Najnowsza książka autorki głośnego reportażu „27 śmierci Toby’ego Obeda”, laureatki m.in. NIKE Czytelników. Reporterska opowieść o kobietach w momencie zmiany i zapis wychodzenia z ciemności.


Nagradzana reporterka, autorka jednej z najgłośniejszych książek non-fiction ostatnich lat powraca z nową, wyjątkową książką. Tym razem Joanna Gierak-Onoszko oddaje w ręce czytelniczek i czytelników pogłębiony, narracyjny reportaż o kobietach, które stają w obliczu przełomu i podejmują decyzję o głębokiej zmianie.

„Wolta” to angażująca i inspirująca opowieść o odwadze, dojrzewaniu i wewnętrznej sile. Jej bohaterki łączy moment zatrzymania, przełomu, a potem: nowe życie. Zmagania, upadki i sukcesy, będące ich udziałem, Joanna Gierak-Onoszko przekuwa w uniwersalny przekaz o radzeniu sobie z wyzwaniami. Osobiste historie splata z szerszą perspektywą nauki i filozofii, tworząc tym samym wyjątkowy przewodnik po wychodzeniu z ciemności oraz pokonywaniu życiowych wiraży.

„Wolta” to opowieść o sile i odwadze, niegasnącej nadziei, wrażliwości i odporności – czasem wrodzonej, lecz częściej nabytej w wyniku trudnych doświadczeń. Dla wielu kobiet może stać się dziś ważnym wsparciem – wtedy, gdy wszystko się chwieje, ale też wtedy, gdy pojawia się impuls do życiowej zmiany.

***

Czekałam na książkę, która opowie o punktach zwrotnych w naszym życiu w tak uważny, a jednocześnie konkretny sposób. „Woltę” czyta się, jakby się siedziało na kawie z przyjaciółką i słuchało o jej życiu. „Literatura wsparcia” najwyższej próby – czysta żywa mądrość! Joanna Gierak-Onoszko napisała książkę odpowiadającą w stu procentach na nasze potrzeby.
Sylwia Chutnik

Mądrość, która przychodzi nieproszona. To zdanie zostanie ze mną po spotkaniu ze słowami, które cudownie dobrała Joanna Gierak-Onoszko, pisząc tę książkę. Te słowa zatrzymały mnie, zachwyciły i zostałam na długo, zanurzona w ich mocy i pięknie. „Wolta” to książka o sile kobiet i mocy nadziei, o mądrości, którą każda z nas w sobie nosi. To zaproszenie do zaufania sobie i bycia każdego dnia po swojej stronie. To zaproszenie do życia dzisiaj.
Agnieszka Kozak

Joanna Gierak-Onoszko
Wolta. Opowieść o kobietach w zmianie
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 24 września 2025
 
 

Wstęp

Przynoszę Państwu książkę, która jest reporterskim przewodnikiem po ciemności.
Dla wielu z nas trwa właśnie czas przesilenia, czas próby. Mocujemy się z losem na wielu różnych poziomach. Dosięgają nas niepewność, lęk, czasem brak nadziei. Bywamy zagubieni i w swoich doświadczeniach często czujemy się samotni. Przydaje się wtedy pewność, że zmiana, choć trudna, jest możliwa.
Tę książkę piszę właśnie z tego miejsca, z serca zmiany. Od lat prowadzi mnie pytanie, skąd czerpać siłę i jak przeciwstawić się losowi. Jak przetrwać potężny kryzys? Ile życiowych wiraży można pokonać, a także – czy każdego zakrętu trzeba się bać? A co, jeśli za jego łukiem czekają już tylko prosta droga i same dobre widoki?

„A co, jeśli się uda?”*

* Adam „Łona” Zieliński, A co, jeśli się uda?, „Dialog”, kwiecień 2023, nr 4 (797), s. 131.

Wiele lat temu musiałam zmierzyć się ze zmianą, o którą nie prosiłam. Runęło wówczas to, o co długo się starałam. Rozpaczałam. Przyszedł wtedy do mnie mój mąż. Usiadł obok w milczeniu i gładził mnie po głowie. A ja zanosiłam się płaczem: „Ileż razy można zaczynać wszystko od nowa?”. Odpowiedział od razu, bez zastanowienia: „No przecież tyle, ile tylko chcesz”. Z takiej filozofii wywodzi się ta książka. I o takich początkach opowiada każda jej strona.

Stoicki przewodnik

Odwiedziłam kiedyś Larnakę, cypryjskie miasto, które dawniej nazywało się Kition. Niedaleko plaży mijałam wesołe miasteczko. Zobaczyłam tam niewielki posąg posadowiony w samym środku kolorowego piekła. Naokoło zgiełk, pisk i błyskające światła – a pomiędzy hałasem i stroboskopami trwał spokojnie on, Zenon z Kition, skromny i niewzruszony. Był ojcem stoicyzmu. Twierdził, że cierpienie należy do porządku natury, nie jest niczym złym i trzeba się z nim pogodzić.
Jednym z jego uczniów był wyzwolony niewolnik Epiktet. To on powiedział, że przyczyną cierpienia są nie rzeczy same w sobie, ale nasze przekonania o nich*.

* Epictetus (Epiktet), Wybrane diatryby i Encheiridion. Stoicka sztuka życia, przeł. Krzysztof Krzyżanowski, OnePress, Gliwice 2021.

Tłumaczył, że złem nie jest zdarzenie, które nas spotyka, lecz to, co z nim zrobimy, jak je sobie wytłumaczymy i dalej poniesiemy. Epiktet dowodził, że nie wszystko od nas zależy, bo decyduje los, ślepe fatum. Uważał, że to opór wobec rzeczywistości rodzi ból. Dlatego by przestać cierpieć, trzeba uznać fakty i zgodzić się z rzeczywistością.
Blisko dwa tysiące lat później głośno nie zgodzili się z nim egzystencjaliści. Uznali, że fatum nie istnieje i człowiek może, a wręcz musi sam zdecydować, jak postąpi. Stoicką akceptację losu traktowali jako ucieczkę od odpowiedzialności. Jean-Paul Sartre uczył, że – skazani na wolność – nieustannie samodzielnie wybieramy swój los. Z kolei Albert Camus na nowo odczytał mit o Syzyfie. Dowodził, że Syzyf nie poddaje się fatum i choć wie, że jego los jest niezmienny, to każdego dnia zaczyna od nowa, mimo porażki. Upierał się, że powinniśmy widzieć Syzyfa jako człowieka szczęśliwego. Potem poetka i pisarka Maya Angelou połączy te perspektywy, pisząc w Liście do mojej córki: „Możesz nie mieć wpływu na wszystko, co ci się przydarza, ale możesz zdecydować, że cię to nie umniejszy”*.
Bohaterki tej książki również nie zawsze miały kontrolę nad tym, co je spotykało, decydowały jednak, że trudne doświadczenia ich nie zatrzymają. W toku lektury Wolty przekonujemy się, że potrafią być praktykującymi stoiczkami lub aktywnymi egzystencjalistkami, ale żadna nie godzi się grać kartami, które otrzymała w pierwszym rozdaniu.

* Maya Angelou, Letter to My Daughter, Penguin Random House, New York 2008, s. 7 [tłumaczenie własne].

Niektóre szykowały radykalną zmianę i miały czas, żeby się przygotować. Inne były zaskoczone i zupełnie niegotowe na życiową rewolucję. Jednym sprzyjało szczęście, drugie mozolnie musiały zabiegać o to, by los się odwrócił. Są też te, które nie miały szczęścia wcale, ale uparły się, by go jak najwięcej od życia wyszarpać.
Łączy je jedno: to, gdzie i kim są, zawdzięczają przede wszystkim sobie i swojemu wysiłkowi. Wszystkie ciężko pracowały na sukces, wielokrotnie upadały i się podnosiły. Żadna nie została ocalona czy wyniesiona przez innych. Choć często były otoczone kochającymi, życzliwymi im ludźmi, żadna z nich nie urosła na cudzym sukcesie i nie definiuje się przez zewnętrzną siłę.
W Wolcie znajdą Państwo historie przejmująco osobiste, często dotykające zaszytych bardzo głęboko spraw i zdarzeń. Bohaterki dzielą się w nich ze mną – a teraz także i z Państwem – swoimi nadziejami, lękami i marzeniami. Sięgają do doświadczeń trudnych i bolesnych. Opowiadają o tym, co im się przydarzyło: o stratach, kryzysach, wątpliwościach, często o upokorzeniach i bólu. Bywa, że rzucają wyzwanie środowisku albo rodzinie, najczęściej jednak – własnym przekonaniom. Kobiety, które dziś Państwo poznają, nie wstydzą się obrażeń, których po drodze doznały, ani cierpienia, jakie musiały unieść. Mówią prosto o tym, co utraciły, i o tym, co wciąż daje im siłę, by iść do przodu. Dziś, po fundamentalnej zmianie, często niejednej, widzimy w pełni ich determinację.
Opowiedzenie tych historii, pokazanie się i w blasku, i w cieniu, wymagało odwagi i zasługuje na szacunek. Jestem wdzięczna moim rozmówczyniom za otwartość i szczerość. Jednocześnie wiem, że Wolta, choć skończona, nie jest wcale zamknięta. Istnieje jeszcze wiele ważnych opowieści, które tym razem nie zmieściły się pomiędzy okładkami, a którymi chciałabym się jeszcze z Państwem podzielić.

Pierwsze głosy

Kobiety, które są bohaterkami Wolty, pojawiły się w moim życiu wiele lat temu. Czasem połączyły nas wspólne sprawy, a czasem – przelotne spotkanie, jedno zdanie, którego nie mogłam potem zapomnieć. Dziś z dystansu i po przerwie wracam do ich historii: ważnych, poruszających, pomocnych. Nie mam wątpliwości, że wszystkie, choć tak odmienne i pochodzące z różnych czasów i porządków, są dowodem na to, że jako kobiety mamy w sobie wielką siłę pokonywania kryzysów, odwagę bycia nieposłusznymi i gotowość do wytyczania nowych ścieżek.
Wolta, którą trzymają Państwo w ręku, to opowieść o sile i odwadze, niegasnącej nadziei, wrażliwości i odporności – czasem wrodzonej, lecz częściej nabytej w wyniku trudnych doświadczeń. Spotkają tu Państwo niezwykłe, wielowymiarowe historie. Choć są one tak każdej z nich. Czuję z moimi bohaterkami solidarność i wspólnotę przeżyć.
Pierwszą z tych wyjątkowych kobiet jest Natalia Wodyńska-Stosik, TriMama. Dzielna i mądra sportowczyni, która nie zgadza się na walkowery. Usłyszałam o niej, kiedy wiele lat temu w Trójmieście inspirowała kobiety do ruchu, a w rzeczywistości – do tego, by dbały o swoje potrzeby. Virginia Woolf pisała, że każda kobieta powinna mieć własny pokój; Natalia pokazuje, że wystarczy własna para butów do biegania.
Dorota Groyecka – reporterka, pisarka, mama Nadziei. W swoim macierzyństwie zaznała radości i rozpaczy, szczęścia i zwątpienia. Poznałyśmy się blisko dziesięć lat temu w Polskiej Szkole Reportażu, kiedy szukałyśmy czystej formy dla swoich opowieści. Dziś Dorota jest między innymi autorką poruszającej książki Krwinki – pisanego lapidarnym kodem eseju reporterskiego o rzeczach najtrudniejszych, takich jak pożegnanie z dzieckiem.
Kornelia Westergaard – kiedyś skupiona na karierze ambitna kobieta biznesu, dziś poszukująca w życiu prawdziwego sensu pani nad żywiołami, żyjąca w harmonii z naturą. Zmieniła radykalnie nie tylko swoją drogę zawodową, ale też całą rzeczywistość wokół siebie. Pomna reguł, które panowały w jej rodzinnym domu, dziś już nie pyta o pozwolenie. Odzyskała moc kierowania swoim losem wedle własnych zasad i potrzeb.
Ola Wiederek to kobieta, która nie zgodziła się, by zostać zapisem w danych statystycznych. Nie poddała się ani diagnozie, ani rzeczywistości. Wielu chorującym niosła otuchę i nadzieję, lecz nigdy – fałszywą obietnicę. W swojej opowieści była szczera, ale nie bezwzględna. Dzielna, jednak nie heroiczna. Pomogła zmienić myślenie o ciężkiej chorobie i udowodniła, że niepewne rokowania nie przekreślają pełni życia.
Kasia to jedyna bohaterka, która poprosiła o anonimowość. Przedsiębiorczyni i działaczka, która całe życie gnała do przodu i zawsze zdobywała to, czego pragnie. Wypełniała wszystkie powierzone jej zadania. Pozytywna, roześmiana i pełna życia, odkrywa przede mną historie, które kazały jej się zatrzymać. Przeprowadzając nas przez niełatwe doświadczenie – nazywane przez nią dotykiem śmiertelności – pokazuje urodę życia. Zaprasza do ogrodu, w którym znalazła spokój i wyciszenie.
Książkę kończy historia Agaty Romaniuk, pisarki, która była gotowa zapłacić każdą cenę, by ocalić ukochanego człowieka. Otwarta na zmiany, potrafiła przesterować swoje myślenie i zakwestionować zasady gry. Odważna kapitanka, czasem sama na pokładzie. Dzielna matka, która ratowała wszystkich, tylko nie siebie. Udowodniła, że kawa z pojedynczej filiżanki może naprawdę dobrze smakować. Ale również – że nigdy nie jest za późno na wielką miłość.

Jestem pełna wdzięczności wobec bohaterek, które opowiedziały mi o swoich losach i wyborach. Naturalnie wiele nas dzieli, ale z pewnością łączy umiejętność nietracenia nadziei i przekonanie, że nie wolno godzić się na reguły gry, których nikt z nami nie ustalał.

Drugie głosy

Ta książka jest przewodnikiem przez trudy i zwątpienia także dzięki sile mądrych i spokojnych głosów wyjątkowych ekspertek. Uzupełniają one osobiste historie bohaterek, nadając im szerszy, uniwersalny wymiar. Jestem dłużniczką kobiet, które podzieliły się ze mną swoją specjalistyczną wiedzą, naukową perspektywą i wieloletnim doświadczeniem – zarówno zawodowym, jak i życiowym. Także i Państwo jako czytelnicy wiele im zawdzięczają – dzięki tym osobom możemy przedstawione historie zobaczyć w szerszym planie i znaleźć odpowiedzi nawet na własne, niewypowiedziane głośno pytania.
Ekspertki, które wskazują nam szersze konteksty, to:
Inspirująca do mądrej zmiany psycholożka sportu – Karolina Chlebosz.
Oddana dzieciom genetyczka, pediatra i pisarka – prof. Małgorzata Nowaczyk.
Niestrudzenie otwierająca drzwi innym kobietom, żeby same nie musiały ich wyważać, psycholożka i psychoterapeutka – dr Joanna Heidtman.
Onkolożka i wielka przyjaciółka pacjentek – dr Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld.
Dmuchająca w skrzydła kobietom w czasie zmierzchu, psycholożka – Marta Niedźwiecka.
Niezawodna przewodniczka po kryzysach, psycholożka i psychoterapeutka – Dorota Minta.
Dopiero te wszystkie różne, ale połączone ze sobą głosy tworzą harmonię i siłę, jaką może dać tylko chór.

Po co jest ta książka

Pamiętam zajęcia sprzed lat. Byłam wtedy studentką w Polskiej Szkole Reportażu. Pod okiem psycholożki i pisarki Hanny Samson ćwiczyliśmy rozmowę z tak zwanym trudnym bohaterem. Uczyliśmy się, jak go otworzyć, a potem mądrze i bezpiecznie dla niego poprowadzić rozmowę. Dyskutowaliśmy, kiedy odpuścić, kiedy się pożegnać – a kiedy nalegać, by dodał jeszcze kilka słów. I czy w ogóle można to robić?
Jako reporterzy czasem czujemy, że bohater niesie w sobie niezwykłą historię. Jak go zachęcić, by zechciał ją przedstawić nam, a co za tym idzie – czytelnikowi? Co odpowiedzieć osobie, która pyta: a po co ja w ogóle mam to opowiadać? Wtedy na warsztatach dowiedzieliśmy się, że czasem najlepiej działa najprostszy komunikat: „Opowiedz o tym wszystkim po to, żeby nikt inny nie musiał przechodzić przez to, przez co przechodzisz ty”.
Jestem przekonana, że dzięki opowieściom o zmianie, która jest treścią Wolty, niejednemu i niejednej Nawet jeśli nie unikniemy cierpienia, strat i kryzysów, możemy mieć pewność, że coś podobnego kiedyś już komuś się przydarzyło.
A także – że sobie poradził.
Niektórzy z nas na co dzień przyjmują filozofię cierpliwego Syzyfa, który w pokorze znosi swój los. Inni raczej naśladują Prometeusza, sprawczego i zbuntowanego wobec reguł. Niezależnie od tego, co podpowiadają nam mitologia i filozofia, w których jesteśmy zanurzeni, dziś doskonale brzmią słowa jednej z bohaterek tej książki, Natalii Wodyńskiej-Stosik, TriMamy: „Cokolwiek robisz, nie pozwól, by strach cię zatrzymał”. I choć przytaczam je we wstępie, są one także najlepszą pointą tej książki.

Joanna Gierak-Onoszko, czerwiec 2025

ROZDZIAŁ 1
W strefie zmian

Bałtyk jest zawsze trochę za zimny, więc choć to lipiec, pływanie szybko staje się dokuczliwe. Natalia Wodyńska-Stosik pokonuje prawie kilometr, czołgając się przez wodę Zatoki Gdańskiej. Dociera do brzegu mniej więcej na wysokości mola w Brzeźnie. Wychodzi z morza i zaczyna biec w kierunku stojaków z rowerami. Obok niej pędzi przed siebie ponad czterysta osób. Na bliskim planie słychać przyspieszone oddechy zawodników, na drugim – radosną wrzawę i doping kibiców.
Jest 19 lipca 2014 roku, w Gdańsku trwają zawody triatlonowe, łączące pływanie, jazdę na rowerze oraz bieganie. Kombinacja trzech dyscyplin w jednej próbie wymaga bardzo dobrej kondycji, wytrzymałości i sumiennego przygotowania, dlatego ten wyścig zwany jest Ironman – dla ludzi z żelaza.
Po wyjściu z morza Natalia jest trochę oszołomiona. Szybka zmiana pozycji z leżącej na stojącą powoduje, że kręci jej się w głowie. Błędnik wiruje, trudno złapać oddech. Ktoś kopie ją po nogach, kogoś to ona trąca łokciem. Powtarza sobie w myślach: „Tunia, dałaś radę. Pływanie masz szczęśliwie za sobą. Nie zatrzymuj się. Wiesz, co robić!”. Sekwencję ruchów ćwiczyła w myślach wiele razy, teraz wykonuje wszystko automatycznie. W biegu rozpina suwak pianki pływackiej, zdejmuje okularki i ściąga czepek. Zdyszana, dociera do wydzielonej na plaży strefy zmian. Godzinę temu szykowała się tutaj do startu. Układała w porządku swoje rzeczy, by potem zaoszczędzić jak najwięcej czasu. W plastikowej skrzynce zasztauowała kask, suche ubranie i butelki z wodą mineralną. Napełniony po brzegi bidon zamocowała w uchwycie przyczepionym do ramy roweru, a do butów włożyła zrolowane skarpetki. Rozejrzała się jeszcze uważnie, szukając czegoś charakterystycznego – baneru, drzewa, przenośnej toalety. To dobra praktyka, tak łatwiej zapamiętać, w którym miejscu zostawia się sprzęt.
Gdy po wyjściu z morza wszyscy zawodnicy dopadają swoich rzeczy, robi się tłumnie, gorąco i trochę nerwowo. Kiedy zbliżała się godzina startu, a sportowcy medytowali albo rozgrzewali się przed wejściem do wody, ona musiała pamiętać, że ma przed sobą jeszcze jedną procedurę. Sięgnęła do torby, uniosła sportową koszulkę. Rozległo się charakterystyczne buczenie, a przystawiony do piersi laktator miarowo odciągał mleko. Dopiero wtedy mogła stanąć na linii brzegowej, wziąć rozbieg i na gwizdek rzucić się do wody. Bałtyk zabulgotał jak ogromny niebieskozielony wrzątek.
Teraz, gdy Natalia przepłynęła prawie kilometr w morzu, przychodzi pora, by błyskawicznie przeistoczyć się z pływaczki w kolarkę. Dobiega do strefy zmian, szybko i sprawnie znajduje swoje rzeczy. Pierwsze, co robi, to sięga po ręcznik i zaczyna suszyć włosy, z których wciąż jeszcze ciurka woda. Ale nikt inny tego nie robi. Pozostali zawodnicy starają się jak najszybciej pokonać ten etap. Mechanicznie ściągają z siebie pianki, czyszczą stopy z piasku, wkładają suche skarpety, zapinają kaski. I – trzymając rower za siodełko – biegną jak najprędzej do linii startowej, by zacząć kolejny etap, czterdzieści pięć kilometrów jazdy. Etap, który Natalia nazywa krótko: upodlenie.
Mawia się, że triatlon to nie trzy, lecz pięć dyscyplin. Do pływania, jazdy na rowerze i biegu trzeba jeszcze dodać właściwe odżywianie i efektywne działanie w strefie zmian. Pierwsza taka strefa, T1 (transition one), najczęściej znajduje się na starcie. Po pokonaniu regulaminowego dystansu w wodzie sportowcy wracają tu, by złapać oddech i zmienić się z pływaków w kolarzy. Dalej ulokowana jest strefa druga, T2 (transition two), służąca przygotowaniu do biegu. Tu zostawia się rower, zmienia obuwie, przesuwa numer startowy z pleców na brzuch. Można też chwilę odpocząć albo mentalnie przygotować się do kolejnego wysiłku.
Doświadczeni zawodnicy dobrze wiedzą, że czas spędzony w strefie zmian może rozstrzygnąć o losach całego wyścigu. Łatwiej bowiem urwać minutę tutaj niż w wodzie. Dlatego ci, którzy są dobrze przygotowani i doskonale zorganizowani, w strefie zmian potrafią nadrobić gorsze wyniki z trasy. Ale przez drobny wypadek lub nieuwagę można też głupio stracić wyszarpany rywalom czas. Analiza wyników końcowych triatlonu wskazuje, że jedni w strefie zmian spędzają ponad dziesięć minut, innym wystarcza ledwie dziewięćdziesiąt sekund, by przygotować się do kolejnych zmagań*. Ale liczy się nie tylko efektywnie wykorzystany czas. W strefie zmian można też zebrać siły, skoncentrować się i przygotować do dalszej walki. To, co dzieje się między wyścigami, decyduje niekiedy o końcowym rezultacie.
Natalia doskonale to rozumie. Jest dobrze zorganizowana i zdeterminowana. Ma już wtedy dwoje dzieci – dwuipółletnią Marysię i półroczną Anię. Tego dnia pokona dystans pięćdziesięciu sześciu i pół kilometra, czyli jedną czwartą klasycznego Ironmana. W nieco ponad dwadzieścia pięć minut przepłynie dziewięćset pięćdziesiąt metrów w morzu. Chwilę potem, już w mieście, na wyłączonych z ruchu drogach pokona na rowerze czterdzieści pięć kilometrów. Zabierze jej to godzinę, czterdzieści minut i dwadzieścia dwie sekundy. A potem jeszcze przez ponad godzinę i sześć minut będzie w słońcu biec alejkami przylegającego do plaży zielonego parku Reagana.
W tabeli wyników wyląduje na pozycji trzysta siedemdziesiątej. Ale w swojej kategorii wiekowej w klasyfikacji kobiet okaże się dziesiąta. Podczas zawodów na piersi będzie nosić numer startowy czterysta dwadzieścia dziewięć, ale organizatorzy odnotują jeszcze przy jej nazwisku dopisek „TriMama”.
O tym, że wystartuje w gdańskim triatlonie, Natalia zdecydowała zaledwie pół roku wcześniej. Była wtedy w dziewiątym miesiącu ciąży, z dwudziestoma kilogramami nadwagi, sążnistą historią choroby i dwulatką u boku. Oraz z silnym przeświadczeniem, że najlepiej się czuje, żyjąc w strefie zmian.

* * *

Natalia Wodyńska-Stosik i jej mąż Paweł Stosik znają się jeszcze z czasów liceum. Oboje chodzą do gdańskiej Topolówki, szybko zostają parą. Po maturze wspólnie podróżują po świecie, cieszą się sobą przez całe studia. Po dyplomach wyjeżdżają do Irlandii. Mieszkają kątem u znajomych pielęgniarek z gdańskiego szpitala, które przylatują do Dublina do pracy. Gdy Natalia idzie na rozmowę kwalifikacyjną, jedna z nich pożycza jej swoją najlepszą torebkę.
Taksówkarz, który wiezie Natalię na to spotkanie, opowiada o swoim domu letnim na wybrzeżu Hiszpanii. Ona słucha z uwagą, wierzy, że i jej się tu poszczęści. W Polsce skończyła prawo, teraz szybko dostaje zajęcie w kancelarii, choć zaczyna od pracy poniżej swoich kwalifikacji. Wierzy jednak, że w Irlandii uda jej się rozwinąć karierę. Jest rok 2006, świat zachwyca się tamtejszym rekordowym wzrostem gospodarczym i nazywa ten kraj celtyckim tygrysem.
– Pokochałam Irlandię i jest to z pewnością miłość na całe życie. Pracowałam tam na sto pięćdziesiąt procent, dawałam z siebie wszystko. Zostałam dobrze przyjęta, ogromnie zżyłam się z firmą. W dwa tysiące ósmym roku moi szefowie wraz z żonami przylecieli nawet do Gdańska, by być z nami w dniu naszego ślubu.
Któregoś dnia w Dublinie szef kupuje lokalną gazetę i czyta, że szykuje się wystawa znanej polskiej malarki. Oświadcza: „Nie możemy jej przegapić, bo teraz wy, Polacy, jesteście częścią naszej historii”. Wkrótce decyduje się też otworzyć nad Wisłą biznes i proponuje Natalii, by pilotowała nowy projekt. Młodzi wracają więc do kraju. Osiadają w Warszawie, robią karierę.
W 2011 roku brzuch Natalii się zaokrągla. Jej ciało się zmienia, a ona uważnie rejestruje swoje odczucia i wrażenia. Wiele z nich jest nowych, na przykład rozpierający ból głowy. Kobietę, która w ciąży jest po raz pierwszy, wszystkie nowe symptomy mogą napawać niepokojem. Lekarze tłumaczą jednak, że organizm musi się przystosować do nowej sytuacji, że w środku trwa wielopoziomowa rewolucja, która z czasem się wyciszy. „Ciąża to nie choroba, a dolegliwości mieszczą się w granicy fizjologii” – pocieszają. „Widocznie taka już pani uroda”.

 
Wesprzyj nas