27 lipca 1794 roku Maximilien Robespierre – jeszcze niedawno symbol rewolucyjnej niezłomności – spędza bezsenną noc w mieszkaniu przy rue Saint-Honoré, świadomy, że jego życie wisi na włosku. Colin Jones, minuta po minucie odtwarzając wydarzenia tego dnia, odsłania mechanizmy przewrotu, w którym rewolucja pożarła jedno ze swoich najważniejszych dzieci.
„Upadek Robespierre’a” to fascynująca opowieść o fanatyzmie, politycznych intrygach i decyzjach, które odmieniły bieg francuskiej historii.
Pod rządami Terroru liczy się każda godzina.
Wybija północ. Wycieńczony po pięciu latach rewolucji Paryż śpi. Ale jedna osoba nie może zmrużyć oka. W mieszkaniu przy rue Saint-Honoré 366 Maximilien Robespierre drży o swoje życie. I słusznie.
9 thermidora roku II – a więc 27 lipca 1794 roku – przeszedł do historii jako moment upadku Robespierre’a. Tylko co tak naprawdę się wtedy wydarzyło? W jaki sposób rewolucja pożarła jedno ze swoich najważniejszych dzieci? Jakim cudem Robespierre, który postulował „despotyzm wolności nad tyranią”, sam skończył jako tyran?
„Upadek Robespierre’a” to studium przewrotu, który dokonał się w samym sercu rewolucji. Colin Jones korzysta z tysięcy zapisków – w tym ponad 200 mikrorelacji dotyczących tej konkretnej doby, pochodzących z oficjalnego śledztwa przeprowadzonego kilka dni później. Z tych fragmentów, zeznań i wspomnień wyłania się – godzina po godzinie, kwadrans po kwadransie – dzień, który wstrząsnął rewolucyjną Francją.
Upadek Robespierre’a
Ostatnie 24 godziny Terroru
Przekład: Grzegorz Kulesza
Wydawnictwo Znak
Premiera: 16 lipca 2025
Uwaga wstępna oraz skróty
Dzień upadku Robespierre’a – 27 lipca 1794 roku – jest powszechnie znany również jako 9 thermidora II roku. Ogólnie odwołuję się jednak do znanego wszystkim systemu gregoriańskiego, nie licząc zdarzeń czy ustaw, które są powszechnie znane pod nazwami zaczerpniętymi z kalendarza rewolucyjnego (na przykład dekret 14 frimaire’a). Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie daty z nowego kalendarza odnoszą się do II roku w kalendarzu rewolucyjnym (to jest lat 1793–1794 w kalendarzu gregoriańskim).
Wszystkie pory dnia i nocy zostały albo zaczerpnięte bezpośrednio ze źródeł, albo oszacowane na podstawie istniejących mnogich dokumentów z epoki. Dialogi pochodzą wprost z materiałów źródłowych – żadna wypowiedź nie jest zmyślona, dokonano jedynie minimalnych adaptacji.
W przypisach opisałem położenie poszczególnych miejsc w Paryżu. Odwołałem się do czterdziestu ośmiu sekcji, na które podzielono miasto w 1790 roku (patrz: mapa 2 i legenda, s. 30). W przypisach końcowych podałem zamiast tego współczesne arrondissements. Dla jasności użyłem łączników w wielowyrazowych nazwach sekcji: „Maison-Commune” to sekcja o tej nazwie, ale „Maison Commune” to ratusz.
W epoce Terroru zmieniono urzędowe nazwy wielu ulic i budynków publicznych. Pomijano choćby wyraz „święty”: na przykład rue Saint-Honoré nazywano czasem rue Honoré, a faubourg Saint-Antoine – faubourg Antoine. Wiele z tych oficjalnych nazw nie trafiło jednak do języka paryżan i nie znalazło powszechnej akceptacji. Przyjąłem zatem zasadę stosowania nowych nazw rewolucyjnych tylko w przypadkach, w których faktycznie się one przyjęły: dawny (i dzisiejszy) place de l’Hôtel-de-Ville nazywano na ogół place de la Maison Commune, ale place du Carrousel przy pałacu Tuileries raczej nieczęsto określano nową, oficjalną nazwą place de la Réunion. Zawsze starałem się wybierać wersję najrozsądniejszą oraz najbardziej zrozumiałą.
W całym tekście wykorzystuję następujące skróty:
KOP – Komitet Ocalenia Publicznego (Comité de salut public);
KBP – Komitet Bezpieczeństwa Powszechnego (Comité de sûreté générale);
KG – kwatera główna;
GN – Gwardia Narodowa (Garde nationale).
Wstęp
Upadek Robespierre’a z bliska
Z bliska widziane rzeczy jawią się odmiennie, niż sądzone z daleka. […] Rewolucyjne kryzysy składają się ze spraw nieskończenie drobnych, które tworzą zasadniczą podstawę wszystkich zdarzeń. Na ogół mają wiele cech, które wprawiają obserwatora w zdumienie. Niemal wszystkie były nie tylko nieoczekiwane, ale też należały do kategorii rzeczy, których żaden mędrzec nie uznałby za możliwe1.
Rewolucja francuska, jak stwierdził Louis-Sébastien Mercier – pisarz, dziennikarz, polityk i niezrównany komentator swojego rodzimego Paryża pod koniec XVIII wieku – była „w całości kwestią optyki”. Tylko jeśli spojrzymy „z bliska”, zagłębimy się w „nieskończenie drobne” szczegóły przebiegu rewolucji, możemy w zadowalającym stopniu zrozumieć często nieprawdopodobne, a zawsze nieprzewidywalne koleje jej wielkich wydarzeń.
W 1789 roku zdawało się, że czas biegnie coraz szybciej. Boissy d’Anglas, inny mąż stanu współczesny Mercierowi, powiedział kiedyś, jak w 1795 roku zdumiał się, że Francuzi i Francuzki przeżyli jakby sześć stuleci w ciągu sześciu lat. Paryżanie zyskali bardzo mocną świadomość upływu czasu2. Nie odmierzały go już za nich dzwony (z powodu nacjonalizacji majątków kościelnych i zamknięcia większości świątyń), ale za to w ich kieszeniach – obok chusteczek, portmonetek i tabakier – pojawiły się zegarki. Gdy komuś zdarzyło się zapomnieć czasomierza, uprzejmie przepraszał rozmówców za niepodanie dokładnej godziny3.
Świadomość ta nigdy nie była tak silna, jak w dniach masowych akcji na ulicach Paryża (tak zwanych journées), kiedy czas przyspieszał szczególnie gorączkowo. Journées wybijały rytm życia politycznego przez dziesięć lat: od 14 lipca 1789 roku, uważanego zwyczajowo za początek rewolucji, do 18 brumaire’a VIII roku (9 listopada 1799 roku), kiedy jej kres wyznaczył triumf Napoleona. Miały własne niepisane zasady i procedury, postępowały w tempie tak nieokiełznanym, że deformowały i do szczętu zmieniały ogólny bieg wydarzeń w sposób, jakiego „żaden mędrzec nie uznałby za możliwy” – jak pisał Mercier. Tym, którzy chcieliby zrozumieć logikę i działanie paryskiego journée oraz prześledzić jego przebieg, pełen nieoczekiwanych zwrotów akcji, Mercier radzi zatem posłużyć się mikroskopem i zbliżyć się do wydarzeń. Na głos zastanawiał się, jak takiego dnia, gdy zdaje się, że każda chwila ma wagę i niesie ze sobą ciężar wielkich konsekwencji:
można spisać historię, jeśli straci się z oczu łańcuch wydarzeń [enchaînement] każdego dnia? Bo jeśli takie a takie zdarzenie miało miejsce tak nieoczekiwanie, iż zdaje się, że nie tyle się odbyło, co stworzono je z niczego…4
Zdawało się, że każdy uczestnik wydarzeń był częścią niewidzialnego łańcucha, prowadzącego nie wiadomo dokąd i ciągniętego z wielkim pośpiechem.
Tematem niniejszej książki jest jeden z dni, które tak fascynowały Merciera: 27 lipca 1794 roku albo – według nazewnictwa francuskiego kalendarza rewolucyjnego5 wprowadzonego w 1793 roku – 9 thermidora II roku. Mercier nie opisał szczegółowo tego dnia, bo był wtedy lękającym się o życie więźniem politycznym w podziemiach byłego klasztoru benedyktynów angielskich przy rue Saint-Jacques, na lewym brzegu Sekwany. Mimo to śledził bieg wydarzeń, analizował go i czuł, że uczestniczy w całej jego olbrzymiej złożoności. 27 lipca władzę stracił Maximilien Robespierre – jeden z najbardziej wybitnych i charyzmatycznych polityków doby rewolucji – co zapowiadało początek końca rządów za pomocą terroru, w których przez poprzedni rok odgrywał kluczową rolę. Historycy nieodmiennie uważają, że ten dzień zakończył się parlamentarnym zamachem stanu przeprowadzonym przez przeciwników Robespierre’a z politycznej elity. Ja mam nadzieję pokazać, że nie stało się to jedynie za sprawą machinacji decydentów, ale było również rezultatem olbrzymiej zbiorowej akcji ludu Paryża, od 1789 roku coraz ważniejszego na politycznej scenie Francji.
Aby zrozumieć, w jaki sposób paryżanie zdobyli główną rolę w politycznych dramatach tamtej epoki, musimy w ogólnym zarysie pojąć funkcję miasta w dziejach wielkiej rewolucji od jej pierwszego journée. 14 lipca 1789 roku mieszkańcy Paryża zdobyli Bastylię – osławione więzienie i zbrojownię przy wschodniej granicy miasta. Zrobili to, by król Ludwik XVI i jego ministrowie nie mogli wymazać dotychczasowych zdobyczy rewolucji. Swoim czynem paryżanie zmusili monarchę do zatwierdzenia unitarnego „zgromadzenia narodowego” i wyrażenia zgody na wprowadzenie monarchii konstytucyjnej opartej na zasadach wyłożonych w Deklaracji praw człowieka i obywatela – dokumencie dziejowej wagi przyjętym 26 sierpnia 1789 roku.
Monarchia konstytucyjna nie przetrwała. Nim nadszedł kolejny dzień masowego czynu paryżan – 10 sierpnia 1792 roku – olbrzymia popularność, jaką cieszył się Ludwik XVI trzy lata wcześniej, była już tylko wspomnieniem, a władcę opiewanego niegdyś jako „odnowiciela francuskich swobód” porównywano raczej do starożytnych despotów. Wybuch wojny z całą kontynentalną Europą w kwietniu 1792 roku znacząco przyczynił się do tej przemiany: ponieważ król nie stanął do walki nawet w chwili największej potrzeby narodu, kompletnie stracił polityczną wiarygodność. Paryska rewolta z 10 sierpnia zmusiła go do abdykacji. Następnie władca został osądzony przez nowe zgromadzenie – Konwent Narodowy. Ten parlament, wyłoniony w powszechnych wyborach, w których do głosowania po raz pierwszy byli uprawnieni wszyscy mężczyźni, skazał go na śmierć. Król został ścięty w styczniu 1793 roku.
Epokowe znaczenie obalenia monarchy podkreśliła decyzja Konwentu z października 1793 roku, która z dnia ogłoszenia Republiki – 21 września 1792 roku – uczyniła początek nowej ery i nowego pomiaru czasu (opóźnienie wprowadzenia nowego systemu dat oznaczało, że gdy wszedł on w życie, trwał już II rok ery równości). Nowy kalendarz opierał się na systemie dziesiętnym, który według francuskich myślicieli naturalnie wyrastał z ludzkiego rozumu. Dni nie tworzyły już tygodni, lecz dekady (décades). W wyznaczone dni wolne często miały odbywać się święta lub uroczystości upamiętniające różne wydarzenia. Miesięcy nadal było dwanaście, ale ponieważ kalendarz zaczynał się 21 września 1792 roku, rozpoczynały się one około trzeciego tygodnia miesiąca w dawnym kalendarzu. Nadano im też nowe nazwy: w miejsce dawnego pomieszania rzymskich bogów i cesarzy* wprowadzono nomenklaturę odzwierciedlającą stan przyrody oraz prac wiejskich w klimacie strefy umiarkowanej półkuli północnej. Thermidor, obejmujący części dawnego lipca i sierpnia, był miesiącem gorącym (od gr. thermon, oznaczającego „letni upał”). Poprzedzały go messidor (czerwiec–lipiec), miesiąc żniw (od łac. messis); prairial (maj–czerwiec), miesiąc łąk (od franc. prairie); oraz floréal (kwiecień–maj), miesiąc kwiatów (od łac. flos). Podobnie poszczególne dni, wcześniej upamiętniające świętych, otrzymały nazwy zaczerpnięte z natury: 9 thermidora był zatem dniem morwy.
Journée 10 sierpnia, który doprowadził do tej zmiany w zapisie czasu, potwierdził, że w polityce nowej Republiki lud Paryża będzie odgrywał istotną rolę. Grupy społeczne pozostające wcześniej poza nawiasem życia publicznego lub na jego marginesie stały się kluczowymi elementami „ruchu ludowego”6 wyrażającego swoje zdanie nie tylko przez zbrojną interwencję podczas journées, lecz także przez polityczne i ideologiczne zaangażowanie wewnątrz nagle poszerzonej przestrzeni demokratycznej7, w której znalazły się teraz również gazety i ulotki, publiczne zebrania i demonstracje, stowarzyszenia polityczne i kluby, ale także lokalne komitety i zgromadzenia w każdej z czterdziestu ośmiu sekcji, na które podzielono Paryż w 1790 roku. Na czele ruchu ludowego stała grupa znana od przełomu 1791 i 1792 roku jako sankiuloci (franc. sans-culottes), czyli ci, którzy nie nosili culottes – obcisłych spodni sięgających kolan, charakterystycznych dla szlachty przed 1789 roku – tylko spodnie z długą nogawką typowe dla ludzi pracujących. W II roku do sankiulotów należały najdonośniejsze głosy i najbardziej dynamiczne jednostki w ruchu ludowym, mające olbrzymi wpływ na opinię publiczną.
W przestrzeni demokratycznej ludowy ruch Paryża aspirował do pozycji reprezentanta całego ludu Francji. Pretensje te zostały wystawione na próbę latem i jesienią 1793 roku, kiedy reszta kraju zaczęła żywiołowo protestować przeciwko niezasłużonej jej zdaniem ingerencji paryżan w politykę państwową. Podczas kolejnych dwóch journées – 31 maja i 2 czerwca 1793 roku – paryski ruch ludowy połączył siły z radykalnymi deputowanymi do Konwentu, zwanymi góralami, by usunąć ze zgromadzenia ponad dwudziestu umiarkowanych polityków z ugrupowania żyrondystów. Paryżanie uzasadniali ten atak na delegatów wybranych przez współobywateli fatalną pozycją militarną młodej Republiki i oskarżali żyrondystów o utrudnianie prowadzenia wojny w obronie kraju. Nawet wkroczenie wojsk wrogiej koalicji w granice Francji nie powstrzymało oporu prowincji przeciwko journées przed osiągnięciem wymiaru niemalże wojny domowej: powstanie federalistów8 ogarnęło wiele obszarów kraju, w tym duże miasta, takie jak Lyon, Marsylia i Tulon. Bezpieczeństwu ustroju zagrażały też niepokoje w zachodniej Francji – zwłaszcza w departamencie Wandea – mające charakter rojalistycznej rebelii.
Konwent przetrwał jednak wszystkie zagrożenia – rozpad wojska, powstanie federalistów, insurekcję chłopską w zachodniej Francji – dzięki wprowadzeniu stanu wyjątkowego, na mocy którego zawieszono porządek konstytucyjny, w tym większość swobód indywidualnych wymienionych w Deklaracji praw człowieka i obywatela. Powołano też w tym celu Komitet Ocalenia Publicznego9, złożony z dwunastu deputowanych i stanowiący w powszechnym przekonaniu serce tak zwanego rządu rewolucyjnego (w tym kontekście przymiotnik „rewolucyjny” oznaczał, że w sensie formalnym władza nie działała na podstawie ustawy zasadniczej – radykalna konstytucja uchwalona w 1793 roku nigdy nie doczekała się wprowadzenia w życie). W związku z kryzysową sytuacją Komitetowi przyznano niemal dyktatorskie prerogatywy, z pomocą których miał on prowadzić walkę z zagrożeniami zewnętrznymi i wewnętrznymi. Za szczególnie istotną broń w tej kampanii służył terror – zastraszanie i dyscyplinowanie dysydentów za pomocą różnych form przemocy państwowej.
Żelazna ręka Komitetu czasem bywała jednak pomocną dłonią. Rząd faworyzował zwłaszcza postępową politykę społeczną i gospodarczą, która miała przywiązać do sprawy Republiki nie tylko paryskich sankiulotów, lecz także warstwy ludowe z całego kraju. Myśl ta leżała u podłoża strategicznego sojuszu zawartego latem 1793 roku przez górali w Konwencie i sankiulotów na paryskiej ulicy. Architektem przymierza był Maximilien Robespierre10, od lipca kluczowy członek Komitetu Ocalenia Publicznego. Nikt nie pojmował lepiej od niego, że najlepszym sposobem na legitymizację polityki terroru prowadzonej przez władzę rewolucyjną byłyby podejmowane z równym zaangażowaniem reformy społeczne mobilizujące naród w ogóle i paryżan w szczególności.
Ideologia Robespierre’a odegrała istotną rolę w przejęciu przez rząd inicjatywy politycznej i wojskowej w 1793 i 1794 roku, dzięki czemu udało się zakończyć walki wewnętrzne oraz zdobyć przewagę nad armiami państw interwentów. Można by się więc spodziewać, że sam Robespierre przypisałby sobie zasługę przełomowego zwycięstwa pod Fleurus 26 czerwca 1794 roku, po którym zabezpieczono północną granicę Francji, a przed republikańską armią otworzyła się droga do Niderlandów. Tak się jednak wcale nie stało – z przyczyn, którym przyjrzymy się w niniejszej książce. Relacje między różnymi siłami i postaciami w rządzie rewolucyjnym zmieniły się bardzo znacząco. Robespierre poszedł z innymi członkami władz wykonawczych na noże, częściowo wycofał się z życia publicznego i zdawało się, że próbuje podburzyć Paryż przeciwko rządowi, którego sam był członkiem. Jego zachowanie wystawiało na próbę cierpliwość współtowarzyszy, której w końcu im zabrakło. 9 thermidora przeprowadzili oni w Konwencie frontalny atak na Robespierre’a i kazali go aresztować.
Aby zrozumieć wydarzenia z 9 thermidora, musimy pojąć stanowisko Robespierre’a i jego motywacje, a także stanowiska i motywacje członków Konwentu, którzy z sojuszników Nieprzekupnego stali się jego nieprzyjaciółmi. Konieczne jednak będzie także poznanie myśli i trosk mieszkańców Paryża – bo to przecież ich działanie po wielu dramatycznych zmianach sytuacji, które według Merciera były tak charakterystyczne dla podobnych journées, zadecydowało o przebiegu tego dnia.
Choć 9 thermidora ważyły się kwestie o znaczeniu narodowym, paryżanie rozstrzygnęli je we własnym gronie. Mercier powiedział kiedyś, że „Paryż jest tak wielki, iż gdyby po jednej jego stronie odbyła się bitwa, druga mogłaby nie mieć o tym pojęcia”11. Ale 9 thermidora zdecydowanie tak nie było: ludność każdej z czterdziestu ośmiu sekcji miasta była zaangażowana i zmobilizowana. Poza tym wszystko stało się tak nagle i szybko, że nawet okolice stolicy (nie mówiąc już o reszcie Francji) nie miały szansy włączyć się w przebieg zdarzeń12. Większość Francuzów obudziła się 10 thermidora nieświadoma, że Robespierre został obalony. Był to najbardziej paryski z rewolucyjnych journées.
By ujrzeć, jak paryżanie – z pewnością sankiuloci, ale też i inni – połączyli siły i razem zdecydowali o przesileniu 9 thermidora, musimy nie tylko dokopać się do poziomu „nieskończenie drobnych” szczegółów, lecz także ulokować je w mieście, zarówno w przestrzeni, jak i w czasie (można by rzec: na mapie oraz na zegarze). Przebieg journée był następstwem decyzji podjętych w ciągu dwudziestu czterech godzin przez bardzo wiele osób niesionych falą dramatycznych wydarzeń i kluczowych momentów dnia na wszystkich poziomach. Najlepiej pojmiemy, jak to wszystko się stało, jeśli prześledzimy wędrówki wiadomości i informacji, a także pogłosek, plotek, emocji, rozkazów, dekretów, mężczyzn, kobiet, koni, karabinów, pik i armat po ulicach miasta. Od najważniejszych do najcichszych paryżan, od historycznego serca miasta po jego najdalsze peryferie – wszyscy starali się zinterpretować wydarzenia chwili i pojąć ich szczegóły, by dokonać najlepszej możliwej decyzji dla siebie. Co powinni robić? Dla kogo? Mobilizować się czy nie? Stanąć za Robespierre’em i Komuną (władzami miasta)? A może wesprzeć Konwent Narodowy? Wynik zmagań zależał od miliona mikrodecyzji podejmowanych przez paryżan w całym mieście i w każdej minucie tej doby.
Opisanie mikroskopijnej, wielowarstwowej, polifonicznej historii Paryża i paryżan, którą próbuję zawrzeć w tej książce, jest możliwe tylko dlatego, że dokumentacja archiwalna13 dotycząca 9 thermidora jest niezwykle bogata, co daje nam dostęp do setek mikronarracji, opisujących wydarzenia tego dnia z różnych perspektyw. Bardziej kompletne omówienia tychże zawierają: Nota o źródłach (s. 639–644) oraz mój artykuł The Overthrow of Maximilien Robespierre and the “Indifference of the People” („American Historical Review” 2014, Vol. 119, Iss. 3, s. 696, 697). Dossier 3 w sekcji W 500 w Archives nationales zawiera kopię polecenia Barrasa. Ciężko pomyśleć o innym dniu w XVIII wieku, na temat którego mielibyśmy tak obfite źródła. Kilka dni po wydarzeniach 9 thermidora Barras – deputowany, któremu rząd powierzył zadanie dbania o bezpieczeństwo miasta – rozpoczął skrupulatny przegląd wszystkiego, co zdarzyło się w każdej z czterdziestu ośmiu sekcji w dniach 8, 9 i 10 thermidora. „Zbierzcie wszystkie szczegóły” – polecił władzom sekcji.
Pozornie mały fakt może wyjaśnić podejrzenie lub doprowadzić do odkrycia użytecznej prawdy. Informujcie mnie o wszystkich poleceniach, które wydaliście i które otrzymaliście; nade wszystko jednak bądźcie dokładni co do dat i godzin; docenicie ich ważność14.
W odpowiedzi na to wezwanie nadeszło ponad dwieście mikrorelacji, opisujących przynajmniej część wydarzeń dnia, z miejsc położonych w całym mieście. Wiele rozbito dodatkowo w kluczowych momentach na piętnastominutowe przedziały. Kapitalnym źródłem było dochodzenie Barrasa, ale Konwent zorganizował też oficjalną komisję w celu przygotowania raportu z 9 thermidora, przedstawionego dokładnie rok później15. Opis zdarzeń zawierają też gazety i spisane później pamiętniki. Podobne mikrorelacje z poszczególnych epizodów i chwil możemy również znaleźć w setkach teczek policyjnych sporządzonych w ciągu następnego roku.
Mozaika tysięcy fragmentów wydestylowanych przeżyć i zapamiętanych drobnostek tworzy dramat z pozoru bardziej sensacyjny niż realistyczny. Kiedy wydarzenia stają się „zarazem okropne i wyjątkowe”, wypływa z nich – jak zauważa Mercier – sytuacja, w której nawet „dramatyczna fikcja nie dogoniłaby historycznych faktów”16. 9 thermidora fakty okazały się jeśli nie dziwniejsze od fikcji, to na pewno równie porywające i zaskakujące. Zrezygnowanie z normalnego spojrzenia historyka i zbliżenie się do paryżan, ich miasta i ich czynów podjętych tego dnia pozwala nam ujrzeć w nowym, niespodziewanym świetle nie tylko Robespierre’a, wielką rewolucję, terror i lud Paryża, lecz także to, jak piszemy historie epokowych wydarzeń17.
* We francuskim, tak jak w wielu językach zachodnioeuropejskich, miesiące biorą swe nazwy od rzymskich bóstw (Janusa, Marsa, Mai czy Junony) oraz władców (Juliusza Cezara czy Oktawiana Augusta), inne zaś – od pozycji w najstarszym rzymskim systemie kalendarzowym (łac. septem – siedem; octo – osiem; novem – dziewięć; decem – dziesięć), który zaczynał się w marcu. Etymologia nazwy miesiąca luty (łac. februarius, franc. fevrier) i kwiecień (łac. aprilis, franc. avril) jest nieustalona.
Preludium
Około 24.00
Mieszkanie Rousseville’a, rue Saint-Honoré (sekcja Tuileries)
Pierre-Henri Rousseville wynajmuje pokój nad zajazdem przy rue Saint-Honoré1. Tą ulicą do niedawna jeździły wozy wiozące skazanych kontrrewolucjonistów na pobliski place de la Révolution, gdzie czekała na nich gilotyna; nigdy nie brakowało przy tym mas. Nadal gromadzą się tam tłumy. To jedna z najżywszych i najelegantszych ulic Paryża. Jedynie krótki spacer dzieli ją od siedziby rządu w kompleksie pałacowym Tuileries. To doskonałe miejsce na mieszkania dla polityków i szpicli. Rousseville zalicza się do tych drugich – jest oficjalnym „obserwatorem rządowym”, który składa raporty Komitetowi Ocalenia Publicznego (KOP).
Dziś wieczorem kończy właśnie poufny meldunek dla swoich mocodawców. W nagłówku pisze: „Wolność, Równość, Braterstwo, Prawość albo śmierć”, a w adresie – „CR” (od franc. citoyens représentants, czyli „obywatele przedstawiciele”). Chodzi o deputowanych będących „przedstawicielami ludu” w KOP. Ale Rousseville jest w zasadzie pewny, że raport przeczyta też inny CR: citoyen Robespierre. Maximilien Robespierre to najbardziej znany członek Komitetu i główny kontakt Rousseville’a w KOP. Mieszka przy rue Saint-Honoré 366, bardzo blisko agenta.
Rousseville, jak wielu szpiegów, nie ma nieskazitelnej przeszłości. Przed 1789 rokiem był księdzem, w pierwszych latach rewolucji flirtował z rojalizmem, a potem się zradykalizował. Skierowany do parafii w Belleville, na północnym wschodzie Paryża, uczęszczał na spotkania słynnego klubu jakobinów – wiodącego stowarzyszenia politycznego we Francji – i związał się ze skrajnie lewicowymi grupami zwalczającymi chrześcijaństwo. Wydał dechrystianizacyjny pamflet, w którym zalecał małżeństwa księży, a potem postąpił zgodnie z tym, co sam głosił, i wziął ślub. Przez jakiś czas był rządowym komisarzem na froncie wschodnim w Alzacji i agentem policji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych oraz władz departamentu Paryża; wreszcie w 1794 roku został zatrudniony przez KOP.
Od czasu swojego powołania dekretem Konwentu Narodowego z kwietnia 1793 roku KOP z trudem zapobiega wojskowej katastrofie i wewnętrznej implozji państwa. Ma uprawnienia do prowadzenia wojny, w którą Francja jest zaangażowana od kwietnia 1792 roku, za pomocą wszelkich dostępnych środków, w tym potężnych, autorytarnych ataków na każdego, kto sprzeciwia się oficjalnej linii władz – innymi słowy: terroru. Wojna przyczyniła się do obalenia monarchii i powstania republiki pod koniec 1792 roku, grozi też jednak doprowadzeniem do upadku tej drugiej. W swoich działaniach Komitet blisko współpracuje z Komitetem Bezpieczeństwa Powszechnego (KBP), który kontroluje policję i kwestie bezpieczeństwa. Te dwa „komitety rządowe” – jak się je nazywa – składają się z dwunastu deputowanych każdy i razem stanowią rdzeń „rządu rewolucyjnego”, który kieruje Francją. Dwudziestu czterech członków komitetów, działając w porozumieniu, osiągnęło wielkie sukcesy: zgniotło fale wewnętrznych buntów i wypędziło armie państw ościennych. Miesiąc temu, podczas bitwy pod Fleurus, siły francuskie zadały swoim austriackim wrogom poważną klęskę i otworzyły Niderlandy na francuską ofensywę.
Mimo wspólnych zwycięstw między komitetami rządowymi często zdarzają się tarcia z przyczyn ideologicznych i osobistych. W ostatnich dniach konflikty coraz bardziej się nasilają, co zagraża stabilności władzy. Jeden z najgłębszych wyłomów dotyczy kwestii policji. Robespierre – pracodawca Rousseville’a, należący do KOP – ostro krytykuje agentów KBP. W drugim komitecie uważa się, że by złapać złodzieja, czasem potrzebny jest inny złodziej. Zatrudnia się tam więc osoby niecieszące się nieposzlakowaną opinią cnotliwych patriotów, której oczekiwałby Robespierre. Przykładem niech będzie Jean-Baptiste Dossonville, szef szpiegów KBP. W latach 1791–1792 Dossonville prowadził w sekcji Bonne-Nouvelle, na północno-zachodnich bulwarach miasta, bar, który stał się ostoją rojalistów. Potem był zamieszany w fałszowanie asygnat, czyli niestabilnego papierowego pieniądza drukowanego przez rewolucyjne władze. Czy był umoczony w kontrrewolucyjne zbrodnie i korupcję? A może zwyczajnie prowadził sprytną podwójną grę? KBP wierzy w tę drugą wersję, Robespierre ma wątpliwości. Jutro do tej instytucji przyjdzie długi raport od władz sekcji Amis-de-la-Patrie, noszący dzisiejszą datę: 26 lipca. Kilkunastu świadków oskarży w nim Dossonville’a o rozmaite nikczemności i nadużycia2.
To przez takich ludzi jak on Robespierre obawia się, że cała policja KBP może być po prostu kombinatorską fasadą postawioną przez wrogów Republiki. Od ponad roku obywatel Maximilien jest przekonany o istnieniu „zagranicznego spisku”, koordynowanego przez Williama Pitta, premiera Wielkiej Brytanii, który potajemnie przeciąga na swoją stronę członków francuskich władz. W kwietniu 1794 roku powołał nawet odrębną agencję wywiadowczą, zwaną Biurem Policji3 – czy raczej, używając jego pełnej nazwy, Biurem Nadzoru Administracyjnego i Policji Ogólnej. Podlega ono KOP, a prowadzi je sam Robespierre razem z kilkoma najbliższymi sojusznikami: Louisem-Antoine’em Saint-Justem oraz Georges’em Couthonem. Dublowanie policyjnych obowiązków KBP pogarsza stosunki między komitetami i wzbudza wzajemną podejrzliwość.
Robespierre nie wierzy KBP i jego różnym Dossonville’om, ale ufa Rousseville’owi. Z przyczyn nieznanych nikomu poza nimi dwoma – a może nawet i samemu agentowi – jest przekonany, że Rousseville to prawdziwy patriota4. To Robespierre podpisał dekrety KOP, na podstawie których przyjęto go do Biura Policji, dzięki czemu jego kariera ruszyła naprzód, otrzymał dobrą pensję oraz prawo do pobierania na podróże koni ze stajni rządowej przy rue Saint-Honoré. Kiedy Robespierre chce kogoś aresztować, najchętniej powierza to zadanie Rousseville’owi, i na odwrót – nie waha się nakazać aresztowania każdego, kogo Rousseville mu wskaże. Były ksiądz i członek „wściekłych”* stał się jednym z najstarszych stopniem i osławionych członków Biura Policji KOP. Często widuje się go w barach i kawiarniach, w których w rzucającym się w oczy czerwonym surducie przysłuchuje się temu, co mówią inni goście. Zdarza się, że rojaliści zauważają go w wejściu i cichym gwizdnięciem ostrzegają siebie nawzajem, że pora milczeć5.
Rousseville od jakiegoś czasu zwiedzał podparyską prowincję i donosił o występkach kontrrewolucjonistów6. W kwietniu dawnej szlachcie zakazano przebywania w Paryżu. Uchodzący arystokraci – według Rousseville’a jest ich dwa tysiące lub nawet więcej – uwili jednak wichrzycielskie gniazda w Wersalu, Neuilly, Passy, Auteuil oraz innych gminach poza murami miejskimi. W Lasku Bulońskim i Lasku Vincennes ciągle odbywają się tajne spotkania spiskujących nobilów. Gdzieniegdzie są oni tak śmiali, że zwracają się do siebie zniesionymi tytułami szlacheckimi; księża, którzy odrzucili rewolucję, sprawują mszę; prywatne domy są pełne dewocjonaliów (grawerunków, krucyfiksów, modlitewników), których większość paryżan nie zostawia na widoku. Kontrrewolucja grozi nawet skażeniem patriotyzmu Szkoły Marsowej – akademii wojskowej, którą niedawno ustanowiono na równinie Sablons, po bliższej Paryżowi stronie wsi Neuilly.
Dziś wieczorem szpieg nie myśli jednak o pierścieniu arystokratów otaczającym Paryż. W swoim raporcie skupia się na stanie opinii publicznej w samej stolicy – używając jego określenia: na „najważniejszym bulwarze rewolucji” – w chwili krytycznej dla młodej Republiki. Wie, że Robespierre martwi się zagranicznym spiskiem. Nieprzekupny przestrzega, że jego uczestnicy nie zawahają się posunąć nawet do morderstwa. Pod koniec maja celem zamachów byli on sam oraz inny członek KOP, Jean-Marie Collot d’Herbois. Do Collota wystrzelił chory psychicznie Henri Ladmiral, a w mieszkaniu Robespierre’a zatrzymano nastoletnią Cécile Renault, która miała przy sobie dwa scyzoryki i chciała „zobaczyć, jak wygląda tyran”7. Maximilien jest pewien, że za atakami stoi rząd w Londynie. Wraz z innym kolegą z KOP, Bertrandem Barère’em, odpowiedział na nie projektem ustawy zakazującej francuskim żołnierzom brać Brytyjczyków do niewoli8. Żołdacy perfidnego Albionu nie mogą oczekiwać z rąk wojowników Republiki niczego prócz śmierci w boju. Robespierre sądzi, że Pitt i jemu podobni używają też korupcji, by zagrozić rewolucji od wewnątrz. Zepsucie dosięgło – jest tego pewien – serca biurokracji, Konwentu i rządu rewolucyjnego, nie wspominając już o policji KBP.
Rousseville zapewnia swojego patrona, że wywrotowcy nie zdobyli istotnego poparcia w samej stolicy. Jak pisze: „lud jest pełen zaufania do Konwentu”9. Ale przecież musi wiedzieć, że nie tylko niedoszła morderczyni, Cécile Renault, martwi się „tyranią” – pogląd ten szerzy się wśród elity politycznej. Rousseville wie, że ostatnimi czasy miała miejsce seria nietypowych, niepokojących zdarzeń, w które zaangażowane były tajemnicze grupy uzbrojonych mężczyzn – szczególnie w paryskim Arsenale oraz koło Bîcetre, przytułku połączonego z więzieniem leżącego na południu miasta. W kolejkach po chleb i w nocnych szynkach ustawicznie słychać kontrrewolucyjne komentarze. Miasto zdaje się wypełnione prowincjuszami o niecnych zamiarach. Sąsiedzkie przyjęcia – zwane „bankietami braterskimi” – wyprawiane dla uczczenia zwycięstw francuskiego wojska podstępnie przejęli arystokraci, którzy chcą sprowadzić na złą drogę ulicznych bojowników wiernych rewolucji. Kilka dni temu doniesiono, że na drzwiach niektórych deputowanych mieszkających przy rue Traversière, niedaleko sali spotkań Konwentu, w tajemniczych okolicznościach pojawiły się znaki narysowane kredą10. Czyżby ktoś próbował nakierować na tych ludzi morderców?
Agent stwierdza w podsumowaniu, że konieczne jest stanowcze działanie. Dobrze, że mieszkańcy Paryża są „pełni zaufania” do Konwentu, ale najwyższa pora, by wszyscy patrioci stanęli w obronie swojej sprawy. Powinni „otoczyć lojalnych deputowanych swoją ufnością, opieką i siłą”. „Komitety rządowe, Konwent oraz lud muszą stworzyć jedną, dwudziestopięciomilionową masę, zaślubioną sprawie wolności”. Stanowcza akcja zmiażdży spiskowców i zapewni jedność, co pozwoli na to, by zwyciężył sen Robespierre’a o czystszej, bardziej prawej rewolucji.
Przechadzki Verneta: z place du Trône-Renversé (Montreuil/Quinze-Vingts) do rue de Birague (Arsenal)
Alexandre Vernet11 zmierza do swojego domu przy rue Troussevache, w sekcji Lombards, na prawym brzegu Sekwany, niedaleko targowiska Les Halles. Pogoda była dziś ładna, a po południu Vernet przespacerował się na place du Trône-Renversé („Obalonego Tronu”) przy wschodniej granicy miasta. Od 14 czerwca to tutaj miały miejsce wszystkie gilotynowania osób skazanych przez Trybunał Rewolucyjny na śmierć za przestępstwa kontrrewolucyjne. Vernet przyszedł zobaczyć dzisiejsze egzekucje.
Mężczyzna jest paryżaninem z urodzenia, a z zawodu – culottier, czyli krawcem szyjącym culottes. Rewolucja nie była łaskawa dla przedstawicieli tej profesji. Odkąd sprawy przyjęły bardziej radykalny obrót, takie spodnie przestały być niebudzącym sensacji znakiem szlachectwa, a stały się asumptem do podejrzeń. Modelowym patriotą na paryskiej ulicy jest mężczyzna gardzący szlachtą i jej ubiorem – sankiulota12. Termin ten powstał wśród arystokratycznej prawicy jako określenie paryżan, którzy chcieli odgrywać polityczną rolę podczas rewolucji, a nie mieli nawet porządnych ubrań. Teraz jednak uliczni radykałowie chlubią się tym przydomkiem i odpowiednio odziewają: w długie spodnie robotników, a nie „arystokratyczne” bryczesy do kolan. Noszą też czerwone czapki, symbolizujące nowo zdobytą wolność, zdobione kokardami w czerwono-biało-niebieskie barwy narodowe; a także krótkie płaszcze zwane karmaniolami. Styl ten przyjęli nawet niektórzy deputowani do Konwentu – choć nie należy do nich Robespierre, wierny nienagannie eleganckiemu stylowi, a więc czystym culottes, jedwabnym pończochom, pudrowanej fryzurze. Marne to pocieszenie dla kogoś takiego jak Vernet, kto całe życie robił bryczesy. Jedyne, na co może teraz liczyć, to kiepski dochód z kupowania i odsprzedaży używanych ubrań na Les Halles.
Nie możemy być pewni, jakie miał przekonania polityczne. Wiemy jednak, że ludzie z jego grupy społecznej to typowi sankiuloci13. W ich szeregach nie brakuje rzemieślników specjalizujących się w towarach luksusowych, którzy po 1789 roku stracili klientów i środki do życia. Emigracja większości arystokratów i ich rodzin oraz odejście od ostentacyjnej konsumpcji oznaczały głód dla pracujących w zawodach niezbędnych ludziom modnym (zwłaszcza wyrabiających tekstylia i meble, ale również biżuterię czy wysokiej jakości dobra użytkowe; dotyczy to także służby domowej, fryzjerów i tak dalej). A pusty żołądek to często pierwszy krok na drodze do politycznej radykalizacji.
Paryski ruch ludowy składa się z robotników z całego miasta, wśród których większość stanowią mistrzowie rzemiosł i czeladnicy, sklepikarze i ich pomocnicy oraz drobni urzędnicy. Najbardziej zagorzałych sankiulotów spotyka się jednak w ludnych faubourges (przedmieściach) Saint-Antoine i Saint-Marcel14. Place du Trône-Renversé znajduje się w tym pierwszym i przyciąga tłumy sankiulotów. Pod tym względem znacznie lepiej sprawdza się jako miejsce egzekucji niż place de la Révolution, po zachodniej stronie Paryża, na którym gilotyna stała od połowy 1793 roku aż do niedawna15. Tamto miejsce było często krytykowane. Przejazd wózków ze skazańcami z więzienia Conciergerie na wyspie Île de la Cité**, przez rue Saint-Honoré, na ogromny publiczny plac otwierający się ku łąkom Pól Elizejskich stał się jednym z wielkich miejskich rytuałów, ale handlarze i sklepikarze skarżyli się, że szkodzi ich interesom. Lekarze podkreślali zły wpływ oglądania procesji i gilotynowania na zdrowie dzieci i kobiet w ciąży. Wiązki siana podłożone pod szafot nie powstrzymywały strumieni krwi, po których na ziemi zostawały cuchnące plamy. Z tych powodów 14 czerwca 1794 roku rząd przeniósł gilotynę na południowy wschód, na place du Trône-Renversé, wychodzący na jałowe nieużytki i otwarte pola poza bramami miasta.
Dlaczego paryżanie tłumnie zdążają oglądać wykonywanie kary śmierci? To znacznie mniej dramatyczny spektakl, niż często się sugeruje. Przez ogrom ludzkiej masy większość gapiów i tak nic nie widzi, a nawet jeśli stanie się w dobrym miejscu, to lepiej nie mrugać, bo ostrze spada jak piorun. Nijak nie przypomina to okropnych kaźni charakterystycznych dla wymiaru sprawiedliwości ancien régime’u, w których śmierć była wybawieniem po godzinach niewyobrażalnych tortur. Gilotynowanie to mniej Grand Guignol***, a bardziej surowy moralitet16. Założenie jest proste: kiedy Trybunał Rewolucyjny znajdzie kontrrewolucjonistę, kara ma być rutynową, jednoznaczną, błyskawiczną demonstracją suwerenności ludu.
Ostatnio jednak sądowy terror przybrał na sile, przez co gilotynowanie zaczęło budzić pewien niepokój publiczności. Wynika on po części z liczby egzekucji, po części z ich ofiar, a po części z przebiegu procesu. Kiedy gilotyna przez rok stała na place de la Révolution, rozprawiła się z około tysiącem skazańców; w ciągu zaledwie sześciu tygodni w nowym miejscu trafiło na nią o wiele więcej osób17. Kiedyś wózki przywoziły na egzekucję kilkanaście osób, teraz przywożą czterdzieści, pięćdziesiąt, czasem więcej. A ponury los spotyka nie tylko arystokratów, lecz także ludzi o skromnym pochodzeniu18. Dziś na przykład obok arystokratycznej śmietanki ścięto sklepikarza, karczmarza, aktorkę i pokojówkę. Czy na tym ma polegać reżim równości? Ilu paryżan ma wśród skazańców przyjaciół albo krewnych? Szafot nie kryguje się przed mieszaniem klas społecznych ani wrogów rewolucji z jej zwolennikami. Wiele ofiar przed upadkiem ostrza krzyczy: „Niech żyje Rewolucja!”, a to budzi wątpliwości widzów co do natury wydarzeń. Szpieg Rousseville donosi, że słyszał, jak kobiety na ulicy mówiły: „w tym roku na gilotynę idą patrioci”. Po mieście krążą też opowieści o nadużyciach w Trybunale Rewolucyjnym oraz mrocznych postępkach w stołecznych więzieniach. Niedawno na katowskim wózku pojawił się wyjątkowo młodo wyglądający nastolatek, co wywołało okrzyki tłumu: „Nie dzieci!”. 17 lipca podczas egzekucji szesnastu karmelitanek z Compiègne zapanowała burzliwa atmosfera podszyta niemalże czcią – mimo dekretów zakazujących publicznego noszenia odzieży religijnej zakonnice były ubrane w habity, wspólnie modliły się u stóp szafotu i odważnie poszły jedna po drugiej na gilotynę, śpiewając hymn Veni Creator aż do chwili, gdy opadło ostrze19.
Czy Alexandre Vernet podziela te wątpliwości w kwestii wykorzystania gilotyny? A może po prostu przyszedł w poszukiwaniu popołudniowej rozrywki? Nie wiemy. W każdym wypadku kaci są bardzo sprawni i dzisiejsza partia egzekucji kończy się trochę po dziewiętnastej. Vernet rusza do domu przez faubourg Saint-Antoine, gdzie spotyka się z kolegami z pracy i wypija parę głębszych. Kiedy około dwudziestej trzeciej zaczynają zamykać się bary, wie, że grozi mu aresztowanie przez nocne patrole razem z ulicznicami i włóczęgami. Być może po drodze zaczął odczuwać zmęczenie i – ponieważ noc była pogodna i ciepła – znalazł sobie ciche miejsce na drzemkę w dzielnicy Marais, niecały kilometr od swojego domu. Nie był to jednak przemyślany wybór: Vernet położył się zaraz za stróżówką Gwardii Narodowej (GN) przy rue de Birague, obok place des Vosges, w sekcji Arsenal20. Za chwilę czeka go nieprzyjemna pobudka i wtrącenie do celi – mimo jego protestów.
Więzienie La Force (Droits-de-l’Homme)
Właśnie wyszedł ode mnie administrator policyjny. Ogłosił, że jutro stanę przed Trybunałem Rewolucyjnym, a to oznacza szafot. Zupełnie nie tak, jak w moim śnie z ostatniej nocy. Śniło mi się, że Robespierre już nie istnieje i otwarto więzienia. Ale dzięki twojemu oczywistemu tchórzostwu wkrótce nie będzie we Francji nikogo, kto mógłby ten sen spełnić21.
Thérésa Cabarrus napisała ten gniewny list dzień wcześniej. Adresatem był jej kochanek, deputowany Jean-Lambert Tallien. Cabarus nie trafiła dziś przed Trybunał, ale groźba szafotu pozostaje bardzo realna. Czy ta notka to pogardliwe pożegnanie, czy też wezwanie do działania?
Cabarrus ma z Tallienem romans burzliwy i blisko związany z nieprzewidywalną drogą rewolucji. Przed 1789 rokiem Tallien był pospolitym paryskim urzędnikiem. Dzięki pracy w radykalnych gazetach, członkostwu w klubach politycznych i uczestnictwu w akcjach ulicznych stał się na tyle znany, że udało mu się wygrać wybory do Konwentu – w wieku dwudziestu siedmiu lat był jego drugim najmłodszym członkiem. Pełen energii, w 1793 roku został wysłany do południowo-zachodniej Francji jako komisarz obdarzony szerokimi prerogatywami w celu realizacji polityki rządu. W październiku przybył do Bordeaux z zadaniem ukarania miasta za udział w powstaniu federalistów22 przeciw Konwentowi rok wcześniej. Tam właśnie spotkał Thérésę Cabarrus23.
Cabarrus, powszechnie uznawana za jedną z najpiękniejszych kobiet swojego pokolenia, już wtedy była przedmiotem wielu seksualnych intryg i tematem plotek. Pochodziła z arystokratycznej rodziny osiadłej w południowo-zachodniej Francji, służącej nie tylko królom francuskim, lecz także monarchom hiszpańskim. Miała wtedy dwadzieścia lat, ale już jako piętnastolatkę wydano ją za nierozgarniętego członka paryskich władz. Rok później została matką, a w wieku dziewiętnastu lat rozwiodła się z mężem. W 1789 roku zadebiutowała na wersalskim dworze. Powiązania ze szlachtą emigracyjną kazały jej szukać anonimowości z dala od Paryża. Kiedy tylko poznała Talliena, zaczęła wstawiać się u niego za lokalnymi dygnitarzami zagrożonymi sprawiedliwością, którą przyjechał brutalnie wymierzać. Ledwie kilka tygodni później rządowy agent François Héron, również mający barwną przeszłość (był korsarzem), donosił do stolicy, że para uprawia seks i chroni arystokratów przed rewolucyjnym prawem. Nie było to postępowanie, które przystoi deputowanemu realizującemu misję Konwentu24.
W lutym 1794 roku Tallien został odwołany, co pozbawiło Cabarrus ochrony w Bordeaux, gdzie życie uprzykrzał jej bystry, obiecujący nastolatek Marc-Antoine Jullien – szpieg KOP i osobisty protegowany Robespierre’a. Thérésa uciekła zatem po śladach kochanka i poszukała azylu w posiadłości rodziny swojego byłego męża w Fontenay-aux-Roses, około ośmiu kilometrów od stolicy. Był to jednak teren łowiecki Rousseville’a, który 31 maja raportował, iż obywatelkę Cabarrus na kilka nocy odwiedził w Fontenay deputowany Tallien, ale później najprawdopodobniej przeniosła się do Paryża25.
Rzeczywiście była w Paryżu, a dokładniej w więzieniu, za co w dużej mierze odpowiadał Robespierre. Inny z jego ulubionych agentów – narwaniec Servais-Beaudouin Boulanger26, oficer w kwaterze głównej paryskiej Gwardii Narodowej – śledził jej podróże między Fontenay-aux-Roses a Paryżem, w których często towarzyszył jej Tallien. W stolicy Cabarrus nocowała w sekcji Champs-Élysées, w domu należącym do człowieka, który wynajmował też mieszkanie Robespierre’owi – Maurice’a Duplaya, stolarza specjalizującego się w produkcji szaf. Czyżby to była pułapka? W każdym razie Robespierre był na tyle pewien posunięć Cabarrus, że 22 maja podpisał nakaz jej aresztowania i przekazał go Boulangerowi. Ten pojechał za podejrzaną do Wersalu, zatrzymał ją i załatwił przeniesienie jej do paryskiego więzienia La Force, położonego w Marais, zaraz obok rue Saint-Antoine. Naczelnik więzienia odnotował ją w rejestrze przyjęć i zamknął jej piękno w fizjonomiczne pomiary charakterystyczne dla policyjnej biurokracji: „Cztery stopy jedenaście cali wzrostu [około stu sześćdziesięciu centymetrów – tłum.], ciemne włosy i brwi, normalne czoło, ciemne oczy, przeciętny nos, małe usta, okrągła broda […]”27. Po dogłębnym przeszukaniu Cabarrus trafiła do jednoosobowej celi, w której spędziła trzy tygodnie, straciła na wadze i rozchorowała się. Podobno gdy Robespierre usłyszał o jej losie, udzielił jej pozwolenia na używanie lustra – ale nie częściej niż raz dziennie28.
W ciemnym i nieprzyjaznym więzieniu Cabarrus zyskała sobie przychylność strażników dzięki rysowaniu ich podobizn – jako mała dziewczynka uczyła się rysunku. W zamian otrzymała przyrządy do pisania, więc koresponduje ze swoim kochankiem, któremu w obliczu widma Trybunału Rewolucyjnego śle rozliczne prośby.
Tallien nie trafił do lochu, ale jego życie i wolność wiszą na włosku. Jest na celowniku Robespierre’a, i to nie tylko przez sypianie z arystokratką czy swoje skorumpowane, niegodziwe postępowanie w Bordeaux. Robespierre podejrzliwie spogląda na dawne związki Talliena z deputowanym Georges’em Dantonem (którego Nieprzekupny pomógł wysłać na szafot w kwietniu 1794 roku, oskarżywszy go o korupcję i kontrrewolucyjne zamiary). A jeszcze wcześniej poczytywał swojemu agentowi za złe jego rolę w masakrach wrześniowych z 2–4 września 1792 roku. Wybuchły one w wyniku paniki, którą wywołała katastrofalna sytuacja wojskowa. Gdy pod koniec sierpnia do miasta dotarły wieści o upadku Verdun, ostatniej twierdzy broniącej Paryża przed niemiecką inwazją, z jednej strony reagowano powszechną mobilizacją, a z drugiej – agresywną determinacją, by wytępić kontrrewolucjonistów trzymanych w paryskich więzieniach. Za uzasadnienie posłużyły pogłoski o „więziennym spisku” arystokratów. Po ciemnicach i lochach zaczęły krążyć grupy radykałów mordujące kogo popadło.
Robespierre publicznie bronił masakr i usprawiedliwiał je jako wyraz woli ludu. Twierdził nawet (i bezdusznie przy tym kłamał), że zginął w nich tylko jeden prawdziwy patriota. Za zamkniętymi drzwiami okazywał jednak oburzenie tymi szokującymi wydarzeniami29 i zablokował kandydaturę Talliena do Konwentu z obwodu paryskiego, co zmusiło go do ubiegania się o nominację w departamencie Seine-et-Oise.
Antypatia, jaką przez długi czas Robespierre żywił wobec Talliena, przeobraziła się w czystą nienawiść w czerwcu 1794 roku, kiedy Nieprzekupny i jego najbliżsi sprzymierzeńcy – Saint-Just i Couthon – zmusili nerwowy Konwent do przyjęcia Ustawy z 22 prairiala (10 czerwca 1794 roku), która ułatwiała i przyspieszała wydawanie wyroków przez Trybunał Rewolucyjny za przestępstwa kontrrewolucyjne. Tallien, jak wielu z jego kolegów, obawiał się, że może ona zostać wykorzystana przeciwko deputowanym, więc przeciwstawił się Robespierre’owi w Konwencie, ale debata zakończyła się dla Jeana-Lamberta miażdżącą porażką. „Tallien to jedna z tych osób – powiedział z ewidentną arogancją deputowanym Robespierre – które bez przerwy mówią o gilotynie jako swoim wielkim zmartwieniu, by spotwarzyć i zmartwić Konwent”30.
Robespierre jest w takich sytuacjach przerażająco potężny31. Bourdona de l’Oise, który również protestował przeciwko Ustawie z 22 prairiala, upokorzył tak boleśnie, że deputowany przez miesiąc leżał chory w łóżku. Jego zdrowiu wcale nie pomagały krążące po Paryżu plotki, jakoby on i Tallien zostali zamordowani. Ale Tallien jest ulepiony z lepszej gliny. Po starciu w Konwencie wysłał do Robespierre’a list, w którym deklarował najgorliwszy patriotyzm. Twierdził, że wcale nie jest rozpustnym libertynem, za którego się go uważa, ale prowadzi raczej cichy i oszczędny żywot w domu swojej matki przy rue de la Perle w Marais. W odpowiedzi Robespierre wykorzystał swoją pozycję w klubie jakobinów, by niecałe dwa dni później wyrzucić z niego Talliena. Nie był w nastroju na porozumienie ponad podziałami.
Claude Guérin – kolejny agent KOP z Robespierre’owskiego Biura Policji – założył Tallienowi ogon32. Jego raporty docierają na biurko Robespierre’a. Jak zauważa Guérin, Tallien jest świadomy, że ktoś go śledzi. Mężczyzna nerwowo rozgląda się na lewo i prawo. Chodzi po ulicach bez celu, pokazuje się w restauracjach i u bukinistów, przechadza się po ogrodach Tuileries, gawędzi z innymi deputowanymi przed pójściem do Konwentu na debaty. Nie ma mowy o odwiedzinach u kochanki w więzieniu – dla obojga byłby to wyrok śmierci. Ale Tallienowi udaje się przemycić cynk dla Cabarrus: „Bądź tak rozważna, jak ja będę śmiały, a ponad wszystko zachowaj spokój”. Czy zbywa w ten sposób byłą kochankę? A może coś planuje? Kilka dni wcześniej buńczucznie zapowiedział znajomemu, że „jeszcze w tym tygodniu tyran zostanie upokorzony”33.
Mieszkanie Legracieux, rue Denfert (Chalier)
Stanislas Legracieux34 jest w swoim mieszkaniu na lewym brzegu Sekwany. Pisze list do kolegów jakobinów ze swojego rodzinnego miasteczka Saint-Paul-Trois-Châteaux, w niegdysiejszej prowincji Delfinat na południowym wschodzie kraju. W Saint-Paul urodził się też jego przyjaciel Claude-François Payan, żarliwy zwolennik Robespierre’a, który jako agent narodowy został ważnym urzędnikiem w Komunie Paryskiej, czyli władzach miejskich****. Większe znaczenie od niego ma tylko mer Jean-Baptiste Fleuriot-Lescot. To najpewniej dzięki wpływom Payana Legracieux otrzymał dobrze opłacane stanowisko w administracji centralnej, dla którego przeprowadził się do stolicy.
Legracieux jest szalenie podekscytowany. Był dziś w Konwencie świadkiem dramatycznych wydarzeń: Robespierre ujawnił zagraniczny spisek grożący podziałem kraju i stłumieniem rewolucji. Obiecał też (tu Legracieux parafrazuje), że zedrze zasłonę skrywającą przekupnych zdrajców chowających twarz tyranii za uśmiechem nadziei. Stał, niewzruszony jak skała, przeciw swoim nieprzyjaciołom w Konwencie, niczym ucieleśnienie Cnoty, i gromił wzrokiem splecione siły zbrodni i korupcji35.
Ku oburzeniu Legracieux zgromadzenie – mimo ogromu występków, które ujawnił Robespierre – nie zgodziło się opublikować tej przemowy i rozesłać jej kopii na prowincję. Ludowi odmawia się prawa do poznania cnoty prawych oraz nikczemności zdrajców. Więcej nawet: wrogowie Robespierre’a ośmielili się potraktować tego obrońcę wolności jak dyktatora! Takie przyjęcie mógł przetrwać tylko dzięki sile charakteru.
Ale dzień nie był stracony. Wieczorem – jak opowiada Legracieux – Robespierre odwiedził „ostoję patriotyzmu”, czyli słynny paryski klub jakobinów36. Swoje przezwisko klub zawdzięcza miejscu spotkań w dawnym klasztorze zakonu dominikanów***** w północnej części rue Saint-Honoré, zaledwie kilkaset metrów od domu Robespierre’a. Odkąd powstał jesienią 1789 roku jako Towarzystwo Przyjaciół Konstytucji nieodmiennie przyciąga najbardziej radykalnych deputowanych do zgromadzeń narodowych, ale członkami klubu mogą zostać również osoby prywatne, o ile są oddane patriotycznej sprawie. Toczące się w nim debaty i podejmowane uchwały często potężnie odczuwa się w Konwencie – a zatem Robespierre może uważać za dobry znak, że jego liczni przyjaciele i wielbiciele w szeregach klubu przychylnie odebrali jego życzenie, by karać zdrajców wszędzie tam, gdzie się ich odszuka. Zapanował nastrój niepohamowanego entuzjazmu, a czapki zebranych raz po raz rzucano w powietrze na znak poparcia.
Dlatego właśnie – jak informuje przyjaciół z prowincji Legracieux – jutro, 27 lipca 1794 roku, tematem debaty u jakobinów będzie świeżo ujawniony spisek. Następny krok to wojna na śmierć i życie z tyranami, a w kolejnych dniach wszyscy ujrzą triumf Republiki wolności i równości, wybuch nienawiści do tyranii oraz sprawiedliwą zemstę ludu na tych, którzy go zdradzili. Zwycięży jedność pod mądrym przewodnictwem Robespierre’a. Złoczyńcy muszą zniknąć z powierzchni ziemi…
Dom Guittarda de Floribana, rue des Canettes (Mutius-Scévole)
Dochodzi północ, kończy się 26 lipca 1794 roku. Słońce zaszło o 19.36. Księżyc w nowiu był widoczny od 16.51 – a może nie, bo dzień był pochmurny. Pogoda, jak na tę porę roku, była niezbyt dobra, często padało. Jutro, 27 lipca, słońce wstanie o 4.22.
Célestin Guittard de Floriban, sześćdziesięciodziewięcioletni owdowiały mieszczanin i rentier, prowadzi dziennik37. Nieciekawe zapiski od czasu do czasu dopełnia gwiazdkami na marginesach, oznaczającymi stosunki seksualne z długoletnią współbiesiadniczką, niejaką madame (czy raczej – obywatelką) Sellier. Przez ostatnie kilka miesięcy Floriban wyrobił sobie dwa nowe nawyki: zapisuje temperaturę panującą danego dnia, a potem listę zgilotynowanych osób. Według jego dziennika 23 lipca na zewnątrz były dwadzieścia dwa stopnie Celsjusza i ścięto pięćdziesiąt pięć osób. 24 lipca odnotował: dwadzieścia trzy stopnie, trzydzieści sześć gilotynowań. 25 i 26 lipca były piękne: temperatura utrzymywała się na poziomie dwudziestu trzech stopni; pierwszego dnia stracono trzydzieści osiem ofiar, a drugiego – pięćdziesiąt dwie.
Dom Floribana stoi w lewobrzeżnej części miasta, na rogu rue des Canettes, przy place Saint-Sulpice. Ulica jest tłoczna i duszna, co pewnie tłumaczy, dlaczego w Obserwatorium na południowym skraju miasta, położonym trzydzieści metrów wyżej, badacze odnotują w południe 27 lipca maksymalną temperaturę osiemnastu stopni – ale u Floribana będą to dwadzieścia trzy stopnie. Dzień będzie pochmurny i ciepły. Floriban wspomni o lekkiej porannej mżawce; według Obserwatorium zaczęła się o 9.15. Poza nią nie będzie tego dnia opadów38.
Floriban zapisuje daty za pomocą starego kalendarza gregoriańskiego – umyślnie ignoruje urzędowy kalendarz rewolucyjny. Być może nawet nie wie, że w najbliższy décadi******, 10 thermidora (28 lipca), planowane są uroczystości ku czci dwóch nastoletnich bohaterów: Josepha Bary i Josepha Agricola Viali*******, którzy oddali życie w obronie ojczyzny. Robespierre dużo o nich mówi i to za jego sugestią ciała chłopców zostaną złożone z wielką pompą w Panteonie – dawniej kościele Świętej Genowefy, a dziś sanktuarium bohaterów narodowych Republiki.
Ale plany się zmieniają. Za mniej więcej dwadzieścia cztery godziny, pod koniec 28 lipca, po rutynowym odnotowaniu danych meteorologicznych nasz prozaiczny pamiętnikarz zapisze dramatycznymi kapitalikami:
WIELKI SPISEK. Dziś miałoby miejsce jedno z największych wydarzeń, jakie znała Francja, gdyby sprawy potoczyły się po myśli spiskowców.
27 lipca 1794 roku (9 thermidora II roku) faktycznie upłynie pod znakiem spisków, kontrspisków, spisków rzekomych, spisków ujawnionych, spisków udaremnionych. Na szali znajdą się los rewolucji, stan Paryża i przyszłość Francji. W sercu wydarzeń toczących się w ciągu tych dwudziestu czterech godzin nieodmiennie pozostanie Maximilien Robespierre. Floriban nie przestanie pisać jeszcze przez wiele tygodni. Ale pod koniec pamiętnego 9 thermidora Rousseville, szpieg Robespierre’a, jego panegirysta Stanislas Legracieux, a nawet skacowany sankiulota Alexandre Vernet trafią do więzienia. Tallien podejmie odważne działania w obronie swojej kochanki Thérésy Cabarrus. A sam Robespierre? Za dwadzieścia cztery godziny będzie uciekał przed wymiarem sprawiedliwości i lękał się o życie…
* „Wściekli” (franc. les enragés) – podczas rewolucji skrajni radykałowie wśród sankiulotów.
** Wysepka na Sekwanie w centrum Paryża. Znajduje się tam między innymi katedra Notre Dame.
*** Grand Guignol – teatr paryski działający w latach 1897–1962, znany z brutalnych przedstawień grozy.
**** Nie mylić z lepiej znaną Komuną Paryską, tj. socjalistyczno-patriotycznym powstaniem z 1871 roku.
***** We Francji od średniowiecza dominikanów nazywano też jakobinami, ponieważ ich pierwszy klasztor w tym kraju powstał przy paryskiej rue Saint-Jacques (ulicy Świętego Jakuba).
****** W kalendarzu rewolucyjnym dziesiąty dzień „tygodnia”, czyli dekady.
******* François Joseph Bara i Joseph Agricol Viala byli nastoletnimi ochotnikami w armii rewolucyjnej, upamiętnianymi jako męczennicy rewolucji.







