„Nasza czuła ziemia” to epicka i poruszająca opowieść, która pokazuje, jak miejsca, w których się rodzimy i dorastamy łączą nas wszystkich, nawiedzają nasze sny i sprawiają, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy.


Lato 1932 roku. Położone nad brzegiem rzeki Gilead w Minnesocie Lincoln Indian Training School jest bezwzględnym miejscem, gdzie uczą się rdzenne amerykańskie dzieci, przymusowo oddzielone od swoich rodziców. W szkole tej mieszka Odie O’Banion, sierota, którego wybryki ściągają na niego gniew władz szkoły.

Wreszcie po popełnieniu straszliwego przestępstwa, Odie i Albert są zmuszeni uciekać wraz z ich najlepszym przyjacielem Mosesem, niemym młodzieńcem pochodzącym z plemienia Siuksów. Zabierają ze sobą również dziewczynkę, Emmy, i uciekają razem w kanu.

Podczas jednego niezapomnianego lata czwórka sierot podróżuje w nieznane, spotykając plejadę barwnych postaci i kierując się w stronę wspaniałej rzeki Missisipi w poszukiwaniu miejsca, które będą mogli nazwać domem.

William Kent Krueger
Nasza czuła ziemia
Przekład: Bohdan Maliborski
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 18 czerwca 2025
 
 


CZĘŚĆ PIERW­SZA
Bóg jest tor­na­dem

Prolog

Na początku, gdy już ule­pił niebo i zie­mię, jasność i mrok, ląd i morze oraz wszyst­kie żywe stwo­rze­nia, które je zamiesz­kują, i po tym, jak stwo­rzył męż­czy­znę i kobietę, nim – jak sądzę – spo­czął, Bóg dał nam jesz­cze ostatni dar, dar opo­wie­ści, byśmy nie zapo­mnieli o boskich źró­dłach całego tego piękna.
Jestem gawę­dzia­rzem. Miesz­kam w domu sto­ją­cym w cie­niu klonu jawo­ro­wego nad brze­giem rzeki Gilead. Gdy odwie­dzają mnie pra­wnuki, mówią, żem stary.
– „Stary” to wyświech­tany fra­zes – tłu­ma­czę im z uda­wa­nym smut­kiem. – Wytarty banał. Obe­lga. A ja przy­sze­dłem na świat wraz ze Słoń­cem, Zie­mią, Księ­ży­cem, pla­ne­tami i wszyst­kimi gwiaz­dami. Byłem tu każdą cząstką od początku świata.
– Kła­miesz! – odbur­kują niby gniew­nie, acz filu­ter­nie.
– Nie kła­mię, gawę­dzę – upo­mi­nam je.
– To opo­wiedz nam histo­rię – pro­szą.
Nie potrze­buję zachęty. Opo­wie­ści to słodki owoc mojego żywota i z rado­ścią się nimi dzielę.
Zda­rze­nia, o któ­rych opo­wiem, roz­po­częły się nad brze­gami Gilead. Nawet jeśli dora­sta­li­ście w sercu tej kra­iny, nie może­cie ich pamię­tać. To, co stało się latem 1932, jest naj­waż­niej­sze dla tych, któ­rzy tego doświad­czyli – a nie­wielu nas już zostało.
Gilead to uro­cza rzeka obro­śnięta na obu brze­gach sędzi­wymi topo­lami nawet w cza­sach mojego chło­pięc­twa. Wszystko było wtedy inne. Nie prost­sze ani lep­sze, po pro­stu inne. Nie podró­żo­wa­li­śmy jak teraz, a dla więk­szo­ści miesz­kań­ców okręgu Fre­mont w Min­ne­so­cie świat koń­czył się na kawałku ziemi, jaki mogli doj­rzeć, nim hory­zont odciął resztę. Jak ja, nie wie­dzieli, że jeśli zabi­jesz czło­wieka, na zawsze cię to odmieni, a gdy ów czło­wiek wróci do żywych, przej­dziesz prze­mianę. Widzia­łem to na wła­sne oczy, inne cuda też. I pośród wielu okru­chów mądro­ści, jakimi przez lata kar­miło mnie życie, jest rów­nież i ten: Otwórz się na wszyst­kie moż­li­wo­ści, gdyż nic, co wymy­śli serce, nie jest nie­moż­liwe.
Histo­ria, którą opo­wiem, będzie o pew­nym lecie dawno temu. O mor­dzie, porwa­niu i dzie­ciach ści­ga­nych przez demony o tysiącu imion. Będzie w niej odwaga i tchó­rzo­stwo, będzie miłość i zdrada – i, rzecz jasna, będzie też nadzieja. Bo w końcu czy nie o to cho­dzi w dobrej opo­wie­ści?

Rozdział 1

To Albert nazwał tego szczura. Dał mu na imię Faria.
Stare to było stwo­rze­nie, kłę­bek sza­ro­bia­łego futerka. Nie­mal zawsze trzy­mał się z dala, prze­my­ka­jąc wzdłuż ściany maleń­kiej celi do szpary w kącie, gdzie zosta­wia­łem mu parę okru­chów suchara, który słu­żył mi za posi­łek. Nocą nie mogłem go wypa­trzyć, lecz wciąż sły­sza­łem deli­katny sze­lest, gdy prze­bie­gał po roz­rzu­co­nej na kle­pi­sku sło­mie od sze­ro­kiej szpary mię­dzy blo­kami z betonu w rogu, zgar­niał okru­chy i wra­cał tam, skąd przy­szedł. W księ­ży­cowe noce, gdy jasna poświata wle­wała się przez będące tu jedy­nym oknem wąskie pęk­nię­cie w murze pod sufi­tem, roz­ja­śnia­jąc wschod­nią, kamienną ścianę, cza­sami uda­wało mi się dostrzec w odbi­tym świe­tle smu­kły owal ciała Farii, nie­wy­raźną plamę sre­brzy­stej sier­ści i cienki ogon wijący się za nią niczym doda­tek do dzieła stwo­rze­nia.
Pierw­szy raz wtrą­cili mnie do „pokoju ciszy”, jak nazy­wali ową celę Brick­ma­no­wie, wraz z moim star­szym bra­tem Alber­tem. Owej nocy księ­życ nie zaglą­dał do środka, więc pano­wał tam kom­pletny mrok. Za posła­nie słu­żyła nam cienka war­stwa roz­rzu­co­nej na kle­pi­sku słomy. Były jesz­cze drzwi, wielki pro­sto­kąt prze­rdze­wia­łego żeliwa ze szcze­liną na dole, przez którą wsu­wano talerz z jedze­niem – nie­zmien­nie poje­dyn­czym sucha­rem. Śmier­tel­nie się bałem. Póź­niej Benny Blac­kwell, Siuks z Rose­bud, wyja­śnił nam, że gdy Szkoła Przy­spo­so­bie­nia Indian w Lin­coln peł­niła rolę sta­nicy woj­sko­wej zwa­nej Fort Sibley, pokój ciszy wyko­rzy­sty­wano jako izo­latkę. W cza­sach, gdy tra­fi­li­śmy tam z Alber­tem, prze­trzy­my­wano w nim wyłącz­nie dzieci.
Wtedy nie wie­dzia­łem jesz­cze nic o szczu­rach, oprócz tych z bajki o Flet­niku z Hamelnu, który wywa­bił je z mia­steczka. Sądzi­łem, że to obrzy­dliwe stwory, które pożrą wszystko, może nawet nas. Cztery lata star­szy i o wiele mądrzej­szy Albert wytłu­ma­czył mi, że ludzie naj­bar­dziej boją się tego co nie­znane i że jeśli się cze­goś boisz, powi­nie­neś się do tego zbli­żyć. Nie zna­czyło to, że nagle owo coś prze­sta­nie być okropne, lecz okropne znane łatwiej jest udźwi­gnąć niż wyima­gi­no­wane. A zatem Albert nadał mu imię, co spra­wiło, że prze­stał być pierw­szym lep­szym szczu­rem. Gdy spy­ta­łem, dla­czego „Faria”, odparł, że zaczerp­nął je z książki Hra­bia Monte Chri­sto. Uwiel­biał czy­tać. Ja wola­łem wła­sne opo­wie­ści. Za każ­dym razem, gdy tra­fia­łem do pokoju ciszy, kar­mi­łem Farię okru­chami i wymy­śla­łem o nim histo­ryjki. Spraw­dzi­łem hasło „szczur” w wysłu­żo­nym tomie Encyc­lo­pa­edia Bri­tan­nica z półki w szkol­nej biblio­tece i odkry­łem, że są bystre i towa­rzy­skie. Przez lata pod­czas licz­nych nocy spę­dzo­nych w izo­la­cji w pokoju ciszy jąłem trak­to­wać to małe stwo­rze­nie jako przy­ja­ciela. Faria. Szczur extra­or­di­na­ire. Towa­rzysz odmień­ców. Współ­wię­zień mrocz­nego kar­ceru Brick­ma­nów.
Tam­tej pierw­szej nocy w pokoju ciszy uka­rano nas za dys­ku­sje z dyrek­torką szkoły, Thelmą Brick­man. Albert miał dwa­na­ście lat, ja osiem. Obaj byli­śmy nowi w szkole w Lin­coln. Po wie­czor­nym posiłku, wod­ni­stej i pozba­wio­nej smaku brei z led­wie kil­koma kawał­kami mar­chewki, ziem­niaka, cze­goś zie­lo­nego i ośli­złego i chrząstki od szynki, pani Brick­man zasia­dła przed nami w wiel­kiej sto­łówce i opo­wie­działa histo­ryjkę. Robiła to nie­mal zawsze po kola­cji. Jej opo­wie­ści zawie­rały ważny jej zda­niem morał. Na koniec padało sakra­men­talne: Macie jakieś pyta­nia? Jak się póź­niej prze­ko­na­łem, pytała o to, żeby schle­bić samej sobie, suge­ru­jąc, jakby rze­czy­wi­ście dopusz­czała moż­li­wość dia­logu, roz­mowy rozum­nego doro­słego z rozum­nym dziec­kiem. Tam­tego wie­czoru opo­wie­działa nam bajkę o wyścigu żół­wia i zająca. Usły­szaw­szy jej pyta­nie, pod­nio­słem rękę. Uśmiech­nęła się i zawo­łała:
– Tak, Odie?
Znała moje imię! Byłem prze­szczę­śliwy. Nie sądzi­łem, że w tym mro­wiu indiań­skich dzieci nawet ja zdo­łam zapa­mię­tać je wszyst­kie, a ona zapa­mię­tała moje. Przy­szło mi do głowy, że być może dla­tego, iż dopiero co się zja­wi­li­śmy, a może dla­tego, że mie­li­śmy spo­śród nich naj­biel­szą skórę.
– Powie­działa pani, że w tej opo­wie­ści cho­dzi o to, że leni­stwo to coś okrop­nego.
– Zga­dza się, Odie.
– A mnie się zdaje, że o to, że wyścig wygrywa ktoś powolny, lecz kon­se­kwentny.
– Nie widzę róż­nicy – odparła sta­now­czo, lecz nie ostro. Jesz­cze nie.
– Tata czy­tał mi tę bajkę, pani Brick­man. Napi­sał ją Ezop. I tata powie­dział, że…
– Powie­dział? – Ton jej głosu się zmie­nił, jakby z tru­dem pró­bo­wała wykasz­leć ość, która sta­nęła jej w gar­dle. – Powie­dział?
Sie­działa na wyso­kim stołku, tak żeby wszy­scy ją widzieli. Teraz się zeń ześli­znęła i ruszyła ku mnie i Alber­towi mię­dzy dłu­gimi sto­łami – dziew­czynki sie­działy po jed­nej stro­nie, chłopcy po dru­giej. W abso­lut­nej ciszy, jaka zapa­dła w tej wiel­kiej sali, sły­sza­łem popi­ski­wa­nie gumo­wych pode­szew jej butów suną­cych po sta­rych deskach pod­łogi. Chło­piec, który sie­dział obok, a któ­rego imie­nia jesz­cze nie zna­łem, odsu­nął się, jakby pró­bo­wał odda­lić się od miej­sca, w które, jak prze­czu­wał, wkrótce ude­rzy pio­run. Gdy zer­k­ną­łem na Alberta, ten pokrę­cił głową, dając znak, żebym się nie odzy­wał.
Sta­nęła nade mną.
– Powie­dział? – powtó­rzyła.
– T… t… tak, pro­szę pani – wyją­ka­łem, ale z sza­cun­kiem.
– I gdzież on jest?
– P… p… prze­cież pani wie.
– Wiem. Nie żyje. I już nie będzie opo­wia­dał ci bajek. Teraz będziesz słu­chał moich. A ich morał jest taki, jak mówię. Zro­zu­miano?
– Ja… ja…
– Tak czy nie?
Pochy­liła się ku mnie. Była szczu­pła, a deli­katny owal jej twa­rzy miał kolor pereł. Oczy zaś były tak zie­lone i kłu­jące jak młode kolce na krzaku róży. Jej dłu­gie czarne wyszczot­ko­wane włosy koja­rzyły się z miękką sier­ścią kota. Bił od niej zapach talku i leciutka woń whi­skey, mie­szanka aro­ma­tów, która przez lata głę­boko wryła mi się w pamięć.
– Tak – odpo­wie­dzia­łem gło­sem naj­cich­szym, jaki kie­dy­kol­wiek dobył się z mej krtani.
– On nie chciał pani ura­zić – wsta­wił się za mną Albert.
– Czy to było do cie­bie? – Wbiła w mojego brata zie­lone kolce swo­ich oczu.
– Nie, pro­szę pani.
Wypro­sto­wała się i omio­tła wzro­kiem salę.
– Jesz­cze jakieś pyta­nia?
Myśla­łem – mia­łem nadzieję, modli­łem się – że na tym się skoń­czy. Lecz tam­tego wie­czoru do sypialni przy­szedł pan Brick­man i wywo­łał po imie­niu mnie i Alberta. Był wysoki i smu­kły, przy­stojny zda­niem wielu kobiet w szkole, lecz ja dostrze­głem wtedy jedy­nie czarne źre­nice jego oczu i pomy­śla­łem, że jest jak gad na dwóch nogach.
– Dziś będzie­cie spać gdzie indziej – rzu­cił. – No, już.
Tam­tej pierw­szej nocy w pokoju ciszy pra­wie nie zmru­ży­łem oka. Był kwie­cień i wiatr znad opu­sto­sza­łych Dakot wciąż zaci­nał chło­dem. Ojciec zgi­nął nie­cały tydzień wcze­śniej, a matka ode­szła dwa lata przed nim. Nie mie­li­śmy w Min­ne­so­cie żad­nych krew­nych, przy­ja­ciół ani nikogo, kto by nas znał i zadbał o nasz los. Byli­śmy jedy­nymi bia­łymi w szkole dla Indian. Czy mogło być coś gor­szego? Wtem usły­sza­łem szczura i spę­dzi­łem resztę dłu­gich mrocz­nych godzin aż do świtu wtu­lony w Alberta i żeliwne drzwi, z kola­nami pod­cią­gnię­tymi pod brodę, roniąc łzy, które jedy­nie Albert mógł dostrzec i któ­rymi tylko on mógł się prze­jąć.
Mię­dzy moją pierw­szą a tą nocą w pokoju ciszy upły­nęły cztery lata. Tro­chę pod­ro­słem i się zmie­ni­łem. Nie­gdyś prze­ra­żony Odie O’Banion dawno już nie żył, jak jego rodzice, a ten nowy wyraź­nie skła­niał się ku rebe­lii.
Usły­szaw­szy szczęk klu­cza, przy­sia­dłem na sło­mie. Potem roz­warły się żeliwne drzwi i wnę­trze zalały pro­mie­nie poran­nego słońca, na chwilę mnie ośle­pia­jąc.
– Koniec odsiadki, Odie.
Choć nie mogłem doj­rzeć rysów jego twa­rzy, od razu pozna­łem głos Her­mana Volza, sta­rego Niemca, nad­zorcy sto­larni i asy­stenta wycho­wawcy chłop­ców. Sta­nął w drzwiach, prze­sła­nia­jąc słońce. Spoj­rzał na mnie zza gru­bych szkieł oku­la­rów. Twarz miał łagodną i melan­cho­lijną.
– Ona chce z tobą roz­ma­wiać – oznaj­mił. – Mam cię przy­pro­wa­dzić.
Mówił z nie­miec­kim akcen­tem; jego „ch” brzmiało jak „sz”, a „w” jak „f”. Wła­ści­wie usły­sza­łem: „Ona szce z tobą roz­ma­fiać, mam cię przy­pro­fa­dzić”.
Wsta­łem, zło­ży­łem cienki pled i powie­si­łem na przy­mo­co­wa­nym do ściany prę­cie, by mógł słu­żyć następ­nemu dziecku, które tu trafi, ze świa­do­mo­ścią, że zapewne znów będę to ja.
Volz zamknął za nami drzwi.
– Dobrze spa­łeś? Jak plecy?
Bicie paskiem czę­sto poprze­dzało pobyt w pokoju ciszy i zeszły wie­czór nie był wyjąt­kiem. Pręgi na ple­cach pie­kły, ale mówie­nie o tym nie przy­no­siło ulgi.
– Śniła mi się matka – odpar­łem.
– Naprawdę?
Pokój ciszy mie­ścił się na końcu kory­ta­rza z celami w dłu­gim budynku słu­żą­cym nie­gdyś za woj­skowy kar­cer. Pozo­stałe prze­mie­niono w pomiesz­cze­nia maga­zy­nowe. Posze­dłem z Vol­zem wzdłuż sta­rych murów, a potem przez dzie­dzi­niec do sie­dziby admi­ni­stra­cji, pię­tro­wej budowli z czer­wo­nego kamie­nia sto­ją­cej pośród dostoj­nych wią­zów zasa­dzo­nych przez pierw­szego komen­danta fortu Sibley. Drzewa rzu­cały na ów budy­nek wieczny cień, czy­niąc go mrocz­nym.
– To miły sen – oce­nił Volz.
– Pły­nęła łódką po rzece. Ja też pły­ną­łem łodzią, pró­bu­jąc ją dogo­nić i doj­rzeć jej twarz, lecz bez względu na to, jak mocno wio­sło­wa­łem, zawsze była zbyt daleko.
– Czyli jed­nak nie­miły – skwi­to­wał.
Miał na sobie czy­ste dre­li­chy i nie­bie­ską koszulę. Jego wiel­kie, podra­pane i pokryte bli­znami ręce zwi­sały wzdłuż tuło­wia. U pra­wej bra­ko­wało połowy małego palca po wypadku, jakiego doznał, uży­wa­jąc piły taśmo­wej. Kiedy nie sły­szał, dzie­ciaki prze­zy­wały go Czte­ro­ipół­pal­cza­stym, lecz nie ja i nie Albert, gdyż ów stary nie­miecki sto­larz zawsze dobrze nas trak­to­wał.
Po wej­ściu do budynku natych­miast ruszy­li­śmy do gabi­netu pani Brick­man. Sie­działa za wiel­kim biur­kiem, mając za ple­cami kamienny komi­nek. Tro­chę się zdzi­wi­łem, gdy ujrza­łem tam też Alberta. Prę­żył się obok niej niczym sto­jący na bacz­ność żoł­nierz. Jego twarz była bez wyrazu, lecz spoj­rze­nie ostrze­gało: Uwa­żaj, Odie.
– Dzię­kuję, panie Volz – powie­działa dyrek­torka. – Pro­szę zacze­kać na kory­ta­rzu.
Zawra­ca­jąc ku drzwiom, poło­żył mi dłoń na ramie­niu, na chwilkę, ale doce­ni­łem ten gest.
– Mar­twisz mnie, Odie – prze­mó­wiła pani Brick­man. – Coś mi się zdaje, że twój czas w naszej szkole dobiega końca.
Nie wie­dzia­łem, co ma na myśli, ale uzna­łem, że to nie­ko­niecz­nie coś złego.
Była ubrana w czarną suk­nię, wyraź­nie gusto­wała w tym kolo­rze. Raz pod­słu­cha­łem, jak nauczy­cielka muzyki, panna Strat­ton, mówi innej nauczy­cielce, że to dla­tego, iż ma obse­sję na punk­cie wyglądu, a sądzi, że czerń wyszczu­pla. Efekt osią­gnęła cał­kiem nie­zły, gdyż zawsze koja­rzyła mi się z długą cienką rączką pogrze­ba­cza. Jej sła­bość do tego koloru spra­wiła, że nada­li­śmy jej przy­do­mek Czarna Wiedźma, któ­rego uży­wa­li­śmy, rzecz jasna, kiedy była daleko.
– Wiesz, o czym mówię?
– Nie bar­dzo, pro­szę pani.
– Mimo że nie jeste­ście India­nami, sze­ryf popro­sił, żeby­śmy przy­jęli tu cie­bie i two­jego brata, bo w sta­no­wym sie­ro­cińcu bra­ko­wało miejsc. Zro­bi­li­śmy to z dobroci serca, ale dla kogoś takiego jak ty ist­nieje jesz­cze druga opcja. Zakład popraw­czy. Wiesz, co to?
– Wiem, pro­szę pani.
– Chciał­byś być tam ode­słany?
– Nie, pro­szę pani.
– Tak myśla­łam. A zatem, co zro­bisz, Odie?
– Nic, pro­szę pani.
– Nic?
– Nie zro­bię niczego, za co miał­bym być tam ode­słany, pro­szę pani.
Poło­żyła dło­nie na biurku, jedną na dru­giej, i roz­ca­pie­rzyła palce, two­rząc coś w rodzaju sieci na pokry­tym poli­turą drew­nia­nym bla­cie. Posłała mi uśmiech pająka, który wła­śnie usi­dlił muchę.
– To dobrze. Dobrze. – Ski­nęła na Alberta. – Powi­nie­neś brać przy­kład z brata.
– Tak, pro­szę pani. Posta­ram się. Czy odzy­skam moją har­mo­nijkę?
– Jest dla cie­bie wyjąt­kowa?
– Nie aż tak. To tylko stara har­mo­nijka, ale lubię na niej grać. Dzięki temu nie pakuję się w kło­poty.
– To, zdaje się, pre­zent od ojca?
– Nie, pro­szę pani. Zna­la­złem ją, nawet nie pamię­tam gdzie.
– Zabawne. Wiem od Alberta, że to pre­zent od ojca.
– No, widzi pani? – brną­łem, wzru­sza­jąc ramio­nami. – Znowu nie taka wyjąt­kowa, żeby pamię­tał, skąd ją mam.
Przyj­rzała mi się uważ­nie, a potem rzu­ciła:
– No, dobrze. – Wyjęła z kie­szeni klucz, otwo­rzyła szu­fladę biurka i wycią­gnęła z niej har­mo­nijkę.
Się­gną­łem po nią, lecz cof­nęła rękę.
– Odie?
– Tak, pro­szę pani.
– Następ­nym razem zatrzy­mam ją na dobre. Zro­zu­mia­łeś?
– Tak, pro­szę pani.
Gdy mi ją podała, jej paty­ko­wate palce musnęły moją dłoń. Po powro­cie do bursy posta­no­wi­łem, że wyszo­ruję ją w umy­walni ługiem, do krwi.

Rozdział 2

Popraw­czak, Odie – przy­po­mniał mi Albert. – Ona nie żar­tuje.
– A zła­ma­łem prawo?
– Ta kobieta zawsze sta­wia na swoim – przy­tak­nął mojemu bratu Volz.
– Do dia­bła z Czarną Wiedźmą! – odpa­ro­wa­łem.
Wyszli­śmy z cie­nia wią­zów i skie­ro­wa­li­śmy się w stronę wiel­kiego dzie­dzińca, daw­nego placu parad­nego fortu Sibley. Na jego połu­dnio­wej flance za ogrom­nym pro­sto­kąt­nym traw­ni­kiem mie­ścił się budy­nek kuchni i sto­łówki, a dalej roz­rzu­cone po całym tere­nie inne zabu­do­wa­nia: bursa naj­młod­szych dzieci, pral­nia i pomiesz­cze­nia gospo­dar­cze oraz warsz­tat obróbki drewna, a nad nim sto­lar­nia. Nieco w głębi znaj­do­wały się bursa star­szych dzieci i budy­nek szkoły, now­sze od pozo­sta­łych. Wszyst­kie wznie­siono z czer­wo­nego kamie­nia z miej­sco­wego kamie­nio­łomu. Dalej było boisko, wieża ciśnień, garaż, gdzie skła­do­wano ciężki sprzęt i gdzie par­ko­wał szkolny auto­bus, maga­zyn i stare mury fortu. Pół­nocną gra­nicę terenu wyzna­czały brzegi Gilead.
Ranek był sło­neczny i cie­pły. Chłopcy, któ­rzy wylo­so­wali tam­tego dnia dyżur na dwo­rze, kosili trawę i try­mo­wali ścieżki. Kilka dziew­cząt klę­czało na chod­ni­kach z wia­drami i szczot­kami, szo­ru­jąc do czy­sta beto­nowe płyty. Kto by je tak czy­ścił? Próżny był to wysi­łek, lecz wszy­scy wie­dzieli, że miał im uświa­do­mić, iż są cał­ko­wi­cie bez­wolne i pod­po­rząd­ko­wane dyrek­cji szkoły. Zer­k­nęły na nas, gdy je mija­li­śmy, lecz żadna nie odwa­żyła się pod­jąć roz­mowy pod czuj­nym spoj­rze­niem ponu­rego dozorcy, nie­ja­kiego DiMarco. To on odpo­wia­dał za pręgi na moich ple­cach. Gdy w szkole w Lin­coln jakie­muś chłopcu nale­żały się razy, zwy­kle wła­śnie DiMarco z nie­zmienną lubo­ścią wymie­rzał je skó­rza­nym paskiem. Był koniec maja i rok szkolny już się skoń­czył. Mnó­stwo dzieci roz­je­chało się na waka­cje do rodzi­ców roz­sia­nych po rezer­wa­tach w Min­ne­so­cie, oby­dwu Dako­tach, Nebra­sce, a nawet dalej. Takie zaś jak Albert i ja, które nie miały bli­skich, bądź któ­rych rodzice byli zbyt biedni lub roz­bici, by ich przy­jąć, miesz­kały przez okrą­gły rok w szkole.
W bur­sie Albert opa­trzył moje rany po skó­rza­nym pasku, a Volz deli­kat­nie obło­żył je ocza­rem, który trzy­mał na podo­rę­dziu wła­śnie na takie oka­zje. Obmy­łem twarz i ręce, po czym ruszy­li­śmy do sto­łówki. Na kamien­nym nad­prożu nad wej­ściem wciąż wid­niał wyryty w nim napis KAN­TYNA z cza­sów, gdy żywiono tu jesz­cze żoł­nie­rzy. Pod suro­wym nad­zo­rem pani Peter­son odpo­wia­da­ją­cej za kar­mie­nie dzieci pano­wał tu nie­ska­zi­telny porzą­dek. Z posadzki wiel­kiej sali, choć okrut­nie pory­so­wa­nej, zawsze wymia­tano choćby naj­drob­niej­sze okru­chy, a po każ­dym posiłku blaty usta­wio­nych w sze­reg sto­łów prze­cie­rano wodą z odro­biną wybie­la­cza. Kuch­nią i pie­kar­nią zarzą­dzano twardą ręką. Ponoć pani Peter­son wciąż uty­ski­wała, że bra­kuje pie­nię­dzy na zakup porząd­nego jedze­nia, jed­nak zawsze potra­fiła jakoś sobie pora­dzić, korzy­sta­jąc z tego, czym dys­po­no­wała. To prawda, że w zupach było wię­cej wody niż gęstego, i czę­sto sma­ko­wały jak ciecz zaczerp­nięta cho­chlą z przy­droż­nego rowu, chleb był tak twardy i zbity, że można by nim kru­szyć skały (twier­dziła, że droż­dże są zbyt dro­gie), a mięso – jeśli w ogóle było – spro­wa­dzało się do chrząstki, jed­nak dzieci zawsze jadały trzy razy dzien­nie.
Gdy weszli­śmy do środka, Her­man Volz oznaj­mił:
– Mam dla cie­bie złą nowinę, Odie, ale też i dobrą. Naj­pierw zła. Przy­dzie­lono cię dziś do pracy przy sia­nie pod nad­zo­rem pana Bled­soe.
Spoj­rze­nie Alberta upew­niło mnie, że tak jest w isto­cie. Zaiste, zła to była nowina. Nie­mal poża­ło­wa­łem, że nie wrócę tam­tego dnia do pokoju ciszy.
– Poza tym omi­nęło cię śnia­da­nie, ale to już i tak wiesz.
Śnia­da­nie wyda­wano punk­tu­al­nie o siód­mej, a Volz wypu­ścił mnie z celi o ósmej. Nie stało się to z jego winy, lecz za sprawą pani Brick­man. Ostat­nia kara. Nie zjem śnia­da­nia.
I to coś takiego przed jed­nym z naj­cięż­szych dyżu­rów, jakie można było przy­dzie­lić dziecku w tej szkole! Zasta­na­wia­łem się, jaka jest ta dobra wia­do­mość.
Po chwili to do mnie dotarło, gdy z kuchni wyło­niła się Donna Wielki Jastrząb w bia­łym far­tu­chu i bia­łej chu­ście owi­nię­tej wokół głowy, nio­sąc wyszczer­bioną misę wypeł­nioną gry­si­kiem. Tak jak ja miała dwa­na­ście lat. Pocho­dziła z ple­mie­nia Wine­ba­gów z Nebra­ski. Przy­była do szkoły dwa lata wcze­śniej, cicha i wychu­dzona, z dłu­gimi wło­sami zaple­cio­nymi w dwa war­ko­cze, które jej obcięli, a to, co zostało, wycze­sali grze­bie­niem na wszy. Jak w więk­szo­ści przy­pad­ków ścią­gnęli z niej wyświech­tane ubra­nie, odka­zili ją naftą i wci­snęli w szkolny mun­du­rek. Ledwo znała wtedy angiel­ski i pra­wie się nie uśmie­chała. W ciągu lat spę­dzo­nych w szkole w Lin­coln prze­ko­na­łem się, że wśród dzieci wyrwa­nych z rezer­wa­tów nie było to nic nie­zwy­kłego.
Teraz jed­nak się uśmiech­nęła, choć nie­śmiało, sta­wia­jąc przede mną miskę, po czym wycią­gnęła łyżkę.
– Dzięki, Donna – rzu­ci­łem.
– Podzię­kuj panu Vol­zowi – odparła. – Prze­ko­nał panią Peter­son, że to zbrod­nia kazać ci pra­co­wać o pustym żołądku.
– Musia­łem obie­cać, że wycio­sam jej w sto­larni nowy wałek do cia­sta.
– Pani Brick­man się to nie spodoba – oce­ni­łem.
– Czego nie zoba­czy, to jej nie zaboli. Jedz. Potem zabiorę cię do pana Bled­soe – oznaj­mił Volz.
– Donna? – dobiegł nas z kuchni kobiecy głos. – Nie guz­draj się.
– Lepiej już idź – dora­dził jej Volz.
Dziew­czyna posłała mi ostat­nie poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie, po czym znik­nęła w kuchni.
– Jedz, Odie – powtó­rzył Volz. – A ja przy­milę się do pani Peter­son.
Kiedy zosta­li­śmy sami, ode­zwał się Albert:
– Coś ty znowu wymy­ślił? Wąż?!
Sku­pi­łem się na jedze­niu gorą­cego gry­siku.
– To nie ja – bąk­ną­łem.
– Jasne. Jak zawsze, „to nie ja”. Jezu, Odie, jesteś coraz bli­żej wyda­le­nia ze szkoły.
– Istny kosz­mar.
– Myślisz, że w popraw­czaku będzie ci lepiej?
– Gorzej na pewno nie.
Albert prze­szył mnie wzro­kiem jak stal.
– Skąd wytrza­sną­łeś węża?
– Mówi­łem ci, to nie ja.
– Mnie możesz powie­dzieć prawdę. Nie jestem panią Brick­man.
– Tylko jej pachoł­kiem.
Ubo­dło go to. Prze­mknęło mi przez głowę, że zaraz mi przy­łoży. Tym­cza­sem odparł:
– Ona trak­tuje swoje śpie­wa­nie bar­dzo poważ­nie.
– I tylko ona. – Uśmiech­ną­łem się na wspo­mnie­nie jej dzi­kich plą­sów, gdy wąż prze­śli­zgnął się po jej nodze. Czarny ści­gacz, nie­szko­dliwy. Gdyby ktoś zro­bił jej takiego psi­kusa, byłby śmiał­kiem, gdyż z pew­no­ścią docze­kałby się lania. Nawet ja dwa razy bym się zasta­no­wił. Podej­rze­wa­łem, że wąż przy­pad­kowo wśli­znął się do sto­łówki. – Na pewno zeszczała się w majtki. Wszyst­kich to uba­wiło.
– Ale to cie­bie zlali i ode­słali na noc do Farii. A teraz będziesz jesz­cze zasu­wał w polu u Bled­soe.
– Warto było, żeby zoba­czyć jej minę.
Nie do końca była to prawda. Wie­dzia­łem, że o zacho­dzie słońca poża­łuję, że zwa­lili tego węża na mnie. Pręgi na ple­cach po razach, które wymie­rzył mi DiMarco, jesz­cze się nie zago­iły, a sło­miany pył i słony pot spra­wią, że będą pie­kły bar­dziej. Nie chcia­łem jed­nak oka­zać Alber­towi, temu zado­wo­lo­nemu z sie­bie mądrali, że mnie to wzru­sza.
Mój brat miał wtedy szes­na­ście lat. Wyrósł w szkole na wyso­kiego i szczu­płego chło­paka. Miał ciem­no­rude włosy z nie­sforną odsta­jącą kępką z tyłu głowy i, jak więk­szość rudziel­ców, całą masę pie­gów. Latem jego twarz zale­wały plamy. Wsty­dził się swo­jego wyglądu, uzna­jąc go za dzi­waczny, i pró­bo­wał go sobie powe­to­wać inte­lek­tem. Był naj­by­strzej­szym dzie­cia­kiem, jakiego zna­łem i jakiego znali wszy­scy w szkole w Lin­coln. Choć nie­szcze­gól­nie wyspor­to­wany, był sza­no­wany za tęgą głowę, a do tego hono­rowy aż do bólu. Nie wyni­kało to z genów, bo ja mia­łem w nosie to, co Albert nazy­wał etyką, a nasz ojciec był po tro­sze kan­cia­rzem. Za to mój brat pozo­sta­wał nie­prze­jed­nany niczym skała w kwe­stii tego, jak należy postę­po­wać. A przy­naj­mniej tego, jak sam to postrze­gał. Tu nie zawsze byli­śmy zgodni.
– Gdzie dziś dyżu­ru­jesz?
– Będę poma­gał Con­ra­dowi przy sprzę­cie.
To była kolejna cecha Alberta. Był zmyślny. Jego umysł miał zdol­ność roz­wi­kły­wa­nia pro­ble­mów tech­nicz­nych, przy któ­rych inni tylko dra­pali się w głowę. Czę­sto przy­dzie­lali go do pracy u boku Buda Con­rada, kie­row­nika pionu tech­nicz­nego szkoły, dla­tego znał się na boj­le­rach, pom­pach i sil­ni­kach. Myśla­łem, że jak doro­śnie, zosta­nie inży­nie­rem albo kimś takim. Ja sam nie wie­dzia­łem, kim chcę zostać. Za to wie­dzia­łem, że będzie to jak naj­da­lej od szkoły w Lin­coln.
Już pra­wie skoń­czy­łem jeść, gdy roz­legł się dzie­cięcy gło­sik:
– Odie! Albert!
Przez jadal­nię bie­gła ku nam mała Emmy Frost, za którą podą­żała matka. Cora Frost uczyła dziew­czynki zajęć domo­wych – goto­wa­nia, szy­cia, pra­so­wa­nia, deko­ro­wa­nia i sprzą­ta­nia – a wszyst­kich uczniów czy­ta­nia. Była szczu­pła i nijaka. Jej włosy miały odcień rdza­wego blondu, lecz po dziś dzień nie potra­fię sobie przy­po­mnieć koloru jej oczu. Jej nos był długi i na końcu krzywy. Zawsze zasta­na­wia­łem się, czy przy­pad­kiem nie zła­mała go w mło­do­ści i czy nie został źle nasta­wiony. Była miła i pełna współ­czu­cia i choć więk­szość face­tów nie nazwa­łaby jej ładną, mnie jawiła się piękna jak anioł. Nie­odmien­nie koja­rzyła mi się z dro­go­cen­nym kamie­niem, któ­rego uroda nie pły­nie z niego samego, lecz z tego, w jaki spo­sób prze­świeca prze­zeń świa­tło.
Za to Emmy, jak komik­sowa Sie­rotka Annie, była ślicz­notką z gęstymi locz­kami i wszy­scy ją kocha­li­śmy.
– Dobrze, że cię nakar­mili – ucie­szyła się pani Frost. – Czeka cię bar­dzo pra­co­wity dzień.
Wycią­gną­łem rękę i poła­sko­ta­łem Emmy, a ta odsko­czyła, chi­cho­cząc. Spoj­rza­łem na jej matkę i ze smut­kiem poki­wa­łem głową.
– Pan Volz już mi powie­dział. Mam dyżur na polu pana Bled­soe.
– Mia­łeś pra­co­wać w polu, ale udało mi się to zmie­nić. Pomo­żesz mnie, razem z Alber­tem i Mose­sem. Mój ogród i sad wyma­gają pew­nych zabie­gów. Pan Brick­man zgo­dził się, żeby zajęła się tym wasza trójka. Dokończ śnia­da­nie i w drogę.
Pochło­ną­łem resztki gry­siku i zanio­słem miskę do kuchni, infor­mu­jąc pana Volza, co i jak. Podą­żył za mną do stołu.
– Prze­ko­nała pani Brick­mana? – spy­tał będący wyraź­nie pod wra­że­niem Nie­miec.
– Wystar­czyło zatrze­po­tać rzę­sami, a roz­pły­nął się jak masło na patelni.
Może i byłaby to prawda, gdyby pani Frost znie­wa­lała urodą. Przy­pusz­cza­łem jed­nak, że to raczej dobroć jej serca oka­zała się tu decy­du­jąca.
– Odie, to nie zna­czy, że masz się nie przy­kła­dać – zazna­czył pan Volz.
– Dam z sie­bie wszystko – obie­ca­łem.
– Już ja tego dopil­nuję – dorzu­cił Albert.
W porze posił­ków dzieci wcho­dziły do sto­łówki przez dwoje róż­nych drzwi, dziew­czynki od wschodu, chłopcy od zachodu. Tam­tego ranka pani Frost wypro­wa­dziła nas wej­ściem dla chłop­ców, nie­wi­docz­nym od strony budynku admi­ni­stra­cji. Pew­nie dla­tego, że nie chciała, by wypa­trzyła nas Thelma Brick­man i odwo­łała decy­zję męża. Wszy­scy wie­dzieli, że choć to pan Brick­man nosi spodnie, to jaja w tym mał­żeń­stwie ma jego żona.
Pani Frost ruszyła zaku­rzoną fur­go­netką, for­dem T, wzdłuż rzeki Gilead do Lin­coln, mia­steczka odda­lo­nego o kil­ka­set metrów na wschód. Emmy sie­działa obok niej z przodu, a ja z Alber­tem na pace. Minę­li­śmy plac z sądem okręgu Fre­mont, muszlą dla orkie­stry oraz dwoma dzia­łami, z któ­rych pod­czas wojny sece­syj­nej strze­lał min­ne­so­tań­ski Pierw­szy Ochot­ni­czy Regi­ment Pie­choty. Par­ko­wało przy nim kilka auto­mo­bili, ale był rok 1932 i nie każ­dego far­mera było stać na taki pojazd, więc stało tam też parę wozów zaprzę­żo­nych w uwią­zane do słup­ków konie. Gdy prze­jeż­dża­li­śmy obok pie­karni Hart­mana, poczu­łem zapach gorą­cego chleba, takiego na droż­dżach, na któ­rym nie łamiesz zębów, kiedy się w niego wgry­zasz. Mimo że zja­dłem miskę gry­siku, owa woń spra­wiła, że znów poczu­łem głód. Kiedy mija­li­śmy poste­ru­nek poli­cji, sto­jący na chod­niku funk­cjo­na­riusz na widok pani Frost trą­cił rąbek kape­lu­sza, po czym spoj­rzał na mnie i Alberta. Jego srogi wzrok przy­wo­łał w mej pamięci groźbę pani Brick­man, że ode­śle mnie do popraw­czaka. Zby­łem ją wzru­sze­niem ramion, lecz Bogiem a prawdą mocno się wystra­szy­łem.
Za Lin­coln roz­cią­gały się zaorane pola. Drogę grun­tową, którą podą­ża­li­śmy, oka­lały zie­lone zagony kuku­ry­dzy kieł­ku­ją­cej w rów­nych rzę­dach z czar­no­ziemu. Wyczy­ta­łem w jakiejś książce, że daw­niej wszę­dzie wokół była pre­ria z trawą się­ga­jącą głowy i że war­stwa żyznej gleby ma tu gru­bość kilku metrów. Na zacho­dzie cią­gnęło się dłu­gie pasmo niskich, leżą­cych odło­giem wzgórz Buf­falo Ridge, a za nimi była już Dakota Połu­dniowa. Na wscho­dzie, tam dokąd zmie­rza­li­śmy, zie­mia była pła­ska i już z daleka mogłem dostrzec wiel­kie łąki pełne siana, nale­żące do Hec­tora Bled­soe.
Chłopcy ze Szkoły Przy­spo­so­bie­nia Indian w Lin­coln byli łatwym łupem dla Bled­soe i innych oko­licz­nych far­me­rów szu­ka­ją­cych dar­mo­wej siły robo­czej. Tłu­ma­czono to celami „edu­ka­cyj­nymi”. W isto­cie dyżury te niczego nas nie uczyły oprócz tego, że wole­li­by­śmy paść tru­pem, niż zostać far­me­rami. Praca tam zawsze była ciężka i brudna. Wygar­nia­nie gnoju z bydlę­cych zagród, kar­mie­nie świń, ogła­wia­nie kuku­ry­dzy i kar­czo­wa­nie czar­ciego ziela – a to wszystko w palą­cym słońcu. Ale naj­gor­sze było kosze­nie u Bled­soe. Przez cały dzień tasz­czy­li­śmy wiel­kie bele siana, pocąc się jak myszy, oble­pieni pyłem, który draż­nił skórę, jakby obsiadł cię milion pcheł. Prze­rwa była tylko jedna, na lunch zło­żony zwy­kle z suchej kanapki i cie­płej od słońca wody. Dyżury te przy­dzie­lano sil­niej­szym i star­szym chłop­com lub takim jak ja, stwa­rza­ją­cym pro­blemy per­so­ne­lowi szkoły. Byłem słab­szy od star­szych kole­gów, więc nie tylko Bled­soe dawał mi w kość, lecz także oni, uty­sku­jąc, że się nie przy­kła­dam. Albert, kiedy tam był, trzy­mał mnie z dala od kło­po­tów, ale jako ulu­bie­niec Czar­nej Wiedźmy rzadko pra­co­wał u Bled­soe.
Pani Frost zaje­chała na pole, gdzie – zda­wało się, aż po hory­zont – ście­liły się rzędy ścię­tej i wysu­szo­nej lucerny. Bled­soe cią­gnął za sobą trak­to­rem prasę do belo­wa­nia siana. Kilku chłop­ców wrzu­cało je widłami do maszyny. Reszta podą­żała za nimi, dźwi­ga­jąc bele z ziemi i ładu­jąc je na cię­ża­rówkę z plat­formą, pro­wa­dzoną przez syna Bled­soe, wiel­ko­luda o imie­niu Ralph, rów­nie wred­nego jak jego stary. Pani Frost zapar­ko­wała na wprost trak­tora i cze­kała, aż się do nas zbliży. Bled­soe wyłą­czył sil­nik i zgra­mo­lił się z sio­dełka. Zer­k­ną­łem na kole­gów ze szkoły, bez koszul, spo­co­nych jak robo­cze muły, z czar­nymi wło­sami teraz zło­tymi od pyłu. Roz­po­zna­łem ich spoj­rze­nia. Wyra­żały ulgę, że wresz­cie mogą chwilę ode­tchnąć, a także nie­na­wiść, bo ja i Albert nie cier­pie­li­śmy jak oni.
– Dzień dobry, Hec­to­rze – zaga­iła wesoło Clara Frost. – Dobrze wam idzie?
– Szło. – Nie zdjął wiel­kiego słom­ko­wego kape­lu­sza, jak czy­nią to zwy­kle męż­czyźni w obec­no­ści kobiet. – Cze­goś potrzeba?
– Jed­nego z tych chłop­ców. Pan Brick­man mi go obie­cał.
– Kim­kol­wiek jest, naj­pierw obie­cał go mnie.
– Ale zmie­nił zda­nie.
– Nie zadzwo­nił, żeby mi to oznaj­mić.
– A niby jak miał się dodzwo­nić na pole?
– Mógł to prze­ka­zać mojej żonie.
– To może zrobi pan sobie dłuż­szą prze­rwę, pod­je­dziemy na farmę i spy­tamy Rosa­lind?
Trwa­łoby to dobre pół godziny. Dostrze­głem świt nadziei w oczach szkol­nych kole­gów opar­tych o prasę do siana.
– Chyba że woli pan uwie­rzyć kobie­cie na słowo?
Widzia­łem, jak myśli Bled­soe buk­sują na wer­te­pach kry­ją­cych się w tym pyta­niu. Musiał zarzu­cić jej kłam­stwo albo dać za wygraną. Całym swoim sczer­nia­łym, uschnię­tym, mało­dusz­nym ser­cem był prze­ciwny temu pomy­słowi, nie mógł jed­nak pod­wa­żać słów kobiety, nauczy­cielki i wdowy. Gołym okiem było widać, jak bar­dzo mu to nie w smak.
– Który to? – spy­tał.
– Moses Washing­ton.
– Szlag! – Tym razem ścią­gnął kape­lusz i z wście­kło­ścią cisnął go na zie­mię. – Do dia­bła, naj­lep­szy z całej tej bandy!
– Teraz już z mojej, Hec­to­rze. – Pani Frost zer­k­nęła na chło­paka, który stał na pra­sie, wrzu­ca­jąc do niej siano. – Moses! – zawo­łała. – Włóż koszulę i chodź ze mną.
Mose chwy­cił koszulę, zwin­nie zesko­czył z maszyny, pod­biegł do forda i bez wysiłku pofru­nął na pakę, na któ­rej sie­dzie­li­śmy z Alber­tem oparci ple­cami o kabinę kie­rowcy. Mach­nął nam na powi­ta­nie. Dałem mu do zro­zu­mie­nia, że szczę­ściarz z niego, i zato­czy­łem dło­nią koło, w któ­rym zna­lazł się ze mną i z Alber­tem.
– No to mam to, po co przy­je­cha­łam – pod­su­mo­wała pani Frost.
– Ano – rzu­cił Bled­soe, schy­la­jąc się po kape­lusz.
– A tu, jakby co, jest zgoda pana Brick­mana, na piśmie.
– Mogła mi to pani dać na samym początku.
– Tak jak pan mógł od razu uwie­rzyć mi na słowo. Miłego dnia.
Odjeż­dża­jąc, patrzy­li­śmy, jak Bled­soe wsiada na trak­tor i sunie wzdłuż dłu­giego pasa suchej lucerny, a chłopcy znów się mozolą, wyko­nu­jąc swą nie­wdzięczną pracę. Sie­dzący obok mnie Mose zło­żył gestem dzięk­czy­nie­nie poran­nemu słońcu, zazna­cza­jąc, że cała nasza trójka to szczę­ścia­rze.

 
Wesprzyj nas