. Później wyznał Dore, że pod względem poglądów religijnych blisko mu do buddyzmu i nigdy się nie spodziewał, że przyjdzie mu wziąć udział w zabijaniu, ale „nadprzyrodzona moc”76 pchnęła go do zgłoszenia się na ochotnika77.
W lipcu 1916 roku oddział Friedricha stacjonował nad Sommą, w północnej części Francji, gdzie brytyjskie i francuskie wojska alianckie planowały ofensywę przeciwko niemieckiej armii. Alianci rozpylili nad niemieckimi okopami chlor i fosgen, a efekt działania gazów był natychmiastowy i potworny:
Pokryci wielkimi, ropiejącymi pęcherzami musztardowej barwy, z niewidzącymi oczami o sklejonych powiekach, walczą o każdy oddech, głosem ledwie słyszalnym szepcząc, że zacis­kają im się gardła, i wiedzą, że się uduszą78.
Friedrich leżał w rowie, otoczony rozkładającymi się w upale zwłokami, a wokół niego kłębiły się chmury trującego gazu. Po kilku miesiącach leczenia w szpitalu uszkodzonej wątroby79 wypisano go i odesłano do domu.
To doświadczenie nieodwracalnie go odmieniło80. Uznał, że wojna jest wpisana w ludzkie geny – pulsuje w człowieku niczym drugie, nikczemne serce. Na przyjęciu wyprawionym przez jego siostrę Elisabeth pokłócił się z Milą i uderzył ją w twarz81. Jego szwa­gier chwycił go za ramię i obezwładnił. Friedrich wyszedł, a następnie wrócił uzbrojony w siekierę i kilkoma uderzeniami porąbał fortepian siostry82, z którego zachowała się jedynie klawiatura. Miesiąc później, zniesmaczony widokiem tarzających się we własnych odchodach jamników swojego siostrzeńca, wyciągnął z kieszeni pistolet i zastrzelił oba psy na miejscu83.

*

Wrócił na studia i skończył je w 1923 roku. Został lekarzem dentystą i głosicielem własnych koncepcji filozoficznych. Po całym dniu pracy w prywatnym gabinecie i w berlińskim Instytucie Hydrote­rapii pisał eseje i prowadził wykłady na temat chemii i fizyki84 oraz efektów działania światła słonecznego na skórę człowieka85. Mieszkający nieopodal, na Haberlandstrasse, Albert Einstein86 został wkrótce jego znajomym87, a kiedy w życiu Friedricha pojawiła się Dore, żywił on już głębokie przekonanie, że pewnego dnia powstanie bomba będąca w stanie zniszczyć całą cywilizację88.
Friedrich nie widział sensu funkcjonowania społeczeństwa – ani funkcjonowania w społeczeństwie – dla którego miarą postępu były konsumpcja dóbr i utowarowienie ludzi. Doszedł do wnios­ku, że nie ma ratunku – ani on nie może nic zrobić dla świata, ani świat dla niego. Jego zdaniem społeczeństwo było „wielkim bezosobowym potworem, wykuwającym dla siebie wciąż nowe kajdany, którymi krępuje swobodny rozwój swoich członków”89. Pragnął uciec nie tyle w odosobnienie jako takie, ile we własne, stworzone na swój użytek odosobnienie.
W ciągu dwóch lat, między 1927 a 1929 rokiem, Friedrich wprowadził Dore do swojego życia. Nie kpił ze względnej ignorancji, jaką wykazywała w kwestiach filozoficznych – przeciwnie, z oddaniem wiódł ją skrupulatnie wytyczoną przez siebie ścieżką.
– Nie mogę sobie pozwolić, żeby w ślad za mną wlekła się do dziczy wygłodniała miłości, przepełniona romantycznymi wyobrażeniami kobieta90 – powiedział jej, ale stwierdziła stanowczo, że będzie doskonałą partnerką.
Dore wierzyła, że Friedrich jest jednym z największych geniuszy na świecie, a do bezlitosnej dziczy ciągnie nie po to, aby ukarać ciało, ale po to, by oświecić umysł. Jej zniszczona stwardnieniem rozsianym noga nie będzie przeszkodą, zapewniła go. Odnajdzie siłę w samowyrzeczeniu, w poskromieniu własnego ego. Wreszcie Friedrich uległ swojej „współtowarzyszce w wędrówce po mądrość ostateczną”91. Podejrzewała, że spośród wszystkich znanych mu kobiet jej jednej nie darzył pogardą92.
Dore przyznała się przed mężem, że kocha Friedricha. Wściek­ły Hermann nakazał jej unikać doktora, ale odmówiła. Skrycie pragnęła, żeby wszczął kłótnię, żeby grzmiał i błagał, żeby zdradził choć odrobinę namiętności. „Nie było kłótni między mną a moim mężem” – żaliła się. „Więcej bym go szanowała, gdyby do jakiejś doszło”93. W przeciwieństwie do Hermanna, we Friedrichu wyczuwała „triumf męskości”94 i powtarzała sobie, że nie powinna brać do siebie jego obcesowości; kiedy bowiem od niej wymagał poświęcenia, to od siebie wymagał go po dwakroć.
W domu Dore wciąż czuła się zobowiązana odgrywać rolę gos­podyni domowej, pojawiała się więc u boku Hermanna na spotkaniach towarzyskich, na których otaczali ją nudni nieznajomi, a wysokie obcasy piły ją w stopy i potęgowały ból w chorej nodze. Przy Friedrichu mogła uciec od „niecnych wymysłów nowoczesnego kostiumu”95, jak on sam je określał, i ubierać się wygodnie i prosto. Leżeli obok siebie na dachu jego kamienicy i wyobrażali sobie swoją przyszłość: tylko ich dwoje, odcięci od świata i bezpieczni, z dala od narastającego w Niemczech szaleństwa. Szybko doszli do wniosku, że idealnym miejscem będą dla nich tropiki. Godzinami przesiadywali w berlińskiej Bibliotece Państwowej96, wertowali albumy geograficzne ze zdjęciami zachwycających naturalnym bogactwem odległych wysp i przesuwali palcem po mapie od zachodu na wschód, aż wreszcie ich wzrok zatrzymał się na wyspach Galapagos, które – ku ich zaskoczeniu – wcale nie wyglądały na obfitujące w naturalne bogactwo.
Czy istniało bowiem lepsze miejsce dla ich prywatnej utopii niż pokryte skałą wulkaniczną kamieniste wyspy tuż przy zachodnim wybrzeżu Ameryki Południowej? Chcieli tropików, ale niekoniecznie raju – typowy obraz przyjaznej, obfitującej w roślinność krainy ze złocistą plażą i falującymi na wietrze palmami nie pasował do ich nietzscheańskiego snu o rygorystycznym samostworzeniu.
Karol Darwin, któremu wyprawa na te wyspy w 1835 roku dostarczyła materiału do stworzenia teorii ewolucji, nazwał archi­pelag „małym, w sobie zamkniętym światem”97, którego fauna żeruje głównie na „suchej i jałowej ziemi”98. Niemal sto lat później, w 1924 roku, amerykański badacz William Beebe odwiedził Galapagos i opisał swoją podróż w międzynarodowym bestsellerze Galápagos. Na krańcach świata, w którym dzielił się podobnymi obserwacjami: „Do podzwrotnikowej puszczy wchodzę zawsze pełen zapału i wiary w siebie – pisał – [lecz tym razem] gdy stanąłem na lądzie, ogarnęło mnie dziwne uczucie beznadziejności”99. Jeden ze współpracowników Beebego, doktor Charles Haskins Townsend, pierwszy dyrektor Oceanarium Nowojorskiego Towarzystwa Zoologicznego, był w swojej ocenie jeszcze surowszy: „Gdyby Jego Szatańskiej Wysokości przyszło urządzić tortury potępionych dusz polegające na czołganiu się i wspinaczce, [archipelag] byłby dla niego inspiracją. Wyspy leżą tak, jak rozsypał je Wulkan, a może to sam Lucyfer je tam rozrzucił”100.
Dla Amerykanów, wciąż ogarniętych romantycznymi urokami i podnietami szalonych lat dwudziestych, doniesienia Beebego stanowiły przedsmak nadchodzącej epoki egzotycznych podróży – luksusu coraz łatwiej dostępnego nawet skromnie sytuowanym obywatelom. Reklamy w gazetach wychwalały zalety rejsów dookoła świata: „Nieprzerwane wakacje: 133 najwspanialsze dni twojego życia”101 – obiecywał dział podróży American Express. „Koszt, najczęściej brany pod uwagę czynnik, nieznacznie tylko przekracza poniesione w tym czasie wydatki domowe. Co się zaś tyczy czasu, wystarczy teraz co nieco zaplanować, co nieco przyoszczędzić na błahostkach, żeby wyruszyć w tę Wielką Przygodę”.
Dla Dore i Friedricha, dręczonych wspomnieniami pierwszej wojny światowej i obserwujących rosnące niepokoje w Europie, słowa Beebego były obietnicą prawdziwej ucieczki do egzotycznej krainy. Żeby naprawdę ten świat porzucić, trzeba było udać się w miejsce na tyle nieprzyjazne, by światu nie umyśliło się tam za nimi podążyć. Pragnienie osiągnięcia niczym niezmąconego spokoju102 niosło ze sobą równie wysokie ryzyko niepowodzenia – jeśli w takim miejscu nie uda im się odnaleźć szczęścia, być może na nie po prostu nie zasługują.

2
WSPÓLNA ŚMIERĆ WE WSPÓLNYM ŚWIECIE

Żeby ukoić poczucie zdrady u porzuconych małżonków, Dore obmyśliła śmiały plan: namówi Milę, żonę Friedricha, pomieszkującą tymczasowo u jego matki, żeby zamieszkała z Hermannem1. Plan trzeba było jednak utrzymać w tajemnicy. Friedrich był znanym lekarzem i wykładowcą, a rubryki towarzyskie nawet w Berlinie mogły zrobić sensację z tak niekonwencjonalnego układu.
Friedrich nakłonił Dore, żeby na spotkanie z jego żoną poszła w przebraniu2, dzięki czemu ciekawscy sąsiedzi jej nie rozpoznają. Przymierzyła nowy kostium – szerokie spodnie i luźną koszulę – a zadowolony Friedrich zapewnił ją, że wygląda jak chłopak. On sam miał zostać w Berlinie i czekać na wieści.
W majowy dzień 1929 roku Dore pojechała pociągiem do Woll­bach, gdzie zapukała do drzwi domu rodzinnego Friedricha – położonej blisko torów kolejowych imponującej rezydencji w stylu włoskim3. Mila przywitała kobietę chłodno, ale ku zaskoczeniu Dore jej gniew szybko stopniał. Późnym popołudniem już entuzjastycznie odnosiła się do pomysłu przeprowadzki do męża Dore4 i prowadzenia ich domu. „Pani Ritter, bardzo różna od swojego męża, posiadała wszystkie cechy, które mój małżonek podziwiał w kobietach” – napisała później Dore. „Jest ona idealnym wzorem gospodyni domowej”5. Matka Friedricha była wobec Dore życzliwa i urocza, a przed odjazdem kobiety padły sobie w ramiona6 i zapłakały.
Hermann od razu dał się przekonać do pomysłu, postawił tylko jeden warunek: Dore napisze list, w którym wyjaśni, dlaczego od niego odchodzi, i oświadczy, że zawsze zapewniał jej wszystko, czego pragnęła7. Dore odniosła wrażenie, że bardziej niż logistyką wspólnego życia z obcą kobietą Hermann przejmuje się tym, jak uniknąć skandalu.
Dore i Friedrich zajęli się przeglądaniem swojego dobytku i oddzielaniem dóbr luksusowych od artykułów pierwszej potrzeby w poszukiwaniu przedmiotów, które spełniałyby oba te warunki. Dwie duże drewniane skrzynie8 miały w przyszłości posłużyć za solidne stoły; dwie mosiężne wanny mogły się przydać do składowania rzeczy; tacę ze stali nierdzewnej można było wykorzystać jako lustro. Moskitiera9 była niezbędna, ale zrezygnowali z lamp, uznawszy, że będą się kłaść przed zachodem słońca. Dore kupiła zestaw naczyń i sprzętów kuchennych10 oraz kilka dużych metalowych baniek na mleko, które miały przydać się do zabezpieczenia żywności przed mrówkami. Friedrich zapakował narzędzia stolarskie11 i sprzęt ogrodniczy. Dore przygotowała materace, pościel, koce, dziewięćdziesięciometrową belę płótna angielskiego, z której zamierzała uszyć nowe ubrania, a także igły, które zatopiła w parafinie, żeby zapobiec ich rdzewieniu. Swoje najlepsze ubrania oddała Mili12, zostawiła sobie jednak kilka sukienek ze sztucznego jedwabiu, uznawszy, że w tropikalnym żarze będzie jej w nich chłodniej.
Nie potrafili rozstać się ze swoim zbiorem podręczników do greki i łaciny, książkami medycznymi i egzemplarzem Tako rzecze Zaratustra Nietzschego. Friedrich wziął ze sobą jeszcze jedną pamiątkę dawnego życia: narzędzia medyczne oraz niewielki zapas aspiryny i tabletek wspomagających trawienie. Dore nakłaniała go do spakowania zapasu morfiny13, ale wywołała tym jego wściek­łość: czy dotąd nie zrozumiała, że najskuteczniejszym ze wszystkich lekarstw jest umysł? Kiedy zaproponował, żeby zabrali ze sobą broń14, tym razem ona napomniała jego: czy śmiercionośne narzędzie nie przeczyłoby ideałowi pokojowego nastawienia do wszystkich stworzeń?
Dore przekazała krewnym wieści o wyjeździe. Dostrzegła, że ogarnęła ich „głęboka melancholia”15, ale matka przyrzekła dołożyć starań, żeby pocieszyć Milę i Hermanna i pomóc im w prowadzeniu ich nowego, prowizorycznego gospodarstwa domowego. Ojciec był szczególnie zrozpaczony – córka zawsze była jego ulubienicą. Podczas kolacji Dore pożegnała się z rodzicami, nastoletnią siostrą i najbliższą kuzynką.
– Do zobaczenia16 – pożegnała ją matka, a Dore nie miała serca się przyznać, że nie zamierza wracać.
Prawdopodobnie żeby oszczędzić rodzinie dodatkowego stresu, nie zaprosiła Friedricha. Mila, niewinna uczestniczka tej osobliwej intrygi, zabawiała towarzystwo śpiewem, wykonując jedną z najpopularniejszych wówczas piosenek: Mit dir allein auf einer einsamen Insel17, w wolnym przekładzie: „Sam na sam z tobą na samotnej wyspie”.

*

Pod koniec czerwca 1929 roku Friedrich zamknął swoją praktykę lekarską i w ramach ostatniego publicznego wystąpienia18 wygłosił wykład na temat idealnej ilości białka w diecie człowieka. „Wyglądał blado i prezentował się mizernie – zauważył jeden ze słuchaczy – odniosłem też wrażenie, że posunął się za daleko w swoich eksperymentach w życiu osobistym”19. Ci ze współpracowników Friedricha, którym znane były jego plany, wątpili w ich powodzenie20; doktor odznaczał się pomysłowością i miewał przebłyski geniuszu, ale był również absolutnym dyletantem pod względem umiejętności niezbędnych do przetrwania. W ostatnim liście do jednego z bardziej przychylnych mu znajomych tak tłumaczył swoją decyzję:
Czuję, że umieram w jednym świecie, aby odrodzić się w innym, tym samym oszczędzając sobie reinkarnacji i jednocześnie ciesząc się dwoma żywotami w jednym ciele. Jeśli nie wyruszylibyśmy teraz, odrodzilibyśmy się po śmierci gdzieś na Oceanie Spokojnym. Obieramy po prostu drogę na skróty, szczególnie że wszystko idealnie się składa. Co do naszych intencji i motywacji, muszę podkreślić z całą stanowczością, że tego, co fizyczne, w żadnym razie nie należy mieszać z tym, co mentalne. Pragnień fizycznych nie sposób kontrolować za pomocą umysłu, nie potrafimy bowiem poskromić naszych popędów. Dlatego wyruszamy bez przygotowanego planu, pozwolimy raczej, by prowadziły nas nasze id – nasz wewnętrzny demon – i jego kaprysy21.
Kierowany niezłomnym postanowieniem pozostania na Floreanie do końca życia – oraz świadom problemów, jakich może nastręczyć leczenie dentystyczne – Friedrich podjął jeszcze jedno działanie zapobiegawcze: usunął sobie wszystkie zęby i zastąpił je metalowymi protezami22. Niestety, jakby znakiem zbliżających się przeciwności, nie wziął pod uwagę procesu obkurczania się dziąseł i protezy nie chciały się trzymać23.

*

3 lipca 1929 roku o dwudziestej pierwszej z portu w Amsterdamie wypłynął statek Boskoop24, a pod jego pokładem Dore i Friedrich oraz pozostałych piętnastu pasażerów trzeciej klasy tłoczyło się w pięciu zimnych i zawilgoconych kabinach. Większość towarzyszy podróży wydała się Friedrichowi sympatyczna, było jednak kilka wyjątków. Palący współpasażer zatruwał tytoniem powietrze25, co było nieznośne tym bardziej, że ochmistrz niechętnie uchylał luk. Część podróżnych zdradzała prowincjonalne pochodzenie i brak przygotowania do dających się przewidzieć trudów podróży, takich jak choćby upał i słońce. „Ociężałe z przejedzenia, zaćmione alkoholem umysły są rzecz jasna zdecydowanie mniej odporne – pisał Friedrich – a nasz młody pucołowaty piwowar, z tłustą córką swojego pastora i ich nalanym jednorocznym potomkiem podróżujący do Nikaragui – prawdziwy ambasador kultury europejskiej – na samą myśl o słońcu trzęsie się niczym dziecko, które doznało poparzenia od jego promieni”26. Niesmak Friedricha wzbudziła także „zażywna wiejska gospodyni”27, która usiłowała zaleczyć chorobę morską, „pochłaniając mięso i tłuszcz w takich ilościach i tak często, jak tylko się da”.
Przynajmniej, jak odnotował Friedrich, nikt nie chrapał28.
Przepłynęli otoczonym bujną roślinnością kanałem La Manche i pokonali wzburzone, pobrużdżone skałami wody Zatoki Biskajskiej. Friedrich i Dore byli urzeczeni imponującym wybrzeżem Azorów29, na którym ściany klifów wznosiły się niczym starożytny amfiteatr oświetlony przez górującą nad nim latarnię morską. W połowie rejsu dotarli do zwrotnika Raka, noce i dnie zrównały się ze sobą, a zmierzch zapadał w niecałe pół godziny. Następnie minęli Curaçao i kiedy zarys wyspy z wolna odsłonił się przed nimi, nagie klify ustąpiły miejsca krzewom, a biało obramowane małe holenderskie domki przywiodły Friedrichowi na myśl „kolo­rowe geometryczne cząstki”30.
24 lipca, trzy tygodnie po wypłynięciu z portu, dotarli do Panamy i wysiedli na brzeg, żeby zwiedzić Cristóbal, przybrzeżne miasto położone nad Oceanem Atlantyckim. Krajobraz był tak jałowy, że krzewy wydawały się niemal martwe. Dore śmiała się, obserwując małpkę, która wspięła się Friedrichowi po plecach, przysiadła mu na czubku głowy i zaczęła go iskać31. Następnie przetrząsnęła jego torbę, ukradła mu wizytówkę i wieczne pióro, a potem, broniąc łupu, ugryzła go w rękę. W odwecie Friedrich chwycił małpę za sierść i potrząsał nią energicznie, żeby zademonstrować, jak stwierdził, że to on jest „z nich dwojga silniejszy”32.
Po powrocie na pokład Friedrich, zmęczony wrzawą miasta, nie pragnął niczego poza spacerem po „zmarszczonej tafli” morza33. Kołysanie fal i bujanie dziobu działały na niego tak hipnotyzująco, że zaowocowały przeżyciem psychicznym: „Ogarnęło mnie panteistyczne pragnienie, żeby na zawsze zlać się w jedno z kołyszącymi się pode mną falami – obiektywnie trzeba to uznać za akt szaleństwa, ale z subiektywnego punktu widzenia był to być może szczyt doświadczeń zmysłowych”34.

*

Wreszcie 31 lipca Boskoop wpłynął do głębokiej zatoki w ekwadorskim mieście Guayaquil35, gdzie Dore i Friedricha czekała ostatnia przesiadka w podróży na wyspy Galapagos. Nad ich statkiem krążyły pelikany, czaple, kaczki i mewy, co para wzięła za dobrze zwiastujące przywitanie36. Nad portem górowały wieże kościoła i kopuły budynków rządowych. Wzdłuż nabrzeża drewniane barki wypełnione stosami czekały, stłoczone, a powietrze przesycone było aromatem pieczonego mięsa. Miejscowi uwijali się tam i z powrotem, nosili bagaże i oferowali pomoc. Rdzenni Ekwadorczycy, powszechnie nazywani wówczas Indianami (określenie uznawane dziś za obraźliwe)37, mówili głównie w języku keczua, powstałym w prekolumbijskich czasach Państwa Inków. Autochtoni byli pomocni i przyjaźni, ale we Friedrichu wzbudzili litość. Na stronach swojego czarnego notatnika lekarz przewidywał, że prędzej czy później zdegeneruje ich cywilizacja, która rozbudzi w nich chciwość i pożądliwość38.
Dore i Friedrich liczyli, że rychło rozpoczną ostatni etap swojej podróży, ale Manuel J. Cobos – szkuner kursujący między lądem a archipelagiem – właśnie odpłynął i miał powrócić dopiero pod koniec miesiąca. Podróż samolotem kosztowałaby ich sto dolarów39, ale nie była to praktyczna opcja, musieliby bowiem zostawić na lądzie bagaże. W niemieckim konsulacie próbowali się dowiedzieć, jak wygląda proces osiedlania się na wyspach, ale nikt nie potrafił udzielić im jasnej odpowiedzi. Wedle najlepszej wiedzy urzędników Dore i Friedrich mogli zamieszkać na dowolnej wyspie i założyć tam gospodarstwo, a rząd nie powinien ich niepokoić, choć nie było na to gwarancji. Nie mogli kupić ziemi za gotówkę40, ale po dziesięciu latach – o ile uda im się tak długo wytrwać – staną się jej prawowitymi właścicielami. Na wypadek przyszłych nieprzewidzianych okoliczności Dore przekazała konsulowi trochę pie­niędzy41, licząc w duchu, że nigdy nie będzie zmuszona po nie wracać.
Dla zabicia czasu zwiedzali Guayaquil i stolicę Ekwadoru, Quito – popłynęli promem przez Rio Guayas do stacji kolejowej, na której wsiedli do zatłoczonego, cuchnącego wagonu drugiej klasy42. Pociąg ze stukotem piął się w górę, zanurzył się w dżunglę i wspinał się coraz wyżej, a krajobraz ustępował kolczastej trawie pampasowej i spalonym słońcem wierzbom.
Dore przywykła już do utyskiwań Friedricha na Europę i Niemcy, ale tutaj także wszystko, co spotkał na swojej drodze, budziło jego dezaprobatę. Ludzie na ulicy zdawali się bez wyjątku chorzy – kichali, kaszleli i plwocinami podnosili wilgoć w powietrzu. „Uderzająco wielu ludzi oddycha tutaj przez usta – zauważył – i odkrztusza flegmę”43. Zaskoczył go również „całkowicie nieakceptowalny kult” butów44, objawiający się obecnością pucybuta na rogu każdej ulicy. Każda wypolerowana para, uznał, miała reprezentować szczyt kultury europejskiej. Ohydne zwyczaje palenia i picia uznawano za przejaw dobrego wychowania. Najbardziej przygnębił Frierdricha widok wypalonej ziemi na obrzeżach miasta: spustoszonych, zapiaszczonych pól, przerzedzonych zwiędłymi akacjami, nad którymi krążyły wypatrujące ofiary sępy.
Friedrich nie szczędził krytyki również Dore. Kiedy w „napadzie kobiecej próżności”45, jak to określiła, zasugerowała kupno żelazka do prasowania ubrań, jego pełna zawodu reakcja sprawiła, że Dore zwątpiła, czy zasługuje na uczestnictwo w ich misji46. Friedrich miał niewiele cierpliwości wobec bólu, jakiego przysparzała jej niesprawna noga, wobec ciężkiego oddechu Dore, o jaki przyprawiała ją wspinaczka na szczyt wulkanu Pichincha, czy wobec jej pragnienia, żeby ulżyć sobie w chorobie wysokościowej przez zjedzenie większego niż zwykle posiłku. „Kiedy tlenu jest jak na lekarstwo – pouczył ją – nie należy jeść nawet owoców”47.
Te przygany dotykały Dore, ale powtarzała sobie, że jej miłość do Friedricha nie jest ani „ślepa”, ani tym bardziej bezwarunkowa. „Wiem, że przez wzgląd na wielki umysł i ducha doktora Rittera miałam dla niego więcej tolerancji” – pisała. „Żeby nie utrudniać realizacji naszego wielkiego wspólnego zadania, szłam na więcej ustępstw, niż poszłaby większość kobiet wobec dowolnego mężczyzny, a z pewnością ja wobec każdego innego”48. Wierzyła jednak, że tylko ona może mu pomóc zrealizować jego wielką wizję o historycznym znaczeniu i że taki jest cel jej życia49. Jedynie przez zaprzeczenie własnej sile mogła stać się najsilniejszą wersją siebie. Powinna doceniać te chwile, w których bywał „na wskroś ludzki”50, i najlepiej, jak potrafi, tolerować te, w których taki nie był.
Kiedy wreszcie Manuel J. Cobos wrócił, żeby zabrać ich na archipelag, Dore weszła na pokład pełna nowej determinacji. Kiedy wypływali z przystani, zostawiali za sobą zgiełk, hałas i rozczarowania, a Dore rozmyślała nad tym, jak daleko już zaszli: „Czuliśmy jedność dotąd nam nieznaną, a jeśli nawet myśleliśmy o przeszłości, to bez krztyny żalu, lecz z uczuciem głębokiego szczęścia i wdzięczności wobec losu, który pozwolił nam wreszcie dotrzeć do celu”51. A cel? Co najmniej utopia.

 
Wesprzyj nas